Archiwa tagu: jezioro

Nankin, konfucjanizm i przegląd historii Chin

Choć reżim komunistyczny w Chinach dopuścił się niejednej zbrodni, to chyba za największy nowożytny mord w Państwie Środka odpowiadają Japończycy. Mowa oczywiście o masakrze nankińskiej (lub gwałcie nankińskim). Nankin (chin. 南京) to jednak miasto dużo starsze, związane z rodzącym się konfucjanizmem w czasach cesarskich, także później z Republiką Chińską i wreszcie czasy komunistyczne. Sprawia to, że miasto samo w sobie jest bardzo interesującą mieszanką.

Nankin, schody do świątyni.
Nankin, schody do świątyni.

Masakra nankińska

Lata 30. XX wieku były dość burzliwym okresem w Chinach. Z jednej strony Japonia już zdążyła utworzyć marionetkowe państwo Mandżuko, na czele którego stanął ostatni cesarz Chin – Puyi. Z drugiej rozgorzało komunistyczne powstanie przeciw rządom Kuomintangu i Czang Kaj-Szeka. To właśnie wykorzystali Japończycy, atakując Chiny. Japończycy podobno zostali ostrzelani przez komunistów, ale był to tylko pretekst do wypowiedzenia otwartej wojny i inwazji. Dowodzący wojskami japońskimi generał Iwane Matsui, po podbiciu innych miast (w tym praktycznie zrównaniu Szanghaju) dotarł do ówczesnej stolicy Nankinu. Dał władzom ultimatum. Poddać się w ciągu 24 godzin albo rozpocznie zmasowany atak. Ten trwał nawet po wycofaniu się wojsk chińskich z Nakinu. Wtedy zaczęto mordować jeńców i cywili. Szacuje się, że mogło tu zginąć prawie 400 tysięcy osób. Trwało to przez 6 tygodni, poza mordowaniem dokonywano także zbiorowych gwałtów, nie oszczędzając nawet małych dziewczynek.

Okropieństwa tych mordów polegają nie tylko na liczbach, ale też podejściu do ludzi. Japończycy w 1937 potrafili nawet organizować sobie zawody w mordowaniu. Niektóre z nich, jak zmagania podporuczników Mukai Toshiaki i Noda Takeshi, którzy ścigali się, który pierwszy z nich zabije 100 Chińczyków, były relacjonowane w lokalnej prasie.

Pozostałości po starożytnych szkołach w Nankinie
Pozostałości po starożytnych szkołach w Nankinie

W mieście dziś znajduje się mauzoleum ofiar wojny. Chińczycy pamiętają o tym, ale nie eksponują tak mocno swojej tragedii jak innych elementów historii Nankinu. Niemniej jednak temat masakry jest wciąż bardzo drażliwy, zwłaszcza, że Japończycy niechętnie o tym chcą pamiętać. W tym kontekście tragedia Hiroszimy czy żywe wspomnienia inwazji na Okinawę i rozpamiętywanie ich bardzo przypomina kwestię Drezna i nieuzasadnionych zniszczeń odwetowych.

Stare Miasto w Nankinie
Stare Miasto w Nankinie

Nankin i cesarskie Chiny

Nankin to bardzo stare miasto i warto o tym pamiętać. Było jedną ze stolic państw chińskich, zanim doszło do zjednoczenia w czasach dynastii Qin. Potem wiele razy przenoszono tu stolicę cesarstwa. Miało wiele nazw – Jianye, Jiankang czy Jinling. Obecna znaczy tyle, co południowa stolica. W VI wieku miasto zostało zniszczone, ale potem na nowo rozwijało się w czasach dynastii Tang czy Ming. Przez lata Nankin był ważnym miastem w cesarstwie. Tu znajdowały się choćby szkoły urzędnicze i rozwijał konfucjanizm. Szkolnictwo dziś zostało uwiecznione w starym mieście, ale warto pamiętać, że także i dziś jest to bardzo ważny, chiński ośrodek akademicki.

Nankin nocą
Nankin nocą

W czasach dynastii Ming powstały między innymi mury miejskie. Prawdopodobnie to największe mury na świecie w momencie powstania i długo potem, liczyły sobie aż prawie 34 km długości. Oczywiście przy Wielkim Murze (starszym o prawie 1500 lat), ta długość nie robi wrażenia, ale jak się porówna z innymi miastami, także w Europie, to i owszem. Dziś część z tych umocnień jest do zwiedzania. Po Mingach zostało także mauzoleum Ming Xiaoling. Przypominają trochę Grobowce Mingów znajdujące się w okolicach Pekinu.

Nankin, pomniki upamiętniające dawny system nauczania
Nankin, pomniki upamiętniające dawny system nauczania

Stare Miasto i ośrodek akademicki

Warto poświęcić trochę czasu na dawny Nankin. To tu właśnie można natknąć się zarówno na przepiękne stare budynki, jak i pamiątki po dawnych urzędniczych szkołach. Można zobaczyć jak wyglądało szkolenie oraz w jakich warunkach odbywały się egzaminy. Jest tu wiele pomników ukazujących dawne nauczanie. Osoby poddawane urzędniczym egzaminom były zamykane w małych klitkach i siedziały tam czasem nawet podobno do 40 godzin, zdając kolejne testy. Dziś Nankin także jest ośrodkiem uniwersyteckim, ale już trochę innego rodzaju. W Starym Mieście zlokalizowane są też różne targowiska.

Konfucjusz w jednej ze świątyń (Nankin)
Konfucjusz w jednej ze świątyń (Nankin)

Nankin i konfucjanizm

Konfucjusz mocno naznaczył Nankin. Choć sam filozof żył w czasach sprzed zjednoczenia Chin, na przełomie VI i V wieku p.n.e., to jego przemyślenia ukształtowały cesarstwo. Stały się wykładnią, tak pieczołowicie powtarzaną, iż przeistoczyły się w religię. W 1034 roku zbudowano świątynię Fuzimiao.

Pomnik Konfucjusza
Pomnik Konfucjusza

Jeśli patrzeć teologicznie, trudno rozróżnić czy konfucjanizm to religia czy filozofia. Raczej należałoby wskazać, iż filozofia z pewnym poglądem na życie po śmierci. To wystarczyło, w Chinach zatarła się ta granica. Konfucjusz jest jednym z kolejnych bożków. Efekt jest taki, że ludzie faktycznie załatwiają sprawy (a raczej składają ofiary w pewnych intencjach) w świątyni taoistycznej, buddyjskiej i konfucjańskiej. Któryś z bogów pomoże, a wszyscy powinni zostać dopieszczeni.

Mauzoleum  doktora Sun Jat-Sena (Nankin, Chiny)
Mauzoleum doktora Sun Jat-Sena (Nankin, Chiny)

Mauzoleum Sun Jat-sena w Nankinie

Jednym z największych kuriozów komunistycznych Chin jest mauzoleum Sun Jat-sena. Doktor Sun Jat-sen to pierwszy prezydent Republiki Chińskiej, na Tajwanie wciąż uznawany za ojca narodu. Twórca Kuomintangu, odegrał istotną rolę w obaleniu dynastii Qing. W Chińskiej Republice Ludowej uznawany jest jednak za prekursora demokracji ludowej, tym samym można o nim wspominać.

Doktor Sun Jat-sen, założyciel Republiki Chińskiej
Doktor Sun Jat-sen, założyciel Republiki Chińskiej

Mauzoleum Sun Jat-sena ma 8000 metrów kwadratowych. Wykonano je według tradycji cesarskich, ale jednocześnie trochę unowocześniono. W oczy bardzo rzucają się schody, które prowadzą do głównego grobowca. Jest ich prawie 400, więc jest to niezła trasa do pokonania.

Mauzoleum Sun Jat-sena
Mauzoleum Sun Jat-sena

Most na rzece Jangcy (Nankin)

Z czasów komunistycznych najważniejszym zabytkiem jest most na rzece Jangcy. Otwarty w 1968 roku, liczy sobie jakieś 5 km długości. Ma dwa poziomy: drogowy i kolejowy, a także miejsca do zwiedzania (przede wszystkim widokowe i małe muzeum, oczywiście komunizmu). Swoją drogą jest to jedno z nielicznych miejsc w Chinach, gdzie taką twardą pozostałość po komunizmie można normalnie zobaczyć. Pomijając Pekin, dziś w wielu miejscach socrealistyczne pomniki czy zabudowa zostają zastąpione nowoczesnością.

Pomnik Mao Tse Tunga przy moście
Pomnik Mao Tse Tunga przy moście

Od 2006 roku most słynie z innego powodu. Wyprzedził Golden Gate Bridge w San Franciso i stał się najchętniej wybieranym mostem przez samobójców, by z niego skoczyć. Niechlubny rekord.

Most na rzece Jangcy
Most na rzece Jangcy

Jezioro Xuanwu w Nanikinie

Będąc w Nankinie warto też przejść się w okolice jeziora Xuanwu, zwłaszcza wieczorem. To właśnie tam wylegają Chińczycy, by bawić się na ulicy. Uświadczymy tu karaoke i masę innych zabaw, a przede wszystkim prawdziwych ludzi. Jezioro to jest bardzo ważne ze względu na legendy, podobno mieszkał w nim kiedyś czarny smok.

Gong w świątyni
Gong w świątyni

Najnowszą atrakcją Nankinu, której nie widzieliśmy bo otwarto ją dopiero w 2015, jest porcelanowa wieża. Oryginalna pochodzi z 1412 roku. Uznawano ją za jeden z cudów świata, pojawiła się też w „Rajskim ogrodzie” Hansa Christiana Andersena. Zniszczono ją ostatecznie w 1856 (wcześniej ucierpiała podczas powstania tajpingów). W 2010 podjęto próby odbudowania jej, zakończone sukcesem. To też ładnie ukazuje burzliwą historię tego miasta, zdecydowanie ciekawszego niż wspomniana już Hiroszima.

Jezioro Xuanwu i widok na Nankin
Jezioro Xuanwu i widok na Nankin

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak chiński
NankinXian

Park Narodowy Jezior Plitwickich (Jeziora Plitwickie)

Chorwacja zachwyca wspaniałym wybrzeżem Adriatyku, interesującą architekturą, ale przyrodniczą perłą w koronie jest bez wątpienia Park Narodowy Jezior Plitwickich (chor. Nacionalni park Plitvička jezera), czasem zwane Plitwicami (Plitvice). Jeziora Plitwickie to imponujące miejsce spacerowe bez wątpienia wyróżniające się nie tylko w Chorwacji, ale w skali światowej. Jedyny minus to ogromne ilości turystów. Ale nawet jeśli mamy stać i czekać na swoją kolej, by zrobić zdjęcie, czy przejść, to i tak warto.

Piękna woda w jeziorach Plitwickich
Piękna woda w jeziorach Plitwickich

Park Narodowy Jezior Plitwickich

Plitwice zajmują obecnie obszar prawie 30 tysięcy hektarów. Park rozciąga się na 8 km, jezior zaś w sumie jest tu 16. Na listę światowego dziedzictwa UNESCO zostały wpisany w 1979 roku, zaś już od 1949 są obszarem chronionym. Do parku prowadzą cztery różne wejścia, przy każdym z nich znajduje się płatny parking. Parking to trochę dużo powiedziane. Część miejsc faktycznie jest przygotowanych, ale reszta to po prostu droga prowadząca w las, gdzie można legalnie postawić samochód. Niełatwo o miejsce postojowe; widać dużo rejestracji z Polski, czy wiele innych spoza Chorwacji.

Trasa między wodospadami
Trasa między wodospadami

Jeziora Plitwickie znajdują się na obszarze masywu górskiego Mała Kapela, części Gór Dynarskich. Te jeziora z nazwy parku to dwa zespoły jezior: Jeziora Górne (jest ich 12) i Jeziora Dolne (w sumie 4), które są połączone ze sobą trawertynowymi kaskadami. Na nich utworzyły się zjawiskowe wodospady – jest ich ponad 90! Za to aż 80% parku jest porośnięte lasem (głównie bukowym).

Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie

Zwiedzanie Jezior Plitwickich

Podobnie jak w Parku Narodowym rzeki Krka, tak i tutaj duża część drogi prowadzi drewnianymi kładkami, a część z nich jest zalana z uwagi na wysoki stan wody.
W maju pogoda była trochę w kratkę, co widać na zdjęciach: trochę przejaśnień i trochę mżawki. Ale z drugiej strony ta pogoda „przerzedza” ilość osób, a ich tu i tak było sporo.

Jeden z wodospadów
Jeden z wodospadów

Jeziora Plitwickie – inne atrakcje

W Parku Narodowym Jezior Plitwickich jedna z odnóg szlaku prowadzi do jaskini krasowej. Rzekomo zamieszkanej przez nietoperze. Myśmy nie wypatrzyli żadnego, może dlatego że to miejsce jest naprawdę tłumnie odwiedzane przez turystów – w sezonie nawet kilka tysięcy osób dziennie – i nietoperze przeniosły się w spokojniejsze miejsca. Za to w rzece zauważyliśmy raki – znak, że woda jest naprawdę czysta. Prócz raków jest tu wiele ptaków, żab, ale to też ciekawe miejsce na obserwowanie rybich ławic.

Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie
Jaskinia krasowa
Jaskinia krasowa

Najsłynniejsze widoki Plitwic

Chyba najbardziej efektowny widok – i jeden z bardziej znanych widoków z Chorwacji. Z położonej wyżej ścieżki widać zjawiskowe trawertynowe kaskady. Różnica wysokości tafli Górnych i Dolnych jezior wynosi 153 metry – taką różnicę poziomów pokonują liczne wodospady na potoku łączącym obie grupy jezior. Tutaj znajduje się także najwyższy w Chorwacji wodospad: Vielki Slap o wysokości prawie 80 metrów. Tworzy go opływający park potok Plitvicki spadający w głęboką nieckę.

Szlak w Parku Narodowym Jezior Plitwickich
Jeziora Plitwickie
Vielki Slap (Jeziora Plitwickie)
Vielki Slap (Jeziora Plitwickie)

Poruszanie się po PN Jezior Plitwickich

Park jest dość spory, a przechodzenie od jednego miejsca do drugiego może zająć zbyt wiele czasu, więc są tu ułatwienia. Z jednej strony między parkingami i wejściami kursuje „pociąg” (czy raczej ciągnik). Z drugiej po jeziorach mamy stateczki-promy. Pozwala to na zrobienie na spokojnie w jeden dzień obu głównych tras.

Kaczor i ryby
Kaczor i ryby

Część trasy odbywa się takimi stateczkami-promami jak na zdjęciu poniżej. Nie jest to konieczne, ale przydatne. Zwłaszcza przemieszczanie się między górnymi i dolnymi jeziorami może być czasochłonne, zaś droga nie jest już tak atrakcyjna. Trasę tę można też przejechać.

Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie

Trasy i dojazd do Jezior Plitwickich

Są dwa wejścia do Parku. Nr 1 znajduje się na północy, nr 2 bardziej na południu. Wiele opisów w sieci sugeruje, że bardziej optymalne jest wejście nr 1, bo znajduje się bliżej Vielkiego Slapu i najważniejszych atrakcji. Zaiste, zwłaszcza jak na park nie poświęcamy większości dnia, a tylko jego część, to faktycznie optymalne rozwiązanie. My jednak zrobiliśmy na odwrót. Zaczęliśmy przy wejściu nr 2 i obejrzeliśmy wpierw górne jeziora, które przypominają trochę to, co już widzieliśmy parku rzeki Krka. To nadal piękne miejsce, ale zgodnie z większością opinii, górne jeziora (okolice wodospadu) są faktycznie bardziej atrakcyjne i unikalne. Więc mając więcej czasu, u nas był to prawie cały dzień na ten park, najlepsze zostawiliśmy sobie na koniec.

Jeziora Plitwickie
Jeziora Plitwickie

Jeziora Plitwickie a wojna

Park Narodowy Jezior Plitwickich to naprawdę bajeczne miejsce, ale nie uchroniło go to przed okrucieństwami wojny. Podczas rozpadu Jugosławii to właśnie tutaj zginęła pierwsza ofiara wojenna. Chorwacki milicjant, który został zabity przez serbskich żołnierzy. Serbska okupacja tego miejsca trwała pięć lat. Szczęśliwie dziś można się cieszyć bez przeszkód tym pięknym miejscem.

Kaskady w Plitwicach
Kaskady w Plitwicach

Wejściówki do Plitwic

Ceny i godziny otwarcia warto sprawdzić na stronie parku (bilety można rezerwować tutaj i jest to bardzo dobra opcja, bo obecnie ilość zwiedzających dziennie Jeziora Plitwickie została ograniczona do 10 tysięcy). Zaś podobnie jak w wielu innych miejscach, tu także warto być rano, by ominąć tłumy ludzi. Wybierając się na przechadzkę, warto pamiętać o czymś do przekąszenia oraz o wodzie (choć pewnie tamtą wodę można pić bezpiecznie).

Słynny widok na Plitwice
Słynny widok na Plitwice

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak chorwacki
PN Jezior PlitwickichSzybenik

Rotorua, czyli turystyczne centrum Nowej Zelandii

Choć w Nowej Zelandii jest wiele fascynujących miejsc, turystyczne serce tego kraju bije w miejscowości Rotorua. Tu przybywa najwięcej odwiedzających, zarówno tych, którzy chcą poznać tutejszą fascynującą naturę (stąd blisko choćby do  źródeł geotermalnych), jak i takich, którzy szukają zabawy. Już dojeżdżając do Rotoruy rozbawił nas Zombieland. Tak, tego typu atrakcji jest w okolicy kilka, może to nie Disneyworldy (Orlando się kłania), ale zawsze. Zresztą Kiwi też potrzebują mniej wyszukanych rozrywek. Oprócz tego, Rotorua to także ważny ośrodek kultury maoryskiej. To wszystko sprawia, iż miasto to jest dużym i istotnym ośrodkiem turystycznym antypodów, który trudno pominąć.

Geotermalne zjawiska w Parku Kuirau
Geotermalne zjawiska w Parku Kuirau

Maoryska Rotorua

Nazwa maoryska to Te Rotorua-nui-a-Kahumatamomoe. Samo „Rotorua” znaczy tyle, co drugie jezioro. Wiąże się z tym historia wodza Maorysów imieniem Ihenga. Był on odkrywcą i odkrył to wielkie jezioro jako drugie. Zadedykował je na cześć swojego wuja Kahumatamome, a że nazwa ta jest dość trudna do zapamiętania przez turystów, została Rotorua.

Wejście do Eat Streat (czyli Food Court)
Wejście do Eat Streat (czyli Food Court)

Samo miasto, położone w kalderze wulkanicznej, nad jeziorem Rotoura i nieopodal wulkanu Tarawera, jest także pełne zjawisk geotermalnych. Nie trzeba się stąd ruszać. Do najbardziej odczuwalnych, i to dosłownie, należą gorące źródła siarkowe. Do 1886 roku działało tutaj sanatorium z gorącymi źródłami, jednak po pamiętnej erupcji wulkanu Tarawera temperatura wód wzrosła tak, że najczęściej jest zbyt wysoka, by móc się w nich kąpać.

Kuirau Park
Kuirau Park

Źródeł nie trzeba szukać daleko. W samym centrum znajduje się Park Kuirau, tam za darmo można sobie obejrzeć gorące źródła, bulgoczące błota, a nawet parujące rozlewisko. Trudno je nazwać stawem, czy jeziorem, niemniej jednak robi  wrażenie. Zwłaszcza dzięki parze wodnej, przez którą przebijają  promienie słońca. Wszystko jest ogrodzone, by nikt sobie nie zrobił krzywdy, ale po pomostach można przejść także przez sam środek parujących wód. Przy dobrej pogodzie, słonecznej i wietrznej robi to fenomenalne wrażenie.

Jezioro Rotorua jest pełne ptactwa i czasem samolotów
Jezioro Rotorua jest pełne ptactwa i czasem samolotów

Haka i wioska Maorysów

Do Rotoruy przybyliśmy z dwóch powodów. Pierwszy to baza wypadowa do jednej z największych atrakcji kraju, parku Wai-o-tapu, który znajduje się około 30 km stąd. Drugi to właśnie kultura maoryska. W Rotorzue mamy kilka maoryskich wiosek, a w nich pokazy kulturowe. Niestety miejscowość jest na tyle popularna, że warto sobie zarezerwować taki pokaz wcześniej. Liczyliśmy na to, że zobaczymy coś wieczorem (skoro byliśmy jeszcze przed sezonem), niestety wszystkie miejsca były już wyprzedane. Szczęśliwie udało się załatwić wejście do Te Puia, które łączy wioskę maoryską z innymi atrakcjami. Przyjechaliśmy tam z samego rana, by na kupić bilet. O ile do samego Te Puia można wejść i siedzieć ile się chce, na pokaz tańca i śpiewu są wejściówki godzinowe. Więc uwaga praktyczna: na pokaz lepiej sobie załatwić bilety wcześniej, w sezonie nawet na tydzień czy dwa. Bez problemu nabędziemy je przez internet. Te Puia też ma swoją stronę.

Maorysi tańczący hakę
Maorysi tańczący hakę

Maoryska wioska znajduje się w parku Whakarewarewa, w skrócie Whaka. Właściwie jest to dawna maoryska forteca – Te Puia, istniejąca od 1325 roku. Nigdy  jej nie zdobyto podczas bitwy. Jej mieszkańcy od wieków wykorzystywali obecność źródeł geotermalnych do ogrzewania, leczenia i nawet gotowania potraw. Dziś gości turystów na rozmaitych pokazach, w tym także jest okazja, by zobaczyć słynną maoryską hakę. Haka to tradycyjny taniec, wykonywany niegdyś przez wojowników przed bitwą, dziś bardziej się kojarzy z wydarzeniami sportowymi. Warto też zauważyć, że akurat Te Puia jest dość mocno turystyczna. Pokaz kulturowy nie trwa zbyt długo, a w dodatku turyści są wciągani do zabawy. Takie są reguły gry.

Skansen maoryski
Skansen maoryski

Uwspółcześniony marae
Uwspółcześniony marae

Pokaz odbywa się w tradycyjnym maoryskim domu spotkań zwanym marae. Oczywiście został on dostosowany do przyjmowania turystów, jest tu wiele miejsc do siedzenia, zaś całe przedstawienie odbywa się na scenie. Niemniej jednak właśnie okolice marae z zewnątrz to takie najbardziej tradycyjnie, charakterystyczne zabudowania maoryskie, jakie mogliśmy zobaczyć. Da się tu zobaczyć także, jak wygląda tradycyjne rzemiosło maoryskie.

Gejzer Pōhutu
Gejzer Pōhutu

Gejzery i wulkany błotne

W centrum terenu parku Whaka i twierdzy Te Puia znajduje się kompleks gejzerów – Geyser Flat. Jest to wzniesienie powstałe przez osadzanie substancji mineralnych wyrzucanych z gejzerów. A tych jest kilka, połączone są one w skomplikowany system, gdzie gejzery mają wpływ jeden na drugi, a ich erupcje są powiązane. Aktywność ich zmieniała się na przestrzeni lat w zależności od aktywności wulkanicznej i poziomu wód. Jeden z tych gejzerów jest obecnie największym w Nowej Zelandii (). Faktycznie robi bardzo dobre wrażenie.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Znajdziemy tu też baseny z błotem i inne podobne atrakcje, w tym wulkany błotne, acz nie tak okazałe jak te w Alat. Czyli taki geotermalny park w mniejszej skali. Jeszcze jedną atrakcją tego centrum jest możliwość obejrzenia ptaków kiwi. Niestety jak to wszędzie bywa, tylko w nocnym środowisku. W każdym razie dla samego gejzeru Pohutu warto się tu wybrać.

Te Puia (Rotorua)
Te Puia (Rotorua)

Las sekwojowy

Jest jeszcze mała dodatkowa atrakcja niedaleko Rotoruy – las sekwojowy z zawieszonymi ścieżkami. Sekwoje kalifornijskie zostały sprowadzone na początku XX wieku i miały zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na surowiec drzewny. Dziś Nowa Zelandia jest jednym z największych producentów surowca drewnianego. Metodą prób i błędów zaszczepiano obce gatunki i okazało się, że właśnie sekwoja kalifornijska dobrze znosi tutejszy klimat i glebę. Przy tym rośnie szybciej i na mniejszą wysokość niż „u siebie”, przez co drewno ma mniejszą gęstość i twardość. Sposób zarządzania lasami pod cele gospodarcze wygląda inaczej niż u nas: na potrzeby człowieka wycina się całe nasadzone lasy i na ich miejsce dokonuje nowych nasadzeń całego lasu.

Treewalk między sekwojami
Treewalk między sekwojami

W obrębie Rotoruy znajduje się też maoryska dzielnica Ohinemutu. Na pierwszy rzut oka wygląda dość normalnie, bardzo nowodzelandzko. Właściwie gdybyśmy nie wiedzieli, to nie zwrócilibyśmy uwagi, nie licząc kilku wyróżniających się budynków i ozdób. Dopiero dokładniejsza eksploracja zdradza sekrety tego miejsca. Jednak to nie jest muzeum. Samo miasteczko jest dość typowe, nie wyróżniające się. Owszem mamy tu nawet ulicę z knajpami, czy prężnie działające biuro informacji turystycznej, ale to miejsce ratują dodatkowe atrakcje. No może z wyjątkiem spaceru nad brzegiem jeziora, ten potrafi obronić się sam.

Ścieżka między sekwojami od dołu
Ścieżka między sekwojami od dołu

Jeśli szukamy noclegu, to mamy w czym wybierać. Cześć hoteli oferuje możliwość kąpania się w gorących źródłach. Inne zaś oferują kuchnię hangi (maor. hāngī). To tradycja przywieziona z Polinezji. Tam jedzenie zawijano w liście, gotowano/pieczono na gorących kamieniach zakopanych w jakiś dołach. Obecnie hangi trochę się zmieniło, więcej tu choćby folii aluminiowych czy normalnych przyrządów kuchennych, zaś do gotowania wykorzystuje się gorące źródła.

Ohinemutu
Ohinemutu

Zagłębie turystyczne Nowej Zelandii

Warto zauważyć, że z Rotoruy wyruszają wycieczki do innych ciekawych miejsc, w tym Hobbitonu czy Tongariro. Prawie wszystko da się stąd zorganizować, na tym polega magia turystycznego ośrodka.

Rotorua: Te Puia
Rotorua: Te Puia

Przez Rotoruę wiedzie wiele wycieczek przez Nową Zelandię, tak tych zorganizowanych, jak i na własną rękę. Trudno się dziwić. To miejsce żyje z turystyki, a jednocześnie ma bardzo wiele atrakcji skierowanych do różnych odbiorców. Łączy w sobie cechy kurortu, muzeum, skupiska atrakcji wymyślnych przygotowanych przez człowieka, jak i przyrodniczych. Więc każdy pewnie znajdzie tu coś dla siebie.

Gejzer w Te Puia
Gejzer w Te Puia

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Rotorua

Wadi Bani Khalid, kanion w Omanie

Wadi to formacja geologiczna: wąwóz, często głębokie wyschłe koryto rzeki. Opisywaliśmy je przy okazji Jordanii (Wadi Mujib, Wadi Rum – acz to inny przypadek). Będąc w Omanie postanowiliśmy zobaczyć podobne miejsce. Zwłaszcza, że Wadi Bani Khalid (arab. وِلَايَـة وَادِي بَـنِي خَـالِـد), obok Wahiba Sands to zdecydowanie jedna z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji tego kraju. Przybywa tu wiele wycieczek z Maskatu, zarówno tych zorganizowanych, jak i samodzielnych (jak my).

Dojście do kanionu
Dojście do kanionu

Wadi Bani Khalid (Oman)

Wadi Bani Khalid broni się doskonale samo. Jest popularne, bo przyciąga dwa typy turystów. Jednych, którym wystarczy trochę wody do pluskania, oraz drugich, skorych do przejścia się kanionem.

Wadi Bani Khalid
Wadi Bani Khalid

Jezioro i infrastruktura turystyczna

Bardzo turystycznym miejscem jest wioska Muqil nieopodal wejścia do kanionu. System nawadniających kanałów i woda spływająca z góry tworzą grupę basenów o krystalicznie czystej wodzie. Raczej ciepłej. Obecny kształt tych basenów to efekt działalności człowieka. Wstęp jest darmowy, są ratownicy i kawiarenka, ławeczki, śmietniki, tylko… obowiązuje zgodny z prawem szariatu strój kąpielowy (zakryte ramiona), a kobiety i mężczyźni powinni kąpać się osobno (powinni, tak nas informowano, ale nikt nie gonił za koedukacyjną kąpiel). Kwestie stroju kobiecego są dość mocno egzekwowane, choć w sposób ideologiczny. Nie ma problemu w spodzie przypominającym stringi, o ile ramiona są zakryte koszulą. W teorii są dwa zejścia do osobnych jeziorek, jedno dla mężczyzn, drugie dla kobiet. Ale ponieważ można przepłynąć z jednego do drugiego, to żadnych interwencji nie widzieliśmy.

Sztuczne jezioro - kąpielisko
Sztuczne jezioro – kąpielisko

Kanion Wadi Bani Khalid

Za terenem turystycznym rozciąga się właściwy kanion. Woda też jest, ale to już nie jest miejsce modyfikowane przez ludzi, więc warto pamiętać o głębokości, ta może być dla  miejscami zdradziecka. Oczywiście wewnątrz kanionu również można się kąpać. Tam jednak obowiązuje turystyczna wolna amerykanka, mężczyźni i kobiety kąpią się razem, nie obowiązują też surowe reguły dotyczące strojów. No i nie ma ratowników.

Wąwóz
Wąwóz

Widok z wąwozu, kąpielisko w tle
Widok z wąwozu, kąpielisko w tle

Dla nas ciekawsza była dalsza część wadi, bo bardziej dziko. Właściwie za tym miejscem, obleganym przez miłośników koedukacyjnej kąpieli, robi się dużo puściej, ciszej i można  obcować z naturą. Idzie się w górę potoku, gdzie jest bardzo malowniczo, urokliwie i jest to teren nieskażony przez człowieka. Z głębokiej wody robi się właściwie strumień (nie licząc pory deszczowej), który czasem trzeba przekraczać. Jak daleko się ciągnie – trudno powiedzieć, zwłaszcza że jeden wąwóz płynnie przechodzi w drugi. Jednym z punktów do zwiedzania w Wadi Bani Khalid jest jaskinia z petroglifami. Jednak ponieważ to jest naprawdę ciasne i ciemne miejsce, zrezygnowaliśmy. Ale był też drugi powód.

Kanion Wadi Bani Khalid
Kanion Wadi Bani Khalid

Bezpieczeństwo i jaskinia

To dobry moment, by pamiętać o bezpieczeństwie. Podróżujemy we dwójkę, więc gdy oddaliliśmy się na tyle, że przestaliśmy widywać innych ludzi,  postanowiliśmy zawrócić. Skręcenie kostki czy inny uraz to nie jest coś, co chcemy wynieść z wadi. Natomiast jeśli chodzi o rzeczoną jaskinię, to różne rzeczy na jej temat można wyczytać w sieci. Pewnie przy większej ekipie wchodzących byśmy zaryzykowali, ale samodzielnie, tym razem sobie odpuściliśmy. Zwłaszcza, że jest to całkowicie niestrzeżone miejsce. No i innych turystów również nie było zbyt wielu. Niestety w takich miejscach najlepiej się trzymać innych grup, tak na wszelki wypadek.

Skały i woda
Skały i woda

Jaskinia jest również nieoznaczona, jak zresztą praktycznie cały szlak przez Wadi Bani Khalid. Idzie się przed siebie i szuka drogi między zwaliskami kamieni i przez strumienie. Czasem trzeba ściągnąć buty i przejść przez wodę, sama frajda, acz nie tak intensywna jak w jordańskim Wadi Mujib. Trekking w kanionach to jest to, co naprawdę nam się podoba. A tych wadi w Omanie jest naprawdę wiele, można tam spędzić całe tygodnie jeżdżąc z jednego do drugiego.

Wadi Bani Khalid
Wadi Bani Khalid

Góry Al Hajar

Przypatrując się skałom można zauważyć, że góry Al Hajar to głównie wapienie z okresu kredy i skały magmowe. Czasem widać skamieniałego jeżowca, albo coś w tym stylu. Jest tu trochę skamielin.

Strumienie do przejścia
Strumienie do przejścia

Zaś w okolicy, już zjeżdżając z gór Al Hajar można wypatrzyć połacie pustyni Sharquia, bardziej znanej jako Wahiba. Właśnie dlatego te dwa miejsca są łączone przez operatorów wycieczek, są naprawdę blisko, a przy tym są niesamowite.

Wąwóz
Wąwóz

Parking i jak znaleźć Wadi Bani Khalid

Wadi Bani Khalid to miejsce chętnie odwiedzane przez turystów, ale większość z nich jest dowożona przez miejscowych przewodników. Samemu trudno tutaj trafić, znaki drogowe w pewnym momencie się urywają. Myśmy sprytnie pojechali za samochodem z turystami. Droga w całości jest dość dobra, nie ma żadnych offroadów czy potrzeby jechania po żwirze lub piasku. Ruch turystyczny jak na Oman jest całkiem spory, więc łatwo się podłączyć (niestety większość tych ludzi zostaje w pierwszej części). Parking jest darmowy (na mapach Google oznaczony jako Wadi Bani Khalid parking area). Dużo tam wylanego betonu, ale potem droga do tej części turystycznej wygląda trochę na dziką.

Kanion
Kanion

Wadi Bani Khalid to naprawdę piękne i urokliwe miejsce. Idealne do spokojnego odpoczynku przed lub po wypadzie na pustynię, jak również do eksploracji. Sam wąwóz jest krótszy niż np. Samaria na Krecie (nawet zdecydowanie), ale przy tym trochę trudniejszy, gdyż wymaga miejscami wspinaczki, bądź pokonywania skał i kamieni.

Skały, głazy i strumienie
Skały, głazy i strumienie

Czasem konieczna jest wspinaczka
Czasem konieczna jest wspinaczka

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Wadi Bani Khalid

Tanzania: Podsumowanie

Dzika Afryka, w szczególności sawanna od wielu lat była miejscem do którego chcieliśmy dotrzeć. Zwłaszcza Serengeti, ale nie tylko. Początkowo myśleliśmy nad różnymi rozwiązaniami, ale rozważaliśmy przede wszystkim wyjazd do Kenii. W grę wchodziło nawet nasze polskie biuro, ale bardziej preferowane jedno z mniejszych, które szyje raczej wycieczki na miarę. Trochę baliśmy sami się organizować wyjazdu do Afryki. Pojawiały się różne trudności po drodze, w tym także cena. Z roku na rok Kenia była przekładana na lepsze czasy. W dodatku sprawa z zamachami nie rokowała zbyt dobrze (choć powiedzmy sobie szczerze, dotyczy to północy kraju, nie południa, zresztą kto by dziś o tym w ogóle pamiętał). Nikt nie wiedział wówczas, w którym kierunku to pójdzie. W tym momencie pojawiła się pewna alternatywa, czyli Tanzania, i tak już zostało. Nie dość, że Serengeti właściwie w większości znajduje się właśnie tam, to jeszcze jest kilka innych wspaniałych miejsc, jak Ngorongoro, Zanzibar, a także jezioro Malawi (Niasa). Decyzja zapadła, a ponieważ od pomysłu do realizacji minęło kilka lat, bogatsi o doświadczenia zdecydowaliśmy się tylko na pomoc lokalnego biura przy realizacji samego safari. A tak właściwie to nawet dwóch biur.

Zachód słońca w Mikumi
Zachód słońca w Mikumi

Dzień 1: Przylot

Do Dar Es Salaam polecieliśmy Turkishem z Pragi przez Istambuł. Wylądowaliśmy tam koło trzeciej w nocy i od razu mieliśmy do czynienia z przedziwnym, niesamowitym organizacyjnie lotniskiem. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że panuje tu bałagan i prowizorka, ale w gruncie rzeczy to się sprawdzało. Wiza, odebranie bagaży, a potem próba wypłacenia pieniędzy z bankomatu, by nie płacić dolarami zbytnio. Bankomatów było kilka, ale dział jeden. Na samym lotnisku chyba najbardziej w pamięć zapada pani rozdająca paszporty z pieczątkami. Wyglądało to bardzo szkolnie, ale polskich nazwisk nawet nie próbowała czytać. Dalej już łatwiej taksówką do hotelu. W budynku nawet na piątym piętrze były kraty w oknach, a przed wejściem stał ochroniarz z karabinem. Cóż Dar Es Salaam raczej wygląda niepokojąco.

Lobo w Serengeti
Lobo w Serengeti

Już rano po śniadaniu wróciliśmy na lotnisko by polecieć linią PrecisionAir do Arushy. Tam nas odebrali przedstawiciele organizatora safari. Lotnisko w Arushy wygląda przecudownie, jest jak z wyobrażeń o Afryce, włącznie z rozdawaniem bagaży jak na targu i wyciąganiem ich ręcznie (przez obsługę) z samolotu. Po załatwieniu formalności i krótkim spacerze odwieziono nas do hotelu, gdzie mogliśmy spokojnie odpocząć po podróży. Przydało się.

Słonie w Tarangire
Słonie w Tarangire

Dzień 2: Tarangire

Po śniadaniu zaczęliśmy właściwą przygodę. Pierwsze safari. Zapoznaliśmy się z naszym przewodnikiem i kucharzem. Kucharza zostawiliśmy w ośrodku w którym mieliśmy nocować tej nocy. Tym razem czekała nas już noc pod namiotami, ale na to się pisaliśmy. Z przewodnikiem zaś pojechaliśmy zwiedzać nasz pierwszy afrykański park narodowy, czyli Tarangire. Park pełen słoni i innych zwierząt, niesamowite przeżycie na początek. Pod wieczór powrót do ośrodka, ochłonięcie z wrażeń i spanie. Ognisk nie ma, więc właściwie można kłaść się wcześniej, by rano wcześniej wstać.

Ngorongoro
Ngorongoro

Dzień 3: Ngorongoro

Po śniadaniu spakowaliśmy wszystko. No dobra, większość zrobili przewodnik z kucharzem i pojechaliśmy do Ngorongoro. Już po wjeździe na teren obszaru chronionego przejeżdżaliśmy przez las mglisty. Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym. Znów wyrzuciliśmy kucharza z rzeczami, sami zaś zjechaliśmy do krateru. Pierwsze z wielkich, ważnych miejsc w Afryce. Potem powrót na camping pod wieczór. Tu akurat nocowało bardzo wiele osób, było dość tłoczno. ze względu na wysokość także zimno, ale bardziej przewodnikowi i kucharzowi, niż nam. Do wielkiej piątki brakuje nam już tylko lamparta i nosorożca.

Dzień 4: Serengeti

Z Ngorongoro pojechaliśmy do chyba najważniejszego miejsca na północy Tanzanii, czyli Serengeti. Po drodze zahaczyliśmy klasyczną wioskę Masajów. Ci za 50 USD oczywiście zatańczą i pokażą wszystko, w pewien sposób urocze, w pewien przerażające. W Parku już oczywiście standardowo odwieźliśmy kucharza do obozu, sami zaś zwiedzaliśmy w tym czasie ten zdecydowanie najbardziej znany park narodowy. Faktycznie jest tu zdecydowanie więcej ludzi niż w Tarangire, ale warto było to zobaczyć. No i bardzo ciekawa atrakcja, noc w pod namiotami w Serengeti. Zwłaszcza, gdy pod obóz podchodzą lwy. Dopiero rano to sobie uzmysłowiliśmy.

Brama do Serengeti
Brama do Serengeti

Dzień 5: Serengeti-Lobo

Właściwie to nie wyjeżdżaliśmy z parku. Zwiedzanie było podzielone na dwie części. Do południa dalej jeździliśmy z przewodnikiem i szukaliśmy zwierząt, po lunchu zaś udaliśmy się na północ do Lobo. Tam też nocowaliśmy. To dalej Serengeti, ale już bardziej górzyste i inaczej porośnięte. Znów jednak mieliśmy tę samą atrakcję spania pod namiotami w Parku. Tym razem w obozie grasowały małpy, a przy ubikacjach w nocy hieny. Zaś z piątki zostało nam już tylko znalezienie nosorożca. Niestety dalej raczej szanse zerowe.

Dzień 6: Serengeti – Natron

W Serengeti mieliśmy wykupione 48 godzin. To dużo, ale trzeba było wyjechać. Rano jeszcze trochę mogliśmy popatrzeć na park, potem ruszyliśmy w kierunku jeziora Natron. Po drodze zwiedziliśmy współczesną wioskę Masajów, zupełnie inne klimaty niż w tradycyjnej. Tym razem spaliśmy w kempingu prowadzonym przez Masajów, oni zaś zaprowadzili nas do kanionu. Na wyprawę nad jezioro było jednak za gorąco.

Flamingi nad jeziorem Natron
Flamingi nad jeziorem Natron

Dzień 7: Natron

Wcześnie z rana wybraliśmy się nad jezioro Natron, zanim się powietrze nagrzało. Kolejne ciekawe przeżycie. O tym jeziorze narosło wiele mitów, dlatego chcieliśmy je zobaczyć. Przeżyliśmy. Tak zabójcze to ono nie jest. Potem musieliśmy wyjechać z terenów Masajów i nocowaliśmy niedaleko Arushy.

Małpy w PN Jezioro Manyara
Małpy w PN Jezioro Manyara

Dzień 8: Jezioro Manyara

Ostatni dzień naszego safari to jezioro Manyara. Mogliśmy jeszcze raz zobaczyć, trochę inny park narodowy, wciąż jednak to ta sama wspaniała Afryka. Potem odstawiono nas na lotnisko i PrecisionAir wróciliśmy do Dar Es Salaam. Nocowaliśmy w ośrodku, jak się okazało, prowadzonym przez Armię Zbawienia. W każdym razie wart polecenia, zwłaszcza gdy szuka się noclegu na ostatnią chwilę. Mają zapas i można przyjechać bez rezerwacji (Mgulani). Zaś my mogliśmy w końcu wyspać się w łóżku, nie w namiocie.

Słonie pijące wodę w Mikumi
Słonie pijące wodę w Mikumi

Dzień 9: Mikumi

Rankiem przyjechał po nas kolejny uzgodniony wcześniej przewodnik. Zabrał nas, już bez kucharza, do parku narodowego Mikumi. To było krótsze, bo tylko ograniczone do jednego parku, safari, droższe w przeliczeniu na dzień, ale też na innych warunkach. Znów spaliśmy w parku narodowym, ale tym razem już w domkach, z łóżkiem i normalną łazienką, zaś jedzenie przygotował nie nasz kucharz, a zwykła obsługa. Zarówno przewodnik jak i właściciel biura bardzo nam pomogli w organizacji dalszej części wojaży. Przede wszystkim dlatego, że firmy transportowe niekoniecznie muszą mieć strony internetowe. Natknęliśmy się na „martwe”. Pomogli nam sprawdzić rozkład i zaplanować przejazd. Wracając jednak do Mikumi, to niestety był nasz ostatni park narodowy. Też piękny, inny, a jeszcze jeździliśmy samochodem tak o zachodzie jak i wschodzie słońca. To niezapomniane przeżycia, zwłaszcza gdy widzimy jak zwierzęta się budzą, czy hipopotamy wracają do wody.

Dzień 10: Mikumi – Kyela

Rankiem kończyliśmy Mikumi, właśnie wtedy załapaliśmy się na poranek w parku, jeszcze przed śniadaniem. Potem zabraliśmy swoje rzeczy i jeszcze ostatni przejazd po parku, a następnie przewodnik odwiózł nas na autobus do Kyeli. Organizacyjnie zakupili nam wcześniej bilety i dogadali się z kierowcą, że złapią nas przy parku narodowym. Dalej już właściwie musieliśmy radzić sobie sami. Przejazd do Kyeli lokalnym autobusem to niesamowite przeżycie, które zajęło nam cały dzień (choć niekoniecznie chcemy je w przyszłości powtarzać). W Kyeli również mieliśmy już załatwiony nocleg, a co najważniejsze przewodnika, który nas dowiózł do hotelu. To był zdecydowanie najlepszy nocleg w całej naszej wojaży. Nowy ośrodek o wysokim standardzie, no i przystępnych cenach, bo to kurort dla Tanzańczyków, a nie białych. Zresztą jako biali byliśmy tam atrakcją. Przynajmniej na początku, włącznie ze zdjęciami.

Jezioro Malawi
Jezioro Malawi

Dzień 11: Jezioro Malawi

Kolejny dzień mieliśmy na cieszenie się jeziorem Niasa (Malawi). Trzeba było tylko dopiąć sprawy związane z powrotem do Dar Es Salaam. Nocleg dalej w tym samym miejscu.

Dzień 12: Kyela – Dar Es Salaam

Jeszcze przed świtem zaczęliśmy podróż powrotną do Dar Es Salaam, lokalnym transportem. Powtórka z rozrywki, tyle że tym razem dłużej, no i mogliśmy poznać lokalną muzykę popularną. Wróciliśmy do Mgulani, czyli hotelu prowadzonego przez Armię Zbawienia.

Tanzańskie bezdroża
Tanzańskie bezdroża

Dzień 13: Dar Es Salaam – Zanzibar

W kilku miejscach dowiadywaliśmy się jak wygląda sprawa transportu na Zanzibar. Miejsca VIPowskie podobno da się kupić bez problemu. Są droższe, ale wciąż cena jest znośna. A jak ich nie będzie to powinny być miejsca zwykłe dostępne. Nie zawsze. Akurat wyruszyliśmy w drogę w dniu święta narodowego połączonego z długim weekendem i jednocześnie w tym czasie pojawiło się tam wielu muzułmanów, którzy tu coś świętowali. Efekt był taki, że mieliśmy problem z promem. Ostatecznie popłynęliśmy trochę innym niż zamierzaliśmy, wcześniej zwiedzając sobie dzielnicę portową Dar Es Salaam. A już po południu Stone Town (Kamienne Miasto), gdzie też nocowaliśmy w hotelu.

Plaża na Zanzibarze
Plaża na Zanzibarze

Dzień 14: Zanzibar – Prison Island

Zaczęliśmy dzień od wyprawy na Prison Island, wyspę żółwi. Potem całą resztę dnia spędziliśmy zwiedzając dalej Kamienne Miasto, w tym kwatery niewolników, coś co naprawdę trzeba zobaczyć, bardzo pouczające. Po kolacji, gdy było ciemno wróciliśmy do hotelu, gdzie zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się na lotnisko. Wpierw PrecisionAir do Dar Es Salaam, tam zaś czekaliśmy na Turkisha i zaczęła się podróż do domu.

Changuu (Prison Island)
Changuu (Prison Island)

Podsumowując. Do Tanzanii pojechaliśmy głównie ze względu na przyrodę. Ta nas nie rozczarowała, wręcz przeciwnie. Wciąż jesteśmy zachwyceni jej pięknem. Każdy z tych parków, choć były inne, tak naprawdę był niesamowity. Reszta kraju, no może z wyjątkiem Dar Es Salaam, również robi niesamowite wrażenie. To kraj, do którego z pewnością chciałoby się wrócić, ale czy to będzie możliwe, zobaczymy.

No i jeszcze garść informacji praktycznych.

Jeśli zainteresował Cię ten wpis, przeczytaj inne o Tanzanii.

Szlak tanzański
Tanzania podsumowanie