Archiwa tagu: Hobbit

Waitomo Glowworm Cave, jaskinia Ruakuri i świecące robaki

Jedną z najbardziej znanych nowozelandzkich atrakcji jest jaskinia Waitomo, słynąca ze świecących robaków, choć właściwie to bardziej larw. Owady te występują jedynie w jaskiniach, które są rozrzucone na obu wyspach Nowej Zelandii. Prawdę mówiąc łatwo się natknąć na nie w wielu miejscach (choćby w Fiordland), takie miejsca są raczej dobrze oznaczone i rozreklamowane. Jednak to właśnie Waitomo uchodzi za najsłynniejszą. Nie bez powodu, ale wpierw o samych insektach.

Wapień w Ruakuri

Mechanizm świecenia jest bardzo podobny do naszych świetlików (robaczków świętojańskich). Te jednak po pierwsze są chrząszczami, a po drugie świecą, by zwabić partnera. W Nowej Zelandii są to larwy muchówki z rodziny ziemiórkowatych, endemicznie tu występującej. Łacińska nazwa to Arachnocampa luminosa. Owad ten został opisany po raz pierwszy w drugiej połowie XIX wieku, gdy został zauważony przez pracowników kopalni złota. Cykl życia tych much nie różni się specjalnie od światowych krewnych: zaczyna jako jajko, większość życia spędza jako larwa czy inna poczwara, spędzając dnie (w tym przypadku 6 – 12 miesięcy) na jedzeniu lub szukaniu jedzenia. Gdy larwa przeobrazi się w dorosłą muchę, ostatnie kilka dni spędza na poszukiwaniu partnera i powiększeniu muszej rodziny.

Ruakuri

Co więc w nich ciekawego, że przyciąga turystów? Ano to świecenie: larwa osiąga kilka centymetrów długości i na swoim jednym końcu mocą bioluminescencji wytwarza światełko. Światełkiem tym przyciąga latające owady, które zabłądziły w ciemnych jaskiniach i teraz szukają światełka w tunelu. Żeby złapać obiad, larwy wytwarzają liczne lepkie nitki, które zwisają na dobre kilka centymetrów i gdy tylko coś się do nich przyklei, zostaje zaciągane do góry i zjadane. Larwy zamieszkują obszary w pobliżu podziemnych rzek i strumieni – tam najłatwiej o pokarm – i gdy poczują w powietrzu wibracje, zaczynają świecić mocniej, by zwabić ofiarę.

Świecące robaki

W jaskiniach Waitomo jest najwięcej „świetlików”. Gdy płynęliśmy łodzią przez podziemną rzekę, światełka na sklepieniu przypominały Mleczną Drogę. To właśnie ta rzeka, gdzie praktycznie tylko i wyłącznie owady rozświetlają ciemność, jest tym, co przyciąga tu turystów. To jeden z symboli Nowej Zelandii. Rejs łodzią i obserwowanie sklepienia robi fenomenalne wrażenie, tłumaczy popularność tego miejsca.

Podświetlone świecące robaki

A ta jest zauważalna. Olbrzymi Visitor’s Center ze sklepem i restauracją. Wycieczka wchodzi za wycieczką. Jaskinia została też przerobiona tak, by była łatwo dostępna, a przewodnicy starają się nie tylko tłumaczyć z czym mamy do czynienia, ale przede wszystkim być zabawni. Potem wsiada się na łódkę i płynie aż do wyjścia oglądając to, co najpiękniejsze. Zaiste warto, choć rejs nie trwa nawet 10 minut. Reszta to około 20 minut, może więcej, gdy się zagada przewodnika.

Skamieniałości z czasów, gdy te tereny były pod wodą

„Wai” znaczy tyle co strumień, „tomo” jaskinia. Maoryskie tłumaczenie nazwy to mniej więcej strumień wpływający do jaskini. Te wapienne jaskinie odkryto około roku 1887. Dokonali tego maoryski wódz Tane Tinorau i angielski geodeta Fred Mace. Wpłynęli do jaskini, zobaczyli świecące owady i zachwycili się, więc coraz częściej tu wracali. Z czasem Maorysi wyczuli w tym interes i zaczęli na tym zarabiać oprowadzając turystów. Nie nacieszyli się długo tą atrakcją, gdyż na początku XX wieku zainteresował się nią rząd, a następnie przejął. Po prawie stu latach jaskinie wróciły pod opiekę lokalnej społeczności Maorysów.

Ruakuri

W Waitomo nie można robić zdjęć. Wszystkie zrobiliśmy w pobliskiej jaskini Ruakuri. Ale oczywiście można sobie kupić zdjęcia. Jest specjalny greenscreen, na który się wchodzi, a resztę załatwiają spece od efektów. Tu nie tylko chodzi o biznes na zdjęciach, ale też zagwarantowanie przepływu ludzi i bezpieczeństwo na łodziach.

Ruakuri

Jaskinię Waitomo połączyliśmy jeszcze z drugą, wspomnianą już Ruakuri, zdecydowanie mniej popularną, mniej ludną, z mniejszą ilością świecących larw, ale przy tym ogólnie bardziej interesującą. Jest to najdłuższy kompleks jaskiń w obszarze Waitomo. Przez setki lat służył Maorysom jako miejsce pochówków, a nazwa pochodzi od maoryskiego określenia „psia nora” – Maorysi zauważyli, że u wejścia do jaskini zdziczałe psy mają swoje legowiska. Ze względu na świętość miejsca (od tych pochówków, nie od psów), zejście do jaskiń zaczyna się od imponującej spiralnej rampy. U jej podstawy znajduje się głaz piaskowca, obmywany przez wodę i światło, które dostają się ze świata zewnętrznego. Rytuał nakazuje obmyć w tej wodzie dłonie przed wejściem do jaskiń i przed powrotem na świat zewnętrzny.
Z ciekawostek warto wiedzieć, że Ruakuri jest jedyną jaskinią na południowej półkuli dostępną dla wózków inwalidzkich.

Ruakari

Jaskinie Ruakuri ozdobione są niezwykłymi formacjami stalaktytów, stalagmitów i innych dziwadeł utworzonych przez naturę. Podobnie jak w każdej innej jaskini, formacje te powstały przez kapanie i sączenie wody bardzo nasyconej minerałami, głównie wapniem. Tylko że tutaj mnogość i różnorodność tych narośli robi oszałamiające wrażenie. Ponadto wnętrza jaskini są efektownie oświetlone.

Ruakuri

Ta wycieczka jest zdecydowanie dłuższa, także z przewodnikiem. Tym razem trzeba poświęcić na nią dwie godziny. Mniejsza ilość osób, a także to, że kolejne tury nie wychodzą co 20-30 minut, sprawia, że odkrywanie tego miejsca było w naszym odczuciu zdecydowanie ciekawsze. Przewodnika zaś spotyka się na parkingu, nie ma żadnego Vistor’s Center.

Ruakuri

Wejściówki do Waitomo lepiej zarezerwować wcześniej. Można też kupić pakiet combo na dwie jaskinie lub jeszcze inną kombinację. Są tu też organizowane spływy i wspinaczki jaskiniowe, oczywiście dla zdecydowanie bardziej doświadczonych grotołazów. Bilety najlepiej zamówić bezpośrednio na stronie: Waitomo.com.

Zejście do Ruakuri

Należy go wydrukować, a potem zamienić na potwierdzony bilet w kasie. Tak to działa w Nowej Zelandii. Warto jednak wziąć poprawkę na stronę: jeśli działa wolno, lepiej spróbować za parę godzin, inaczej może nas czekać niespodzianka z przeskoczeniem dat. Da się to oczywiście odkręcić mailami, ale to trwa. Parkingi na miejscu oczywiście bezpłatne.

Waitomo

Fenomen świecących robaków to coś, na co w Nowej Zelandii zdecydowanie warto poświęcić trochę czasu. Waitomo jest ikoniczne, większej ilości owadów nie znajdziemy nigdzie indziej. Natomiast mniejszych jaskiń z muchówkami mijaliśmy na naszej trasie co najmniej kilka. Więc jeśli to miejsce jest za daleko od trasy, może warto skusić się na jakieś mniejsze? Zresztą Waitomo to tylko niecałe 3 godziny drogi z Auckland. Zaś na koniec filmowa ciekawostka. Otóż właśnie Waitomo nagrywano dźwięk jaskiń do „Hobbita” Petera Jacksona.

Szlak nowozelandzki
Waitomo Glowworm Cave i jaskinia Ruakuri
Share Button

Hobbiton, czyli jak zarabiać na planie filmowym

W żadnym innym kraju turystyka filmowa nie rozwija się tak dobrze jak w Nowej Zelandii. Jej filmowym sercem jest oczywiście Hobbiton Movie Set. Od razu wiedzieliśmy, że musimy tu dotrzeć. To zdecydowanie jedna z najlepiej rozpoznawalnych i utrzymanych lokacji filmowych nie tylko na antypodach, ale na całym świecie. Nic dziwnego, że przyciąga olbrzymie rzesze turystów, nie tylko fanów Tolkiena czy adaptacji Petera Jacksona, ale także ciekawskich. Można tu znaleźć ludzi, którzy o żadnym Śródziemiu nie słyszeli. To miejsce nie bez powodu jest obecnie jedną z najpopularniejszych, jeśli nie najpopularniejszą atrakcją Nowej Zelandii.

Znak powitalny

Hobbiton jest interesujący z jeszcze jednego powodu. Nowozelandczycy (czy może Kiwi jak sami siebie określają skrótowo) mają olbrzymi problem z własną kulturą, której nie ma zbyt wiele. Po wielu latach udawania, że jest inaczej,  widać obecnie duży zwrot w kierunku promowania języka i tradycji maoryskich. Ale tego jest mało. „Władca Pierścieni” (i w mniejszym stopniu „Hobbit”) wypełnia tę lukę. Niektórym miejscom w Nowej Zelandii nadaje się nieoficjalnie tolkienowskie nazwy, bardzo mocno promuje się lokacje filmowe. Są wycieczki zorganizowane przez różne firmy, można też przelecieć się samolotem z pilotem, który kręcił film. Ta część przemysłu nie wymaga licencji, ale są też takie na których zarabiają producenci filmu. Jest też przewodnik po miejscach, który napisał Ian Brodie, a właściwie przewodniki, bo w niektórych sklepach widzieliśmy kilka różnych edycji (ponad dziesięć, od kieszonkowej po albumową). Dodatkowo wiele z tych miejsc jest przynajmniej, gdzieś oznaczona (mapy Google’a, informacja turystyczna). Hobbiton dziś funkcjonuje samodzielnie. Owszem wywodzi się z filmu, ale jest autonomiczną i popularną atrakcją. Warto tu też jeszcze zauważyć jedną rzecz. W Nowej Zelandii to nie J.R.R. Tolkien jest twórcą „Władcy Pierścieni”, a Peter Jackson. Tu naprawdę prym wiodą filmy, które niesamowicie rozsławiły Nową Zelandię. To się naprawdę tu czuje. Tu jest Śródziemie.

Domek hobbicki

Ale nim je nakręcono, to nieopodal miejscowości Matamata była sobie farma rodziny Alexander (Family Alexander Farm). Liczyła ona 500 ha. Nie wyróżniała się niczym specjalnie, raczej jedna z wielu w okolicy. W 1998 Peter Jackson szukając plenerów filmowych przeleciał nad nią helikopterem. Spodobały mu się stawy i oczka wodne, świetnie umieszczone między pagórkami, w dodatku nie było tam żadnych linii energetycznych czy dróg. Przybył tu ze scenografami, a także słynnym ilustratorem dzieł J.R.R. Tolkiena Alanem Lee. Lee i Jackson uznali, że to miejsce jest takie bardzo swojskie, taki wykrojony fragment „merry England”, a gdzieś już pewnie Hobbici zaczęli kopać swoje norki.

Domek hobbicki

Pozostało dogadać się z rodziną Alexander. Wpierw prośba ich zaskoczyła, nie do końca wiedzieli, czego się spodziewać. Z ich strony przedsięwzięciem pokierował Russell Alexander, który dość szybko zrozumiał, że życie jakie znali dobiegnie końca. On też prowadzi to miejsce do dziś, nadał mu też aktualny kształt. Podobno początkowo kazali filmowcom przyjść później i zabrać całą dekorację, ale z czasem doszli do ostatecznego porozumienia.

Pagórek ze sztucznym drzewem

Prace nad lokacją zaczęły się w 1999. W kopaniu hobbickich norek pomagała nowozelandzka armia. I chociaż w zamyśle twórców Hobbiton nie miał przetrwać wiele dłużej niż czas potrzebny na zdjęcia, to jednak fronty norek powstały z dość trwałych materiałów.  Najwięcej roboty było z roślinami. O ile kwiaty czy warzywa trzeba tylko zasadzić wcześniej, o tyle z drzewami jest więcej problemów. Klimat nowozelandzki jest taki, że europejskie drzewa takie jak śliwy czy jabłonie, rosną bardzo szybko i dodatkowo pną się w górę. To nie jest do końca to, czego oczekiwali filmowcy. Zwłaszcza, że Hobbiton mieli wykorzystać więcej niż raz. Musieli zatem znaleźć odpowiedniki, które na filmie będą mogły udawać kształty znanych Europejczykom drzew. Owoce zawsze można powiesić sztuczne, w filmie tego nikt nie zauważy.

Norki

Okazuje się także, że część drzew była sztuczna. Przede wszystkim to, które znajduje się nad domem Bilba. Z różnych powodów nie dało się tam posadzić drzewa, zwłaszcza na szybko.

Norka Bilba i Froda

Po zakończeniu prac nad „Władcą Pierścieni” Russell Alexander po raz pierwszy otworzył to miejsce dla turystów w 2002. Wcześniej fani i tak zaczęli tu przyjeżdżać sami. Russell oczywiście miał podpisane odpowiednie umowy, do których jeszcze wrócimy. W każdym razie utrzymywał to miejsce, sprawił, że żyło, a co jeszcze bardziej istotne, zaczęło się popularyzować.

Słynny napis

W 2010 roku na potrzeby serii „Hobbita”, plan musiał zostać zrekonstruowany, trochę też rozbudowany. Zastosowano bardziej trwałe materiały, także z myślą o turystach. Nie budowano jednak wszystkiego od nowa. Zaś ponieważ już wtedy o Hobbitonie można było coś czasem przeczytać, utrzymywanie tego miejsca zaczęło się zwracać z nawiązką.

Polana na której świętowano urodziny Bilba

Dziś w Hobbiton Movie Set można podziwiać 44 hobbickie norki, przy czym tylko do kilku da się wejść (przewodnik wpuszcza swoją grupę tylko do jednej). I w sumie żadna strata, bo wnętrza i tak były kręcone w studio w Wellington. Zaś w norkach wiele miejsca nie ma. Właściwie tylko tyle, by móc schować tam aktora, który przechodzi przez drzwi. Nic więcej. Żadnej dekoracji, podłogi, nic. Zwykły plan filmowym, który nie zostaje uwieczniony w kadrze.

Drogowskaz

Urzeka widok na wzgórza usiane okrągłymi drzwiami i oknami, z zadbanymi obejściami. Hobbiton jest bardzo zadbanym miejscem, dopracowanym w najdrobniejszych szczegółach. Cieszą detale zapamiętane z filmów i takie detale, na które nie zwraca się świadomie uwagi, ale budują klimat miejsca. No i roślinność, w jej utrzymanie wkładane jest dużo pracy i to widać. Sprawia to, że jest to miejsce magiczne.

Dom Sama Gamgee

Można się natknąć też na zasłonięte norki. To efekt braku porozumień w sprawie praw autorskich. Przewodnicy starają się jednak tak prowadzić wycieczki, by te zamknięte norki nie wpadały zbytnio w oko.

Gospoda pod zielonym smokiem
Wnętrza gospody

Oczywiście jest i gospoda i sklep. W Gospodzie pod Zielonym Smokiem (Green Dragon Inn) pierwsza kolejka jest na koszt firmy (piwo lub lemoniada). W sklepie przy wejściu na teren lokacji można się obłowić w pamiątki z „Władcy Pierścieni” i „Hobbita”.

Most i młyn

Hobbiton przyciąga rzesze turystów, dlatego warto zarezerwować sobie wycieczkę wcześniej na stronie HobbitoTours. Samo zwiedzanie Hobbitonu trwa dwie godziny. Grupy zawsze prowadzi przewodnik. Na wspomnianej wyżej stronie można zamówić sobie wycieczkę wyruszającą z Matamaty bądź Rotoruy, można też kupić dojazdowe z innych miejsc. Jeśli dysponujemy samochodem to najlepszym (i najtańszym) rozwiązaniem jest Shire’s Rest. To już fragment farmy rodziny Alexander, tu znajduje się olbrzymi parking i sklep. Zresztą autobusy i tak tu dojeżdżają.

Ogródki

Istotne jest też to, że nawet jeśli zamówimy wejściówkę na jakąś godzinę, to trzeba mieć wydrukowane potwierdzenie, ale wcześniej i tak należy je zamienić na bilet w kasie. Mogą wymienić na wcześniejsza godzinę, jeśli są miejsca.

Staw i kolejne norki

Sam Hobbiton zdecydowanie zasługuje na magiczną sławę, która wokół niego narosła. Niby to tylko plan filmowy, na którym widać dużo plastykowych rekwizytów. Ale oczarowuje i to bardzo. No i przede wszystkim dzięki zmysłowi biznesowemu i rzeszom turystów, prosperuje.

Rzeźba Golluma w Shire’s Rest

Jeśli podobał Ci się wpis, zobacz inne na szlaku nowozelandzkim, lub filmowym.

Szlak nowozelandzki
Hobbiton
Szlak filmowy
Hobbiton
Share Button