Apia

Już przylatując na Samoa można poczuć się wyjątkowo. Nie zawsze, ale bardzo często na lotnisku czekając na odprawę czas jest umilany śpiewem lokalnego zespołu. Witamy na Polinezji. Samoa i jej stolica Apia. Choć technicznie rzecz biorąc międzynarodowe lotnisko jest za Apią, w miejscowości Faleolo, ale to tylko drobny szczegół.

Port i nadbrzeże (Apia)
Port i nadbrzeże (Apia)

Apia – transport

Dojazd do stolicy jest zorganizowany dwojako. Albo taksówki albo shared taxi/shuttle bus. Ta druga opcja jest tańsza, a co ważniejsze, i tak podwozi nas bezpośrednio pod hotel. Zresztą część hoteli wykorzystuje je właśnie jako transfer. W drodze powrotnej można je zamówić czy to z hotelu czy z biura informacji turystycznej.

Wieża zegarowa
Wieża zegarowa

Samoa to wyspiarskie państwo leżące na Oceanie Spokojnym, niecałe 5 godzin lotu z Auckland, Nowej Zelandii, obejmujące zachodnie wyspy, z których dwie najważniejsze to Upolu i Savai’i (w odróżnieniu od należących do USA wysp wschodnich: Samoa Amerykańskiego). Kraj ten zwany czasem jest też Samoa Zachodnim, to nazwa dziś już historyczna.

Apia
Apia

Historia Samoa

Ten raj upaństwowiony przechodził z rąk od rąk. Gdzieś w 1000 r p.n.e. Samoa zostało zasiedlone przez ludność polinezyjską pochodzącą z wysp Tonga. Dla Europejczyków wyspy zostały odkryte przez pewnego Hiszpana w 1606 roku, ale zaraz o nich zapomniano. Ponownego odkrycia dokonano w 1722 roku, a w 1768 roku francuska ekspedycja dowodzona przez Bouganville’a dokładniej zbadała wyspy i nadała im nazwę Wyspy Żeglarskie. Pierwsza połowa XIX wieku to początek napływu kolonizatorów z Europy i Stanów Zjednoczonych.

Widok na szczyt wulkanu
Widok na szczyt wulkanu

W 1889 roku cały archipelag podzielono na część zachodnią – dzisiejsze Samoa, i wschodnią – Samoa Amerykańskie. Zachodnie wyspy dostały się Niemcom – roszczenia do nich odpuściła Wielka Brytania w zamian za inne pacyficzne nabytki (Tonga, Niue, Wyspy Salomona).
Niemcy po przegranej w I wojnie światowej musieli oddać Samoa Wielkiej Brytanii, zaś Brytyjczycy oddali te terytoria Nowej Zelandii, która przecież i tak była częścią Korony, a była bliżej.

Jeden z wielu kościołów
Jeden z wielu kościołów

W 1961 roku odbyło się referendum nadzorowane przez ONZ, w którym lokalna ludność opowiedziała się za niepodległością kraju. W 1997 roku zmieniono nazwę z Samo Zachodnie na Niezależne Państwo Samoa. To także okres, w którym kraj ten stara się wybić na samodzielność, wspierać własną kulturę, język, odcinając się od kolonialnej przeszłości. Jedyne, co się udało zrobić, to ustanowić z Samoa raj podatkowy i pralnię brudnych pieniędzy. Do dziś kraj ten znajduje się na wielu listach sankcyjnych.

Centrum informacji turystycznej
Centrum informacji turystycznej

Po szumnym odzyskaniu niepodległości i szukaniu własnej drogi, w 2009 roku Samoa zmieniła ruch na lewostronny, by można było taniej sprowadzać samochody z Nowej Zelandii, Australii i Japonii, a nie aż ze Stanów Zjednoczonych; w 2011 roku zmieniono także strefę czasową na australijską, by ułatwić kontakty handlowe. To dość głośny przypadek, bo związane z nim było usunięcie w jednym roku jednego dnia z kalendarza.

Zachód słońca nad miastem
Zachód słońca nad miastem

Apia – stolica Samoa

Stolicą Samoa jest miasto Apia, największe w całym kraju i bodaj jedyne, które można nazwać miastem. Liczy niecałe 37 tyś. mieszkańców (stan na 2011 rok). Główna ulica miasta biegnie nabrzeżem, najważniejszym i najbardziej tłocznym miejscem jest port. Apia jest także ważnym celem wycieczek z Nowej Zelandii i Australii w sezonie zimowym i prawdę mówiąc, wyobrażaliśmy sobie Apię bardziej jako kurort. Zwłaszcza jak się poczytało o imprezach w Sheratonie i tak dalej. Samoa bardzo nas zaskoczyło. Znaleźliśmy ledwie kilka knajpek na krzyż i jedno centrum informacji turystycznej. Życie turystów ogranicza się głównie do ośrodków wczasowych zlokalizowanych w Apii i najbliższych okolicach.
Warto wspomnieć, że Samoa ma aż dwa własne banki, linię lotniczą, a w stolicy wieżę zegarową. To wszystko sprawia, że zwiedzanie Apii to wycieczka do innego świata, spokojnego, inaczej zorganizowanego i choć z polskiej perspektywy może niezbyt rozwiniętego, to jednak na swój sposób pociągającego i pięknego.

Jedna z wielu palm
Jedna z wielu palm

Można tu zobaczyć stare autobusy, targ owocowo-warzywny, targ rybny z owocami morza czy ryby sprzedawane na przydrożnym straganie. Czasem ryby wystawia się tak, żeby wisiały ich całe pęczki na sznurze zwieszonym z wbitego w ziemię słupa. Nieustannie je wachlowano, by odganiać muchy. To też fascynujący widok.

Katedra
Katedra

Katedra Niepokalanego Poczęcia

Na Samoa można zauważyć wiele kościołów. Podziw budzi katolicka katedra Niepokalanego Poczęcia. Przestronna, wyróżniająca się na tle innych budynków, tuż przy nadbrzeżu. Na szczególną uwagę zaś zasługują zdobienia wewnątrz, przedstawiające na przykład Jezusa i Apostołów na plaży pośród palm Ot taki współczesny synkretyzm kulturowy.

Katedra
Katedra

Chrześcijaństwo wyznaje 97% obywateli, z czego więcej jest protestantów, potem katolików.
Na pierwszy rzut oka mogą razić duże, odstawione budowle kościelne pośród nędznych, nietrwałych domostw, ale podobnie jak w Tanzanii, tak i tutaj: kościół buduje wspólnota, i ten kościół ma trwać, stanowiąc ośrodek lokalnej wiary. Ale to także prawdziwe ośrodki kulturalne i edukacyjne, a czasem też medyczne. Sprawują się lepiej, niż to co oferuje państwo. No i podobnie jak w Afryce, da się tu zauważyć taki wyścig ewangelizacyjny między poszczególnymi wyznaniami i wspólnotami. Owocuje to szpitalami, szkołami i innymi istotnymi budynkami, a na tym zyskują ludzie. Zresztą Samoańczycy raczej chcą się uczyć, doskonale rozumieją, że to ich szansa. Właśnie dlatego młodzi na nowo uczą się angielskiego, trochę odrzuconego przez poprzednie pokolenie.

Pokazy tańców i ognia

Sheraton - jedno z miejsc najsłynniejszych pokazów tańców
Sheraton – jedno z miejsc najsłynniejszych pokazów tańców

Apia to dobre miejsce na kontakt z lokalną kulturą. Najbardziej widowiskowe są  wieczorne pokazy tańca z ogniami. W dzień można za darmo zobaczyć lokalny „skansen” (choć to zbyt mocne słowo) przy centrum turystycznym. Tam też jest lista hoteli (w tym  Sheraton, o którym czytaliśmy), gdzie organizuje się wieczorne pokazy. Imprezy te odbywają się właściwie co wieczór przy różnych hotelach i restauracjach (nie ma tego aż tak wiele, ale warto się tym zainteresować). Można zarezerwować opcję połączoną z tradycyjną kolacją podawaną na naczyniach uplecionych z liści lub opcję samego pokazu.

Miejsce, w którym był „nasz” pokaz, to był klub trenujący młodych ludzi w tradycyjnym tańcu i pokazach ognia. Nie tylko jest to atrakcja dla turystów, a dla młodych Samoan sposób na zarobek, ale także pielęgnuje się tutaj własną kulturę, a jednocześnie daje dzieciom i młodzieży cel. Same tańce polinezyjskie są ciekawe, a te z ogniem to naprawdę coś wspaniałego. Zachowane jest w nich dziedzictwo tego ludu. Na wyspach wulkanicznych ogień mogący zniszczyć domostwa i uprawy to niebywała tragedia, dlatego musieli umieć go jakoś okiełznać. W część tańców faktycznie wpisane są umiejętności gaszenia pożarów. To wygląda bardzo ciekawie.

Pokazy tańców i ognia
Pokazy tańców i ognia

Te pokazy mogą, ale nie muszą być połączone z obiadem, czy raczej obiadokolacją. To jedna z nielicznych możliwości spróbowania lokalnych potraw, gdyż normalnie nie są one dostępne w knajpach. Podaje się je w sposób tradycyjny, w koszach splecionych z liści. Niestety dla nas, nie dało się zamówić opcji wegetariańskiej.

Widok na wulkan
Widok na wulkan

W okolicy można też natknąć się na model tradycyjnej dłubanki-katamaranu – kanoe. Jeden widzieliśmy choćby w naszym hotelu. Czasem patrząc na ocean widać jak w nich pływają. Dłubanka to główny kadłub, a mniejszy dla przeciwwagi jest po to, by łatwiej było im utrzymać równowagę.

Targowisko
Targowisko

W Apii do zobaczenia są także dwa ważne muzea. Pierwsze to Muzeum Samoa, które można zwiedzić za darmo i właściwie należałoby na tym skończyć. Jest tam kilka tabliczek z informacjami i tyle. Niewielka liczba eksponatów, duchota i brak pomysłu na siebie. Dużą część historii streściliśmy powyżej.

Dom Roberta Stevensona

Brama do domu/muzeum Stevensona
Brama do domu/muzeum Stevensona

Drugie to dom Roberta Louisa Stevensona, znany jako Villa Vailimia, ostatnie miejsce zamieszkania i spoczynku pisarza. Twórca o tyle znaczący, że założył podwaliny pod piracką opowieść, głównie za sprawą „Wyspy skarbów” z 1883 roku. W tej książce można odnaleźć wiele motywów, które później zostały powielone w kulturze masowej, często bezwiednie, choćby w „Piratach z Karaibów”. „Jo ho, jo ho i butelka rumu!”, to nie tyle tradycja piracka, co właśnie literacka. Autor stworzył też historie „Doktora Jackylla i Mr Hyde’a”.

Dom Roberta Stevensona
Dom Roberta Stevensona

R.L. Stevenson urodził się 13. listopada 1850 roku w Edynburgu, Szkocji i od dzieciństwa miał słabe zdrowie, zwłaszcza płuca. Podróżował za zdrowiem do uzdrowisk we Francji i Belgii, już wtedy zaraził się pasją do wojaży i zapisywania swoich obserwacji. W podparyskiej wiosce Stevenson poznał swoją przyszłą żonę Fanny Vandergrift Osbourne, z którą wziął ślub w jej rodzinnej Kalifornii w 1879 roku. Ich podróż poślubna była dość oryginalna – spędzili trzy tygodnie w opuszczonej kopalni srebra. W 1888 roku Stevenson wraz z rodziną (miał trójkę dzieci z poprzedniego małżeństwa) wypożyczył jacht i wybrał się w rejs po Pacyfiku. Odwiedził między innymi Hawaje, Nową Zelandię i Samoa. W 1890 roku nabył 400 akrów ziemi w wiosce Vailima, 10 km od Apii w kierunku środka wyspy.

Wnętrza domu Stevensona
Wnętrza domu Stevensona

I tak w 1890 roku Stevenson osiadł na stałe z rodziną na Samoa. Przybrał miejscowe imię Tusitala, co oznacza „Opowiadający historie”. Wkrótce stał się poważany pośród miejscowej ludności, która nawet przychodziła tutaj uzyskać poradę, utrzymywał kontakty z przywódcami kolonialnymi, wdał się także nieco w miejscową politykę, przekonując że rządy Europejczyków są raczej nieudolne. Stevenson zmarł 3. grudnia 1894 roku w wieku zaledwie 44 lat na udar mózgu. Długotrwałe przyjmowanie opium i laudanum jako lekarstwa niestety mu nie posłużyło.

Roślinność
Roślinność

Pamięć o Stevensonie

Mieszkańcy Samoa rzeczywiście pokochali Roberta Stevensona. Gdy zmarł, wojownicy pilnowali jego ciała. Zgodnie ze swoim życzeniem, został pochowany na szczycie Mt. Vaea (427 m n.p.m). Na nagrobku widnieje tekst jego „Requiem”:

Under the wide and starry sky
Dig the grave and let me lie.
Glad did I live and gladly die,
And I laid me down with a will.
This be the verse you grave for me;
Here he lies where he longed to be,
Home is the sailor, home from sea,
And the hunter home from the hill.

Bogatsze domy, daleko od wybrzeża
Bogatsze domy, daleko od wybrzeża

Sam dom przechodził z rąk do rąk po tym, gdy rodzina Stevensona powróciła do USA: mieścił się tam zarząd kolonialny brytyjski, później niemiecki, na końcu nowozelandzki. Po uzyskaniu przez Samoa niepodległości w 1962 roku, willa popadała w ruinę. Mimo szacunku do Tusitali, kojarzył się z czasami słusznie minionymi, z kolonializmem i obcymi rządami. Dopiero amerykański inwestor zdecydował się wyłożyć pieniądze na renowację i utrzymanie tego obiektu. Ponieważ meble zostały zabrane do Szkocji po śmierci pisarza, a wiele z wykończeń po prostu niszczało, większa część wnętrza jest odtworzona. Są tutaj także zgromadzone przedmioty z epoki Stevensona w przypadku, gdy nie dało się odtworzyć oryginału.

Przydrożna sprzedaż ryb
Przydrożna sprzedaż ryb

Dom jak i okolice są bardzo ciekawe. Pozwalają zobaczyć ducha kolonialnego Samoa. Próżno go szukać w innych miejscach. Willę zwiedza się z przewodnikiem i trwa to około pół godziny. Na grób można wspiąć się samemu, szacowany czas dojścia to 1-1,5 godziny.

Centrum Apii
Centrum Apii

Filmowo i nie tylko

Zaś już gdy się spaceruje po mieście, to co jeszcze rzuca się w oczy, to fale tsunami. Nie mieliśmy z nimi do czynienia, ale cała Apia (i nie tylko) jest dokładnie oznaczona, gdzie należy uciekać w razie problemu z żywiołem. Tsunami nawiedza te wyspy raz na jakiś czas, większe są potem długo pamiętane. To także powoduje specyficzny układ Apii. Blisko oceanu są raczej zwykłe, biedniejsze domki. Te bogatsze znajdują się w oddali na wzniesieniu. Pewnie dlatego willa Stevensona jest tak daleko od centrum.

Warto wspomnieć o filmie „Powrót do raju” z 1953 roku z Garym Cooperem w roli głównej. To bodaj najsłynniejsza zachodnia produkcja, którą tutaj kręcono.

Jeszcze jeden kościół
Jeszcze jeden kościół

Stolica Samoa jest fascynująca, unikalna i przepiękna. Tak przyrodniczo, jak i kulturowo. Przede wszystkim jest bardzo naturalna, a ludzie żyją tu swoim własnym rytmem. Owszem jest kilka hoteli, w których można dobrze spędzić czas czy to przy basenie czy na plaży, ale chyba nie warto. Zdecydowanie lepiej chłonąć ten unikalny klimat. Na nas zrobił olbrzymie wrażenie.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak samoański
Apia
Share Button

Krobielowice, pałac marszałka Bluchera

W ramach małego uzupełnienia wpisu o Waterloo, warto jeszcze na chwilę przyjrzeć się Polsce, a dokładniej Dolnemu Śląskowi. Niedaleko Wrocławia znajdują się Krobielowice. To właśnie tu mieszkała rodzina marszałka Bluchera.

Pałac Blucherów w Krobielowicach
Pałac Blucherów w Krobielowicach

Pałac Blucherów – Krobielowice

Zdecydowanie najważniejszym obiektem, który obecnie został po Blucherach, to pałac w Krobielowicach, czyli pałac Blucherów. Został on przyznany temu rodowi, za zasługi feldmarszałka. Gebhard Leberecht von Blücher przyczynił się do pokonania Napoleona w bitwie pod Waterloo. Sam marszałek nie nacieszył się pałacem długo. Zmarł kilka lat po tym jak go otrzymał.

Obecnie jest to prywatny hotel, więc zwiedzanie go z pewnością jest możliwe, ale najczęściej jest płatne. Bliskość Wrocławia definiuje modus vivendi  działalności biznesowej. Ta nie jest tyle nastawiona na turystów, co raczej imprezy, czy to konferencje, szkolenia, czy czasem integracje, albo wesela. To teren otoczony pięknymi terenami zielonymi.

Okolice pałacu
Okolice pałacu

Sam pałac spokojnie można obejść i obejrzeć z zewnątrz. Przed nim znajdziemy charakterystyczną starą bramę. Wejście do środka jest możliwe, ale nie spodziewajmy się klimatu pruskiego. To nowoczesny hotel. Historycznie warto pamiętać, że pierwsze budowle obronne w tym miejscu powstały w XIV wieku. Budowa i przebudowy pałacu trwały od XVI do XIX wieku.

Brama
Brama

Grobowiec rodzinny marszałka Bluchera

Ale to nie koniec pozostałości po Blucherach. Niedaleko pałacu znajduje się także grobowiec rodzinny marszałka. Niestety został zrabowany przez Sowietów w trakcie II wojny światowej. To co z niego zostało, to obecnie zabytek. Droga jest dość nieszczęśliwie ułożona, zakręca, więc jest to także miejsce wielu wypadków. Miejscowi pół-żartem pół-serio mówią, że liczne wypadki tutaj są zemstą marszałka za sprofanowanie grobowca.

Bażant na polach
Bażant na polach

Tereny rekreacyjne

To co poza pozostałościami po Blucherach można robić w Krobielowicach, to przede wszystkim spacerować. Znajdują się one na szlaku parku krajobrazowego Doliny Bystrzycy. Zatem można przejść się lasem, dojść do wody. To także tereny rekreacyjne, są tu pola golfowe i jeziora, w których wędkarze łowią ryby. Dojazd z Wrocławia najwygodniejszy jest samochodem.

Grobowiec Blucherów
Grobowiec Blucherów

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak polski
Krobielowice
Share Button

Waterloo

Angielski historyk, Edward Sheparda Creasy jest autorem zestawienia 15 najważniejszych bitew w historii ludzkości. Starć, które zmieniły świat. Żyjący w XIX wieku Brytyjczyk jako ostatnią na swojej liście umieścił bitwę pod Waterloo. Nie bez powodu.

Kopiec, muzeum i lew
Kopiec, muzeum i lew

Bitwa pod Waterloo

Belgia stała się niepodległym państwem, konglomeratem kilku różnych regionów(niekiedy nieprzyjaznych sobie nawzajem) dopiero w 1830 roku. Powstanie katolickiej Belgii (i przy okazji protestanckiej Holandii) jest po części ukoronowaniem rosnącej świadomości narodowej, a po części efektem nowego porządku europejskiego, który ustalono podczas kongresu wiedeńskiego 1815 roku. Sam kongres to odpowiedź na rewolucję francuską i wojny napoleońskie, które przeobraziły ówczesną Europę. Nie byłoby jednak obrad kongresu wiedeńskiego, gdyby nie było Waterloo. A dokładniej klęski Napoleona z 18 czerwca 1815.

Miejsce bitwy pod Waterloo
Miejsce bitwy pod Waterloo

To właśnie w tym miejscu siły sprzymierzone pokonały Napoleona. Przeciw niemu stanęło dwóch dowódców, Brytyjczyk, książę Wellington (na jego cześć nazwano miasto Wellington) i Prusak marszałek Blucher (swoją drogą mieszkający nieopodal Wrocławia, w Krobielowicach). Wokół geniuszu wszystkich trzech narosły mity. Prawda jednak jest dużo bardziej okrutna i bolesna. Plan Wellingtona polegał na tym, by jak najbardziej przedłużyć starcie z Napoleonem, by wykrwawić jak najbardziej Francuzów i jednocześnie nie paść samemu do czasu, gdy od tyłu zaatakują ich Prusacy. Jak łatwo zgadnąć, była to jedna z najbardziej krwawych bitew tamtych czasów. Wellington i Blucher zostali okrzyknięci i zapamiętani jako wielcy dowódcy. Wellington nawet co roku świętował to zwycięstwo razem ze swoimi oficerami.

Mundury w muzeum
Mundury w muzeum

Miejsce klęski Napoleona, ostatniej bitwy lotu orła – jak bywa nazywane 100 dni Napoleona – to zielone pole, nad którym góruje Kopiec Lwa. Monument ten powstał niedługo po bitwie, w latach 1824 – 26 jako symbol zwycięstwa wojsk sprzymierzonych.

Panorama bitwy
Panorama bitwy

Muzeum bitwy pod Waterloo

Dziś na miejscu znajduje się ciekawe muzeum. Zaczynamy od wejścia do budynku, tam możemy zarówno obejrzeć mundury żołnierzy, ich broń, jak również zapoznać się z różnymi informacjami. Są to zarówno opisy przyczyn wojny, sytuacji geopolitycznej tamtego okresu, a potem jej przebieg (godzinowy), zaś dalej konsekwencje.

Wejście na szczyt kopca
Wejście na szczyt kopca

W muzeum znajdują się jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza to kino 3D, gdzie mamy okazję zobaczyć panoramiczny film ukazujący chaos na polu bitwy. 3D powiedzmy sobie wprost, jest już dziś trochę zacofane, ale tu nie chodzi o efekty. Drugie szczególne miejsce to panorama bitwy, czyli obraz w rotundzie, zgodnie z wymogami epoki.

Pola bitwy, widok z kopca
Pola bitwy, widok z kopca

Następnie wychodzimy z muzeum i wchodzimy na kopiec. W sezonie podobno ze szczytu można oglądać okolicę za pomocą okularów VR, niestety podczas naszej wizyty nie było tej atrakcji. Kopiec można obejść, a następnie można się przejść polem do farmy. Przejść lub przejechać. Kursują tu specjalne busy, które łączą oba miejsca, ale uwaga, nie zatrzymują się na polu. Czy pole jest bardzo istotne? Trudno stwierdzić. Dzięki tablicom wiemy, w którym miejscu stali Francuzi, a w którym Brytyjczycy.

Mapa rozmieszczenia wojsk
Mapa rozmieszczenia wojsk

Na koniec zostaje jeszcze do zwiedzenia farma, na której także odbywała się bitwa.

Pobliska farma
Pobliska farma

Do Waterloo najlepiej dojechać z Brukseli pociągiem do stacji Braine-l’Alleud, a następnie się przejść. Bliżej niż z samego miasteczka i stacji Waterloo.

Krowy na farmie
Krowy na farmie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak belgijski
Waterloo
Share Button

Christchurch

Czasem można spotkać się ze stwierdzeniem, że cała Nowa Zelandia jest przepiękna. O ile możemy się z tym zgodzić, gdy mowa o naturze, o tyle trudno powiedzieć to o wielu miastach. Raczej są nieciekawe, ale jedno jest szczególnie paskudne. Mowa oczywiście o Christchurch. Czyli dziś najbrzydszy fragment kraju Kiwi, dalej będzie już tylko lepiej.

Zabytkowe i mniej zabytkowe budynki
Zabytkowe i mniej zabytkowe budynki

Christchurch

To największe miasto Wyspy Południowej, trzecie co do wielkości w całym kraju. Pierwsze ślady osadnictwa na terenie obecnego Christchurch datuje się na około 1250 rok. Maorysi nazywali to miasto Otautahi. Zaś europejskie korzenie miasta sięgają 1856 roku, kiedy przyznano prawa miejskie – jest to pierwsze miasto z takim dekretem w Nowej Zelandii. Nazwa wywodzi się od Christ Church College w Oxfordzie.

Centrum
Centrum

Spacer po nim wywarł na nas przykre wrażenie z trzech powodów. To miasto jest po prostu nieładne. Architektura nowoczesna jest nieudolna, bez stylu. Architektura krajobrazu nie istnieje. Budynki starsze, bardziej klasyczne, stoją jak plomby, gorzej niż w Dreźnie. Na zdjęciach może tego nie widać, bo wielu koszmarków nie fotografowaliśmy. Zresztą tę nijakość da się dostrzec także w wielu innych miejscowościach. Dobry przykład to choćby ratusz wyglądający jak jakiś tani biurowiec. Prawdopodobnie, gdyby to było tylko to, Christchruch nie wyglądałoby tak jak wygląda i nie zajęło niechlubnego miejsca na naszej liście.

New Regent Street
New Regent Street

Drugi problem to autentyczność, której tu brakuje. Jeśli wybierzemy się do centrum, w szczególności na New Regent Street, to odniesiemy wrażenie, że trafiliśmy do jakiegoś Disneylandu lub innego miejsca tego typu. W Orlando, czy Las Vegas jest wiele dziwnych, kolorowych i cepelnianych budowli, ale tworzą pewien styl. Może niezbyt gustowny, ale tam te miejsca są autentyczne w swój własny sposób. Tak się tam buduje, tak się tam żyje. Przeniesienie tego stylu do centrum Christchurch zwyczajnie się nie sprawdza. W połączeniu z ogólną bylejakością architektoniczną, owszem wyróżnia się, ale  negatywnie.

Christchurch - dzielnica handlowa
Christchurch – dzielnica handlowa

Zresztą to samo widać,  gdy popatrzy się choćby na tramwaje. Te są tu wybitnie turystyczne. To raczej jeżdżące restauracje (tyle, że jak wiele rzeczy w Nowej Zelandii, niezbyt często czynne). Ale znów: wyglądają jak z zupełnie  innej bajki, trochę jak z San Francisco. Jednocześnie nie jest to poważny środek lokalnego transportu, tylko znów kolejne udawanie czegoś. To w całości powoduje wrażenie niezbyt strawnego miszmaszu i skutkuje naszymi negatywnymi opiniami na temat tego miejsca.

Tramwaj - restauracja
Tramwaj – restauracja

Nawracające trzęsienia ziemi

Jest też trzeci czynnik: zaniedbanie, ale z tego Kiwi można w pewien sposób wytłumaczyć. Tu istotnym faktem, który bezsprzecznie ma wpływ na to, co dziś widzimy, jest seria trzęsień ziemi, która nawiedziła miasto w latach 2010 – 2013. W najbardziej tragicznym z nich zginęło 185 osób. Od tego czasu wiele budynków wzmacnia się, by były bardziej odporne na trzęsienia ziemi. Co ważniejsze, pomimo tych trzęsień, które powtarzają się co jakiś czas, miasto jest odbudowywane.

Katedra
Katedra

Jednym ze zniszczonych w 2011 roku budynków była anglikańska katedra (zdekonsekrowana), wybudowana w latach 1864 – 1904. Sam budynek w stylu angielskim wygląda dość interesująco, ale niestety, z powodu trzęsień ziemi jest w pewnej części zniszczony i tak zostawiony. To właśnie robi bardzo negatywne wrażenie. Brakuje jakiejkolwiek informacji, co tu się stało. Próba umocnienia i buldożer, który zniszczył fragment, wyglądają dość niepokojąco. Zresztą to nie jest jedyny budynek, który wygląda w ten sposób. W centrum jest tego trochę, jak również wzmacnianych gmachów. Rzecz godna pochwały, ale znów wizualnie to nie pasuje. Natomiast jeśli dodamy pstrokate bezguście obok, to można się trochę załamać.

Ratusz w Christchurch
Ratusz w Christchurch

Mniej odpychające Christchurch

To, co jest ważne, że choć samo Christchruch wygląda trochę jak koszmar minionego lata w całości, to znajdziemy tu wiele drobnych miejsc, które samodzielnie dają radę. Jest i wieża zegarowa, jak w wielu miastach w tej części świata. Jest nowoczesna architektura, jak choćby Galeria Sztuk Pięknych, która się broni, oraz ratusz, który się nie broni. Znajdziemy też wiele postkolonialnych budowli. Słynny jest również ogród botaniczny. Całkiem przyjemny jako park, w dodatku darmowy. Można tam sobie wejść i spokojnie odpoczywać. Prawdopodobnie jest to najciekawsza, a już na pewno najładniejsza atrakcja w samym mieście.

Galeria sztuki
Galeria sztuki

Christchurch jako całość sprawia takie dość nieprzyjemne wrażenie. Miasta bez polotu, bez pomysłu, kopiującego różne rzeczy, a jednocześnie zniszczonego przez kataklizm. Minie jeszcze wiele lat, nim stanie na własne nogi. Może wtedy będzie wyglądać lepiej, ale obecnie zdecydowanie warto sobie je odpuścić. W Nowej Zelandii jest dużo ciekawszych i ładniejszych miejsc. To ma tylko jedną zaletę: lotnisko. Może jednak warto na nie przyjechać wprost z trasy? Szkoda tracić inne wspaniałości kraju Kiwi.

Bardziej klasyczny budynek w angielskim stylu
Bardziej klasyczny budynek w angielskim stylu
Przykładowy dom
Przykładowy dom

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Christchurch
Share Button

Baku, czyli James Bond, „Przedwiośnie” i szklane domy

Azerowie czasem nazywają swoją stolicę małym Dubajem. Baku (azer. Bakı) w niezwykły sposób łączy ze sobą historię, przemysł naftowy i nowoczesność. Idealnie ukazuje różne oblicza petrorepubliki, a co ważniejsze, miasto znalazło swoje odbicie w kulturze, klasycznej jak i popularnej. Choć my małym Dubajem tego miasta byśmy nie nazwali, choć widać tu pieniądze, to jednak jest tu dużo więcej niż tylko przepych.

"<yoastmark

Baku – Azerbejdżan

Baku położone jest na Półwyspie Apszerońskim, które charakteryzuje się bardzo kontynentalnym, suchym klimatem. To najbardziej suche miejsce w Azerbejdżanie. O jego wyjątkowości nie decyduje jednak klimat, a zasoby naturalne – przede wszystkim ropa naftowa i gaz ziemny. Stolica i największe miasto Azerbejdżanu to także pierwszy port nad Morzem Kaspijskim – to z kolei jest największym jeziorem świata, w dodatku słone między innymi przez brak odpływów.

Szyby naftowe na James Bond Oilfield
Szyby naftowe na James Bond Oilfield

Pierwsza osada na terenie dzisiejszego Baku pochodzi z II wieku, a w XII wieku pochodzą pierwsze perskie zabudowania. Wtedy też pojawia się nazwa Badkube, co w języku perskim oznacza „uderzenia wiatru”. Stąd pochodzi współczesna nazwa Baku, a etymologia nazwy dobrze oddaje charakter tego wietrznego obszaru.

Tak zwane James Bond Oilfield
Tak zwane James Bond Oilfield

Pola naftowe Jamesa Bonda

Wirtualne zwiedzanie zaczniemy od Jamesa Bonda i filmu „Świat to za mało”. Jego akcja częściowo dzieje się w Baku, to tu Electra King ma swoje szyby naftowe, a Valentin Żukowski kasyno. Choć rezydencje ukazane w filmie faktycznie znajdują się w Azerbejdżanie, więcej zdjęć nagrano w miejscowości Neftçala. Za to wykorzystano szyby naftowe znajdujące się blisko meczetu Bibi Heybat (w dawnej zatoce Bibi-Ejbat, osuszonym fragmencie Morza Kaspijskiego). Gdy kręcono kolejne przygody 007, większość z tych szybów była już nieczynna. Powstawały przez prawie 100 lat i utrzymanie ich stało się nieopłacalne. Oczywiście w filmie całe pole naftowe działa (widać to także w czołówce). Jednak od tamtego czasu wiele się zmieniło. Dziś szyby są czynne na nowo, odnowione, nowocześniejsze. Właściwie można do nich podjechać bez większego problemu i zobaczyć je z bliska. Nie ma tan nawet ogrodzenia, czy płotu.

Meczet Bibi Heybat
Meczet Bibi Heybat

Szklane domy

Szybów oczywiście w Baku jest więcej. Można się na nie natknąć w wielu miejscach na przedmieściach, ale to właśnie te nad Morzem Kaspijskim (lub jeziorem) są zdecydowanie najbardziej rozpoznawalne i charakterystyczne. Wykorzystano je w jeszcze jednym filmie, którego zdjęcia powstały jakiś rok po Bondzie. To „Przedwiośnie” Filipa Bajona. W Baku nakręcono kilka scen, ale szyby i okolica są najbardziej rozpoznawalne. Da się tam też zauważyć minaret z Bibi Heybat.

Marriott - nowoczesny szklany dom
Marriott – nowoczesny szklany dom

Film to oczywiście adaptacja powieści Stefana Żeromskiego, dziejącej się w czasach współczesnych autorowi, czyli XIX wieku. Jest to o tyle istotne, że Baku wtedy stanowiło jedno z najważniejszych miejsc związanych z handlem i wydobyciem ropy. Szacuje się, że w pewnym momencie kontrolowano stąd 20% światowego rynku, czyniąc z miasta nieformalną stolicę biznesu naftowego. Oczywiście te czasy już dawno przeminęły, choć kraj nadal czerpie profity z nafciarstwa.

Ogniste wieże nocą
Ogniste wieże nocą

Warto przy tej okazji wspomnieć o polskich wątkach w Baku, bo to Polak – geolog i inżynier Witold Zglenicki – jako pierwszy wydobył ropę z morskiego dna pod sam koniec XIX wieku. Dzięki niemu zaczęto na przemysłową skalę wydobywać ropę naftową w Baku, konstruował platformy wiertnicze, szyby, ropociągi. Inny inżynier – Paweł Potocki – również miał znaczący wpływ na rozwój przemysłu naftowego w Baku. W 1922 roku stworzył śmiały projekt osuszenia fragmentu morza, by móc wydobywać ropę. Od 1910 roku zaś nadzorował osuszanie zatoki Bibi-Ejbat. Nazwiskami Potockiego i Zglenickiego nazwano ulice Baku. Obecnie działa tutaj Polonia. Także Alfred Nobel dorobił się fortuny właśnie na wydobyciu ropy w Baku.

Ogniste wieże w dzień
Ogniste wieże w dzień

Ogniste wieże

„Przedwiośnie” to także powieść słynąca z idei szklanych domów. Dziś jest ich naprawdę sporo w Baku. Jest tu wiele nowoczesnych wieżowców, ale jeden jest szczególny, to obecnie symbol stolicy. Chodzi oczywiście o Ogniste wieże (ang. Flame Towers), które wznoszą się ponad miastem. W nocy są dobrze oświetlone. Swoją drogą nawet zejścia do stacji metra w centrum są szklane.

Ogniste wieże widoczne z zabytkowego centrum
Ogniste wieże widoczne z zabytkowego centrum

Zaratrusztrianizm

Pozostając w temacie ognia, na przedmieściach można zwiedzić świątynię ognia Atəşgah. Kiedyś wykorzystywaną zarówno przez zaratusztrian, jak i hinduistów. Ci drudzy raczej byli gośćmi. Świątynię wznieśli wyznawcy zaratusztrianizmu i to oni się nią opiekowali i rozbudowywali przez wszystkie lata. Początkowo znajdowała się w miejscu, gdzie występował gaz ziemny, dzięki czemu dało się utrzymać wieczny ogień. W późniejszych czasach kapłani podpięli się pod gazociąg, który działa do dziś. Obecnie świątynia bardziej pełni rolę muzeum i atrakcji turystycznej, acz czasem jest wykorzystywana do modlitw.

Ateszgah
Ateszgah

Świątynia ognia Ateszgah to pięciokątny kompleks, gdzie centrum obszernego dziedzińca zajmuje czworoboczny budynek ołtarza. W jego środku płonie wieczny ogień (od lat 70. XX wieku, gdy powstało tu muzeum, doprowadzany gazociągiem), a na starych ilustracjach widać, że z czterech „kominów” w narożnikach ołtarza także wznoszą się płomienie.

Ateszgah
Ateszgah

Budynek otaczający dziedziniec to połączone pomieszczenia o różnej funkcji: cele dla mnichów, pomieszczenia o funkcji mieszkalnej, sakralnej, przechowywanie i przygotowywanie pożywienia.

Pałac Szirwanszachów
Pałac Szirwanszachów

Stare miasto – historyczne centrum

Baku znalazło się na liście UNESCO ze względu na trzy rzeczy: zabytkowe centrum, Basztę dziewiczą oraz Pałac Szirwanszachów. Historyczne centrum nosi nazwę İçəri Şəhər (Miasto Wewnętrzne lub Iczeri-Szecher). Otoczone jest starym murem. Ruch samochodowy wewnątrz jest ograniczony, a wjazd płatny. Bramy są dość wąskie, ale da się przez nie przejechać. Warto jednak zwrócić uwagę, że płatne parkingi trochę dalej oddalone od samego starego miasta są zdecydowanie tańsze.

Wnętrza pałacu
Wnętrza pałacu

Centrum jest bardzo malownicze i zadbane. Pełne kramów, restauracji, wąskich uliczek, w których dość łatwo się zgubić. Znajduje się tam jeden z symboli miasta, czyli Baszta Dziewicza (azer. Qız Qalası). Nazwa nawiązuje do legendy. Otóż podobno jeden z szachów zbudował ją swojej wybrance. Ta, gdy się dowiedziała, że ów szach jednocześnie jest jej ojcem, rzuciła się z wieży do morza. Dziś oczywiście wylądowałaby co najwyżej na bruku. Morze (jezioro) Kaspijskie ma obecnie niższy poziom niż kilkaset lat temu, więc znajduje się dalej od wieży. Obecna baszta pochodzi z XII wieku, ale pierwotna jest dużo starsza. Najstarsza stojąca w tym miejscu powstała prawdopodobnie w gdzieś w VIII-VII wieku p.n.e. Nie znana jest też jej funkcja. Jedne wersje mówią o wieży świątyni zoroastriańskiej, inne o obserwatorium astronomicznym, zaś jeszcze inne o obronie. Być może wszystkie były prawdziwe w pewnym okresie. Dziś baszta przyciąga turystów stanowiąc bardzo charakterystyczny punkt widokowy.

Baszta Dziewicza
Baszta Dziewicza

Pałac Szirwanszachów

Pałac szachów Szyrwanu (azer. Şirvanşahlar sarayı) może nie jest ani tak charakterystyczny, ani tak rzucający się w oczy, ale z pewnością to miejsce warte zobaczenia. Zaczęto go budować w XV wieku, to też był najlepszy okres dla tego obiektu. Później zaczęły się grabieże tureckie i nie tylko. Używano go wówczas jako koszarów. W XIX wieku Rosjanie planowali wręcz wyburzenie go, by postawić tu sobór Aleksandra Newskiego. Szczęśliwie wojska rosyjskie także stacjonowały w tym miejscu, więc wyburzenie przeciągnęło się na tyle, że ostatecznie uratowało pałac przed zniszczeniem.

Obecnie obiekt jest muzeum, chętnie odwiedzanym przez turystów. Ze względu na wzniesienia, zamiast jednego dziedzińca mamy trzy, które znajdują się względem siebie kilka metrów niżej. Zwiedzanie najlepiej zacząć od pałacu, będącego głównym budynkiem. Ma on dwa piętra. Zachowało się tam 16 komnat, większość z nich we względnie oryginalnym stanie, lub przynajmniej dość dobrze przywróconym. Oprócz pałacu w obiekcie znajduje się kilka innych budowli, jak meczet, łaźnie czy mauzoleum.

Grobowce obok Baszty
Grobowce obok Baszty

Plaże i  bulwar

Wokół historycznego centrum znajduje się bardziej turystyczne centrum, z drogimi sklepami, restauracjami i życiem nocnym. Dalej zaś mamy promenadę nad brzegiem morza. O ile sam bulwar wygląda bardzo ładnie, nawet gdy w tle widzimy platformy, czy pływające hotele, o tyle woda jest raczej odpychająca. Głównie ze względu na osadzającą się na kamieniach przy brzegu ropę. Bulwar jest doskonałym miejscem na spacer, zarówno w dzień, jak i w nocy, gdy widać wspaniałe oświetlenie miasta.

Plaża Shikhov
Plaża Shikhov

Trochę dalej na południe od centrum miasta znajduje się plaża Shikhov (azer. Şıxov çimərliyi). To zdecydowanie widok wart zobaczenia. Jako plaża jest to miejsce bardzo nieciekawe, zwłaszcza, że obok wysypywany jest gruz. Ale widok ludzi kąpiących się na tle platform wiertniczych jest naprawdę wyjątkowy.

Morze i ropa przy bulwarze
Morze i ropa przy bulwarze

Ciekawostki

W Baku jest bardzo wiele atrakcji dla różnych odbiorców. Dalej przy bulwarze znajdziemy choćby tutejszą wersję Wenecji, czyli pływanie po jakiś kanałach. Nie wygląda to dobrze, ale chętni i tak się znajdują. Ciekawie zaś prezentuje się budynek muzeum dywanów. Powstaje tu też wiele nowych drapaczy chmur. Konstruktorzy starają się by, były coraz to wymyślniejsze. Jeden z projektów to Gmach Półksiężyca, który w sieci jest nazywany Gwiazdą Śmierci. Będzie ciekawie wyglądać, gdy zostanie już ukończony.

Kryształowy Hol (Crystal Hall) zbudowany na potrzeby Eurowizji
Kryształowy Hol (Crystal Hall) zbudowany na potrzeby Eurowizji

Z dziwnych rzeczy, warto wspomnieć o drugim najwyższym maszcie z flagą na świecie. Zbudowano go w 2010 roku, wówczas liczył 162 metry wysokości, no i oczywiście był pierwszy. Nie długo: kilka miesięcy później w Duszambe (Tadżykistan) postawiono jeszcze wyższy. Podczas naszej wizyty w Baku masz był zdemontowany, kto wie, może właśnie go ponownie podwyższają.

Wąskie uliczki starego miasta
Wąskie uliczki starego miasta

Przy tych wszystkich atrakcjach to miasto wciąż żyje i mieszkają tu także biedniejsi ludzie. Nawet autobusy w centrum wyglądają lepiej, niż te na peryferiach. Bardzo mocno widać tu różnice w dochodach. Ale to mniej wykwintne Baku również jest interesujące. Można się natknąć choćby na tradycyjne piekarnie (chleb wypieka się tu tak samo jak w Gruzji).

Jeden z wielu meczetów w Baku
Jeden z wielu meczetów w Baku

Baku jest przepiękne, zadbane i interesujące. To miasto, które szczyci się jednym z najgłębszych linii metra na świecie. To miejsce kontrastów, wielkich pieniędzy, ale też wielu wpływów kulturowych i długiej historii.

Mury starego miasta
Mury starego miasta

Radziecka turystyka filmowa

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Radziecki film „Brylantowa ręka” (Бриллиантовая рука) w reżyserii Leonida Gajdaja był kręcony w samym centrum starego Baku, które ucharakteryzowano na miasto tureckie. Ta komedia kryminalna była jednym z największych sukcesów kasowych w ZSRR przełomu lat 60. i 70. XX wieku. Film jak na 1969 był przełomowy, bo skrytykowano w nim działania radzieckiego MSW i pokazano striptease. Wciąż jest też przełomowy jeśli chodzi o set jetting zza żelaznej kurtyny. Ludzie faktycznie oglądali lokacje w Baku.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
Baku
Szlak filmowy
Baku (Bond)
Szlaku religijny
Baku
Share Button

U styku filmu i podróży