Archiwa tagu: Park narodowy

Park Narodowy Gobustan / Qobustan i petroglify

Jednym z dwóch (przynajmniej obecnie) miejsc z listy UNESCO w Azerbejdżanie jest Park Narodowy Gobustanu (azer. Qobustan Milli Parkı), w niektórych miejscach opisywany u nas także jako Park Narodowy Qobustan lub Rezerwat Petroglifów Gobustan. Pomijając kwestię transkrypcji i nazewnictwa to jedno i to samo miejsce. Nazwa Park jest chyba bardziej trafna, ale to bez wątpienia lokacja znajdująca się pod ścisła ochroną.

Park Narodowy Gobustan i muzuem
Park Narodowy Gobustan i muzuem

Petroglify

Prehistoryczne petroglify to liczące sobie przeszło 12 tysięcy lat naskalne rysunki, choć najstarsze mają podobno nawet 40 tys. lat! Przedstawiają zarówno zwierzęta, jak i czasem ludzi, czy prymitywne przedmioty. Większość z nich powstało wewnątrz jaskiń, lub w bardzo bliskim ich sąsiedztwie. Dziś wszystko się zawaliło, pozostały skały, ale wiele z tych petroglifów przetrwało. Zresztą cała okolica była wielokrotnie zalewana, a potem znów zamieniała się w pustynię. Jaskinie nie miały szans przetrwać, skały i petroglify szczęśliwie tak.

Qobustan - skały
Qobustan – skały

Oprócz naskalnych rysunków znaleziono tutaj inne ślady bytności człowieka: narzędzia, skorupy, pochówki. Ciekawym znaleziskiem była łacińska inskrypcja rzymska wykuta między 84 a 96 rokiem naszej ery. Jest to najdalej na wschód wysunięty dowód na pobyt wojsk rzymskich.

Petroglify w Gobustanie
Petroglify w Gobustanie

Sam rezerwat duży nie jest. Trasa swobodnym krokiem powinna zająć około godziny i jest to raczej niewymagająca przechadzka. Petroglify są w różnym stanie. Jedne dość łatwo rozpoznać i dostrzec, inne trzeba odszukać.

Qobustan i petroglify
Qobustan i petroglify

Góra, na której znajduje się rezerwat, to także dobry punkt widokowy na okolicę. Widać tam zarówno Morze Kaspijskie (lub jezioro, jak kto woli), jak i pustynne wzniesienia, czy szyby naftowe.

Ślady wczesnych ludzkich działań
Ślady wczesnych ludzkich działań

Gobustan – muzeum i park narodowy

Przed wjazdem na teren rezerwatu znajduje się małe, nowoczesne muzeum ukazujące historię tego miejsca, ślady pierwszego osadnictwa. Można się tam też nauczyć czytać, czy może rozpoznawać petroglify. Wiele z nich jest łatwych do skojarzenia, ale są też trudniejsze. Znajomość kształtów może się przydać już na szlaku, wtedy łatwiej rozróżnić, które z nich to dzieło ludzi, a które natury. Muzeum jest zrobione z pomysłem, zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Gobustan - petroglify
Gobustan – petroglify

Bilety kupuje się przy muzeum (i od niego warto zacząć zwiedzanie). Parkingi są zarówno przy muzeum, jak i przy samym wejściu do rezerwatu. Dojazd może być problemowy, bo niestety nie ma co liczyć na zorganizowany transport. Zostaje albo wynająć samochód, albo wziąć taksówkę (np. z Baku). Na GPSie dość łatwo znaleźć to miejsce, opierając się na samych oznaczeniach drogowych można trochę pobłądzić.

Widok na morze Kaspijskie
Widok na morze Kaspijskie

Obszar parku oczywiście jest większy niż tylko rezerwat. Ale to właśnie ten ostatni przyciąga najwięcej turystów (choć nie ma ich tu wcale tak wielu). W innych częściach parku, czy okolicach Gobustanu można natknąć się choćby na wulkany błotne, podobne do tych, które już opisywaliśmy. Samo zwiedzanie parku zaś przypomina Göreme w Kapadocji, gdzie także pośród skał znajdowały się ślady dawnych ludzkich siedzib.

Gobustan / Qobustan
Gobustan / Qobustan

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
PN Gobustan Podsumowanie
Share Button

Park Narodowy Abel Tasman

Nowa Zelandia ma dwóch europejskich odkrywców. Pierwszy dotarł tu Holender Abel Tasman, który opłynął ten kraj, napotkał Maorysów. Wdał się z nimi w konflikt, w efekcie którego zginęło czterech członków jego załogi, a potem zostawił to miejsce. Drugi był Brytyjczyk, kapitan James Cook. Dziś w nazwach wielu miejsc upamiętnia się obu. Na cześć Tasmana nazwano nawet Park Narodowy, znajdujący się w północnej części Południowej Wyspy. Uchodzi on za jedno z bardziej urokliwych miejsc w całym kraju. Z pewnością zaś to wspaniałe miejsce na piesze wycieczki.

Czapla
Czapla

Abel Tasman i odkrycie Nowej Zelandii

Uczczenie Tasmana w tym miejscu nie jest przypadkowe. Park znajduje się na wschód od Zatoki Złotej, to jej obecna nazwa. Abel Janszoon Tasman nazwał ją zatoką Morderców (hol. Moordenaers). Gdy tu dopłynął, Moarysi wysłali na zwiad dwie łodzie waka, by zobaczyć, czym jest ten dziwny okręt. Tubylcy zaczęli hałasować i trąbić oraz odprawiać rytuał, który miał odgonić złe duchy. Holendrzy w odpowiedzi trąbili, krzyczeli, w końcu strzelali. Ostatecznie następnego ranka Maorysi przypłynęli większą siłą i zaatakowali. Tasman widząc, co się dzieje, kazał podnieść kotwicę i odpłynął. Mówi się o czterech poległych ze strony holenderskiej, niektóre źródła sugerują nawet, że zostali oni zjedzeni, jednocześnie pomija się straty maoryskie. Dziś ten fakt potencjalnego ludożerstwa często jest pomijany, można raczej uznać go za legendę.

Nie taką odosobnioną w tym rejonie świata, w końcu podobno Jamesa Cooka także zjedzono, tyle że na Hawajach. Coś było na rzeczy u ludów polinezyjskich lub w ich odbiorze przez Europejczyków.

Wybrzeże Abel Tasman
Wybrzeże Abel Tasman

Park Narodowy Abel Tasman

Park Narodowy Abel Tasman (ang. Abel Tasman National Park) został utworzony w 1942 roku głównie staraniem pewnego ornitologa (nazywał się Pérrine Moncrieff), który zachwycony tutejszą różnorodnością ptactwa, chciał chronić ten obszar. Datę otwarcia Parku także wybrano nieprzypadkowo – zbiegła się ona z 300-leciem wizyty Tasmana w tej okolicy.

Park Narodowy Abel Tasman
Park Narodowy Abel Tasman

 Park Narodowy Abel TasmanTo także najmniejszy z parków narodowych Nowej Zelandii. Zajmuje obszar 225 km2, podczas gdy największy – Fiordland – liczy sobie aż 12 500 km2. Najmniejszy w żadnych wypadku nie znaczy najgorszy. Malowniczo położony nad zatokami Tasmana i Złotą, wzgórza pokrywają lasy deszczowe, które schodzą aż do samej plaży. W ciągu doby można wyraźnie zauważyć różnicę poziomu wód wynikającą z przypływów i odpływów. Zresztą nie tylko w ciągu doby, wystarczy parę godzin. Już przy wejściu przy parkingu widać jak ludzie ułożyli napisy z kamieni. O jednej porze dnia znajdują się one na plaży, o innej pod wodą.

Ciekawe plaże
Ciekawe plaże

Odpływy i przypływy to także dość istotna uwaga praktyczna. Niektóre części szlaków przy plaży są dostępne „suchą” nogą do przejścia jedynie w czasie odpływów. Ta cykliczność wpływa także na lokalną faunę i florę.

Widok na zatokę
Widok na zatokę

Nadmorskie rośliny są do tego doskonale przystosowane – mogą zarówno rosnąć w podmokłym gruncie zasilane przez słodką wodę z rzek, a dobrze znoszą też podtopienia morską słoną wodą.

Wodospad pośród lasu
Wodospad pośród lasu

Odpływy i przypływy wpływają także na obecność zwierząt morskich, w tym delfinów. Ciekawie jest też obserwować kraby, które zakopują się w norkach na brzegu, a potem wychodzą już bezpośrednio do wody. No i oczywiście ptaki.

Młoda weka
Młoda weka

Faktycznie jest to rezerwat ptactwa, wiele z nich udało się nam dostrzec i czasem sfotografować. Nie wszystkie ptaki są nam znane, niektóre dopiero poznaliśmy na miejscu, jak choćby ten czarny z czerwonym dzióbkiem – ostrygojad (oyster catcher) lub mała zabawna wachlarzówka (fantail), której nie sposób sfotografować. Na drodze spotkaliśmy też wekę (maoryska nazwa) – takie jakby połączenie kury i kiwi. Bardzo ciekawy jest kędziornik (tui). Są też tutejsze zimorodki, coś co przypomina przepiórki i wiele innych ptaków.

Ptaki w Abel Tasman
Ptaki w Abel Tasman

Zwalczanie zwierząt

O ile mieszkańcy kraju z ptaków są dumni, z ssaków niekoniecznie. Dość częstym widokiem w parkach narodowych Nowej Zelandii są pułapki na szczury i oposy. To dość niecodzienny dla nas widok. Co prawda w Tanzanii widzieliśmy płachty na muchy tse-tse, ale tam chodziło o bezpieczeństwo turystów. Tu ważne jest coś innego. Zresztą na szosach w całym kraju można też zauważyć mnóstwo rozjechanych introdukowanych gatunków: oposów, szczurów, królików, czasem jeży. Ma się wrażenie, że ludzie rozjeżdżają je specjalnie. I nie ma w tym przesady – można zauważyć wręcz instytucjonalną niechęć wpajaną od maleńkości do przyjezdnych zwierząt. A to na książeczkach dla dzieci, a to większa i mniejsza galanteria futerkowa z oposów, a to cukierki w kształcie rozjechanego oposa.

Pułapka na gryzonie
Pułapka na gryzonie

Ma to oczywiście swoją podstawę w usilnym dążeniu do ochrony własnego biotopu, dla którego przyjezdne zwierzęta są prawdziwym zagrożeniem. Należy tu przypomnieć coś, o czym wiele razy już pisaliśmy:  w Nowej Zelandii nie licząc nietoperzy i fok, rdzennie nie było żadnych ssaków. Dziś jest ich całe mnóstwo i wypierają lokalną faunę. Dlatego są tak nielubiane. Niemniej jednak taka forma ochrony lokalnego ekosystemu w parku narodowym trochę zaskakuje.

Ostrygojad
Ostrygojad

Opos a kitanka

Warto dodać jeszcze jedną uwagę odnośnie oposów. Najczęściej występujący gatunek, który przybył tu z Australii, to kitanka. Należy ona do rzędu dwuprzodozębowców, podobnie jak oposy karłowate (zwane też drzewnicami). Właściwe oposy zamieszkują Amerykę (Środkową i Południową) i są obecnie zaliczane do rzędu dydelfokształtnych. Jedne i drugie są torbaczami. Nazwy polskie jak i angielskie mogą sugerować, że to różne gatunki dość blisko ze sobą spokrewnione. Historycznie systematyka powstawała na podstawie cech zewnętrznych, w ostatnich kilkunastu latach została napisana na nowo na podstawie badań genetycznych, jednak część starych nazw pozostała. Stąd warto zauważyć, że oposy w Nowej Zelandii nie do końca są właściwymi oposami takimi jak amerykańskie, mimo że tak się je czasem nazywa.

Krajobraz PN Abel Tasman
Krajobraz PN Abel Tasman

Zwiedzanie parku i noclegi

Już przy wejściu do parku mamy możliwość albo przejścia się ścieżką w lesie nad brzegiem, albo bardziej plażą. Bardzo interesująca, także ze względu na wspaniałe drzewa i cudowne widoki. Czasem schodzi się do morza, czasem widzi je z góry, po drodze jest wiele zakamarków ze strumieniami czy wodospadami. Alternatywą jest eksploracja plaży z szuwarami. Tu jest mnóstwo ptaków, które brodzą po płytkiej wodzie szukając pożywienia.

Park Narodowy Abel Tasman
Park Narodowy Abel Tasman

Choć park należy do tych mniejszych, to jednak przemierzenie go wymaga trochę czasu. Jeśli się go ma w zapasie, to można Abel Tasman zwiedzać w dwojaki sposób. Pierwszy to rozbijając sobie namioty wewnątrz parku w miejscach wyznaczonych, ale uwaga: taki nocleg, podobnie jak w schronisku czy gdzieś indziej, należy zarezerwować wcześniej. Są surowe kary za „samowolne” rozbijanie się, zwłaszcza poza miejscami wyznaczonymi. Jednak decydując się na takie rozwiązanie  w kilka dni można zobaczyć całkiem sporo. Samochód zostawia się przed parkiem. Druga opcja jest dla osób, które chcą liznąć ten park. W okolicznych miejscowościach nad zatoką można złapać wodną taksówkę. Ta przewozi nas do jednego punktu i odbiera w kolejnym, parę godzin później. Pozwala to na przejście się nadmorskim szlakiem, bez konieczności wracania się.

Zimorodek
Zimorodek

Zresztą trochę dalsze okolice mają też tańsze noclegi. Myśmy wybrali sobie apartament w Kaiteriteri za całkiem rozsądną cenę, w dodatku to co dostaliśmy, było nieźle wyposażone. Minusem jest to, że nie śpi się w parku narodowym. Ale to pomijając Fiordland i Tongariro, bez namiotów jest dość trudne.

PN Abel Tasman
PN Abel Tasman

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
PN Abel Tasman
Share Button

Park Narodowy Tongariro, czyli Mordor

„Nikt po prostu nie wchodzi do Mordoru” mówi filmowy Boromir (Sean Bean) w „Drużynie pierścienia” Petera Jacksona. Nie jest to do końca prawda, do Mordoru jest wejść dość łatwo, w dodatku nie ma nawet biletów. Przynajmniej jeśli mówimy o miejscu, w którym kręcono Mordor (i Górę Przeznaczenia), czyli Parku Narodowym Tongariro.

Tongariro - początek Apline Crossing
Tongariro – początek Apline Crossing

Park Narodowy Tongariro

Tongariro to jeden z najstarszych parków narodowych na świecie i pierwszy w Nowej Zelandii. Założono go w 1887 roku; znajduje się także na liście UNESCO. Tongariro to obszar wulkanicznej aktywności, obejmujący trzy aktywne wulkany: Ruapehu, Ngauruhoe i Tongariro. Osiągają one wysokości odpowiednio 2797, 2291 i 1978 m.n.p.m. Te wulkany są cały czas aktywne, ostatnia poważna erupcja w 2012 roku była dziełem Tongariro. Okolica jest nieustannie monitorowana przez sejsmologów. Zresztą na terenie parku mamy informację o ewentualnej drodze ewakuacyjnej, czy tak zwanych bezpiecznych miejscach.

Powulkaniczne skały "Mordoru"
Powulkaniczne skały „Mordoru”

To dość duży i zróżnicowany park posiadający wiele większych i mniejszych szlaków. Najbardziej słynny z nich to Tongariro Alpine Crossing. Określa się go mianem jednej z najlepszych 1-dniowych pieszych tras, to oczywiście jeden z nowozelandzkich Wielkich Szlaków (The Great Walk), choć tu uwaga, wlicza się to całą Pętlę, nie tylko Alpine Crossing. Trasa wiedzie z jednej strony Parku Narodowego Tongariro na drugą i liczy jakieś 19,5 kilometra. Po drodze podziwia się kratery wulkanów zalane wodą i surowe otoczenie.

W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin
W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin

Jak zacząć

Przejście jest długie i trochę wymagające, więc jest to trasa w jedną stronę. Po obu stronach wejścia na szlak znajdują się parkingi (darmowe). Jeden w Ketetahi, drugi w Mangatepopo. W tym pierwszym można zaparkować auto tylko do czterech godzin, czyli szlaku się nie przejdzie. Drugi był sugerowany jako miejsce, gdzie można zostawić samochód, przejść, a w Ketetahi wsiąść do busa (płatnego) i wrócić do miejsca, w którym zostawiło się swój pojazd. Podczas naszej wizyty także w tym miejscu wprowadzono czterogodzinne ograniczenie. Pilnują tego, ale nie wiemy jak restrykcyjnie. W każdym razie przed parkingiem w Mangatepopo znaleźliśmy lokalne reklamy prywatnych, płatnych parkingów z dowózką w obie strony. Wiele osób korzysta z dojazdu zorganizowanego przez różne firmy, np. z okolic Taupo. Podwożą pod jedno wejście i odbierają na drugim.

Ścieżka jest wytyczona
Ścieżka jest wytyczona

Nie tylko aktywność wulkaniczna jest tu problemem. Klimat jest dość kapryśny i jak to w wysokich górach, pogoda może zmienić się z godziny na godzinę. Gdy pogoda jest zła, nie kursują shuttle busy, co utrudnia przejście pełnym szlakiem. Można wtedy tylko zrobić sobie kawałek (mieszcząc się w czterech godzinach). Nam niestety pogoda pokrzyżowała plany przejścia przez Alpine Crossing, ale na szczęście jest jeszcze kilka innych miejsc w parku.

Krajobraz "Mordoru"
Krajobraz jak z „Mordoru”

Tongariro, czyli Mordor

Jednak zostańmy jeszcze przy szlaku, bo jest bardzo interesujący filmowo. Choćby Mount Ngautuhoe (2291 m. n.p.m.). Wulkan ten, którego ostatnia erupcja miała miejsce w 1977 roku, w filmie „Władca Pierścieni: Powrót króla” odegrał rolę Góry Przeznaczenia, gdzie do Szczelin Zagłady Frodo miał cisnąć Pierścień. Przy dobrych warunkach i odpowiednio zagospodarowanym czasie można na niego wejść. Zdjęcia kręcono w 2000.

I z "Willow"
I jak  z „Willow”

Tongariro „zagrało” Mordor we „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona. Surowy krajobraz, skąpa roślinność wysokogórska, ślady świeżych erupcji wulkanicznych i te ostre, poszarpane stożki. Czy jest lepsze miejsce na Krainę Cienia? Patrząc na film widzi się kształty, klimat, ale nie zawsze kolory. Jackson w Mordorze użył wielu filtrów i efektów komputerowych, więc trzeba się trochę wpatrzeć, ale klimat jest. Cóż, same skały i granie może wyglądają tu posępnie, ale nie tak mrocznie jakby chcieli tego filmowcy. Bo kwitnący i kolorowy Mordor nie napawa nas przecież grozą.

Tongariro
Tongariro

Zupełnie inaczej sprawa się ma z filmem „Willow” Rona Howarda (wyprodukowanym przez George’a Lucasa). Ten także był kręcony w tym parku, zresztą blisko miejsc, gdzie potem nagrywano Mordor. W „Willow” jednak nie używano filtrów, więc dość dobrze oddaje klimat tego miejsca, w szczególności gór, a już zwłaszcza w pochmurny dzień, na jaki trafiliśmy. Tongariro u Howarda to okolice zamku Bavmordy. Zdjęcia kręcono wiosną 1987.

Ścieżka w Tongariro
Ścieżka w Tongariro

Poza Tongariro Alpine Crossing

Odchodząc zaś od Alpine Crossing. Nieopodal Whakapapa Village znajduje się wodospad Tawhai. Tutaj kręcono sceny z Gollumem w świętej sadzawce, w której złapał sobie rybkę i beztrosko tłukł ją o kamień podśpiewując.

Wodospad Tawhai
Wodospad Tawhai

To także obszar, na którym żyją kiwi. Można się tu natknąć na znaki przypominające, by uważać w nocy. Za to dużo łatwiej zobaczyć znaki informujące o obecności tych ptaków.

Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)
Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)

Inne trasy wewnątrz parku nie są już tak słynne. Nie przechodzi się blisko wulkanów, ale i tak są bardzo ładne. Położone niżej, częściej idzie się wśród drzew, więc nawet przy silnym i porywistym wietrze nie są zamykane. Spokojnie można przejść kawałkiem Pętli Północnej Tongariro (Tongariro Northern Circuit). Jej częścią jest wspominany Alpine Crossing. Cała pętla to mniej więcej 3-4 dni wędrówki. Nawet fragmenty tej ścieżki są ciekawe, pełne wodospadów, grani i różnej roślinności.

Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai

Tongariro jest słynne także jako idealne miejsce dla narciarzy. Sprawia to, że baza hotelowa już w samym parku jest dość mocno rozbudowana i mówimy tu głównie o hotelach wyższej klasy, z saunami i masą innych atrakcji, a co za tym idzie droższymi. Niemniej jednak, jak to bywa w Nowej Zelandii, choć restauracje czy bary są, godziny ich otwarcia są dość krótkie, więc czasem trzeba wybrać między jedzeniem, a zwiedzaniem okolicy. A tras spacerowych, pomijając tę główną, jest tu bardzo dużo. Swoją drogą trasy narciarskie też wykorzystano w filmach Jacksona.

Wodospad Taranaki
Wodospad Taranaki

Ochrona przyrody

Władze Parku mają pewien dwugłos jeśli chodzi o „Władcę Pierścieni”. Dziś wykorzystują go w rozreklamowaniu tego miejsca, ale przy kręceniu wystąpiły pewne problemy. Omyłkowo filmowcy dostali zgodę na wprowadzenie tam sprzętu, który nie powinien wjechać do parku. Ostatecznie wyrządzili trochę szkód, które w 2005 naprawiła specjalna ekipa. Dyrekcja była zła na ekipę Jacksona, ale dziś umiejętnie czerpie z tego zysk.

Taranaki Falls
Taranaki Falls

Ten park zrobił na nas fenomenalne wrażenie. Bardzo żałujemy, że nie przeszliśmy całego Tongariro Alpine Crossing z powodu złych warunków pogodowych, ale i tak większość dnia spędziliśmy na nogach. Trochę marznąć, ale też podziwiając przepiękne widoki. W każdym razie jest bardzo konkretny powód, by tu jeszcze wrócić.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
PN Tongariro
Szlak filmowy
PN Tongariro
Share Button

Kapadocja: Göreme

Większość miejsc znajdujących się na liście UNESCO znajduje się w jednej kategorii: albo kulturowej albo przyrodniczej. Jest niewiele znajdujących się jednocześnie w obu. Jedno z nich to Park Narodowy Göreme (tur. Göreme Tarihî Millî Parkı) w Kapadocji. Swoją drogą w Turcji tak samo jest także z kompleksem Pamukkale-Hierapolis. Goreme zostało wpisane na listę w 1985 roku. Choć miejsce to nazywa się po polsku Parkiem Narodowym, czasem stosuje się też nazwę Otwarte Muzeum Göreme (tur. Göreme Açık Hava Müzesi). Znajduje się tu jakieś 350 wykutych w skale kościołów z czasów bizantyjskich, z tego koło 30 w ramach muzeum. To część, którą się najczęściej zwiedza.

Park Narodowy Göreme (Kapadocja)

Kaymakli
Kaymakli

W okolicy występuje wiele miękkich skał tufowych. To właśnie w nich od IV wieku zaczęto drążyć świątynie, kościoły i w pewnym sensie też skalne miasta. Najpierw osiedlali się tu chrześcijańscy asceci tworząc małe wspólnoty anachoretów. Początkowo ich duchowym przywódcą był święty Bazyli z Cezarei. To autor słynnej „Historii Kościoła”.

Kaymakli
Podziemia Kaymakli

Świątynie i kaplice powstawały przez wieki. Kolejne pokolenia drążyły swoje. Da się wyraźnie zauważyć różnicę, nie tylko wynikające z technologii i możliwości, ale też obowiązujących w danych czasach trendów czy nurtów. Choćby te, które wydrążono w okresie ikonoklazmu, były jeszcze bardziej minimalistyczne i mniej zdobione, niż wcześniejsze. Później zaś zaczęły pojawiać się bogate freski. Sprawia to bardzo ciekawe wrażenie, zwłaszcza, gdy wydrążone kościoły z różnych czasów sąsiadują ze sobą.

Cytadela Uçhisar
Cytadela Uçhisar

Podziemne miasta

Natomiast poza parkiem narodowym i muzeum jest tu jeszcze kilka innych rzeczy do zobaczenia. Przede wszystkim Kaymaklı (lub inaczej Enegup) oraz Derinkuyu. To z kolei są podziemne miasta, w których żyło więcej ludzi, nie tylko mnichów. Znajdowały się tu nawet stajnie, czyli wszystko co było potrzebne do życia. Miejsca takie pozwalały ludziom schronić się przed prześladowaniami. Kapadocja wyglądała na opuszczoną, w razie niebezpieczeństwa mieszkańcy dosłownie zapadali się pod ziemię.

Widok z Uçhisar
Widok z Uçhisar

Miasta podziemne także nie są udostępnione w całości. Odwiedzający mogą skorzystać z wyznaczonych tras. To zdecydowanie wystarcza, by liznąć trochę tych miejsc.

Göreme
Göreme

Słupy

Z innych ciekawostek w okolicy można zobaczyć słupy Szymona Słupnika. Wyobrażenie, przynajmniej u nas, jest zdecydowanie inne, niż rzeczywistość. Te słupy to formacje skalne, mało tego da się na nich nie tylko spokojnie siedzieć, ale i spać. W niektórych nawet mieszkać.

Göreme
Göreme

Cała okolica obfituje w przepiękne skalne formacje. Wiele z nich znajduje się przy drogach, czasem więc wystarczy się zatrzymać, by podziwiać skalne słupy.

Göreme (Kapadocja)
Göreme (Kapadocja)

Dojazd, bazy noclegowe i inne atrakcje

Do Göreme codziennie kursuje nocny autobus z Istambułu. Są też utrzymywane połączenia z innymi turystycznymi miejscami. Można też załapać się na wycieczki lokalnych operatorów, to popularny kierunek, więc nie powinno być problemu. Na miejscu trzeba jednak liczyć się z dużą ilością turystów. Niektórzy korzystają ze zwiedzania w balonach, co nadaje charakter okolicy. Zaś wczesnochrześcijańskie kościoły sprawiają, że poza zwykłymi globtroterami przyjeżdżają tu także pielgrzymi podążający za świętym Pawłem i pierwszymi chrześcijanami.

Goreme
Goreme

Gdyby ktoś szukał miejsc noclegowych stanowiących dobrą bazę wypadową po Kapadocji to są dwa. Nevsehir (tur. Nevşehir) z ciekawym muzeum, oraz Uçhisar słynące z skalnej cytadeli. Można na nią się wspiąć by podziwiać pobliskie wzniesienia. Minus jest taki, że Uçhisar niestety jest zauważalnie droższe.

Göreme
Göreme

Kapadocja to przepiękna, bardzo charakterystyczna część Turcji. Nie tak łatwo dostępna, ale z pewnością warta fatygi.

Słupy w Kapadocji
Słupy w Kapadocji

Na koniec jeszcze małe sprostowanie o „Gwiezdnych Wojnach”. Czasem można spotkać się z informacjami, iż kręcono tu „Nową nadzieję”. Nie kręcono. Poszukując lokacji scenografowie dotarli do Göreme, ale ostatecznie wybrali Tunezję. Natomiast kręcono tu ujęcia do tak zwanych „Tureckich Gwiezdnych Wojen”, czyli quasi-podróbki zawierającej sceny z oryginału.

Jeśli uważasz wpis za pomocny lub interesujący polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Kapadocja: Göreme ?
Share Button

Park Narodowy Fiordland (Obcy, Władca i inne)

Przepiękny i filmowy, Park Narodowy Fiordland (ang. Fiordland National Park) to największy z 14 parków narodowych Nowej Zelandii, zajmujący obszar 12 500 km2. Jego dominującym krajobrazem są oczywiście fiordy, ale jest tu też dużo lasów deszczowych. Co jeszcze ważniejsze, to miejsce wykorzystywane przez filmowców, acz najczęściej odgrywało rolę innych światów – jak Śródziemia, planet z „Obcego” czy fantastycznej krainy w „Willow”. Jest to przede wszystkim wspaniały, bardzo charakterystyczny krajobraz i tętniące życiem centrum turystyczne. Na ten park przeznaczyliśmy dwa dni, intensywne i ciekawe. Ale bez problemu można spędzić tu jeszcze więcej czasu.

Zatoka Milforda (Milford Sound)
Zatoka Milforda (Milford Sound)

Park Narodowy Fiordland

Pierwszy rezerwat utworzono tu w 1904 roku. Oczywiście nie zajmował on całego dzisiejszego terenu. W latach 60. poprzedniego stulecia chciano podnieść poziom jeziora Manapouri. Znajduje się tam elektrownia wodna, miano ją rozbudować. Ale zaprotestowała lokalna społeczność. To dzięki ich działaniom powstał w dużej mierze tak wielki park narodowy. Obecnie znajduje się na liście UNESCO, ale trzeba go szukać pod nazwą Te Wāhipounamu, co z języka Maorysów oznacza Zielony kamień. To zbiorcza nazwa czterech parków narodowych (dodatkowo Westland, Aoraki/Mt Cook i Mt Aspiring). Zostały one wpisane razem na listę w 1990, cztery lata wcześniej – w 1986 roku – Fiordland trafiło na listę samodzielnie.

Ostrygojady w zatoce Milforda
Ostrygojady w zatoce Milforda

Fiordy są krajobrazem charakterystycznym dla Norwegii, Szkocji, Grenlandii, Islandii, Patagonii, Półwyspu Labrador, Alaski i oczywiście Nowej Zelandii. To rodzaj mocno wydłużonych zatok o stromych brzegach, powstałych gdy morze zalało głębokie doliny i żleby, jakie pozostawił po sobie cofający się lodowiec. W języku angielskim (zwłaszcza stosowanym tym w Nowej Zelandii) jest kilka słów oznaczających zatokę, oczywiście każde jest specyficzne. Te tutaj nazywają się Sound (jak dźwięk). „Sound” jest określeniem na wlot morza/oceanu w głąb lądu, większy niż zatoka i szerszy niż fiord, więc polskie tłumaczenie „zatoka” nie jest do końca poprawna, bo to technicznie jest fiord powstały w okresie ostatniego zlodowacenia, w plejstocenie. W głęboki żleb powstały po cofającym się lodowcu wdarły się wody Morza Tasmana.

Lasy i wody w Soundach

Ponieważ wysokie brzegi porasta wiecznie zielony las, a okolica jest jednym z tych miejsc na Ziemi, gdzie najczęściej pada deszcz (tylko 1 na 3 dni są bezdeszczowe, to więcej niż w Londynie. Nam pogoda dopisała), to do zatoki trafia dużo słodkiej wody. Wobec tego woda w zatoce ma warstwy: powierzchniowa warstwa o głębokości do trzech metrów ma słodką wodę o mniejszej gęstości, poniżej jest warstwa pośrednia – lekko słona, gdzie ruch wody miesza słodką i słoną – oraz warstwę głębinową nieruchomą, gdzie zalega woda słona. Takie ukształtowanie warstw wód i stały dopływ bogatej w humus wody słodkiej ma oczywisty wpływ na występującą florę i faunę – nie całkiem słodkowodną i nie zupełnie słonolubną.

Zatoka Milforda
Zatoka Milforda

Fiordland jest duże, więc trzeba umieć wybrać, co chce się zobaczyć. My zdecydowaliśmy się na Doubtful Sound i Milford Sound. W obu przypadkach można wykupić wycieczki statkiem wycieczkowym, by przepłynąć całą zatokę i wypłynąć na chwilę na morze. Znów warto zadbać o to, by taką wycieczkę zarezerwować sobie wcześniej, nie na ostatnią chwilę. Myśmy wybrali rejs przez Doubtful Sound, głównie dlatego, że jest dłuższy.

Początek Milford Sound
Początek Milford Sound

Milford Sound

Sama Zatoka Milforda to zwieńczenie szlaku Milford Track. W tym miejscu nie ma wiele ciekawych szlaków do wędrowania, raczej sam widok na początek zatoki i charakterystyczny Mitre Peak (mierzy 1692 m n.p.m.). Poza łodzią można też oglądać to miejsce z helikoptera czy samolotu. Ale już widok na zatokę i możliwość przejścia się tam to spora atrakcja. To bardzo piękne miejsce.

Fiordland
Fiordland

Wspomniany Milford Track to kolejna, bardzo interesująca, ale też kosztowna i zajmująca dużo czasu wyprawa. Można się przejść wielkim szlakiem. To „tylko” 53,5 km. Niestety o ile samo szlajanie się po Fiordland jest darmowe, o tyle wszelakie atrakcje już nie. Wejście na szlak trzeba zamówić i opłacić. W dodatku trwa cztery dni. Po drodze są oczywiście hotele (wliczone w cenę). Kwota jest różna w zależności od pory roku, w sezonie wyższa. Warto pamiętać także o tym, że baza hotelowa jest ograniczona, w ten sposób limitowane są wejścia. Podobno jest to jeden z piękniejszych szlaków, niestety będąc pierwszy raz w Nowej Zelandii nie byliśmy w stanie zdecydować się na 4 dodatkowe dni w Fiordland. Szlak Milford jest nie tylko jedną z bardziej znanych atrakcji Nowej Zelandii, ale też ma już swoją całkiem długą historię. Dla turystów otworzono go w 1889 roku. Zaliczana jest do tak zwanych Wielkich tras (The Great Walks).

Łubiny kwitnące w Fiordland
Łubiny kwitnące w Fiordland

Doubtful Sound

Doubtful Sound to największy fiord Południowej Wyspy i licząc prawie 50 kilometrów długości, jest niemal dwukrotnie dłuższy od chętniej odwiedzanego Milford Sound. Mniejsza popularność wynika z trudniejszego dostępu: o ile do Milford można bez trudu samodzielnie (lub z wycieczką) dojechać samochodem, to do Doubtful można dostać się tylko statkiem i to z przesiadką. To wydłuża czas wyprawy i zwiększa cenę. Najpierw należy dojechać do Manapouri, gdzie znajduje się przystań. Pierwszy rejs odbywa się po Jeziorze Manapouri do wielkiej elektrowni wodnej. Tam przesiada się do autobusu, który jedzie po jedynej w Nowej Zelandii drodze niepołączonej z siecią dróg. Dopiero tak dojeżdża się na brzeg Doubtful i można przesiąść się na statek na właściwy rejs. W drodze powrotnej odbywa to się tak samo.

W drodze do Doubtful Sound (jezioro Manapouri)
W drodze do Doubtful Sound (jezioro Manapouri)

A skąd ta dość niemarketingowa nazwa: Doubtful Sound? Otóż, gdy w 1770 roku przepływał tędy James Cook na okręcie „HMS Endeavour” musiał podjąć decyzję – wpłynąć do zatoki czy nie? Miał co do tego wątpliwości i po dłuższym wahaniu zrezygnował z tego i popłynął dalej, a miejsce nazwał Doubtful Harbor. Ostatecznie nazwa Doubtful Sound przyjęła się dzięki wielorybnikom, którzy tutaj wpływali, choć technicznie (geologicznie) rzecz biorąc, to jest to fiord. Kilka nazw w obrębie Doubtful ma korzenie hiszpańskie dzięki naukowej ekspedycji, która dotarła tutaj w 1793 roku. Na podstawie Ngai Tahu Claims Settlement Act z 1998 roku, oficjalna nazwa to Doubtful Sound/Patea.

Manapouri
Manapouri

Pierwszy rejs jest stosunkowo krótki. Na pokładzie można poczęstować się wliczoną w cenę kawą lub herbatą, zaś ci, którzy opłacili wcześniej dostają także lunch. Patrząc na ceny i jak on wyglądał, to cieszymy się, że z niego zrezygnowaliśmy. Prawda jest taka, że nie dla jedzenia tam płynęliśmy. Przeprawa autobusowa między rejsami liczy około 20 kilometrów. Po drodze czekają nas krótkie przystanki, w tym jeden ze wspaniałym widokiem na Doubtful Sound. Góry też robią wrażenie i choć nie są tak strome jak przy Milford Sound, jest ich więcej. Wspominaliśmy też już o tym, że to deszczowe tereny. Charakterystyczne dla fiordlandzkich Soundów są chmury między górami.

Widok na Doubtful Sound
Widok na Doubtful Sound

Rejs między fiordami

Doubtful Sound, podobnie jak Zatoka Milforda, ma tę niezwykłą cechę, że woda dzieli się na warstwy: ciemną słodką wodę pochodzącą z opadów i rzek, warstwę pośrednią i stojącą, zimną wodę morską poniżej. Ponieważ wierzchnia warstwa, która jest głęboka na 2 do nawet 10-ciu metrów, pochłania znaczną część światła, gatunki znane z upodobań do przebywania na głębokości 30 – 40 metrów, tutaj znajdują się już 10 metrów poniżej lustra wody. Mowa tutaj na przykład o czarnym koralu.

Doubtful Sound
Doubtful Sound

Bardziej można powiedzieć widowiskowi przedstawiciele lokalnego życia to foki, a dokładnie kotiki nowozelandzkie. Nam udało się ich wypatrzyć sporo i to ze stosunkowo niewielkiej odległości. Żyją tutaj także pingwiny żółtookie – ponoć w wodzie jeden pływał, myśmy go niestety nie wypatrzyli. W wodach fiordu na stałe żyje populacja delfinów butlonosych, a zaglądają tutaj także wieloryby, jak choćby humbaki, kaszaloty i orki. Z ptaków zaobserwować można głuptaki i albatrosy. Niestety mieliśmy tylko szczęście do fok.

Kotik nowozelandzki
Kotik nowozelandzki

Kea i inne zwierzęta

W całym Fiordland zaś mieliśmy trochę więcej szczęścia do ptaków, przede wszystkim ostrygojadów i kormoranów, ale też jeszcze jednego bardzo interesującego zwierzęcia – papugi kea. Jest to bardzo ciekawy ptak, endemit Nowej Zelandii. Papuga wszystkożerna, której znaczącą część diety stanowi świeże mięso. Słowem – kea jest drapieżnikiem, jedynym wśród papug. Jako jedyna papuga zajmuje piętro alpejskie. Kiedy w latach 60 XIX pasterze zauważyli, że kee atakują owce i wydziobują im tłuszcz z grzbietów, zaczęły się polowania na te ptaki. Aż do roku 1970 rząd wypłacał nagrodę za każdy dziób ptaka zabitego w pobliżu gospodarstw. Szybko pogłowie papug spadło do drastycznie niskiego poziomu i od 1984 roku kea jest pod całkowitą ochroną. Kea to ptak piekielnie inteligentny i co za tym idzie – ciekawski. Chętnie zagląda do ludzkich siedzib, grzebie im w rzeczach i kradnie co ciekawsze rzeczy.

Dla turystów to oczywiście wielka atrakcja, ale trzeba pamiętać o zamknięciu drzwi i okien w samochodzie i nie pozostawianiu plecaków czy innych rzeczy. W kilku miejscach w Fiordland widzieliśmy znaki, by nie karmić tych papug. Raz: to park narodowy, dwa: może to być niebezpieczne, a trzy: powinny sobie same szukać pożywienia. W każdym razie keę widzieliśmy w punktach postojowych przy drodze. Jedna wzbudzała duże zainteresowanie turystów, drugą trzeba było wypatrzeć. Poza keą występują tu także papugi kakapo, no i ptaki takahe, ich niestety nie wypatrzyliśmy.

Kotik nowozelandzki (Park Narodowy Fiordland)
Kotik nowozelandzki (Park Narodowy Fiordland)

Uciążliwe owady

Pomijając keę, która może trochę nabroić swoim dziobem, największym zagrożeniem w parku dla ludzi są meszki (sandflies). Te gryzą, dlatego zarówno wędrując jak i płynąć warto mieć coś do odstraszania owadów. Według maoryskiej legendy, bogowie stworzyli je tylko dlatego, by ludzie nie uznali Fiordland za raj na Ziemi i chcieli stąd odejść.

Chmury - typowy widok w Doubtful Sound
Chmury – typowy widok w Doubtful Sound

W tych punktach, które położone są nad wodą, np. nad rzeką, można się natknąć za zestaw do czyszczenia alg brunatnych. Tablice informują, że jest to obcy, inwazyjny gatunek i należy oczyścić buty, ubrania, sprzęt, koła samochodu (jeśli miał styczność z wodą), etc. w celu zapobiegania przenoszeniu alg między zbiornikami wodnymi.

Doubtful Sound
Doubtful Sound

Te Anau

Nocowaliśmy w miejscowości Te Anau, położonej w środku Fiordland. Niezależnie czy wybieramy się do Milford Sound czy Doubtful i tak trzeba przez nią przejechać. Zresztą to dość duża baza turystyczna, skąd można wyruszyć na zorganizowane wycieczki. Miejscowość położona nad jeziorem Te Anau, największym na południowej wyspie i drugim co do wielkości (po Taupo) w całej Nowej Zelandii. Samo miasteczko ogólnie mówiąc przeciętne. Rzeźba ptaka takahe przypomina, że Fiordland jest głównym siedliskiem tego uznanego za wymarły w 1900 roku gatunku. Prawie 50 lat później zaobserwowano nieliczne osobniki, szacowano liczebność takahe na ok. 300 sztuk. Do lat 80. XX populacja drastycznie spadła, więc podjęto starania o odtworzenie gatunku. W październiku 2017 roku naliczono 347 osobników i ta liczba sukcesywnie wzrasta. Nam udało się zaobserwować w różnych miejscach modrzyka, który do takahe jest bardzo podobny, ale takahe jest krępym ptakiem o krótkich grubych nogach.

Doubtful Sound
Doubtful Sound

W Te Anau mając już trochę czasu, skorzystaliśmy z jeszcze jednej atrakcji, których jest sporo w Nowej Zelandii. Jet-boat, czyli jazda motorówką po jeziorze. Nie jest to zabawa pouczająca, czy pozwalająca odkrywać i obserwować tutejsze widoki. Kończy się to na drifttingu na jeziorze (lub kręceniu bączków), podbijaniu się na falach. Tak na zasadzie czystej rozrywki. Kiwi twierdzą, że tego typu motorówki to ich własny pomysł, a co za tym idzie to bardzo lokalna atrakcja. Nie wnikaliśmy, ale faktycznie zabawa przednia. Wszelkie atrakcje można zamówić w Te Anau, albo poszukać wcześniej w sieci (jest kilka firm, które organizują rejsy). W sezonie, jak się ma ograniczoną liczbę dni w Fiordland, warto zarezerwować sobie rejs wcześniej.

Doubtful Sound
Doubtful Sound

Okolice Te Anau i filmy

Jadąc między Milford Sound a Te Anau, czy jeszcze bardziej na południe Doubltful Sound, mamy po drodze wiele miejsc z krótkimi trasami spacerowymi. Często wśród drzew, czasem przy jakiś wodospadach czy innych widokach. Kwitnący łubin w wielu odcieniach fioletu i błękitu to częsty widok w Nowej Zelandii. Pachnie obłędnie. Oczywiście w odpowiedniej porze roku. Jedno z takich ciekawszych miejsc, w sam raz by zatrzymać się na chwilę, to Mirror Lake. Przy pomyślnej, bezwietrznej pogodzie, w wodzie widać doskonałe odbicie otaczających gór. Myśmy nie widzieli, bo lustro wody było nieco pomarszczone. W każdym razie znajduje się tu ciekawa tabliczka z nazwą tego miejsca.

Doubtful Sound
Doubtful Sound

Fiordland znalazł się na naszym szlaku filmowym nie bez przyczyny. W zatoce Milforda kręcono choćby sceny do „Willow” Rona Howarda. Niewiele, ale jednak, więcej kręcono w Tongariro. Tu także powstawał „Obcy: Przymierze” Ridleya Scotta. Kręcono tu ujęcia planety, na której przebywał David. Zdjęcia trwały od 4 kwietnia 2016 do 19 lipca tegoż roku.

Kea zaczepiająca turystów
Kea zaczepiająca turystów

W grudniu 1996 roku Steven Spielberg kręcił tu przez pięć dni „Zaginiony Świat: Park Jurajski”. Dokładniej powstała tu scena otwierająca film, zdjęcia z wody. Zamiast kostarykańskiej wyspy pokazywane jest wybrzeże Nowej Zelandii.

Leśna ścieżka oznaczona przez fanów Władcy Pierścieni
Leśna ścieżka oznaczona przez fanów Władcy Pierścieni

Filmowa Anduina

Jednak najlepiej pamięta się tu oczywiście o „Władcy Pierścieni”. Mimo że w sumie spędzono tu mniej dni, niż w przypadku „Obcego”, to jednak ekipa Petera Jacksona na trwałe zmieniła Fiordland. Wzrosła przede wszystkim jego rozpoznawalność. Między Doubtful Sound a Te Anau nad rzeką Waiau, konkretnie nad odcinkiem, który łączy Jezioro Manapouri i Jezioro Te Anau znajduje się kilka lokacji filmowych. Tutaj nagrywano ujęcia rzeki Anduiny w kilku różnych, oddalonych od siebie o kilkaset metrów miejscach.

Anduina
Anduina

Nie są oficjalnie oznaczone, o utrzymanie i oznakowanie leśnych ścieżek dba lokalny fandom. Tutejsi fani wnieśli petycję do lokalnego rządu o nazwanie tego odcinka rzeki Anduin Reach. Ich prośba została odrzucona w 2009 roku, uargumentowano to tym, że nie ma żadnych historycznych przesłanek, by ta część rzeki miała jakąś specjalną nazwę.

Anduina
Anduina

Choć tę batalię przegrali, to w myśl churchilowskiego „Nigdy się nie poddamy”, fani filmów Jacksona po pierwsze oznaczyli te miejsca na mapach Google’a nadając im bardziej tolkienowskie nazwy. Po drugie oznaczyli szlaki. Można wejść do lasu i dojść do Anduiny. Parking przed wejściem jest dość umowny, ale jest. Później mamy informację, że nie jest to oficjalny szlak i nikt nie ponosi odpowiedzialności. Dalej droga przez las. W oznaczenia trzeba się wpatrywać, wytrawne oko raczej nie zbłądzi. Za to już sama wędrówka między drzewami jest fascynująca, bo dzika. Ścieżki nie są wyrównane, trzeba się przedzierać czasem między paprociami albo zwalonymi konarami. Takiej Nowej Zelandii to niestety najczęściej nam brakowało.

Anduina
Anduina

W okolic Fiordland, już niekoniecznie w rezerwacie, kręcono także kilka innych ujęć do „Władcy”, w tym choćby Martwe Bagna, a także las Fangorn.

Pola i bagna wykorzystywane przez ekipę Petera Jacksona
Pola i bagna wykorzystywane przez ekipę Petera Jacksona

Transport

Po samym Fiordland między fragmentami rezerwatu najlepiej poruszać się samochodem, . Drogi są dobre, ale trzeba pamiętać o tym, iż bywają wahadłowe odcinki jednokierunkowe. W szczególności tunel prowadzący do zatoki Milforada, więc jeśli ktoś ma tam rejs o określonej godzinie, warto zarezerwować więcej czasu na dojazd.

Jezioro Te Anau
Jezioro Te Anau

Nawet bez filmów to miejsce jest wyjątkowe. Gdy się wypłynie z zatoki, to w prostej linii przez Morze Tasmana mamy „tylko” 1650 km do wybrzeża Australii (przylądek Howe). Zresztą Fiordland to bez wątpienia jedno z najładniejszych miejsc, które widzieliśmy w kraju kiwi. A konkurencja jest spora.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Te Anau
Te Anau
Szlak nowozelandzki
Park Narodowy Fiordland
Szlak filmowy
Park Narodowy Fiordland (Obcy, Władca)
Share Button

Przylądek Roca

Najdalej wysuniętym na zachód krańcem kontynentalnej Europy jest przylądek Roca (port. Cabo da Roca) w Portugalii, który znajduje się na terenie Parku Narodowego Sintra-Cascais. Skalisty brzeg ma wysokość do prawie 140 metrów. To wyjątkowo spokojne i malownicze miejsce. Słynny portugalski poeta Luís Vaz de Camões opisał je słowami: „Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”. Wyrwany z kontekstu fragment może nie powala, ale jednocześnie dość dobrze oddaję istotę tego miejsca. Pewnie dlatego, jest tak często cytowany, nawet na materiałach promujących to miejsce.

Krzyż na przylądku
Krzyż na przylądku
Latarnia morska
Latarnia morska

Przylądek Roca (Cabo de Roca)

Poza oczywiście samym faktem, że to koniec kontynentalnej Europy, jest to przy odpowiedniej pogodzie, miejsce idealne na spokojny spacer. Można cieszyć się oceanem i klifami. Okolica jest porośnięta głównie przez sukulent Carpobrotus edulis, rdzennie pochodzący z Afryki Południowej.

Widok na ocean
Widok na ocean

W okolicy przylądka znajdują się trzy rzeczy. Pierwsza najbardziej widoczna to latarnia morska. Druga to monument z krzyżem. Na nim znajduje się fragment poematu Camoesa. Co ciekawe w bardzo wielu miejscach w sieci krzyż jest „usunięty”. Pokazywane są tylko fragmenty dolne monumentu. Trzecia rzecz, to kamień z napisem „koniec Europy”, znajduje się trochę dalej od monumentu i można go nie zauważyć.

Wybrzeże
Wybrzeże

Przy głównej części przylądka znajdują się barierki nad klifami. Ale jak się odejdzie dalej, to można samemu podejść do krawędzi, a nawet spróbować sobie zejść. Na to oczywiście trzeba sobie zaplanować trochę więcej czasu. Samo zachwycanie się tym dość pięknym miejscem raczej nie zajmuje długo. Godzina z pewnością wystarczy. Prawda jest taka, że jeśli ktoś chciałby to tylko zaliczyć i cyknąć sobie fotkę na krańcu Europy, bez problemu zrobi to w piętnaście minut. Gorzej oczywiście ze zdjęciem monumentu, bo wokół niego nieustannie kręcą się jacyś turyści.

Przylądek Roca (Cabo de Roca)
Przylądek Roca (Cabo de Roca)

Kontynentalny koniec Europy

Do przylądka można dojechać oczywiście samochodem, ale kursują tu też autobusy lokalne z Sintry i Cascais. Dokładnie linia 403. Do Sintry i Cascais można dojechać z Lizbony pociągiem w ramach biletów na metro i koleje lokalne. Bilety autobusowy w Sintrze można kupić na przykład całodniowy. To bilet typu hop on hop off i działa także na linie dowożące do pałaców. Ewentualnie można skorzystać z taksówek, tuktuków czy innych form bardziej indywidualnego transportu.

Trasa spacerowa
Trasa spacerowa

Swoją drogą w czasach rzymskich to miejsce nosiło nazwę Promontorium Magnum, zaś w okresie wielkich odkryć geograficznych – Skały Lizbony.

Szlak portugalski
Przylądek Roca
Share Button

Tanzania: Podsumowanie

Dzika Afryka, w szczególności sawanna od wielu lat była miejscem do którego chcieliśmy dotrzeć. Zwłaszcza Serengeti, ale nie tylko. Początkowo myśleliśmy nad różnymi rozwiązaniami, ale rozważaliśmy przede wszystkim wyjazd do Kenii. W grę wchodziło nawet nasze polskie biuro, ale bardziej preferowane jedno z mniejszych, które szyje raczej wycieczki na miarę. Trochę baliśmy sami się organizować wyjazdu do Afryki. Pojawiały się różne trudności po drodze, w tym także cena. Z roku na rok Kenia była przekładana na lepsze czasy. W dodatku sprawa z zamachami nie rokowała zbyt dobrze (choć powiedzmy sobie szczerze, dotyczy to północy kraju, nie południa, zresztą kto by dziś o tym w ogóle pamiętał). Nikt nie wiedział wówczas, w którym kierunku to pójdzie. W tym momencie pojawiła się pewna alternatywa, czyli Tanzania, i tak już zostało. Nie dość, że Serengeti właściwie w większości znajduje się właśnie tam, to jeszcze jest kilka innych wspaniałych miejsc, jak Ngorongoro, Zanzibar, a także jezioro Malawi (Niasa). Decyzja zapadła, a ponieważ od pomysłu do realizacji minęło kilka lat, bogatsi o doświadczenia zdecydowaliśmy się tylko na pomoc lokalnego biura przy realizacji samego safari. A tak właściwie to nawet dwóch biur.

Zachód słońca w Mikumi
Zachód słońca w Mikumi

Dzień 1: Przylot

Do Dar Es Salaam polecieliśmy Turkishem z Pragi przez Istambuł. Wylądowaliśmy tam koło trzeciej w nocy i od razu mieliśmy do czynienia z przedziwnym, niesamowitym organizacyjnie lotniskiem. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że panuje tu bałagan i prowizorka, ale w gruncie rzeczy to się sprawdzało. Wiza, odebranie bagaży, a potem próba wypłacenia pieniędzy z bankomatu, by nie płacić dolarami zbytnio. Bankomatów było kilka, ale dział jeden. Na samym lotnisku chyba najbardziej w pamięć zapada pani rozdająca paszporty z pieczątkami. Wyglądało to bardzo szkolnie, ale polskich nazwisk nawet nie próbowała czytać. Dalej już łatwiej taksówką do hotelu. W budynku nawet na piątym piętrze były kraty w oknach, a przed wejściem stał ochroniarz z karabinem. Cóż Dar Es Salaam raczej wygląda niepokojąco.

Lobo w Serengeti
Lobo w Serengeti

Już rano po śniadaniu wróciliśmy na lotnisko by polecieć linią PrecisionAir do Arushy. Tam nas odebrali przedstawiciele organizatora safari. Lotnisko w Arushy wygląda przecudownie, jest jak z wyobrażeń o Afryce, włącznie z rozdawaniem bagaży jak na targu i wyciąganiem ich ręcznie (przez obsługę) z samolotu. Po załatwieniu formalności i krótkim spacerze odwieziono nas do hotelu, gdzie mogliśmy spokojnie odpocząć po podróży. Przydało się.

Słonie w Tarangire
Słonie w Tarangire

Dzień 2: Tarangire

Po śniadaniu zaczęliśmy właściwą przygodę. Pierwsze safari. Zapoznaliśmy się z naszym przewodnikiem i kucharzem. Kucharza zostawiliśmy w ośrodku w którym mieliśmy nocować tej nocy. Tym razem czekała nas już noc pod namiotami, ale na to się pisaliśmy. Z przewodnikiem zaś pojechaliśmy zwiedzać nasz pierwszy afrykański park narodowy, czyli Tarangire. Park pełen słoni i innych zwierząt, niesamowite przeżycie na początek. Pod wieczór powrót do ośrodka, ochłonięcie z wrażeń i spanie. Ognisk nie ma, więc właściwie można kłaść się wcześniej, by rano wcześniej wstać.

Ngorongoro
Ngorongoro

Dzień 3: Ngorongoro

Po śniadaniu spakowaliśmy wszystko. No dobra, większość zrobili przewodnik z kucharzem i pojechaliśmy do Ngorongoro. Już po wjeździe na teren obszaru chronionego przejeżdżaliśmy przez las mglisty. Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym. Znów wyrzuciliśmy kucharza z rzeczami, sami zaś zjechaliśmy do krateru. Pierwsze z wielkich, ważnych miejsc w Afryce. Potem powrót na camping pod wieczór. Tu akurat nocowało bardzo wiele osób, było dość tłoczno. ze względu na wysokość także zimno, ale bardziej przewodnikowi i kucharzowi, niż nam. Do wielkiej piątki brakuje nam już tylko lamparta i nosorożca.

Dzień 4: Serengeti

Z Ngorongoro pojechaliśmy do chyba najważniejszego miejsca na północy Tanzanii, czyli Serengeti. Po drodze zahaczyliśmy klasyczną wioskę Masajów. Ci za 50 USD oczywiście zatańczą i pokażą wszystko, w pewien sposób urocze, w pewien przerażające. W Parku już oczywiście standardowo odwieźliśmy kucharza do obozu, sami zaś zwiedzaliśmy w tym czasie ten zdecydowanie najbardziej znany park narodowy. Faktycznie jest tu zdecydowanie więcej ludzi niż w Tarangire, ale warto było to zobaczyć. No i bardzo ciekawa atrakcja, noc w pod namiotami w Serengeti. Zwłaszcza, gdy pod obóz podchodzą lwy. Dopiero rano to sobie uzmysłowiliśmy.

Brama do Serengeti
Brama do Serengeti

Dzień 5: Serengeti-Lobo

Właściwie to nie wyjeżdżaliśmy z parku. Zwiedzanie było podzielone na dwie części. Do południa dalej jeździliśmy z przewodnikiem i szukaliśmy zwierząt, po lunchu zaś udaliśmy się na północ do Lobo. Tam też nocowaliśmy. To dalej Serengeti, ale już bardziej górzyste i inaczej porośnięte. Znów jednak mieliśmy tę samą atrakcję spania pod namiotami w Parku. Tym razem w obozie grasowały małpy, a przy ubikacjach w nocy hieny. Zaś z piątki zostało nam już tylko znalezienie nosorożca. Niestety dalej raczej szanse zerowe.

Dzień 6: Serengeti – Natron

W Serengeti mieliśmy wykupione 48 godzin. To dużo, ale trzeba było wyjechać. Rano jeszcze trochę mogliśmy popatrzeć na park, potem ruszyliśmy w kierunku jeziora Natron. Po drodze zwiedziliśmy współczesną wioskę Masajów, zupełnie inne klimaty niż w tradycyjnej. Tym razem spaliśmy w kempingu prowadzonym przez Masajów, oni zaś zaprowadzili nas do kanionu. Na wyprawę nad jezioro było jednak za gorąco.

Flamingi nad jeziorem Natron
Flamingi nad jeziorem Natron

Dzień 7: Natron

Wcześnie z rana wybraliśmy się nad jezioro Natron, zanim się powietrze nagrzało. Kolejne ciekawe przeżycie. O tym jeziorze narosło wiele mitów, dlatego chcieliśmy je zobaczyć. Przeżyliśmy. Tak zabójcze to ono nie jest. Potem musieliśmy wyjechać z terenów Masajów i nocowaliśmy niedaleko Arushy.

Małpy w PN Jezioro Manyara
Małpy w PN Jezioro Manyara

Dzień 8: Jezioro Manyara

Ostatni dzień naszego safari to jezioro Manyara. Mogliśmy jeszcze raz zobaczyć, trochę inny park narodowy, wciąż jednak to ta sama wspaniała Afryka. Potem odstawiono nas na lotnisko i PrecisionAir wróciliśmy do Dar Es Salaam. Nocowaliśmy w ośrodku, jak się okazało, prowadzonym przez Armię Zbawienia. W każdym razie wart polecenia, zwłaszcza gdy szuka się noclegu na ostatnią chwilę. Mają zapas i można przyjechać bez rezerwacji (Mgulani). Zaś my mogliśmy w końcu wyspać się w łóżku, nie w namiocie.

Słonie pijące wodę w Mikumi
Słonie pijące wodę w Mikumi

Dzień 9: Mikumi

Rankiem przyjechał po nas kolejny uzgodniony wcześniej przewodnik. Zabrał nas, już bez kucharza, do parku narodowego Mikumi. To było krótsze, bo tylko ograniczone do jednego parku, safari, droższe w przeliczeniu na dzień, ale też na innych warunkach. Znów spaliśmy w parku narodowym, ale tym razem już w domkach, z łóżkiem i normalną łazienką, zaś jedzenie przygotował nie nasz kucharz, a zwykła obsługa. Zarówno przewodnik jak i właściciel biura bardzo nam pomogli w organizacji dalszej części wojaży. Przede wszystkim dlatego, że firmy transportowe niekoniecznie muszą mieć strony internetowe. Natknęliśmy się na „martwe”. Pomogli nam sprawdzić rozkład i zaplanować przejazd. Wracając jednak do Mikumi, to niestety był nasz ostatni park narodowy. Też piękny, inny, a jeszcze jeździliśmy samochodem tak o zachodzie jak i wschodzie słońca. To niezapomniane przeżycia, zwłaszcza gdy widzimy jak zwierzęta się budzą, czy hipopotamy wracają do wody.

Dzień 10: Mikumi – Kyela

Rankiem kończyliśmy Mikumi, właśnie wtedy załapaliśmy się na poranek w parku, jeszcze przed śniadaniem. Potem zabraliśmy swoje rzeczy i jeszcze ostatni przejazd po parku, a następnie przewodnik odwiózł nas na autobus do Kyeli. Organizacyjnie zakupili nam wcześniej bilety i dogadali się z kierowcą, że złapią nas przy parku narodowym. Dalej już właściwie musieliśmy radzić sobie sami. Przejazd do Kyeli lokalnym autobusem to niesamowite przeżycie, które zajęło nam cały dzień (choć niekoniecznie chcemy je w przyszłości powtarzać). W Kyeli również mieliśmy już załatwiony nocleg, a co najważniejsze przewodnika, który nas dowiózł do hotelu. To był zdecydowanie najlepszy nocleg w całej naszej wojaży. Nowy ośrodek o wysokim standardzie, no i przystępnych cenach, bo to kurort dla Tanzańczyków, a nie białych. Zresztą jako biali byliśmy tam atrakcją. Przynajmniej na początku, włącznie ze zdjęciami.

Jezioro Malawi
Jezioro Malawi

Dzień 11: Jezioro Malawi

Kolejny dzień mieliśmy na cieszenie się jeziorem Niasa (Malawi). Trzeba było tylko dopiąć sprawy związane z powrotem do Dar Es Salaam. Nocleg dalej w tym samym miejscu.

Dzień 12: Kyela – Dar Es Salaam

Jeszcze przed świtem zaczęliśmy podróż powrotną do Dar Es Salaam, lokalnym transportem. Powtórka z rozrywki, tyle że tym razem dłużej, no i mogliśmy poznać lokalną muzykę popularną. Wróciliśmy do Mgulani, czyli hotelu prowadzonego przez Armię Zbawienia.

Tanzańskie bezdroża
Tanzańskie bezdroża

Dzień 13: Dar Es Salaam – Zanzibar

W kilku miejscach dowiadywaliśmy się jak wygląda sprawa transportu na Zanzibar. Miejsca VIPowskie podobno da się kupić bez problemu. Są droższe, ale wciąż cena jest znośna. A jak ich nie będzie to powinny być miejsca zwykłe dostępne. Nie zawsze. Akurat wyruszyliśmy w drogę w dniu święta narodowego połączonego z długim weekendem i jednocześnie w tym czasie pojawiło się tam wielu muzułmanów, którzy tu coś świętowali. Efekt był taki, że mieliśmy problem z promem. Ostatecznie popłynęliśmy trochę innym niż zamierzaliśmy, wcześniej zwiedzając sobie dzielnicę portową Dar Es Salaam. A już po południu Stone Town (Kamienne Miasto), gdzie też nocowaliśmy w hotelu.

Plaża na Zanzibarze
Plaża na Zanzibarze

Dzień 14: Zanzibar – Prison Island

Zaczęliśmy dzień od wyprawy na Prison Island, wyspę żółwi. Potem całą resztę dnia spędziliśmy zwiedzając dalej Kamienne Miasto, w tym kwatery niewolników, coś co naprawdę trzeba zobaczyć, bardzo pouczające. Po kolacji, gdy było ciemno wróciliśmy do hotelu, gdzie zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się na lotnisko. Wpierw PrecisionAir do Dar Es Salaam, tam zaś czekaliśmy na Turkisha i zaczęła się podróż do domu.

Changuu (Prison Island)
Changuu (Prison Island)

Podsumowując. Do Tanzanii pojechaliśmy głównie ze względu na przyrodę. Ta nas nie rozczarowała, wręcz przeciwnie. Wciąż jesteśmy zachwyceni jej pięknem. Każdy z tych parków, choć były inne, tak naprawdę był niesamowity. Reszta kraju, no może z wyjątkiem Dar Es Salaam, również robi niesamowite wrażenie. To kraj, do którego z pewnością chciałoby się wrócić, ale czy to będzie możliwe, zobaczymy.

No i jeszcze garść informacji praktycznych.

Jeśli zainteresował Cię ten wpis, przeczytaj inne o Tanzanii.

Szlak tanzański
Tanzania podsumowanie
Share Button

Park Narodowy Mikumi

Znajdujący się na południe od Dar Es Salaam park nie należy do zbyt najpopularniejszych wśród zagranicznych turystów, ale wciąż jednak znanych. Ci nie są wcale tu też rzadkością. Najczęściej właśnie przybywają tu z Dar Es Salaam samochodem, albo przylatują z Zanzibaru. Mikumi jest jedną z kilku ciekawych alternatyw wobec słynnych północnych parków Tanzanii.

Samica guźca z młodymi
Samica guźca z młodymi

Park Narodowy Mikumi

Park Narodowy Mikumi został założony w 1964. Graniczy z Selous, tworząc razem spory, unikalny ekosystem. Mniejsza popularność przekłada się jednak na większą naturalność. Uznaje się, że ten Park jest dużo bardziej pierwotny niż choćby Serengeti. Co prawda przecina go autostrada, ale i tak ma bardzo dobre opinie jeśli chodzi o ochronę zwierząt.

Żyrafa
Żyrafa

Mikumi to bardzo klasyczna sawanna, zwłaszcza gdy zwiedza się ją w okresie maja – listopada, gdy jest tu sucho. Można zobaczyć zarówno trawy, jak i samotne baobaby.

Krokodyl
Krokodyl

W Mikumi znajdują się także miejsce noclegowe, podobnie jak ma to miejsce w Serengeti. Choć tutaj, ze względu na mniejszą liczbę turystów, cenowo nie było tak strasznie i skorzystaliśmy z lodge’y zamiast namiotu. Tym razem po naszym obozie chodziły marabuty i guźce, a także małpy (co niektórym przeszkadzało). Jednak nawet takie domki nie mają żadnych płotów czy odgrodzenia od reszty parku, co dla nas stanowiło nie lada atrakcję.

Sępy
Sępy

Ten Park Narodowy ma jedną bardzo istotną zaletę. Dzięki mniejszej ilości turystów (ale też mniejszej ilości zwierząt), nocując tutaj można obserwować sawannę o zachodzie i wschodzie słońca. W Serengeti i północnych Parkach nie jest to normą. Za dużo turystów, więc starają się ograniczać. Tu mieliśmy okazję zobaczyć jak zwierzęta szykują się do snu, albo wręcz przeciwnie wychodzą na żer, a potem budzą się lub wracają do siebie. Tu właśnie widzieliśmy hipopotamy, które wychodzą z wody.

Zebry
Zebry

Dodatkowo sama sawanna jest przepiękna o wschodzie i zachodzie słońca. Mikumi bardzo dużo zyskuje o tych godzinach, jest po prostu niesamowicie malownicze. Wręcz ikonicznie, wygląda jak sawanna z obrazów.

Bawoły
Bawoły

Mikumi – sztuczne czy prawdziwe?

Choć Mikumi uchodzi za naturalne, nie jest tak do końca. Choćby sadzawka hipopotamów została wykopana przez człowieka, ale doskonale spełnia swoje zadanie. Dzięki temu jest możliwość podjechania pod nią blisko, a także wyjścia i oglądania zwierząt spoza samochodu. Hipopotamy nie są za bardzo zainteresowane ludźmi, czy słoniami, albo krokodylami. Za to bardzo przeszkadzają im hipopotamy spoza ich stada. Wtedy widać poruszenie. Natomiast sam fakt, że można sobie spokojnie wyjść w okolicy sadzawki, sprawia, że jest to niezapomniane wrażenie.

Hipopotam wracający z żeru
Hipopotam wracający z żeru

Mieliśmy tu możliwość poza małpami, marabutami, hipopotamami i guźcami, także zobaczyć lwy. Podobno te nawet łatwiej znaleźć tu na drzewach niż nad jeziorem Manyara, ale tego nie potwierdzamy. Inne zwierzęta to oczywiście zebry, gnu, bawoły, żyrafy, czy sępy.

Baobab
Baobab

Mikumi to bardzo malowniczy park, który z pewnością warto odwiedzić, jeśli po północnych wojażach wciąż będzie nam mało.

Marabut (Park Narodowy Mikumi)
Marabut (Park Narodowy Mikumi)

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tanzański
Park Narodowy Mikumi
Share Button

Park Narodowy Tarangire

W północnej Tanzanii znajduje się kilka parków narodowych, w tym oczywiście słynne Serengeti. Każdy z nich jest inny, specyficzny i unikalny. Dziś zajmiemy się Tarangire. Nazwa parku (czyta się przez „g”) pochodzi od rzeki Tarangire, która przez niego przepływa. Znajduje się on niedaleko Arushy, zdecydowanie bliżej niż wspomniane Serengeti czy Ngorongoro. Założono go w 1970. To co najbardziej się rzuca w oczy to olbrzymia populacja słoni. Ich jest tu naprawdę dużo.

Młody Masaj przy granicy parku Tarangire
Młody Masaj przy granicy parku Tarangire

Park Narodowy Tarangire

Tarangire jest dość niepozornym miejscem. Nie ma tu zbyt wielu turystów, co sprawia, że jest to bardzo kameralne miejsce na safari. No i jest tu naprawdę dużo różnych zwierząt. Chyba, w żadnym innym parku w Tanzanii nie było ich aż tyle.

Żółw lamparci
Żółw lamparci

W parku nie ma za bardzo miejsc, w których można rozprostować kości. Jest tylko kilka przewidzianych na pikniki. Jedno z nich, znajduje się na tyle wysoko, że można stamtąd oglądać sobie rozległe połacie parku, a także wspomnianą już rzekę.

Gnu
Gnu

Już sam wjazd do Tarangire sprawia niecodzienne wrażenie. Mija się wioski Masajów. Może się zdarzyć, że wokół parku czają się młodzi wojownicy wymalowani w tradycyjny sposób. Zaś czekając aż przewodnik załatwi formalności można podziwiać wystawione czaszki zwierząt, w tym także słoni.

Słoń afrykański
Słoń afrykański
Baobab
Baobab

Słonie i inne zwierzęta

Jak pisaliśmy wcześniej, Tarangire to przede wszystkim dom słoni. O ile zwierzęta te dość trudno zobaczyć np. w Serengeti, tu jest ich naprawdę dużo. Trzeba by mieć bardzo dużego pecha, by ich nie spotkać. To też doskonałe miejsce, na pewną obserwację. Okazało się, że nasz przewodnik nie bał się podjeżdżać do lwów, czy innych drapieżników, jak znajdowały się blisko drogi. Ale w przypadku słoni, zwłaszcza prowadzących młode, widać już po nim było, że woli zachować ostrożność. Czasem nawet wyłączał silnik, by nie było żadnych, gwałtownych ruchów. Lepiej przeczekać, aż słoń przejdzie.

Struś
Struś

A ponieważ jest ich tu całkiem sporo, jest to też duża szansa na obserwowanie ich zachowań. Choćby sposobu w jaki jedzą trawy, które wpierw wyrywają, a następnie otrzepują z ziemi. Albo jak ściągają korę z drzew akacjowych. Skoro jesteśmy przy roślinach, to tu także rośnie wiele baobabów.

Zebry
Zebry

Nam poza słoniami, udało się tu dostrzec między innymi żyrafy, zebry, gnu, impale i inne antylopy, bawoły, strusie, guźce, także lwy, pawiany i koczkodany oraz mnóstwo innych ptaków, z wikłaczami i papugami na czele. Widzieliśmy też mangusty a nawet żółwia lamparciego. Zaś wśród akacji i baobabów czasem da się dostrzec też termitiery, a przede wszystkim oglądać wspaniałą sawannę.

Błyszczak rudobrzuchy (z ang. Superb starling)
Błyszczak rudobrzuchy (z ang. Superb starling)

Wycieczka do Tarangire formalnie trwa cały dzień, ale tak naprawdę to kilka godzin od rana do wieczora, z jedną dłuższą przerwą na lunch. Ten park to bardzo dobry wybór, gdy mamy niewiele czasu. Z Arushy da się tu dojechać w miarę szybko, a znajdywanie zwierząt nie będzie stanowiło problemu.

Guźce
Guźce
Szlak tanzański
Park Narodowy Tarangire
Share Button

Park Narodowy Jezioro Manyara

Park Narodowy Jeziora Manyara został utworzony w 1960. Znajduje się tuż przy wielkim uskoku nieopodal Ngorongoro. Zajmuje tereny wokół wielkiego, płytkiego się jeziora. Park Narodowy jest znany jako miejsce lwów śpiących na drzewach oraz pawianów.

Jezioro Manyara widziane z uskoku
Jezioro Manyara widziane z uskoku

Jezioro Manyara – Park Narodowy

Nazwa jeziora pochodzi od masajskiego słowa emanyara, które określa specyficzny, występujący tu gatunek wilczomlecza. Różne źródła podają też inne dane na temat tego, czy jezioro jest słodko czy słonowodne. Właściwie najlepiej byłoby je określić jako słonawe, lub coś pomiędzy, bez wątpienia jest bardziej zmineralizowane niż typowe wody słodkowodne, ale to jeszcze nie Natron. Samo jezioro liczy sobie 231 km2.

Pawian
Pawian
Koczkodan czarnosiwy
Koczkodan czarnosiwy

Safari wśród lwów

Jadąc w kierunku Ngorongoro znajdziemy kilka miejsc widokowych, skąd rozciąga się piękny widok na jezioro i cały park narodowy. Sam park także jest bardzo zróżnicowany. Z jednej strony znajduje się tam las równikowy, który dość szybko przechodzi w typową sawannę, a potem w tereny podmokłe. W porze suchej część jeziora. Na obszarze parku znajdują się ponadto gorące źródła.

Słoń
Słoń

Park również nie jest zbyt popularny wśród turystów, zwłaszcza w porównaniu do Serengeti czy Ngorongoro. Zwierząt jednak wciąż jest dość sporo. Oczywiście najbardziej w oczy rzucają się duże stada małp, w szczególności pawianów. Są też różne koczkodany. Na małpy trzeba uważać, by nie kradły i nie próbowały wejść do samochodów. Na szczęście tutaj jednak najczęściej są bardziej zajęte same sobą.

Sępy
Sępy

Widzieliśmy także sporo słoni. Może nie tyle ile w Tarangire, ale wciąż zdecydowanie więcej niż w innych parkach. Są bawoły, czasem żyrafy i guźce, no i dużo ptactwa, w tym sępy, flamingi, pelikany czy warzęchy.

Pelikany
Pelikany
Warzęchy (jezioro Manyara)
Warzęchy (jezioro Manyara)

Maynara to bardzo ładny park, choć niestety w naszym odczuciu chyba najmniej wyróżniający się. Co prawda jest zróżnicowany, można też podjechać praktycznie pod samą wodę, ale raczej w porównaniu z innymi, jest raczej powtórką. Powoduje to znów to, że przybywa tu mniej ludzi (jak w Tarangire). Więc dużo łatwiej obcuje się z przyrodą. Bez wątpienia to miejsce godne rozważenia, choć wybierając między Manyarą a Tarangire chyba lepiej wybrać ten drugi.

Impale
Impale

Szlak tanzański
Park Narodowy Jeziora Manyara
Share Button