Jedną z największych atrakcji Boliwii, która przy okazji w sposób niezwykły zapada w pamięć, jest solnisko Salar de Uyuni. To miejsce fascynujące: ogromne połacie soli, ale przede wszystkim widoki i znikająca perspektywa horyzontu sprawiają, że to niezwykle fotogeniczne miejsce, przyciągające nie tylko instagramerów. Większość wycieczek tutaj kończy się pozowaniem z figurkami, zabawkami i zabawą z perspektywą. Salar de Uyuni to także miejsce filmowe.

Co warto zobaczyć w Salar de Uyuni?
Solnisko Salar de Uyuni
Zacznijmy od geografii i historii. Aż do schyłku plejstocenu andyjski płaskowyż Antiplano w większości pokrywało wielkie jezioro Ballivián. Jednakże wyschło w dużej części, dzieląc się na mniejsze. Początkowo były to Titicaca i Minchin. To drugie podzieliło się na Poopó i Salar de Uyuni. Słone jezioro Salar de Uyuni także wyschło ostatecznie, a w jego miejscu pozostało solnisko. I to nie byle jakie, bowiem zajmujące powierzchnię przeszło 10 582 km². Tym samym jest to największe solnisko na świecie. Dodatkowo jest to także jeden z najbardziej płaskich obszarów na kuli ziemskiej. Ogólnie mówi się, że różnica poziomów to około 41 centymetrów. To jest prawda pod warunkiem, że wykluczy się wyspy. Podobno ta właściwość jest bardzo pomocna przy kalibracji satelit i do tego celu często używa się Salar de Uyuni.

Z innych statystyk: solnisko to jakieś 10 miliardów ton soli (niektórzy twierdzą, że to połowa światowych zasobów), a pod jej skorupą znajdują się olbrzymie pokłady litu. Szacunki mówią nawet o 50-70% światowych zasobów. Znajdujące się na płaskowyżu Antiplano solnisko położone jest też dość wysoko, mniej więcej na wysokości 3653–3656 metrów nad poziomem morza. Ta różnica bardziej może wynikać z szacunków niż faktycznych różnic w wysokości. Warstwa soli może mieć nawet do 10 metrów głębokości. Pod nią jest warstwa minerałów (i tu szacunki są bardzo różne, niektóre mówią nawet o ponad 100 metrach), dopiero pod nimi znajduje się woda.

Raj dla Influencerów
W niektórych miejscach pojawiają się oczka wodne, tak zwane Ojos del Salar. Woda tam jest słona. Sprawia to, że jest to teren nie tylko dość suchy, ale też nieprzyjazny dla życia. Praktycznie nie ma tu zwierząt, czy roślin. Obszar ten jest bardzo jednolity, a jak się doda kolor pustyni solnej, która w okresie deszczowym zmienia się w naturalne lustro, daje to możliwość zabawy nie tylko perspektywą, ale symetrią, czy odbiciami. Właśnie dlatego jest to wręcz idealne miejsce dla wszelkiej maści fotografów, którzy bawią się właściwościami tego miejsca.. Wystarczy postawić zabawkę dinozaura, czy Godzilli i odpowiednio ustawić kadr. Bez Photoshopa, czy innego narzędzia do obróbki dostaje się zdjęcia z olbrzymią zabawką, przed którą się ucieka. Wykorzystując złudzenia optyczne robi się także niesamowite filmiki.

Salar de Uyuni zmienia się w ciągu roku. Inaczej wygląda w okresie suchym, inaczej w okresie deszczowym, co także ma wpływ na zdjęcia. Okres suchy to przede wszystkim dominujące białe połacie soli. Podczas deszczowego teren ten jest zalany, ale poziom wody jest wciąż niski. Trudno zrobić zdjęcia z zabawkami, ale za to dochodzą odbicia w wodzie i to jest też coś niesamowitego. My mieliśmy to szczęście, że odwiedziliśmy Boliwię w lipcu, gdy zaczynała się pora sucha, ale jeszcze nie wszystko wyschło, więc mieliśmy okazję zobaczyć obie atrakcje.

Miasteczko Uyuni
Nim jednak wyruszmy na solnisko, trzeba dotrzeć do samego Uyuni. Obecnie najłatwiej dojechać tu z La Paz. Kursują autobusy (również nocne, bo to dość długa droga), a także od niedawna latają tu linie Boa (wcześniej latały tu stare samoloty, teraz to normalne rejsowe). Lot trwa około godzinę, a lecąc jest szansa na zobaczenie Salar de Uyuni z góry. Niestety lotnisko w Uyuni to jest pierwszy problem, bowiem o ile autobusy stają w centrum i można dojść do hotelu, czy gdziekolwiek indziej, o tyle port lotniczy znajduje się na obrzeżach Uyuni i nie jest skomunikowane jakoś z centrum. Nawet taksówki są w ograniczonej liczbie. Taksówkarze dodatkowo upychają wiele osób w jednym pojeździe i wcale nie po to, by ograniczać taryfę. Dobrym rozwiązaniem jest uzgodnienie z hotelem transferu, on tu naprawdę się bardzo przydaje.

Dzisiejsze Uyuni jest raczej sennym miastem, które wbrew pozorom wcale nie jest mocno turystyczne. Mieliśmy wrażenie, że wylądowaliśmy w takim miasteczku z westernu, gdzie chodzi się po ulicach i prawie nikogo nie ma. Dość pusto. Pomogła temu oczywiście pogoda, bardzo chłodna z wiatrem i wczesna pora. W centrum było kilka restauracji i barów, ale jak się okazało, miały one ograniczone godziny działania, albo w ogóle nie były czynne. Podobnie też z agencjami. To one są najlepszą formą zwiedzania Salar de Uyuni, bo oni znają tę trasę. To trochę jak ze zwiedzaniem pustyń, wiedza jest istotna, gdzie pojechać, gdzie co zobaczyć, i jak jeździć. Więc nawet nie rozważaliśmy jechać tam samemu. Wszystko dogadaliśmy wcześniej przez WhatsApp. Natomiast wracając do problemów, także hotele nie oferują tu zbytnio wyrafinowanych usług. Ogólnie były też spore problemy z płaceniem kartą, a nawet wyjmowaniem gotówki w bankomacie (bo te były puste). Więc wybierając się tu, warto zabezpieczyć się biorąc odpowiedni zapas gotówki.

Wycieczki na Salar de Uyuni
My braliśmy wycieczkę w firmie Salar Camel Experience i dogadaliśmy wszystko wcześniej, dostaliśmy też bardzo dobrego przewodnika anglojęzycznego. Dałoby się to zrobić na miejscu, ale czasem może być problem ze znalezieniem kogoś na ten dzień. Wynika to także z tego, że większość wycieczek rusza rano (ale akurat w naszym wypadku udało się to ładnie skorelować z przylotem i zostawieniem bagaży w hotelu). Jest oczywiście sporo opcji wycieczek pod kątem liczby dni i dodatkowych atrakcji. My mieliśmy jednodniową.

Wycieczki kilkudniowe (trzy-cztery) najczęściej łączą Salar de Uyuni z innymi atrakcjami. Plusem jest to, że śpi tu się na solnisku i można oglądać je wieczorem po zachodzie słońca, nocą i zobaczyć też wschód. Mając nocleg na solnisku, warto skorzystać z możliwości wykonania astrofotografii. Natomiast wśród miejsc, które także są odwiedzane podczas takich wypraw warto wymienić Park Narodowy Eduardo Avaroa, wulkan Lincacabur, czy pustynię Atacama w Chile.

Przewodnicy na takich wycieczkach są dość dobrze zaznajomieni nie tylko z topografią Salar de Uyuni, ale również robieniem efektownych zdjęć. To oni wożą te wszystkie zabawki, z którymi robi się tu zdjęcia. Dodatkowo zapewniają też lunch, który również wiozą. O tej porze roku, kiedy my byliśmy, zaczęliśmy wycieczkę od pojechania do magazynu, gdzie dobieraliśmy kalosze. One były dość istotne w tym wciąż zalanym wodą terenie. Mieliśmy do dyspozycji samochód 4×4, co jest ważne, bo można się tu czasem zakopać w soli.

Cmentarzysko pociągów
Pierwszym przystankiem było cmentarzysko pociągów (Cementario de los Trenes). Generalnie linia kolejowa i wydobycie soli było kiedyś dość ważne dla przemysłu Uyuni, dziś już niestety nie. Całość koncentrowała się wokół linii kolejowej łączącej także Potosi z Chile i dalej portami. Pozostałości kolejowej historii widać w niektórych miejscach w Uyuni, ale tak naprawdę dopiero tak zwane cmentarzysko pociągów robi wrażenie. To zebrany tabor, który pozostawiono tu bez nadzoru i sobie powoli niszczeje. Takich cmentarzysk jest kilka na świecie, na pustyni Mojave jest też cmentarzysko samolotów, acz można je oglądać jedynie z zewnątrz. Tu w Boliwii zrobiono z tego atrakcję, w dodatku darmową. Pociągi stoją na bocznicy, suchy klimat sprawia, że poza rdzą dość długo trzymają się w formie. Jest więc tu naprawdę wiele starych maszyn.

Przed cmentarzyskiem znajduje się parking, darmowy i to całkiem spory. Można tu też na piechotę dotrzeć z samego Uyuni. W większości przypadków dostaje się tu czas na podziwianie i robienie zdjęć. Można wchodzić na te pociągi, robić sobie zdjęcia, badać. Wszystko jest na wyciągnięcie ręki. Istnieje pewne ryzyko upadku, bo nie ma tu żadnych barierek ani nic, ale jest to ciekawa atrakcja. W dodatku bardzo popularna, bo poza wycieczkami przyjeżdżają tu także osoby, które wynajęły taksówkę i chcą to zobaczyć. Było tu naprawdę sporo ludzi. Wielu z nich pojechało pewnie dalej na Salar de Uyuni, ale tylko tutaj odczuwało się tłok ze względu na ograniczoną przestrzeń.

Colchani
Zanim wyjechaliśmy na właściwe solnisko, zrobiliśmy krótki przystanek w wiosce na jego obrzeżach. Jest ich kilka, zależy jak się wjeżdża. Jedna z nich to Colchani. Ogólnie było tam parę sklepików, ale jest też jedna ciekawostka, którą można tu dostrzec. Domy z soli. Cegły robi się z bloków z soli i w ten sposób stawia niektóre z budynków. Swoją drogą pewne takie zabudowania można znaleźć również w Uyuni i na samym solnisku (choćby hotele zrobione z soli). My spaliśmy w miasteczku i tam część dekoracji w środku była zrobiona z brył soli.

Colchani to z jednej strony mały przystanek z targowiskiem, gdzie można kupić pamiątki. Ale to także pozostałość po dawnym przemyśle wydobywczym. Tu wciąż wydobywa się sól, zarówno przez wycinanie bryłek, jak i wyskrobywanie ich i usypywania kupek soli. To bardziej już przypomina to, co standardowo można zobaczyć na panwiach solnych w wielu innych miejscach na świecie, niż choćby w peruwiańskim Maras. Prócz soli w tym miejscu wydobywa się także boraks. Ogólnie historia regionu Potosi w dużej mierze wiąże się z górnictwem i wydobywaniem różnych minerałów.

Właściwe Salar de Uyuni
Potem wjechaliśmy już na właściwe Salar de Uyuni. Tu też nie ma wejściówek, ani niczego. Drogi są tak sobie wytyczone, więc bardziej na zasadzie tego, co znamy z innych, typowych pustyń. Możesz jechać gdzie chcesz, ale jak nie znasz drogi, to możesz się zakopać. Tu działa ot w ten sam sposób, a przewodnicy wiedzą dokładnie jak to wygląda.

Najpierw jedzie się do miejsc, gdzie można robić zdjęcia z przygotowanymi figurkami. Znów, gdy się wybiera na całodniową wycieczkę, to raczej jedzie się dalej, ale jeśli ktoś przypadkiem by dotarł tu sam, to dokładnie pod niego są te atrakcje. Czyli jakieś dinozaury, panda, flagi, stary samochód, napis Salar de Uyuni. Ta część jest płatna, jeśli chcemy robić zdjęcia z tymi figurkami i znajduje się przy niewielkim oczku wodnym (ta woda tu jeszcze nie wyschła). W okolicy widać też hotele takie jak Palacio de Sal.

Pomnik Dakaru i Muzeum Soli
Kolejny punkt do odhaczenia to pomnik Dakaru, a właściwie rajdu Dakar. Kiedyś Paryż – Dakar uchodził za najbardziej znany rajd terenowy. Z czasem zmienił nazwę na Dakar, zaczął też zmieniać lokalizację. W latach 2009 – 2019 odbywał się w Ameryce Południowej na różnych trasach (między innymi przez Limę, Santiago, Buenos Aires, czy Asuncion jako istotnymi punktami). Przewinęło się także La Paz i Salar de Uyuni. Swoją drogą nasz przewodnik mówiąc o śmieciach tutaj, twierdził, że przed rajdem tego tu nie było (nie było tego jakoś tragicznie dużo). Przejazd przez Salar de Uyuni musiał być ciekawy i widowiskowy. Pozostał po nim pomnik, wykonany oczywiście z soli. I to jeden z najbardziej charakterystycznych punktów podczas wycieczek. Ale też trudnych do ominięcia, bo właśnie stąd dopiero samochody się rozjeżdżają w różnych kierunkach.

Przy nim jest miejsce, gdzie można zrobić sobie lunch i trochę poczytać o samym Salar de Uyuni. Oficjalnie to „muzeum soli”, ale nazwa „muzeum” jest dość na wyrost. Ale także jest kolejna solna atrakcja, czyli podwyższenie z flagami (była też polska). Znów to kolejne bardzo charakterystyczne i fotogeniczne miejsce. To też ostatni punkt na trasie, które zwiedzają właściwie wszystkie wycieczki. Następnie każdy się rozjeżdża w swoją stronę.

Zdjęcia z figurkami
I tu dochodzimy do momentu, w którym zatrzymujemy się na zdjęcia. Gdzieś, gdzie nie ma ludzi, ani innych samochód w pobliżu. Ogólnie rzecz biorąc solnisko Salar de Uyuni niespecjalnie się różni od tych, które widzieliśmy wcześniej (tureckie Tuz czy irańskie Varzaneh). Z tą różnicą, że jest naprawdę spore i sól tutaj ma biały odcień. Jeśli dopisze pogoda, zwłaszcza słońce, to wychodzą tu wspaniałe zdjęcia. I jak wspominaliśmy, przewodnik był przygotowany pod to. Było sporo czasu, by porobić zdjęcia, ale też ponapawać się tym solniskiem. Potem mieliśmy lunch.


Wyspa Incahuasi
Kolejnym przystankiem była wyspa Incahuasi (lub Inkawasi, Inka Wasi, Isla del Pescado), co znaczy tyle co: dom Inków:, czy w przypadku alternatywnej nazwy: wyspa ryb:. Wspominaliśmy, że to teren płaski, ale także teren, na którym znajdują się wyspy. Mają one wulkaniczne pochodzenie. Obecnie to wzniesienia, ale faktycznie słowo wyspa jest tu bardzo na miejscu, gdyż z płaskiej przestrzeni soli wyróżnia się górka, która już nie jest pokryta solą (no i pamiętajmy, że teren czasem może być pokryty wodą). Są na niej skały i rosną kaktusy. Należą one do gatunku Leucostele atacamensis (lub inna nazwa łacińska Echinopsis atacamensis) i mogą mieć nawet do 10 metrów wysokości. Wyspa to taki mały las kaktusów, to także ten fragment Salar de Uyuni, który naprawdę żyje.


Wyspy takie służyły lokalnym mieszkańcom jako miejsca, gdzie budowali swoje osady na Salar de Uyuni. Do dziś na wyspie Incahuasi żyje niewielka społeczność. Parkuje się jeszcze na soli, a następnie wchodzi na wyspę. Część dolną można zobaczyć za darmo, trasa w górę jest płatna. Jest to raczej symboliczna opłata dla lokalnej społeczności. Icahuasi daje możliwość oderwania się od soli dzięki skałom i roślinności. Ale też jak się wejdzie na górę, są wspaniałe widoki na okolicę. Wyspa w najwyższym punkcie ma 3822 metry nad poziomem morza (tam można dojść), co daje jakieś 165 metrów przewyższenia do pokonania. Tym razem bez przewodnika, czy wspomagania koką, więc znów dobrze mieć pewną aklimatyzację. Sama wyspa jest niewielka, ma jakieś 24 hektary, trasa też jest dość prosta. Przy wejściu na nią kupuje się bilet, wraca się do centrum informacyjnego pełniącego rolę kolejnego muzeum. Przy parkingu są miejsca, gdzie można zrobić sobie przerwę na piknik.


Salar de Uyuni i odbicia
Ostatnim etapem naszej wycieczki było pojechanie w miejsce, gdzie jest jeszcze woda i obserwowanie tam zachodu słońca. To tutaj były potrzebne nam kalosze. Wody nie ma dużo, ale właściwie wszędzie jest mokro. Natomiast sprawia ona, że odbijają się widoki i to jest chyba jeszcze bardziej niezwykle wizualnie na zdjęciach niż w porze suchej. Znów przewodnik doskonale wiedział, jak to wykorzystać, jak zrobić sztuczki za pomocą telefonu, czy aparatu. Ten okres pozwolił niejako zobaczyć dwa oblicza Salar de Uyuni za jednym razem. Potem wróciliśmy do Uyuni.

Salar de Uyuni i filmy
Dodajmy, że Salar de Uyuni ma też filmową historię. I tu warto zacząć od Butcha Cassidy’ego, który wraz z Sundance Kidem faktycznie ukrywał się przez pewien czas w tych okolicach (blisko Potosi). Więc obecność Salar de Uyuni w filmie nie byłaby specjalnie zaskakująca, ale w tej historii wykorzystano ją na krótko dopiero w filmie „Blackthorn” (2011) Mateo Gila, który opowiada historię starego Butcha. Solnisko jest wykorzystane tylko w kilku ujęciach i gra raczej samo siebie, jest kolejną przeszkodą do pokonania.

Kolejny film, który mocniej wykorzystał Salar de Uyuni, acz wciąż nie wykorzystał jego potencjału, to „Gwiezdne Wojny Cześć VIII Ostatni Jedi” (2017) Riana Johnsona. Tu solnisko zostało wykorzystane do stworzenia scenerii solnej planety Crait. Tak naprawdę do Boliwii wysłano jedynie drugą ekipę i nagrano tu kilka ujęć, także lotniczych, które potem wykorzystano w filmie. Niestety nie próbowano bawić się tym, co Salar de Uyuni umożliwia kamerze. Raczej był pomysł, by nakręcić jeszcze raz scenę z lodową planetą, ale bez lodu (oryginalną w „Imperium kontratakuje” kręcono w norweskim Finse). Następnie całą resztę kręcono w studio pod Londynem, dodając czerwony kolor pod warstwą soli. Tego tutaj nie ma.

Inne filmy, które tu powstały, to choćby „Magia uczuć” (2006) Tarsema Singha, czy „Salt and Fire” (2016) Wernera Herzoga. W większości filmy kręci się w bardziej odległych, zachodnich częściach Salar de Uyuni, z prostej przyczyny, najczęściej nie docierają tam turyści, więc można tam spokojnie kręcić.


Zwiedzanie Salar de Uyuni
Na koniec kilka uwag praktycznych. Na tym terenie praktycznie nie ma zasięgu telefonów, więc można je przełączyć od razu w tryb samolotowy. Salar de Uyuni ma też problem z toaletami, pomijając dwa punkty, gdzie można było się zatrzymać (jak wyspa czy muzeum soli), to otwarty teren, nawet nie ma gdzie się schować. Trzeba wziąć pod uwagę temperaturę – my byliśmy w chłodnym okresie, więc ciepłe ubrania, w tym grube skarpety były koniecznością. Brodzenie w lodowatej wodzie, mimo kaloszy, może być mało przyjemne. Najlepszy okres na zwiedzanie przypada od maja do listopada. W porze deszczowej firmy ograniczają trasę wycieczki, by uniknąć problemów (zapadania się). Dodatkowo samo Uyuni daje możliwość oglądania innych atrakcji, dalej znajdują się laguny z flamingami, góry, a nawet gejzery. Więcej zdjeć znajdziecie tutaj.

- Na zwiedzanie Salar de Uyuni warto poświęcić przynajmniej jeden dzień.
- Możliwe wycieczki po okolicy można sprawdzić na GetYourGuide.
- W przypadku wyjazdu poza miasto samochód można wynająć tutaj.
- Jeśli spodobał Ci się wpis śledź nas na Facebooku (i innych mediach), podziel się nim lub zapisz się na newsletter.
| Boliwia | ||
| Salar de Uyuni | Relacja | |
| Szlak filmowy | ||
| Salar de Uyuni |





