Antwerpia, miasto Rubensa

Gdy tylko przybyliśmy do Antwerpii (nied. Antwerpen), już na wstępie olbrzymie wrażenie robi dworzec kolejowy, z jego wielopoziomowymi peronami i wspaniałym holem. Pociągi odjeżdżają z różnych poziomów, co fajnie się obserwuje z góry, ale starsza część budynku robi wręcz oszałamiające wrażenie. Podobnie jak wiele innych miejsc w tym mieście, gdzie mamy mnóstwo ciekawych rzeczy do odkrywania. Portowa Antwerpia ma dziś dużo więcej do zaoferowania niż tylko przemysłowe dzielnice.

Dworzec kolejowy
Dworzec kolejowy

Bogate miasto Antwerpia

Wynika to z dwóch rzeczy. Po pierwsze w porównaniu z bliską Holandią, w szczególności z Amsterdamem, architektura – ta historyczna – jest bogatsza i bardziej urozmaicona. Poniekąd nie tylko z powodu zamożności miasta i jego mieszkańców, ale także z uwarunkowań religijnych i wynikających stąd tradycji oraz przekonań architektonicznych. Kraje historycznie katolickie, a do takich należy Belgia, mają bardziej ozdobną architekturę, natomiast protestancka (dawniej, obecnie więcej jest katolików) Holandia to typ bardziej powściągliwej i skromniejszej (pozornie) architektury. Przemieszczając się między jednym, a drugim państwem te różnice są bardzo interesujące, ciekawe i zauważalne. Zwłaszcza jak Antwerpia jest pierwszym etapem podróży z Holandii.

Budynki przypominające Brukselę
Budynki przypominające Brukselę

Drugi powód różnorodności Antwerpii to właśnie wspomniana wcześniej zamożność. W XVI wieku było to największe i najbogatsze miasto handlowe Europy. Tu też założono pierwszą na świecie giełdę. Dzięki szerokiemu ujściu rzeki Skalda było to dobrze ulokowane miasto portowe. Z jednej strony nie odsłonięte, z drugiej  okręty mogły tu swobodnie wpływać.

Widok na katedrę Najświętszej Marii Panny
Widok na katedrę Najświętszej Marii Panny

Samo miasto jest różnorodne. Ocalały tu także starsze budynki, zaś tak zwane plomby w centrum zazwyczaj nie wadzą tak strasznie, choć wiele z nich powstało wkrótce po wojnie, co ma wpływ na architekturę. Nas jednak interesuje starsza zabudowa. Warto choćby udać się do twierdzy Het Steen, która wnosi się nad rzeką Skaldą. Samą fortecę można zwiedzić. Jej mury są otwarte praktycznie całą dobę i stanowią doskonałe miejsce spacerowe.

Zamek Het Steen
Zamek Het Steen

Nieopodal rozciągają się porty lub pozostałości po nich. Czasem mamy specjalnie pozostawione stare zabudowania czy żurawie, co robi klimat i przyciąga turystów. Ciekawe jest też to, że pod Skaldą można przejść tunelem, tak by ograniczać budowę blokujących okręty mostów.

Antwerpia
Antwerpia

Odcięte dłonie

W Antwerpii jest pełno odciętych dłoni, oczywiście nie prawdziwych, ale pojawiają się jako rzeźby, dekoracje, elementy elewacji, fontanny. Związana jest z nimi legenda i powstanie nazwy miasta, które znaczy „rzucać dłoń”. Otóż, miastem rządził twardy władca-olbrzym Druon Antigoon, który od przepływających Skaldą statków żądał wysokiego myta. Gdy ktoś nie płacił, wówczas odcinał mu dłoń i wrzucał do rzeki. Złego włodarza pokonał dzielny rzymski żołnierz Silvius Brabo. Przed zabiciem Druona, Silvius obciął olbrzymowi dłoń i cisnął ją do Skaldy, a jakże. W XIX wieku na głównym placu Antwerpii stanęła fontanna Brabo, a odcięta dłoń to symbol miasta.

Pomnik odciętej dłoni
Pomnik odciętej dłoni

Sam plac, czyli główny rynek (Grote Markt) to kilka bardzo interesujących budynków, te już przypominają trochę architekturę holenderską, ale też mocno przypomina to rynek brukselski. Sam ratusz także jest bardzo ładny i interesujący. Zaś blisko znajduje się gotycka katedra Najświętszej Marii Panny (katolicka) z charakterystyczną wysoką wieżą.

Uniwersystet
Uniwersystet

Dom Rubensa i muzeum Van Den Bergh

Będąc w Antwerpii warto też chwilę poświęcić na sztukę. Takim miejscem godnym uwagi jest muzeum Mayera van den Bergha. Van den Bergh był kolekcjonerem zafascynowanym głównie sztuką średniowieczną i nowożytną (m.in. malarstwo XIV – XVIII w.) przeważnie obszaru Flandrii, Walonii, Brabancji. Kolekcję otworzono dla szerokiej publiki w domu kolekcjonera niedługo po jego śmierci, na początku XX wieku. Do najważniejszych dzieł wystawionych tutaj należy „Szalona Gocha” Petera Bruegla Starszego, niestety podczas naszej wizyty pojechała na renowację.

muzeum Mayera van den Bergha
muzeum Mayera van den Bergha

Muzeum Van den Bergh ma bilet łączony z innym bardzo ważnym miejscem miasta, domem Rubensa, choć w sumie to już bardziej muzeum. Jeśli porównywać to z warsztatem Rembrandta z Amsterdamu, to niestety wypada to gorzej, właśnie dlatego, że niewiele zachowało się z oryginalnego charakteru. Niemniej jednak dość dobrze oddaje to epokę i warunki, w jakich Peter Rubens tworzył, ale to raczej typowa ekspozycja w podobnych miejscach. Można też oglądać niektóre z jego dzieł, choć obrazów Rubensa warto też poszukać w kościołach.

Dom Rubensa
Dom Rubensa

Mapę miasta można dostać już na dworcu w informacji turystycznej, ale trzeba o nią poprosić.  Antwerpia to doskonałe miejsce na spacer po starym mieście, które jest tu dość różnorodne. Jest wiele miejsc, gdzie można skosztować słynnych belgijskich frytek, można też się natknąć na dzielnicę czerwonych latarni (blisko centrum, acz w przeciwieństwie do amsterdamskiej pozbawiona tłumów gapiących się turystów). No i jeszcze wielbiciele sztuki będą ukontentowani.

Ratusz, Grote Markt i fontanna Brabo
Ratusz, Grote Markt i fontanna Brabo

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak belgijski
Antwerpia Gandawa
Share Button

Mestia, górna Swanetia i lodowiec Chalaadi

Wśród gruzińskich zabytków UNESCO jest jeden szczególny. To Górna Swanetia wpisana ze względu na wspaniałą naturę, jak i pewne elementy kulturowe. Stolicą tego regionu jest Mestia (gruz. მესტია), stanowiąca doskonałą bazę wypadową do zwiedzania okolic.

Charakterystyczne wieże w Mestii
Charakterystyczne wieże w Mestii

Górna Swanetia i Mestia

Poza naturalnymi walorami Górnej Swanetii, region dostał się na listę UNESCO z powodu licznych zabytkowych cerkwi oraz baszt obronnych. Te drugie wznoszą się w wielu miejscowościach, bardziej nawet na zasadzie przydomowej zabudowy, niż wspólnych obwarowań. Wynika to wprost z kultury Swanów, czyli lokalnego ludu, z odrębną kulturą i językiem podobnym do gruzińskiego. Jeszcze w średniowieczu ważne dla nich były rody i klany, zaś bardziej niż zewnętrznych wrogów, którzy mogli najechać ziemię, obawiali się konkurentów. Stąd każda zamożniejsza i bardziej znacząca rodzina budowała basztę rodową, czyli dom i twierdzę jednocześnie. Nie tylko by bronić się przed sąsiadami, ale czasem aby się przed nimi popisać. Wiele z tych budowli przetrwało do dziś. Najczęściej stoją na podwórku obok domu, obory i innych zabudowań. To sprawia, że widoki są tu dość wyjątkowe. Baszty znajdują się także w samem Mestii. Nie trzeba ich szukać daleko.

Mestia - dojazd i widok na góry
Mestia – dojazd i widok na góry

Mestia właściwie składa się z kilku wsi położonych blisko siebie. Obecnie straciła już swój dawny charakter, stając się prężnym centrum turystycznym. Stąd da się zorganizować wiele wycieczek po okolicy, tak wędrując samodzielnie, jak i wynajmując konia, samochód, przewodnika. Inwestycje w turystykę są coraz większe i jest to bardzo zauważalne. To ta część Gruzji, w której szlaki są całkiem dobrze oznaczone. W mieście mamy też muzeum i kilka innych atrakcji, ale powiedzmy sobie wprost, tu zdecydowanie lepiej wybrać się na górską wycieczkę.

Okolice Mestii
Okolice Mestii

Zmienia się także droga dojazdowa. Obecnie jest remontowana, przebudowana, tak by ułatwić dotarcie turystom. Jednak wciąż jest to bardzo ciekawa trasa do przejechania, nie tylko ze względu na widoki. O podróżowaniu po Gruzji samodzielnie już pisaliśmy. Tu poza krowami, dochodzą przede wszystkim ostre zakręty, brak barierek (ale te powoli powstają). Droga w większości już jest asfaltowa, choć jeszcze niedawno była to zwykła szrutówka.

Droga na lodowiec
Droga na lodowiec

Lodowiec Chalaadi

Mając zdecydowanie za mało czasu na chodzenie po okolicy, wybraliśmy się na lodowiec Chalaadi. Wpierw trzeba było pojechać z Mestii do rzeki, tam jest mały parking przed szlakiem (ok. 11 km, głównie zwykłą drogą). Przejść przez wiszący most, a następnie iść prostą trasą na lodowiec.

Droga na lodowiec
Droga na lodowiec

Faktycznie, szlak był bardzo dobrze oznaczony. Znaki namalowane są dość często, więc trudno się zgubić. Jednak na tym właściwie pomóc się kończy, bo w większości droga nie jest w żaden sposób uporządkowana. Jest bardzo dzika, czasem trzeba skakać po kamieniach, przeprawiać się przez błoto. To jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze, bo bardzo naturalne.

Lodowiec Chalaadi z daleka
Lodowiec Chalaadi z daleka

Sam lodowiec, z którego wypływa rzeka, to bez wątpienia wspaniały widok. Rano jeszcze nie ma tu wielu ludzi, więc można to spokojnie obejrzeć. Warto jednak pamiętać, że zwłaszcza w dalszej części, gdzie chodzi się po niezbyt stabilnych kamieniach i skalnych odłamkach, łatwo o skręcenie nogi czy inny drobny wypadek. Więc lepiej wybrać się na taką wyprawę w ciut większej ekipie, a już z pewnością nie w pojedynkę.

Okolice lodowca Chalaadi
Okolice lodowca Chalaadi

Do Mestii latają także samoloty, ale niestety nie regularnie. Zwłaszcza w zimie, gdy są problemy z pogodą, nie ma co na nie liczyć. Za to bez problemu znajdziemy marszrutkę, która tu dojedzie, nie mówiąc o mnóstwie wycieczek.

Lodowiec Chalaadi
Lodowiec Chalaadi
Lodowiec Chalaadi
Lodowiec Chalaadi

Bez wątpienia jest to ta część Gruzji, która zasługuje na więcej czasu. Obecnie Mestia i okolice przeobrażają się. Gruzini chcą, by to była taka nowa, tańsza Szwajcaria. Są na dobrej drodze. Może więc warto zobaczyć ten region wcześniej, zanim w pełni zostanie przerobiony na turystyczną atrakcję.

Okolice lodowca Chalaadi
Okolice lodowca Chalaadi
Droga na lodowiec jest miejscami kamienista i niezbyt stabilna
Droga na lodowiec jest miejscami kamienista i niezbyt stabilna

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Mestia
Share Button

Park Narodowy Gobustan / Qobustan i petroglify

Jednym z dwóch (przynajmniej obecnie) miejsc z listy UNESCO w Azerbejdżanie jest Park Narodowy Gobustanu (azer. Qobustan Milli Parkı), w niektórych miejscach opisywany u nas także jako Park Narodowy Qobustan lub Rezerwat Petroglifów Gobustan. Pomijając kwestię transkrypcji i nazewnictwa to jedno i to samo miejsce. Nazwa Park jest chyba bardziej trafna, ale to bez wątpienia lokacja znajdująca się pod ścisła ochroną.

Park Narodowy Gobustan i muzuem
Park Narodowy Gobustan i muzuem

Petroglify

Prehistoryczne petroglify to liczące sobie przeszło 12 tysięcy lat naskalne rysunki, choć najstarsze mają podobno nawet 40 tys. lat! Przedstawiają zarówno zwierzęta, jak i czasem ludzi, czy prymitywne przedmioty. Większość z nich powstało wewnątrz jaskiń, lub w bardzo bliskim ich sąsiedztwie. Dziś wszystko się zawaliło, pozostały skały, ale wiele z tych petroglifów przetrwało. Zresztą cała okolica była wielokrotnie zalewana, a potem znów zamieniała się w pustynię. Jaskinie nie miały szans przetrwać, skały i petroglify szczęśliwie tak.

Qobustan - skały
Qobustan – skały

Oprócz naskalnych rysunków znaleziono tutaj inne ślady bytności człowieka: narzędzia, skorupy, pochówki. Ciekawym znaleziskiem była łacińska inskrypcja rzymska wykuta między 84 a 96 rokiem naszej ery. Jest to najdalej na wschód wysunięty dowód na pobyt wojsk rzymskich.

Petroglify w Gobustanie
Petroglify w Gobustanie

Sam rezerwat duży nie jest. Trasa swobodnym krokiem powinna zająć około godziny i jest to raczej niewymagająca przechadzka. Petroglify są w różnym stanie. Jedne dość łatwo rozpoznać i dostrzec, inne trzeba odszukać.

Qobustan i petroglify
Qobustan i petroglify

Góra, na której znajduje się rezerwat, to także dobry punkt widokowy na okolicę. Widać tam zarówno Morze Kaspijskie (lub jezioro, jak kto woli), jak i pustynne wzniesienia, czy szyby naftowe.

Ślady wczesnych ludzkich działań
Ślady wczesnych ludzkich działań

Gobustan – muzeum i park narodowy

Przed wjazdem na teren rezerwatu znajduje się małe, nowoczesne muzeum ukazujące historię tego miejsca, ślady pierwszego osadnictwa. Można się tam też nauczyć czytać, czy może rozpoznawać petroglify. Wiele z nich jest łatwych do skojarzenia, ale są też trudniejsze. Znajomość kształtów może się przydać już na szlaku, wtedy łatwiej rozróżnić, które z nich to dzieło ludzi, a które natury. Muzeum jest zrobione z pomysłem, zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Gobustan - petroglify
Gobustan – petroglify

Bilety kupuje się przy muzeum (i od niego warto zacząć zwiedzanie). Parkingi są zarówno przy muzeum, jak i przy samym wejściu do rezerwatu. Dojazd może być problemowy, bo niestety nie ma co liczyć na zorganizowany transport. Zostaje albo wynająć samochód, albo wziąć taksówkę (np. z Baku). Na GPSie dość łatwo znaleźć to miejsce, opierając się na samych oznaczeniach drogowych można trochę pobłądzić.

Widok na morze Kaspijskie
Widok na morze Kaspijskie

Obszar parku oczywiście jest większy niż tylko rezerwat. Ale to właśnie ten ostatni przyciąga najwięcej turystów (choć nie ma ich tu wcale tak wielu). W innych częściach parku, czy okolicach Gobustanu można natknąć się choćby na wulkany błotne, podobne do tych, które już opisywaliśmy. Samo zwiedzanie parku zaś przypomina Göreme w Kapadocji, gdzie także pośród skał znajdowały się ślady dawnych ludzkich siedzib.

Gobustan / Qobustan
Gobustan / Qobustan

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
PN Gobustan Podsumowanie
Share Button

Auckland, największe miasto Nowej Zelandii

Auckland to największe miasto Nowej Zelandii, jednocześnie stolica biznesowa, naukowa i kulturalna, ale nie polityczna. W aglomeracji mieszka prawie 1,5 miliona osób, co stanowi około 1/4 wszystkich mieszkańców kraju. Przy czym jakieś 40% populacji miasta to imigranci z Chin, Korei Południowej, Indii, Filipin, Południowej Afryki, Wielkiej Brytanii i wysp Polinezji, tworzą barwną, wielokulturową i wielosmakową (jeśli chodzi o lokalne restauracje) mieszankę. To zupełnie inna Nowa Zelandia niż reszta kraju, bardziej miejska.

Posąg krasnoluda na lotnisku AKL
Posąg krasnoluda na lotnisku AKL

Auckland od Maorysów do dziś

Miasto znajduje się u podnóża wygasłego wulkanu Eden, pomiędzy morzem Tasmana i Oceanem Spokojnym (przesmyk Tamaki). To też największy hub lotniczy w Nowej Zelandii, co czyni to miasto popularnym miejscem rozpoczynania lub kończenia przygody z tym krajem. Już na lotnisku czujemy się filmowo. Wystawiono tu kamienne posągi krasnoludów z „Władcy Pierścieni”.

Wieża telewizyjna
Wieża telewizyjna

Miasto ma dwie nazwy maoryskie. Ākarana to tłumaczenie z angielskiego, właściwa nazwa to Tāmaki-makau-rau oznacza tyle, co żyzna kraina otoczona ze wszystkich stron wodą. Maorysi osiedlili się w tym miejscu około roku 1350. W 1832 sprzedali tę ziemię Josephowi Brooksowi Wellerowi. Od tego momentu oficjalnie istniała tu osada wielorybników. Wcześniej Europejczycy zapewne też tu mieszkali. W lutym 1840 roku gubernator Nowej Zelandii William Hobson zdecydował wybudować tu nową stolicę, wtedy właśnie założono miasto. Wówczas stolicą kolonii było Okiato (obecnie Russell), które Hobson uznawał jedynie za tymczasową stolicę. Budowę nowego miasta wsparły też lokalne plemiona moaryskie, jako znak dobrej woli. Auckland było stolicą tej brytyjskiej kolonii do 1865 roku (wtedy przeniesiono ją do Wellington), choć tu ciekawostka, prawa miejskie otrzymało dopiero w 1871 roku. Hobson odpowiada też za nazwę angielską. Wybrana została by uczcić George’a Edena, wicekróla Indii i hrabiego Auckland.

Ratusz
Ratusz

Pomijając powyższy akapit, Auckland nie ma długiej czy zawiłej historii, a co za tym idzie zabytków. Jest kilka miejsc, które bez wątpienia wyróżniają się od reszty, ale jak w innych miastach Nowej Zelandii, warto sobie przypomnieć, że do tego kraju jedzie się dla natury.

Centrum Auckland
Centrum Auckland

Centrum biznesowe Nowej Zelandii

Większość budynków, które wpadają w oko, pochodzi jeszcze z czasów kolonialnych, głównie z przełomu XIX i XX stulecia. Są one bardzo angielskie. Nowe budowle niestety najczęściej są bezpłciowe, nijakie. Wygląda to tak, jakby miasta rozwijały się w latach 70. czy 80. i dalej kontynuowały ten styl, nie patrząc na to, co dzieje się na świecie. Pięknie wygląda choćby stary budynek terminala promów przy porcie. Zresztą, ta część miasta ma swój klimat. Widać stąd ładną panoramę na wieżowce. Lepiej już chyba wygląda jedynie z powietrza, ewentualnie  w nocy, gdy jest jakoś oświetlone. Zaś sam port z przeróżnymi jachtami jest naprawdę klimatyczny, no i wewnątrz można się kąpać. Jest specjalne zejście do wody i ludzie to wykorzystują.

Nowozelandzkie drapacze chmur
Nowozelandzkie drapacze chmur

Drapacze chmur do najwyższych nie należą, ani też do jakiś wyszukanych. Chyba najlepiej określić to słowem, że to nie jest architektura, a zabudowania. Podobnie sprawa wygląda z wieżą telewizyjną, punkt dość charakterystyczny, wybijający się z reszty wysokością i kształtem.

Stary terminal promowy
Stary terminal promowy

Usilne próby szukania własnego stylu widać także choćby w katedrze. Obok klimatycznej, małej, angielskiej, jest i nowa. Ta starsza wygląda interesująca, nowa to eksperyment. Jest też bardzo nadęty War Memorial upamiętniający udział Nowej Zelandii w I wojnie światowej, choć ten i tak wygląda lepiej niż podobny w Wellington. Czyli kloc zbudowany w nieudolnej wersji stylu neoklasycznego, ma być duży i monumentalny, szczegóły wykonania istotne nie są. Niestety takie podejście jest dość częste przy tego typu budowlach czy to w Stanach, czy właśnie Nowej Zelandii. Miasta nie ratuje też główna ulica Queen Street. Parę sklepów, czasem znajdzie się coś ładnego. Choćby ratusz. Konkluzja jest prosta: Auckland nie jest interesującym miejscem do zwiedzania zabytków architektury. Nie ta część świata.

Nowoczesna katedra
Nowoczesna katedra

Zoo i parki

Jest coś ciekawego do zobaczenia w Auckland poza portem? Parki. W centrum oczywiście króluje Albert’s Park, zdecydowanie najciekawszy. Wokół War Memorial też jest duży zielony teren, no i w samym centrum bardzo wiele mniejszych obszarów zielonych. Bardziej na obrzeżach znajduje się ogród botaniczny, a trochę bliżej miejsce, które było naszą pierwszą atrakcją odwiedzoną w Nowej Zelandii. To ogród zoologiczny.

Memoriał wojenny
Memoriał wojenny

Nowa Zelandia to jedna wielka ciekawostka zoologiczna i botaniczna. Właśnie z tego względu pierwszym naszym punktem zwiedzania miało być Zoo w Auckland. Tutaj też mamy największe szanse zobaczyć kiwi czy hatterię, czy masę innych zwierząt na które można się natknąć, ale niekoniecznie jest to tak łatwe i możliwe. Kiwi, rzadziej hatterię, da się zobaczyć w kilku miejscach w Nowej Zelandii. To dość popularna atrakcja, tak więc jeśli nie tu, to na centrum kiwi albo coś w tym stylu można się natknąć jeżdżąc po kraju.

Modrzyk ciemny
Modrzyk ciemny

Warto podkreślić, że naturalnie występują tu tylko dwa rodzaje ssaków: foki i nietoperze. Waleni nie liczymy, bo nie ma ich na lądzie. Wszystkie inne: szczury, oposy, króliki, owce, krowy, psy, koty, ludzie, pojawiły się tutaj za sprawą tych ostatnich. Pierwsi ludzie – polinezyjscy Maorysi – przypłynęli na południową wyspę około 1280 roku (naszej ery oczywiście) i zaczęli kolonizować wyspy. To oni przywieźli ze sobą pierwsze obce gatunki zwierząt.

Węgorz nowozelandzki
Węgorz nowozelandzki

Żywe skamieniałości

Pierwszy biały człowiek – Holender o nazwisku Abel Tasman – odkrył ten ląd w połowie XVII wieku. Gdy wraz z załogą zszedł na ląd, został zaatakowany przez tubylców, opuścił więc wyspę. Nie wiemy, może już on zawlókł jakieś europejskie zwierzęta. Ponownie dla Europy Nowa Zelandia (nazwana tak przez Tasmana) została odkryta przez Jamesa Cooka w 1769 roku. Wtedy zaczyna się historia krwawych wojen i podboju kraju przez ludzi i zwierzęta. Człowiek i przywleczone przez niego obce gatunki flory i fauny doprowadziły do zagłady wielu lokalnych gatunków, a kolejne są zagrożone do dziś.

Nie ma już potężnych strusi moa: te największe współczesne ptaki osiągały nawet 3,6 metra wysokości! Maorysi zabijali je dla mięsa i gatunek wymarł pod koniec XIV lub już w XV wieku. Na moa polowały siejące grozę orły Haasta. Osiągały rozpiętość skrzydeł ponad 2,5 metra, wagę aż 10 kg. Gdy ich główne źródło pokarmu było przetrzebione, z głodu polowały na ludzi. Ludziom się to nie spodobało i już w XV wieku orły Haasta bezpowrotnie zniknęły z nieboskłonu. Wymarł także kurobród różnodzioby (przez Maorysów nazywany Huia), niestety ta lista jest znacznie  dłuższa.

Hatteria
Hatteria

Za to do dziś żyje hatteria lub tuatara jak tu na nią mówią. Ta żyjąca skamielina choć przypomina jaszczurkę, więcej ma wspólnego z dinozaurami. Żyją tylko dwa przedstawiciele swego rodzaju – hatteria i hatteria niespodziana, oba występują obecnie na mniejszych wyspach Nowej Zelandii. Zobaczenie jej w naturze jest dość ciężkie. Tu w zoo dało się im dość dobrze przyjrzeć. Wprawne oko dostrzeże różnice w ogonie, czaszce (w końcu jest tam miejsce na trzecie oko) w porównaniu do zwykłych jaszczurek. I choć ogólnie przyjęło się uważać, że to kiwi jest największą atrakcją zoologiczną tego kraju, to właśnie ten gad jest zdecydowanie najciekawszym gatunkiem. To naprawdę jest żywa skamieniałość. Zagrożona wymarciem, szczęśliwie jednak chroniona.

Kiwi można zobaczyć tylko w ciemnych pawilonach
Kiwi można zobaczyć tylko w ciemnych pawilonach

Gdzie zobaczyć kiwi

No i oczywiście kiwi. Te zabawne nieloty, po których Zelandczycy sami siebie nazywają, są nocnymi stworzeniami. Za pomocą długich dziobów i silnych łap rozgrzebują ściółkę leśną w poszukiwaniu pokarmu: bezkręgowców i nasion. W orientowaniu się w przestrzeni pomagają im wibrysy u nasady dzioba oraz znakomity węch i słuch, wzrok natomiast mają słaby. Populacji czterech podgatunków kiwi zagrażają psy – nie tylko te zdziczałe, ale i udomowione, puszczane samopas – oraz szczury (polinezyjski i europejski), które wybierają wysokoenergetyczne jajka z gniazd.

Kiwi są ptakami nocnymi, więc wszędzie, gdzie można je oglądać, wystawiane są w nocnych pawilonach. W wielu obowiązuje całkowity zakaz robienia zdjęć, w pozostałych (jak w zoo w Auckland) zakaz używania lampy błyskowej. By zrobić im zdjęcie, trzeba mieć trochę szczęścia. Nam udało się załapać na czyjąś lampę. Kiwi jest bardzo charakterystycznym ptakiem, wyglądającym bardzo sympatycznie, w dodatku kojarzonym z tym krajem. Pewnie dlatego Nowozelandczycy sami siebie określają mianem kiwi. Zresztą ochrona tych ptaków jak i chwalenie się nimi jest tu dość częste.

Nestor kaka
Nestor kaka

Nowa Zelandia to przede wszystkim kraj ptaków, więc w zoo jest ich bardzo wiele. Mamy olbrzymie woliery, mnóstwo lokalnej roślinności, tabliczek z informacjami. Wizyta tu to bardzo pouczająca i ciekawa atrakcja.

Port w Auckland
Port w Auckland

Do zoo z pewnością warto się wybrać. Będzie dobrym uzupełnieniem odwiedzanej natury w tym kraju. Bo o ile rośliny się nie przemieszczają, by zobaczyć wiele z tych fascynujących zwierząt zwyczajnie trzeba mieć szczęście. A reszta Auckland? Cóż, Nowozolendczycy też muszą gdzieś żyć i pracować, a turyści skądś zaczynać swą przygodę lub ją kończyć. Natomiast w jednym Auckland doskonale wpisuje się w resztę kraju: najlepiej poruszać się po nim samochodem. Transport lokalny jest, z lotniska do centrum nawet dość dobrze zorganizowany, ale jeśli chcemy skakać po różnych częściach miasta, auto okaże się nieodzowne.

Widok na centrum z portu
Widok na centrum z portu

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Auckland
Share Button

Siena, średniowieczna perła Toskanii i Bond

We Włoszech jest wiele charakterystycznych miast. Takich, których architektura, cegły, czy kolory pozostają w pamięć i wyróżniają się na tle innych. Siena zaś wyróżnia się bardzo mocno. Zabytkowe centrum, wpisane oczywiście na listę UNESCO, to bardzo szczególna podróż, jakby nie tylko do Italii, ale też w przeszłość, wprost do średniowiecza.

Widok na Piazza del Campo
Widok na Piazza del Campo

Średniowieczna Siena i James Bond

To co rzuca się w oczy, to fakt, że budynki najczęściej nie mają tu tynku. Są ceglane. Wciąż widoczne jest tu dawne ustawienie uliczek, robi to fenomenalne wrażenie. Prawda jest taka, że to jest jedno z tych miast, na które przeznaczyliśmy zdecydowanie za mało czasu. Tu samo błądzenie jest niesamowite. Ciasna średniowieczna zabudowa to przyjemne miejsce do spacerów, a za każdym niemal rogiem otwiera się nowy interesujący widok.

Siena - Piazza del Campo
Siena – Piazza del Campo

Nas do Sieny ściągnął  James Bond i „Quantum of Solance”. Akcja filmu działa się na Piazza del Campo, czyli głównym, bardzo charakterystycznym, przypominającym trochę muszlę lub amfiteatr rynkiem. Ten amfiteatr jest tu o tyle istotny, że właściwie dziś nikt nie wie dokładnie, dlaczego to miejsce ma taki kształt. Jedna z teorii mówi właśnie, że kiedyś znajdował się tu rzymski amfiteatr, na ruinach którego powstał rynek.

Piazza del Campo
Piazza del Campo

Oprócz budynków mieszkalnych, znajduje się tu też charakterystyczny ratusz Palazzo Pubblico z dzwonnicą Torre del Mangia. Natomiast dwa razy w roku w tym miejscu odbywają się wyścigi konne Palio di Siena, zresztą widoczne w Bondzie. Zdjęcia na placu realizowano w dwóch turach, raz podczas Palio, a potem ekipa filmowa wróciła tu kilka miesięcy później.

Katedra
Katedra

Katedra i Medyceusze

Drugim bardzo istotnym zabytkiem Sieny jest katedra. Znajduje się ona blisko głównego rynku. Trzeba przyznać, że robi ona znów fenomenalne wrażenie. Mocno kontrastuje z resztą miasta. Ma ozdobną fasadę przy głównym wejściu, jednocześnie w środku jest trochę bardziej stonowana, acz wciąż robiąca duże wrażenie. Bardzo charakterystycznym elementem jest kampanila, czyli biało-czarna dzwonnica. Te kolory są także wykorzystane wewnątrz katedry. Jest też w środku ciekawsza i bogatsza niż choćby słynna katedra we Florencji, dlatego ta sieneńska robi wielkie wrażenie.

Wnętrze katedry
Wnętrze katedry

No i pośrednio pojawiła się także w Bondzie. Choć raczej jej komputerowa wersja, która w filmie niby była odrestaurowywana. Walkę na dzwonnicy czy część pościgu kręcono w studio. Widać jednak tą charakterystyczną czarno-białą fasadę, czy zdobienie kolumn.

Fragment twierdzy Medyceuszy
Fragment twierdzy Medyceuszy

Ciekawym miejscem jest też twierdza Medyceuszy. Jej rola została obecnie zmieniona, ale to dobre miejsce widokowe, z którego widać całe miasto, w tym także charakterystyczne dachy, również pokazane w Bondzie.

Wąskie uliczki Sieny
Wąskie uliczki Sieny

Historia Sieny

Jeśli chodzi o historię miasta to sięga ona czasów Etrusków. Według legendy założyli je synowie Remusa – Senio i Aschio uciekający przed Romulusem. Od V wieku była to siedziba biskupstwa. Przez wiele lat miasto też konkurowało z Florencją, która ostatecznie podporządkowała sobie Sienę w 1473 roku. Miasto rozsławiła też święta Katarzyna ze Sieny.

Siena
Siena

Siena ma raczej dobre oznaczenia turystyczne, ale jednocześnie nie przyciąga tak wielu osób. Nie udało się nam znaleźć darmowych mapek, ale można sobie poradzić bez nich. Jest tutaj też czysto i niezbyt tłocznie. No i ciekawą rzeczą jest dworzec kolejowy. Perony znajdują się na zupełnie innym poziomie niż główne wejście, więc wiąże się to z długą jazdą schodami ruchomymi.

Piękne, średniowieczne uliczki Sieny
Piękne, średniowieczne uliczki Sieny

Z Bondowych miejsc prócz placu, w filmie pojawiają się krótkie ujęcia kościoła świętego Józefa, czy klasztoru św. Augusta. Reszta to kilka uliczek, które da się wypatrzeć. Natomiast filmowo stacja kolejowa w Sienie pojawia się w „Ukrytych pragnieniach” Bernardo Bertolucciego. Kręcono tu także „Romeo i Julię” Franco Zeffirelliego (z 1968) a także „Dekameron” Davida Lelanda.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak włoski
Siena Etna
Szlak filmowy
Siena
Share Button