Hokitika, wąwóz, miasteczko i jadeity

Nowa Zelandia ma swoją listę istotnych miejsc turystycznych. Większość z nich ma swoją niedługą historię, są więc jakoś rozpoznawalne i zakorzenione. Czasem jednak pojawiają się nowe, próbują wybić, szukając własnej niszy. Tak jest z miejscowością Hokitika. Jej władze stawiają na ekoturystykę, czyli takie zachowania, które połączą szczytny cel jakim jest ochrona przyrody, ze zrównoważoną integracją infrastruktury dla odwiedzających. Z całą pewnością  nas by to tam nie przyciągnęło. Za to przybyliśmy tam głównie, by zobaczyć wąwóz, jednak samo miasteczko jest dość interesującym obiektem, by poznać kraj Kiwi.

Hokitika - pamiątka po wojnie
Hokitika – pamiątka po wojnie

Ekoturystyka w Hokitika

Dlatego zaczniemy od miasteczka, położonego na wyspie wyspie Południowej, dokładnie przy drodze, którą jechaliśmy do Fiordland. Mieszka tu jakieś 3600 osób. Niewiele. Kiedyś miejsce to rozwijało się dzięki gorączce złota, dziś jak wspomnieliśmy, szuka nowego pomysłu na siebie – stąd ekoturystyka. Wystarczy pójść do Visitor’s Center. Nawet jeśli jest akuratnie nieczynne, to znajdziemy tam wystawione foldery. Reklamują lokalne atrakcje i imprezy. Tu zapadły nam w pamięć szczególnie dwie. Pierwsza to parada bożonarodzeniowa, zwyczaj znanych choćby z niektórych Stanów (np. w Kalifornii). Mają ją w grudniu, czyli tak jak powinno być. Ale w czerwcu jest uroczyste ubieranie choinki. Czyli obchodzą Boże Narodzenie dwa razy w roku.

Plaża w Hokitika
Plaża w Hokitika

W Hokitice oczywiście znajdziemy też kilka miejsc, które trudno określić zrównoważoną integracją w przyrodę. Choćby centrum kiwi. Takie rzeczy występują w wielu miejscach w Nowej Zelandii, wszędzie tam, gdzie przybywa trochę więcej turystów. Czyli pawilony z lokalną fauną. Kiwi oczywiście jest złapany i trzymany po ciemku. Fotografować jest ciężko (o ile można), ale coś zobaczyć najczęściej się da. Trochę trudno nam to pogodzić z ekoturystyką, ale niech będzie. My kiwi oglądaliśmy w zoo w Auckland.

Jadeit sprowadzany z Rosji
Jadeit sprowadzany z Rosji

Jadeit i nefryt

Złota dziś tutaj nie ma, ale mamy centrum jadeitu, a właściwie przetwórstwa, bo jak się okazało większość tych kamieni sprowadzanych jest obecnie z Chin lub Rosji. Nie jesteśmy pewni czy tu w ogóle robią biżuterię z tego. Jednak można udawać, że tak jest. To jest właśnie fascynujące. Ale trzeba pamiętać, że kiedyś miasto to zawdzięczało swoją świetność kopalniom złota i jadeitu oraz wykorzystaniu surowca drzewnego. Stąd takie centra. Swoją drogą z dawnej świetności pozostała jeszcze jedna rzecz, na plaży można czasem znaleźć nefryty. Znalezisko można wymienić w okolicznych warsztatach na zniżkę na jakiś wisiorek.

Miejsce  do obserwowania zachodów słońca
Miejsce do obserwowania zachodów słońca

Historia – gorączka złota i wojny światowe

Hokitikę założono podczas gorączki złota w 1864 roku. Nie jest to duże miejsce, więc trudno tu o historię. Ale ponieważ Nowa Zelandia brała udział w I wojnie światowej, to stąd także pochodzi kilku weteranów i  się ich upamiętnia. Mamy tu nawet wystawione armaty. Warto zauważyć, że częściej upamiętniają właśnie udział w I wojnie, niż w II, ze względu na większy udział sił australijsko-nowozelandzkich – ANZAC.

Plaża o zachodzie
Plaża o zachodzie

Ścisłe centrum

Jest i wieża zegarowa to największy – i raczej jedyny – zabytek w miejscowości. Wieże zegarowe w miastach są bardzo istotne w tej części świata. Są swoistą namiastką ratusza. Zresztą to samo widzieliśmy na Samoa. To dość częsty widok w krajach postkolonialnych. Oprócz tego znajdziemy w centrum kilka knajp, sklepów i małą ulicę handlową.

Zachód słońca nad Morzem Tasmana
Zachód słońca nad Morzem Tasmana

Plaża

Jest też Morze Tasmana i plaża. Przy dobrej pogodzie to idealne miejsce do oglądania zachodu słońca. Ten najlepszy punkt jest oczywiście oznaczony. Znajduje się tu atrapa żaglowca, na który można wejść, by porobić sobie zdjęcia. Jednym z najchętniej fotografowanych obiektów  jest charakterystyczny napis-instalacja: nazwa miejscowości utworzona na plaży z wyrzuconych przez morze konarów.

Wąwóz Hokitika
Wąwóz Hokitika

Kanion Hokitika

Tak jak pisaliśmy wcześniej, przyciągnęło nas tu coś innego. Nieopodal jest kanion, to on był naszym celem. Trzeba do niego dojechać i tu najwygodniejszy znów jest samochód. Parkuje się wśród drzew, później idzie przez las i dochodzi do właściwego celu. Jak w kilku innych podobnych miejscach, trasa nie jest długa. Całość zajmuje gdzieś trochę ponad pół godziny. Jakby ktoś chciał dłuższy i ciekawszy wąwóz do trekkingu to polecamy Samarię.

Las koło wąwozu
Las koło wąwozu

Podczas leśnych spacerów warto przyjrzeć się bliżej szacie roślinnej. A ta zachwyca swoim bogactwem: można dostrzec przynajmniej kilka rodzajów paproci, pnie drzew są porośnięte mchami, porostami, oplecione wijącymi się pnączami, z gałęzi zwisają grube liany. A wszystko to spaja cudowny, słodko – orzeźwiający zapach. Esencja Nowej Zelandii w pełnej krasie.

Most wiszący
Most wiszący

No i główny cel. Turkusowy kolor rzeki w wąwozie nieopodal miejscowości Hokitika to nie efekt Photoshopa lub filtrów fotograficznych, ale szczególnych warunków geologicznych. Wapienne osady rozpuszczone w wodzie oraz szare dno załamują promienie światła i dają wrażanie pięknego koloru. Woda nabrana do naczynia lub w płytkiej kałuży jest mętno-biała. Jest to niedługi spacer, ale jakie piękne widoki.

Rzeka
Rzeka

Wąwóz jest bez wątpienia miejscem, w którym warto się zatrzymać, jadąc tą częścią Nowej Zelandii. Myśmy nocowali w Hokitice, bardziej z powodów logistycznych niż jakichkolwiek innych.

Kolorowa rzeka
Kolorowa rzeka

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Hokitika
Share Button

Korea Południowa: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Korei Południowej. Zweryfikowane ostatnio w kwietniu 2018.

Uwagi ogólne: Mały, acz znany kraj między Japonią i Chinami, tygrys azjatycki, silny gospodarczo i technologicznie. Jednocześnie to zdecydowanie małe Chiny.

Dojazd: Właściwie tylko samolot. LOT ma dość dobre połączenia, ale czasem taniej jest korzystając z innych linii (Air France, czy China Air).

Wiza: Turystyczną uzyskuje się po przylocie. Raczej formalność. Nic nie jest nawet wbijane do paszportu, dostaje się tylko karteczkę, którą trzeba pokazać przy wylocie. Zgubienie jej jednak nie skutkuje żadnymi problemami.

Przepisy celne: Nic szczególnego, nie wolno wwozić produktów roślinnych i pochodzenia zwierzęcego, co jest częstym przepisem poza Unią Europejską.

Baza noclegowa: Rozbudowana. Hotele bez problemu można znaleźć np. przez Booking.com.

Szczepienia wymagane: Brak. Dobrze jest odświeżyć WZW i powtórzyć szczepienia z okresu dzieciństwa. Ze względu na zarażenie japońskim zapaleniem mózgu na obszarach wiejskich od maja do października, należy rozważyć szczepienie. Nie jest ono jednak obowiązkowe.

Choroby: Podobnie jak w Japonii, na niektórych obszarach, głównie wiejskich, może występować roznoszone przez komary japońskie zapalenie mózgu. Ryzyko zarażenia istnieje od maja do października. W Korei Południowej na niektórych obszarach wiejskich występuje także malaria, w tym w popularnej wśród turystów prowincji Icheon i Strefie Zdemilitaryzowanej. Ryzyko zarażenia występuje od marca do grudnia, należy rozważyć przyjmowanie profilaktyki antymalarycznej.

Waluta: Won (KRW).

Płatności kartą i bankomaty: Płatności kartą dość powszechne, także w różnych atrakcjach turystycznych. Bankomaty również powszechne.

Napiwki: Nie jest to ani praktykowane, ani dobrze widziane.

Internet: Problemu nie ma. Można wynająć na lotnisku przenośny router i mieć wifi w każdym miejscu kraju.

Telefony: Roaming dostępny. Zasięg telefonów dobry.

Język: Koreański. Angielski w powszechnym użyciu, choć niekiedy ze specyficzną wymową.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Transport po Korei jest dość dobrze zorganizowany. Bez problemu można korzystać z lokalnych pociągów lub autobusów.

Oznaczenia i drogowskazy: Zawsze także z angielską wersją. Oznaczenia bardzo dobre.

Jedzenie wegetariańskie: Kuchnia koreańska jest bardzo różnorodna. Bez problemu można znaleźć jakieś lokalne placki ziemniaczane czy danie z ryżu bez mięsa i ryb. Koreańczycy jedzą bardzo dużo, więc porcje są tu całkiem spore, a dodatkowo możemy dostać wiele interesujących przystawek.

Ludzie: Otwarci, wchodzący łatwo w interakcję. Bardziej przypominają w obyciu Chińczyków.

Prawo i obyczaje: Nic szczególnego.

Bezpieczeństwo: O ile normalnie jest to dość bezpieczny kraj, o tyle cały czas formalnie znajduje się w stanie wojny z Koreą Północną. Zagrożenie jest widoczne i przypominane. Stacje metra w Seulu są wyposażone w maski gazowe, pełnią też rolę schronów.

Klimat: W południowej części kraju podzwrotnikowy, w środkowej i północnej umiarkowanie ciepły, na to nakłada się klimat monsunowy. Pod koniec lata wybrzeże nawiedzają tajfuny. Najlepszy okres na zwiedzanie to kwiecień – październik.

Informacja turystyczna i mapy: Nie jest tak dobrze zorganizowana jak w Japonii, ale wciąż stosunkowo dobrze. Na szczególną uwagę zasługują wolontariusze, którzy przebrani w stroje ludowe chodzą i opowiadają o swoim kraju. W Seulu bardzo łatwo znaleźć takiego darmowego przewodnika. Z mapkami turystycznymi jest trochę gorzej, ale również w centrach informacji można znaleźć darmowe przewodniki, a w nich mapy.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak koreański
Praktycznie
Share Button

DMZ (Demilitarized Zone), czyli Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana

W dniu 27. kwietnia 2018 roku odbyły się przełomowe rozmowy pokojowe przywódców Korei Północnej i Południowej. Wydarzenie to miało miejsce w miejscowości Panmundżom, położonej w Koreańskiej Strefie Zdemilitaryzowanej, dokładnie na linii demarkacyjnej dzielącej obie Koree. Spotkanie przeprowadzono w specjalnie pod takie zdarzenie przygotowanym budynku dokładnie na granicy. Wioska Panmundżom i cały kompleks dyplomatyczny jest specjalną atrakcją turystyczną dla odwiedzających Koreę Południową. To miał być cel naszej wycieczki, jednakże nasz pobyt w Korei zbiegł się w czasie z historycznymi rozmowami i nikt nie był wpuszczany do Panmundżom. W zamian pojechaliśmy w inny punkt DMZ (Demilitarized Zone), może nie tak ważny politycznie, ale to przecież nadal ta sama strefa. Ważne jest to, że pojedynczy turyści nie mogą tak łatwo dostać się do DMZ, najpewniej było wykupić wycieczkę, która zabrała nas spod hotelu w Seulu, pokazała kilka atrakcji i odstawiła z powrotem do stolicy.

Monument w DMZ
Monument w DMZ

DMZ

Koreańska Strefa Zdemilitaryzowana powstała w 1953 roku na mocy porozumienia z Panmundżom o zawieszeniu działań wojennych podczas wojny koreańskiej (która do tej pory formalnie nie jest zakończona). Opadła tak zwana bambusowa kurtyna, która podzieliła Półwysep Koreański na komunistyczną Koreę Północną i demokratyczną Koreę Południową. Na mocy tegoż porozumienia powstała też łączona strefa bezpieczeństwa – Joint Security Area (JSA) w Panmundżom, gdzie do dziś odbywają się wszelkie negocjacje między wrogimi dotychczas krajami.

DMZ - Imjingak Park
DMZ – Imjingak Park

Linia demarkacyjna przebiega mniej więcej na wysokości 38 równoleżnika północnego i jest położona pośrodku szerokiej na 4 kilometry szerokości strefy zdemilitaryzowanej. Rola tej strefy to ograniczenie fizycznego i wzrokowego kontaktu pomiędzy Koreami, choć nie zapobiegła aktom agresji i incydentom. Wynika to z tego, że – o ironio – po obu stronach strefy zdemilitaryzowanej znajduje się najsilniej zmilitaryzowany obszar świata, w którym stacjonują milionowe wojska, w pogotowiu czeka broń nuklearna, biologiczna, chemiczna i konwencjonalna oraz środki do jej przenoszenia. Sama DMZ jest zaś największym polem minowym na świecie.

I tutaj uwaga. Większość zdjęć płotów z drutem kolczastym i wieżyczkami strażniczymi przedstawia ogrodzenie DMZ, nie zaś samej granicy. Wjazd do DMZ to przejście z kontrolą, podobne do przejść granicznych. Ma to na celu kontrolę ruchu osób do strefy.

Stara kolej w Imjingak Park
Stara kolej w Imjingak Park

Imjingak Park i tunele

Pierwszym przystankiem naszej wycieczki był Imjingak Park, położony 7 kilometrów od wjazdu do strefy zdemilitaryzowanej. Park ten założono w 1972 roku z myślą o przyszłym zjednoczeniu. Te nadzieje na zjednoczenie są bardzo wyraźnie dostrzegalne w DMZ. W parku znajduje się pomnik, wystawa ze zdjęciami, fragment płotu z drutem kolczastym z zawieszonymi kolorowymi intencjami.

Most w DMZ
Most w DMZ

Ciekawym eksponatem jest lokomotywa używana podczas wojny koreańskiej i Most Wolności, zbudowany w 1953 roku dla umożliwienia powrotu do Korei Południowej ponad 12 tysiącom jeńcom wojennym. Imjingak Park jest o tyle popularnym wśród turystów miejscem, że nie potrzeba zorganizowanej wycieczki, by móc tutaj przyjechać. Inaczej jest z wjazdem do reszty DMZ.

Okolice wejścia do 3 tunelu
Okolice wejścia do 3 tunelu

Ciekawym punktem naszej wycieczki w Koreańskiej Strefie Zdemilitaryzowanej jest wejście do 3. tunelu. Otóż w latach 70. w DMZ odkryto kilka tuneli, których orientacja i budowa wskazywała, że są dziełem Korei Północnej. Jasne stało się, że Północ planowała inwazję i tunele miały służyć do szybkiego i niezauważonego przerzucenia wojsk. Reżim zaprzeczył, jakoby wiedział cokolwiek o istnieniu tych tuneli, potem stwierdził, że są to kopalnie węgla. Szkopuł w tym, że w żadnym z nich nie odkryto śladów węgla, za to czarną farbę, która miała imitować żyłę antracytu.

Instalacja artystyczna nowołująca do pojednania
Instalacja artystyczna nowołująca do pojednania

Tunele agresji

Trzeci tunel został odkryty w 1978 roku na podstawie wskazań sejsmografu, który zarejestrował podziemną eksplozję i informacji przekazanych od dezertera z Północy. Ten nieukończony tunel znajduje się zaledwie 44 kilometry od Seulu, położony jest na głębokości 73 metrów i liczy prawie 2 kilometry długości, niecałe dwa wysokości i tyle samo szerokości. Rzekomo miał przepustowość 30 tysięcy żołnierzy z lekką bronią na godzinę. Cel ataku był oczywisty – stolica Korei Południowej.

Zaminowany fragment DMZ
Zaminowany fragment DMZ

Do tej pory odnaleziono cztery tunele agresji (nazwa nadana przez rząd Południa), ale uważa się, że jest ich jeszcze nawet około dwudziestu. Trzeci tunel jest dostępny dla zwiedzających. Schodzi się w dół i dochodzi o pierwszej z trzech betonowych ścian, które oznaczają linię demarkacyjną. Niestety wewnątrz nie można robić zdjęć. No i jak w innych miejscach strefy ludzie jakoś się rozchodzą, tu jest naprawdę tłoczno.

Obserwatorium Dora
Obserwatorium Dora

Obserwując Koreę Północną

Główną „atrakcją” DMZ jest obserwatorium Dora. Z platformy widokowej można przez lunetę popatrzeć na Koreę Północną. Widoczne są wieże strażnicze po północnej stronie DMZ, „most bez powrotu”, którym wymieniano jeńców wojennych i agentów (prawie jak w Poczdamie), miasto Kijŏng-dong – „peace village” i wielki maszt z flagą. Trzeba przyznać, że to dziwne uczucie podglądać inny kraj przez lunetę, jakby to był jakiś zupełnie inny świat.

Ludzie spoglądający na Koreę Północną
Ludzie spoglądający na Koreę Północną

Najciekawszym widokiem jest Kijŏng-dong, miejscowość znana jako Wioska Pokoju. Jest to jedna z dwóch wsi, które mogły pozostać po północnej strony DMZ. Oficjalnie jest zamieszkana przez 200 rodzin, działają w niej oświata i służba zdrowia. Kijŏng-dong powstała w 1950 roku dużym nakładem kosztów: budynki są nowoczesne, betonowe, zelektryfikowane – rzadkość na koreańskiej wsi w latach 50. Celem wybudowania wioski miała być propaganda pokazująca świetne warunki życia w komunistycznym państwie i zachęcając niezadowolonych mieszkańców i żołnierzy Południa do przechodzenia na stronę Północną. Decyzję miały ułatwić komunikaty nadawane przez megafony umieszczone na budynkach.

Granica koreańska
Granica koreańska

Oględziny przeprowadzone przez nowoczesne lunety wykazały jednak, że większość z tych jaskrawo pomalowanych budynków to tylko fasady – pozbawione wewnętrznej zabudowy, w tym pięter, czy szyb w oknach. Nieliczni mieszkańcy to najpewniej żołnierze. Kijŏng-dong okazuje się być potiomkinowską wioską, niezamieszkaną wydmuszką, fake-city.
Na zbliżeniu można wypatrzyć zarys pomnika Kim Ir Sena. Widać także wysoki na 160 metrów masz z flagą Korei Północnej. Jest to 4. najwyższy maszt z flagą na świecie (pierwszy i drugi jest naprzemiennie to w Baku, to w Duszanbe). Powstał jako odpowiedź na zbudowanie przez Koreę Południową 98-metrowego masztu z ich flagą. Na placówkach wartowniczych po północnej stronie Koreańskiej Strefy Zdemilitaryzowanej wyraźnie widać flagi komunistycznego państwa.

Oglądanie Korei Północnej
Oglądanie Korei Północnej

Stacja Dorasan

Naszym ostatnim punktem programu w Koreańskiej Strefie Zdemilitaryzowanej jest stacja kolejowa Dorasan. To symbol wciąż żywych nadziei na zjednoczenie Półwyspu Koreańskiego. Pierwsza linia, która łączy Seul z tą położoną tuż pod DMZ stacją, została otwarta w 2002 roku. Pięć lat później, w grudniu 2007 roku otwarto połączenie z Północą. Na mocy obopólnych porozumień, pociąg z Południa przyjeżdżał do północnokoreańskiej Strefy Przemysłowej Kaesong przywożąc tam surowce, a odbierając przetworzone produkty. Miał to być początek wymiany handlowej, technologicznej i wsparcia gospodarki komunistycznego kraju. W zamierzeniu pociąg miał kiedyś kursować do stolic Korei Północnej – P’yŏngyang (Pjongjang, dawniej Phenian). Taka informacja zresztą wisi na symbolicznej tablicy.

Stacja Dorasan
Stacja Dorasan

Niestety, pociąg nie pojeździł długo. Stosunki na Półwyspie uległy zaostrzeniu już w 2008 roku – Północ oskarżyła sąsiada o prowokacyjną politykę i wkrótce rozpoczęły się prace nad bronią nuklearną i rakietami balistycznymi. Jednocześnie w demokracji wybrano rząd nieskory do otwartej polityki wobec reżimu. Stacja, niecały rok wcześniej szumnie otwarta z udziałem amerykańskiego prezydenta George’a Busha, obecnie obsługuje jedynie ruch turystyczny z Seulu.

Linia kolejowa
Linia kolejowa

Panmundżon

Tak jak pisaliśmy na początku, wstępnie mieliśmy trochę większe plany na tę strefę, wliczając to słynną wioskę Panmundżom. Podobno JSA jest jeszcze ciekawsza. Nie zawsze jednak udaje się wszystko zgrać, zwłaszcza gdy pojawiają się czynniki zewnętrzne. Rozmowy pokojowe to i tak lepsza sytuacja, niż nagłe zaostrzenie konfliktu. Sama DMZ to bardzo interesujące miejsce, w pewien sposób przerażające, w pewien niezwykłe. Zaś wycieczka (korzystaliśmy z usług V VIP Travel) daje jeszcze ciekawą możliwość dopytywania o szczegóły koreańskiego przewodnika. Koreańczycy nie przejmują się swoim angielskim, mówią dość dużo, tak jak potrafią. Nasza przewodniczka dodała do wyprawy trochę własnych przeżyć, gdyż jej rodzina pochodzi z Północy, więc marzenie o zjednoczeniu Korei i zobaczeniu domu przodków to dla niej coś istotnego. Dodatkowo miała wiele interesujących historii o stosunkach koreańskich, szpiegach, dezerterach, czy różnicach w języku.

Wieża obserwacyjna
Wieża obserwacyjna

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak koreański
DMZ Seul
Share Button

Yudanaka i śnieżne małpy z Parku Jigokudani

Podobnie jak wioska lisów, tak i śnieżne małpy kąpiące się w gorących źródłach raz na jakiś czas przewijają się w mediach. Do Jigokudani Monkey Park jedzie lub idzie się z miejscowości Yudanaka Onsen w prefekturze Nagano. Ta zaś poza małpami słynie z gorących źródeł.

Yudanaka
Yudanaka

Tradycyjny riokan, onsem i Yudanaka

Yudanaka Onsen to jedno z miast położonych przy Jigokudani, a także popularne miejsce wypoczynku przy gorących źródłach. Gorące wody wykorzystywane są w tradycyjnych onsenach, czyli japońskich łaźniach, gdzie najpierw należy dokładnie zmyć z siebie cały brud pod prysznicem, a potem nago wejść do basenu z gorącą wodą. Zasady panują trochę jak w saunach: obowiązuje nagość, cisza, zakaz robienia zdjęć, lepiej nie jeść i nie pić alkoholu przed kąpielą.

Ryokan w Yudanaka
Ryokan w Yudanaka

Wiele hoteli w Yudanace oferuje wewnętrzne i zewnętrzne onseny. Zwłaszcza jeśli jest to ryokan – dom gościnny w tradycyjnym stylu. Ryokan zaś to coś, czego w Japonii wypada choć raz spróbować. Zazwyczaj ich ceny są wysokie, regulowane przez prawo popytu i podaży. Ale też te miejsca są wyjątkowe. Zdecydowaliśmy się na Ryokan w Yudanace, by móc skorzystać właśnie dodatkowo z osenów, ale i bez nich to coś niesamowitego. Podłogi wyłożone tradycyjnymi matami tatami, których liczba służy jako jednostka powierzchni domu lub mieszkania (czyli ile tatami o standardowych wymiarach 90×180 cm mieści się w lokum). Pokój jest podzielony i odgrodzony shoji – przesuwnym ekranem wykonanym z drewnianych ramek, którego ażury wyklejone są papierem.

Śpi się na podłodze z bardzo twardą poduszką. Shoji wewnątrz naszego pokoju oddzielało część sypialną od przeznaczonej do picia herbaty matcha ze stolikiem tsuke. Nawet dostaliśmy kimona. Oczywiście po całym ryokanie należy chodzić w kapciach lub boso. Buty zostawia się przy wejściu do obiektu, a od właścicieli dostaje czyste kapcie. Z chęcią skorzystaliśmy z onsenu, który może nie wyglądał bardzo luksusowo, ale był tylko dla nas. Woda była bardzo, bardzo gorąca! Relaksujące, ale długo w niej nie wytrzymaliśmy.

Więcej o japońskim stylu, ryokanach i nie tylko przeczytacie na blogu Trykowska Studio.

W tle znajduje się pierwszy onsen opanowany przez małpy
W tle znajduje się pierwszy onsen opanowany przez małpy

Śnieżne małpy

Oprócz osenów Yunadaka słynie z rezerwatu małp – makaków japońskich, które zimą siedzą zanurzone w gorących wodach ze źródeł geotermalnych. Spotkaliśmy już makaka berberyjskiego w Maroku (Ouzoud) i na Gibraltarze, z wyglądu małpy te są dość podobne.

Makak japoński nad małpim onsenem
Makak japoński nad małpim onsenem

Jigokudani Snow Monkey Park to część Parku Narodowego Joshinetsu Kogen. Jigokudani znajduje się w północnej części prefektury Nagano w dolinie rzeki Yokoyu. Jego nazwa oznacza „piekielna dolina”, a to ze względu na liczne źródła geotermalne, gejzery i bąbelkujące stawy, a także nieprzyjazne warunki terenowe i klimatyczne. Ta otoczona stromymi ścianami dolina znajduje się na wysokości 850 m n.p.m. i tutaj to jest dość, by przez 4 miesiące w roku zalegał śnieg. Te warunki i demoniczna nazwa doliny nie odstrasza populacji makaków japońskich, które zresztą żyją na znacznym obszarze Japonii: z dużych wysp nie zajmują tylko Hokkaido.

Śnieżna małpa
Śnieżna małpa

Makaki japońskie bywają nazywane „śnieżnymi małpami” – co zresztą jest ujęte w nazwie parku. Swój przydomek zawdzięczają zwyczajowi przesiadywania zimą w basenach z gorącą wodą. Obsypane śniegiem, zrelaksowane w małpim onsenie, są wyjątkowo fotogeniczne, a ten obrazek jest znany na całym świecie. Ale to jest stosunkowo świeża historia. W lesie, w pobliżu źródeł geotermalnych zbudowano w drugiej połowie XIX wieku hotel, stojący po dziś dzień Korokukan Ryokan. Dla gości hotelowych wybudowano onsen, wykorzystujący naturalne źródło gorącej wody. Makaki szybko zwęszyły wygodne źródło ciepła (i pewnie pobliskie łatwe jedzenie), istotne dla ich przetrwania zimą. Po raz pierwszy wówczas zaobserwowano małpy pławiące się w gorącej wodzie. Nie dało się ich łatwo przepędzić, więc około 100 metrów dalej wybudowano dla nich sztuczny basen z gorącą wodą. Dziś małpy mają własny onsen, ale czasem odwiedzają stary ryokan.

Makak japoński
Makak japoński

Park Jigokudani

Makaki moczą się w gorącej wodzie tylko podczas zimowych dni, a najlepszy okres na zrobienie katalogowych fotek to styczeń – luty. W kwietniu małpy nie kąpią się w basenie, tylko piją z niego wodę. Ponieważ są one dokarmiane przez pracowników parku, ku uciesze turystów nadal trzymają się okolicy basenu, w całkiem sporej liczbie. Makaki całkowicie przywykły do odwiedzających ich tłumów i ani nie boją się ludzi, a nie są agresywne. Rzecz jasna nadal należny zachować ostrożność, małp nie wolno karmić, ani dotykać. Można naprawdę dużo czasu spędzić obserwując małpie figle (zwłaszcza w wykonaniu młodych małpek) i ich zachowania socjalne, jak choćby iskanie czy pierwszeństwo przy jedzeniu.

Makak japoński
Makak japoński

Nie spodziewaliśmy się tak wielu makaków, zwłaszcza że przed wejściem do parku widnieje informacja, że w razie nieobecności małp, koszt zakupu biletu wstępu nie jest zwracany.
Warto pamiętać o tym, by do parku wybrać się z samego rana, na samo otwarcie – godzinę później było tutaj już dość tłoczno i hałaśliwie, choć samym małpom zdawało się to nie przeszkadzać.

Małpa skacząca nad wodą
Małpa skacząca nad wodą

Z pewnością Jigokudani Park i małpy lepiej prezentują się zimą, ale wówczas nie mielibyśmy szans zobaczyć nigdzie kwitnących wiśni (może poza Okinawą). Japonia to kraj mocno rozciągnięty, o dużej różnicy wysokości, stąd by mieć pełny obraz jej piękna, trzeba by podróż powtórzyć zimą lub po prostu spędzić tutaj rok. No i choć w tym miejscu można by faktycznie zostać dłużej, by obserwować małpy, w praktyce nie ma wiele miejsc do chodzenia. Więc można zostać, póki jest jeszcze niewiele osób.

Makak japoński
Makak japoński

Dojazd

Dojazd może być trochę trudny. Tu znów jest przypadek podobny do wioski lisów, ale tym razem nie ma potrzeby korzystać z taksówki. Wpierw należy dojechać do Nagano. Tam albo skorzystać z autobusu, który podwozi nas pod park, albo pojechać koleją do Yudanaki. Tyle że warto pamiętać, iż jest to linia lokalna, na którą nie obowiązuje JR Pass. Z Yudanaki do parku jest sporo do przejścia lub przejechania i tu właśnie z pomocą przychodzą właściciele ryokanów (i pewnie hoteli), którzy często mają darmowy transfer. Dla nas to było idealne rozwiązanie, bo mogliśmy wieczorem dotrzeć do Yunadaki, zostawić rzeczy w ryokanie, zjeść coś, zrobić mały spacer. Rano zaś zawieziono nas do parku przed natłokiem turystów, a następnie o umówionej godzinie odebrano i odwieziono na dworzec.

Małpy nad onsenem
Małpy nad onsenem

Z parkingu się trochę idzie do samego parku, ale to spokojny, niewymagający i przyjemny spacer po lesie. Potem dochodzi się do małpiego parku, kupuje bilet i właściwie zaraz dochodzi do osenu makaków. Otwarcie i ceny można sprawdzić na stronie parku, są tam też aktualne kamery.

Zwiedzanie parku
Zwiedzanie parku

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Yudanaka
Share Button

Skellig Michael, czyli Ahch-To z „Gwiezdnych Wojen”

Wyspy Skellig (Ir. Na Scealaga), dawniej znane jako the Skellocks, to dwie skaliste wysepki położone 13 kilometrów na zachód od Portmagee. Są objęte ochroną prawną jako ważne siedlisko ptaków i obszar z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Nas w te okolice ściągnęła większa wyspa – zwanaSkellig Michael, która grała planetę w Ahch-To w „Gwiezdnych Wojnach”. To tutaj Rey odnalazła Luke’a Skywalkera.

Mały Skellig
Mały Skellig

Rejs na wyspy Skellig

Spośród dwóch wysp Skellig lądować można jedynie na większej, ale nie jest to takie łatwe. To także rezerwat ptactwa, więc ilość osób odwiedzających dziennie to miejsce jest reglamentowana (większość źródeł podaje, że do 150 osób, choć pewne sugerują 180 dziennie, praktyka jak zauważyliśmy bywa różna). Problemem jest jednak kapryśna pogoda, która sprawia, że nie zawsze można na tę wyspę dopłynąć, nie mówiąc już o jej zwiedzaniu. Rejsy są organizowane od maja do września. Nawet jeśli wykupi się je wcześniej, niestety nie ma gwarancji, że w danym dniu pogoda pozwoli na jego realizację.

Głuptaki nad Little Skellig
Głuptaki nad Little Skellig

W teorii na miejscu mogą pomóc zorganizować w inne dni, ale tylko w miarę możliwości. Tych w sezonie najczęściej nie ma. Być może właśnie te 30 osób to taka tolerancja, jeśli czasem uda coś się przełożyć. Warto mimo wszystko pilnować swoich ustaleń i potwierdzeń, bo reglamentacja jest pilnowana, a pokusa małych machlojek niestety nie jest obca Irlandczykom. Wycieczkę na Skellig należy zamówić najlepiej kilka miesięcy przed przyjazdem. W każdym razie UNESCO nalega na to, by ta reglamentacja została jeszcze bardziej ograniczona.

Mały Skellig
Mały Skellig

Mały Skellig i głuptaki

Rejs na Skellig Michael trwa około godziny. Wcześniej przepływa się obok mniejszej wyspy, Little Skellig (Ir. Sceilig Bheag). Jest ona zamknięta dla zwiedzających z powodu jej znaczenia dla populacji głuptaka zwyczajnego (Morus bassanus). Ten mierzący niecałe 150 metrów długości skalny okruch jest miejscem lęgowym dla około 30 tysięcy par tych ptaków, co czyni Little Skellig największym irlandzkim siedliskiem głuptaka. Przy wyspie zatrzymaliśmy się na trochę, by podziwiać głuptaki, a także foki. Przy odrobinie szczęścia można tu także czasem dostrzec delfiny.

Maskonur na Skellig Michael
Maskonur na Skellig Michael

Tych ptaków jest tu naprawdę sporo. Krążące nad głowami budzą skojarzenia z „Ptakami” Hitchcoka. Polska nazwa „głuptak” wzięła się z czasów, gdy polowano na te ptaki dla mięsa. Mają one bardzo silny instynkt opiekuńczy i aż do śmierci nie opuszczają swego gniazda. Stąd polujący ludzie uznali, że ptaki są jakieś głupie, że nie uciekają. Angielska nazwa popularna „gannet” nawiązuje z kolei do ich żarłoczności. Żeby było ciekawiej, staroangielskie słowo „ganot”, od którego pochodzi slangowe „gannet” (użyte po raz pierwszy w latach 20. XX wieku), oznacza: muskularny, silny.

Alki na Skellig Michael
Alki na Skellig Michael

Wielki Skellig i maskonury

Następnie docieramy do właściwego celu, wpierw okrążając Wielką Skellig. Statek wysadza nas w Zatoce Ślepego Człowieka, skąd zaczynamy naszą wspinaczkę. Pierwszy odcinek pokonuje się nową drogą powstałą przy okazji budowy latarni morskiej, ale dalej mamy średniowieczne schody (ponad 600 stopni). Dopiero wchodząc nimi, można w pełni zrozumieć niebezpieczeństwo przebywania na wyspie podczas silnego wiatru lub opadów. Przed rozpoczęciem wspinaczki jest pouczenie na temat zasad bezpieczeństwa, tak własnego, jak i gniazdujących ptaków czy zabytków. Na schodach nie ma żadnych barierek, a są dość strome, dodatkowo jest tu pełno maskonurów (Fratercula arctica). Choć wydaje się groźne, podejście nie jest specjalnie trudne.

Maskonur
Maskonur

Wielki Skellig lub Skellig Michael (od 2012 roku oficjalnie Sceilg Mhichíl) to rezerwat przyrody o powierzchni niecałych 0,3 km2. Znalazł się na liście irlandzkich rezerwatów w 1988 roku za sprawą miejsc lęgowych ptaków, głownie burzyków, nawałników, alk i właśnie maskonurów. Oprócz ptaków, na wyspie pomieszkują foki szare, myszy i króliki. Roślinność jest bardzo skąpa, przypominająca wysokogórską. Z kolei w 1996 roku wyspę, a właściwie zbudowany na niej klasztor, umieszczono na liście UNESCO.

Kamienne schody
Kamienne schody
Maskonury
Maskonury

Na charakterystyczny profil Skellig Michael składają się dwa szczyty: South Peak o wysokości 218 m n.p.m. i znajdujący się na wschodzie North Peak o wysokości 185 m n.p.m, na którym znajduje się klasztor. Oba szczyty dzieli depresja zwana Christ’s Saddle. Na Skellig Michael w VI wieku przybyli chrześcijańscy mnisi, zakładając na wyspie najbardziej izolowaną pustelnię. Również dziś, mimo że miejsce jest dobrze znane, dostęp na wyspę jest ograniczony.

Schody
Schody

Klasztor na Skellig Michael

Pierwsze wzmianki o klasztorze na Skellig Michael pochodzą z manuskryptu z końca VIII wieku, w którym to tekście wspomina się mnicha z klasztoru na Skellig. Prawdopodobnie mnisi zamieszkiwali wyspę na stałe już w VII wieku, a według niektórych teorii, nawet w VI stuleciu. Pierwszy raz nazwa Skellig Michael pojawia się w czwartej dekadzie XI wieku, wcześniej był to po prostu Skellig. Klasztor został porzucony w XIII wieku ze względu na pogarszające się warunki pogodowe – mnisi wyprowadzili się do Ballinskelligs na stałym lądzie, a jedynie sezonowo przebywali na wyspie. Mimo liczącej sześć lub siedem wieków historii istnienia klasztoru na Skellig Michael, w kronikach zachowały się imiona jedynie pięciu braci zakonnych.

Wędrówka na górę
Wędrówka na górę

Zabudowa klasztoru na North Peak dzieli się na wewnętrzną i zewnętrzną. Na zewnętrzną składają się dwa tarasy, zwane górnym i dolnym ogrodem. Zaś wewnątrz chroniącego przed wiatrem muru znajdują się właściwie zabudowania: dwa oratoria, kościół św. Michała, siedem cel w typowej dla regionu formie uli, latryna, cysterna, cmentarz (jest także nagrobek dwójki dzieci latarnika z datą z początku XX wieku), krzyże i leacht – charakterystyczne dla wczesnochrześcijańskich kościołów irlandzkich niewielkie budowle z kamienia o bliżej nieznanej funkcji. Na South Peak znajduje się niewielka pustelnia, obecnie niedostępna dla turystów.

Maskonury
Maskonury
Skała z VIII Epizodu
Skała z VIII Epizodu

Historia Skellig Michael

Wyspa pozostawała w rękach zakonu do 1578 roku, gdy po nieudanej rewolcie Desmondów, królowa Elżbieta I rozwiązała wiele zakonów, a między innymi Wyspy Skellig przekazała rodzinie Butlerów. W ich rękach Skellig Michael pozostawał do roku 1820, gdy odsprzedali wyspę przedsiębiorstwu budującemu latarnie morskie. Od razu postanowiono zbudować dwie wieże, by wyspa była łatwa do odróżnienia od pozostałych sygnałów. Latarnie zostały uruchomione w 1826 roku. Niestety część średniowiecznych kamiennych stopni schodów została zniszczona, by wybudować gładką drogę. W 1870 roku jedną z latarni wyłączono z użytku i przez niemal 90 lat popadała w ruinę, kiedy ostatecznie została zburzona i w 1967 roku zastąpiona nową latarnią elektryczną.

Skellig Michael
Skellig Michael

Nowa nadal działa, ale nie ma już potrzeby kwaterowania latarników na wyspie, gdyż obsługa sygnałów odbywa się automatycznie. Jedynymi stałymi (ludzkimi) mieszkańcami wyspy są przewodnicy, którzy w sezonie turystycznym pomieszkują na wyspie w systemie 2-tygodniowych zmian. W sezonie na wyspie przebywa najczęściej troje przewodników, w sumie zatrudnionych jest ich pięciu.

Skały
Skały
Maskonury
Maskonury i skała

W XIX wieku latarnicy przywlekli na wyspę Skelling Michael myszy i króliki. Te pierwsze niechcący, zaś drugie jako źródło pożywienia i myśliwskiej rozrywki. Wyspiarze chyba wszędzie wloką za sobą króliki, widać to w dawnych włościach Imperium Brytyjskiego. Króliki odpowiadają za widoczne liczne norki. Zdawałoby się, że gniazdujące na wyspie ptaki będą zagrożone z powodu przywleczonych na wyspę obcych gatunków. Na szczęście tak się nie stało. Okazało się, że maskonury chętnie wykorzystują królicze nory na własne potrzeby mieszkaniowe, nierzadko siłą wywłaszczając długouchych lokatorów.

Schody do klasztoru
Schody do klasztoru
Skellig Michael
Skellig Michael

Wielki Skellig w filmie

Skellig Michael co jakiś czas nieśmiało pojawiał się w popkulturze, by stać się ważnym celem turystyki filmowej po 2015 roku. Wielki Skellig jako tajemnicza wyspa – pustelnia Luke’a Skywalkera – Ahch-To pojawia się w finałowej scenie filmu „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy” J.J. Abramsa, który z miejsca stał się blockbusterem. . Lokację znalazł Rick Carter, ta od razu spodobała się Abramsowi, zwłaszcza, że chciał też kręcić w Irlandii, skąd pochodzi jego żona. Ujęć z VII Epizodu w filmie jest niewiele, ale miejsca są bardzo łatwo rozpoznawalne.

Widok na Mały Skellig
Widok na Mały Skellig

Wyspa pojawia się jeszcze w kolejnym filmie z serii, w „Ostatnim Jedi” Riana Johnsona. I choć zdecydowana większość ujęć Ahch-To w „Ostatnim Jedi” nie pochodzi ze Skellig Michael, ale z klifów Półwyspu Dingle, gdzie zbudowano makietę klasztoru (łatwiej było kręcić na stałym lądzie), zarabiający na turystach lokalni mieszkańcy jakby o tym zapominali. Turyści zresztą także. Ekipa Riana Johnsona wpierw udała się na Skellig we wrześniu 2015, potem próbowali wrócić wczesną wiosną i to okazało się zbyt problematyczne. Właśnie z powodu bezpieczeństwa i logistyki poszukano alternatywy. Zresztą nawet we wrześniu filmowcy zaliczyli opóźnienia wynikające ze złych warunków atmosferycznych.

Klasztor
Klasztor

Warto wiedzieć, że zgoda na przebywanie ekipy filmowej na Skellig Michael została wydana przez Office of Public Works (irlandzki urząd na rzecz ochrony przyrody i zabytków) pomimo negatywnej oceny BirdWatch i UNESCO. Niestety nie obyło się bez incydentów: podczas wrześniowych zdjęć do „Ostatniego Jedi” zostały nieznacznie uszkodzone zabudowania i zniszczone ptasie gniazdo. Pomimo to została wydana zgoda na nagranie kilku ujęć do „Ostatniego Jedi” – Irlandczycy widzieli w tym przede wszystkim świetną promocję regionu i mieli rację. Nietrudno zauważyć, że duża część zwiedzających kojarzy Skellig Michael z „Gwiezdnych Wojen”. Trzeba przyznać, że to jest jedna z najbardziej widowiskowych i ekscytujących lokacji z filmów z serii.

Klasztor na Skellig Michael
Klasztor na Skellig Michael

Ochrona ptaków

Tak jak na Małym Skellig żyje olbrzymia populacja głuptaków, tak na Wielkim jest z maskonurami (choć gniazduje tu też 14 innych gatunków ptaków). Jest ich tu naprawdę mnóstwo, praktycznie wszędzie się na nie natykamy. Z ptakami musieli coś zrobić filmowcy. W „Przebudzeniu Mocy” wiele z nich jest wymazanych. W „Ostatnim Jedi” natomiast Rian Johnson zastosował sztuczkę i zastąpił je porgami. Porgi są inspirowane maskonurami. Ale nawet jak patrzy się na film, to na Skellig Michael maskonurów jest dużo, dużo więcej. Aż nas zadziwia, jak twórcy filmu zdołali je wszystkie usunąć z kadrów.

Widok na Little Skellig
Widok na Little Skellig

Poza klasztorem jest jeszcze jedno miejsce filmowe – naturalna formacja z piaskowca i zlepieńców, którą wiatr i deszcz uformował w abstrakcyjną rzeźbę. Tym tworem natury inspirowali się twórcy „Ostatniego Jedi”, a turyści chętnie robią sobie zdjęcia. Warto dodać, że wcześniej na Skellig Michael kręcono „Szklane serce” Wernera Herzoga, czy „W duchu St. Louis” Billy’ego Wildera.

Skellig Michael
Skellig Michael

Opcje wycieczki

Większość osób na Skellig wyrusza z Portmagee. Tam znajduje się także muzeum Skellig Experience (można poznać historię wyspy nie płynąc na nią). Alternatywą jest trasa z Knightstown, Ballinskelligs i Derrynane. Tak jak pisaliśmy wcześniej, w obu przypadkach należy zamówić sobie wycieczkę dużo wcześniej i liczyć, że na miejscu będzie pogoda. Zazwyczaj płatna jest tylko zaliczka, na miejscu zaś płaci się resztę gotówką. Jest jeszcze jedna alternatywa tak zwane eko-wycieczki, które opływają wyspę, lecz się na niej nie lądują. Fajne, nam nie o to chodzi. Na wypłynięcie z portu do powrotu trzeba liczyć jakieś 6 godzin (z tego jakieś 3 godziny na Skellig Michael, co jest aż nadto na spokojne zwiedzanie i odpoczynek). W tym czasie nie będziemy mieć możliwości skorzystania z toalety czy czegoś ciepłego do picia, warto zabrać prowiant i napój, nam akurat brakowało termosu.

Maskonur
Maskonur

Swoją drogą wyspy Skellig prawdopodobnie zainspirowały Andrzeja Sapkowskiego. W sadze o Wiedźminie, pojawiają się wyspy Skellige. Irlandzki źródłosłów wskazuje na słowo skała, ale w „Wieży jaskółki” znajdziemy opis wysp z fiordami i mnóstwem ptaków. Bardzo pasuje do wysp Skellig.

Skellig Michael
Skellig Michael

Gwiezdnowojeną relację ze Skellig Michael znajdziecie tutaj.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak irlandzki
Skellig Michael Carrantuohill
Szlak filmowy
Skellig Michael
Share Button