Pustynie Tabernas

Tabernas w gminie Almería, nie należy do miejsc obleganych przez turystów. Owszem, znajdują się tu miasteczka westernowe i inne tego typu atrakcje, ale to nie są miejsca, do których walą prawdziwe tłumy. Andaluzja ma wiele zabytków i wspaniałe plaże. Jednak Tabernas ma coś, co sprawia, że warto poświęcić temu miejscu trochę czasu. To istotny wkład w światową kinematografię. Te westernowe miasteczka są z nią nierozerwalnie związane. Ale to nie one są tu ważne, przede wszystkim chodzi o tutejsze góry i pustynie, które  idealnie nadawały się do kręcenia włoskich i hiszpańskich westernów, czyli spaghetti-westernów i gaspacho-westernów. Stąd miasteczka westernowe. Wiele z nich ma nazwy sugerujące, że był tu sam Sergio Leone, ale niestety nie udało nam się zweryfikować prawdziwości tych danych. Prawdopodobnie stare scenografie się już nie zachowały, a nawet jeśli, to obecnie istniejące turystyczne miasteczka są nowsze.

Tabernas
Tabernas

Tabernas – Dziki Zachód

Z filmów, które tu powstały, warto wymienić choćby „Pewnego razu na Dzikim Zachodzie”, trylogię dolarową, czyli„Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej” czy „Dobry, zły i brzydki”. Oczywiście wszystkie ze wspaniałą muzyką Ennio Moricone. Ale powstawały tu nie tylko włoskie i hiszpańskie produkcje. W latach 70. u schyłku ery westernu pojawili się tu amerykańscy filmowcy. Tu powstawały  głośne filmy jak „Valdez przybywa” z Burtem Lancasterem, jak i dziwne próby „odrodzenia” gatunku jak „Samuraj i kowboje” z Charlesem Bronsonem i Ursulą Andress.

img_1344

To także jedna z lokacji „Lawrence’a z Arabii” Davida Leana. Choć akurat to film wcześniejszy (bo z 1962 roku). Za Leanem przybyli tu jego wierni fani, filmowcy z pokolenia kina Nowej Przygody. Nie mogło więc zabraknąć tu George’a Lucasa i Stevena Spielberga. Ponownie, jak miało to miejsce w Gaudix, tu kręcono sceny do „Indiany Jonesa i ostatniej krucjaty”. Konkretnie te, które są związane z pościgiem i walką na pustyni w Kanionie Półksiężyca. To są właśnie góry w Tabernas. Niestety trudno określić, które miejsca konkretnie, a to przez brak dokładnych namiarów GPS lub sprzecznych informacji.

img_1345

Indiana Jones

Zdjęcia do „Indiany Jonesa” rozpoczęły się 11 maja 1988. Bazą filmowców była Almeria, z której wyruszali na lokacje, nie tylko w okolice Tabernas. Co ważniejsze, pracowała tu także druga ekipa. Ich głównym zadaniem było nakręcenie sekwencji z czołgiem. Pierwsza ekipa z końcem maja przeniosła się do Grenady.

img_1352

Conan Barbarzyńca

Ale nie tylko Lucas i Spielberg się tu pojawili. Był tu także jeden z ich przyjaciół filmowców, John Milius, który początkowo pracował z Lucasem nad „Czasem apokalipsy” (film ostatecznie zrealizował Francis Ford Coppola, ale to już inna historia). Milius stworzył tu jedno z najbardziej znanych swoich dzieł „Conana Barbarzyńcę” z niezapomnianą rolą Arnolda Schwarzeneggera, bazującą luźno na opowieściach stworzonych przez Roberta E. Howarda, jednego z ojców fantastyki. Książki o Conanie wydawano jeszcze zanim Tolkien skończył „Hobbita”.

img_1361

Pojawiają się tu także filmowcy z innych krajów. Jedną z młodszych produkcji jest szwedzki serial „Millennium: Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet”. Co prawda Tabernas nie odgrywa tam dużej roli, jednak jest.

img_1366

Gra o tron

Skoro już przeszliśmy do telewizji to warto wspomnieć o jednym z nowszych dzieł, czyli szóstym sezonie „Gry o tron” HBO. Część ujęć z Morza Dothraków nagrywano właśnie w tym miejscu. Morze to oczywiście nazwa rozległych równin, nie obszaru wodnego.

img_1369

To wszystko sprawia, że trudno obok tego miejsca przejechać obojętnie. A nie trzeba wiele. Wystarczy zjechać z drogi, zatrzymać się gdzieś na poboczu i chwilę pochodzić po tych górach. Spojrzeć na te porośnięte twardymi kępkami traw pustynie. Do pełni szczęścia brakuje tylko muzyki Morricone. Potem zaś można odjechać spoglądając na zachodzące słońce.

img_1380

Szlak hiszpański
Tabernas
Szlak filmowy
Tabernas (Indiana Jones, Gra o tron i inne)
Share Button

Marrakesz

Nazywany czerwonym miastem, głównie ze względu na kolor budynków. Przy odpowiednich warunkach pogodowych faktycznie tak wygląda. Wg legend za stan rzeczy odpowiada krew przelana przy budowie miasta. Marrakesz (arab. مراكش) był początkiem i końcem naszej przygody z Maroko. Niestety, nie zrobił na nas dobrego wrażenia. Właściwie z dwóch powodów. Pierwszy to medyna i zachowanie jednostek niektórych ludzi, drugi to król i zamknięcie części miasta do zwiedzania. Marrakesz jest pewnym symbolem, stolicą południa, miastem, które miało być głośne, ciekawe i dumne, przyciągające niepokorne, twórcze jednostki z zachodu. Niestety nie do końca tak sprawy się mają, przynajmniej obecnie.

Zaułki medyny (Marrakesz)
Zaułki medyny (Marrakesz)
Plac Jemaa el Fna
Plac Jemaa el Fna

Marrakesz

Jednym z bardziej tradycyjnych miejsc mieszkalnych i noclegowych w Maroko są riady. Kiedyś były to domy mieszkalne, dziś riad mniej więcej jest odpowiednikiem pensjonatu. Prowadzony  najczęściej przez jedną rodzinę z pełnym zaangażowaniem. Jest to dość ciekawa forma noclegu, właściwie jak hotel, czasem gorszego standardu, ale jednocześnie widać tu duży wkład właścicieli i pracowników w utrzymanie specyficznej atmosfery tego miejsca. Są więc bardzo pomocni, ale też chętnie przygotowują swoje własne, lokalne potrawy na śniadanie czy obiad (te najczęściej są dodatkowo płatne). To jest ta przyjemniejsza strona.

Ta gorsza to fakt, że riady często są ulokowane w medynie lub tuż obok niej. To oznacza, że nie ma tam dojazdu. Czy to taksówką, czy tym bardziej własnym samochodem lub autobusem. Kręte uliczki, często nie są zaznaczone na GPSach, bo nie można tam dojechać. Pozostaje więc zapytać kogoś o drogę i tu robi się prawdziwy problem. Chętnych jest mnóstwo, wybierając jednego łatwo obrazić innych. Co oczywiste, wybrani oczekują gratyfikacji, z tym nikt nie ma problemu. Tyle, że często ta zapłata to nie jest „co łaska”. Jest dość wysoka, zarówno na marokańskie, jak i na polskie standardy. Np. 20-30 Euro. Ci pomagacze niestety patrzą na nas jak na bogatych turystów z zachodu, co powoduje dość nieprzyjemne sytuacje. Zwłaszcza, gdy za wskazanie drogi, chcą więcej niż kosztuje nocleg w riadzie. Dlatego lepiej przygotować się wcześniej, czy to dokładnie sprawdzając na mapach dojście do samego riadu, czy zwyczajnie kontaktując się telefonicznie z obsługą, lub śpiąc tam gdzie jest lepszy dojazd, a do medyny przejść się piechotą.

Medyna / J
Medyna / plac Jemaa el Fna

Imprezownia Maroko

Najważniejsze jest to, że nie licząc kwestii pomocy i natarczywego oczekiwania wysokiego wynagrodzenia, reszta naganiaczy nie jest tak uciążliwa. Da się spokojnie przejść. Zwyczajnie nie można dać się im złapać. Warto też zauważyć, że w różnych częściach Maroko to podejście do turystów jest odmienne. Marrakesz nie wypada najlepiej. Wynika to z prostego faktu: kiedyś przybywało tu bardzo wielu turystów. Stąd, gdy było ich mniej, ci pozostali stali się „towarem deficytowym”. To nie jest miłe uczucie. A próbowano nam sprzedawać różne rzeczy, w tym oczywiście narkotyki. Ich zakup proponowano nam wielokrotnie. Kiedyś hipisi przybywali tu po to, zresztą wielu turystów korzysta z takich możliwości. Ale trzeba pamiętać, że w Maroko jest to ścigane prawnie, a co gorsza policja ma swoich handlarzy, którzy oferują towar, a następnie potrafią donieść na turystę. Więc lepiej unikać kłopotów.

Minaret
Minaret meczetu el Mansour

Druga sprawa o której trzeba pamiętać, to król Muhammad V. On niestety potrafi pokrzyżować szyki. W Marrakeszu znajduje się zarówno obecny pałac jak i starszy kompleks, (wokół jest też medresa i ogrody) który da się zwiedzić, o ile nie ma tam króla. Używanych pałaców zobaczyć się nie da. Można tylko zrobić z daleka zdjęcie fasady, pod warunkiem, że króla nie ma w środku, wtedy gonią za to. Niestety nam trafił się król, który dodatkowo chciał coś zobaczyć, więc zamknięto południową część miasta, włącznie z ogrodami. Ochrona króla jest bardzo dokładna, to jednak ogranicza możliwości zwiedzania czasem sporych połaci miasta. Nam niestety się to przytrafiło. Niestety król to czynnik, którego nie da się przewidzieć i zaplanować. Jeszcze większe „niestety” – król zdawał się podróżować razem z nami.

Pałac królewski
Pałac królewski

Dżamaa al-Fina

Została więc nam do zwiedzenia głównie medyna i okolice. Jest ona wpisana na listę UNESCO, w dużej mierze przez plac Dżamaa al-Fina (Place Jemaa el Fna). To centralne miejsce Marrakeszu, tu przybywa najwięcej turystów, tu się obserwuje zachód słońca. Tu też można sobie zrobić zdjęcia z wężami, małpami i innymi zwierzętami, które podobnie jak ludzie, niezbyt dobrze znoszą przebywanie na otwartym, nagrzanym placu. Oczywiście zdjęcia są odpłatne. Plac jest także sercem medyny. Warto skusić się na sok ze świeżych pomarańczy, jest tu wyjątkowo tani, no i oczywiście bardzo dobry. Dżamaa al-Fina trafiła na listę niematerialnego dziedzictwa kulturowego z powodu tego, co tu się dzieje. Poza zwierzętami i targiem pojawiają się tu kuglarze, ale też opowiadacze historii i legend. To odpowiada za dość specyficzny klimat tego miejsca, choć w tłumie trudno ich czasem wyłapać.

Czerwone miasto
Czerwone miasto

Wokół medyny znajduje się między innymi meczet Kutubijja (Koutoubia), z najwyższym minaretem w mieście. Warto zwrócić uwagę, że minarety w Maroko są do siebie bardzo podobne, mają  formę wieży o kwadratowej podstawie. Nie są zawijane, czy okrągłe, w większości robione na jedno kopyto. Są dzięki temu bardzo charakterystyczne. Niestety żadnego z meczetów nie można zwiedzać.

Minaret
Minaret przy meczecie Kutubijja
Medyna
Medyna

Marrakesz na filmowo

Marrakesz ma też swoje powiązania filmowe, choć niestety niewielkie. Pojawił się ostatnio w „Mission: Impossible – Rogue Nation” (2015) dokładnie w jednym ujęciu. Gdy z daleka widzimy wysoki minaret (niby w Casablance), scenę w rzeczywistości nagrano w Marrakeszu. Drugi nowy film to „Our kind of Traitor” (2016) na podstawie powieści LaCarre’a z Ewanem McGregorem w roli głównej. Tu pojawił się między innymi plac Dżamaa el-Fina, Zresztą plac ten jest na tyle znany, że odgrywa najczęściej rolę symbolu, w kilku filmach. „Mumia” (1999), „Mamma Mia!” (2008), „Seks w wielkim mieście 2” (2010), „Człowiek, który wiedział za dużo” (1956) Alfreda Hitchcocka, „Powrót Różowej Pantery” (1975), czy „W stronę Marrakeszu” (1998). Miasto znajduje się na tyle blisko Warzazatu, a jest jednocześnie większe i lepiej skomunikowane, stąd duża popularność w filmach. Najczęściej to jednak nie sceny, a pojedyncze ujęcia, które pozwalają dobrze rozpoznać miejsce, czyli w większości przypadków plac Dżamaa el-Fina.

Jemaa el Fna
Jemaa el Fna
Szlak marokański
Marrakesz
Share Button

Malaga

Malaga to dość popularne miejsce wypoczynkowe w Hiszpanii. Raz ze względu na plaże. Dwa, co chyba ważniejsze, lotnisko, na które regularnie latają tanie linie z największych miast Polski. To sprawia, że bardzo wielu turystów z naszego kraju właśnie tu się kieruje. Bo jeśli ktoś chce plaże i odpoczynek,  wszystko to znajdzie na miejscu. Ale jednocześnie Malaga to idealne miejsce na bazę wypadową po Andaluzji. Myśmy właśnie tak ją potraktowali. Nocleg, samochód i zwiedzamy Hiszpanię.

Malaga i morze wykorzystane w Bondzie
Malaga i morze wykorzystane w Bondzie

Malaga i James Bond

Jednak to miasto znajduje się też na naszym szlaku filmowym, może nie na głównym, ale bez wątpienia wartym wspomnienia. Pojawiła się tu bowiem ekipa agenta Jej Królewskiej Mości, czyli Jamesa Bonda. A historia jest o tyle ciekawa, że film „Żyje się tylko dwa razy” (1967), jeszcze z Seanem Connerym, dzieje się w zupełnie innym zakątku świata, czyli Japonii. Jednak tam nie można było nakręcić wszystkich scen. Producenci nie dostali zgody na użycie helikopterów i tworzenie ujęć powietrznych w Kraju Kwitnącej Wiśni. Trzeba było się posiłkować innym miejscem. Padło na Malagę, a dokładniej okoliczne wzniesienia i linię brzegową nieopodal Torremolinos. To one udają Japonię. Dziś dość trudno znaleźć dokładne miejsca wykorzystane filmie, zwłaszcza z dołu poziomu pieszego, ale mimo to warto o tym pamiętać. Tu kręcono Bonda, najdłużej istniejącą filmową serią w zachodniej kinematografii,

Zamek
Zamek, Alkazar

Od Rzymu do Picassa

Oczywiście jest tu też kilka miejsc do zobaczenia. Jest katedra, jest zamek, czyli taki hiszpański standard. Zamek jest o tyle interesujący, że wspinając się na niego, widać panoramę wybrzeża. Można też się przejść do areny walk byków, zwłaszcza, że jest otwarta i można przyjrzeć się jak jest zbudowana. Są też ruiny rzymskie. No i jest też plaża. Ogólnie w Maladze jest dużo turystów, wiele knajpek na mieście, także takich, w których można obejrzeć flamenco. Jak ktoś ma więcej czasu, to może zajrzeć do muzeum Pabla Picassa. Tu znajdował się też jego dom.

Amfiteatr
Amfiteatr

Na koniec jeszcze jedna filmowa ciekawostka. W Maladze urodził się jeden z bardziej znanych hiszpańskich aktorów, Antonio Banderas. Pamiętamy go z „Desperado”, „Filadelfii”, „Maski Zorro”, „Trzynastego wojownika”, „Małych agentów”, „Fridy” czy trzeciej części „Niezniszczalnych”.

Malaga to też centrum kulturalne
Malaga to też centrum kulturalne
Szlak hiszpański
Malaga
Share Button

Austria: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Austrii. Zweryfikowane w maju 2016.

Dojazd: Najwygodniej samochodem lub autokarem. Kursują też pociągi do Wiednia, ale z większości miast w Polsce wymaga to kilku przesiadek. Możliwy też samolot, ale niestety wiąże się to z dużymi kosztami. Obecnie brak tanich lotów.

Wiza: Strefa Schengen, nie potrzebujemy ani wiz, ani paszportów.

Baza noclegowa: Rozbudowana, nie powinno to nastręczać trudności. Trzeba się jednak liczyć z kosztami, Wiedeń nie należy do najtańszych miast. Można szukać np. na Booking.com.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Właściwie podobnie jak w Polsce.

Waluta: Euro (EUR).

Płatności kartą i bankomaty: Bez większych problemów. Karty popularne, także płatności typu pay-pass, bankomaty powszechnie dostępne. Czasem warto mieć ze sobą trochę gotówki, tak na wszelki wypadek.

Napiwki: Wg uznania. 10 % to wartość oczekiwana w restauracjach.

Internet: Bez problemu.

Telefony: Roaming działa normalnie, ceny unijne.

Język: Niemiecki w wersji austriackiej, ale w miejscach turystycznych angielski jest raczej znany.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Podróżowanie po autostradach wymaga winiet. Te są do kupienia przy wjeździe do Austrii lub zaraz za nim. Austriacy jeżdżą dość nerwowo i szybko.

W miastach, takich jak Wiedeń, parkowanie jest ograniczone strefowo, ale są też podziemne parkingi publiczne, z których można skorzystać bardziej swobodnie i parkingi typu P+R na obrzeżach miasta przy stacjach metra.

Oznaczenia i drogowskazy: Znaki jak u nas. Oznaczenia głównie po niemiecku. Natomiast centra jak i miejsca turystyczne bardzo dobrze oznakowane.

Jedzenie wegetariańskie: Kuchnia podobna do niemieckiej, ale ma też kilka swoich specjałów. Niewegetariańskie to sznycel po wiedeńsku i kiełbasy. Z wegetariańskich można znaleźć choćby smażone kartofle, trochę podobne do naszych placków ziemniaczanych, ale inaczej robione i podawane.

Ludzie: Neutralnie nastawieni do turystów. Można sobie spokojnie pochodzić i pozwiedzać, nie zaczepiają.

Bezpieczeństwo: Jak w Europie. Sytuacja niestety jest zmienna. Trzeba wystrzegać się podejrzanych, opustoszałych miejsc, ale też przedmieść. W centrum uchodźców raczej brak.

Klimat: Umiarkowany.

Informacja turystyczna i mapy: Są centra informacji turystycznej. Oznakowania w mieście też są całkiem dobre.

 Gdzie szukać informacji: Jest sporo przewodników i opracowań. Także w Internecie. Nam na większość pytań odpowiedział serwis: Wien.Info. Niby głównie o Wiedniu, ale znaleźliśmy wszystko, czego potrzebowaliśmy.

Szlak austriacki
Praktycznie
Share Button

Wiedeń, czyli Ethan Hunt spotyka Jamesa Bonda

Bogata stolica Cesarstwa, miasto Opery, dla Polaków także miejsce pamiętnej odsieczy wiedeńskiej. Filmowo Wiedeń (niem. Wien) też ma wiele ciekawych miejsc do zaoferowania, wliczając w to opery.

Opera wiedeńska
Opera wiedeńska

Opera Wiedeńska i „Mission: Impossible”

Mówiąc o operze myślimy przede wszystkim o tej najważniejszej, czyli Operze Wiedeńskiej, znajdującej się niedaleko kompleksu pałacowego Hofburg w  ścisłym centrum Wiednia. Ostatnio opera ta pojawiła się w „Mission: Impossible: Rogue Nation”, gdzie oczywiście grała samą siebie. Operę można zwiedzić w sposób dwojaki. Pierwszy to kupno biletów na przedstawienie. Co wieczór sprzedawana jest pewna pula w niskich cenach, niektóre stojące, ale bez wątpienia jest to intrygujące przeżycie. Druga możliwość to wycieczka po operze, która odbywa się raz lub dwa razy dziennie, mniej więcej około 14-15, to trzeba zweryfikować na stronie, bo godzina jest zmienna. Mamy do dyspozycji przewodnika w kilku językach, w tym angielskim, niemieckim, włoskim czy hiszpańskim. Bilety nie są limitowane, co jest plusem, ale i minusem zarazem. Możemy trafić na całkiem spory tłum, przez co ciężko czasem coś usłyszeć.

Przewodnik niewiele mówi o samej operze, a raczej wymienia dyrektorów, muzyków czy opowiada o balach tu organizowanych. Daje to możliwość obejrzenia tego budynku, ale jedynie ogólnodostępnych pomieszczeń – holi i sal. O wejściu za kulisy czy do garderoby można zapomnieć. Szkoda, ale trzeba mieć na uwadze, że Opera Wiedeńska pozostaje miejscem intensywnej pracy. W lecie co wieczór są organizowane też transmisje plenerowe, więc można posłuchać opery. A tak swoją drogą,  okolice Hofburg to jedno z nielicznych miejsc, gdzie można do dziś znaleźć tablicę upamiętniającą odsiecz wiedeńską i króla Jana III Sobieskiego. W okolicy zlokalizowano także wiele interesujących muzeów.

Opera wiedeńska
Opera wiedeńska

Strauss i Mozart

Wiedeń to miasto muzyków. Dwóch z nich ma też swoje bardzo charakterystyczne pomniki. Pierwszy to oczywiście Wolfgang Amadeusz Mozart. Jego pomnik znajduje się tuż przy operze. Zresztą akcja filmu „Amadeusz” Milosa Formana dzieje się w dużej części w tym mieście (acz zdjęcia kręcono głównie w Pradze).

Pomnik Mozarta
Pomnik Mozarta

Drugi muzyk, który ma tutaj swój słynny pomnik to Johann Strauss. To jeden z symboli Wiednia. Pod tym pomnikiem prawie cały czas są tłumy turystów.

Pomnik Straussa
Pomnik Straussa

Wiedeń i James Bond

Inna filmowa opera pojawia się w Jamsie Bondzie, a dokładniej w „W obliczu śmierci” z Timothym Daltonem z 1987. To Volksopera, która gra z zewnątrz Konserwatorium muzyczne w Bratysławie.  Zrobienie zdjęcia odtwarzające kadr z filmu utrudnia duże drzewo przed samą operą – w filmie widzimy je jeszcze niewysokie . Okolice Volskoper także udają stolicę Słowacji. Znajdziemy tu zatem zajezdnię tramwajową, obecnie zmienioną w market sieci SPAR, wejście do domu Kary (na Antoningasse). Przy Volskoper znajduje się nawet sklep ze słodyczami, w którego gablotce wciąż znajdują się zdjęcia ekipy. W końcu udawał miejsce, z którego Bond próbował zastrzelić Karę. Warto przypomnieć, że zdjęcia powstawały w ostatnich latach zimnej wojny, więc filmowcy nie mogli ot tak pojechać do Bratysławy. Ta część Wiednia na tyle kontrastuje z zabytkową, że z powodzeniem mogła udawać inne, biedniejsze miasto.

Volksoper
Volksoper
"Bratysławski" apartament Kary
„Bratysławski” apartament Kary
Stara zajezdnia tramwajowa
Stara zajezdnia tramwajowa, a dziś Eurospar na Kreuzgasse

Samo wnętrze Konserwatorium w Bratysławie także nagrywano w Wiedniu, ale już nie w Volskoper, a Sofiensale. Budynek (i sala koncertowa) wykorzystany w filmie niestety spłonął, na jego miejscu obecnie stoi nowy, ale nie odtwarza historycznego budynku, oczywiście także sala  jest inna.

Sof
Sofiensale odbudowana po pożarze.

Udając Bratysławę

Akcja „W obliczu śmierci” przenosi się z Bratysławy do Wiednia. Dzieje się to w dwóch miejscach. Jedno to stary, obecnie właściwie zapomniany, most Steinspornbrucke, z którego można oglądać meandry Dunaju. Znajduje się on poza ścisłym centrum, więc trudno do niego dostać się bez samochodu. W filmie zbudowano na nim przejście graniczne, które w nocy przekraczali bohaterowie.

Most
Most Steinspornbrucke

Drugie miejsce to Gasometer. Kiedyś faktycznie budynki te miały inną funkcję, związaną z nazwą, czyli rozprowadzaniem gazu po Wiedniu. Obecnie znajdują się tu lofty i centrum handlowe. W dodatku jest to zlokalizowane tuż przy stacji metra, więc bardzo łatwo jest tu dotrzeć i się rozejrzeć. W filmie w tym miejscu został przechwycony Koskow już w Wiedniu.

Gasometer
Gasometer

Bond i Orson Welles

Bond spędza miłe chwile z Karą w Wiedniu. Odwiedzają między inny Prater ze słynnym diabelskim młynem, no i strzelnicą. To stałe wesołe miasteczko, do którego ciągnie zarówno turystów, jak i mieszkańców Wiednia. Wstęp na teren obiektu jest darmowy, ale trzeba płacić za poszczególne atrakcje. Prater wraz z diabelskim młynem jest jednym z symboli Wiednia i pojawia się w bardzo wielu filmach w tle i nie tylko w tle. Tu odgrywają się finałowe sceny „Trzeciego człowieka” Orsona Wellesa. To stary film, ale bez wątpienia jeden z najbardziej znanych związanych z Wiedniem. Nawet ma tu swoje małe muzeum.

Prater (Wiedeń)
Prater (Wiedeń)

James Bond śpi w hotelu znajdującym się w pałacu Schwarzenberg. Niestety obecnie ten budynek lata świetności ma już za sobą. W filmie wygląda zdecydowanie lepiej. Faktycznie znajduje się tu hotel, no i warto zwrócić uwagę, że okolica jest bardzo intrygująca. Właściwie tuż obok znajduje się Belweder ze swoimi wspaniałymi ogrodami i bogatą galerią.

Pałac
Pałac Schwarzenberg, dziś trochę podupadły. W Bondzie prezentował się lepiej
Belweder
Ogrody Belwederu

Magię kina i pewne uproszczenia można też obserwować na placu Marii Teresy. Znajduje się on w dzielnicy muzealnej tuż obok Hofburgu. Tu widzimy ujęcie, w którym Bond i Kara jadą dorożką. Krótkie, ale wystarczające, by móc łatwo wyłapać to miejsce. Natomiast kolejne ujęcie przenosi nas do pałacu Schönbrunn. W filmie mamy złudzenie, że te dwa miejsca znajdują się bardzo blisko siebie. Może i dałoby się tam dojechać dorożką, ale z pewnością trwałoby to dość długo, no i podróż wcale nie byłaby taka romantyczna.

Plac Marii Teresy
Plac Marii Teresy widziany także w Bondzie

Schönbrunn

Schönbrunn to bez wątpienia jedna z największych atrakcji Wiednia. To olbrzymi kompleks pałacowy, nie bez powodu porównywalny z francuskim Wersalem. Zwiedzanie tego miejsca to właściwie wyprawa całodniowa. Filmowo Bonda widzieliśmy tu głównie od strony ogrodów, ale jest tu dużo więcej do zwiedzenia. Warto wcześniej zastanowić się nad doborem odpowiedniego biletu. Ciekawą opcją jest tak zwany Goldpass, który pozwala nam obejrzeć właściwie wszystko, włącznie z ogrodem zoologicznym. Ten ostatni należy do najstarszych w Europie. Jest dofinansowany i nowoczesny, stanowi atrakcję samą w sobie.

Schönbrunn też ładnie łączy się z muzycznym Wiedniem. To właśnie tu w sali koncertowej w oranżerii nagrywano finałowe sceny „W obliczu śmierci” dziejące się w jednej z oper wiedeńskich. Na pewno nie tej głównej, ta jest za bardzo rozpoznawalna. A tak swoją drogą to cały kompleks pałacowy znajduje się na liście UNESCO, podobnie jak zabytkowe centrum Wiednia.

Shonbrunn
Schönbrunn

Poruszając się po Wiedniu można skorzystać z metra, które także jest filmowe. „Mission: Impossible – Rogue Nation” było kręcone nie tylko w operze, ale też w metrze. Dokładniej na stacji Karlsplatz.

Metro
Metro Karlsplatz, tu Benji spotkał Ethana.

Kościoły Wiednia

Sam Wiedeń oferuje jeszcze wiele innych atrakcji, od wielu muzeów i galerii począwszy, po bardzo ciekawe budynki. Można by o nim napisać całkiem pokaźny przewodnik. Kilka już wspomnieliśmy. Warto wspomnieć też choćby o Katedrze św. Szczepana, czy Kościele św. Karola Boromeusza, albo Kościele Wotywnym. Zwłaszcza ten drugi robi niesamowite wrażenie, szczególnie wieczorem, gdy jest oświetlony. Można też podejść pod gmach parlamentu, czy nowy ratusz. Stary nie robi większego wrażenia.

Katedra św. Szczepana
Katedra św. Szczepana
Kościół Św. Boromeusza
Kościół Św. Karola Boromeusza

Z nietypowych atrakcji Wiednia warto wymienić dwie. Pierwsza to domki Hundertwassera, a druga to spalarnia śmieci zaprojektowana przez tego samego architekta. Samym wyglądem zapada w pamięć i się bardzo wyróżnia, a przy tym jest funkcjonalna. Zobaczenie jednego i drugiego nie wymaga wiele czasu, ale pokaże zupełnie inne oblicze stolicy Austrii. Bez wątpienia mniej klasyczne.

Domi
Domki Hundertwassera
Spalarnia śmieci
Spalarnia śmieci

Na sam koniec jeszcze warto zwrócić uwagę na Dunaj. Może nie jest piękny i modry każdego dnia, może nie ma tu też jakiejś wspaniałej promenady, ale są przystanie, tam zaś kursują wodoloty do Bratysławy (rejs trwa około 1,5 godziny) i dalej do Budapesztu. To może być dobry pomysł na krótszy wypad do stolicy Słowacji, jednocześnie porównujący Bratysławę z Bonda z tą prawdziwą.

W Wiedniu istnieje coś takiego jak karta miejska, która upoważnia do korzystania z komunikacji miejskiej oraz daje zniżki do muzeów i innych atrakcji. Więcej informacji o Vienna Pass Card znajdziecie tutaj. Niestety nie zawsze się ona opłaca. Trzeba sobie to dokładnie wyliczyć.

Szlak austriacki
Wiedeń
Szlak filmowy
Wiedeń (Bond, Mission: Impossible)
Share Button

Maroko praktycznie

Informacje praktyczne nt. Maroka. Zweryfikowane w czerwcu 2016.

Dojazd: Ze względu na odległość obecnie praktycznie tylko samolot. Jest dużo lotów czarterowych w rozsądnych cenach. Można też próbować tanich linii, ale niestety najczęściej nie z Polski.

Wiza: Wizę dostaje się na lotnisku. Trzeba wypełnić blankiet, najczęściej można go dostać w samolocie.

Baza noclegowa: W zależności od części kraju bywa różnie. Niektóre miejsca są wybitnie turystyczne, jest tam wiele hoteli o zróżnicowanym standardzie. Powszechne też są riady, czyli odpowiedniki naszych pensjonatów.

Szczepienia wymagane: Brak. Polecane na żółtaczkę A i B, dur brzuszny.

Choroby: Ryzyko bakteryjnych zakażeń pokarmowych, czyli tzw. „klątwa sułtana/króla”.

Waluta: Dirham marokański (MAD)

Płatności kartą i bankomaty: W dużych miastach bądź ośrodkach turystycznych, w hotelach czy restauracjach karty są obsługiwane. Czasem istnieje kwota minimalna bądź chcą wyciągnąć dodatkowy procent. Na medynie ciężko spodziewać się płatności kartą.

Bankomaty natomiast są. Gorzej z nimi poza utartymi szlakami czy na prowincji.

Napiwki: Nie tylko wyczekiwane, ale w niektórych miejscach wręcz wymuszane. Niestety także muszą mieć odpowiednią kwotę, uzależnioną od widzimisię tubylca

Internet: W hotelach czy riadach najczęściej działa bez problemu. Dostępny jest też w niektórych restauracjach. Istnieją także kafejki internetowe.

Telefony: Roaming działa, ale w niektórych miejscach, poza miastami, mogą wystąpić problemy z zasięgiem.

Język: Urzędowy to arabski, francuski i czasem berberyjski (docelowo ma stać się jednym z języków urzędowych). Angielski w miejscach turystycznych, poza nimi jego znajomość raczej jest słaba.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Sieć kolejowa raczej słabo rozbudowana, ale łączy część dużych miast. Bardziej rozbudowana jest sieć autobusowa. Bez problemu można też wynająć samochód na lotnisku, jedynie kwota wadium jest stosunkowo duża (ale blokada może zniknąć nawet przed oddaniem samochodu). Dobrze rozbudowana sieć dróg o przyzwoitym standardzie: na wybrzeżu płatne autostrady łączące główne miasta, w głębi kraju odpowiedniki naszych dróg krajowych o oznaczeniach N. W miarę możliwości lepiej unikać dróg o oznaczeniach R, których standard jest dużo niższy.

Oznaczenia i drogowskazy: Bardzo podobne jak u nas. Z tym, że zakazy parkowania są malowane na krawężnikach: nie należy stawać przy biało-czerwonych. Przepisy drogowe mają wiele ograniczeń prędkości, które są mocno egzekwowane. Jest bardzo dużo kontroli na drogach, łatwo dostać mandat, który należy opłacić na miejscu. Koszt mandatu to przykładowo 300 MAD za przekroczenie dopuszczalnej prędkości o 15 km/h w terenie zabudowanym.

Jedzenie wegetariańskie: Jednym z najpopularniejszych dań jest potrawa jednogarnkowa zwana tażinem. Popularny jest też tażin warzywny, więc dość łatwo coś znaleźć. Oczywiście więcej do wyboru jest tażinów mięsnych. Z bezmięsnych do wyboru często jest też kuskus z warzywami.

Choć to kraj muzułmański, w wielu miejscach można tu normalnie kupić alkohol. Najłatwiej w okolicach Agadiru, które są dość turystyczne. Tam jest to najbardziej widoczne. W Rabacie np. da się kupić piwo spod lady.

Ludzie: Kraj jest pod tym względem dość mocno zróżnicowany. Trudno generalizować. W niektórych miejscach są dość mocno nastawieni na zamożnych turystów. Biały musi być bogaty, więc trzeba go „skroić”. Choć i tak jest pod tym względem lepiej niż w Egipcie, są mniej natrętni. W niektórych mniej turystycznych miejscach nie czuje się tej presji sprzedażowej, tam Marokańczycy bardzo zyskują.

Bezpieczeństwo: Arabska wiosna ludów zatrzymała się i nie zachwiała Marokiem. Król wymienił rząd, sam się ostał. Ale niestety nie wiadomo jak długo ta sytuacja się utrzyma. Na razie wygląda na to, że wszystko jest pod kontrolą, ale trzeba pamiętać, że może się to zmienić bardzo szybko.

Z niepolitycznych problemów oczywiście pojawia się przestępczość. Szczególnie w północno-wschodniej części kraju. Zarówno kradzieże jak i inne problemy.

Posiadanie narkotyków jest karalne, jednocześnie na placach łatwo spotkać sprzedawców. Także podstawionych, więc należy stanowczo odmawiać.

Warto zauważyć, że także homoseksualizm jest tu karalny.

W miejscach takich jak Agadir, raczej jest bezpiecznie i spokojnie. W innych należy zachować ostrożność, zwłaszcza w miejscach zatłoczonych jak medyny.

Należy pamiętać o tym, że jest to kraj muzułmański, więc zwłaszcza kobiety powinny pamiętać o nieprowokującym stroju. Marokańczycy zdaje się, że przywykli do widoku skąpo ubranych Europejek, nie warto ich jednak obrażać zbyt krótkim ubiorem. Co ciekawe, w dostępnym dla zwiedzających meczenie Hassana II w Casablance, nie jest wymagane okrycie głowy ani inny rodzaj specjalnego stroju.

Klimat: Dość zróżnicowany, ale Maroko samo reklamuje się jako miejsce, gdzie przez 300 dni w roku jest słonecznie. Temperatury na wybrzeżu Oceanu Atlantyckiego w czerwcu mogą wynosić niewiele ponad 20 stopni Celsjusza, podczas gdy w Marrakeszu temperatura sięga 40 stopni.

Informacja turystyczna i mapy: W samych miastach z tą informacją raczej ciężko. Jakaś niby jest, nie zawsze jednak można tam cokolwiek znaleźć. Czasem są to miejsca z folderami z okolic, brakuje darmowych mapek, a i obsługa nie za bardzo potrafi rozmawiać po angielsku. Niektóre riady posiadają własne mapki dla gości, ale nie jest to norma.

 Gdzie szukać informacji: Maroko w Polsce było jeszcze do niedawna bardzo popularne, stąd łatwo znaleźć przewodniki. W internecie również łatwo znaleźć informacje o Maroko.

Szlak marokański
Praktycznie
Share Button

Volubilis

Wśród marokańskich zabytków z listy UNESCO przede wszystkim królują medyny, ewentualnie centra miast. Volubilis (arab. وليلي – Walili)  się od reszty bardzo wyróżnia, to stanowisko archeologiczne z zachowanym rzymskim miastem, oczywiście na tyle, ile mogło przez prawie dwa tysiące lat.

Volubilis
Volubilis

Ruiny Volubilis

Historia osadnictwa w tym miejscu sięga III wieku przed naszą erą, ale największy rozwój miasta to okres cesarstwa rzymskiego, gdzieś między 4 a 250 rokiem naszej ery. Wtedy to właśnie wybudowano forum, bazylikę i wiele innych budynków, których fragmenty pozostały do dziś. Wówczas Volubilis pełniło rolę stolicy prowincji Mauretania.

Pozostałości świątyni
Pozostałości świątyni

Po Rzymianach miasto zajęli Arabowie, acz sułtan Mulaj Ismail zaczął je rozbierać, przede wszystkim zabierając stąd marmury, by wybudować nową stolicę – Meknes. Później przyszło trzęsienie ziemi, miasto obumarło i zostało ponownie odkryte dopiero pod koniec XIX stulecia.

Bociany
Bociany na rzymskich kolumnach

Obecnie jest udostępnione zwiedzającym, ale choć znajduje się blisko Meknesu, niewiele osób tu przybywa. Volubilis nie jest tak dobrze zachowane jak choćby Dżarasz w Jordanii, o którym niedawno pisaliśmy, czy Efez w Turcji, jest zatem bardziej kameralne. Przy mniejszej ilości zwiedzających pozwala to na swobodne eksplorowanie tego miejsca. A poza resztkami murów zabytek ten posiada jeszcze bardzo wiele dobrze zachowanych mozaik, które dobrze obrazują nam życie dawnego miasta. Po nich jesteśmy w stanie określić przeznaczenie wielu budynków. Czasem można zgadywać to samemu, czasem można posługiwać się mapką. Niestety mozaiki te nie są w żaden sposób zabezpieczone przed słońcem, jak to miało miejsce choćby w Jordanii.

Stanowisko archeologiczne
Stanowisko archeologiczne

To co także rzuca się  w oczy w Volubilis to bociany. Gniazdują one sobie na resztkach rzymskiej zabudowy, to bardzo ciekawie wygląda, ale w Maroko można znaleźć podobne widoki.

Volubilis
Volubilis

Dojazd

Do Volubilis nie dociera żaden transport publiczny. Jeśli chcemy dotrzeć tam samemu, to właściwie zostaje tylko i wyłącznie samochód (ew. taksówka). Przy wejściu znajduje się mały parking. W cenę biletu nie jest wliczony przewodnik, ale jest tam kilku, którzy bardzo chętnie oferują swoje usługi. Prawdę mówiąc jest to całkowicie zbyteczne, stanowisko archeologiczne nie jest tak duże by się pogubić, a jeśli to nie jest pierwsze takie miejsce, które odwiedzamy, to niewiele można się od nich dowiedzieć.

Volubilis
Volubilis

Z niektórych miejsc z Volubilis widać też zbudowane na górze miasto Moulay Idriss. Widok zapada w pamięć. Zresztą jak się jedzie drogą ze stanowiska archeologicznego także widać tę miejscowość. Białe domy na wzniesieniu w dobrym świetle wyglądają niesamowicie z daleka. Z bliska już nie robią takiego wrażenia.

Widok na Moulay Idris
Widok na Moulay Idris
Szlak marokański
Volubilis
Share Button

Wielka Brytania: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Wielkiej Brytanii. Zweryfikowane we wrześniu 2017.

Dojazd: Dziś najczęściej samolot. Tanie linie kursują do wielu miast stosunkowo często. Kilkanaście lat temu popularne były autobusy.

Wiza: Wielka Brytania jest częściowo w Schengen. Przekroczyć granicę możemy na podstawie dowodu. Paszport nie jest wymagany. Potencjalny Brexit w tej sprawie nic jeszcze nie zmienia.

Baza noclegowa: Rozbudowana. Niestety poza hostelami dość droga. W Londynie dość ciekawą alternatywą są akademiki (poza okresem szkolnym oczywiście).

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic specjalnie istotnego.

Waluta: Funt brytyjski (GBP).

Płatności kartą i bankomaty: Płatności kartą bardzo powszechne. Właściwie do normalnego zwiedzania, zwłaszcza takich miast jak Londyn, nie potrzebujemy bankomatów czy pieniędzy. Działają też paypassy. Nawet podróżując poza Londynem właściwie używaliśmy jedynie kart.

Napiwki: W restauracjach i tak dalej to norma. Stamtąd ten zwyczaj pochodzi. Więc pewnie oczekują tych 10-15% od rachunku.

Internet: Wifi dostępne w wielu miejscach, w restauracjach, knajpach, hotelach, ale też publicznie.

Telefony: Zasięg rozbudowany, roaming jest póki co wg stawek UE.

Język: Angielski.

Gniazdka elektryczne: Konieczna jest przejściówka. Można znaleźć zarówno u nas, jak i tam w sklepach elektrycznych, niekiedy w hotelach.

Wtyczka brytyjska

Samochody i transport: Ruch lewostronny, więc może to stanowić pewne trudności. W kraju rozbudowana jest siatka kolejowa jak i autobusowa, a także samolotowa. Oczywiście są też bardziej dziewicze tereny, gdzie trudno się dostać bez samochodu.

Oznaczenia i drogowskazy: Pomijając fakt, że to ruch lewostronny, raczej podobnie jak u nas. Za to drogi są bardzo dobrze oznakowane, podobnie jak i miejsca turystyczne.

Jedzenie wegetariańskie: Niektórzy twierdzą, że kuchni brytyjskiej nie ma, że jest tylko pożywienie. Ale zwłaszcza w większych miastach jest mnóstwo knajp z różnych rejonów świata, więc zawsze można znaleźć coś dla siebie. Nie powinno być z tym problemu. Teoretycznie Anglicy słyną z picia herbaty, acz praktycznie napój ten nie jest tak popularny jak w Polsce. Picie jest bardziej ceremonialne, w dodatku herbata podawana jest z mlekiem. Więc jeśli chcemy zwykłą należy to zaznaczyć mówiąc black tea.

Ludzie: Tygiel kulturowy, zwłaszcza w takich miejscach jak Londyn.

Bezpieczeństwo: To dość drażliwy temat. Wielka Brytania, zwłaszcza Londyn, z jednej strony jest w miarę bezpieczna. Owszem zdarzają się incydenty (jak ostatnio z Polakami), ale są one nagłaśniane. Dużo większy problem to terroryzm. Mieszkańcy Londynu dość często zdają sobie sprawę z tego, że pytaniem nie jest czy będzie u nich zamach, a raczej kiedy. Choć i tak ryzyko wciąż jest mniejsze niż we Francji czy w Niemczech.

Klimat: Wyspiarski, umiarkowany.

Informacja turystyczna i mapy: W Londynie ciężko znaleźć darmową mapę miasta, ale bez problemu jest darmowa mapa metra. Dodatkowo dość częste są tablice informacyjne z mapami, co właściwie pozwala na swobodne poruszanie się po mieście bez mapy. Jedyny problem z nimi jest taki, że nie są ustawione na północ.

 Gdzie szukać informacji: Wielka Brytania to kraj popularny, żyje tam bardzo wielu Polaków, więc źródło wiedzy jest dość łatwo osiągalne. Z drugiej strony popkulturowo Brytyjczycy także oddziaływają mocno na świat, więc nawet z filmów czy seriali można się czegoś dowiedzieć. Zaś przewodników czy stron w sieci na temat UK jest bardzo dużo.

Szlak brytyjski
Praktycznie
Share Button

Gibraltar i James Bond

Zajęliśmy się już Ceutą, teraz pora na tę zdecydowanie bardziej znaną eksklawę, czyli Gibraltar, wciąż pod brytyjskim protektoratem. Taka mała Brytania w Hiszpanii, choć nie aż tak brytyjska jakby się wydawało.

Widok z góry
Widok z góry

Gibraltar

Na Gibraltar zdecydowanie najłatwiej było pojechać samochodem, ale należy pamiętać, że nie zawsze można wynajmowanym samochodem przekraczać granicy (trzeba sprawdzić warunki wynajmu). Trzeba się kierować na La Línea de la Concepción. Tam przed granicą znajdują się parkingi, dalej należy przejść fragment na piechotę przez przejście graniczne, gdzie od razu da się kupić bilety autobusowe, o ile potrzebujemy. I tu bardzo ważna uwaga. Gibraltar jest sporo większy niż na to wygląda. W wielu przewodnikach jest napisane, że wystarczy na niego trzy-cztery godziny. Jeśli chcemy tylko wjechać na Skałę, zobaczyć małpy i wrócić, ew. coś jeszcze zwiedzić po drodze, to oczywiście tyle wystarczy. Skała jednak jest na tyle ciekawa, że warto poświęcić jej cały dzień.

Skała
Skała

Warto zwrócić uwagę na jedną ciekawostkę. Otóż między przejściem granicznym, a Skałą znajduje się lotnisko. Trzeba przejść przez pas startowy. Czasem jest okazja, by obserwować jak przejście jest zamykane, a następnie ląduje bądź startuje samolot.

Brytyjska baza wojskowa (Gibraltar)
Brytyjska baza wojskowa (Gibraltar)

Małpy

Autobusem można się przejechać i wysiąść przy kolejce linowej. Kolejką wjeżdża się na Skałę. Nie na sam szczyt, ale na część turystyczną. Tam głównie przebywają magoty gibraltarskie. Populacja tych małp jest utrzymywana sztucznie, są one dużą atrakcją turystyczną. Ale mogą też być utrapieniem dla mieszkańców, czy zwiedzających. Efekt jest taki, że małpy się dokarmia.  Dzięki temu siedzą w jednym miejscu i są w miarę łatwo dostępne, ale też raczej spokojne. Niemniej jednak należy uważać, jak robi się z nimi zdjęcia. Oprócz nazwy magot gibraltarski stosuje się też makak berberyjski (łac. Macaca sylvanus). To właściwa nazwa gatunkowa, mianem makaków określamy populację na Skale.

Wjeżdżanie na Skałę
Wjeżdżanie na Skałę, w tle port (widoczny w Bondzie)

Z góry można albo wracać, albo przejść się po Gibraltarze. Jedna z tras to Mediterranean Steps, bez wątpienia trudniejsza, ale zdecydowanie najciekawsza. Niewiele osób się decyduje tamtędy przejść, więc jest zdecydowanie spokojniej i bardziej dziko. Jest to spacer zdecydowanie bardziej wyczerpujący, ale dający wiele satysfakcji, a trud wspinaczki wynagradzają zapierające dech widoki.

Małpy na Gibraltarze
Małpy na Gibraltarze, także pojawiają się w Bondzie

Uwaga praktyczna dotycząca darmowych map. Przynajmniej te, które dostaliśmy, były bardziej poglądowe niż praktyczne. Nie dość, że nie były przeskalowane, to jeszcze nie można było polegać na rozgałęzieniach. Wszystko było uproszczone. Warto pamiętać, że większość zwiedzających wjeżdża na górę i albo schodzi, albo zjeżdża. Inni najczęściej używają taksówek, by zobaczyć więcej.

Oświetlone jaskinie
Oświetlone jaskinie

Fortece, tunele i jaskinie

Do zobaczenia są tu między innymi jaskinie, tunele, fragmenty fortec. Jest tablica pamiątkowa poświęcona Władysławowi Sikorskiemu. Mnóstwo armat.

Tunele fortecy
Tunele fortecy

Samo miasto sprawia wrażenie, jakby nakładały się tu kultury hiszpańska, brytyjska i arabska. Są i charakterystyczne czerwone budki telefoniczne, ale czystość bardziej przypomina kraj południa.

Lotnisko
Lotnisko

Na koniec to, co sprowadza nas na Gibraltar, czyli James Bond. Właściwie był tu już dwa razy. W „Żyję się tylko dwa razy” (1967) Lewisa Gilberta z Seanem Connerym nakręcono tu w porcie pogrzeb Bonda. Właściwie poza morzem nic więcej nie widać. W pełnej krasie miejsce to zobaczyliśmy dopiero dwadzieścia lat później w „W obliczu śmierci” Johna Glena z Timothym Daltonem. Tu właśnie dzieje się początkowa sekwencja Bonda. Widzimy i port, i małpy, ale też drogi. Jest tego sporo, wystarcza na wycieczkę śladami 007.

Uliczka na skale, jedna z wielu podobnych. Niestety nie wiemy, która pojawiła się w filmie.
Uliczka na skale, jedna z wielu podobnych. Niestety nie wiemy, która pojawiła się w filmie.

Ekipa Bonda przybyła tu we wrześniu 1986. Ale nie wszystkie sceny, które widzimy w filmie, kręcono na Gibraltarze. Posiłkowano się także Beachy Head w Wielkiej Brytanii, gdzie przede wszystkim było spokojniej, tak ze względu na turystów jak i co ważniejsze wiatr i pogodę.

Szlak brytyjski
Gibraltar
Szlak filmowy
Gibraltar
Share Button

Jordania: Podsumowanie

Gdy zastanawialiśmy się nad Jordanią, to pierwsze, co do głowy przychodziło to Petra. Nic dziwnego, ani odkrywczego. „Indiana Jones” zrobił swoje, decyzja zapadła, pozostało tylko ustalić szczegóły, no i doczytać na temat kraju. Szybko dni przewidziane na Jordanię się rozrosły, a plan zapełnił.

Madaba
Madaba

Polecieliśmy z Warszawy linią Aegean z przesiadką w Atenach i wylądowaliśmy na lotnisku królowej Alii w Ammanie. Choć doskonale wiedzieliśmy, że nie ma to nic wspólnego z „Diuną” to jednak Alia od noża jakoś bardzo nam się kojarzyła z tym miejscem, choć obecnie może to być różnie odebrane, zwłaszcza ten nóż. W każdym razie lotnisko wyglądało normalnie, na przyzwoitym poziomie. Odebraliśmy samochód i ruszyliśmy do hotelu w Madabie. Raz, był bliżej niż stolica, dwa: była noc, trzy: nie zamierzaliśmy przebijać się niepotrzebnie przez Amman samochodem. Na początek lepiej mimo wszystko pojeździć mniejszymi drogami. Co prawda już na lotnisku i przy wynajmowaniu samochodu spotkała nas przykra niespodzianka z nieczytaniem kart VISA, ale takie są prawa zwiedzania. Dobrze, że drugą jakoś udało się odczytać, no i że był zapas gotówki. Wymiany dokonaliśmy już na lotnisku.

Bezdroża
Bezdroża

Jak łatwo zgadnąć, w hotelu od razu poszliśmy spać. Nawet sprawy meldunkowe przenieśliśmy na rano.

Dzień 1

Po śniadaniu pierwsze kroki skierowaliśmy do pobliskich sklepów. Nie po to, by kupować pamiątki, ale przede wszystkim wodę i jakieś suche przekąski. Szybko jednak okazało się, że z kartą VISA będą problemy, więc musieliśmy inaczej zorganizować wydatki. Potem zwiedzaliśmy Madabę, na tyle na ile jest do zwiedzania, czyli głównie kościoły i mozaiki. Przyjemne i intrygujące, zwłaszcza jak się popatrzy na historię, ale szału nie ma. Bardziej nawet chodziło o rozpoznanie terenu, ludzi i relacji tu panujących. Krajów islamskich już trochę widzieliśmy, właściwie każdy jest inny. Na pozór są bardzo podobne, zwłaszcza jeśli chodzi o czystość, ale już sprzedawcy nie są tak natrętni jak choćby w Egipcie. Wręcz przeciwnie, ludzie są tu dość dobrze nastawieni do turystów, przyjaźni i pomocni. Wielu nas witało słowami „Welcome to Jordan”. Wielu chętnie rozmawiało i cieszyło się z wizyt turystycznych. Tak było nie tylko w Madabie, ale w większości kraju. Może mniej w Ammanie, bo tam jest więcej ludzi, ale Jordańczycy naprawdę są bardzo pozytywnie nastawieni do obcokrajowców. Aż przyjemnie się ten kraj zwiedza. Zwłaszcza, że jak trzeba to są bezinteresownie pomocni.

Morze Martwe od strony jordańskiej
Morze Martwe od strony jordańskiej

Po południu zaczęliśmy jeździć samochodem. Pierwszy przystanek to góra Nebo. Później jeszcze próby zaliczenia Wadi Mujib, Morza Martwego i Betanii nad Jordanem, ale wszystko na spokojnie. Dopiero się rozkręcamy. Mieliśmy mały problem ze znalezieniem stacji benzynowej, bo przy Morzu Martwym jest ich jak na lekarstwo (w innych częściach kraju nie ma takiego problemu), ale na oparach udało się wjechać na stację. Po drodze też mieliśmy kilka kontroli wojskowych. Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni, że odwiedziliśmy ich kraj.

Góra Nebo
Widok z góry Nebo
Jordan
Jordan

Dzień 2

Po śniadaniu jedziemy do Dżaraszu. Przejeżdżamy przez Amman i jego korki, a także wspaniałe oznaczenia drogowe. Przede wszystkim te dotyczące objazdów, które akurat w przeciwieństwie do większości innych nie zawsze są po angielsku. Da się przeżyć. Docieramy na miejsce i okazuje się, że nie ma tu prawie żadnych ludzi. Pustki. Chwila grozy, czy aby na pewno nie popełniliśmy jakiegoś błędu. Ale nie, to właściwie miejsce. Dżarasz okazuje się być perełką, o której mało kto wie, a robi olbrzymie wrażenie.  Hasające tam jaszczurki dopełniają naszego zadowolenia. Potem wracamy, znów przez Amman, ale teraz jakoś łatwiej i udaje się nam dostać do Wadi Mujib, gdzie czeka nas kanioning. Dżarasz (czyli Gereza) to bez wątpienia miejsce, które cieszy umysł, Wadi Mujib bardziej ciało. Zabawa jest przednia, wymagająca, czasami nawet za bardzo, bo gdzieś tam kartoteka medyczna zostawia swoje piętno, lub jak mawiał Indiana Jones „to nie lata, to przebieg”, ale wracamy do hotelu (oczywiście jeszcze Madaba nocą) i szybko padamy po męczącym dniu. Już nam się podoba i to bardzo. A to dopiero początek.

Dżarasz
Dżarasz
Wadi Mujib
Wadi Mujib

Dzień 3

Tym razem jedziemy na wschód. Docieramy do ronda, które ma rozwidlenia do przejść granicznych z Arabią Saudyjską, Irakiem i Syrią (akurat to było odległe). Ale to nie rondo było celem, a park narodowy Shawmari i oryksy arabskie. Oznaczenia niestety fatalne. Turystów brak. Jak się okazuje park jednak jest nieczynny, gdyż trwa renowacja. Rozczarowanie jest, ale co poradzić. Stron nie aktualizują, a że mało osób tu jeździ, to informacji praktycznie nie ma. Na szczęście jest plan B. Lądujemy zatem w innym, pobliskim rezerwacie – Azraq Wetland i to jest już ciekawostka spora, bo gdybyśmy nie wiedzieli, że to Jordania, pewnie byśmy nie uwierzyli. Jezioro, szuwary, ptaki, no i ślady bawołów wodnych, których jednak nie udało się wypatrzyć. Potem zostały jeszcze zamki pustynne, ale też bardziej na zasadzie są bo są. Jedne ciekawsze (w niektórych stacjonował T.E. Lawrence), inne mniej, wracamy do Madaby. Nie zawsze wszystko się udaje, ale grunt, że dalej się bawimy.

Azraq Wetland
Azraq Wetland
Umm Al-Rasas
Umm Al-Rasas

Dzień 4

Rankiem wyjazd, uzupełnienie zapasów i droga do Petry z przystankami. A tu istotne są trzy. Um El Ras, czyli kolejne mozaiki, z listy UNESCO i są po drodze, więc czemu nie? Potem zamek krzyżowców Karak, w porównaniu z pustynnymi jest ogromny, robi większe wrażenie, a przy tym jest starszy. No i kolejna perełka, na którą było zdecydowanie za mało czasu, czyli rezerwat Dana. Znów jest to miejsce, które gdybyśmy nie wiedzieli, że jest w Jordanii, raczej byśmy na to nie wpadli. Góry, drzewa, skały, w dodatku czysto, świeże powietrze, aż chciałby się tam przenocować (istnieje taka możliwość w obozie namiotowym, lecz czas trochę nas gonił). Ale trzeba jeszcze dotrzeć do Petry i tam się ulokować. Cóż jeśli kiedyś wrócimy do tego kraju, to Dana dostanie więcej niż przysłowiowe pięć minut.

Karak
Karak
Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Dzień 5

Kulminacja wyprawy, czyli Petra. Dla jednych to przereklamowane miejsce, dla innych wspaniałe. Chyba przeczytaliśmy więcej niepochlebnych opinii, więc spodziewaliśmy się czegoś gorszego. Rozczarowaliśmy się, ale obyśmy wszędzie mogli rozczarować się w ten sposób (pozytywnie). A Petra to cały dzień chodzenia, jak już się minie tę część turystyczną, to jest dużo lepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o samodzielne zwiedzanie. Po wszystkim jeszcze Petra nocą i kolejny udany dzień za nami. I choć to miejsce zwiedziliśmy dość dokładnie, to chciałoby się tu jeszcze kiedyś wrócić.

Monastyr w Petrze
Monastyr w Petrze

Dzień 6 i 7

Do Petry ściągnął nas Indiana Jones, do Wadi Rum właściwie „Marsjanin”. Choć to trochę uproszczenie, bo przecież kręcono tam też „Prometeusza”, no i byli producenci „Przebudzenia Mocy”. „Marsjanin” zaś wyszedł kilka tygodni przed podróżą, więc chyba nie zdążylibyśmy jej przemodelować na tyle, by trafić tu na dwa dni. Szczęśliwie zrobiliśmy to wcześniej. Dwa dni na pustyni pośród skał  z własnym kierowcą, samochodem i spaniem. Pustynia zaś nie byle jaka, miejscami czerwona niczym Mars, skalista i przepiękna. Spotykało się niewielkie grupki turystów, ale obszar Wadi Rum jest na tyle rozległy, że specjalnie to nie przeszkadza. Bardzo udana wycieczka. Z Petry jest tu blisko, ale potem musieliśmy wracać do Ammanu i oddać samochód, więc czekała nas jeszcze jazda autostradą, a potem taksówką.

Wadi Rum
Wadi Rum

Dzień 8, 9 i 10

Na Amman przeznaczyliśmy trochę za dużo dni. Ale i tak zrobiliśmy swoje kilometry. Pierwszy dzień to najstarsze zabytki: cytadela sięgająca jeszcze w czasy przedhelleńskie, rzymski amfiteatr, a także chodzenie po bazarach. Drugi dzień to jeszcze Muzeum Jordańskie, meczet i dalsze włóczenie się po mieście. Szczerze mówiąc z lepszym zaplanowaniem godzinowym i wspomaganiem się taksówkami dałoby się to wszystko zobaczyć w jeden dzień, a dodatkowy nocleg zrobić w Danie. Nie ma co gdybać. I tak byliśmy zadowoleni. Znów może szału nie ma, smog trochę przeszkadza (brud nie, bo to już stały element niektórych krajów), ale co zobaczyliśmy to nasze. Jeszcze załapaliśmy się na deszcz.

Ostatni dzień to wczesne wstawanie i na lotnisko.

Amman
Amman

Podsumowując, kolejny udany wyjazd. Udany, bo zobaczyliśmy to, co najbardziej chcieliśmy, nie rozczarowało nas. No i pozostał pewien niedosyt i to dokładnie taki jaki powinien, nie za duży i nie za mały. A czy jeszcze chcielibyśmy tam wrócić? Pewnie tak, ale szanse są raczej znikome, przynajmniej w najbliższej, określonej przyszłości. Za dużo innych ciekawych miejsc na świecie i za mało urlopu.

Amfiteatr Jordania
Amfiteatr w Ammanie, Jordania

Więcej informacji znajdziecie tutaj.

Szlak jordański
Podsumowanie
Share Button

U styku filmu i podróży