Janar Dah (Yanar Dag), wieczne ognie Azerbejdżanu

Już w XIII wieku słynny podróżnik Marco Polo pisząc o Półwyspie Apszerońskim wspominał o płonących skałach, miejscach w których ulatnia się gaz ziemny i płonie wiecznym ogniem. To coś, co bez wątpienia wpłynęło na kształt religii zaratrusztiańskiej. Dziś takich miejsc w Azerbejdżanie już prawie nie ma. Jedno powstało przez przypadek. Mowa oczywiście o Janar Dah / Yanar Dag (azer. Yanar Dağ), co znaczy tyle co „płonąca góra”.

Yanar Dag
Yanar Dag

Janar Dah i Aszperon

Marco Polo nazwał takie zjawiska płomieniami znikąd. Geologicznie jednak ma to wytłumaczenie. Po pierwsze kiedyś w tej części świata znajdowały się olbrzymie złoża gazu i ropy. Po drugie piaskowce, które się nad nimi znajdują miały szczeliny, przez które wydobywały się etan i propan ulegając samozapłonowi. Stąd płonące skały i wieczne ognie, które były częstą osobliwością w całym Azerbejdżanie. Oczywiście do momentu, gdy zaczęto przemysłowo wydobywać ropę.

Yanar Dag
Yanar Dag

Z czasem większość naturalnych miejsc, w których ulatniał się gaz, zgasła. Yanar Dag powstało w połowie lat 50. XX wieku przez przypadek. Podobno jeden pasterz wrzucił do szczeliny niedopałek papierosa i zapłonął ogień, który tli się do dziś.

Yanar Dag
Yanar Dag

Rozpadlina mierzy do 10 metrów szerokości. Zmienia się z czasem. W jednych miejscach przygasa, w innych się rozpala, ale obecnie utrzymuje się w miarę jednolitym kształcie już prawie 70 lat. Przez zdecydowaną większość tego czasu nikt się nim nie zajmował. Szczęśliwie przetrwało to do dziś. Obecnie budzi zainteresowanie turystów, więc nawet gdyby zgasło, z pewnością zostałoby na nowo zapalone.

Janar Dah
Janar Dah

Zwiedzanie Yanar Dag

Turystyka to nowość w Azerbejdżanie. Jeszcze kilka lat temu do Janar Dah dało się wejść za darmo. Bramka z kasą była otwarta przez kilka godzin, zaś potem nikt tego nie pilnował. Wokół zaś znajdowało się między innymi śmietnisko. Obecnie okolica się zmieniła. Przy wejściu jest całkiem duży parking. Wejściówka jest płatna, a po śmieciach nie ma ani śladu. Formalnie miejsce powinno być czynne do 20:00, ale najbardziej spektakularnie wygląda po zachodzie słońca, gdy wszystko się ściemnia. Więc obecnie pilnują tam interesu. Można zostać dłużej, ale oczywiście trudniej wejść za darmo.

Janar Dah o zmierzchu
Janar Dah o zmierzchu

Dojazd do Janar Dah

Yanar Dag znajduje się niedaleko Baku. Dokładniej w wiosce Mehemmedi. Można tu dojechać autobusami 217 i 147 (jeżdżą od dwóch różnych stacji metra), ale bez wątpienia najwygodniejszy sposób dotarcia to samochód (ewentualnie taksówka). Parking jest darmowy.

Yanar Dag o zmierzchu
Yanar Dag o zmierzchu

Płonące kamienie w kulturze

Płonące skały zostały wykorzystane w filmie „Świat to za mało” z bondowskiego cyklu. To właśnie jedną z nich do ręki wziął terrorysta Renard. Scena oczywiście nie była nagrywana w Yanar Dag, choć kilka ujęć do filmu faktycznie kręcono w Azerbejdżanie.

Płonący gaz ziemny
Płonący gaz ziemny

Warto dodać, że poza wrażeniami wizualnymi, stojąc odpowiednio blisko można też poczuć ulatniający się gaz. No i oczywiście gorąco. Po zmroku zaś da się dostrzec charakterystyczny, niebieskawy kolor płonącego gazu.

Janar Dah
Janar Dah

W sąsiedztwie Janar Dah, czyli „płonącej góry” są Yanar Bulaq – „płonące strumienie”. Są to zwykłe strumyki wody, do których dostaje się nafta. Przezroczysta cienka warstwa utrzymuje się na powierzchni wody, ale gdy przyłożyć zapałkę – ulega podpaleniu. I jest płonący strumień.

Janar Dah
Janar Dah

Janar Dah to bez wątpienia jedno z ciekawszych miejsc, nie tylko w Azerbejdżanie. Taki geologiczny ewenement, któremu w miarę możliwości warto się przyjrzeć bliżej.

Yanar Dag
Yanar Dag

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
Janar Dah

Podróżowanie po Nowej Zelandii

Kraje rozwinięte można podzielić na dwa podstawowe rodzaje. Na takie, gdzie rozbudowany jest transport publiczny oraz takie, gdzie stawia się na samochody. Czasem jest coś pomiędzy, ale zazwyczaj dominuje jeden typ. Nowa Zelandia należy właśnie do tych drugich. Jest rozległa, stosunkowo mało zaludniona, jednocześnie zamknięta, więc turyści korzystają co najwyżej z samochodów już znajdujących się na wyspach. To pozwala dość dobrze zaplanować i zapanować nad komunikacją.

Widok ze Scenic View - Wyspa Północna
Widok ze Scenic View – Wyspa Północna

Samoloty lokalne

Owszem, są tu linie kolejowe (kilka, choć np. na Południowej Wyspie mają one bardziej charakter wycieczkowy niż transportu), linie autobusowe, ale też dobrze rozwinięta jest sieć połączeń lotniczych. Poza Air New Zealand można skorzystać z oferty np. taniej linii – JetAir. Jednak jeśli chcemy samemu zwiedzać zakamarki kraju kiwi, to najlepszy do tego będzie samochód.

JetStar - tania linia
JetStar – tania linia

Samochód

Do wypożyczenia potrzebne jest międzynarodowe prawo jazdy (uznają obie konwencję genewską i wiedeńską, a nawet tłumaczenie prawa jazdy na angielski), oraz oczywiście w celu weryfikacji także i nasze (polskie). W teorii można próbować wynająć samochód jedynie na polskim dokumencie, zresztą są wypożyczalnie, które to załatwią. Warto się zorientować wcześniej, choć samo wyrobienie międzynarodowego prawa jazdy to koszt ok. 40 PLN. W teorii, gdy zatrzyma nas policja, mogą wymagać.

Plaża - Wyspa Północna
Plaża – Wyspa Północna

Na drogach w Nowej Zelandii obowiązują cztery podstawowe zasady. Po pierwsze to ruch lewostronny. To może nastręczać pewne problemy, zwłaszcza wynikające z przyzwyczajenia, w szczególności na pustych drogach łatwo się zapomnieć. Faktycznie jest on przyczyną sporej liczby wypadków powodowanych przez turystów na drogach.

Przejazd przez Coromandel Forest Park
Przejazd przez Coromandel Forest Park

Druga zasada to zapięte pasy. Tego tu wymagają i tyle.

Krowy przy drodze
Krowy przy drodze

Trzecia to maksymalna prędkość wynosząca 100 km na godzinę, także na autostradach. Więcej nie można. W terenie zabudowanym – 50. Policja patroluje różne bezdroża i czasem łapie za szybką jazdę. Natomiast ograniczeń nie ma wszędzie tam, gdzie powinny być. W niektórych miejscach, choćby przy zakrętach, pojawiają się znaki z sugerowaną prędkością (np. 35 km/h przy dozwolonych 100). Zdrowy rozsądek wskazuje, by się do tych sugestii przynajmniej w jakimś stopniu stosować.

Znak sugerujący prędkość (nie nakaz)
Znak sugerujący prędkość (nie nakaz)

Czwarta zasada to nieprzekraczanie żółtych linii. Owszem są też białe linie ciągłe, ale żółte są „mocniejsze”, bardziej kategoryczne. Blokują też możliwości parkowania.

Droga przez las okolice Rotoruy
Droga przez las okolice Rotoruy

Podróżowanie na własną rękę

Poza większymi miastami, gdzie w centrach mamy płatne parkingi, w większości miejsc parkuje się za darmo. Dotyczy to także różnych atrakcji turystycznych. Im popularniejsza, tym należy spodziewać się większego parkingu. Byliśmy jeszcze na początku sezonu i z parkowaniem raczej problemu nie było.

Bydło przy drodze
Owce przy drodze

Drogi nowozelandzkie są dość kręte miejscami, mają jedną niedogodność, o której warto pamiętać. Mosty w wielu miejscach są jednopasmowe. To znaczy, że trzeba czasem puścić tych z naprzeciwka. Dłuższe mosty posiadają mijanki. Podobne utrudnienia mogą pojawić się przy tunelach.

Znak: uwaga na kiwi
Znak: uwaga na kiwi

Za to mniejsze miasta zwykle przelatuje się z prędkością 100 kph lub tylko trochę mniejszą, więc średnia prędkość jest większa niż w Polsce. Jest wiele ostrych zakrętów, więc szaleństwo i tak nie jest tutaj wskazane.

Okolice Queenstown
Okolice Queenstown

Zwierzęta

Choć Nowa Zelandia to kraj pastwisk, krów i owiec (w szczególności Północna Wyspa), to zwierzęta te nie szlajają się po drogach. Czasem są znaki informacyjne, by zgłosić wałęsające się bydło, ale to nie ono jest problemem, a dzikie zwierzęta. O ile w okolicach gniazdowania kiwi jest sporo znaków,by uważać (w nocy, kiwi są nocne), o tyle po drodze bardzo często widać zwierzęta futerkowe, które rozjechano. Nimi się tu nikt nie przejmuje. Przybyły wraz z ludźmi i nie są mile widziane. Niestety na ich ciałach żerują ptaki i te często też widać rozjechane na drogach. Za rozjechanie futrzaka kary nie ma, wręcz przeciwnie, Kiwi są przekonani, że to dobry uczynek.

Przewóz koni
Przewóz koni

Krów i owiec jest po drodze naprawdę sporo na mijanych pastwiskach. Warto przypomnieć, że to kraj, w którym bydła jest więcej niż ludzi (4,5 miliona). Z danych za 2015 rok owiec mają tu około 30 milionów, krów 10 milionów (z tego 6,5 miliona mlecznych) oraz niecały milion jeleni. Je również spotyka się w hodowlach.

Centrum Nelson
Centrum Nelson

Widoki i mijanki

Bardzo charakterystycznym miejscem są punkty widokowe, czyli tak zwane scenic view. Można tam zaparkować i zrobić kilka zdjęć. Jest ich sporo, choć niestety po drodze mija się wiele miejsc, w których takie punkty by się przydały. W każdym razie zatrzymywanie się na nich to dość istotny element podróżowania po Nowej Zelandii.

Mijanka na moście
Mijanka na moście

Zazwyczaj nie ma problemu ze stacjami benzynowymi. Ale zdarzają się – zwłaszcza na Południowej Wyspie w parkach narodowych – dość spore np. 100 i więcej kilometrowe odcinki pozbawione stacji i ogólnie szerszej cywilizacji. Dlatego lepiej nie jechać tam na pustawym baku.

Zatoki przy Picton
Zatoki przy Picton

Przeprawa promowa

Dość istotny jest transport między wyspami. Kursuje prom między Wellington na Picton, wykorzystywany często przez turystów, którzy chcą zobaczyć obie wyspy. Są dwie duże sieci, na wszelki wypadek warto zarezerwować sobie ten prom wcześniej. Przy wypożyczaniu samochodu warto jednak zweryfikować, czy dana firma pozwala nam na opuszczenie wyspy. Nie wszystkie na to pozwalają, ale nawet jeśli nie ma obostrzeń, warto się z nimi skontaktować w tej sprawie. Bo czasem okazuje się, że faktycznie samochodu nie możemy wywieść poza wyspę, a musimy go zostawić przed promem, a na drugiej wyspie odebrać inny.

Myśmy dowiedzieli się o tym dopiero na miejscu, przy wypożyczaniu samochodu. Poproszono nas o podanie daty płynięcia i tyle. W terminalu oddaliśmy bilet opłacony na samochód, prosząc o zwrot (dało się bez problemu załatwić) oraz zostawiliśmy kluczki do samochodu. Okazało się, że tak to właśnie działa, tylko nikt nam o tym nie powiedział. Prom wyruszał rano, więc oddanie samochodu we wskazanym miejscu nie było możliwe, bo tam nikogo nie było. Nie wiedzieliśmy, gdzie zostawić kluczyk. Pojechaliśmy pod właściwy terminal, licząc, że tam uda się coś zrobić i dało się. Standardowa procedura, samochód zostawiamy na parkingu, kluczyk oddajemy przy nadawaniu bagażu i tyle.

Wellington z promu
Wellington z promu

Po drugiej stronie w Picton odwieźli nas do terminalu, tam poszliśmy odebrać drugi samochód. Dalej problemu nie było.

Rejs na Południową Wyspę jest długi, bo trwa aż 3 godziny. Prom jest bardzo wygodny, jest w nim oczywiście bar, dobrze działające wi-fi, a nawet sale kinowe! U nas bujało całkiem nieźle, nawet się coś stłukło w kuchni. Widoki za burtą są ciekawe, zróżnicowane – raz jesteśmy na wodach tak szerokich, że jakby na otwartym morzu, by potem wpłynąć w wąski przesmyk pomiędzy poszarpanymi skałami.

Nowa Zelandia z lotu ptaka
Nowa Zelandia z lotu ptaka

Planując przejazd samochodem warto wcześniej zweryfikować swoje trasy i obostrzenia wypożyczalni. Niektóre zabraniają przejazdów pewnymi drogami, np. Ninety Mile Beach. Ale ta droga ma więcej wspólnego z off-roadem, niż zwykłą trasą. Druga rzecz, choć większość tras jest darmowa, istnieje dosłownie kilka, przez które przejazd jest płatny.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Podróżowanie po Nowej Zelandii

Mccheta, duchowa stolica Gruzji

Jedno z najstarszych miast Gruzji i jej duchowa stolica. Mccheta / Mtskheta (gruz. მცხეთა) rozwijała się gdzieś w pierwszym tysiącleciu p.n.e., ale ślady osadnictwa pochodzą epoki brązu, czyli gdzieś między 2000 a 3000 lat p.n.e. Pierwotne miasto zostało zrównanie z ziemią przez Pompejusza. Przełom er to także okres, w którym Mccheta była stolicą ówczesnej Gruzji. Dopiero w VI wieku przeniesiono ją do Tbilisi. Ale to właśnie do Mcchety dotarła święta Nino, sprowadzając tu chrześcijaństwo. Do dziś miasto to jest najważniejszym z miejsc gruzińskiego prawosławia. Od 2014 roku nazywana jest też Świętym Miastem.

Droga do soboru katedralnego
Droga do soboru katedralnego

Mccheta

Obecnie jest to niewielkie miasto nad rzeką Kurą. Mieszka tu jakieś 10 tysięcy mieszkańców. To jednak jest siedziba Gruzińskiego Prawosławnego Kościoła Apostolskiego, miejsce pielgrzymek, oraz punkt obowiązkowy dla wielu wycieczek. W dodatku wpisany na listę UNESCO. Głównie za sprawą dwóch świątyń. Niestety są one zagrożone wykreśleniem, ze względu na postępujące niszczenie starych murów.

Muzeum przy soborze

Sobór katedralny Sweti Cchoweli

Pierwsza z nich to kościół katedralny, Sweti Cchoweli (gruz. სვეტიცხოვლის საკათედრო ტაძარი). Formalnie został wybudowany w XI wieku, ale wcześniej w tym miejscu znajdowała się inna świątynia chrześcijańska (jakoby z IV wieku). Z tej poprzedniej budowli przetrwała chrzcielnica i fundamenty. Istniejąca do dziś budowla zwraca uwagę swoją kopułowo-krzyżową konstrukcją, centralna na planie krzyża greckiego, wykonaną z kamienia i na zewnątrz raczej skromnie dekorowaną, charakterystyczną dla całej architektury sakralnej Gruzji. Wewnątrz ściany pokryte były freskami, z których część udało się odsłonić po XIX-wiecznych przeróbkach. Znajdujące się w środku ikony są kopiami, oryginały umieszczono w muzeum. Mur obronny z wieżami pochodzi z XVIII wieku.

Wejście do Sweti Cchoweli
Wejście do Sweti Cchoweli

Według legendy pewien żyd z Mcchety, niejaki Eliasz, przebywał w Jerozolimie podczas ukrzyżowania Chrystusa. Wrócił do swego miasta z szatą Jezusa, którą dał swojej siostrze imieniem Sydonia. Tę pochowano wraz z relikwią, zaś o miejscu pochówku zapomniano. Aż do czasu, gdy w Gruzji przebywała święta Nino. Wówczas wznoszono pierwszą świątynię, jednak pojawił się problem z kolumną. Dzięki modlitwie świętej, kolumna przeniosła się w miejsce pochówku Sydonii. Nazwa Sweti Cchoweli znaczy tyle, co życiodajna kolumna. Mit ten zaś bardzo ładnie obrazuje próbę powiązania długiej historii Gruzji z chrześcijaństwem. Obecnie w Gruzji te tradycje znów są ważne, a nowa narodowa świątynia została wybudowana (choć jeszcze nie całkiem ukończona) w stolicy kraju.

Sweti Cchoweli
Sweti Cchoweli

Katedra jest główną świątynią Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Tu odbywały się koronację królów. Jest to także wzorcowy budynek. Wiele innych cerkwi buduje się w jego stylu. Ta uchodzi za jedną z najładniejszych, najlepiej rozpoznawalnych i bez wątpienia jest jedną z największych.

Wnętrze Sweti Cchoweli
Wnętrze Sweti Cchoweli

Monastyr Dżwari

Drugi bardzo charakterystyczny monastyr Mcchety to Dżwari (ang. Jvari, gruz. ჯვარი, ჯვრის მონასტერი), czyli monastryr krzyża. Jest starszy, pochodzi z VI wieku, oddalony od centrum, wzniesiony na wzgórzu w miejscu, w którym król Mirian już po nawróceniu pod wpływem świętej Nino, postawił pierwszy krzyż w Gruzji. Monastyr zbudowano nad królewskim krzyżem. W środku wciąż znajduje się drewniany krzyż, choć zapewne już któryś z kolei, szczątki oryginalnego podobno wciąż są trzymane, gdzieś w świątyni. To miejsce uchodzi za jedno z najświętszych w całym kraju. Przybywają tu nie tylko turyści, ale też wielu gruzińskich pielgrzymów. Warto dodać, że to co widzimy dziś to druga świątynia. Powstała jakieś 40 lat po pierwszej. Po tej oryginalnej pozostały jedynie resztki zabudowań. Ta obecna została umieszczona na liście stu najbardziej zagrożonych zabytków świata. Co ciekawe, to kościół wzorcowy, budowniczowie kolejnych na całym Kaukazie wzorowali się właśnie na nim.

Monastyr Dżwari
Monastyr Dżawari

Ze wzgórza, na którym znajduje się ten monastyr, rozciąga się wspaniały widok na całą Mcchetę. Stare miasto jest tu niewielkie, bardzo nastawione na turystów, z masą sklepików i kramów. Niemniej jednak wąskie, brukowane uliczki są bardzo urokliwe.

Monastyr Dżwari
Monastyr Dżwari

Uwaga praktyczna. Kobiety mogą wejść do świątyń tylko w chustach na głowie. Niby można je dostać przed wejściem (wielorazowego użytku), ale można też podróżować z własną.

Turystyczne centrum Mcchety
Turystyczne centrum Mcchety

Do Mcchety dość łatwo jest dojechać z Tblisi marszrutką. Szczerze warto tu się zatrzymać na trochę, choćby dla samych tych dwóch świątyń. Zaś jak jest więcej czasu można też skorzystać z lokalnych szlaków winnych.

Mccheta i rzeka Kura, widok z monastyru Dżwari
Mccheta i rzeka Kura, widok z monastyru Dżwari

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Inne podobne miejsca znajdziesz na szlaku religijnym
Mccheta
Szlak gruziński
Mccheta

Czechy: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Czech. Zweryfikowane ostatnio w październiku 2018.

Dojazd: Zależy od części kraju, ale zdecydowanie najwygodniej samochodem. Owszem są busy, nawet pociągi (ale np. z Wrocławia do Pragi nie ma bezpośredniego, trzeba z przesiadkami).

Wiza: Strefa Schengen, niepotrzebna.

Baza noclegowa: Wystarczająca. Co prawda w niektórych miejscach (np. okolice Czeskiej Szwajcarii) lepiej się posiłkować oddalonymi o np. 15 km miejscowościami, ale da się coś znaleźć. W okolicach letnich weekendów i różnych świąt może być trudno o wolne miejsca. Można szukać na np. Booking.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic szczególnego.

Waluta: Korona czeska (CZK). W niektórych miejscach blisko granicy akceptują albo Złotówki, albo Euro (częściej).

Płatności kartą i bankomaty: W porównaniu z Polską płatności kartą nie są szeroko rozpowszechnione. W wielu miejscach się da płacić, ale nie wszędzie. Lepiej jest mieć ze sobą gotówkę. Co prawda z roku na rok akceptowanie płatności kartowych (a także bezstykowych) wyraźnie się poprawia, ale wciąż jeszcze nie jest to norma.

Bankomaty powszechne.

Napiwki: Uznaje się je wręcz za oczywiste, są wyczekiwane, ale najczęściej nie są doliczane do rachunku.

Internet: Wifi powszechne, także w restauracjach.

Telefony: Unia Europejska, formalnie opłat roamingowych brak, ale firmy telekomunikacyjne szukają jak to sobie odbić.

Język: Czeski. W niektórych częściach lepiej znany jest niemiecki czy rosyjski, niż angielski. Można próbować mówić po polsku, czasem wygodniej dla rozmówców niż angielski. Zdarzają się przypadki, że sami o to proszą.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Coraz lepiej rozbudowana jest sieć kolejowa, jak również autostradowa, a co za tym idzie także autobusowa. Czechy jednak mają jeden istotny problem, kraj jest dość Prago-centryczny. Transport ze stolicą jest rozbudowany, ale do szybkiego podróżowania między różnymi częściami kraju najlepiej nadaje się samochód. Część dróg jest płatna za pomocą winiet, warto zweryfikować trasę pod tym kątem. Może się zdarzyć, że na trasie naszego wyjazdu płatny jest tylko niewielki fragment, który łatwo wyminąć. Ogólnie dobrze jest założyć, że dotyczą one autostrad oznaczonych literą D. To dość dobre przybliżenie. Szczegóły lepiej sprawdzić sobie wcześniej w sieci np. tutaj.

Winiety można kupić np. na stacjach benzynowych tuż za naszą granicą. Są trzy rodzaje: 10-dniowa, miesięczna i roczna.

Oznaczenia i drogowskazy: Raczej średnio zorganizowane. Są, bo są, jednak mapa/GPS daje więcej pewności. Oczywiście zależy to od miejsca.

Jedzenie wegetariańskie: Z lokalnych na pewno można kupić smażony ser z frytkami. Występuje dość powszechnie. Trudniej znaleźć knedle bez mięsa, ale też się da.

Warto przypomnieć, że jeszcze kilka lat temu, przed tak zwaną rewolucją piwną, prawie „obowiązkowym” elementem kosztowania czeskiej kuchni, były ich piwa. Koncerny wypadały dość dobrze w porównaniu z tymi z innych krajów, ale czasy się zmieniły, choć dla wielu piwo czeskie jest nadal synonimem dobrego.

Prócz piwa, Czechy słyną też z mocniejszych alkoholi, jak choćby ziołowa Beherowka .

Ludzie: W teorii mają żal do Polaków o interwencję w Czechosłowacji, czyli tak zwaną Operację „Dunaj” z 1968 roku. Czasem się o tym przypomina, ale w kontaktach z ludźmi dziś już się tego nie czuje. Jest biznes. Niektóre części Czech żyją z Polaków i to widać.

Bezpieczeństwo: Jak większość Europy Wschodniej, to raczej bezpieczny obszar. Owszem, warto zachować zdrowy rozsądek i tyle.

Klimat: Umiarkowany ciepły, na terenach górskich ostry.

Informacja turystyczna i mapy: Tego niestety nie ma za dużo. Czasem przy atrakcjach, jak w Czeskiej Szwajcarii dostaniemy bardziej folder reklamowy, niż typową mapkę.

Szlak czeski
Praktycznie

Karlowe Wary i kasyno Royale

Górskie uzdrowisko, kurort i miejsce słynnego międzynarodowego festiwalu filmowego, a jednocześnie plan zdjęciowy Jamesa Bonda. Mowa oczywiście o Karlowych Warach (cz. Karlovy Vary). To miasto bardzo ciekawe, niewielkie, acz różnorodne i piękne. Pełne pozostałości po poprzednim systemie, jak i jeszcze wcześniejszym, odwiedzane przez Rosjan i mocno wyróżniające się na tle Czech. Karlowe Wary to świetne miejsce na weekendowy wypad.

Widok na Karlowe Wary
Widok na Karlowe Wary

Historia Karlowych War

Nazwa miasta sięga aż połowy XIV wieku, kiedy król Karol IV (właściwie to Karol I, bo tak był znany jako król Czech, ale jednocześnie lepiej go pamiętamy jako Karola IV Luksemburskiego, cesarza Niemiec) zdecydował się założyć tutaj osadę zwaną Gorące Łaźnie koło Łokci. Karlowe Wary (niem. Karlsbad) to nazwa nadana później na cześć Karola IV, zdecydowanie bardziej zapadająca w pamięć. Pierwotna wersja zaś oddaje jedną z najważniejszy atrakcji tego miejsca, czyli wody. W XVI wieku wydano książkę opisującą zdrowotne właściwości tutejszych gorących źródeł. Niestety, wskutek katastrof (powodzie, pożary, wojna), miasteczko podupadło. Nowy początek dla Karlowych War nastał wraz z XVIII wiekiem, od tamtej pory Karlowe Wary cieszą się nieustającym zainteresowaniem kuracjuszy. Po drodze oczywiście była II wojna światowa, czy komunizm, ale dziś miasteczko ma się świetnie, rozwija się, zarówno jako sanatorium jak i miejscowość wypoczynkowa.

Rozwidlenie ulicy Trziste i kolumna Trójcy Świętej (miejsce widoczne w Bondzie)
Rozwidlenie ulicy Trziste i kolumna Trójcy Świętej (miejsce widoczne w Bondzie)

Karlowe Wary, festiwal i James Bond

Nim jednak zajmiemy się częścią uzdrowiskową, skupimy się wpierw na Bondzie. A tu istotna jest przede wszystkim jedna lokacja. Grandhotel Pupp to neobarokowy budynek powstały w latach 1896 – 1907, który był słynny zanim zagrał Hotel Splendide w Czarnogórze w filmie „Casino Royal” z 2006 roku. Pomijając Bonda, hotel ten jest mocno powiązany z kinematografią. Oczywiście za sprawą Międzynarodowego Festiwalu Filmowego, który rok w rok już od 1946 r. odbywa się w tym czeskim mieście, zaś Grandhotel Pupp gości sławy światowego kina.

Grandhotel Pupp

Na brukowanym placu przed wejściem jest pewna liczba kostek brukowych wykonanych z brązu z nazwiskiem sław (nie tylko świata kina i nie tylko XX wieku) i rokiem, w którym dana osobistość zabawiała w mieście i Grandhotel. Jest i oczywiście Daniel Craig. Nas ucieszyła podświetlana gablotka z informacją o tym, że tutaj kręcono „Casino Royal”. Obsługa pozwoliła nam także wejść do środka (poinformowaliśmy, że interesuje nas Bond) i zrobić zdjęcie w głównym holu. Wnętrza, cóż, onieśmielają przepychem. Swoją drogą, przy hotelu znajduje się też kasyno. Ono jednak rozczaruje fanów 007, te filmowe kręcono w praskim studio.

Grandhotel Pupp
Grandhotel Pupp

Młyńska Kolumnada i centrum

„Casino Royale” kręcono także w pobliskim Loket i Pradze, ale w Karlowych Warach nagrano jeszcze kilka innych scen. Nie tak istotnych, ale miejsca wciąż da się rozpoznać. Jedno z nich to Kolumnada Młyńska. Normalnie jest to miejsce, w którym można napić się leczniczych wód, w filmie zaś robi za okolice dworca kolejowego.

Grandhotel Pupp
Grandhotel Pupp

Krótsze ujęcia pojawiające się w filmie kręcono przy kolumnie Świętej Trójcy, a także łaźniach Kaiserbad. Choć w tym ostatnim przypadku ostatecznie scen nie użyto w filmie scen nagrywanych na zewnątrz. Wewnątrz zaś w Łaźniach I kręcono kasyno.

Wnętrza Grandhotelu Pupp
Wnętrza Grandhotelu Pupp

Hotel Bristol = Grand Budapest Hotel?

Karlowe Wary wywarły wpływ nie tylko na Bonda, ale także na „Grand Budapest Hotel” Wesa Andersona. Zdjęć nie kręcono tu wprost, ale inspiracja jest bardzo widoczna. Po pierwsze karlowarski Hotel Bristol stał się pierwowzorem filmowego hotelu. Fasada jest uderzająco podobna.

Pamiątkowy bruk/tabliczka przy Grandhotelu Pupp
Pamiątkowy bruk/tabliczka przy Grandhotelu Pupp

Jeleni Skok

Co ciekawe, na plakacie promującym film widać pomnik sporego jelenia. To znów inspiracja, w Karlowych Warach mamy Jeleni Skok, choć pomnik z pewnością nie jest tak okazały jak na plakacie. Sam Jeleni Skok – pomnik jelonka, taki trochę żart. Trudny do odnalezienia, łatwy do przeoczenia. Na zdjęciu tylko wygląda na wielkiego, w rzeczywistości to jest koźlątko górskie. Za to z góry roztacza się piękny widok na miasto.

Młyńska Kolumnada (Karlowe Wary)
Młyńska Kolumnada (Karlowe Wary)

Uzdrowisko w Karlowych Warach

Karlowe Wary to oczywiście w pierwszej kolejności uzdrowisko. Znajduje się tutaj aż 79 gorących źródeł o temperaturze wody od 41 do aż 73 stopni Celsjusza. Wodę można nabierać z ogólnodostępnych kraników, przy których jest wypisana temperatura. Jak to w takich miejscach bywa, wody nie pije się dla smaku. Niektóre są dość okropne, a pozostałe nie lepsze.

Młyńska Kolumnada udająca dworzec? (ze scen nie użytych w filmie, przechodzili tu Bond i Vesper)
Młyńska Kolumnada udająca dworzec? (ze scen nie użytych w filmie, przechodzili tu Bond i Vesper)

Uzdrowisko Karlowe Wary stało się modne zwłaszcza wśród Rosjan, dwukrotnie był tutaj nawet sam car Piotr I Wielki. To aż trochę dziwne, ale najczęściej słyszanym tutaj językiem, jest właśnie język rosyjski. W tym też języku zwracają się do nas domyślnie np. w knajpkach oraz w hotelu. Szyldy informujące o sprzedaży wartościowych nieruchomości są także w pierwszej kolejności zapisane w języku rosyjskim. Dla zaspokojenia potrzeb duchowych Rosjan, w XIX wieku wybudowano tutaj cerkiew św. Piotra i Pawła. Z zewnątrz robi większe wrażenie niż od wewnątrz, co akurat zauważyliśmy też w przypadku kościoła katolickiego. Obok cerkwi jest honorowy konsulat rosyjski. W pobliskim parku-lasku jest pomnik Karola Marksa ze świeżymi kwiatami. On też tutaj bywał.

Dom zdrojowy Łaźnie I (wnętrza kasyna, fasada ostatecznie nie użyta w filmie)
Dom zdrojowy Łaźnie I (wnętrza kasyna, fasada ostatecznie nie użyta w filmie)

Beherovka i kurort

Karlowe Wary to także miasto Beherovki – nalewki niemniej zdrowej od tutejszych wód, a o niebo lepszej. Są sklepy, a też małe muzeum poświęcone temu trunkowi i w mniejszej części jego twórcy – Janowi Beherowi.

Hotel Bristol - inspiracja dla Grand Budapest Hotel
Hotel Bristol – inspiracja dla Grand Budapest Hotel

Promenada i życie nocne

Główna promenada jest urokliwa, pełna niewymuszonej elegancji. Piękne są kamienice, piękne są budynki związane z infrastrukturą uzdrowiskową. Zwłaszcza te starsze, neobarokowe, bo nowsze może niekoniecznie, choć też aż tak nie rażą. Dalej, poza ścisłym centrum niestety widać piętno komunizmu, z jego brakiem wyczucia i estetyki.

Jeleni skok - kolejna inspiracja dla Grant Budapest Hotel
Jeleni skok – kolejna inspiracja dla Grant Budapest Hotel

Swoją drogą jak nie ma festiwalu filmowego, miasto nie żyje do późnych godzin wieczornych. Owszem spacerując blisko sanatoriów słychać tam imprezy przy muzyce, jednak na promenadzie nie ma prawie ludzi. Knajpy są szybko zamykane. O tym trzeba pamiętać, jeśli chcemy znaleźć coś do jedzenia. Ale pomimo to warto przejść się także promenadą, gdy zapadnie zmrok. Jedną z ciekawostek jest tu fontanna z gorącym źródłem, która paruje. Zaskakuje w dzień i w nocy.

Gorące źródło i naturalna fontanna
Gorące źródło i naturalna fontanna

Karlowe Wary to wyjątkowe czeskie miasto. Warte do zwiedzenia nie tylko przez wielbicieli kina. Zaś przy wejściu do Grandhotel Pupp można spędzić wiele czasu, czytając tabliczki pamiątkowe ze słynnymi gośćmi festiwalu i miasta. Bo przecież taki Goethe to raczej nie na festiwal filmowy przyjechał.

Źródła w uzdrowisku
Źródła w uzdrowisku

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak czeski
Karlowe Wary
Szlak filmowy
Karlowe Wary i kasyno Royale

U styku filmu i podróży