Archiwa tagu: ogród zoologiczny

Auckland, największe miasto Nowej Zelandii

Auckland to największe miasto Nowej Zelandii, jednocześnie stolica biznesowa, naukowa i kulturalna, ale nie polityczna. W aglomeracji mieszka prawie 1,5 miliona osób, co stanowi około 1/4 wszystkich mieszkańców kraju. Przy czym jakieś 40% populacji miasta to imigranci z Chin, Korei Południowej, Indii, Filipin, Południowej Afryki, Wielkiej Brytanii i wysp Polinezji, tworzą barwną, wielokulturową i wielosmakową (jeśli chodzi o lokalne restauracje) mieszankę. To zupełnie inna Nowa Zelandia niż reszta kraju, bardziej miejska.

Posąg krasnoluda na lotnisku AKL
Posąg krasnoluda na lotnisku AKL

Auckland od Maorysów do dziś

Miasto znajduje się u podnóża wygasłego wulkanu Eden, pomiędzy morzem Tasmana i Oceanem Spokojnym (przesmyk Tamaki). To też największy hub lotniczy w Nowej Zelandii, co czyni to miasto popularnym miejscem rozpoczynania lub kończenia przygody z tym krajem. Już na lotnisku czujemy się filmowo. Wystawiono tu kamienne posągi krasnoludów z „Władcy Pierścieni”.

Wieża telewizyjna
Wieża telewizyjna

Miasto ma dwie nazwy maoryskie. Ākarana to tłumaczenie z angielskiego, właściwa nazwa to Tāmaki-makau-rau oznacza tyle, co żyzna kraina otoczona ze wszystkich stron wodą. Maorysi osiedlili się w tym miejscu około roku 1350. W 1832 sprzedali tę ziemię Josephowi Brooksowi Wellerowi. Od tego momentu oficjalnie istniała tu osada wielorybników. Wcześniej Europejczycy zapewne też tu mieszkali. W lutym 1840 roku gubernator Nowej Zelandii William Hobson zdecydował wybudować tu nową stolicę, wtedy właśnie założono miasto. Wówczas stolicą kolonii było Okiato (obecnie Russell), które Hobson uznawał jedynie za tymczasową stolicę. Budowę nowego miasta wsparły też lokalne plemiona moaryskie, jako znak dobrej woli. Auckland było stolicą tej brytyjskiej kolonii do 1865 roku (wtedy przeniesiono ją do Wellington), choć tu ciekawostka, prawa miejskie otrzymało dopiero w 1871 roku. Hobson odpowiada też za nazwę angielską. Wybrana została by uczcić George’a Edena, wicekróla Indii i hrabiego Auckland.

Ratusz
Ratusz

Pomijając powyższy akapit, Auckland nie ma długiej czy zawiłej historii, a co za tym idzie zabytków. Jest kilka miejsc, które bez wątpienia wyróżniają się od reszty, ale jak w innych miastach Nowej Zelandii, warto sobie przypomnieć, że do tego kraju jedzie się dla natury.

Centrum Auckland
Centrum Auckland

Centrum biznesowe Nowej Zelandii

Większość budynków, które wpadają w oko, pochodzi jeszcze z czasów kolonialnych, głównie z przełomu XIX i XX stulecia. Są one bardzo angielskie. Nowe budowle niestety najczęściej są bezpłciowe, nijakie. Wygląda to tak, jakby miasta rozwijały się w latach 70. czy 80. i dalej kontynuowały ten styl, nie patrząc na to, co dzieje się na świecie. Pięknie wygląda choćby stary budynek terminala promów przy porcie. Zresztą, ta część miasta ma swój klimat. Widać stąd ładną panoramę na wieżowce. Lepiej już chyba wygląda jedynie z powietrza, ewentualnie  w nocy, gdy jest jakoś oświetlone. Zaś sam port z przeróżnymi jachtami jest naprawdę klimatyczny, no i wewnątrz można się kąpać. Jest specjalne zejście do wody i ludzie to wykorzystują.

Nowozelandzkie drapacze chmur
Nowozelandzkie drapacze chmur

Drapacze chmur do najwyższych nie należą, ani też do jakiś wyszukanych. Chyba najlepiej określić to słowem, że to nie jest architektura, a zabudowania. Podobnie sprawa wygląda z wieżą telewizyjną, punkt dość charakterystyczny, wybijający się z reszty wysokością i kształtem.

Stary terminal promowy
Stary terminal promowy

Usilne próby szukania własnego stylu widać także choćby w katedrze. Obok klimatycznej, małej, angielskiej, jest i nowa. Ta starsza wygląda interesująca, nowa to eksperyment. Jest też bardzo nadęty War Memorial upamiętniający udział Nowej Zelandii w I wojnie światowej, choć ten i tak wygląda lepiej niż podobny w Wellington. Czyli kloc zbudowany w nieudolnej wersji stylu neoklasycznego, ma być duży i monumentalny, szczegóły wykonania istotne nie są. Niestety takie podejście jest dość częste przy tego typu budowlach czy to w Stanach, czy właśnie Nowej Zelandii. Miasta nie ratuje też główna ulica Queen Street. Parę sklepów, czasem znajdzie się coś ładnego. Choćby ratusz. Konkluzja jest prosta: Auckland nie jest interesującym miejscem do zwiedzania zabytków architektury. Nie ta część świata.

Nowoczesna katedra
Nowoczesna katedra

Zoo i parki

Jest coś ciekawego do zobaczenia w Auckland poza portem? Parki. W centrum oczywiście króluje Albert’s Park, zdecydowanie najciekawszy. Wokół War Memorial też jest duży zielony teren, no i w samym centrum bardzo wiele mniejszych obszarów zielonych. Bardziej na obrzeżach znajduje się ogród botaniczny, a trochę bliżej miejsce, które było naszą pierwszą atrakcją odwiedzoną w Nowej Zelandii. To ogród zoologiczny.

Memoriał wojenny
Memoriał wojenny

Nowa Zelandia to jedna wielka ciekawostka zoologiczna i botaniczna. Właśnie z tego względu pierwszym naszym punktem zwiedzania miało być Zoo w Auckland. Tutaj też mamy największe szanse zobaczyć kiwi czy hatterię, czy masę innych zwierząt na które można się natknąć, ale niekoniecznie jest to tak łatwe i możliwe. Kiwi, rzadziej hatterię, da się zobaczyć w kilku miejscach w Nowej Zelandii. To dość popularna atrakcja, tak więc jeśli nie tu, to na centrum kiwi albo coś w tym stylu można się natknąć jeżdżąc po kraju.

Modrzyk ciemny
Modrzyk ciemny

Warto podkreślić, że naturalnie występują tu tylko dwa rodzaje ssaków: foki i nietoperze. Waleni nie liczymy, bo nie ma ich na lądzie. Wszystkie inne: szczury, oposy, króliki, owce, krowy, psy, koty, ludzie, pojawiły się tutaj za sprawą tych ostatnich. Pierwsi ludzie – polinezyjscy Maorysi – przypłynęli na południową wyspę około 1280 roku (naszej ery oczywiście) i zaczęli kolonizować wyspy. To oni przywieźli ze sobą pierwsze obce gatunki zwierząt.

Węgorz nowozelandzki
Węgorz nowozelandzki

Żywe skamieniałości

Pierwszy biały człowiek – Holender o nazwisku Abel Tasman – odkrył ten ląd w połowie XVII wieku. Gdy wraz z załogą zszedł na ląd, został zaatakowany przez tubylców, opuścił więc wyspę. Nie wiemy, może już on zawlókł jakieś europejskie zwierzęta. Ponownie dla Europy Nowa Zelandia (nazwana tak przez Tasmana) została odkryta przez Jamesa Cooka w 1769 roku. Wtedy zaczyna się historia krwawych wojen i podboju kraju przez ludzi i zwierzęta. Człowiek i przywleczone przez niego obce gatunki flory i fauny doprowadziły do zagłady wielu lokalnych gatunków, a kolejne są zagrożone do dziś.

Nie ma już potężnych strusi moa: te największe współczesne ptaki osiągały nawet 3,6 metra wysokości! Maorysi zabijali je dla mięsa i gatunek wymarł pod koniec XIV lub już w XV wieku. Na moa polowały siejące grozę orły Haasta. Osiągały rozpiętość skrzydeł ponad 2,5 metra, wagę aż 10 kg. Gdy ich główne źródło pokarmu było przetrzebione, z głodu polowały na ludzi. Ludziom się to nie spodobało i już w XV wieku orły Haasta bezpowrotnie zniknęły z nieboskłonu. Wymarł także kurobród różnodzioby (przez Maorysów nazywany Huia), niestety ta lista jest znacznie  dłuższa.

Hatteria
Hatteria

Za to do dziś żyje hatteria lub tuatara jak tu na nią mówią. Ta żyjąca skamielina choć przypomina jaszczurkę, więcej ma wspólnego z dinozaurami. Żyją tylko dwa przedstawiciele swego rodzaju – hatteria i hatteria niespodziana, oba występują obecnie na mniejszych wyspach Nowej Zelandii. Zobaczenie jej w naturze jest dość ciężkie. Tu w zoo dało się im dość dobrze przyjrzeć. Wprawne oko dostrzeże różnice w ogonie, czaszce (w końcu jest tam miejsce na trzecie oko) w porównaniu do zwykłych jaszczurek. I choć ogólnie przyjęło się uważać, że to kiwi jest największą atrakcją zoologiczną tego kraju, to właśnie ten gad jest zdecydowanie najciekawszym gatunkiem. To naprawdę jest żywa skamieniałość. Zagrożona wymarciem, szczęśliwie jednak chroniona.

Kiwi można zobaczyć tylko w ciemnych pawilonach
Kiwi można zobaczyć tylko w ciemnych pawilonach

Gdzie zobaczyć kiwi

No i oczywiście kiwi. Te zabawne nieloty, po których Zelandczycy sami siebie nazywają, są nocnymi stworzeniami. Za pomocą długich dziobów i silnych łap rozgrzebują ściółkę leśną w poszukiwaniu pokarmu: bezkręgowców i nasion. W orientowaniu się w przestrzeni pomagają im wibrysy u nasady dzioba oraz znakomity węch i słuch, wzrok natomiast mają słaby. Populacji czterech podgatunków kiwi zagrażają psy – nie tylko te zdziczałe, ale i udomowione, puszczane samopas – oraz szczury (polinezyjski i europejski), które wybierają wysokoenergetyczne jajka z gniazd.

Kiwi są ptakami nocnymi, więc wszędzie, gdzie można je oglądać, wystawiane są w nocnych pawilonach. W wielu obowiązuje całkowity zakaz robienia zdjęć, w pozostałych (jak w zoo w Auckland) zakaz używania lampy błyskowej. By zrobić im zdjęcie, trzeba mieć trochę szczęścia. Nam udało się załapać na czyjąś lampę. Kiwi jest bardzo charakterystycznym ptakiem, wyglądającym bardzo sympatycznie, w dodatku kojarzonym z tym krajem. Pewnie dlatego Nowozelandczycy sami siebie określają mianem kiwi. Zresztą ochrona tych ptaków jak i chwalenie się nimi jest tu dość częste.

Nestor kaka
Nestor kaka

Nowa Zelandia to przede wszystkim kraj ptaków, więc w zoo jest ich bardzo wiele. Mamy olbrzymie woliery, mnóstwo lokalnej roślinności, tabliczek z informacjami. Wizyta tu to bardzo pouczająca i ciekawa atrakcja.

Port w Auckland
Port w Auckland

Do zoo z pewnością warto się wybrać. Będzie dobrym uzupełnieniem odwiedzanej natury w tym kraju. Bo o ile rośliny się nie przemieszczają, by zobaczyć wiele z tych fascynujących zwierząt zwyczajnie trzeba mieć szczęście. A reszta Auckland? Cóż, Nowozolendczycy też muszą gdzieś żyć i pracować, a turyści skądś zaczynać swą przygodę lub ją kończyć. Natomiast w jednym Auckland doskonale wpisuje się w resztę kraju: najlepiej poruszać się po nim samochodem. Transport lokalny jest, z lotniska do centrum nawet dość dobrze zorganizowany, ale jeśli chcemy skakać po różnych częściach miasta, auto okaże się nieodzowne.

Widok na centrum z portu
Widok na centrum z portu

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Auckland
Share Button

Al-Ajn, miasto-oaza na pustyni

Al-Ajn (arab. العين‎, ang. Al Ain) po arabsku znaczy tyle co źródło, czasem jest też określane mianem miasta ogrodów. Ciekawostka: w pustynnych krajach semickich jest to popularna nazwa miasta, które wyrosło wokół oazy. Znajduje się blisko granicy z Omanem, więc samo w sobie jest dość dobrym miejscem na rozpoczęcie wizyty w tym kraju.

Wzgórze Al Nagfa i dobry punkt widokowy
Wzgórze Al Nagfa i dobry punkt widokowy

Al-Ajn, pałac muzeum i miasto szejka Zajida

Choć osadnictwo na tym istnieje od jakiś 4 tysięcy lat, historycznie trudno mówić o konkretnej dacie założenia. W każdym razie jeden z towarzyszy proroka Mohameda, Ka‘ab Bin Ahbar przyjechał tutaj i próbował nawracać lokalne ludy. Został i zbudował osadę w oazie, nie pierwszą i nie ostatnią. Dziś najstarsza zabudowa to forty z przełomu XIX i XX wieku.

Pałac Muzeum
Pałac Muzeum

Al-Ajn to drugie co do wielkości miasto emiratu Abu Zabi, czwarte w ZEA. Jest to miasto narodzin szejka Zajida ibn Sultan Al Nahyan (1918-2004), założyciela i pierwszego przywódcy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, stąd jest bardzo ważne historycznie. W końcu XIX lub początku XX wieku wraz z rozwojem państwowości arabskiej, nabrała rozpędu historia miasta. Powstały słynne forty, dziś mocno (aż za mocno) zrewitalizowane. To też najważniejsze zabytki miasta, położone w samym jego centrum. Choć dziś oczywiście bardziej istotne jest tu chyba wspominanie pamięci szejka Zajida.

Oaza Al-Ajn (Al Ain Oasis)
Oaza Al-Ajn (Al Ain Oasis)

Najważniejszy dla mieszkańców Emiratów, zabytek to pałac-muzeum (Al Ain Palace Museum). To właśnie jeden z fortów. Drugi to Al Jahili Fort, może już nie tak dostojny, ale też bardzo podobny. Świetnie odnowione i bardzo podobne miejscami, jakby częściowo robione były z tej samej formy. W każdym razie kształt fortu (i wież pałacu) jest bardzo rozpoznawalny w ZEA i można się na niego natknąć w różnych miejscach. To jeden z narodowych symboli.

Al Jahili Fort
Al Jahili Fort

Oaza Al-Ajn

Al Ain Oasis to największa oaza na obszarze miasta, znajdująca się na liście UNESCO. Za jej znaczenie dla formowania kultury i za podziemny system nawadniający – falaj. Zwiedzanie oazy trochę rozczarowuje: spaceruje się wybrukowaną aleją, po bokach są wysokie mury, nie wchodzi się za bardzo pomiędzy palmy, brakuje informacji. Oaza jest tuż przy pałacu, właściwie to jego część. Tyle że nie ma tu biletów, nie jest też zamykany w dni muzealne.

Al Jahili Fort
Al Jahili Fort

Sama oaza raczej nie robi dobrego wrażenia. Można nawet zacząć zastanawiać się, jakim cudem trafiło to na listę UNESCO? Czy tylko z powodu szejka Zajida? Słowo klucz w tym wypadku to właśnie tradycyjny falaj. Ten system budowania irygacji znany jest tu od prawie 3000 lat.

Wnętrza centrum handlowego Bawadi Mall
Wnętrza centrum handlowego Bawadi Mall

Centrum miasta można obejrzeć ze wzgórza Al Nagfa. To słynny punkt widokowy, znajdujący się niedaleko fortów. Niestety to nie jest ani Dubaj, ani Abu Zabi, więc nie robi to już takiego wrażenia.

Targ wielbłądów
Targ wielbłądów

Targ wielbłądów

Jednak to nie zabytki ściągnęły naszą uwagę na Al-Ajn. W pewnym sensie odpowiada za to centrum handlowe Bawadi Mall, choć oczywiście w porównaniu z dubajskimi, to szkoda na nie marnować czasu. Jedna fontanna w środku i brak turystów, kupują zaś jedynie Arabowie z rodzinami. Prawdziwy kruczek tkwił w lokalizacji tego centrum. Tuż za nim znajduje się tradycyjne targowisko, na którym handluje się zwierzętami. To chcieliśmy zobaczyć.

Targ wielbłądów w Al-Ajn
Targ wielbłądów w Al-Ajn

Z samego rana, jeszcze przed śniadaniem, wybraliśmy się na pobliski targ wielbłądów, bo tak go się najczęściej określa. Oczywiście handlują też innymi zwierzętami, przede wszystkim kozami i owcami, ale to wielbłądy ściągają tu zarówno kupców jak i odwiedzających. Sprzedają tutaj tylko wielbłądy jadalne, to znaczy przeznaczone na konsumpcję. Nie było zwierząt wyścigowych.

Targ wielbłądów w Al-Ajn
Targ wielbłądów w Al-Ajn

To ostatni taki targ w Emiratach. Raczej zanikają już w tej formie. Ten powoli staje się też atrakcją turystyczną, co pewnie sprawi, że przetrwa w jakiejś formie. Idąc z samego rana można zobaczyć, jak to wyglądało naprawdę. Sprzedawcy pozwalają bez problemów robić zdjęcia, czasem sami chcą pozować. Klientów też nie ma zbyt wielu, może przyjdą później. Są zagrody, są zwierzęta i tyle. Natomiast w późniejszych godzinach przybywają tu turyści, najczęściej ze zorganizowanych wycieczek. Wstęp dla nich na targ jest płatny (ale nie jest to oficjalnie zorganizowane, więc bywa różnie). Sprzedawcy chcą też zarabiać na zdjęciach. Za to można sobie cyknąć fotki siedząc na wielbłądach, czy przebierając się w kolorowe stroje. Robi się z tego taka atrakcja turystyczna, w takim bardziej cepelianym znaczeniu.

Sam targ też nie jest dobrym miejscem dla osób wrażliwych. Nie ma tu jakiejś krwi, czy rzeźników, ale w tych krajach nie dba się zbytnio o zwierzęta i traktuje się je czasem dość brutalnie.

Targ wielbłądów
Targ wielbłądów

Ogród zoologiczny

Ale to nie koniec oglądania zwierząt w Al-Ajn. Nie udało nam się zobaczyć arabskich oryksów na wolności (ani w jordańskim rezerwacie, który akurat był nieczynny z powodu remontu), więc musieliśmy się posiłkować tutejszym ogrodem zoologicznym.

Safari w zoo
Safari w zoo

A jest to specjalne zoo. Zacznijmy od tego, że jeden z ojców założycieli, a potem prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich – szejk Zayed bin Sultan Al Nahyan był światłym człowiekiem z wizją. Nie tylko pchnął rozwój gospodarki i kultury tej części Półwyspu Arabskiego, ale także zainteresował się ochroną przyrody, w tym ochroną zagrożonych gatunków zwierząt – rzadko się to zdarza w świecie arabskim. Na jego zlecenie powstał w Al-Ajn ogród zoologiczny. W roku 1968 otwarto placówkę, której jednym z ważniejszych celów było i nadal jest, odtworzenie populacji oryksa arabskiego (Oryx leucoryx). Ze względu na niekontrolowane polowania, w 1970 roku uznano gatunek za wymarły na wolności.

Oryksy arabskie
Oryksy arabskie

Dzięki staraniom prywatnych hodowców (do których należał szejk Zayed) i ogrodów zoologicznych, w tym Al-Ajn, w 2011 roku populację oryksa na Półwyspie szacuje się na około tysiąca osobników. W zoo jest zdjęcie szejka Zayeda wypuszczającego oryksa na wolność. Nie tylko oryks arabski jest objęty programem reintrodukcji, ale także oryks szablorogi (Oryx dammah), który niegdyś występował w Afryce Północnej, dziś jest wymarły w stanie dzikim. W Tunezji, Maroko czy Senegalu próbuje się odtwarzać gatunek.

Pustynia obok zoo
Pustynia obok zoo

Oryksy i safari

Zoo w Al-Ajn jest bardzo dobrze przemyślane. Ma doskonale zachowaną równowagę pomiędzy ochroną gatunków i dobrym samopoczuciem zwierząt na wybiegach (nie do pomyślenia na targu), a satysfakcją zwiedzających, dodatkowymi atrakcjami i walorami edukacyjnymi. Wybiegi są naprawdę obszerne i urozmaicone, otoczone dość wysoką zielenią, dzięki czemu zwierzęta nie są bardzo wyeksponowane: dość, by je spokojnie obserwować, a jednocześnie by zwierzęta nie czuły się otoczone. Do dodatkowych atrakcji oprócz pokazów karmienia należy możliwość kupienia wycieczki safari na teren afrykańskiego wybiegu. Jedzie się samochodami terenowymi i robi zdjęcia, dokładnie jak na przykład na safari w Tanzanii czy Kenii. Po co ruszać się poza wygodny Półwysep? Duże centrum edukacyjne oferuje różne warsztaty, konferencje i pokazy. Prawdę mówiąc, nie spodziewaliśmy się tak świetnego ogrodu zoologicznego. Ten zaś jest naprawdę godny polecenia.

Oryks arabski
Oryks arabski

I co najważniejsze, to faktycznie jedno z najważniejszych centrów rozmnażania oryksów. Stąd pomysł na wizytę tutaj. Oryksy zaś można zobaczyć nawet bez wchodzenia do zoo. Przed wejściem, jak się jedzie na olbrzymi parking, jest wybieg, gdzie chodzą te wspaniałe zwierzęta. Parking oczywiście jest darmowy, ale jak ktoś chce to jest i wersja płatna typu valet czy VIP.

Orksy arabskie
Orksy arabskie

Al-Ajn niestety nie jest tak popularne wśród turystów jak Dubaj, więc gorzej wygląda tu kwestia poruszania się komunikacją zbiorową po samym mieście. Zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem jest samochód: albo własny, albo taksówka. Z parkowaniem większych problemów nie ma.

Oryks szablorogi
Oryks szablorogi

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak emiracki
Al-Ajn Podróżowanie po ZEA
Share Button

Sztokholm

Szwecja słynie z mężnych i groźnych Wikingów, ukształtowanych przez srogą Północ, bardzo praktycznego i surowego designu oraz postępowości. To wszystko widać w stolicy, Sztokholmie (szw. Stockholm), gdzie historia łączy się z nowoczesnością. Warto zauważyć, że Sztokholm jest jedną z niewielu europejskich stolic, która nie została tknięta podczas II wojny światowej. Już wówczas Szwedzi mocno trzymali się swojej polityki nieingerowania. Do dziś nie należą choćby do NATO.

Dom Szlachty
Dom Szlachty

Sztokholm

Dobrym sposobem na zwiedzanie Sztokholmu są tak zwane białe noce. Można ich doświadczyć np. w Petersburgu, czy w innych miejscach na podobnej wysokości geograficznej. W każdym razie pod koniec czerwca słońce zachodzi gdzieś około 22:00, ciemno robi się blisko północy, zaś wschód mamy już o 3:45. To pozwala dużo dłużej włóczyć się po starym mieście, w dzień obejrzeć muzea, zaś potem pospacerować sobie. O ile oczywiście nie pada i nie jest zbyt zimno, ale czerwiec to też w miarę ciepły okres tutaj.

Riddarholmen
Riddarholmen

Ratusz

Bardzo ciekawym przykładem surowości tutejszej architektury jest ratusz, który zaprojektował Ragnar Östberg. Może on wyglądać znajomo, a to głównie dlatego, że jest dość mocno inspirowany pałacem Dożów z Wenecji (choć niekoniecznie się z nim kojarzy), przynajmniej jeśli chodzi o główną konstrukcję. Podobieństw trochę jest, choćby monumentalna wieża, patio, arkady. Jednocześnie jest w pewien sposób ciężki, rzucający się w oczy. Idealnie pasujący do tutejszego klimatu. Z pewnością nie ma tylu ozdobników.

Ratusz widziany z kanału
Ratusz widziany z kanału

Pałac Królewski i Gamla stan

Sercem miasta jest dzielnica Gamla stan. To tu znajduje się choćby Pałac Królewski (Kungliga slottet). Bez wątpienia obiekt wart odwiedzenia. Można kupić bilety do kilku jego części, jak choćby komnat, skarbca czy królewskich karoc. W komnatach znajdują się także stałe ekspozycje, w tym także odznaczenia Orderu Królewskiego Serafinów. Są oczywiście polskie akcenty (Ignacy Mościcki, Lech Wałęsa, Bronisław Komorowski). Przy pałacu można też oglądać uroczystą zmianę warty.

Pałac Królewski (Sztokholm)
Pałac Królewski (Sztokholm)

Na Starym Mieście można też przejść się między wąskimi uliczkami. Znajduje się tu także muzeum Nobla. ,Choć w centrum znajduje się wiele kościołów, to jak to ma miejsce w krajach skandynawskich, tylko do nielicznych można zajrzeć. Wśród nich są choćby katedra (Storkyrkan) czy kościół Riddarholmen.

Katedra
Katedra

Stare miasto chyba najlepiej w całości oglądać jest od południa. Jednym z punktów widokowych jest taras i winda Katarina gangbro (w dzielnicy Södermalm). Ale można też pójść w kierunku Mosebacketerrassen. Tam ciągnie się ścieżka, z której także doskonale widać centrum. 

Katarina gangbro
Katarina gangbro

Dobrym sposobem na zwiedzanie jest też rejs po kanałach. Jest ich tu co najmniej kilka do wyboru. Przy okazji można posłuchać o samej Szwecji i historii miasta. Warto zwrócić uwagę, że mamy kilka różnych wodnych tras do dyspozycji, więc lepiej wcześniej wybrać sobie jedną z nich.

Gamla stan
Gamla stan

Muzeum Vasa

W Sztokholmie nie mogliśmy odpuścić muzeum okrętu królewskiego „Vasa”. Ta zbudowana w latach 1626-28 jednostka miała być postrachem Morza Bałtyckiego, największym i najlepiej uzbrojonym okrętem wojennym, który miał zdecydować o szwedzkim zwycięstwie w wojnie z Polską. „Vasa” stał się za to słynny za sprawą swojego spektakularnego zatonięcia w kilkanaście minut po wyjściu z portu. Okręt spoczął na dnie i zachował się w niemal nienaruszonym stanie. W latach 50. XX wieku Szwedzi podjęli starania mające na celu wydobycie wraku z dna zatoki. Nie stało się to szybko – akcja wydobywcza trwała do 1961 roku, gdy udało się podnieść wrak celem dalszej konserwacji, która trwała dobre kilkanaście lat.

Vasa
Vasa

W roku 1990 okręt udostępniono publiczności i oto jesteśmy w Vasa Museum, które stało się jedną z największych atrakcji miasta. W nim można przyjrzeć się z bliska temu kuriozum. Jeśli porówna się jego konstrukcję z większymi, późniejszymi żaglowcami gołym okiem da się dostrzec podstawową wadę. Środek ciężkości znajdował się za wysoko, więc wystarczył wiatr i okręt nie mógł utrzymać równowagi. Dziś wydaje się to takie oczywiste, ale „Vasa” był pewnego rodzaju eksperymentem.

Muzeum Nordyckie
Muzeum Nordyckie

Inne muzea

To oczywiście nie jedyne muzeum warte zobaczenia. Kolejne z nich to Muzeum Nordyckie (Nordiska). Można tam lepiej poznać tak historię, jak i szwedzki design. Wygląda trochę jak jeden wielki bałagan, gdzie jest mydło i powidło, ale trzeba przyznać, że zbiory są dość intrygujące.

Więcej na ten temat szwedzkiego stylu można przeczytać na blogu Trykowska Studio.

Inne bardzo polecane w wielu miejscach muzeum to Fotografiska. Ma jedną podstawową zaletę – jest bardzo długo czynne, więc można tam spokojnie sobie przyjść późnym wieczorem.

Fotografiska
Fotografiska

Skansen

Sztokholm, podobnie jak Oslo, ma swój miejski skansen. Ten założony w 1891 roku skansen jest pierwszym w Szwecji i ukazuje sposób życia w różnych rejonach kraju epoki przedindustrialnej. Najstarszy budynek pochodzi z XIV wieku, jest też replika XIX-wiecznego miasteczka. Pracownicy paradują w strojach z epoki i czasem coś robią. Jest niby bardziej żywy, niż ten z Oslo, ale tamten sprawiał wrażenie bardziej autentycznego.

Skansen
Skansen

Szwedzki skansen pełni też rolę zoo. Oprócz domków i ludzi są także zwierzęta, zarówno te gospodarskie, jak i dziko żyjące w Skandynawii. Prawdopodobnie to jest największa atrakcja miejska mająca coś wspólnego z Wikingami. Ci obecni są głównie w gadżetach, ale ze Sztokholmu organizowane są całodniowe wycieczki do wioski słynnych wojów.

Renifer w skansenie
Renifer w skansenie

Millesgården

Ciekawym miejscem jest także Millesgården, czyli ogród z rzeźbami, założony w 1936 roku przez rzeźbiarza Carlsa i jego żonę Olgę Milles. Ogród niewielki, kameralny, same rzeźby niekiedy intrygujące. Rozciąga się stąd ładny widok na Sztokholm.

Ogrody Millesgården
Ogrody Millesgården

Metro – stacje i bilety

Po mieście najłatwiej poruszać się metrem, co jest już samo w sobie dodatkową atrakcją. Metro w Sztokholmie to jedno z miejsc, gdzie artyści mogą się bezkarnie wyżywać. Różne źródła zachęcają do eksploracji wielu stacji metra. Trzeba przyznać, że kilka stacji jest dość udanych, całość mocno różnorodna, ale też nierówna.

Stacja metra Radhuset
Stacja metra Radhuset

By poruszać się metrem i zwiedzać muzea, warto wpierw zaopatrzyć się w kartę miejską. Do wyboru są dwie różne: Stockholm City Pass i Stockholm Pass. Pierwsza jest tańsza, ale ma ograniczoną ilość wejść do muzeów. W wersji podstawowej 3, w wersji rozszerzonej 5. Za to komunikacja miejska jest wliczona w cenę. Stockholm Pass jest droższa, można do niej dokupić kartę komunikacyjną, za to wejściówki są limitowane na zasadzie raz do danego budynku. Zresztą tych muzeów też jest więcej (ok. 60 do wyboru, City Pass ma ich około 20). Obie karty uprawniają też do wykorzystania jednego rejsu kanałami. Jeśli zależy nam na zwiedzeniu kilku muzeów/ogrodów i zobaczeniu choć na chwilę jeszcze kolejnych, Stockholm Pass bardzo szybko się zwraca i jest dobrym rozwiązaniem. Swoją droga Stockholm City Pass można kupić w informacji turystycznej oznaczonej na niebiesko, zaś Stockholm Pass na zielono.

Metro w Sztokholmie
Metro w Sztokholmie

Obecnie Szwecja jest też mocno kojarzona ze Stiegiem Larssonem i jego trylogią „Millennium”. Tu rozmywa się film, serial i powieści. Bez trudu można znaleźć zorganizowaną wycieczkę śladami Michaela Blomkvista i Lizabeth Salander. Da się kupić też specjalne przewodniki. Jednak jest to dobry biznes, więc trudno o wiele opisów w sieci.

Park Tivoli
Park Tivoli

Ogólnie warto zauważyć, że miasta skandynawskie takie jak Oslo, Kopenhaga czy właśnie Sztokholm w wielu miejscach są bardzo do siebie podobne. Te państwa dzielą wspólną historię, wymieniały się wpływami i to widać. Różnice oczywiście są.

Zmiana warty
Zmiana warty

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak szwedzki
Praktycznie Sztokholm Malmö
Share Button

Orlando

Jeśli ktoś chce zwiedzać Stany Zjednoczone, to Orlando jest prawdopodobnie ostatnim miastem, do którego chciałby dotrzeć. Jednak jednocześnie przybywają tam tysiące turystów co roku, co sprawia że miejsce to jest tak popularne? To zagłębie parków rozrywki na wschodnim wybrzeżu. Ludzie tu  przyjeżdżają do Disney World czy konkurencji Universal Resort, a także The Wizarding World of Harry Potter. Bawią się, nie zwiedzają. Co sprawia, że Orlando jest tak interesującą miejscówką dla osób zainteresowanych filmem? Walt Disney World, a dokładniej Hollywood Studios.

Disney Hollywood Studios - Indiana Jones
Disney Hollywood Studios – Indiana Jones

Disney World – Orlando

Musimy zdać sobie sprawę z tego, że Disney World jest ogromny. To nie jest jeden park tematyczny (przynajmniej ten w Orlando). To kompleks pięciu parków, hoteli, ryneczek, z własną kolejką łączącą poszczególne części. Miasto w mieście, w całości nastawione na zapewnienie atrakcji turystom. Każdy z tych parków jest inny. Animal Kingdom nastawiony jest na zwierzęta, inny na naukę, Hollywood Studios na magię kina. Wielu ludzi przyjeżdża tu na tydzień i codziennie korzystają z innych atrakcji, zupełnie nie opuszczając Disney Worldu.

Star Tours II
Star Tours II

Jak ta magia jest realizowana w praktyce? Przede wszystkim park ma bawić osoby w każdym wieku, tak dzieci, młodzież jak i dorosłych. Zatem znajdziemy tu zarówno klasyczne atrakcje związane z filmami czy serialami Disneya. Jest film 3D z Muppetami, jest musical na żywo na motywach „Pięknej i Bestii”. Są też atrakcje związane z Indianą Jonesem, no i Star Tours z „Gwiezdnymi Wojnami” (ale to się akurat zmienia, będzie nowy park tylko o „Gwiezdnych Wojnach”). Ale jest coś co powinno przyciągnąć mocno uwagę starszych odbiorców. Cała sekcja poświęcona efektom specjalnym. Praktycznym, których możemy doświadczać na żywo.

Hollywood Studios (Orlando)
Hollywood Studios (Orlando)

Najczęściej wygląda to tak, że siadamy w jakiejś kolejce i przejeżdżamy obok miejsca, gdzie dochodzi do wybuchu ciężarówki, albo do zalania czy podpalenia czegoś. Przynajmniej tak to wygląda. Wszystko oczywiście jest pod kontrolą. Ciężarówka faktycznie płonie, ale wszystko idzie zgodnie z planem, powtarzalnym. Po pokazie działanie zostaje nam wytłumaczone.

Pokaz świateł
Pokaz świateł

Historyczne już Hollywood Studios

Podobnych atrakcji jest więcej. Możemy zobaczyć jak nagrywana jest scena, w której okręt zostaje ostrzelany przez helikopter. Tego oczywiście nie widzimy, ale słyszymy go, widzimy ślady ostrzału w wodzie. (Mały Update. W związku z budową Star Wars Land atrakcje typu: Lights, Motors, Actions czy Studio Blacklot Tour zamknięto. Szkoda, bo dla kogoś kto lubi kulisy kina to był coś naprawdę koniecznego do zobaczenia). Zaś więcej o Star Tours przeczytacie tutaj.

Sea World
Sea World

Na koniec warto wybrać się jeszcze na jedną atrakcję: pokazy kaskaderskie mistrzów kierownicy, wraz z pewnymi sztuczkami, które wykorzystują w filmie. W tym oczywiście fałszywe samochody, które są przeznaczone do kolizji, a zbudowane tak, by kierowca-kaskader był bezpieczny.

Sea World
Sea World

Wyjazd do Disney World niestety jest dość kosztowny. Podstawowy bilet na jeden dzień do jednego z parków kosztuje w granicach 60 USD od osoby. Dodatkowo w wielu miejscach można sobie dokupić bilety uprawniające nas do przechodzenia bez kolejki. A kolejki do wszystkich popularnych i ciekawych atrakcji są, z czym trzeba się liczyć. Można spokojnie przyjąć, że w pełni nie da się obejrzeć wszystkiego w jednym parku w ciągu jednego dnia. Choć oczywiście te filmowo-kaskaderskie rzeczy jak najbardziej da się. W samym parku jest też wiele miejsc, gdzie można zjeść coś lub się napić. No i masa sklepów z pamiątkami, zabawkami i gadżetami. Niestety ceny są wysokie.

Gatorland
Gatorland
Gatorland
Gatorland

SeaWorld

W Orlando znajduje się też kilka mniejszych parków, godnych zainteresowania. Przede wszystkim warto zwrócić uwagę na dwa. Pierwszy to SeaWorld, czyli takie wielkie oceanarium, albo raczej ogród zoologiczny koncentrujący się na zwierzętach morskich. Można tu oglądać między innymi delfiny czy inne walenie. Całość jest bardzo nastawiona na dzieci, więc nawet karmienie fok czy morsów wraz z ćwiczeniami dla nich odbywa się na statku pirackim i ma charakter przedstawienia. Nie każdemu to podejdzie.

Gatorland
Gatorland

Gatorland

Bardziej klasyczny jest Gatorland, czyli park z aligatorami. Tam właściwie można tylko oglądać, a jedyną atrakcją jest karmienie. Aligatory występują dość licznie na Florydzie, bywają też czasem utrapieniem dla mieszkańców, gdyż potrafią wejść do przydomowych basenów. To miejsce gdzie można obejrzeć je z bliska, ale zachowując bezpieczną odległość.

Gatorland
Gatorland
Szlak amerykański
Orlando ?
Share Button