Wszystkie wpisy, których autorem jest LT

Kapadocja: Göreme

Większość miejsc znajdujących się na liście UNESCO znajduje się w jednej kategorii: albo kulturowej albo przyrodniczej. Jest niewiele znajdujących się jednocześnie w obu. Jedno z nich to Park Narodowy Göreme (tur. Göreme Tarihî Millî Parkı) w Kapadocji. Swoją drogą w Turcji tak samo jest także z kompleksem Pamukkale-Hierapolis. Goreme zostało wpisane na listę w 1985 roku. Choć miejsce to nazywa się po polsku Parkiem Narodowym, czasem stosuje się też nazwę Otwarte Muzeum Göreme (tur. Göreme Açık Hava Müzesi). Znajduje się tu jakieś 350 wykutych w skale kościołów z czasów bizantyjskich, z tego koło 30 w ramach muzeum. To część, którą się najczęściej zwiedza.

Park Narodowy Göreme (Kapadocja)

Kaymakli
Kaymakli

W okolicy występuje wiele miękkich skał tufowych. To właśnie w nich od IV wieku zaczęto drążyć świątynie, kościoły i w pewnym sensie też skalne miasta. Najpierw osiedlali się tu chrześcijańscy asceci tworząc małe wspólnoty anachoretów. Początkowo ich duchowym przywódcą był święty Bazyli z Cezarei. To autor słynnej „Historii Kościoła”.

Kaymakli
Podziemia Kaymakli

Świątynie i kaplice powstawały przez wieki. Kolejne pokolenia drążyły swoje. Da się wyraźnie zauważyć różnicę, nie tylko wynikające z technologii i możliwości, ale też obowiązujących w danych czasach trendów czy nurtów. Choćby te, które wydrążono w okresie ikonoklazmu, były jeszcze bardziej minimalistyczne i mniej zdobione, niż wcześniejsze. Później zaś zaczęły pojawiać się bogate freski. Sprawia to bardzo ciekawe wrażenie, zwłaszcza, gdy wydrążone kościoły z różnych czasów sąsiadują ze sobą.

Cytadela Uçhisar
Cytadela Uçhisar

Podziemne miasta

Natomiast poza parkiem narodowym i muzeum jest tu jeszcze kilka innych rzeczy do zobaczenia. Przede wszystkim Kaymaklı (lub inaczej Enegup) oraz Derinkuyu. To z kolei są podziemne miasta, w których żyło więcej ludzi, nie tylko mnichów. Znajdowały się tu nawet stajnie, czyli wszystko co było potrzebne do życia. Miejsca takie pozwalały ludziom schronić się przed prześladowaniami. Kapadocja wyglądała na opuszczoną, w razie niebezpieczeństwa mieszkańcy dosłownie zapadali się pod ziemię.

Widok z Uçhisar
Widok z Uçhisar

Miasta podziemne także nie są udostępnione w całości. Odwiedzający mogą skorzystać z wyznaczonych tras. To zdecydowanie wystarcza, by liznąć trochę tych miejsc.

Göreme
Göreme

Słupy

Z innych ciekawostek w okolicy można zobaczyć słupy Szymona Słupnika. Wyobrażenie, przynajmniej u nas, jest zdecydowanie inne, niż rzeczywistość. Te słupy to formacje skalne, mało tego da się na nich nie tylko spokojnie siedzieć, ale i spać. W niektórych nawet mieszkać.

Göreme
Göreme

Cała okolica obfituje w przepiękne skalne formacje. Wiele z nich znajduje się przy drogach, czasem więc wystarczy się zatrzymać, by podziwiać skalne słupy.

Göreme (Kapadocja)
Göreme (Kapadocja)

Dojazd, bazy noclegowe i inne atrakcje

Do Göreme codziennie kursuje nocny autobus z Istambułu. Są też utrzymywane połączenia z innymi turystycznymi miejscami. Można też załapać się na wycieczki lokalnych operatorów, to popularny kierunek, więc nie powinno być problemu. Na miejscu trzeba jednak liczyć się z dużą ilością turystów. Niektórzy korzystają ze zwiedzania w balonach, co nadaje charakter okolicy. Zaś wczesnochrześcijańskie kościoły sprawiają, że poza zwykłymi globtroterami przyjeżdżają tu także pielgrzymi podążający za świętym Pawłem i pierwszymi chrześcijanami.

Goreme
Goreme

Gdyby ktoś szukał miejsc noclegowych stanowiących dobrą bazę wypadową po Kapadocji to są dwa. Nevsehir (tur. Nevşehir) z ciekawym muzeum, oraz Uçhisar słynące z skalnej cytadeli. Można na nią się wspiąć by podziwiać pobliskie wzniesienia. Minus jest taki, że Uçhisar niestety jest zauważalnie droższe.

Göreme
Göreme

Kapadocja to przepiękna, bardzo charakterystyczna część Turcji. Nie tak łatwo dostępna, ale z pewnością warta fatygi.

Słupy w Kapadocji
Słupy w Kapadocji

Na koniec jeszcze małe sprostowanie o „Gwiezdnych Wojnach”. Czasem można spotkać się z informacjami, iż kręcono tu „Nową nadzieję”. Nie kręcono. Poszukując lokacji scenografowie dotarli do Göreme, ale ostatecznie wybrali Tunezję. Natomiast kręcono tu ujęcia do tak zwanych „Tureckich Gwiezdnych Wojen”, czyli quasi-podróbki zawierającej sceny z oryginału.

Jeśli uważasz wpis za pomocny lub interesujący polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Kapadocja: Göreme ?
Share Button

Paihia i lasy namorzynowe

Miejsc turystycznych w Nowej Zelandii nie brakuje, jest w czym wybierać. Jednym z bardziej znanych ośrodków wypoczynkowych na Wyspie Północnej jest Zatoka Wysp, czyli Bay of Islands. Zaś największe miasto Zatoki to Paihia.

Plaża w Paihia
Plaża w Paihia

Paihia – zatoka wysp

Pierwszym Europejczykiem, który odwiedził to miejsce, był kapitan James Cook. To on nadał nazwę zatoce. Tu także wzniesiono pierwsze europejskie osady w Nowej Zelandii. Początkowo pomieszkiwali tu wielorybnicy, później też misjonarze. W 1845 toczyła się tu jedna z tak zwanych wojen maoryskich. Dokładniej wojna o maszt flagowy. Formalnie między Brytyjczykami a wojownikami Māori, w rzeczywistości jednak Korona Brytyjska wspierała tylko jednego z maoryskich wodzów w walce z innym. Tak więc miejsce to ma własne, historyczne korzenie, co nie jest częste w kraju Kiwi.

Las namorzynowy w Paihia
Las namorzynowy w Paihia

Paihia to najważniejsze miasto w Bay of Islands. Znajduje się na północy wyspy, dzięki ciepłym prądom morskim i klimatowi podzwrotnikowemu to doskonałe miejsce na wypoczynek. Dodatkowo plaża, zatoka z wyspami. Przybywają tu turyści zainteresowani tak wylegiwaniem się, jak żeglowaniem czy innymi wodnymi atrakcjami. Ponadto to słynne miejsce wśród wędkarzy. Wędkowanie w tym miejscu propagował amerykański pisarz Zane Grey, twórca literackiego westernu. Obecnie Paihia oferuje dużo więcej atrakcji turystycznych. W okolicy można pograć nawet w golfa.

Las w Paihia
Las w Paihia

Lasy namorzynowe w Paihia

Jednakże to nie wspaniała Zatoka Wysp nas tu przyciągnęła, a lasy namorzynowe, czyli jeden z rodzajów wiecznie zielonych lasów podzwrotnikowych. Namorzyny to grupa drzew, które doskonale radzą sobie rosnąć zanurzone w wodzie, słonej, słodkiej i często mieszanej. Porastają wybrzeża osłonięte od działania morskich fal, albo też koryta rzek czy jezior. Takich lasów na Północnej Wyspie jest wiele. Niektóre są stosunkowo małe, przypominają bardziej nasze szuwary, inne rozciągają się na dość dużym terenie.

Las namorzynowy w Paihia
Las namorzynowy w Paihia

W okolicy Paihia także znajduje się taki las. Można go zobaczyć wybierając się na wycieczkę kajakiem lub przejść leśną trasę. Tę zaczynamy od normalnego lasu, dopiero potem przechodzimy kładką między namorzynami. Ponieważ to okolica turystyczna, zadbano by przejście było interesujące.

Przeprawa przez wodę
Przeprawa przez wodę

Zaczynamy od bardziej „lądowego” lasu, co jest kojącym doświadczeniem. Na początek musimy przedostać się przez bramkę, która ma utrudnić wejście dzikim psom. Są znaki, że gdzieś na tym terenie żyje kiwi, ale w dzień nawet nie mamy co łudzić się, że zobaczymy te fascynujące ptaki. Niemniej jednak Nowozelandczycy robią wszystko, by chronić rdzenne gatunki. Tu to bardzo dobrze widać.

Paproć drzewiasta
Paproć drzewiasta

Nowa Zelandia to nie tylko gadzie skamieniałości jak hatteria, czy ptasie jak kiwi. To także niezwykłe rośliny. W lasach nowozelandzkich można natknąć się na paprocie drzewiaste. Rośliny te porastały ziemię kilkaset milionów lat temu, choćby w erze karbonu. Jako gatunek (w dodatku nie jeden) ostała się w Nowej Zelandii, można na nią natknąć się w lasach. Dorasta nawet do 25 metrów. Najbardziej znana paproć drzewiasta to Cyathea medullaris.

Namorzyny
Namorzyny

A sam spacer? Ciepło, różnorodność flory, powietrze nasycone zapachami późnej wiosny, nieznane nam dotąd ptasie śpiewy, czyli całe piękno Nowej Zelandii. Potem zaś główna atrakcja: namorzyny.

Młode namorzyny w wodzie
Młode namorzyny w wodzie

Wodospad Hararu

Trasa kończy się małym, acz widowiskowym wodospadem Hararu (Hararu Falls). Właściwie można ominąć cały szlak i przyjechać bezpośrednio na sam koniec. Zarówno tu, jak i na początku mamy parking. Szlak jest darmowy. Tyle że to co zdecydowanie jest tu najciekawsze przyrodniczo, przynajmniej dla nas, to właśnie namorzyny znajdujące się gdzieś w środku trasy. Niezależnie, którą stronę się wybierze, by dotrzeć do nich trzeba pokonać ze 2-3 kilometry.

Wodospad Haruru Falls
Wodospad Haruru Falls

Na namorzyny można natknąć się w kilku miejscach Nowej Zelandii. Myśmy wybrali tę okolicę właśnie ze względu na dobre opinie, jeśli chodzi o trasę pieszą. Z pewnością było to bardzo interesujące doświadczenie, zwłaszcza jako początek naszej nowozelandzkiej przygody.

Droga między namorzynami
Droga między namorzynami

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Paihia Przylądek Reinga
Share Button

Zjednoczone Emiraty Arabskie: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Zweryfikowane ostatnio w styczniu 2018.

Uwagi ogólne: Bardzo specyficzny, bogaty kraj, w którym ma się wrażenie, że szejkowie nie mają co robić z pieniędzmi. Poza bogatymi miastami na uwagę zasługuje przede wszystkim przyroda.

Dojazd: Najlepszy sposób to samolot. Są zarówno tanie linie – WizzAir i flyDubai, które latają z niektórych polskich miast, jak i można czasem znaleźć promocję na Emirates czy Ethiad.

Wiza: Wydawana od ręki przy przylocie, 90-dniowa z możliwością wielokrotnego przekraczania granicy. Paszport konieczny.

Przepisy celne: Do ZEA nie wolno przywozić narkotyków, leków psychotropowych czy opioidów (za to są wysokie kary. Ewentualnie  trzeba  mieć anglojęzyczną receptę). Zabroniony jest też wwóz materiałów pornograficznych (zwłaszcza LGBT), które godzą w obyczajowość muzułmańską. Ograniczony jest też wwóz alkoholu, acz podobno nie zawsze ten przepis jest przestrzegany.

Baza noclegowa: Rozbudowana, w tym także hotele najwyższego standardu na świecie (oczywiście za odpowiednia cenę). W Emiratach jedną z rzeczy do zwiedzania są hotele, drugą galerie handlowe, więc coś w tym jest. Niektóre hotele znajdują się przy galeriach handlowych. Uwaga: formalnie prawo zabrania wynajmowania wspólnych pokoi nie rodzinom. Czyli chłopak z dziewczyną bez ślubu mogą mieć problemy, zwłaszcza, że seks przedmałżeński jest nielegalny. Praktyka jest jednak inna, zwłaszcza w takich miejscach jak Dubaj. Choć na booking są oferty, gdzie takie obostrzenia są zaznaczone. Natomiast jest też wiele hoteli, które do tego się nie stosują, choćby sieciówek. Nie jest tak strasznie jak to przedstawiają. Hotele bez problemu można znaleźć np. przez Booking.

Szczepienia wymagane: Brak. Warto standardowo być zaszczepionym na WZW A i B.

Choroby: Istnieje zagrożenie zarażenia wirusem MERS, który atakuje drogi oddechowe. Zakazić się można przez kontakt z zarażonym wielbłądem, niepasteryzowanym mlekiem i niedogotowanym mięsem, a także moczem (składnik tradycyjnej medycyny arabskiej). Warto mieć to na uwadze przy wszystkich atrakcjach związanym z wielbłądami. Choroba jest potencjalnie śmiertelna, początki zakażenia przypominają zwykłą grypę. W razie wystąpienia objawów grypopodobnych po powrocie z Półwyspu Arabskiego, trzeba natychmiast poinformować o tym lekarza. Istnieją doniesienia o zmutowanym wirusie, który przenosi się między ludźmi drogą kropelkową.

Poza tym to jest kraj o wysokim standardzie higienicznym, woda pitna pochodzi z odsalanej i przefiltrowanej wody morskiej, nawet picie jej z kranu jest raczej bezpieczne.

Waluta: Dirham (AED).

Płatności kartą i bankomaty: W dużych miastach karty  bezproblemowo akceptowane. Bankomaty także są dość powszechne. Gdy się wyjdzie jednak już poza miasto, może nie zawsze są czytniki kart, włączając to również stacje benzynowe.

Napiwki: Formalnie brak, nie są oczekiwane. Jednak większość usług wykonują tutaj osoby z Indii, Pakistanu i innych krajów, więc nie protestują, gdy się go zostawia. Natomiast nie należy go dawać tak, by Arabowie to widzieli.

Internet: W hotelach i restauracjach problemu nie ma. Choć oficjalnie istnieje pewna cenzura sieci.

Telefony: Roaming dostępny. Zasięg telefonów bardzo dobry, także na pustyni.

Język: Formalnie arabski, ale angielski jest tu bardzo istotny w normalnym funkcjonowaniu. Raz, większość pracowników pochodzi spoza Emiratów, więc to podstawowy język komunikacyjny. Dwa, sam arabski ma dialekty, więc jest problem jeśli ktoś zna np. afrykańską wersję.

Gniazdka elektryczne: Jak w Wielkiej Brytanii.

Wtyczka typu brytyjskiego
Wtyczka brytyjska

Samochody i transport: Po kraju zdecydowanie najłatwiej jest się poruszać samochodem. Drogi są dobre, benzyna dość tania. O ile jeszcze między większymi miastami można znaleźć dojazd (np. autobusy z Dubaju do Abu Zabi) o tyle dalej pozostają głównie taksówki.

Bardzo istotne jest przestrzeganie przepisów. Mandaty są tu bardzo duże (minimalna stawka w przeliczeniu to 600 zł), co więcej za np. przekroczenie prędkości można dostać kilka pod rząd, jeśli złapią nas różne radary. Tych ostatnich jest pełno, choć nie wszystkie działają. Praktycznie każdy samochód zarejestrowany w ZEA ma czip, co ułatwia identyfikację i późniejsze ściągnięcie mandatu. W praktyce przy zwrocie samochodu do wypożyczalni, mandat jest od razu ściągany z karty kredytowej.

Oznaczenia i drogowskazy: Średnio lub słabo. Pod tym względem to kraj wciąż mało rozwinięty, bardziej stawiający na taksówki. Podobnie jest też z oznaczeniami dróg w Dubaju, na ślimakach trzeba trochę znać miasto, by się nie zgubić.

Jedzenie wegetariańskie: Mało jedzenia lokalnego. Ale jest wiele knajp z innych rejonów świata, więc coś wegetariańskiego się znajdzie (np. kuchnia włoska, czy libańska).

Ciekawie wygląda też sprawa alkoholu. Tu jest dwugłos. Formalnie nie powinien być w sprzedaży, ale… w miejscach turystycznych trochę przymykają na to oko. Choć to oczywiście kosztuje i jest ograniczone do niektórych hoteli, restauracji czy klubów. Natomiast jeśli ktoś chce kupować alkohol w sklepie, musi go zamawiać wcześniej, mając oczywiście certyfikat, że nie jest muzułmaninem.

Ludzie: Są dwa rodzaje obywateli. Panowie, czyli Arabowie, obywatele tego kraju. Specjalnie nie rzucają się w oczy, nie ma ich zbyt wielu w dużych miastach. Jeśli już, to najczęściej na zakupach. Drugi rodzaj ludzi to pracownicy. Ci niższego szczebla najczęściej pochodzą z Pakistanu, Indii i innych krajów Azji wschodniej lub czarnej Afryki. Niestety są traktowani jak tania służba, czy niewolnicy, czego można być czasami świadkiem. Biali, ludzie pochodzący z Europy czy Stanów to zazwyczaj specjaliści lub zamożniejsi turyści, więc im jest okazywany szacunek.

Formalnie ścigany prawnie jest też seks przedmałżeński, ale w hotelach turystycznych raczej nie sprawdzają nawet czy para wynajmująca pokój jest małżeństwem

Prawo i obyczaje: To kraj muzułmański. Już wspomniane były wyżej, ale gwoli przypomnienia: alkohol, narkotyki, nawet niektóre leki oraz seks przedmałżeński raczej nie są tu dobrze widziane. Kobiety nie powinny nadmiernie odsłaniać ciała, ale nie ma na to oficjalne paragrafu. Nie trzeba też ubierać nakrycia głowy. Kobiety nie powinny także zaczepiać arabskich mężczyzn, a mężczyźni arabskich kobiet, które zresztą zawsze pojawiają się w mieście w obecności męskiego członka rodziny. Należy się stosować do panujących tu reguł i uważać jak fotografuje się ludzi. Lepiej unikać lub wcześniej zapytać.

Bezpieczeństwo: Emiraty to dość bezpieczny kraj, zwłaszcza jeśli chodzi o terroryzm czy drobną przestępczość. Ta druga to zjawisko marginalne. Mimo to, kobiety nie powinny podróżować same (zwłaszcza poza resortami i atrakcjami turystycznymi) – w razie napaści, one są traktowane jako winne.

Klimat: Strefa klimatu zwrotnikowego kontynentalnego suchego, w głębi kraju skrajnie suchego. Dobry sezon na wyjazd to nasza zima. Jest wtedy ciepło, ale nie upalnie – średnie temperatury w styczniu to 20 stopni Celsjusza, a rankiem i wieczorem jest nawet chłodno.

Informacja turystyczna i mapy: Raczej nie należy szukać konkretnego biura informacji turystycznej. Za to różne atrakcje, zwłaszcza skierowane do przyjezdnych, są dość dobrze oznaczone i rozreklamowane. Gorzej, gdy chcemy zobaczyć coś bardziej lokalnego (np. wyścigi wielbłądów), wtedy pojawiają się problemy z dostępem do informacji.

Szlak emiracki
Praktycznie
Share Button

Dubaj

Gdy jechaliśmy autobusem do Baku, pewien Azer zachwalał stolicę swojego kraju jako „mały Dubaj”. Wiedzieliśmy, że koloryzuje, ale rzeczywiście, byliśmy pod wielkim wrażeniem nowoczesnych wieżowców, szerokich arterii, pięknych iluminacji. Jednak ten czar pryska bardzo szybko, wystarczy tylko wyjechać z lotniska Dubai International Airport (DXB). Ba, gdy jeszcze schodziliśmy do lądowania, nabraliśmy przekonania, że stwierdzenie „Baku to mały Dubaj” jest… mocno przesadzone! Nieprawdziwe! Petrodolary są w Dubaju, w Baku co najwyżej petrocenty! Dubaj (arab. دبي) to  kwintesencja Emiratów, miejsce gdzie widać pieniądze zainwestowane we wszystko, co się da. To niesamowita mieszanka zaskakujących rzeczy, ale przy tym często stylowych, dopracowanych, przepychu, bogactwa. No i nie może zabraknąć filmu: przede wszystkim „Mission Impossible: Ghost Protocol”.

Panorama Dubaju
Panorama Dubaju

Burj Khalifa

Z filmem właściwie wiąże się jeden wieżowiec – słynny Burj Khalifa, (lub Burdż Chalifa)  ale nim do niego przejdziemy, dwie krótkie uwagi. Po pierwsze, w Dubaju faktycznie najczęściej zwiedza się hotele i centra handlowe. Burj wpisuje się w to doskonale, bo tu jest jedno i drugie. Druga sprawa: trzeba brać poprawkę na filmy z serii „Mission: Impossible”. Jak pamiętamy z Maroko, sceny dziejące się w Casablance są w montażu połączone z ujęciami z Marakeszu, Rabatu, a nawet okolic Agadiru. W przypadku Dubaju jest bardzo podobnie. Topologia jest trochę zaburzona, prawa ekranu.

Burdż Chalifa
Burdż Chalifa

Jeśli ktoś szukałby małej drogi po pustyni, którą jechał Tom Cruise z ekipą, gdzie musiał wyminąć wielbłądy, zaś na horyzoncie wznosi się Dubaj z górującym szczytem Burj Khalifa, to się  zawiedzie. Trasa wjazdowa do Dubaju od strony Al-Ajn, prawdopodobnie jest najbardziej pustynna ze wszystkich. A przy tym wielopasmowa. Wielbłądy w tym miejscu nawet jak są, to raczej się nie szwendają po drogach. Natomiast faktem jest, że przy sprzyjającej widoczności, Burj Khalifa można zobaczyć z odległości około 80 kilometrów. Przy drodze jest też tor wyścigowy dla wielbłądów, więc może się zdarzyć, że na poboczu jakiegoś się znajdzie.

Widok z Burdż Chalifa
Widok z Burdż Chalifa

Budynek ten początkowo miał się nazywać Burj Dubai, czyli wieża Dubaju. Pomijając powiązania historyczne (wcześniej istniała taka wieża), nadano mu nazwę  Burj Khalifa, czyli Wieża Chalify na cześć prezydenta Emiratów, szejka Chalify bin Seida, honorując tym samym jego osobisty, finansowy wkład w uniknięcie przez ZEA skutków kryzysu gospodarczego. Obecnie jest to najwyższy budynek świata. Mierzy 829,8 metrów wysokości, czyli prawie kilometr w pionie, więcej niż np. Ślęża. Najwyższe, czyli 156 piętro jest na wysokości 584,5 metra. Taras widokowy dla turystów jest na 148 piętrze na wysokości 555, 7 metrów lub 124-125 piętrze i wysokości 452 m (tańsza opcja). Budowa trwała zaledwie 5 lat (2004 – 2009 rok, oficjalne otwarcie miało miejsce 4 stycznia 2010) i pochłonęła kwotę 1,5 miliarda dolarów. Budynek jest połączony z Dubai Mall, tworzy jedno centrum (handlowe). W wieży zaś mamy zarówno biura, jak i hotel.

Skrzyżowanie w Dubaju
Skrzyżowanie w Dubaju

Zdawałoby się, że taki budynek nie potrzebuje dodatkowej promocji, jednak film „Mission: Impossible – Ghost Protocol” Brada Birda z 2011 roku, gdzie wiele kluczowych scen ma miejsce w drapaczu chmur, a Tom Cruise brawurowo wspina się po elewacji wieży, dodatkowo rozsławiły Burj Khalifa i sam Dubaj. Podczas oczekiwania na wjazd na 124 piętro, turystom wyświetla się fragment reportażu o tym filmie. Tom Cruise NAPRAWDĘ wyszedł na zewnątrz budynku i się po nim wspinał. Oczywiście w uprzęży, ale sama myśl przyprawia o zawrót głowy. Niekoniecznie robił to na samym szczycie, ale i tak jest to wyzwanie. Warto dodać, iż pracujący tu Hindusi robią to dużo częściej, ponieważ czyszczą elewację od zewnątrz, a także przeprowadzają pracę konserwacyjne.

Widok z Burj Khalifa
Widok z Burj Khalifa

Główny taras widokowy na Burj Khalifa jest na 148 piętrze, zdecydowanie bardziej ekskluzywny, co za tym idzie droższy. Jest też drugi, na 124 piętrze, oczywiście wjeżdża się tam windą. Znajduje się tam obserwatorium At the Top. Jest tutaj kawiarnia, sklep z pamiątkami, gdzie można kupić certyfikat, że się było w najwyższym budynku świata. Po kręconych schodach można się dostać na wyższy taras (125 piętro). To właśnie At the Top jest tą zdecydowanie najbardziej popularną atrakcją Dubaju. Różnica w cenie między 124 a 148 piętrem jest bardzo zauważalna.

125 piętro
125 piętro

Ponieważ dużo ludzi chce zobaczyć panoramę Dubaju z tarasu Burj Khalifa, wizytę tę należy sobie wcześniej zarezerwować (np. na stronie At the top, można też sprawdzać Groupona, bo tam często są promocje). Inaczej mogą być problemy z wejściówkami, ale nie muszą, zależy od natężenia ruchu. Godzina na bilecie jest przybliżona, acz w bardzo ograniczonym zakresie. Tak mniej więcej o pół godziny w tę czy we w tę da się to bez problemu przesunąć na miejscu. Przychodzi się z wydrukowanym voucherem i dalej wszystko idzie dość prosto, choć trochę trwa ze względu na ilość ludzi i kolejki. Gdy już potwierdziliśmy bilet, przechodzi się przez kontrolę bezpieczeństwa, a potem idzie do wind. Te są niesamowite, bardzo szybkie, a przy tym świetnie skalibrowane. Prawie się nie czuje ruchu, czy startu. Czuć za to zmiany ciśnienia w uszach. Na górze mamy już tyle czasu, ile potrzebujemy. Nikt nikogo nie pogania, choć przy windach na dół i tak najczęściej jest kolejka.

Taras widokowy
Taras widokowy

Widok na rozbudowujący się Dubaj trochę przypomina ten z samolotu. Na 555 czy nawet 452 metrach, ta wysokość staje się abstrakcją, nie czuje się jej. Staje się raczej odległością, dalekim horyzontem. Przy odpływie i przy dobrej widoczności można stąd dostrzec brzeg Iranu, oddalonego w prostej linii 100 kilometrów! Przy gorszej widoczności ciężko zobaczyć dalszą zabudowę Dubaju. Zaś jeszcze wracając do „Mission: Impossible”: hotele znajdują się w tym budynku do 8 piętra oraz na 38 i 39, w filmie wygląda to jeszcze inaczej. Podobnie zresztą jest z burzą piaskową, szczęśliwie dla pracujących tu Hindusów tak strasznie to nigdy nie wygląda.

Burdż Chalifa nocą
Burdż Chalifa nocą

Z Burj Khalifa można dwukrotnie obserwować zachód i wschód słońca: gdy podziwiamy zachód, należy najpierw oglądać słońce z poziomu ulicy, zaś potem wjechać na punkt widokowy, by podziwiać zachód raz jeszcze tego samego wieczora. Ze wschodem oczywiście postępuje się na odwrót: najpierw słońce wschodzi dla obserwatora na szczycie wieży, później dla obserwatora z poziomu ulicy. Trudniej też kupić bilety w okolicach zachodu, więcej osób chce tam wjechać na tą godzinę. Zresztą wiąże się z tym pewien kłopot natury religijnej: dla przebywających na górnych piętrach muzułman słońce zachodzi później, niż na poziomie gruntu. Ma to znaczenie na przykład podczas Ramadanu, gdy jeść można po zachodzie słońca. Stąd wytyczne duchownych muzułmańskich, by przebywający powyżej 80 piętra po zachodzie słońca (z ich perspektywy) odczekali 2 minuty, a przebywający powyżej 150 piętra – 3 minuty.

Fontanna przy Dubai Mall z góry
Fontanna przy Dubai Mall z góry

Dubai Mall

Jak wspominaliśmy, Burj Khalifa jest praktycznie częścią Dubai Mall. To duże centrum handlowe z lodowiskiem, kinem i wieloma innymi atrakcjami. Wieczorem można się załapać na pokaz największej choreograficznej fontanny na świecie. Zbudowana na 30-akrowym sztucznym jeziorze, długa na 275 metrów. Tryska wodą na wysokość do 152,4 metra, a na raz może wyrzuć w powietrze nawet 83 tysiące litrów wody! Nieźle jak na pustynny kraj. Oświetla ją prawie 7 tysięcy lamp i 25 kolorowych projektorów. Kosztowała ponad 200 milionów USD.

Uroczysta inauguracja fontanny i przy tym Dubai Mall miała miejsce w 2009 roku. Widowisko robi ogromne wrażenie: synchronizacja fontanny z muzyką jest bardzo precyzyjne, efekty świetlne i wodne olśniewające. Program pokazu bardzo dynamiczny, świetnie dopasowany do muzyki. Trafiliśmy na jakiś arabski rytm, uwspółcześnioną tradycyjną melodię tak kojarzoną z krajami arabskimi. Niekiedy można usłyszeć remiks motywu przewodniego z „Mission Impossible” – bardzo celnie! W repertuarze z filmowych kawałków jest też piosenka „Skyfall” w wykonaniu Adele i motyw przewodni z „Siedmiu wspaniałych”. Wieczorem nie tylko fontanna jest oświetlana. Na Burj Khalifa wyświetlane są kolorowe animacje na elewacji.

Dubai Mall
Dubai Mall

Oceanarium w centrum handlowym, czemu by nie? Dubai Aquarium & Underwater Zoo to jedna z tych dodatkowo płatnych atrakcji. W akwarium jest około 300 gatunków morskich zwierząt, w tym rekiny. Prawdę powiedziawszy, nie zrobiło na nas dobrego wrażenia, zwłaszcza że bilet do tunelu pod wodą kosztował dużo, a odcinek do przejścia mały. Pod tym względem Dubaj ma jeszcze trochę do nadgonienia.

Dubai Aquarium
Dubai Aquarium

Otwarte jesienią 2008 roku Dubai Mall jest ogromne: ma powierzchnię 520 tysięcy kilometrów kwadratowych na 4 kondygnacjach, na parkingu mieści się jakieś 14 tysięcy samochodów. A i tak o późniejszej godzinie trudno o miejsce. Jest tutaj ponad 1200 sklepów i usług. Parking jest darmowy, a przy centrum jest też stacja metra. To dobre miejsce, by zostawić samochód i wyskoczyć stąd po Dubaju.

Diplodok w Dubai Mall
Diplodok w Dubai Mall

Trzeba przy tym pamiętać, że Dubai Mall jest zaledwie częścią całego kompleksu Dubai Downtown. Jeszcze więcej sklepów? Na obszarze Downtown jest suk, taki elegancki, z górnej półki. Samo Dubai Mall jest bardzo różnorodne, jeśli chodzi o architekturę tego miejsca. Można mieć swój ulubiony zakątek. Nas zaskoczył choćby diplodok. Najbardziej kompletny odnaleziony szkielet diplodoka, przynajmniej według informacji podanych na ekranie przy szkielecie. Wyobrażacie sobie takie coś w którymś z naszych centrów handlowych? Oprócz tego w środku jest masa przeróżnych sklepów i restauracji, a co pewien czas jakieś ciekawostki, jak rzeźby. Natomiast najciekawsze wrażenie centrum robi właśnie zaraz po pokazie fontanny, gdy olbrzymi tłum ludzi wraca do środka. Wtedy w niektórych newralgicznych miejscach stoją osoby kierujące ruchem.

Fontanna w Dubai Downtown
Fontanna w Dubai Downtown

Mall of the Emirates

Mall of the Emirates to kolejne wielkie centrum handlowe, odwiedzane rocznie przez około 40 milionów zwiedzających i klientów. Otwarte w 2005 roku, przebudowane w 2015 roku, o powierzchni około 220 tysięcy kilometrów kwadratowych, z parkingiem na ponad 7000 samochodów, bo jakoś do tych ponad 700 sklepów i usług trzeba dojechać. Przy Mall of the Emirates znajduje się Sheraton i Kempinsky, żeby przyjechać na zakupy nie na kilka godzin, ale na kilka dni.

Stok w Mall of Emirates
Stok w Mall of Emirates

W centrum handlowym Mall of the Emirates jest Ski Dubai, czyli tor narciarski. Z kolejką linową. I śniegiem. I jest tam -2 stopnie Celsjusza. Ot zwykła atrakcja w galerii… Wejście tam jest płatne, jest wypożyczalnia sprzętu narciarskiego, dają ciepłe ubrania. Trochę tak szczęka opadła. Pojechać na narty do Dubaju, nocleg w Sheratonie, kolejka linowa i śnieg i cały czas jesteśmy w jednym centrum handlowym.

Dubai Downtown
Dubai Downtown

Jumeirah

Jumeirah to obszar wybrzeża zajęty przez luksusowe rezydencje i hotele. Do lat 60. XX wieku zamieszkiwali go głównie rybacy i poławiacze pereł, w dobie rozwoju gospodarczego zaczęli osiedlać się tutaj zamożni Arabowie, wyrastały kolejne hotele. Jeden z kompleksów hotelowych obejmuje Souq Medinat Jumeirah, czyli luksusowy suk. Niewiele ma wspólnego z tym, co widzieliśmy choćby w Nizwie, ale dla bardzo bogatych turystów to dobre miejsce na zakupy: daje poczucie egzotyki, a jednocześnie jest okiełznane, bezpieczne i czyste.

Plaża na Palm Jumeirah
Plaża na Palm Jumeirah

Sztandarowym projektem Jumeirah jest Burj Al Arab, czyli Wieża Arabów lub Wieża Arabska. Ten ukończony w 1999 roku hotel (obecnie trzeci najwyższy na świecie) w momencie powstania był najbardziej luksusowym hotelem świata. Miał mieć oznaczenie 7-gwiazdkowego, ostatecznie ma 5 gwiazdek z dopiskiem Deluxe. Obecnie bardziej luksusowy jest Emirates Palace w Abu Zabi.

Burj Al Arab widoczny Jumeirah
Burj Al Arab widoczny Jumeirah

Burj Al Arab jest posadowiony na sztucznej wyspie, posiada tylko 28 użytkowych pięter, na których mieszczą się 202 apartamenty. Najmniejszy z nich ma „zaledwie” 169 m2, największy to aż 780 m2! Jednak przeglądając stronę internetową hotelu i zdjęcia pokoi to musimy przyznać, że nie są ładne. Dość kiczowate. Wnętrzarsko ładniejszy jest Emirates Palace. Ale to może tłumaczyć fakt, że Burj Al Arab jest chętnie rezerwowany przez Chińczyków – taki gust.

Jumeirah
Jumeirah

U wybrzeży dzielnicy Jumeirah znajdują się słynne palmowe wyspy, z których największa i najbardziej znana jest Palm Jumeirah. Konstrukcja wyspy rozpoczęła się w 2001 roku, a już w 2006 roku pierwsi mieszkańcy wprowadzali się do swoich apartamentów.
Gdy tak stoimy na tej wyspie, w ogóle nie mamy poczucia, że to jest wyspa, w dodatku sztuczna: jest naprawdę wielka i ma duże zagęszczenie apartamentowców wzdłuż głównej arterii – „pnia” Można też podejść na tutejsze plaże. W całym Dubaju jest ich kilka, niestety większość jest płatna. Najczęściej można za darmo zobaczyć sobie widoki i tyle. Czyli stoi się na chodniku i nie wchodzi na piasek, ochroniarze na to nie pozwalają.  Zaś wracając do Palm Jumeiriah, ma ona własną kolejkę monoszynową, ot kolejny środek transportu. Widać stamtąd kolejne ciekawe miejsce, czyli Dubai Marina.

Suk w Jumeirah
Suk w Jumeirah

Dubai Marina

Dubai Marina to dzielnica biznesowo-mieszkalna, która jest posadowiona wzdłuż sztucznego kanału łączącego się z obu stron z Zatoką Perską. Dubai Marina ma ośmiokilometrową trasę spacerową, Marina Walk, zrobioną wzdłuż wybrzeża sztucznego kanału. Po zmroku wygląda to super! Marina jest w całości zrobiona przez jednego dewelopera: Emaar Properties, a zaprojektowana przez kanadyjską pracownię projektową, stąd nie dziwi inspiracja podobną sztuczną mariną w Vancouver.

Dubai Marina
Dubai Marina

Wysokość wieżowców przeważnie mieści się w przedziale 250 – 300 metrów, ale jest także kilka o wysokości 350 do ponad 400 metrów i jeden jeszcze nie ukończony superwysokościowiec Pentominium, który ma sięgać 516 metrów.

Dubai Marina
Dubai Marina

Ras Al Khor

W Dubaju jest wiele niesamowitych rzeczy, w tym także częściowo sztuczny rezerwat przyrody. Ras Al Khor to mokradła obejmujące las namorzynowy, odbudowany i utrzymywany na zlecenie emira Dubaju, by zachęcić migrujące ptactwo do zatrzymywania się tutaj.

Rezerwat ten znajduje się na liście ramsarskiej, takim odpowiedniku listy UNESCO, ale obejmującej obszary wodno-błotne o znaczeniu międzynarodowym, zwłaszcza jako habitat ptactwa wodnego. W Polsce mamy 16 Obszarów Ramsar, należą do nich choćby Stawy Milickie, Biebrzański Park Narodowy, czy Park Narodowy Ujście Warty. Wracając jednak do Ras Al Khor, ten został wpisany na listę ramsarską pod koniec 2007 roku jako pierwszy i najważniejszy obszar Ramsar ZEA na tej liście. Wcześniej, bo w 1998 roku uznano Ras Al Khor za obszar zagrożony zagładą przez ludzką działalność, przede wszystkim postępującą urbanizację. Szejk Zajid, prezydent i główny założyciel ZEA, wydał prawo o obszarach chronionych w Dubaju. Ras Al Khor znalazł się pod protektoratem emiratu Dubaju.
Od tamtego czasu znacznie wzrosły działania na rzecz ochrony Ras Al Khor i zapewnienia jego biologicznej różnorodności. Oczywiście, by ptaki czuły się tu lepiej, trochę teren dostosowano.

Ras Al Khor
Ras Al Khor

W tym hałaśliwym, rozrastającym się w błyskawicznym tempie mieście znajduje się oaza dla migrującego ptactwa. Zwłaszcza, że w bezpośrednim sąsiedztwie buduje się nowe centrum Dubai Creek, z budynkiem, który ma być jeszcze wyższy niż Burj Khalifa. Będzie mieć ponad 900 m. To niesamowity kontrast.

Widok na centrum
Widok na centrum

Ras Al Khor oznacza dosłownie „przylądek strumienia”. Obejmuje obszar 20 hektarów, będący rozlewiskiem Dubai Creek, który wpływa do Zatoki Perskiej. Wody tworzą liczne rozlewiska, płytkie laguny i bagniska. Woda słodka miesza się ze słoną, w tych warunkach rosną namorzyny. Jest przystankiem na trasie dla około 20 tysięcy ptaków reprezentujących 67 gatunków, migrujący na trasie wschodnia Afryka – zachodnia Azja. Najkorzystniejszym okresem do ich obserwacji jest zima i okresy przejściowe, kiedy nasilona jest migracja. Natomiast jak się doda różne ptaki nie migrujące, to można tu wypatrzyć ponad 270 różnych gatunków.

Dla turystów powstała ścieżka edukacyjna oraz czatownie rozmieszczone wokół obszaru. Wstęp jest bezpłatny, a na miejscu można zapoznać się z informacjami na temat ptaków żyjących w rezerwacie. Z powodu bogactwa gatunków, czatownie są dość mocno oblegane przez wielbicieli ptasiej fotografii.

Flamingi
Flamingi

Ras Al Khor jest znany przede wszystkim ze stad flamingów różowych. Kolor zawdzięczają czerwonemu barwnikowi zawartego w ciałach pożeranych przez nie skorupiaków. Tutaj są one dokarmiane. Ptaki jednak nie trzymają się sztywno granic rezerwatu, można je wypatrzyć w różnych częściach miasta. Zaś samo Ras Al Khor jest także dobrym miejscem na oglądanie dubajskiej panoramy, choćby gdy Burj Khalifa zaczyna się mienić kolorowym oświetleniem. Jedyny problem to zdecydowanie małe, acz darmowe parkingi.

Flamingi
Flamingi

Stary Dubaj – Bur Dubai

Dubaj ma swoje Stare Miasto. Trzeba tylko wziąć poprawkę na to, że to „stare miasto” w większości pochodzi z lat 60., kiedy to zaczął się okres szybkiego bogacenia miasta dzięki wydobyciu ropy naftowej.

Muzeum Dubajskie i fort Al Fahidi
Muzeum Dubajskie i fort Al Fahidi

Tym niemniej warte zobaczenia jest Muzeum Dubaju, mieszczące się w forcie Al Fahidi.
Al Fahidi to nazwa najstarszej dzielnicy współczesnej historii Dubaju, która sięga połowy XIX wieku, kiedy to Dubaj był osadą rybacką i poławiaczy pereł. Dubajskie perły są zresztą wspomniane przez weneckiego kupca żyjącego w XVI wieku. Jednak większość XIX wiecznych zabudowań to chaty z suszonej gliny, kryte palmowymi liśćmi. W XVI wieku nie wyglądało to lepiej, a prawdopodobnie dokładnie tak samo. W Muzeum Dubaju można poznać historię miasta od najstarszych znalezisk archeologicznych, przez XVI-wieczne wzmianki o mieście, epokę przed-naftową i wreszcie gwałtowny rozwój w epoce ropy, zapoczątkowanej w latach 60. odkryciem złóż ropy naftowej w wodach terytorialnych.
Muzeum jest nowoczesne, ma ciekawą ekspozycję, choć czasem tablice z opisami są słabo oświetlone.

Dubai Creek
Dubai Creek

Malowniczy jest też widok na Dubai Creek, po którym można się przepłynąć tradycyjną rybacką łodzią. Nazywa się je abra, dziś jednak pełnią głównie rolę turystycznych taksówek, oraz statków wycieczkowych (te drugie są zdecydowanie droższe i mają swoich naganiaczy). Warto się przespacerować uliczkami Al Fahidi – klimatyczne miejsce, daje wgląd w tradycyjne arabskie miasteczko, jakim jeszcze niedawno był Dubaj. W okolicy są też targi  hinduskie.

Można też zobaczyć z zewnątrz dwór Jego Wysokości Emira Dubaju, premiera i wiceprezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich Mohammeda bin Rashid Al Maktoum. Oczywiście z zewnątrz.

Okolice toru wyścigowego
Okolice toru wyścigowego

Suk – Deira

Po drugiej stronie rzeki w dzielnicy Deira znajduje się kolejna bardziej tradycyjna atrakcja, czyli suk. Dziś zdecydowanie bardziej turystyczny, ale też warty zobaczenia. Złoty Suk w Dubaju, czyli dobre miejsce na zakupy, oblegane przez turystów. W sklepach ze złotem najczęściej widać Arabów i Rosjan, co zrozumiałe. Dla tych ostatnich to sprzedają nawet złote krzyże. Mogą nie lubić symbolu chrześcijaństwa, ale pieniądz jest pieniądz.
Z przypraw najbardziej widoczne są stosy drogocennego szafranu z Iranu. Oprócz tego kaszmirowe chusty i mnóstwo pamiątek.

Suk
Suk

Tu też wrócimy do „Mission: Impossible”. Ethan Hunt wybiegając z Burj Khalifa wbiega gdzieś w stare miasto. Patrząc na odległość tych miejsc, to jest tam niezły skok w akcji. Ale to przecież niemożliwa misja.

Złoty suk
Złoty suk

Dubaj ma też wiele miejsc typowo rozrywkowych. Od parków rozrywki, przez ciekawe ogrody, po lokale rozrywkowe. Tych ostatnich nie ma dużo, nie są też jakoś wybijające, ale są. Jeśli ma się pieniądze, to znajdzie się tu wszystko, włącznie z alkoholem. Jest nawet kościół katolicki. A co ważniejsze, to bardzo bezpieczne miejsce. Jedyne co nas rozczarowało, to samochody. Podobno nawet policja miała jeździć jakimiś kosztownymi brykami, ale nie widać tego aż tak bardzo na ulicach. Natomiast z dodatkowych atrakcji można tu obejrzeć przepiękne ogrody, parki tematyczne, ale dodatkową atrakcją są też wyścigi wielbłądów. Te organizowane są pod Dubajem, przede wszystkim w okresie zimowym. Choć nawet jest strona z informacją, niestety nie jest ona aktualizowana na bieżąco, więc najlepiej poprosić w hotelu o sprawdzenie, kiedy takie wyścigi się odbywają. Alternatywą jest też skorzystanie z google’a i sprawdzenie pośredników. Jeśli mają termin dostępny na dany dzień, to śmiało można wziąć samochód/taksówkę i pojechać.

Targ przypraw
Targ przypraw

Metro i poruszanie się po mieście

Na koniec małe sprowadzenie na ziemię. Prowadzenie samochodu i nawigowanie po Dubaju to jakiś koszmar. Mapy Google nie są zbyt aktualne, nie nadążają za zmianami, GPS nie zawsze dobrze łapie poziom ulicy zwłaszcza na dużych skrzyżowania, olbrzymi ruch i polska kultura jazdy (lub raczej jej brak) oraz liczne rozjazdy powodują problemy. A gdy się źle zjedzie, to do nadrobienia jest 10 – 20 kilometrów! Innymi słowy, jak się nie zna Dubaju, to technika nie zawsze pomoże szybko podejmować decyzje. Jeśli mamy przejechać głównymi arteriami, bądź bardziej bocznymi drogami, to wystarcza. Ale jeśli trzeba krążyć po ślimakach, to niestety należy poświęcić temu więcej czasu na ewentualne błędy.

Nam było szkoda się tłuc po Dubaju w ten sposób, więc postawiliśmy zostawić auto na parkingu Dubai Mall (gdzie i tak jechaliśmy ze względu na Burj Khalifa). Takie rozwiązanie ma dwie zalety. Stąd było dość blisko do metra (które jest połączone z Dubai Mallem), a dwa parking jest darmowy. Dubaj jest olbrzymi, pełny aut więc parkingi są tu niestety płatne. Malle są bardzo dobrą darmową alternatywą, ale trzeba zająć miejsce z samego rana – potem jest tłoczno.

Trasa metra
Trasa metra

Metro w Dubaju w połączeniu z tramwajem i taksówką to efektywny, bezstresowy i stosunkowo tani sposób podróżowania. O ile nie kupimy biletu na pierwszą klasę. Tak, metro ma wagony pierwszej klasy. W pełni zautomatyzowane metro zostało uruchomione w 2009 roku, ma dwie linie liczące razem 75 kilometrów, przez co jest jedną z najdłuższych sieci transportu szynowego zautomatyzowanego, czyli bez maszynisty. Wyprzedza je tylko kolejka w Vancouver (79 km) i Singapurze (97 km linii zautomatyzowanej). Za to Red Line o długości 52 km jest najdłuższą pojedynczą zautomatyzowaną linią. W Emiratach musi gdzieś być jakiś rekord. Oprócz wagonów pierwszej klasy (konkretnie to „złotej” klasy), jest także wagon dla kobiet i kobiet z dziećmi.

Wystawa samochodów w Dubai Mall
Wystawa samochodów w Dubai Mall

Metro kursuje co jakieś 2 – 3 minuty, jest całe klimatyzowane, szybko się fajnie jedzie. Do 2025 roku ma być w sumie 221 km trasy metra, dla porównania londyńskie metro liczy 402 kilometry długości. Jest kilka typów biletów i kart pre-paidowych jak choćby karta NOL. To jest warte rozważenia, gdy w Dubaju zostaje się dłużej (choć jest też czerwona, papierowa karta NOL idealna na małą liczbę przejazdów). Nam wystarczył bilet 24-godzinny na metro (plus tramwaje wliczone w cenę). Do reszty zaprzęgliśmy samochód.

Taksówki nie należą do drogich, przynajmniej jeśli nie wpadnie się w korki. Liczy się bowiem czas jazdy, nie kilometry.

Burj Al Arab z plaży
Burj Al Arab z plaży

Ogrom wrażeń z samego tylko Dubaju jest przytłaczający. To nie jest miasto historyczne, z bogatą kulturą czy tradycjami. To nowoczesna metropolia, zaplanowana z głową, gdzie widać, że nie szczędzono kosztów. Z jednej strony więc mamy efekt wow, z drugiej taki facepalm. No i jeszcze megalomania, lotnisko ma być największe (DXB ma mieć pięć pasów startowych), najwyższy budynek, największe ogrody miejskie i tak dalej. Bardzo intrygujące miejsce.

Dubaj nocą
Dubaj nocą

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak emiracki
Dubaj Al-Ajn
Szlak filmowy
Dubaj (MI)
Brugia
Share Button

Gori

Jednym ze zdecydowanie bardziej kontrowersyjnych miejsc w Gruzji jest Gori (gruz. გორი). Z prostej przyczyny: to miasto, w którym nie tylko urodził się Józef Dżugaszwili znany jako Stalin, ale jest on tu dziś prawdziwym bohaterem. Historia jest widziana inaczej w różnych miejscach świata, dla nas to przede wszystkim zbrodniarz. Zresztą kontrowersje budzi nawet w Rosji. Jak pisaliśmy kiedyś, w Petersburgu powszechne pozostały pomniki Lenina, Stalin zaś jest pomijany. W Gruzji inaczej. Pomija się kwestię tego jak rządził, a podkreśla to, że jest najsłynniejszym Gruzinem. Dość głośna była sprawa pomnika Stalina. Do 2010 znajdował się on pod ratuszem, ale został przeniesiony przez władze centralne do muzeum. Nie zostało to dobrze przyjęte przez mieszkańców Gori.

Muzeum Stalina w Gori

Pomnik Stalina
Pomnik Stalina

W centralnym miejscu Gori znajduje się aleja Stalina. Prowadzi ona do trójkątnego placu, przy którym znajduje się muzeum wodza i jego dawny dom. Dom został obudowany, jest swego rodzaju komunistyczną relikwią. Obok mamy też pomnik oraz wagon, którym Stalin podróżował po świecie. Nie ufał samolotom, jeździł więc pociągiem. Wagonem tym dojechał między innymi do Jałty. Jego zbrodnicza działalność, dla nas tak bolesna, zostaje tutaj przemilczana.

Urząd miasta Gori
Urząd miasta Gori

Stalin w całej Gruzji jest raczej przychylniej postrzegany niż w pozostałych częściach świata. Ale w Gori naprawdę się nim szczycą i są z niego dumni. Nawet zwykli Gruzini polecali nam zobaczenie tego muzeum. Ostatecznie nie zdecydowaliśmy się na wejście. Obeszliśmy to kontrowersyjne kuriozum. Podstawowy problem tu tkwi w tym, że brakuje miejsca na obiektywizm, zaś to co zobaczyliśmy, wystarczyło nam. Tu wciąż Stalin jest przede wszystkim ikoną, bardziej gruzińskim odpowiednikiem historii Rockefellera, czyli niedoszłym kapłanem, prostym człowiekiem z prowincji, który stanął na czele wielkiego imperium. Nie tylko w Gori można nawet kupić różne pamiątki ze Stalinem. Więc na wszelki wypadek warto pamiętać, że rozmowy o historii i naszym postrzeganiu tego człowieka mogą powodować niepotrzebne konflikty.

Monastyr
Monastyr

Forteca Goris Ciche

Niedaleko muzeum znajduje się pozostałość po fortecy Goris Ciche, czyli twierdzy na górze. Pochodzi ona z VII wieku, wówczas nazywano ją Tontio. Ślady archeologiczne wskazują na istnienie tu jeszcze wcześniejszej warowni, gdzieś między III i II wiekiem p.n.e. Gori jako miasto zaczęło się rozrastać w czasach króla Dawida Budowniczego.

Ogród Gogebashvili w drodze na twierdzę
Ogród Gogebashvili w drodze na twierdzę

Pozostałości fortecy są bardzo malownicze, a przede wszystkim jest to dobry punkt widokowy. Po drodze można też zahaczyć o ogrody Gogebashvili, z charakterystycznymi rzeźbami. Tym razem przedstawiają one rycerzy, a nie Stalina. Ani ogrody, ani resztki twierdzy nie zajmą wiele czasu.

Twierdza Goris Ciche
Twierdza Goris Ciche

Gori jest przede wszystkim dobrze ulokowane, zwłaszcza gdy podróżuje się ze wschodu Gruzji na zachód. To idealne miejsce na nocleg, czy bazę wypadową choćby do pobliskiego Uplisciche, niezależnie czy jedzie się samemu, czy szuka jakiejś wycieczki.

Twierdza Goris Ciche
Twierdza Goris Ciche

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Gori Skalne miasto Uplisciche
Share Button

Samoa: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Samoa. Zweryfikowane ostatnio w listopadzie 2017.

Uwaga: Samoa znajduje się na liście krajów podejrzanych o wspieranie procederu prania brudnych pieniędzy, czyli objętych pewnymi sankcjami. Właśnie dlatego są tu problemy z roamingiem, płaceniem kartami, a nawet mogą pojawić się problemy z przelewami (SWIFT i inne przepływy pieniędzy).

Dojazd: Właściwie tylko i wyłącznie samolot (ew. można próbować dożeglować). Obecnie nie ma żadnych bezpośrednich połączeń z Polski. Najłatwiej dolecieć ze Stanów, Australii, Nowej Zelandii lub innych wysp Oceanii.

Wiza: 90-dniowa do dostania za darmo na lotnisku. Właściwie niewiele sprawdzają. Warto jednak zauważyć, że pomijając większość państw europejskich, przedstawiciele innych krajów dostają wizę na 60 dni. Na lotnisku czekającym na wizę bardzo często umila czas lokalny zespół muzyczny. To sprawia, że lądując szybko czujemy klimat.

Baza noclegowa: Są dwie wyspy – Upolu, gdzie znajduje się stolica. Tam baza noclegowa jest rozbudowana. Są duże hotele, ale też bungalowy i czy jakieś namioty. Na Savai’i turystyka nie jest jeszcze dobrze rozwinięta, więc trudniej o nocleg, ale z drugiej strony tam wszystko jest tańsze. Można szukać choćby na Booking.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic szczególnego. Malaria tu nie występuję. Parę razy pojawiły się epidemie dengi, ale nie jest to typowa tutaj choroba.

Waluta: Samoańska tālā (czyt. tala). Oznaczenie oficjalne WST, ale zapisują to jako WS$.

Płatności kartą i bankomaty: Bankomaty znajdziemy bez problemów, najlepiej korzystać z banku ANZ. W innych nie zawsze czytane są polskie karty. Płatności bezgotówkowe raczej nie są często obsługiwane. W większych hotelach, jednej czy dwóch restauracjach w Apii, kilku wypożyczalniach samochodów i ewentualnie stacjach benzynowych, owszem. Ale poza tym lepiej mieć gotówkę.

Napiwki: Brak.

Internet: Ciężko znaleźć publiczny. Wi-fi w hotelach i innych miejscach jest płatne, w dodatku stosunkowo drogie w porównaniu do reszty cen. Ewentualnie zostaje kupić lokalną kartę SIM z pakietem internetowym, prawdopodobnie najtańsza i najlepsza opcja.

Telefony: Roaming polskich sieci nie działa. Trzeba się posiłkować lokalną kartą SIM.

Język: Samoański. Po uzyskaniu niepodległości, przeszli na własny język. Jednak od kilku lat widać tendencję powrotu do angielskiego. Doskonale zdają sobie sprawę ze swoich związków z Australią i Nową Zelandią, więc starają się przybliżyć do nich. W 2011 roku zmienili też datę, wcześniej znajdowali się za linią zmiany daty, obecnie mają ten sam dzień, co Australia.

Gniazdka elektryczne: Typ australijski/chiński.

Wtyczka typu australijskiego/chińskiego

Samochody i transport: Ruch lewostronny od 2009 roku, znów by dostosować się do Australii. Najlepszy środek transportu to taksówki, względnie shuttlebusy. Tymi drugimi najlepiej przejechać z lotniska na różne części Upolu. Autobusy są używane przez ludność lokalną, trudno nimi jednak dojechać do miejsc odwiedzanych przez turystów.

Samochód można wypożyczyć bez większych problemów. Trzeba uzyskać jednak lokalne prawo jazdy. Brzmi strasznie, ale takie nie jest. To nic innego jak podatek dla przyjezdnych. Wiele wypożyczalni może wystawiać prawo jazdy. Do tego potrzebują tylko opłacenia kosztów (ok. 30 PLN) oraz dokumentu potwierdzającego uprawnienia w ojczystym kraju. Prawdę mówiąc nie sprawdzają tych praw jazdy specjalnie, nie mają na ten temat wiedzy. Więc zapewne można dać im cokolwiek, co tak wygląda.

Sam ruch drogowy na Samoa, zwłaszcza poza Apią, jest spokojny. Mało tu samochodów, więc bezpiecznie jest się zatrzymywać w różnych dziwnych miejscach.

Między wyspami kursuje prom, ale lepiej wcześniej kupić bilety.

Oznaczenia i drogowskazy: Z tym bywa różnie. Przy zjazdach z głównych dróg bywają drogowskazy na atrakcje i właściwie tyle. Dalej trzeba radzić sobie samemu, choć najczęściej nie ma z tym problemu. W przypadku kilku miejsc, jednak gdybyśmy nie wiedzieli czego szukać, to na pewno byśmy nie dotarli. Żadnych oznaczeń.

Jedzenie wegetariańskie: Kuchnia lokalna istnieje tylko jako domowa, praktycznie nie dla turystów. Przydrożne jadłodajnie raczej oferują albo grillowane jedzenie, albo jakiś fastfood, zaś w Apii te wykwintniejsze, choćby włoskie. Ta zaś daje już możliwości unikania mięsa. Warto tu także spróbować owoców, w szczególności kokosów (papai, bananów, mango. Można je kupić przy drodze, gdy się jedzie. Sprzedawcy chętnie pomogą rozłupać. No i można pić świeżą wodę kokosową.

Ludzie: Samoańczycy są bardzo przyjaźni. Mają czas na wszystko, żyją spokojnie, bez nerwów, trochę ospali jakby, ale jak już się do czegoś biorą, to doprowadzają to do końca. Są bardzo otwarci na turystów, pomocni, jednocześnie nie ma tu zbyt wielu naganiaczy. Nie licząc oczywiście taksówkarzy.

Są też bardzo religijni. Przestrzegają wolnych niedziel, wtedy wiele interesujących rzeczy może być nieczynnych. Chrześcijaństwo jest obecnie religią państwową.

Bezpieczeństwo: Uchodzi za jeden z najbezpieczniejszych krajów świata, przynajmniej jeśli chodzi o ludzi. Tam najbardziej boją się tsunami, mniej erupcji wulkanicznych.

Klimat: Równikowy, tropikalny. Pora deszczowa zaczyna się w październiku i kończy w marcu. Sucha zaczyna się w maju i kończy w październiku. Mogą tu występować cyklony.

Informacja turystyczna i mapy: Bywa ciężko. W Apii jest jedno centrum turystyczne, ale wydali kilka folderów. Z nich naprawdę można się dużo dowiedzieć, także o atrakcjach, których nigdzie indziej nie ma opisanych. Folder jednak trzeba dokładnie przeczytać. Mnóstwo cennych informacji jest w tekście i przynajmniej tak jak sprawdzaliśmy, okazywały się prawidłowe.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak samoański
Praktycznie
Share Button

Apia

Już przylatując na Samoa można poczuć się wyjątkowo. Nie zawsze, ale bardzo często na lotnisku czekając na odprawę czas jest umilany śpiewem lokalnego zespołu. Witamy na Polinezji. Samoa i jej stolica Apia. Choć technicznie rzecz biorąc międzynarodowe lotnisko jest za Apią, w miejscowości Faleolo, ale to tylko drobny szczegół.

Port i nadbrzeże

Dojazd do stolicy jest zorganizowany dwojako. Albo taksówki albo shared taxi/shuttle bus. Ta druga opcja jest tańsza, a co ważniejsze, i tak podwozi nas bezpośrednio pod hotel. Zresztą część hoteli wykorzystuje je właśnie jako transfer. W drodze powrotnej można je zamówić czy to z hotelu czy z biura informacji turystycznej.

Wieża zegarowa

Samoa to wyspiarskie państwo leżące na Oceanie Spokojnym, niecałe 5 godzin lotu z Auckland, Nowej Zelandii, obejmujące zachodnie wyspy, z których dwie najważniejsze to Upolu i Savai’i (w odróżnieniu od należących do USA wysp wschodnich: Samoa Amerykańskiego). Kraj ten zwany czasem jest też Samoa Zachodnim, to nazwa dziś już historyczna.

Apia

Ten raj upaństwowiony przechodził z rąk od rąk. Gdzieś w 1000 r p.n.e. Samoa zostało zasiedlone przez ludność polinezyjską pochodzącą z wysp Tonga. Dla Europejczyków wyspy zostały odkryte przez pewnego Hiszpana w 1606 roku, ale zaraz o nich zapomniano. Ponownego odkrycia dokonano w 1722 roku, a w 1768 roku francuska ekspedycja dowodzona przez Bouganville’a dokładniej zbadała wyspy i nadała im nazwę Wyspy Żeglarskie. Pierwsza połowa XIX wieku to początek napływu kolonizatorów z Europy i Stanów Zjednoczonych.

Widok na szczyt wulkanu

W 1889 roku cały archipelag podzielono na część zachodnią – dzisiejsze Samoa, i wschodnią – Samoa Amerykańskie. Zachodnie wyspy dostały się Niemcom – roszczenia do nich odpuściła Wielka Brytania w zamian za inne pacyficzne nabytki (Tonga, Niue, Wyspy Salomona).
Niemcy po przegranej w I wojnie światowej musieli oddać Samoa Wielkiej Brytanii, zaś Brytyjczycy oddali te terytoria Nowej Zelandii, która przecież i tak była częścią Korony, a była bliżej.

Jeden z wielu kościołów

W 1961 roku odbyło się referendum nadzorowane przez ONZ, w którym lokalna ludność opowiedziała się za niepodległością kraju. W 1997 roku zmieniono nazwę z Samo Zachodnie na Niezależne Państwo Samoa. To także okres, w którym kraj ten stara się wybić na samodzielność, wspierać własną kulturę, język, odcinając się od kolonialnej przeszłości. Jedyne, co się udało zrobić, to ustanowić z Samoa raj podatkowy i pralnię brudnych pieniędzy. Do dziś kraj ten znajduje się na wielu listach sankcyjnych.

Centrum informacji turystycznej

Po szumnym odzyskaniu niepodległości i szukaniu własnej drogi, w 2009 roku Samoa zmieniła ruch na lewostronny, by można było taniej sprowadzać samochody z Nowej Zelandii, Australii i Japonii, a nie aż ze Stanów Zjednoczonych; w 2011 roku zmieniono także strefę czasową na australijską, by ułatwić kontakty handlowe. To dość głośny przypadek, bo związane z nim było usunięcie w jednym roku jednego dnia z kalendarza.

Zachód słońca nad miastem

Stolicą Samoa jest miasto Apia, największe w całym kraju i bodaj jedyne, które można nazwać miastem. Liczy niecałe 37 tyś. mieszkańców (stan na 2011 rok). Główna ulica miasta biegnie nabrzeżem, najważniejszym i najbardziej tłocznym miejscem jest port. Apia jest także ważnym celem wycieczek z Nowej Zelandii i Australii w sezonie zimowym i prawdę mówiąc, wyobrażaliśmy sobie Apię bardziej jako kurort. Zwłaszcza jak się poczytało o imprezach w Sheratonie i tak dalej. Samoa bardzo nas zaskoczyło. Znaleźliśmy ledwie kilka knajpek na krzyż i jedno centrum informacji turystycznej. Życie turystów ogranicza się głównie do ośrodków wczasowych zlokalizowanych w Apii i najbliższych okolicach.
Warto wspomnieć, że Samoa ma aż dwa własne banki, linię lotniczą, a w stolicy wieżę zegarową. To wszystko sprawia, że zwiedzanie Apii to wycieczka do innego świata, spokojnego, inaczej zorganizowanego i choć z polskiej perspektywy może niezbyt rozwiniętego, to jednak na swój sposób pociągającego i pięknego.

Jedna z wielu palm

Można tu zobaczyć stare autobusy, targ owocowo-warzywny, targ rybny z owocami morza czy ryby sprzedawane na przydrożnym straganie. Czasem ryby wystawia się tak, żeby wisiały ich całe pęczki na sznurze zwieszonym z wbitego w ziemię słupa. Nieustannie je wachlowano, by odganiać muchy. To też fascynujący widok.

Katedra

Na Samoa można zauważyć wiele kościołów. Podziw budzi katolicka katedra Niepokalanego Poczęcia. Przestronna, wyróżniająca się na tle innych budynków, tuż przy nadbrzeżu. Na szczególną uwagę zaś zasługują zdobienia wewnątrz, przedstawiające na przykład Jezusa i Apostołów na plaży pośród palm Ot taki współczesny synkretyzm kulturowy.

Katedra

Chrześcijaństwo wyznaje 97% obywateli, z czego więcej jest protestantów, potem katolików.
Na pierwszy rzut oka mogą razić duże, odstawione budowle kościelne pośród nędznych, nietrwałych domostw, ale podobnie jak w Tanzanii, tak i tutaj: kościół buduje wspólnota, i ten kościół ma trwać, stanowiąc ośrodek lokalnej wiary. Ale to także prawdziwe ośrodki kulturalne i edukacyjne, a czasem też medyczne. Sprawują się lepiej, niż to co oferuje państwo. No i podobnie jak w Afryce, da się tu zauważyć taki wyścig ewangelizacyjny między poszczególnymi wyznaniami i wspólnotami. Owocuje to szpitalami, szkołami i innymi istotnymi budynkami, a na tym zyskują ludzie. Zresztą Samoańczycy raczej chcą się uczyć, doskonale rozumieją, że to ich szansa. Właśnie dlatego młodzi na nowo uczą się angielskiego, trochę odrzuconego przez poprzednie pokolenie.

Pokazy tańców i ognia

Sheraton – jedno z miejsc najsłynniejszych pokazów tańców

Apia to dobre miejsce na kontakt z lokalną kulturą. Najbardziej widowiskowe są  wieczorne pokazy tańca z ogniami. W dzień można za darmo zobaczyć lokalny „skansen” (choć to zbyt mocne słowo) przy centrum turystycznym. Tam też jest lista hoteli (w tym  Sheraton, o którym czytaliśmy), gdzie organizuje się wieczorne pokazy. Imprezy te odbywają się właściwie co wieczór przy różnych hotelach i restauracjach (nie ma tego aż tak wiele, ale warto się tym zainteresować). Można zarezerwować opcję połączoną z tradycyjną kolacją podawaną na naczyniach uplecionych z liści lub opcję samego pokazu.

Miejsce, w którym był „nasz” pokaz, to był klub trenujący młodych ludzi w tradycyjnym tańcu i pokazach ognia. Nie tylko jest to atrakcja dla turystów, a dla młodych Samoan sposób na zarobek, ale także pielęgnuje się tutaj własną kulturę, a jednocześnie daje dzieciom i młodzieży cel. Same tańce polinezyjskie są ciekawe, a te z ogniem to naprawdę coś wspaniałego. Zachowane jest w nich dziedzictwo tego ludu. Na wyspach wulkanicznych ogień mogący zniszczyć domostwa i uprawy to niebywała tragedia, dlatego musieli umieć go jakoś okiełznać. W część tańców faktycznie wpisane są umiejętności gaszenia pożarów. To wygląda bardzo ciekawie.

Pokazy tańców i ognia

Te pokazy mogą, ale nie muszą być połączone z obiadem, czy raczej obiadokolacją. To jedna z nielicznych możliwości spróbowania lokalnych potraw, gdyż normalnie nie są one dostępne w knajpach. Podaje się je w sposób tradycyjny, w koszach splecionych z liści. Niestety dla nas, nie dało się zamówić opcji wegetariańskiej.

Widok na wulkan

W okolicy można też natknąć się na model tradycyjnej dłubanki-katamaranu – kanoe. Jeden widzieliśmy choćby w naszym hotelu. Czasem patrząc na ocean widać jak w nich pływają. Dłubanka to główny kadłub, a mniejszy dla przeciwwagi jest po to, by łatwiej było im utrzymać równowagę.

Targowisko

W Apii do zobaczenia są także dwa ważne muzea. Pierwsze to Muzeum Samoa, które można zwiedzić za darmo i właściwie należałoby na tym skończyć. Jest tam kilka tabliczek z informacjami i tyle. Niewielka liczba eksponatów, duchota i brak pomysłu na siebie. Dużą część historii streściliśmy powyżej.

Dom Roberta Stevensona

Brama do domu/muzeum Stevensona

Drugie to dom Roberta Louisa Stevensona, znany jako Villa Vailimia, ostatnie miejsce zamieszkania i spoczynku pisarza. Twórca o tyle znaczący, że założył podwaliny pod piracką opowieść, głównie za sprawą „Wyspy skarbów” z 1883 roku. W tej książce można odnaleźć wiele motywów, które później zostały powielone w kulturze masowej, często bezwiednie, choćby w „Piratach z Karaibów”. „Jo ho, jo ho i butelka rumu!”, to nie tyle tradycja piracka, co właśnie literacka. Autor stworzył też historie „Doktora Jackylla i Mr Hyde’a”.

Dom Roberta Stevensona

R.L. Stevenson urodził się 13. listopada 1850 roku w Edynburgu, Szkocji i od dzieciństwa miał słabe zdrowie, zwłaszcza płuca. Podróżował za zdrowiem do uzdrowisk we Francji i Belgii, już wtedy zaraził się pasją do wojaży i zapisywania swoich obserwacji. W podparyskiej wiosce Stevenson poznał swoją przyszłą żonę Fanny Vandergrift Osbourne, z którą wziął ślub w jej rodzinnej Kalifornii w 1879 roku. Ich podróż poślubna była dość oryginalna – spędzili trzy tygodnie w opuszczonej kopalni srebra. W 1888 roku Stevenson wraz z rodziną (miał trójkę dzieci z poprzedniego małżeństwa) wypożyczył jacht i wybrał się w rejs po Pacyfiku. Odwiedził między innymi Hawaje, Nową Zelandię i Samoa. W 1890 roku nabył 400 akrów ziemi w wiosce Vailima, 10 km od Apii w kierunku środka wyspy.

Wnętrza domu Stevensona

I tak w 1890 roku Stevenson osiadł na stałe z rodziną na Samoa. Przybrał miejscowe imię Tusitala, co oznacza „Opowiadający historie”. Wkrótce stał się poważany pośród miejscowej ludności, która nawet przychodziła tutaj uzyskać poradę, utrzymywał kontakty z przywódcami kolonialnymi, wdał się także nieco w miejscową politykę, przekonując że rządy Europejczyków są raczej nieudolne. Stevenson zmarł 3. grudnia 1894 roku w wieku zaledwie 44 lat na udar mózgu. Długotrwałe przyjmowanie opium i laudanum jako lekarstwa niestety mu nie posłużyło.

Roślinność

Mieszkańcy Samoa rzeczywiście pokochali Roberta Stevensona. Gdy zmarł, wojownicy pilnowali jego ciała. Zgodnie ze swoim życzeniem, został pochowany na szczycie Mt. Vaea (427 m n.p.m). Na nagrobku widnieje tekst jego „Requiem”:

Under the wide and starry sky
Dig the grave and let me lie.
Glad did I live and gladly die,
And I laid me down with a will.
This be the verse you grave for me;
Here he lies where he longed to be,
Home is the sailor, home from sea,
And the hunter home from the hill.

Bogatsze domy, daleko od wybrzeża

Sam dom przechodził z rąk do rąk po tym, gdy rodzina Stevensona powróciła do USA: mieścił się tam zarząd kolonialny brytyjski, później niemiecki, na końcu nowozelandzki. Po uzyskaniu przez Samoa niepodległości w 1962 roku, willa popadała w ruinę. Mimo szacunku do Tusitali, kojarzył się z czasami słusznie minionymi, z kolonializmem i obcymi rządami. Dopiero amerykański inwestor zdecydował się wyłożyć pieniądze na renowację i utrzymanie tego obiektu. Ponieważ meble zostały zabrane do Szkocji po śmierci pisarza, a wiele z wykończeń po prostu niszczało, większa część wnętrza jest odtworzona. Są tutaj także zgromadzone przedmioty z epoki Stevensona w przypadku, gdy nie dało się odtworzyć oryginału.

Przydrożna sprzedaż ryb

Dom jak i okolice są bardzo ciekawe. Pozwalają zobaczyć ducha kolonialnego Samoa. Próżno go szukać w innych miejscach. Willę zwiedza się z przewodnikiem i trwa to około pół godziny. Na grób można wspiąć się samemu, szacowany czas dojścia to 1-1,5 godziny.

Centrum Apii

Zaś już gdy się spaceruje po mieście, to co jeszcze rzuca się w oczy, to fale tsunami. Nie mieliśmy z nimi do czynienia, ale cała Apia (i nie tylko) jest dokładnie oznaczona, gdzie należy uciekać w razie problemu z żywiołem. Tsunami nawiedza te wyspy raz na jakiś czas, większe są potem długo pamiętane. To także powoduje specyficzny układ Apii. Blisko oceanu są raczej zwykłe, biedniejsze domki. Te bogatsze znajdują się w oddali na wzniesieniu. Pewnie dlatego willa Stevensona jest tak daleko od centrum.

Warto wspomnieć o filmie „Powrót do raju” z 1953 roku z Garym Cooperem w roli głównej. To bodaj najsłynniejsza zachodnia produkcja, którą tutaj kręcono.

Jeszcze jeden kościół

Stolica Samoa jest fascynująca, unikalna i przepiękna. Tak przyrodniczo, jak i kulturowo. Przede wszystkim jest bardzo naturalna, a ludzie żyją tu swoim własnym rytmem. Owszem jest kilka hoteli, w których można dobrze spędzić czas czy to przy basenie czy na plaży, ale chyba nie warto. Zdecydowanie lepiej chłonąć ten unikalny klimat. Na nas zrobił olbrzymie wrażenie.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak samoański
Apia Savai’i
Share Button

Krobielowice

W ramach małego uzupełnienia wpisu o Waterloo, warto jeszcze na chwilę przyjrzeć się Polsce, a dokładniej Dolnemu Śląskowi. Niedaleko Wrocławia znajdują się Krobielowice. To właśnie tu mieszkała rodzina marszałka Bluchera.

Pałac Blucherów w Krobielowicach
Pałac Blucherów w Krobielowicach

Pałac Blucherów – Krobielowice

Zdecydowanie najważniejszym obiektem, który obecnie został po Blucherach, to pałac w Krobielowicach, czyli pałac Blucherów. Obecnie jest to prywatny hotel, więc zwiedzanie go z pewnością jest możliwe, ale najczęściej jest płatne. Bliskość Wrocławia definiuje modus vivendi  działalności biznesowej. Ta nie jest tyle nastawiona na turystów, co raczej imprezy, czy to konferencje, szkolenia, czy czasem integracje.

Okolice pałacu
Okolice pałacu

Sam pałac spokojnie można obejść i obejrzeć z zewnątrz. Przed nim znajdziemy charakterystyczną starą bramę.

Brama
Brama

Grobowiec rodzinny marszałka Bluchera

Ale to nie koniec pozostałości po Blucherach. Niedaleko pałacu znajduje się także grobowiec rodzinny marszałka. Niestety został zrabowany przez Sowietów w trakcie II wojny światowej. To co z niego zostało, to obecnie zabytek. Droga jest dość nieszczęśliwie ułożona, zakręca, więc jest to także miejsce wielu wypadków. Miejscowi pół-żartem pół-serio mówią, że liczne wypadki tutaj są zemstą marszałka za sprofanowanie grobowca.

Bażant na polach
Bażant na polach

To co poza pozostałościami po Blucherach można robić w Krobielowicach, to przede wszystkim spacerować. Znajdują się one na szlaku parku krajobrazowego Doliny Bystrzycy. Zatem można przejść się lasem, dojść do wody. To także tereny rekreacyjne, są tu pola golfowe i jeziora, w których wędkarze łowią ryby.

Grobowiec Blucherów
Grobowiec Blucherów

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak polski
Krobielowice ?
Share Button

Waterloo

Angielski historyk, Edward Sheparda Creasy jest autorem zestawienia 15 najważniejszych bitew w historii ludzkości. Starć, które zmieniły świat. Żyjący w XIX wieku Brytyjczyk jako ostatnią na swojej liście umieścił bitwę pod Waterloo. Nie bez powodu.

Kopiec, muzeum i lew
Kopiec, muzeum i lew

Bitwa pod Waterloo

Belgia stała się niepodległym państwem, konglomeratem kilku różnych regionów(niekiedy nieprzyjaznych sobie nawzajem) dopiero w 1830 roku. Powstanie katolickiej Belgi(i przy okazji protestanckiej Holandii) jest po części ukoronowaniem rosnącej świadomości narodowej, a po części efektem nowego porządku europejskiego, który ustalono podczas kongresu wiedeńskiego 1815 roku. Sam kongres to odpowiedź na rewolucję francuską i wojny napoleońskie, które przeobraziły ówczesną Europę. Nie byłoby jednak obrad kongresu wiedeńskiego, gdyby nie było Waterloo. A dokładniej klęski Napoleona z 18 czerwca 1815.

Miejsce bitwy pod Waterloo
Miejsce bitwy pod Waterloo

To właśnie w tym miejscu siły sprzymierzone pokonały Napoleona. Przeciw niemu stanęło dwóch dowódców, Brytyjczyk, książę Wellington (na jego cześć nazwano miasto Wellington) i Prusak marszałek Blucher (swoją drogą mieszkający nieopodal Wrocławia, w Krobielowicach). Wokół geniuszu wszystkich trzech narosły mity. Prawda jednak jest dużo bardziej okrutna i bolesna. Plan Wellingtona polegał na tym, by jak najbardziej przedłużyć starcie z Napoleonem, by wykrwawić jak najbardziej Francuzów i jednocześnie nie paść samemu do czasu, gdy od tyłu zaatakują ich Prusacy. Jak łatwo zgadnąć, była to jedna z najbardziej krwawych bitew tamtych czasów. Wellington i Blucher zostali okrzyknięci i zapamiętani jako wielcy dowódcy. Wellington nawet co roku świętował to zwycięstwo razem ze swoimi oficerami.

Mundury w muzeum
Mundury w muzeum

Miejsce klęski Napoleona, ostatniej bitwy lotu orła – jak bywa nazywane 100 dni Napoleona – to zielone pole, nad którym góruje Kopiec Lwa. Monument ten powstał niedługo po bitwie, w latach 1824 – 26 jako symbol zwycięstwa wojsk sprzymierzonych.

Panorama bitwy
Panorama bitwy

Muzeum bitwy pod Waterloo

Dziś na miejscu znajduje się ciekawe muzeum. Zaczynamy od wejścia do budynku, tam możemy zarówno obejrzeć mundury żołnierzy, ich broń, jak również zapoznać się z różnymi informacjami. Są to zarówno opisy przyczyn wojny, sytuacji geopolitycznej tamtego okresu, a potem jej przebieg (godzinowy), zaś dalej konsekwencje.

Wejście na szczyt kopca
Wejście na szczyt kopca

W muzeum znajdują się jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza to kino 3D, gdzie mamy okazję zobaczyć panoramiczny film ukazujący chaos na polu bitwy. 3D powiedzmy sobie wprost, jest już dziś trochę zacofane, ale tu nie chodzi o efekty. Drugie szczególne miejsce to panorama bitwy, czyli obraz w rotundzie, zgodnie z wymogami epoki.

Pola bitwy, widok z kopca
Pola bitwy, widok z kopca

Następnie wychodzimy z muzeum i wchodzimy na kopiec. W sezonie podobno ze szczytu można oglądać okolicę za pomocą okularów VR, niestety podczas naszej wizyty nie było tej atrakcji. Kopiec można obejść, a następnie można się przejść polem do farmy. Przejść lub przejechać. Kursują tu specjalne busy, które łączą oba miejsca, ale uwaga, nie zatrzymują się na polu. Czy pole jest bardzo istotne? Trudno stwierdzić. Dzięki tablicom wiemy, w którym miejscu stali Francuzi, a w którym Brytyjczycy.

Mapa rozmieszczenia wojsk
Mapa rozmieszczenia wojsk

Na koniec zostaje jeszcze do zwiedzenia farma, na której także odbywała się bitwa.

Pobliska farma
Pobliska farma

Do Waterloo najlepiej dojechać z Brukseli pociągiem do stacji Braine-l’Alleud, a następnie się przejść. Bliżej niż z samego miasteczka i stacji Waterloo.

Krowy na farmie
Krowy na farmie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak belgijski
Waterloo Brugia
Share Button

Christchurch

Czasem można spotkać się ze stwierdzeniem, że cała Nowa Zelandia jest przepiękna. O ile możemy się z tym zgodzić, gdy mowa o naturze, o tyle trudno powiedzieć to o wielu miastach. Raczej są nieciekawe, ale jedno jest szczególnie paskudne. Mowa oczywiście o Christchurch. Czyli dziś najbrzydszy fragment kraju Kiwi, dalej będzie już tylko lepiej.

Zabytkowe i mniej zabytkowe budynki
Zabytkowe i mniej zabytkowe budynki

Christchurch

To największe miasto Wyspy Południowej, trzecie co do wielkości w całym kraju. Pierwsze ślady osadnictwa na terenie obecnego Christchurch datuje się na około 1250 rok. Maorysi nazywali to miasto Otautahi. Zaś europejskie korzenie miasta sięgają 1856 roku, kiedy przyznano prawa miejskie – jest to pierwsze miasto z takim dekretem w Nowej Zelandii. Nazwa wywodzi się od Christ Church College w Oxfordzie.

Centrum
Centrum

Spacer po nim wywarł na nas przykre wrażenie z trzech powodów. To miasto jest po prostu nieładne. Architektura nowoczesna jest nieudolna, bez stylu. Architektura krajobrazu nie istnieje. Budynki starsze, bardziej klasyczne, stoją jak plomby, gorzej niż w Dreźnie. Na zdjęciach może tego nie widać, bo wielu koszmarków nie fotografowaliśmy. Zresztą tę nijakość da się dostrzec także w wielu innych miejscowościach. Dobry przykład to choćby ratusz wyglądający jak jakiś tani biurowiec. Prawdopodobnie, gdyby to było tylko to, Christchruch nie wyglądałoby tak jak wygląda i nie zajęło niechlubnego miejsca na naszej liście.

New Regent Street
New Regent Street

Drugi problem to autentyczność, której tu brakuje. Jeśli wybierzemy się do centrum, w szczególności na New Regent Street, to odniesiemy wrażenie, że trafiliśmy do jakiegoś Disneylandu lub innego miejsca tego typu. W Orlando, czy Las Vegas jest wiele dziwnych, kolorowych i cepelnianych budowli, ale tworzą pewien styl. Może niezbyt gustowny, ale tam te miejsca są autentyczne w swój własny sposób. Tak się tam buduje, tak się tam żyje. Przeniesienie tego stylu do centrum Christchurch zwyczajnie się nie sprawdza. W połączeniu z ogólną bylejakością architektoniczną, owszem wyróżnia się, ale  negatywnie.

Christchurch - dzielnica handlowa
Christchurch – dzielnica handlowa

Zresztą to samo widać,  gdy popatrzy się choćby na tramwaje. Te są tu wybitnie turystyczne. To raczej jeżdżące restauracje (tyle, że jak wiele rzeczy w Nowej Zelandii, niezbyt często czynne). Ale znów: wyglądają jak z zupełnie  innej bajki, trochę jak z San Francisco. Jednocześnie nie jest to poważny środek lokalnego transportu, tylko znów kolejne udawanie czegoś. To w całości powoduje wrażenie niezbyt strawnego miszmaszu i skutkuje naszymi negatywnymi opiniami na temat tego miejsca.

Tramwaj - restauracja
Tramwaj – restauracja

Nawracające trzęsienia ziemi

Jest też trzeci czynnik: zaniedbanie, ale z tego Kiwi można w pewien sposób wytłumaczyć. Tu istotnym faktem, który bezsprzecznie ma wpływ na to, co dziś widzimy, jest seria trzęsień ziemi, która nawiedziła miasto w latach 2010 – 2013. W najbardziej tragicznym z nich zginęło 185 osób. Od tego czasu wiele budynków wzmacnia się, by były bardziej odporne na trzęsienia ziemi. Co ważniejsze, pomimo tych trzęsień, które powtarzają się co jakiś czas, miasto jest odbudowywane.

Katedra
Katedra

Jednym ze zniszczonych w 2011 roku budynków była anglikańska katedra (zdekonsekrowana), wybudowana w latach 1864 – 1904. Sam budynek w stylu angielskim wygląda dość interesująco, ale niestety, z powodu trzęsień ziemi jest w pewnej części zniszczony i tak zostawiony. To właśnie robi bardzo negatywne wrażenie. Brakuje jakiejkolwiek informacji, co tu się stało. Próba umocnienia i buldożer, który zniszczył fragment, wyglądają dość niepokojąco. Zresztą to nie jest jedyny budynek, który wygląda w ten sposób. W centrum jest tego trochę, jak również wzmacnianych gmachów. Rzecz godna pochwały, ale znów wizualnie to nie pasuje. Natomiast jeśli dodamy pstrokate bezguście obok, to można się trochę załamać.

Ratusz w Christchurch
Ratusz w Christchurch

Mniej odpychające Christchurch

To, co jest ważne, że choć samo Christchruch wygląda trochę jak koszmar minionego lata w całości, to znajdziemy tu wiele drobnych miejsc, które samodzielnie dają radę. Jest i wieża zegarowa, jak w wielu miastach w tej części świata. Jest nowoczesna architektura, jak choćby Galeria Sztuk Pięknych, która się broni, oraz ratusz, który się nie broni. Znajdziemy też wiele postkolonialnych budowli. Słynny jest również ogród botaniczny. Całkiem przyjemny jako park, w dodatku darmowy. Można tam sobie wejść i spokojnie odpoczywać. Prawdopodobnie jest to najciekawsza, a już na pewno najładniejsza atrakcja w samym mieście.

Galeria sztuki
Galeria sztuki

Christchurch jako całość sprawia takie dość nieprzyjemne wrażenie. Miasta bez polotu, bez pomysłu, kopiującego różne rzeczy, a jednocześnie zniszczonego przez kataklizm. Minie jeszcze wiele lat, nim stanie na własne nogi. Może wtedy będzie wyglądać lepiej, ale obecnie zdecydowanie warto sobie je odpuścić. W Nowej Zelandii jest dużo ciekawszych i ładniejszych miejsc. To ma tylko jedną zaletę: lotnisko. Może jednak warto na nie przyjechać wprost z trasy? Szkoda tracić inne wspaniałości kraju Kiwi.

Bardziej klasyczny budynek w angielskim stylu
Bardziej klasyczny budynek w angielskim stylu
Przykładowy dom
Przykładowy dom

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Christchurch Paihia
Share Button