Jordania: Podsumowanie

Gdy zastanawialiśmy się nad Jordanią, to pierwsze, co do głowy przychodziło to Petra. Nic dziwnego, ani odkrywczego. „Indiana Jones” zrobił swoje, decyzja zapadła, pozostało tylko ustalić szczegóły, no i doczytać na temat kraju. Szybko dni przewidziane na Jordanię się rozrosły, a plan zapełnił.

Madaba
Madaba

Polecieliśmy z Warszawy linią Aegean z przesiadką w Atenach i wylądowaliśmy na lotnisku królowej Alii w Ammanie. Choć doskonale wiedzieliśmy, że nie ma to nic wspólnego z „Diuną” to jednak Alia od noża jakoś bardzo nam się kojarzyła z tym miejscem, choć obecnie może to być różnie odebrane, zwłaszcza ten nóż. W każdym razie lotnisko wyglądało normalnie, na przyzwoitym poziomie. Odebraliśmy samochód i ruszyliśmy do hotelu w Madabie. Raz, był bliżej niż stolica, dwa: była noc, trzy: nie zamierzaliśmy przebijać się niepotrzebnie przez Amman samochodem. Na początek lepiej mimo wszystko pojeździć mniejszymi drogami. Co prawda już na lotnisku i przy wynajmowaniu samochodu spotkała nas przykra niespodzianka z nieczytaniem kart VISA, ale takie są prawa zwiedzania. Dobrze, że drugą jakoś udało się odczytać, no i że był zapas gotówki. Wymiany dokonaliśmy już na lotnisku.

Bezdroża
Bezdroża

Jak łatwo zgadnąć, w hotelu od razu poszliśmy spać. Nawet sprawy meldunkowe przenieśliśmy na rano.

Dzień 1

Po śniadaniu pierwsze kroki skierowaliśmy do pobliskich sklepów. Nie po to, by kupować pamiątki, ale przede wszystkim wodę i jakieś suche przekąski. Szybko jednak okazało się, że z kartą VISA będą problemy, więc musieliśmy inaczej zorganizować wydatki. Potem zwiedzaliśmy Madabę, na tyle na ile jest do zwiedzania, czyli głównie kościoły i mozaiki. Przyjemne i intrygujące, zwłaszcza jak się popatrzy na historię, ale szału nie ma. Bardziej nawet chodziło o rozpoznanie terenu, ludzi i relacji tu panujących. Krajów islamskich już trochę widzieliśmy, właściwie każdy jest inny. Na pozór są bardzo podobne, zwłaszcza jeśli chodzi o czystość, ale już sprzedawcy nie są tak natrętni jak choćby w Egipcie. Wręcz przeciwnie, ludzie są tu dość dobrze nastawieni do turystów, przyjaźni i pomocni. Wielu nas witało słowami „Welcome to Jordan”. Wielu chętnie rozmawiało i cieszyło się z wizyt turystycznych. Tak było nie tylko w Madabie, ale w większości kraju. Może mniej w Ammanie, bo tam jest więcej ludzi, ale Jordańczycy naprawdę są bardzo pozytywnie nastawieni do obcokrajowców. Aż przyjemnie się ten kraj zwiedza. Zwłaszcza, że jak trzeba to są bezinteresownie pomocni.

Morze Martwe od strony jordańskiej
Morze Martwe od strony jordańskiej

Po południu zaczęliśmy jeździć samochodem. Pierwszy przystanek to góra Nebo. Później jeszcze próby zaliczenia Wadi Mujib, Morza Martwego i Betanii nad Jordanem, ale wszystko na spokojnie. Dopiero się rozkręcamy. Mieliśmy mały problem ze znalezieniem stacji benzynowej, bo przy Morzu Martwym jest ich jak na lekarstwo (w innych częściach kraju nie ma takiego problemu), ale na oparach udało się wjechać na stację. Po drodze też mieliśmy kilka kontroli wojskowych. Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni, że odwiedziliśmy ich kraj.

Góra Nebo
Widok z góry Nebo
Jordan
Jordan

Dzień 2

Po śniadaniu jedziemy do Dżaraszu. Przejeżdżamy przez Amman i jego korki, a także wspaniałe oznaczenia drogowe. Przede wszystkim te dotyczące objazdów, które akurat w przeciwieństwie do większości innych nie zawsze są po angielsku. Da się przeżyć. Docieramy na miejsce i okazuje się, że nie ma tu prawie żadnych ludzi. Pustki. Chwila grozy, czy aby na pewno nie popełniliśmy jakiegoś błędu. Ale nie, to właściwie miejsce. Dżarasz okazuje się być perełką, o której mało kto wie, a robi olbrzymie wrażenie.  Hasające tam jaszczurki dopełniają naszego zadowolenia. Potem wracamy, znów przez Amman, ale teraz jakoś łatwiej i udaje się nam dostać do Wadi Mujib, gdzie czeka nas kanioning. Dżarasz (czyli Gereza) to bez wątpienia miejsce, które cieszy umysł, Wadi Mujib bardziej ciało. Zabawa jest przednia, wymagająca, czasami nawet za bardzo, bo gdzieś tam kartoteka medyczna zostawia swoje piętno, lub jak mawiał Indiana Jones „to nie lata, to przebieg”, ale wracamy do hotelu (oczywiście jeszcze Madaba nocą) i szybko padamy po męczącym dniu. Już nam się podoba i to bardzo. A to dopiero początek.

Dżarasz
Dżarasz
Wadi Mujib
Wadi Mujib

Dzień 3

Tym razem jedziemy na wschód. Docieramy do ronda, które ma rozwidlenia do przejść granicznych z Arabią Saudyjską, Irakiem i Syrią (akurat to było odległe). Ale to nie rondo było celem, a park narodowy Shawmari i oryksy arabskie. Oznaczenia niestety fatalne. Turystów brak. Jak się okazuje park jednak jest nieczynny, gdyż trwa renowacja. Rozczarowanie jest, ale co poradzić. Stron nie aktualizują, a że mało osób tu jeździ, to informacji praktycznie nie ma. Na szczęście jest plan B. Lądujemy zatem w innym, pobliskim rezerwacie – Azraq Wetland i to jest już ciekawostka spora, bo gdybyśmy nie wiedzieli, że to Jordania, pewnie byśmy nie uwierzyli. Jezioro, szuwary, ptaki, no i ślady bawołów wodnych, których jednak nie udało się wypatrzyć. Potem zostały jeszcze zamki pustynne, ale też bardziej na zasadzie są bo są. Jedne ciekawsze (w niektórych stacjonował T.E. Lawrence), inne mniej, wracamy do Madaby. Nie zawsze wszystko się udaje, ale grunt, że dalej się bawimy.

Azraq Wetland
Azraq Wetland
Umm Al-Rasas
Umm Al-Rasas

Dzień 4

Rankiem wyjazd, uzupełnienie zapasów i droga do Petry z przystankami. A tu istotne są trzy. Um El Ras, czyli kolejne mozaiki, z listy UNESCO i są po drodze, więc czemu nie? Potem zamek krzyżowców Karak, w porównaniu z pustynnymi jest ogromny, robi większe wrażenie, a przy tym jest starszy. No i kolejna perełka, na którą było zdecydowanie za mało czasu, czyli rezerwat Dana. Znów jest to miejsce, które gdybyśmy nie wiedzieli, że jest w Jordanii, raczej byśmy na to nie wpadli. Góry, drzewa, skały, w dodatku czysto, świeże powietrze, aż chciałby się tam przenocować (istnieje taka możliwość w obozie namiotowym, lecz czas trochę nas gonił). Ale trzeba jeszcze dotrzeć do Petry i tam się ulokować. Cóż jeśli kiedyś wrócimy do tego kraju, to Dana dostanie więcej niż przysłowiowe pięć minut.

Karak
Karak
Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Dzień 5

Kulminacja wyprawy, czyli Petra. Dla jednych to przereklamowane miejsce, dla innych wspaniałe. Chyba przeczytaliśmy więcej niepochlebnych opinii, więc spodziewaliśmy się czegoś gorszego. Rozczarowaliśmy się, ale obyśmy wszędzie mogli rozczarować się w ten sposób (pozytywnie). A Petra to cały dzień chodzenia, jak już się minie tę część turystyczną, to jest dużo lepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o samodzielne zwiedzanie. Po wszystkim jeszcze Petra nocą i kolejny udany dzień za nami. I choć to miejsce zwiedziliśmy dość dokładnie, to chciałoby się tu jeszcze kiedyś wrócić.

Monastyr w Petrze
Monastyr w Petrze

Dzień 6 i 7

Do Petry ściągnął nas Indiana Jones, do Wadi Rum właściwie „Marsjanin”. Choć to trochę uproszczenie, bo przecież kręcono tam też „Prometeusza”, no i byli producenci „Przebudzenia Mocy”. „Marsjanin” zaś wyszedł kilka tygodni przed podróżą, więc chyba nie zdążylibyśmy jej przemodelować na tyle, by trafić tu na dwa dni. Szczęśliwie zrobiliśmy to wcześniej. Dwa dni na pustyni pośród skał  z własnym kierowcą, samochodem i spaniem. Pustynia zaś nie byle jaka, miejscami czerwona niczym Mars, skalista i przepiękna. Spotykało się niewielkie grupki turystów, ale obszar Wadi Rum jest na tyle rozległy, że specjalnie to nie przeszkadza. Bardzo udana wycieczka. Z Petry jest tu blisko, ale potem musieliśmy wracać do Ammanu i oddać samochód, więc czekała nas jeszcze jazda autostradą, a potem taksówką.

Wadi Rum
Wadi Rum

Dzień 8, 9 i 10

Na Amman przeznaczyliśmy trochę za dużo dni. Ale i tak zrobiliśmy swoje kilometry. Pierwszy dzień to najstarsze zabytki: cytadela sięgająca jeszcze w czasy przedhelleńskie, rzymski amfiteatr, a także chodzenie po bazarach. Drugi dzień to jeszcze Muzeum Jordańskie, meczet i dalsze włóczenie się po mieście. Szczerze mówiąc z lepszym zaplanowaniem godzinowym i wspomaganiem się taksówkami dałoby się to wszystko zobaczyć w jeden dzień, a dodatkowy nocleg zrobić w Danie. Nie ma co gdybać. I tak byliśmy zadowoleni. Znów może szału nie ma, smog trochę przeszkadza (brud nie, bo to już stały element niektórych krajów), ale co zobaczyliśmy to nasze. Jeszcze załapaliśmy się na deszcz.

Ostatni dzień to wczesne wstawanie i na lotnisko.

Amman
Amman

Podsumowując, kolejny udany wyjazd. Udany, bo zobaczyliśmy to, co najbardziej chcieliśmy, nie rozczarowało nas. No i pozostał pewien niedosyt i to dokładnie taki jaki powinien, nie za duży i nie za mały. A czy jeszcze chcielibyśmy tam wrócić? Pewnie tak, ale szanse są raczej znikome, przynajmniej w najbliższej, określonej przyszłości. Za dużo innych ciekawych miejsc na świecie i za mało urlopu.

Amfiteatr Jordania
Amfiteatr w Ammanie, Jordania

Więcej informacji znajdziecie tutaj.

Szlak jordański
Podsumowanie
Share Button

Amman

Amman  (arab. عمان) – stolica Jordanii i bez wątpienia największe miasto tego kraju. W tej metropolii żyje ponad połowa całej ludności. No i jest to miasto z bardzo długą historią. Swego czasu było znane jako Filadelfia, jedno z miast Dekapolis, a także jako Rabbat Ammon czy Rabba.

Cytadela
Cytadela

Amman: starożytne zabytki

Dziś to jest duża i rozległa metropolia, choć nie oferuje aż tak wiele starych zabytków do zwiedzania, jak mogłaby. Najważniejsza bez wątpienia jest Cytadela, której fragmenty pochodzą jeszcze z czasów rzymskich. Potem pełniła też rolę siedziby tutejszych władców. Jesienią cytadela nie jest oblegana. Można tu wejść bez większych problemów. Poza ruinami, znajduje się tu też muzeum archeologiczne. Ma kilka interesujących eksponatów, ale nie rzuca na kolana. Z Cytadeli rozciąga się też widok na Amman.

Cytadela
Cytadela

Druga pozostałość to teatr rzymski. Wraz z nim można obejrzeć muzeum ludowe. Muzeum podobnie jak archeologiczne, jest wliczone w cenę, więc rzucić okiem można.

Z rzymskich zabytków ważne jest też nimfeum. Niestety podczas naszej wizyty było akurat remontowane.

Amfiteatr
Amfiteatr

Jordańskie odrodzenie

Jednak jeśli chodzi o muzea, to chyba najciekawsze jest Muzeum Jordańskie, które pokazuje historię i kulturę tych ziem od świtu człowieczeństwa do mniej więcej upadku Rzymu. To nowe, bardzo dobrze zrobione muzeum, warto poświęcić mu czas. Powstało w ramach przyjaźni jordańsko-japońskiej i faktycznie mocno się wyróżnia swoją nowoczesnością.

Meczet króla Abdullaha
Meczet króla Abdullaha

Jak to w państwie islamskim, w Ammanie znajduje się kilka istotnych meczetów. Największy to meczet króla Abd Allaha. Można go zwiedzać, mało tego, nawet kobiety mogą wejść do głównej sali, a nie osobnej strefy dla kobiet, pod warunkiem, że zostaną odpowiednio ubrane. Przed wejściem dostaje się rodzaj sukni z kapturem, który zakłada się na własną odzież. Przy meczecie działa też muzeum islamskie. Mniejsze meczety można zwiedzać, o ile są otwarte i nie ma tam jakiś modlitw. Oczywiście tam już kobietom wejść jest dużo trudniej i lepiej nie próbować, o ile nie wie się, które z wejść jest przeznaczone dla kobiet – a nie jest to opisane po angielsku. Mężczyźni mogą wejść na dziedziniec i zajrzeć do środka można za darmo.

Medyna
Medyna

Arabskie klimaty

Na uwagę z pewnością zasługuje centrum, które w kilku miejscach zmienia się dzień w dzień w jedną wielką medynę. To naprawdę robi duże wrażenie. Można się zanurzyć w jednym wielkim targowisku. Ono ma w sobie coś niezwykłego, chyba głównie dlatego, że żyje. Nie jest turystyczne, ale autentyczne i barwne. Z ciekawostek można tu zobaczyć jak się robi frytki na gorącym oleju, a następnie nakłada gołymi rękoma.

Medyna
Medyna

Główny ruch turystyczny, poza oczywiście Cytadelą i amfiteatrem rzymskim, koncentruje się na ulicy Rainbow. Tam jest trochę knajp i sklepów, które wyglądem są bardziej europejskie. W tamtej okolicy są też ulokowane najważniejsze hotele. My skorzystaliśmy z mniejszego, bardziej w centrum – Boutique Hotel. Cenowo przystępny, jakość może być, ale właściciel był bardzo pomocny w organizacji zwiedzania. Zwłaszcza jak ktoś nie ma własnych planów na to, co robić w Ammanie czy okolicach.

Meczet Abu Darweesh
Meczet Abu Darweesh

Filmowo Amman może się pochwalić kilkoma produkcjami, których akcja dzieje się na Bliskim Wschodzie. Są to więc „Wróg numer 1” i „The Hurt Locker. W pułapce wojny” oba Kathryn Bigelow (była żona Jamesa Camerona). Powstał tu też „Na gorąco” Briana De Palmy.

Amman w deszczu
Amman w deszczu
Szlak jordański
Amman
Share Button

Ceuta, czyli oko na Maroko (i nie tylko)

Zostawiamy Andaluzję, właściwie to zostawiamy też Europę i przenosimy się do Afryki, nadal pozostając w Hiszpanii. Miejsce, którym się zajmiemy to Ceuta, czyli hiszpański odpowiednik Gibraltaru. I to w bardzo dosłownym tego słowa znaczeniu. Gibraltar jest brytyjskim terytorium zamorskim, kawałkiem ziemi oderwanym od Hiszpanii, pełniącym istotną rolę warowną, zwłaszcza gdy żegluga między Morzem Śródziemnym a Oceanem Atlantyckim była tak ważna. Dokładnie po drugiej stronie cieśniny gibraltarskiej, już w Afryce znajduje się Ceuta. Mała eksklawa przy Maroku, pełniąca dokładnie tę samą rolę.

Przeprawa przez morze Śródziemne
Przeprawa przez morze Śródziemne

Ceuta czyli oko na Maroko

Chyba największą frajdą przejażdżki na Ceutę, o ile nie przeprawiamy się do Maroka, jest możliwość okrążenia Gibraltaru i zobaczenia go od strony morskiej. Wpierw należy przyjechać do Algeciras. W porcie zaś można znaleźć prom. Jeśli nie potrzebujemy przemieszczać się poza Ceutą, najlepiej zaparkować samochód gdzieś blisko portu. Oszczędzi się na kosztach przeprawy. Tylko trzeba uważać na oznaczenia miejsc do parkowania, lepiej sprawdzić to dwa razy.

Widok na Gibraltar
Widok na Gibraltar

Linii promowych jest tu kilka. Więc nie powinno być większych problemów z załapaniem się na prom. Kursują one nie tylko do Ceuty, ale też do Tangeru w Maroku.

Ceuta
Ceuta

Sama Ceuta to o tyle ciekawe miasto, że widać tu dość mocno dominację muzułmanów. To nadal jest Hiszpania, ale już trochę inna. Odległość niby nie jest duża, jednak jest to ciekawe przeżycie. Zwłaszcza, że nie jest to też państwo marokańskie. Są kościoły i widać tu nałożenie się dwóch kultur, jednak ma ono zupełnie inny charakter niż choćby w Kordobie czy Grenadzie. Jest zdecydowanie bardziej współczesne.

Słupy Heraklesa
Słupy Heraklesa

W Ceucie znajduje się też góra Monte Hacho, która wraz ze Skałą Gibraltarską stanowią legendarne Słupy Heraklesa. Według mitologii ustawione przez niego w ramach dziesiątej pracy.

Ceuta
Ceuta

Z miejsc wartych zobaczenia, to przede wszystkim fortyfikacja. Natomiast jeśli będziemy mieć szczęście do pogody, to ładnie stąd widać Gibraltar. Jak nie to widać go dobrze podczas przeprawy promem. W Morzu Śródziemnym (Cieśninie Gibraltarskiej) zaś można czasem dostrzec delfiny.

Szlak hiszpański
Ceuta
Share Button

Dżarasz

To chyba jedna z najmniej docenionych atrakcji Jordanii. Dżarasz (Jarash, Jerasz, Jerash, arab. جرش), albo inaczej biblijne miasto Gereza, to wspaniale zachowane ruiny, aż dziw, że tak mało znane i nie wpisane jeszcze na listę UNESCO. Natknąć się można na nie przypadkiem, zaś gdy się przyjedzie, to zwiedza się to bardzo dobrze ze względu na niewielkie zainteresowanie odwiedzających.

Dżarasz
Dżarasz

Dżarasz

Najkrócej Dżarasz można opisać chyba krótkim stwierdzeniem – Efez bez dużej ilości turystów. Znów jesienią praktycznie nie było tam zwiedzających. Owszem pojedyncze osoby, ale nie czuło się tłoku. Można było spokojnym tempem obejść całość. Jak zwykle przewodnicy sami proponowali swoje usługi, ale dało się ich łatwo zbyć. Nawet nic im nie dając. Odwiedzających nie było tu sporo, ale jednak się kręcili, więc lepiej nie tracić czasu na opornych.

Dżarasz

Jedyny minus to wejście. Ono jest bardzo turystyczne. Trzeba przejść przez masę sklepików. Na szczęście to Jordania, trochę inna niż Petra, więc da się bez problemu przejść. Naganiacze nie są tu uciążliwi, to kolejny plus.

Dżarasz
Dżarasz

Dżarasz jest bardzo dobrze zachowany. Słynie z owalnego forum z kolumnadą, a także ruin kilku świątyń. Znajdują się tu także dwa amfiteatry. No i to wspaniałe miejsce dla jaszczurek, tych wygrzewa się tu bardzo dużo. To jedno z tych miejsc, gdzie można spokojnie obcować z zabytkami rzymskimi. Jeśli chcemy przewodnika, można go wziąć. Ale nawet jeśli go nie weźmiemy to i tak znajdą się osoby, które czasem coś pokażą.

Antyczny teatr
Antyczny teatr

Dojazd

Problemem jest też dojazd do Dżaraszu, gdyż nie jest on specjalnie dobrze oznakowany, ale dzięki GPSowi dojeżdża się na miejsce, znajduje miejsce na dużym parkingu i spokojnie można zająć się zwiedzaniem. Ono nie zajmuje dużo czasu. Szybkim tempem można obejść całość w dwie godziny, wolniejszym w cztery.

Antyczny teatr
Antyczny teatr

Przybywając do Jordanii większość kieruje się ku ruinom Petry. Jarash, czy Wadi Rum to z pewnością miejsca o których warto pamiętać. Robią duże wrażenie, a zwłaszcza te ruiny są dużo mniej ludne.

Jaszczurka
Jaszczurka, dokładniej agama hardun (Stellagama stellio brachydactyla)
Szlak jordański
Dżarasz
Share Button

Dolmeny

O różnych wpływach kulturowych w Andaluzji już parę razy pisaliśmy. Tym razem będzie o czymś niezwykłym. Może nie rzucającym na kolana swoim wykonaniem, ale historią. Czyli o budowlach megalitycznych, pochodzący z około roku 2000 roku przed naszą erą.  Dolmeny, bo i taką nazwą się je określa, to nic innego jak prehistoryczne grobowce, które rzucają interesujące światło na epokę zarania ludzkiej cywilizacji.

Dolmeny - wejście
Dolmeny – wejście

Dolmeny Menga

Cueva de Menga (Dolmen de Menga) wraz z pobliskimi dolmenami nie jest oblegane przez turystów i zwiedzenie ich nie zajmie dużo czasu. W dodatku, gdy my tam byliśmy, bilety były darmowe. Trzeba było się tylko wpisać na listę w celach statystycznych.

Dolmeny
Dolmeny

Dolmeny znajdują się niedaleko Malagi, w miejscowości Antequera. Dojazd tam nie powinien być problemowy, przynajmniej samochodem, ale już niestety znalezienie muzeum i wejścia aż tak łatwe nie jest, głównie z powodu słabych oznaczeń. Są to bardzo niewielkie znaki, więc należy jechać wolno, by móc je dostrzec i doczytać.

Wnętrze megalitycznej budowli
Wnętrze megalitycznej budowli

Dolmeny są bardzo dobrze zachowane. Widać tu ślady bardzo prymitywnego osadnictwa. Jednak te budowle megalityczne są dużo mniejsze w porównaniu z tymi, które opisywaliśmy przy okazji Malty, więc zwiedzanie ich nie zajmie dużo czasu. Niektórym starczy kilka minut. Ale z drugiej strony, te bloki kamienne przetrwały 4 tysiące lat. Może warto poświęcić im trochę więcej czasu?

Dolmen ma dość charakterystyczną budowę. Zazwyczaj wkopuje się płaskie skały pionowo, a na nich kładzie inny w miarę płaski blok. Następnie przysypywano je ziemią. Były to dość popularne budowle w Europie w neolicie. Najczęściej pełniły rolę grobowców.

Dolmen
Dolmen

Dolmeny Menga wzniesiono gdzieś między 3750-3650 p.n.e. Choć są trochę niepozorne, dziś są jedną z największych, zachowanych budowli megalitycznych w Europie.

Miejsce to należy bez wątpienia traktować jako ciekawostkę, to doskonała przerwa na trasie po Andaluzji, zwłaszcza jak się przejeżdża dość blisko. W roku 2016 wpisano je na światową listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Szlak hiszpański
Dolmeny
Share Button

„Marsjanin” i Wadi Rum

O pustyni Wadi Rum (arab. وادي رم czasem też Wadi Ramm) po raz pierwszy przeczytaliśmy (a przynajmniej tak pamiętamy), gdy ekipa „Przebudzenia Mocy” szukała miejsc do kręcenia nowej planety pustynnej. Ostatecznie zrezygnowali z Jordanii. Wadi Rum jednak na trwale zapisało się w historii kina, co najmniej dzięki kilku obrazom. Ostatecznie kręcili tu także „Łotra 1” (formalnie na pustyni w Jordanii). Brakuje oficjalnego potwierdzenia, ale jednak to jest to miejsce. Tu słynna pustynia, gdzie kręcono wiele filmów, a ich lista rośnie.

Wadi Rum

Wadi Rum czyli nie tylko Mars

Pustynia ta ma dwa dominujące kolory: biały (piaskowy) i czerwony. Nie raz przejeżdża się z obszaru jednego piasku na drugi. Jest to bardzo piękne miejsce, któremu niewiele brakuje do tego, by udawać Marsa. I udawało co najmniej kilka razy. Oczywiście najnowsza, ale i chyba najgłośniejsza produkcja to „Marsjanin” Ridleya Scotta z Mattem Damonem w roli głównej. Tu nawet nie potrzeba filtrów kolorystycznych, by niektóre ujęcia wyglądały jak Mars.

Wadi Rum
Wadi Rum

Scott nie był pierwszy i pewnie nie jest ostatni, który tu kręcił czerwoną planetę. Powstały tu także „Misja na Marsa” (2000) Briana De Palmy i „Czerwona Planeta” (2000) Anthony’ego Hoffmana z Valem Kilmerem w roli głównej, a także „Ostatnie dni na Marsie” (2013).

Lokacja z Marsjanina
Lokacja z Marsjanina

Wadi Rum – inne filmy

Ale jako ciekawostkę warto dodać, że Scott był tam już przed „Marsjaninem”. Gdy kręcił „Prometeusza” (2012) również skorzystał z Wadi Rum. Wtedy jednak zarówno skały jak i kolory zmienił, by lepiej pasowały do jego wizji. Tak więc Wadi Rum jest też planetą LV-223. Warto wspomnieć też o „Transformes: Zemsta upadłych” Michaela Baya, ale to już trochę inne klimaty, tam jednak nie był to Mars, a Egipt.

Wciąż kręcone są tu kolejne filmy, jak IX „Gwiezdne Wojny” J.J. Abramsa czy „Aladyn” Guya Ritchie’go. Tym samym staje się to druga obok Erg Chebbi ulubiona pustynia filmowców.

Siedem Filarów Mądrości
Siedem Filarów Mądrości

Wadi Rum i Lawrence

Istotnym filmem, który tu kręcono jest też „Lawrence z Arabii” Davida Leana. T.E. Lawrence przebywał w Wadi Rum. W filmie pustynia ta gra zarówno samą siebie, jak i inne lokacje z misji Lawrence’a. Nawet jedno ze źródeł nazywa się jego imieniem, a grupę skał (uwidocznione na bilecie) nazwano na cześć jego książki „Siedem filarów mądrości”. Wspomnienie Lawrence’a jak i filmu o nim jest tu żywe. Nasz kierowca-przewodnik bardzo chętnie wspominał o Lawrencie, a o film dopytywał. Mało tego w kilku miejscach sam z siebie mówił, że tu kręcono taką a taką scenę. W kanionie, w którym Lawrence bawi się echem, również mieliśmy okazję to zaobserwować. No i oczywiście dowiedzieliśmy się, że ojciec naszego kierowcy pracował wśród osób obsługujących produkcję filmu.

Wadi Rum
Wadi Rum

Z „Marsjaninem” było inaczej. Przejechaliśmy do Wadi Rum jakieś 2-3 tygodnie po premierze. Prawdopodobnie byliśmy pierwszymi turystami, których interesowały miejsca z filmu Scotta. Niestety poza ogólną informacją, że kręcono to w Wadi Rum, niewiele wiedzieliśmy. Mieliśmy tylko wydrukowane zdjęcia i jak się okazało, to wystarczyło. Przewodnik spojrzał na nie i powiedział, że wie gdzie są. Nie był pewny ujęć z helikoptera. W nocy, gdy my spaliśmy na pustyni, wrócił do swojego domu i tam jeszcze zweryfikował informację z innymi przewodnikami. I faktycznie, potwierdził, że jakieś pół roku wcześniej tam gdzie myślał, kręcono jakiś amerykański film. Tu warto przypomnieć, że Jordania jest mocno zamknięta we własnym kręgu kulturowym. Oglądają filmy, ale z zagranicznych najczęściej są to produkcje Bollywoodu. Takie nazwiska jak Ridley Scott nie robią tu na nikim żadnego wrażenia.

Jaszczurka
Jaszczurka

Zwiedzanie Wadi Rum

Na samo zwiedzanie Wadi Rum wybraliśmy się z firmą organizującą przejażdżki. W teorii można samemu popróbować. Jednak to miejsce, gdzie łatwo stracić orientację. Tu jest dużo skał i kanionów, nie działają telefony, mieliśmy też problem z GPSem w komórce. Mapy okolic także nie są dostarczane. Więc zorganizowany wyjazd był nam na rękę. Zwłaszcza, że nie ma tu dużych grup (choć pewnie się zdarzają).  My wybraliśmy firmę, która robi wyjazdy indywidualne. Jeden samochód, przewodnik-kierowca i my. Nasz samochód zostawiliśmy  na parkingu w Visitor’s Center. Wcześniej podaliśmy osobie kontaktowej informacje, o której mniej więcej przyjedziemy, a także numer rejestracyjny samochodu. Kontakt czekał na nas przy wjeździe do Wadi Rum i wypatrywał samochodu, a następnie zawiózł nas do Visitor’s Center. Tam się przesiedliśmy na samochód terenowy.

Wadi Rum
Wadi Rum

Przebieg wycieczki

Wybraliśmy 2-dniową wycieczkę Wadi Rum Classic Tours. Ma ona jeszcze jedną istotną zaletę. Jest właściwie szyta na miarę. Można wprowadzić pewne modyfikacje, ale wszędzie mieliśmy tyle czasu, ile chcieliśmy. Jeśli chcieliśmy jechać przez pustynię, nie ma problemu. Jeśli chcieliśmy chodzić, samochód odjeżdżał i czekał na nas. Nocleg w namiocie beduińskim, zaś dodatkową atrakcją było gotowanie galayti – beduińskiej potrawy – przez kierowcę przewodnika na ogniu. Co prawda wcześniej pytali, czy chcemy wegetariańskie jedzenie, więc w pierwszy dzień był … tuńczyk (ale tam był zwykły lunch). Przy gotowaniu było już tak jak powinno, żadnego mięsa.

Obiad na pustyni
Obiad na pustyni

Swoją drogą herbata również była gotowana na ogniu, ale słodzona. Raz nas zapytano, czy chcemy zwykłą. Potem już słodzili unikając kłopotliwego pytania (bo przecież nie da się pić gorzkiej herbaty). Kierowca na tyle zna ten teren, że może na pustynię jechać sam. Nie wjeżdża w takie wydmy, na których mógłby się zakopać. Zresztą mieliśmy też przerwy techniczne, by przed jakimś fragmentem dopompować lub spuścić powietrze w kołach.

Wadi Rum
Wadi Rum

Przyroda Wadi Rum i nie tylko

Wśród innych opcji istnieje też możliwość podróżowania na wielbłądach lub konno po Wadi Rum. Zresztą jest tam wiele atrakcji, związanych także ze wspinaczką, więc każdy znajdzie tam coś dla siebie.

Wadi Rum
Wadi Rum

Wadi Rum to miejsce, które naprawdę warto zwiedzić. Ma wspaniałe formacje skalne, na które można wchodzić (jako urozmaicenie wycieczki lub wyspecjalizowana wyprawa na skały), przepiękne widoki i niesamowicie czerwony piasek. Nawet bez filmów tu kręconych jest to cudowna przyrodnicza atrakcja, a turystów nie ma aż tak wielu. No i znajduje się na liście UNESCO od 2011.  Także ze względu na malunki naskalne, petroglify i pozostałości antycznych świątyń. Podobno można tu też spotkać fenki i gazele, ale my widzieliśmy tylko ptaki i jaszczurki.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Wadi Rum
Wadi Rum
Szlak jordański
Wadi Rum
Szlak filmowy
Wadi Rum
Share Button

Nerja

Costa Del Sol, czyli hiszpańskie słoneczne wybrzeże to miejsce, które z pewnością przyciągnie wielu plażowiczów. Znajduje się tu kilka kąpielisk i ośrodków turystycznych, jak choćby Malaga, ale też Nerja. Nas do Nerji przyciągnęło coś innego. Jaskinie Cueva de Nerja rozciągajce się w górach Sierra de Almijara.

Costa Del Sol w okolicy Nerji
Costa Del Sol w okolicy Nerji

Cueva de Nerja – jaskinie i prehistoria

Cały kompleks jaskiń jest dość spory, ale niestety nie zawsze jest możliwość zwiedzania go w całości. Jest podzielony na części i w zależności od wilgotności, pogody i innych parametrów są one udostępniane turystom do zwiedzania. Jaskinie są spore i w dodatku oświetlone. Zwłaszcza w pierwszej części nie ma żadnego przeciskania. Można tu oglądać bardzo ciekawe nacieki – stalaktyty i stalagmity, ale jeszcze ciekawsza jest historia. Pomijając fakt, że to piękno natury, to także jedna z najstarszych siedzib ludzkich. Pierwotne osadnictwo sięga tu 25 tysięcy lat przed naszą erą. Stałe jest o cztery tysiące lat młodsze.

Jaskinie Nerja
Jaskinie Nerja

Po tych ludziach niewiele tu zostało. Ale wchodząc do jaskiń przechodzi się przez małe muzeum, więc jest szansa zgłębić temat. Niby głębiej są malowidła naścienne, ale ta część przynajmniej podczas naszej wizyty, była zamknięta dla zwiedzających.

Odkrycie jaskiń

Podobnie jak w przypadku niektórych innych odkryć archeologicznych (np. Armia Terakotowa), wnętrze jaskini zostało odkryte przypadkiem. 12 stycznia 1959 grupa chłopców zagłębiła się tu by szukać nietoperzy, znaleźli coś niesamowitego, z czego nie zdawali sobie sprawy.

Jaskinie Nerja
Jaskinie Nerja

Dojazd, parking i zwiedzanie

Do jaskiń, podobnie jak do Nerji, najlepiej dotrzeć samochodem. Dojazd jest dość dobrze oznaczony. Parking też jest wystarczający. Dla osób niezmotoryzowanych, zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem będzie tu transfer z lotniska w Maladze. Można go załatwić na oficjalnej stronie. Tam też są aktualne godziny otwarcia.

Jaskinie Nerja
Jaskinie Nerja

Plaże

Jaskinie nie zabiorą dużo czasu. Niemniej jednak to kolejne z miejsc, w którym warto się zatrzymać. Tak by obejrzeć cud przyrody, ale też zobaczyć, gdzie kształtowała się wczesna ludzka cywilizacja. No a jak ktoś ma więcej czasu, to z pewnością plaże w okolicy są otwarte.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak hiszpański
Nerja
Share Button

Podróżowanie po Malcie, nie tylko filmowe

Malta bez wątpienia jest swoistym zagłębiem filmowym. Dwa najbardziej znane obrazy związane z Maltą to oczywiście „Sokół maltański” (The Maltese Falcon) Johna Hustona z 1941 oraz „Popeye” (1980 r.) Roberta Altmana z Robinem Williamsem w roli głównej . Pierwszy film w ogóle nie był kręcony na Malcie i tak prawdę mówiąc nie jest z nią w żaden sposób związany, z wyjątkiem McGuffina, którym jest sokół maltański. To nie ptak, a złota statuetka. To posążek, jaki joannici ofiarowywali wicekrólowi Sycylii jako coroczną daninę w zamian za przekazanie im wyspy. W teorii dziś już z Maltą ma to niewiele wspólnego. Jednak warto zauważyć, że Maltańczycy się tym nie przejmują. Można tu znaleźć nawet centrum sokolnictwa, gdzie jest szansa zobaczyć sokoły z Malty. Sam film z Humphreyem Bogartem należy do klasyki czarnego kryminału. Bazuje na powieści Dashiella Hammetta i co ciekawe, był ekranizowany nie raz. Pierwsza wersja pochodzi z 1931, a ostatnia z 1981. Żadna jednak nie zdobyła takiej sławy jak ten z Bogartem.

Trzy miasta
Trzy miasta

Wioska Popeye’a i inne atrakcje

Akcja „Popeye’a” nie dzieje się na Malcie, ale tu nakręcono ten film. Mało tego, zbudowano całą wioskę Popeye’a, która ostała się do dziś. Jest to obecnie atrakcja turystyczna, płatna i zdecydowanie bardziej nastawiona na dzieci, niż fanów filmu. Jest to jedno z wielu takich miejsc na wyspie, czyli kolejna atrakcja.

Trzy miasta
Trzy miasta

Niektóre miejsca, jak Czerwona Twierdza mogą kojarzyć się z filmami, ale ta nazwa to koincydencja.

Czerwona Twierdza
Czerwona Twierdza

 Na Malcie powstały też wspomniana już „Troja” (Troy) Wolfganga Petersena, ale również część scen do „Gladiatora” Ridleya Scotta, czy „Wyspy piratów” (Cutthroat Island) z Geeną Davis z 1995. Maltański Instytut Filmowy chwali się listą ponad 150 obrazów. O niektórych wspominaliśmy przy okazji innych wpisów. Mało tego, podobnie jak to miało miejsce z „Grą o tron”, można też znaleźć całodniowe wycieczki szlakiem filmowym po Malcie. W takim przypadku najczęściej organizatorzy są w stanie odebrać nas z hotelu, a potem przywieźć z powrotem. My się jednak na to nie zdecydowaliśmy, spróbowaliśmy swoich własnych sił.

Zatoka św. Pawła
Zatoka św. Pawła

Mosta

Malta to nie tylko filmy i turystyka. To także szlak pielgrzymek religijnych. Święty Paweł spędził tu trzy miesiące. Jego kult nadal jest istotny w tym kraju. Zresztą skoro wyspa należała kiedyś do zakonu joannitów, to do dziś pozostała mocno katolicka. Mówi się, że jest tu kościołów tyle, że codziennie w którymś odbywa się odpust, co nie jest dalekie od prawdy. Wg Wikipedii jest tu 359 kościołów. Są to często bardzo ładne świątynie, bogate, zadbane. W wielu toczy się życie lokalnej społeczności. Ludzie są dumni ze swojej parafii i zwłaszcza w mniej uczęszczanych miejscach, cieszą się, gdy ktoś ją zwiedza. Choć nie zawsze wszystko jest otwarte i nastawione na zwiedzanie. Z kościołów poza Vallettą, warto zatrzymać się w Moście ze względu na wspaniałą kopułę, jedną z największych w Europie. Zresztą przy dobrej widoczności Mosta jest widoczna przy lądowaniu czy startowaniu samolotu.

Mosta
Mosta

Poza kościołami kult Świętego Pawła jest związany z zatoką świętego Pawła. Dziś jest tam więcej turystów, ale pątnicy również tam przybywają. Spacerują nadbrzeżem. Bez wątpienia jest to jedna z lżejszych pielgrzymek.

Mosta
Mosta

Sliema i St. Julians

Malta jest rajem dla turystów, ma mnóstwo atrakcji różnego rodzaju. Przyrodniczych, historycznych, ale też takich, które mają sprawić ludziom frajdę. Choćby możliwość pływania w basenie z delfinami, czy mnogość klubów, głównie w Sliemie i St. Julians. Jednak obowiązuje tu jedna niepisana zasada, której Maltańczycy się mocno trzymają. Nie wszystko na raz, zwiedzać trzeba wolniej, tak by zawsze było coś jeszcze do zobaczenia. Może następnego dnia, a może przy następnej wizycie. Bez wątpienia, nie lubią tu intensywnego zwiedzania. Zresztą nawet podróżując po wyspie, znajdziemy wiele miejsc, w których warto się zatrzymać tylko po to, by podziwiać widoki. Może nie wszędzie się da i nie zawsze jest to bezpieczne, acz w trasie robiliśmy wiele postojów. Maltańczycy chyba są do tego przyzwyczajeni i traktują turystów ulgowo.

Nocne życie - Sliema
Nocne życie – Sliema
Szlak maltański
Podróżowanie po Malcie
Share Button

Al-Karak

Jedną z atrakcji Jordanii są zamki pustynne. Ale to nie jedyne zamki, które warto zobaczyć. Karak, Kerak albo Al-Karak (arab. الكرك), choć oczywiście oznaczenia na trasie są bardzo różne, to pozostałość po krzyżowcach, którzy bronili się tu przed Saladynem. Zresztą to on go zdobył. To dobre miejsce na krótką przerwę w drodze do Petry, także dlatego, że można tu zobaczyć zupełnie inną Jordanię. Bardziej europejską. Zamek ten jest bardzo podobny do tego, co się ostało u nas. Nic dziwnego, budowano go według tej samej szkoły. Jednocześnie, gdy porówna się go z budowlami rzymskimi czy nabatejskimi, dobrze obrazuje pewien regres cywilizacyjny, który tu nastąpił. I co tu dużo mówić, średniowieczny zamek krzyżowców to jeszcze budowla zaawansowana. Gdy porównamy go z niektórymi dużo późniejszymi, pustynnymi zamkami arabskimi, on wciąż sprawia wrażenie nie tylko potężniejszego, ale i stworzonego dzięki użyciu nowocześniejszej techniki.

Al-Karak
Al-Karak

Al-Karak zamek krzyżowców

Sama lokalizacja Karaku sprawia, że jest to miejsce bardzo ładne. Tak jak się patrzy na nie z dołu, jak i gdy z spogląda się z murów na rozległą panoramę.

Al-Karak
Al-Karak

W zamku formalnie nie ma przewodników, ale przynajmniej w okresie, w którym my tu byliśmy, nie ma też dużego zainteresowania turystów. Efekt jest taki, że przewodnicy chwytają się każdej okazji, dość natrętnie, niekoniecznie dają się łatwo przepędzić. Więc może warto dać takiemu JODa na odczepne.

Al-Karak
Al-Karak

Dojazd do zamku jest dość specyficzny, gdyż trzeba przejechać przez centrum jordańskiego miasta. Jak zwykle trzeba mieć  oczy otwarte i naokoło głowy. To chyba był jeden z trudniejszych kawałków do przejechania, ze względu na duży ruch, wąskie drogi, pieszych i zaparkowane auta. Za to jak wszędzie, tak przy zamku nawet gdy brakuje miejsc, można zaparkować gdzieś z boku.

Al-Karak
Al-Karak

Istnieją hipotezy, że jeszcze przed Krzyżowcami znajdowała się tu inna twierdza. Badacze Pisma Świętego sugerują, iż to tu wznosiła się stolica Moabitów – Kir-Chareszet / Kir-Moab / Kir-Chares / Kir-Cheres (w różnych księgach). Potem w czasach rzymskich i bizantyjskich istniało tu miasto Characmoba.

Szlak jordański
Al-Karak
Share Button

Sewilla na filmowo

Do Sewilli (hiszp. Sevilla) sprowadziły nas „Gwiezdne Wojny”, a dokładniej „Atak klonów”. George Lucas nakręcił tu jedną scenę do II Epizodu. W tym celu ekipa filmowa pojawiła się na Placu Hiszpańskim (Plaza de Espania), który przez jeden dzień udawał kosmoport stolicy Naboo, czyli miasta Theed. Pojawili się tu Natalie Portman, Hayden Christensen i Kenny Baker jako R2-D2. Zdjęcia trwały dokładnie jeden dzień (13 września 2000). Więcej o wyprawie gwiezdno-wojennej do Sewilli przeczytacie tutaj.

Plaza de Espagnia
Plaza de Espania

Sewilla Davida Leana i „Gwiezdne Wojny”

Jednak, gdy spojrzymy filmowo na Sewillę, to jest ona zdecydowanie ciekawsza, zaczynając od Placu Hiszpańskiego. O tym, że Lucas ceni twórczość Davida Leana, już wspominaliśmy. Tym razem Lucas dokonał prawdziwego cytatu filmowego. Lean kręcąc „Lawrecne’a z Arabii” w kilku scenach używał Placu Hiszpańskiego wraz z wszystkimi zabudowaniami. Sewilla udawała tu egipski Kair (ale nie tylko, także między innymi Damaszek). W kilku scenach obserwujemy jak bohaterowie przechadzają się pod charakterystyczną kolumnadą. Dokładnie to samo ujęcie widzimy potem w „Ataku klonów”. Patrząc ile jest tu tropów filmowych, trudno zakładać przypadek.

Plaza de Espania
Plaza de Espania

„Lawrence z Arabii” z Peterem O’Toolem w roli głównej, któremu partnerują choćby Alec Guinness, Omar Sharif czy Anthony Quinn to nagrodzony 7 Oskarami film ukazujący losy T.E. Lawrence’a, człowieka, który zjednoczył plemiona arabskie. Dla nas to klasyka, ale w Jordanii ten film wciąż jest żywy, o czym pisaliśmy i napiszemy jeszcze przy niejednej okazji.

Plaza de Espania
Plaza de Espania

Swoją drogą inny twórca filmowy, czyli Sasha Baron Coen, znany głównie jako Borat, także kręcił tu kilka zdjęć do swojego „Dyktatora” (2012).

Katedra z minaretem
Katedra z minaretem

Sewilla – serialowo czyli GOT

„Lawrence z Arabii” to oczywiście wielki film, do którego zdjęcia powstawały w wielu miejscach miasta, choćby w innym słynnym zabytku, czyli Domu Piłata. Także uliczki udawały czasem Bliski Wschód. W Sewilli, podobnie jak w wielu innych miejscach Andaluzji, wpływy chrześcijaństwa i islamu nakładają się, tworząc naprawdę przecudowną mozaikę. Bez wątpienia takim miejscem wartym szczególnej uwagi jest katedra Najświętszej Marii Panny. Jest to wspaniały gotycki kościół, ale ma też minaret. Tak zwana Giralda początkowo faktycznie była minaretem, potem przemianowano ją na dzwonnicę – funkcja tak naprawdę została ta sama. Wchodząc na nią można się rozejrzeć po mieście. Zatem mamy tu podobną sytuację do tego, co można było zobaczyć w Kordobie, ale połączenie dało  inne efekty.

Kompleks pałacowy
Kompleks pałacowy

Jeszcze innym miejscem nakładania się kultur, choć niekoniecznie już tak dobrze widocznym jak to miało miejsce w Grenadzie, jest tutejszy zamek, choć bardziej to kompleks pałacowy ze wspaniałymi ogrodami. Znów miejsce przepiękne, a co jeszcze ważniejsze, ponownie bardzo filmowe. Albo raczej serialowe. To właśnie tu kręcono sceny z „Gry o tron”, które rozgrywały się w Dorne w posiadłościach rodu Martellów, czyli Wodne Ogrody nieopodal Słonecznej Włóczni. Główne zdjęcia nakręcono 16 października 2014.

Kompleks pałacowy (Sewilla)
Kompleks pałacowy (Sewilla)

Na lokalnej arenie walk byków także miały mieć miejsca zdjęcia do „Gry o tron”, ale ostatecznie zrezygnowano. Wybrano Osunę. Warto też zauważyć, że zarówno katedra jak i alkazar są wpisane na listę UNESCO.

Do Sewilli można dojechać pociągiem zarówno z okolicznych hiszpańskich miast (jak Malaga), jak i portugalskich. Gdy podróżujemy po Hiszpanii samochodem, to tu, podobnie jak w innych miastach, bez problemu znajdziemy podziemne parkingi praktycznie w samym centrum. Resztę można spokojnie obejrzeć spacerem.

Arena byków
Arena byków
Szlak hiszpański
Sewilla
Szlak filmowy
Sewilla
Share Button

U styku filmu i podróży