Archiwa tagu: UNESCO

Al-Ajn, miasto-oaza na pustyni

Al-Ajn (arab. العين‎, ang. Al Ain) po arabsku znaczy tyle co źródło, czasem jest też określane mianem miasta ogrodów. Ciekawostka: w pustynnych krajach semickich jest to popularna nazwa miasta, które wyrosło wokół oazy. Znajduje się blisko granicy z Omanem, więc samo w sobie jest dość dobrym miejscem na rozpoczęcie wizyty w tym kraju.

Wzgórze Al Nagfa i dobry punkt widokowy
Wzgórze Al Nagfa i dobry punkt widokowy

Al-Ajn, pałac muzeum i miasto szejka Zajida

Choć osadnictwo na tym istnieje od jakiś 4 tysięcy lat, historycznie trudno mówić o konkretnej dacie założenia. W każdym razie jeden z towarzyszy proroka Mohameda, Ka‘ab Bin Ahbar przyjechał tutaj i próbował nawracać lokalne ludy. Został i zbudował osadę w oazie, nie pierwszą i nie ostatnią. Dziś najstarsza zabudowa to forty z przełomu XIX i XX wieku.

Pałac Muzeum
Pałac Muzeum

Al-Ajn to drugie co do wielkości miasto emiratu Abu Zabi, czwarte w ZEA. Jest to miasto narodzin szejka Zajida ibn Sultan Al Nahyan (1918-2004), założyciela i pierwszego przywódcy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, stąd jest bardzo ważne historycznie. W końcu XIX lub początku XX wieku wraz z rozwojem państwowości arabskiej, nabrała rozpędu historia miasta. Powstały słynne forty, dziś mocno (aż za mocno) zrewitalizowane. To też najważniejsze zabytki miasta, położone w samym jego centrum. Choć dziś oczywiście bardziej istotne jest tu chyba wspominanie pamięci szejka Zajida.

Oaza Al-Ajn (Al Ain Oasis)
Oaza Al-Ajn (Al Ain Oasis)

Najważniejszy dla mieszkańców Emiratów, zabytek to pałac-muzeum (Al Ain Palace Museum). To właśnie jeden z fortów. Drugi to Al Jahili Fort, może już nie tak dostojny, ale też bardzo podobny. Świetnie odnowione i bardzo podobne miejscami, jakby częściowo robione były z tej samej formy. W każdym razie kształt fortu (i wież pałacu) jest bardzo rozpoznawalny w ZEA i można się na niego natknąć w różnych miejscach. To jeden z narodowych symboli.

Al Jahili Fort
Al Jahili Fort

Oaza Al-Ajn

Al Ain Oasis to największa oaza na obszarze miasta, znajdująca się na liście UNESCO. Za jej znaczenie dla formowania kultury i za podziemny system nawadniający – falaj. Zwiedzanie oazy trochę rozczarowuje: spaceruje się wybrukowaną aleją, po bokach są wysokie mury, nie wchodzi się za bardzo pomiędzy palmy, brakuje informacji. Oaza jest tuż przy pałacu, właściwie to jego część. Tyle że nie ma tu biletów, nie jest też zamykany w dni muzealne.

Al Jahili Fort
Al Jahili Fort

Sama oaza raczej nie robi dobrego wrażenia. Można nawet zacząć zastanawiać się, jakim cudem trafiło to na listę UNESCO? Czy tylko z powodu szejka Zajida? Słowo klucz w tym wypadku to właśnie tradycyjny falaj. Ten system budowania irygacji znany jest tu od prawie 3000 lat.

Wnętrza centrum handlowego Bawadi Mall
Wnętrza centrum handlowego Bawadi Mall

Centrum miasta można obejrzeć ze wzgórza Al Nagfa. To słynny punkt widokowy, znajdujący się niedaleko fortów. Niestety to nie jest ani Dubaj, ani Abu Zabi, więc nie robi to już takiego wrażenia.

Targ wielbłądów
Targ wielbłądów

Targ wielbłądów

Jednak to nie zabytki ściągnęły naszą uwagę na Al-Ajn. W pewnym sensie odpowiada za to centrum handlowe Bawadi Mall, choć oczywiście w porównaniu z dubajskimi, to szkoda na nie marnować czasu. Jedna fontanna w środku i brak turystów, kupują zaś jedynie Arabowie z rodzinami. Prawdziwy kruczek tkwił w lokalizacji tego centrum. Tuż za nim znajduje się tradycyjne targowisko, na którym handluje się zwierzętami. To chcieliśmy zobaczyć.

Targ wielbłądów w Al-Ajn
Targ wielbłądów w Al-Ajn

Z samego rana, jeszcze przed śniadaniem, wybraliśmy się na pobliski targ wielbłądów, bo tak go się najczęściej określa. Oczywiście handlują też innymi zwierzętami, przede wszystkim kozami i owcami, ale to wielbłądy ściągają tu zarówno kupców jak i odwiedzających. Sprzedają tutaj tylko wielbłądy jadalne, to znaczy przeznaczone na konsumpcję. Nie było zwierząt wyścigowych.

Targ wielbłądów w Al-Ajn
Targ wielbłądów w Al-Ajn

To ostatni taki targ w Emiratach. Raczej zanikają już w tej formie. Ten powoli staje się też atrakcją turystyczną, co pewnie sprawi, że przetrwa w jakiejś formie. Idąc z samego rana można zobaczyć, jak to wyglądało naprawdę. Sprzedawcy pozwalają bez problemów robić zdjęcia, czasem sami chcą pozować. Klientów też nie ma zbyt wielu, może przyjdą później. Są zagrody, są zwierzęta i tyle. Natomiast w późniejszych godzinach przybywają tu turyści, najczęściej ze zorganizowanych wycieczek. Wstęp dla nich na targ jest płatny (ale nie jest to oficjalnie zorganizowane, więc bywa różnie). Sprzedawcy chcą też zarabiać na zdjęciach. Za to można sobie cyknąć fotki siedząc na wielbłądach, czy przebierając się w kolorowe stroje. Robi się z tego taka atrakcja turystyczna, w takim bardziej cepelianym znaczeniu.

Sam targ też nie jest dobrym miejscem dla osób wrażliwych. Nie ma tu jakiejś krwi, czy rzeźników, ale w tych krajach nie dba się zbytnio o zwierzęta i traktuje się je czasem dość brutalnie.

Targ wielbłądów
Targ wielbłądów

Ogród zoologiczny

Ale to nie koniec oglądania zwierząt w Al-Ajn. Nie udało nam się zobaczyć arabskich oryksów na wolności (ani w jordańskim rezerwacie, który akurat był nieczynny z powodu remontu), więc musieliśmy się posiłkować tutejszym ogrodem zoologicznym.

Safari w zoo
Safari w zoo

A jest to specjalne zoo. Zacznijmy od tego, że jeden z ojców założycieli, a potem prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich – szejk Zayed bin Sultan Al Nahyan był światłym człowiekiem z wizją. Nie tylko pchnął rozwój gospodarki i kultury tej części Półwyspu Arabskiego, ale także zainteresował się ochroną przyrody, w tym ochroną zagrożonych gatunków zwierząt – rzadko się to zdarza w świecie arabskim. Na jego zlecenie powstał w Al-Ajn ogród zoologiczny. W roku 1968 otwarto placówkę, której jednym z ważniejszych celów było i nadal jest, odtworzenie populacji oryksa arabskiego (Oryx leucoryx). Ze względu na niekontrolowane polowania, w 1970 roku uznano gatunek za wymarły na wolności.

Oryksy arabskie
Oryksy arabskie

Dzięki staraniom prywatnych hodowców (do których należał szejk Zayed) i ogrodów zoologicznych, w tym Al-Ajn, w 2011 roku populację oryksa na Półwyspie szacuje się na około tysiąca osobników. W zoo jest zdjęcie szejka Zayeda wypuszczającego oryksa na wolność. Nie tylko oryks arabski jest objęty programem reintrodukcji, ale także oryks szablorogi (Oryx dammah), który niegdyś występował w Afryce Północnej, dziś jest wymarły w stanie dzikim. W Tunezji, Maroko czy Senegalu próbuje się odtwarzać gatunek.

Pustynia obok zoo
Pustynia obok zoo

Oryksy i safari

Zoo w Al-Ajn jest bardzo dobrze przemyślane. Ma doskonale zachowaną równowagę pomiędzy ochroną gatunków i dobrym samopoczuciem zwierząt na wybiegach (nie do pomyślenia na targu), a satysfakcją zwiedzających, dodatkowymi atrakcjami i walorami edukacyjnymi. Wybiegi są naprawdę obszerne i urozmaicone, otoczone dość wysoką zielenią, dzięki czemu zwierzęta nie są bardzo wyeksponowane: dość, by je spokojnie obserwować, a jednocześnie by zwierzęta nie czuły się otoczone. Do dodatkowych atrakcji oprócz pokazów karmienia należy możliwość kupienia wycieczki safari na teren afrykańskiego wybiegu. Jedzie się samochodami terenowymi i robi zdjęcia, dokładnie jak na przykład na safari w Tanzanii czy Kenii. Po co ruszać się poza wygodny Półwysep? Duże centrum edukacyjne oferuje różne warsztaty, konferencje i pokazy. Prawdę mówiąc, nie spodziewaliśmy się tak świetnego ogrodu zoologicznego. Ten zaś jest naprawdę godny polecenia.

Oryks arabski
Oryks arabski

I co najważniejsze, to faktycznie jedno z najważniejszych centrów rozmnażania oryksów. Stąd pomysł na wizytę tutaj. Oryksy zaś można zobaczyć nawet bez wchodzenia do zoo. Przed wejściem, jak się jedzie na olbrzymi parking, jest wybieg, gdzie chodzą te wspaniałe zwierzęta. Parking oczywiście jest darmowy, ale jak ktoś chce to jest i wersja płatna typu valet czy VIP.

Orksy arabskie
Orksy arabskie

Al-Ajn niestety nie jest tak popularne wśród turystów jak Dubaj, więc gorzej wygląda tu kwestia poruszania się komunikacją zbiorową po samym mieście. Zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem jest samochód: albo własny, albo taksówka. Z parkowaniem większych problemów nie ma.

Oryks szablorogi
Oryks szablorogi

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak emiracki
Al-Ajn Podróżowanie po ZEA
Share Button

Park Narodowy Tongariro, czyli Mordor

„Nikt po prostu nie wchodzi do Mordoru” mówi filmowy Boromir (Sean Bean) w „Drużynie pierścienia” Petera Jacksona. Nie jest to do końca prawda, do Mordoru jest wejść dość łatwo, w dodatku nie ma nawet biletów. Przynajmniej jeśli mówimy o miejscu, w którym kręcono Mordor (i Górę Przeznaczenia), czyli Parku Narodowym Tongariro.

Tongariro - początek Apline Crossing
Tongariro – początek Apline Crossing

Park Narodowy Tongariro

Tongariro to jeden z najstarszych parków narodowych na świecie i pierwszy w Nowej Zelandii. Założono go w 1887 roku; znajduje się także na liście UNESCO. Tongariro to obszar wulkanicznej aktywności, obejmujący trzy aktywne wulkany: Ruapehu, Ngauruhoe i Tongariro. Osiągają one wysokości odpowiednio 2797, 2291 i 1978 m.n.p.m. Te wulkany są cały czas aktywne, ostatnia poważna erupcja w 2012 roku była dziełem Tongariro. Okolica jest nieustannie monitorowana przez sejsmologów. Zresztą na terenie parku mamy informację o ewentualnej drodze ewakuacyjnej, czy tak zwanych bezpiecznych miejscach.

Powulkaniczne skały "Mordoru"
Powulkaniczne skały „Mordoru”

To dość duży i zróżnicowany park posiadający wiele większych i mniejszych szlaków. Najbardziej słynny z nich to Tongariro Alpine Crossing. Określa się go mianem jednej z najlepszych 1-dniowych pieszych tras, to oczywiście jeden z nowozelandzkich Wielkich Szlaków (The Great Walk), choć tu uwaga, wlicza się to całą Pętlę, nie tylko Alpine Crossing. Trasa wiedzie z jednej strony Parku Narodowego Tongariro na drugą i liczy jakieś 19,5 kilometra. Po drodze podziwia się kratery wulkanów zalane wodą i surowe otoczenie.

W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin
W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin

Jak zacząć

Przejście jest długie i trochę wymagające, więc jest to trasa w jedną stronę. Po obu stronach wejścia na szlak znajdują się parkingi (darmowe). Jeden w Ketetahi, drugi w Mangatepopo. W tym pierwszym można zaparkować auto tylko do czterech godzin, czyli szlaku się nie przejdzie. Drugi był sugerowany jako miejsce, gdzie można zostawić samochód, przejść, a w Ketetahi wsiąść do busa (płatnego) i wrócić do miejsca, w którym zostawiło się swój pojazd. Podczas naszej wizyty także w tym miejscu wprowadzono czterogodzinne ograniczenie. Pilnują tego, ale nie wiemy jak restrykcyjnie. W każdym razie przed parkingiem w Mangatepopo znaleźliśmy lokalne reklamy prywatnych, płatnych parkingów z dowózką w obie strony. Wiele osób korzysta z dojazdu zorganizowanego przez różne firmy, np. z okolic Taupo. Podwożą pod jedno wejście i odbierają na drugim.

Ścieżka jest wytyczona
Ścieżka jest wytyczona

Nie tylko aktywność wulkaniczna jest tu problemem. Klimat jest dość kapryśny i jak to w wysokich górach, pogoda może zmienić się z godziny na godzinę. Gdy pogoda jest zła, nie kursują shuttle busy, co utrudnia przejście pełnym szlakiem. Można wtedy tylko zrobić sobie kawałek (mieszcząc się w czterech godzinach). Nam niestety pogoda pokrzyżowała plany przejścia przez Alpine Crossing, ale na szczęście jest jeszcze kilka innych miejsc w parku.

Krajobraz "Mordoru"
Krajobraz jak z „Mordoru”

Tongariro, czyli Mordor

Jednak zostańmy jeszcze przy szlaku, bo jest bardzo interesujący filmowo. Choćby Mount Ngautuhoe (2291 m. n.p.m.). Wulkan ten, którego ostatnia erupcja miała miejsce w 1977 roku, w filmie „Władca Pierścieni: Powrót króla” odegrał rolę Góry Przeznaczenia, gdzie do Szczelin Zagłady Frodo miał cisnąć Pierścień. Przy dobrych warunkach i odpowiednio zagospodarowanym czasie można na niego wejść. Zdjęcia kręcono w 2000.

I z "Willow"
I jak  z „Willow”

Tongariro „zagrało” Mordor we „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona. Surowy krajobraz, skąpa roślinność wysokogórska, ślady świeżych erupcji wulkanicznych i te ostre, poszarpane stożki. Czy jest lepsze miejsce na Krainę Cienia? Patrząc na film widzi się kształty, klimat, ale nie zawsze kolory. Jackson w Mordorze użył wielu filtrów i efektów komputerowych, więc trzeba się trochę wpatrzeć, ale klimat jest. Cóż, same skały i granie może wyglądają tu posępnie, ale nie tak mrocznie jakby chcieli tego filmowcy. Bo kwitnący i kolorowy Mordor nie napawa nas przecież grozą.

Tongariro
Tongariro

Zupełnie inaczej sprawa się ma z filmem „Willow” Rona Howarda (wyprodukowanym przez George’a Lucasa). Ten także był kręcony w tym parku, zresztą blisko miejsc, gdzie potem nagrywano Mordor. W „Willow” jednak nie używano filtrów, więc dość dobrze oddaje klimat tego miejsca, w szczególności gór, a już zwłaszcza w pochmurny dzień, na jaki trafiliśmy. Tongariro u Howarda to okolice zamku Bavmordy. Zdjęcia kręcono wiosną 1987.

Ścieżka w Tongariro
Ścieżka w Tongariro

Poza Tongariro Alpine Crossing

Odchodząc zaś od Alpine Crossing. Nieopodal Whakapapa Village znajduje się wodospad Tawhai. Tutaj kręcono sceny z Gollumem w świętej sadzawce, w której złapał sobie rybkę i beztrosko tłukł ją o kamień podśpiewując.

Wodospad Tawhai
Wodospad Tawhai

To także obszar, na którym żyją kiwi. Można się tu natknąć na znaki przypominające, by uważać w nocy. Za to dużo łatwiej zobaczyć znaki informujące o obecności tych ptaków.

Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)
Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)

Inne trasy wewnątrz parku nie są już tak słynne. Nie przechodzi się blisko wulkanów, ale i tak są bardzo ładne. Położone niżej, częściej idzie się wśród drzew, więc nawet przy silnym i porywistym wietrze nie są zamykane. Spokojnie można przejść kawałkiem Pętli Północnej Tongariro (Tongariro Northern Circuit). Jej częścią jest wspominany Alpine Crossing. Cała pętla to mniej więcej 3-4 dni wędrówki. Nawet fragmenty tej ścieżki są ciekawe, pełne wodospadów, grani i różnej roślinności.

Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai

Tongariro jest słynne także jako idealne miejsce dla narciarzy. Sprawia to, że baza hotelowa już w samym parku jest dość mocno rozbudowana i mówimy tu głównie o hotelach wyższej klasy, z saunami i masą innych atrakcji, a co za tym idzie droższymi. Niemniej jednak, jak to bywa w Nowej Zelandii, choć restauracje czy bary są, godziny ich otwarcia są dość krótkie, więc czasem trzeba wybrać między jedzeniem, a zwiedzaniem okolicy. A tras spacerowych, pomijając tę główną, jest tu bardzo dużo. Swoją drogą trasy narciarskie też wykorzystano w filmach Jacksona.

Wodospad Taranaki
Wodospad Taranaki

Ochrona przyrody

Władze Parku mają pewien dwugłos jeśli chodzi o „Władcę Pierścieni”. Dziś wykorzystują go w rozreklamowaniu tego miejsca, ale przy kręceniu wystąpiły pewne problemy. Omyłkowo filmowcy dostali zgodę na wprowadzenie tam sprzętu, który nie powinien wjechać do parku. Ostatecznie wyrządzili trochę szkód, które w 2005 naprawiła specjalna ekipa. Dyrekcja była zła na ekipę Jacksona, ale dziś umiejętnie czerpie z tego zysk.

Taranaki Falls
Taranaki Falls

Ten park zrobił na nas fenomenalne wrażenie. Bardzo żałujemy, że nie przeszliśmy całego Tongariro Alpine Crossing z powodu złych warunków pogodowych, ale i tak większość dnia spędziliśmy na nogach. Trochę marznąć, ale też podziwiając przepiękne widoki. W każdym razie jest bardzo konkretny powód, by tu jeszcze wrócić.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
PN Tongariro PN Abel Tasman
Szlak filmowy
PN Tongariro
Dubrownik
Share Button

Salisbury: Old Sarum i Magna Carta

Niewielkie i pozornie mało interesujące Salisbury to bez wątpienia jeden z niedocenionych skarbów Anglii. Słynie głównie z tego, że znajduje się w okolicy Stonehenge, więc to tu przyjeżdżają pociągi z turystami prosto z Londynu i przesiadają się na autobus. Ale naprawdę warto przyjrzeć się temu miasteczku trochę dłużej. Salisbury spełnia wszelkie wyobrażenia o angielskim średniowiecznym mieście: zabudowa, targ, tętniące życiem ulice i górująca nad tym wszystkim katedra.

Staroangielskie kamienice
Staroangielskie kamienice

Old Sarum

Jego historia sięga czasów neolitycznych. Osadnictwo na wzgórzu zwanym obecnie Old Sarum datuje się na jakieś 3000 lat p.n.e. Niestety poza nielicznymi śladami, niewiele zostało do dziś z tamtego okresu. Znaleziska archeologiczne wskazują bardzo dokładnie to miejsce, tyle że kolejne okresy wiążą się z jego rozbudową i przebudową . Wraz z podbojem rzymskim, wybudowano tu nowe miasto zwane Sorbiodunum. Znów jednak pozostałości po nim również się na ogół nie zachowały.

Old Sarum
Old Sarum

Nazwa Old Sarum zaczęła być używana w średniowieczu. Na wzgórzu zbudowano zarówno katedrę jak i zamek, służący swemu czasu Wilhelmowi Zdobywcy. Jednak i tamte budowle nie przetrwały do dziś. Obecnie w Old Sarum można właściwie tylko podziwiać małe pozostałości fundamentów i resztki ścian, tak zamku jak i dawnej katedry. Część terenu dostępna jest dla spacerowiczów, sam zamek jest płatny.

Old Sarum
Old Sarum

Tak zwane New Sarum powstało w średniowieczu w niewielkim oddaleniu od wzgórza. Głównie za sprawą Kościoła, który potrzebował nowego miejsca na katedrę: miejscowi biskupi weszli bowiem w konflikt z włodarzami, więc wynieśli się poza Sarum. Szukając pieniędzy postanowili zbudować targ dla kupców, dalej rozbudowa potoczyła się sama. Z czasem Nowe Sarum zmieniło się w żyjące miasto, a w XX wieku przemianowano jego nazwę na Salisbury.

Katedra w Salisbury
Katedra w Salisbury

Katedra w Salisbury

Praktycznie od początku osady zaczęto budować katedrę. To monumentalny budynek z najwyższą wieżą kościelną w całej Anglii. Iglica mierzy jakieś 123 m, ma też najstarszy działający do dziś zegar w Europie (od 1328 r.), największe katedralne krużganki oraz zachowany oryginalny średniowieczny dźwig. Budowa rozpoczęła się w 1200 roku, a główna część została ukończona w 1258. To rzadki przykład jednolitego stylistycznie budynku – wczesnego gotyku. Oczywiście szybkie tempo budowy w znacznej mierze przyczyniło się do zachowania jednolitego stylu, ale wpływ miało także oderwanie Kościoła Anglii od Kościoła rzymskokatolickiego i uznanie gotyku za styl narodowy Anglii w budownictwie zarówno sakralnym jak i świeckim. Przy okazji – gotyk w Anglii nigdy nie został porzucony, budowle w tym stylu wznoszono aż do XX wieku. Świątynia należy dziś do anglikanów, ale też rozsławia to miasto, może nie tak mocno jak Stonehenge, jednak wciąż. Pojawia się zarówno w malarstwie, jak i literaturze, a za nią także czasem w filmie. Dwa najbardziej znane dzieła to „Wieża” Williama Goldinga oraz „Filary Ziemi” Kena Folletta (miniserial kręcono między innymi w tej katedrze).

Wnętrza Katedry
Wnętrza Katedry
Katedra
Katedra

Magna Carta

W małej kaplicy z boku katedry wystawiona jest Magna Carta (lub w innym nazewnictwie Magna Charta Libertatum). To wielka karta swobód i przywilejów panów feudalnych podpisana przez króla Jana bez Ziemi. Filmową historię podpisania tej karty przedstawił Ridley Scott w „Robin Hoodzie”. Do dziś pozostały zaledwie cztery oryginalne kopie (z tego jedna prawie spalona i niemal nieczytelna), jedna z nich jest właśnie wystawiona w katedrze. Karta ta w pewien sposób jest prekursorem późniejszych konstytucji, jest więc bardzo istotna dla Brytyjczyków. Została też wpisana na listę UNESCO – Pamięć Świata. Można ją obejrzeć w kaplicy za darmo, ale jest pilnowana, nie da się jej fotografować. Umieszczono ją w specjalnym przyciemnionym namiocie, by nie niszczyło jej światło słoneczne.

Magna Carta - schowana przed światłem i aparatami
Magna Carta – schowana przed światłem i aparatami

Pomijając najważniejsze zabytki, już sam spacer po starym mieście Salisbury jest dość ekscytujący. Mamy tu możliwość obserwowania budynków, które pochodzą z późnego średniowiecza, czy renesansu, a także późniejszych, zachowujących styl. Wygląda to bardzo staroangielsko. To miejsce bez wątpienia warte odwiedzenia, zwłaszcza jeśli ktoś wybiera się do Stonehenge.

Zabytkowe centrum Salisbury
Zabytkowe centrum Salisbury

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak brytyjski
Salisbury ?
Share Button

Przylądek Reinga, daleka północ na Antypodach

W Nowej Zelandii jest wiele przepięknych i malowniczych miejsc. Jednym z bardziej charakterystycznych i popularnych wśród turystów jest przylądek Reinga (Cape Reinga) na półwyspie Aupouri (Aupouri Peninsula). To piękne miejsce ma też maoryską nazwę – Te Rerenga Wairua. Jest ona bardzo ważna ze względu na wiele podań dotyczących tej lokacji, ale oprócz interesujących opowieści, jest także przecudowna przyrodniczo.

Cape Reinga
Cape Reinga

Przylądek Reinga (Cape Reinga)

Dodatkowo to najbardziej wysunięty na północ punkt Nowej Zelandii. Tutaj znajduje się latarnia morska i słup ukazujący kierunki i odległości do reszty świata. Wszędzie daleko, co tu dużo mówić. Ale już jadąc do przylądka natrafiamy na napisy, które nas dość mocno rozbawiły. „Daleka północ” (far north), tak właśnie Kiwi określają to miejsce. Zważywszy, że nieprędko będziemy tak daleko na południu, to ta nazwa nas zwyczajnie bawi.

Nowozelandzka daleka północ
Nowozelandzka daleka północ

Cape Reinga jest także świętym miejscem Maorysów i tu nakłada się kilka różnych opowieści. Najważniejsza to ta, od której miejsce wzięło nazwę w ich języku. Otóż według legend i wierzeń, po śmierci Maorysa jego dusza wędruje właśnie tutaj, na samą północ kraju. Następnie wspina się na wykrzywione, 800-letnie drzewo Pohutukawa, które rośnie na samym skraju półwyspu, by z niego skoczyć wprost do oceanu i dalej wrócić do pradawnej ojczyzny, Hawaiki. Warto też dodać, że okolica była bardzo ważna ze względu na pochówki Maorysów. To z pewnością utrwaliło ten mit.

Reinga
Reinga

Maorysi wierzą także, że przypłynęli do Nowej Zelandii na wielorybie. Legendarnych miejsc lądowania jest kilka, czasem wymienia się też ten przylądek. Ale gdzie rzeczywiście wylądował pierwszy Maorys – Kupe, który sprowadził swój lud do tego kraju? Według ogólniejszych wierzeń miało to miejsce w Hokianga Harbour. Może nie był to Kupe, a maoryscy osadnicy, ale tę wersję zdają się potwierdzać badania naukowców. Wracając do legendy, Kupe nazwał wówczas tę ziemię Aotearoa, co znaczy Ziemia Długiej Białej Chmury.

Latarnia morska
Latarnia morska

Między morzem a oceanem

Ale to nie koniec wierzeń powiązanych z tym miejscem. Jest jeszcze jedno, związane z tym, że styka się tu Ocean Spokojny i Morze Tasmana. Bardzo dobrze widać to na błękicie wód. Różnica między nimi jest zaskakująco wyraźna. W dodatku z jednej strony jest spokojniej (zazwyczaj), a z drugiej szaleją wiatr i fale. Więc według Maorysów, jest to miejsce, w którym wody oceanu dzielą się na męskie i żeńskie, a następnie opływają Nową Zelandię.

Przylądek Reinga - rozdzielone wody Morza Tasmana i Oceanu Spokojnego
Przylądek Reinga – rozdzielone wody Morza Tasmana i Oceanu Spokojnego

Ostatnia sprawa to kwestia pływania w wodzie. Z przylądka widać skały, czy może jakieś niewielkie wyspy. Dopłynięcie do nich swego czasu również związane było z wchodzeniem w dorosłość.

 

Przylądek Reinga
Przylądek Reinga

Zostawmy jednak wierzenia. Na Cape Reinga prowadzi malownicza droga. Wokół mamy możliwość podziwiać bardzo ciekawą florę i faunę, w tym kilka endemicznych gatunków. Dodatkowo spacerując już po okolicy, możemy natknąć się na wiele tablic informacyjnych.

Wydmy Te Paki
Wydmy Te Paki

Wydmy Te Paki

Nieopodal Cape Reinga znajdują się gigantyczne wydmy Te Paki, największe wydmy w Nowej Zelandii. I chociaż nie dorównują marokańskim wydmom na Saharze (jak Erg Chebbi, nie mówiąc już o Wahiba Sands w Omanie), to jednak przez chwilę można poczuć się jak na najprawdziwszej pustyni. Tylko starzy wyjadacze jak my zauważą różnicę – piasek jest bardziej ubity, bo ma większą wilgotność i pomimo lekkiego wiatru, nie wzbija się tak w górę.

Wydmy Te Paki
Wydmy Te Paki

Dojazd zarówno do przylądka jak i wydm jest bezproblemowy. Prowadzi tu autostrada nr 1. Przy Cape Reinga jest całkiem spory parking, plus bardzo wiele tablic informacyjnych. Niedaleko są także kempingi, na których można się rozbić. Wydmy są trochę bardziej dzikie, droga nie jest już w całości asfaltowa, no i by się dostać na piasek, trzeba przejść przez dość szeroki, acz płytki strumień. Zresztą przy wydmach parking jest też o wiele mniejszy.

Trasa dojazdowa
Trasa dojazdowa

Przylądek znajduje się dziś na liście tymczasowej UNESCO. Kiedyś pewnie trafi na właściwą. W każdym razie jest to przepiękne miejsce przyrodniczo, jak i ważne kulturowo. Nic dziwnego, że przyjeżdża tu tyle osób. My także daliśmy się oczarować temu miejscu.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Przylądek Reinga
Share Button

Brugia, czyli najpierw strzelaj, potem zwiedzaj

Większość miast, które są lokacjami filmowymi, da się zakwalifikować do dwóch podstawowych grup. Pierwsza to żywe miejsca, gdzie dzieje się akcja, a bohaterowie niezbyt zwracają uwagę na otaczający ich świat. Drugi typ to taki, gdzie miejsce jest atrakcją, najczęściej turystyczną (choć nie zawsze są tam kręcone zdjęcia). Dzięki filmowi „Najpierw strzelaj, potem zwiedzaj” Martina McDonagha z 2008, Brugia (nider. Brugge, fr. Bruges) łączy te dwie grupy, w bardzo interesującym obrazie. Martin McDonagh ostatnio zasłynął „Trzema billboardami za Ebbing, Missouri”. To filmy w dość podobnej konwencji.

Kanały (Brugia)
Kanały (Brugia)

Brugia, czyli najpierw strzelaj

Polski tytuł trochę może zastanawia, w oryginale brzmi on „In Bruges”. W rolach głównych występują Colin Farrell, Brendan Gleeson i Ralph Fiennes. Nie jest to może głośne dzieło, ale całkiem udana, brytyjska komedia sensacyjna, która w unikalny sposób ukazuje turystyczne aspekty Brugii, określanej zresztą jako bajkowe miejsce. By nie spoilerować za dużo, przybywa tam dwóch zabójców. Ich szef wysłał ich do Belgii tylko dlatego, że Brugia zawsze kojarzyła mu się z bajką ze względu na średniowieczny klimat.

Kanały
Kanały

Pomijając akcję, w tle przewija się całkiem sporo tego miasta. Kilka scen jest kręconych w muzeach, czy kościołach, a bohaterowie zwiedzają to miejsce, pływają po kanałach i zachowują się jak turyści. A tych ostatnich jest tu naprawdę dużo. To jedno z najbardziej obleganych miejsc w Belgii, nie bez powodu. To mówienie o bajkowości może i jest przesadzone, ale to z pewnością przepiękne miejsce.

Brugia widziana z kanałów
Brugia widziana z kanałów

Zwiedzanie Brugii

Poza średniowieczną zabudową, miasto szczyci się licznymi kanałami. Niektórzy nazywają je Wenecją Północy (ten tytuł jest dość popularny w wielu miastach) lub Flamandzką Wenecją. Po kanałach zaś kursują oczywiście statki wycieczkowe. Z ich poziomu również zwiedzamy Brugię. Wiele charakterystycznych miejsc jest podobno właśnie najlepiej widocznych z poziomu kanałów, jak na złość, zdjęcia wychodzą jakby słabsze. Punktów, gdzie można kupić bilet na taką wycieczkę jest sporo. Nieważne, gdzie zaczniemy, trasa zawsze jest dokładnie taka sama. Więc jeśli nie ma kolejki, może warto skorzystać z pierwszej możliwości, zamiast szukać jakiejś w „ładniejszym” miejscu. Tam też dopłyną.

Widok z Rozenhoedkaai
Widok z Rozenhoedkaai

Najbardziej znany widok na kanały to oczywiście na ulicę Rozenhoedkaai i Dzwonnica. Stare miasto jest rozległe, pełne urokliwej zabudowy. No i pełne turystów. Jest tu mnóstwo knajp, ale trzeba się liczyć z tym, iż Brugia jest dość droga. Popularność kosztuje.

Rynek
Rynek

Słynny beginaż

Bardzo ciekawym miejscem jest beginaż (nied. begijnhof). Te miejsca powstawały w średniowieczu, mieszkały tu beginki. Było to laickie stowarzyszenie religijne kobiet, które  najogólniej żyły jak w zakonie, tyle że bez formalnych święceń. Innymi słowy jest to taki klasztor. Beginaże występują w kilku miastach Belgii i Holandii, ten akurat jest dość dobrze zachowany i używany, choć obecnie przez prawdziwe zakonnice, a przy tym można wejść na jego dziedziniec. Beginaż znajduje się na samym początku starego miasta, jak idzie się od strony dworca. Obok niego jest miejsce, gdzie gniazdują łabędzie, poniekąd także możliwe do dostrzeżenia w filmie.

Beginaż
Beginaż

W Brugii swoją działalność artystyczną prowadzili słynni malarze, Jan van Eyck (jest jego pomnik) oraz Hans Memling (ma swoje muzeum z całkiem sporą kolekcją). Nader wszystko jednak to idealne miejsce na rekreacyjny spacer. Od 2000 roku obszar starego miasta został wpisany na listę UNESCO.

Stare kamieniczki
Stare kamieniczki

Na dworcu można bez problemu wziąć sobie darmową mapkę centrum. Nie mieliśmy czasu, by wyjść poza stare miasto, ale patrząc ilu przybywa tu turystów, z pewnością są dla nich przewidziane także i inne atrakcje. Mniej „średniowieczne”. Niemniej jednak Brugia przypomina prawdziwą Wenecję nie tylko ze względu na kanały. Stare miasto jest bardzo zadbane i właściwie w całości przekształcone na atrakcję turystyczną. To Belgia jak z obrazka. Nie wszystkim się to podoba. Jak się na to przygotujemy, to odwiedzenie Brugii będzie z pewnością niezwykłym spacerem.

Wieża kościoła Najświętszej Marii Panny w Brugii
Wieża kościoła Najświętszej Marii Panny w Brugii

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak belgijski
Brugia Antwerpia
Szlak filmowy
Brugia
Share Button

Piza i Krzywa Wieża

O krzywą wieżę we Włoszech nietrudno. Praktycznie w każdym większym miasteczku znajdziemy co najmniej jedną (a nawet można by się pokusić o stwierdzenie, że to prostą trudno znaleźć, jeśli w ogóle jest jakaś). Ale z tych krzywych jest jedna szczególna, która przyciąga turystów z całego świata, no i stała się ikoną pop-kultury. Oczywiście mowa o Krzywej Wieży w Pizie (wł. Pisa). Piza zaś to nie tylko słynna Wieża.

Krzywa Wieża

Krzywa Wieża w Pizie
Krzywa Wieża w Pizie

Wieża znajduje się na Polu Cudów, czyli Campo dei Miracolia. Miejsce to znajduje się na liście UNESCO od 1987 roku i jest centralnym punktem turystycznym Pizy. Stoi tu także katedra, baptysterium oraz cmentarz i muzeum. Jednak oczywiście to Torre Pendente, czyli słynna Krzywa Wieża, jest tym, co nadaje temu miejscu charakteru i odpowiada za rozgłos.

Pole cudów
Pole cudów

Cały kompleks na zewnątrz jest otwarty, żeby sobie podejść i pooglądać, wystarczy przebić się przez tłum, który jest tu całkiem spory. Przyjeżdża tu wiele wycieczek, które czasem stają tu dosłownie na kilkanaście minut, by zrobić sobie zdjęcie i pojechać dalej. Jednocześnie ceny wejściówek na samą wieżę są raczej wygórowane, by także zredukować liczbę odwiedzających. Wejścia do pozostałych budowli mają już bardziej rozsądne ceny.

Fasada katedry
Fasada katedry

Katedrę zaczęto budować w 1063 roku, pierwotnie ukończono ją w 1118 roku. Obecny budynek pochodzi jednak z roku 1604, gdy odbudowano ją po pożarze. Dzwonnicę katedralną, czyli tak zwaną kampanilę, rozpoczęto budować w 1174 roku. Praca nad wieżą trwała 177 lat. Dość szybko zaczęła się przekrzywiać, co oczywiście utrudniało proces budowy. Gdy tworzono ostatnie piętro i montowano dzwony, budowniczy mieli świadomość ryzyka zawalenia się konstrukcji, jednak kontynuowali pracę. W 1990 roku na 11 lat wieżę zamknięto dla turystów, trwały wówczas prace konserwatorskie, które miały uniemożliwić jej dalsze przechylanie się i w konsekwencji zawalenie.

Wnętrza katedry
Wnętrza katedry

Swoją sławę zawdzięcza przede wszystkim Galileuszowi, przynajmniej w powszechnym mniemaniu. Podobno wybrał on tę wieżę by dokonać eksperymentu ze spadkiem swobodnym ciał. Na tym zbudowano cały mit, który dziś jest już trochę zapomniany, ale sława wieży wciąż trwa. Nawet to, dlaczego Galileusz wybrał akurat tę wieżę obrosło legendą. Po pierwsze nie ma dowodów, że akurat ją wybrał i wykorzystał. Po drugie zaś, nawet jeśli tak było, to mówiąc wprost miał ograniczone pole manewru. Pracując na Uniwersytecie w Pizie wybrał coś co  miał pod ręką, czyli pobliską wieżę katedralną.

Baptysterium (Piza)
Baptysterium (Piza)

Piza

Piza to też znane, stare, choć dziś już nie tak ważne, miasto uniwersyteckie. Uczelnię otwarto tu w 1343 roku. Poza Galileuszem do najbardziej znanych uczonych związanych z miastem należą Fibonacci i Dini.

Dawne zabudowania
Dawne zabudowania

Poza katedrą, drugim ważnym punktem, choć już nie tak licznie odwiedzanym, jest bazylika San Piero a Grado. Według tradycji zbudowano ją na miejscu, gdzie święty Piotr postawił swoją stopę, gdy zszedł na ląd udając się do Rzymu.

Kościół Chiesa di Santa Caterina d'Alessandria w Pizie
Kościół Chiesa di Santa Caterina d’Alessandria w Pizie

No i oczywiście Piza pojawia się w kinie, znów przede wszystkim jako jeden z istotnych zabytków Włoch.

Uliczki w centrum Pizy
Uliczki w centrum Pizy

Sama Piza jest raczej słabo oznaczona. Trudno znaleźć mapki, oznaczenia też raczej nie występują. Idąc z dworca jednak wystarczy iść za tłumem ludzi, mijając mnóstwo sklepików.

Most nad rzeką Arno
Most nad rzeką Arno
Szlak włoski
Piza i Krzywa Wieża Siena
Share Button

Kapadocja: Göreme

Większość miejsc znajdujących się na liście UNESCO znajduje się w jednej kategorii: albo kulturowej albo przyrodniczej. Jest niewiele znajdujących się jednocześnie w obu. Jedno z nich to Park Narodowy Göreme (tur. Göreme Tarihî Millî Parkı) w Kapadocji. Swoją drogą w Turcji tak samo jest także z kompleksem Pamukkale-Hierapolis. Goreme zostało wpisane na listę w 1985 roku. Choć miejsce to nazywa się po polsku Parkiem Narodowym, czasem stosuje się też nazwę Otwarte Muzeum Göreme (tur. Göreme Açık Hava Müzesi). Znajduje się tu jakieś 350 wykutych w skale kościołów z czasów bizantyjskich, z tego koło 30 w ramach muzeum. To część, którą się najczęściej zwiedza.

Park Narodowy Göreme (Kapadocja)

Kaymakli
Kaymakli

W okolicy występuje wiele miękkich skał tufowych. To właśnie w nich od IV wieku zaczęto drążyć świątynie, kościoły i w pewnym sensie też skalne miasta. Najpierw osiedlali się tu chrześcijańscy asceci tworząc małe wspólnoty anachoretów. Początkowo ich duchowym przywódcą był święty Bazyli z Cezarei. To autor słynnej „Historii Kościoła”.

Kaymakli
Podziemia Kaymakli

Świątynie i kaplice powstawały przez wieki. Kolejne pokolenia drążyły swoje. Da się wyraźnie zauważyć różnicę, nie tylko wynikające z technologii i możliwości, ale też obowiązujących w danych czasach trendów czy nurtów. Choćby te, które wydrążono w okresie ikonoklazmu, były jeszcze bardziej minimalistyczne i mniej zdobione, niż wcześniejsze. Później zaś zaczęły pojawiać się bogate freski. Sprawia to bardzo ciekawe wrażenie, zwłaszcza, gdy wydrążone kościoły z różnych czasów sąsiadują ze sobą.

Cytadela Uçhisar
Cytadela Uçhisar

Podziemne miasta

Natomiast poza parkiem narodowym i muzeum jest tu jeszcze kilka innych rzeczy do zobaczenia. Przede wszystkim Kaymaklı (lub inaczej Enegup) oraz Derinkuyu. To z kolei są podziemne miasta, w których żyło więcej ludzi, nie tylko mnichów. Znajdowały się tu nawet stajnie, czyli wszystko co było potrzebne do życia. Miejsca takie pozwalały ludziom schronić się przed prześladowaniami. Kapadocja wyglądała na opuszczoną, w razie niebezpieczeństwa mieszkańcy dosłownie zapadali się pod ziemię.

Widok z Uçhisar
Widok z Uçhisar

Miasta podziemne także nie są udostępnione w całości. Odwiedzający mogą skorzystać z wyznaczonych tras. To zdecydowanie wystarcza, by liznąć trochę tych miejsc.

Göreme
Göreme

Słupy

Z innych ciekawostek w okolicy można zobaczyć słupy Szymona Słupnika. Wyobrażenie, przynajmniej u nas, jest zdecydowanie inne, niż rzeczywistość. Te słupy to formacje skalne, mało tego da się na nich nie tylko spokojnie siedzieć, ale i spać. W niektórych nawet mieszkać.

Göreme
Göreme

Cała okolica obfituje w przepiękne skalne formacje. Wiele z nich znajduje się przy drogach, czasem więc wystarczy się zatrzymać, by podziwiać skalne słupy.

Göreme (Kapadocja)
Göreme (Kapadocja)

Dojazd, bazy noclegowe i inne atrakcje

Do Göreme codziennie kursuje nocny autobus z Istambułu. Są też utrzymywane połączenia z innymi turystycznymi miejscami. Można też załapać się na wycieczki lokalnych operatorów, to popularny kierunek, więc nie powinno być problemu. Na miejscu trzeba jednak liczyć się z dużą ilością turystów. Niektórzy korzystają ze zwiedzania w balonach, co nadaje charakter okolicy. Zaś wczesnochrześcijańskie kościoły sprawiają, że poza zwykłymi globtroterami przyjeżdżają tu także pielgrzymi podążający za świętym Pawłem i pierwszymi chrześcijanami.

Goreme
Goreme

Gdyby ktoś szukał miejsc noclegowych stanowiących dobrą bazę wypadową po Kapadocji to są dwa. Nevsehir (tur. Nevşehir) z ciekawym muzeum, oraz Uçhisar słynące z skalnej cytadeli. Można na nią się wspiąć by podziwiać pobliskie wzniesienia. Minus jest taki, że Uçhisar niestety jest zauważalnie droższe.

Göreme
Göreme

Kapadocja to przepiękna, bardzo charakterystyczna część Turcji. Nie tak łatwo dostępna, ale z pewnością warta fatygi.

Słupy w Kapadocji
Słupy w Kapadocji

Na koniec jeszcze małe sprostowanie o „Gwiezdnych Wojnach”. Czasem można spotkać się z informacjami, iż kręcono tu „Nową nadzieję”. Nie kręcono. Poszukując lokacji scenografowie dotarli do Göreme, ale ostatecznie wybrali Tunezję. Natomiast kręcono tu ujęcia do tak zwanych „Tureckich Gwiezdnych Wojen”, czyli quasi-podróbki zawierającej sceny z oryginału.

Jeśli uważasz wpis za pomocny lub interesujący polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Kapadocja: Göreme ?
Share Button

Wiatraki w Kinderdijk

Znajdując się w depresji i na terenach zalewowych, Holendrzy od wielu lat starali się wyrwać morzu jak najwięcej ziemi. Całkiem skutecznie. Potrzebowali do tego dobrego narzędzia do kontrolowania poziomu wód na polderach, by móc odprowadzić jej nadmiar. Dzięki temu uzyskali ziemię, na której można było sadzić uprawy. Zaś w XVII wieku używano w tym celu wiatraków, czyli taniej i skutecznej metody. Pozostałości po jednym takim polderze zostały w Kinderdijk. Obecnie jest to muzeum/skansen, od 1997 roku wpisany na listę UNESCO.

Kinderdijk
Kinderdijk

Kinderdijk

Dziś w Kinderdijk znajduje się 19 zachowanych wiatraków. Do zwiedzenia tak naprawdę są dwa, z tym, że w tym drugim jedynie można zobaczyć parter. W dodatku wszystkie wiatraki są już nieczynne. W Zaanse Schans wiatr nadal wprawiał je w ruch, tu wszystko jest zablokowane. W dodatku obecne Kinderdijk jest cieniem tego miejsca sprzed lat. W szczytowym okresie znajdowało się tu 150 wiatraków. To co zostało do dziś i tak nadal kwalifikuje się na ich największe skupisko.

Wiatrak
Wiatrak

Pompy wiatrowe zostały stopniowo wyparte przez pompy parowe, spalinowe, a w końcu elektryczne. Wiatraki wyszły z użytku w latach 40. XX wieku. Kinderdijk znalazło się na liście UNESCO także ze względu na pompy. Te, które zbudowano tu kiedyś, dziś również mają wartość historyczną, muzealniczą, Holendrzy zaś walczą z poziomem wody w bardziej zorganizowany sposób.

Wiatraki
Wiatraki

Przy wejściu do Kinderdijk znajduje się kasa biletowa. Sam wstęp na ten teren jest darmowy. Zresztą blisko mieszkają tu ludzie, są normalne domy, zatem to miejsce spacerowe. Bilety kupuje się na wejście do wiatraków, na statek oraz muzeum z pompami.

Wiatrak
Wiatrak

Zwiedzanie wiatraków

Spacerem można dojść do dwóch wiatraków. Jednak, by lepiej zobaczyć całą okolicę można skorzystać z łodzi, która kursuje między kasą, dwoma wiatrakami i stacją pomp. Działa to na zasadzie hop on – hop off.

Wnętrze wiatraku
Wnętrze wiatraku

Pierwszy wiatrak jest dość klasyczny. W środku znajdziemy wyposażenie domu typowej rodziny, która w nim mieszkała. Przy drugim znajduje się mały ogródek, są tam między innymi kury, można też napić się czekolady, jednak w samym wiatraku mamy okazję zobaczyć jedynie parter, czyli znów część mieszkalną.

Kinderdijk
Kinderdijk

W dawnej stacji pomp obecnie znajduje się interaktywne muzeum, gdzie puszczany jest film prezentujący historię Kinderdijk i wykorzystania wiatraków. Po projekcji można chwilę zostać, by przyjrzeć się pompom. Niestety ta dość interesują część nie jest właściwie prezentowana. Jest bo jest.

Perkoz
Perkoz

Dość problemowe jest dotarcie do Kinderdijk. Chyba najwygodniej jest jechać samochodem (ew. rowerem), wtedy podjeżdża się wprost pod sam skansen. Z Rotterdamu można się tu dostać zarówno autobusem (linia 90 i 93 z Rotterdamu do Utrechtu), jak i tramwajem wodnym, łączącym Rotterdam z Drodchtem. I tu uwaga praktyczna. Kursują dwie linie, jedna staje przy Kinderdijk, druga nie. Staje właściwe po przeciwnej stronie kanału. W linii prostej jest to bardzo blisko, dałoby się spokojnie dojść na piechotę, gdyby tylko były mosty w okolicy.

Podobno w lecie jeździ tu też jakiś autobus, ale byliśmy trochę wcześniej (o porannych godzinach). Między Kinderdijk a tą przystanią kursuje prom, jednak nie jest on skorelowany wprost z linią tramwajową, a co jeszcze bardziej istotne, przede wszystkim później zaczyna działać. Zatem jeśli ktoś chciałby popłynąć tam tramwajem wcześnie rano i  pospacerować po okolicy, to musi koniecznie płynąć linią, która kursuje raz na dwie godziny i zatrzymuje się przy Kinderdijk.

Kinderdijk
Kinderdijk

Pomijając wszystko inne, Kinderdijk to bardzo malownicze i spokojne miejsce. Zdecydowanie bardziej oddalone od miast niż Zaanse Schans, stąd jest tu zdecydowanie mniej turystów. To dobra lokacja, by napawać się nieczynnymi obecnie wiatrakami. Ceny biletów i ew. aktualne sugestie dojazdu można sprawdzić na oficjalnej stronie.

Skansen wiatraków
Skansen wiatraków

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak holenderski
Kinderdijk Rotterdam
Share Button

Budapeszt

Nad brzegami Dunaju leżą stolice czterech krajów. Trzy – Wiedeń, Bratysławę i Belgrad, już opisaliśmy, teraz kolej na ostatnią, czyli Węgry i Budapeszt (węgr. Budapest).

Wesołe miasteczko i diabelski młyn
Wesołe miasteczko i diabelski młyn

Budapeszt – Buda, Obuda, Peszt i Aquincum

Choć powszechnie mówi się, iż jest to połączenie dwóch miast, faktycznie Budapeszt to konglomerat trzech głównych miast: Obudy, Budy i Pesztu. Obuda oznacza Starą Budę, czyli to tak naprawdę jest najstarsza część Budapesztu, obejmująca wszystkim obszar dawnej rzymskiej osady wojskowej Aquincum. W 1873 roku Buda (i stara część – Obuda) i Peszt zostały połączone w jedno miasto: Budapeszt.

Aquincum
Aquincum

Aquincum oznacza prawdopodobnie „bogactwo wód”. Była to najbardziej na północny-wschód wysunięta rzymska osada, która w dodatku graniczyła bezpośrednio z terenami plemion barbarzyńskich. Założone w 19 roku n.e początkowo jako wojskową osadę, która następnie przekształciła się w niemałe miasto, posiadające własny amfiteatr, łaźnie miejskie, brukowane ulice, obiekty sakralne, a wodę rozprowadzały akwedukty. W 410 roku miasto poddano Hunom, potem Awarom, by wreszcie plemię Madziarów wprowadziło się tutaj w 896 roku. Dziś można podziwiać ruiny miasta, zrekonstruowany dom malarza i liczne artefakty. Nas szczególnie urzekły cegły i dachówki z autentycznymi odciskami palców osoby, która te rzeczy wyrabiała. Warto zwrócić też uwagę na nowożytną kopię rzymskich organów z piszczałkami. Co ciekawe, ten instrument bywa wykorzystywany na koncertach. Dawne Aquincum to obecnie muzeum. Pozostałości rzymskie nie są duże. Trochę oddalone od ścisłego centrum, ale spokojnie da się tu dojechać pociągiem miejskim.

Zamek królewski
Zamek królewski

Buda

Buda to górzysty i w dużej części zalesiony obszar, tutaj mieści się zamek królewski i przez długi czas to właśnie Buda była stolicą Węgier. Wzgórze Zamkowe i okolice, choć urokliwe, to jednak widać, że jeszcze mocno niedofinansowane. Budynki są bardzo ładne, ale też w większej części zaniedbane, ulegające niszczeniu. Te fragmenty, które zostały odrestaurowane, robią za to duże wrażenia – ale nadal to tylko fragmenciki. Wewnątrz Zamku Królewskiego jest muzeum, choć patrząc na okolicę, to najlepiej będzie to zobaczyć dopiero za kilka lat.

Baszta rybacka
Baszta rybacka

Za to zupełnie inaczej prezentuje się pobliska Baszta rybacka. To jeden z tych zabytków Budapesztu, które zachwycają nie tylko same w sobie, ale także stopniem ich zadbania.
Wybudowana na przełomie XIX i XX wieku w stylu neoromańskim jako upamiętnienie znajdujących się tutaj niegdyś murów miejskich. Nazwa „rybacka” wzięła się stąd, że za obronę tego obszaru murów odpowiadali właśnie rybacy. Obecnie jest świetnie zachowana, odrestaurowana i oświetlona.

Kościół św. Macieja
Kościół św. Macieja

Kościół Macieja obok Baszty Rybackiej nosi wezwanie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zaś jego bardziej popularna nazwa – Macieja (nie świętego!) – wzięła się od króla Macieja Korwina. Od XIII wieku, kiedy to sięgają początki budowli, rosło jego znaczenie i wkrótce stał się kościołem koronacyjnym królów węgierskich i najbardziej prestiżowym kościołem do wszelkich uroczystości. Jego dzieje są bardzo burzliwe, jak i sama historia kraju. Przejęty przez Turków i przekształcony w meczet, poważnie uszkodzony przez działania kolejnych wojen i pożary. Obecny styl to XIX-wieczna przebudowa. Podczas II wojny światowej Niemcy używali wnętrza kościoła jako szpital wojskowy i kuchnię polową, zaś Armia Radzicka – stajnię i latryny. Pomimo nieprzychylnego stosunku władz sowieckich do Kościoła katolickiego, odbudowa kościoła Macieja została sfinansowana przez państwo i dziś widzimy głównie efekt prac zakończonych w latach 60 XX wieku. Kościół zdecydowanie wart zwiedzenia, ale trzeba pilnować godzin otwarcia dla turystów – te są mocno ograniczane.

Wzgórze Gellerta
Wzgórze Gellerta

Wzgórze Gellerta

Bardziej na południe Budy znajduje się Wzgórze Gellerta, obowiązkowy punkt dla turystów w Budapeszcie. Stąd rozpościera się piękny widok na to naddunajskie miasto. Ale przez wiele lat cieszyło się złą sławą: jego nazwa pochodzi od imienia biskupa, który na początku XI wieku rzekomo tutaj został zabity przez pogan. Pewnikiem na wzgórzu zbierały się czarownice i inne złe moce. Potem było to miejsce znane z wysokiej przestępczości.
Nas nie spotkało nic złego, wręcz przeciwnie.

Pomnik wolności na wzgórzu Gellerta
Pomnik wolności na wzgórzu Gellerta

Pomnik Wolności na górze Gellerta to kobieta trzymająca w dłoniach liść palmowy. Upamiętnia wszystkich tych, którzy polegli walcząc o niepodległość Węgier. Pierwotnie pomnik ten był poświęcony „wyzwoleńczej” Armii Radzieckiej, ale po ’89 roku usunięto komunistyczne symbole. Obok mieści się austriacka Cytadela założona po upadku węgierskiej Wiosny Ludów. Dziś, wraz z naddunajskimi bulwarami i wzgórzem zamkowym znajduje się na liście UNESCO.

Skalny kościół
Skalny kościół

Z ciekawych rzeczy, na górze Gellerta, gdzieś w połowie drogi na szczyt, znajduje się Skalna Kaplica. Kościółek ulokowany w częściowo naturalnej, częściowo wydrążonej jaskini.
Są tutaj także polskie akcenty.

Skalna kaplica
Skalna kaplica

Peszt

Węgrzy na stolicę najczęściej skrótowo mówią Peszt. Jest to największa część miasta i najgęściej zaludniona, tutaj mieści się parlament węgierski. Jest to jeden z największych i z pewnością najpiękniejszych budynków parlamentów narodowych. Budynek powstał w latach 1886 – 1904. Można go oczywiście zwiedzać, jak się trafi na odpowiednie godziny, ale bilety najlepiej rezerwować wcześniej, zwłaszcza jeśli interesuje nas przewodnik anglojęzyczny.

Parlament nocą
Parlament nocą

W Budapeszcie można natknąć się na liczne przecudowne pomniki. Jest na przykład „Gruby policjant”, Ronald Reagan i nasz fawory – porucznik Columbo i jego pies basset. Jest też pomnik butów nad brzegiem rzeki. Poruszający, bo upamiętniający węgierskich Żydów rozstrzelanych nad brzegiem Dunaju podczas II wojny światowej.

Pomnik Holokaustu
Pomnik Holokaustu

Wielka synagoga i holokaust

Pamięć Holocaustu jest w Budapeszcie mocno kultywowana, podobnie jak pozostałości po dawnej społeczności żydowskiej. Wielka synagoga jest największą synagogą w Europie i trzecia na świecie. Zbudowano ją w połowie XIX wieku, ale podczas II wojny światowej kolaborujący z Niemcami strzałokrzyżowcy (sprawcy węgierskiego holocaustu) wysadzili ją w powietrze. Została odbudowana w przeciągu trzech lat i w 1996 ponownie otwarta dla wiernych i zwiedzających. Nie dziwi więc, że sama synagoga, jej krużganki, dziedziniec i muzeum są w dużej części świątynią pamięci holocaustu. Synagogę można zwiedzać, oczywiście poza żydowskimi świętami. I naprawdę warto poświęcić na nią trochę czasu, to przepiękny budynek. Ciekawostką jest to, że koegzystują tu różne odłamy judaizmu.

Wielka Synagoga
Wielka Synagoga
Wielka Synagoga w Budapeszcie
Wielka Synagoga w Budapeszcie

Bazylika

Innym interesującym obiektem sakralnym jest bazylika św. Stefana.
Ten ogromny budynek budowany z przerwami w latach 1848 – 1905 borykał się z wieloma kłopotami budowlanymi. Wynikało to z niestabilnego, bagnistego gruntu, na jakim kościół jest posadowiony. Dodatkowo pierwotna kopuła miała wadę konstrukcyjną, co spowodowało jej zawalenie. Ale dziś stoi i cieszy oko. Wnętrze jest bardzo bogate, a do ciekawostek należy relikwia: zmumifikowana prawa ręka św. Stefana.

Bazylika św. Stefana
Bazylika św. Stefana

Warto wspomnieć o miejskiej zieleni, której w Budapeszcie nie brakuje. Jednym z miejsc dla wielkomiejskiej rekreacji jest dunajska Wyspa Małgorzaty. Nam szczególnie do gustu przypadła zagroda ze zwierzętami – filia czy też żywa reklama tutejszego ZOO.

Bazylika św. Stefana
Bazylika św. Stefana

Varosliget

Innym obszarem zielonym godnym spaceru jest park miejski Varosliget.
Czas powstania datuje się na połowę XVII wieku, kiedy pole bitewne po potyczkach z Turkami zalesiono na rozkaz Marii Teresy. Wkrótce stało się to miejsce wycieczkowe bogatych mieszczan. Na terenie parku mogą zaskoczyć wybudowane niby-zamki, niby-fortece. Jest to wspomnienie wystawy z okazji 1000-lecia Węgier, kiedy to zbudowano w parku atrapy różnych zabytków kraju. Tak spodobały się zwiedzającym, że część z nich potem wybudowano jako stały element parku. Oprócz tego znajduje się tutaj ZOO, wesołe miasteczko i jedna ze słynnych pesztańskich łaźni. Aż żal, że nie był czasu na małe SPA.

Varosliget
Varosliget

Łaźnie są nie tylko w Peszcie. W całym mieście jest ich wiele, oferują nie tylko SPA, ale przede wszystkim unikalną okazję do zobaczenia zabytkowych, acz wciąż używanych budynków. Niestety to jedna z tych atrakcji, na którą trzeba poświęcić trochę więcej czasu i nie da się jej zobaczyć z zewnątrz.

Varosliget
Varosliget

Tuż przy parku Varosliget znajduje się inne bardzo charakterystyczne miejsce, plac Bohaterów. Stąd do centrum ciągnie się Andrássy út, a przy niej zarówno zabytkowe budynki, jak i muzea, czy ambasady. To dość reprezentacyjna ulica miasta. W 2002 została wpisana z okolicą na listę UNESCO, jako uzupełnienie i rozszerzenie naddunajskich bulwarów.

Plac bohaterów
Plac bohaterów

Chodząc po ulicach można natknąć się na ciekawostki w stylu plac Kalwina z kostkami brukowymi z postulatami Marcina Lutra, czy mobilna księgarnia.

Pomnik anonima w Varosliget
Pomnik anonima w Varosliget

Most łańcuchowy – filmowy

Połączenie obu miast zostało uwiecznione na kameralnej rzeźbie z personifikacją obu miast, ukazującą pierwszy stały most łączący dwa miasta: Budę i Peszt. Dziś jednak mamy jeszcze dwa inne, bardzo charakterystyczne i rozpoznawalne mosty. Przede wszystkim Most łańcuchowy i most wolności.

Widok na most łańcuchowy (Budapeszt)
Widok na most łańcuchowy (Budapeszt)

Most łańcuchowy jak i parlament są widoczne w „Mission: Impossible – Ghost Protocol” J.J. Abramsa. Na potrzeby filmu wykonano kilka ujęć ogólnych, większość scen rozgrywających się w Budapeszcie nagrano w Pradze.

Centralna hala targowa
Centralna hala targowa

W stolicy Węgier nie mogło zabraknąć papryki i salami! Najładniejsze bodaj stoiska z madziarskimi specjałami są w Centralnej Hali Targowej. Ten największy zadaszony plac targowy w mieście powstał u schyłku XVIII wieku. Zwraca uwagę wykorzystanie stali w konstrukcji zadaszenia – wówczas było to bardzo nowoczesne rozwiązanie. To czego brakuje najbardziej to dostępności kuchni węgierskiej. Pewne rzeczy da się znaleźć, ale najwięcej niestety jest restauracji serwujących dania z innych części świata.

Wnętrza centralnej hali targowej
Wnętrza centralnej hali targowej

Prawdę mówiąc spędziliśmy trochę czasu szukając lagoszy, czyli węgierskich zapiekanek. Udało się nam je znaleźć przypadkiem, niedaleko cukierni Gerbeaud, uchodzącej za najsłynniejszą w całym mieście. Jej sława ściąga tu wielu turystów, zaś jak się okazało okolice to dobre miejsce na znalezienie czegoś z węgierskiej kuchni, także tej bezmięsnej.

Gruby policjant
Gruby policjant

Budapeszt nas zaskoczył. Pozytywnie. Spodziewaliśmy się, że jeden weekend jest wystarczający, by zwiedzić stolicę Węgier. Otóż nie, weekend nie wystarcza, by nacieszyć się Budapesztem. Nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy, a mocno nadwyrężyliśmy nogi. Cztery dni byłyby już lepszym wyborem, a ze dwa dodatkowe, by zażyć relaksu w miejskich łaźniach. Przejść przez miasto można, ale jest tu wiele zakamarków do zobaczenia, w tym podziemi. Na to potrzeba trochę więcej czasu niż weekendowy citybreak.

Pomnik porucznika Colombo
Pomnik porucznika Colombo

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak węgierski
Budapeszt
Share Button

Sintra

To bardzo niezwykłe i malownicze miejsce w Portugalii. Sintra znajduje się dość blisko Lizbony, można tu spokojnie przyjechać pociągiem z Lizbony i spędzić cały dzień. Ale to może być mało. Ze stacji Rossio w stolicy Portugalii jeździ to mniej więcej co 20-30 minut (w zależności od pory dnia i roku) pociąg podmiejski. Bilety są wliczone w ramach Lisbon Card. Można też kupić osobno.

Zamek Maurów w Sintrze
Zamek Maurów w Sintrze

Poruszanie się po Sintrze

Po Sintrze można poruszać się na trzy sposoby. Pierwszy to oczywiście piechota. Może do dalszych miejsc jak Zamek Maurów czy Pałac Pena zajmie to trochę czasu, ale przy bliższych pałacach może być to dobre rozwiązanie. Drugi to na bogato, czyli zatrzymywać tuktuki czy inne środki transportu indywidualnego, te powiozą nas za odpowiednią cenę gdzie chcemy. Trzeci to bilet dzienny na lokalne linie autobusowe. Pozwala on jeździć nimi bez limitu. Dowozi do najważniejszych pałaców i zamku Maurów, natomiast korzystając z linii do Cascais można zatrzymać się na przylądku Roca.

Zamek Maurów w Sintrze
Zamek Maurów w Sintrze

Sintra wydaje się niepozorna, ale warto pamiętać, że jeden dzień to zdecydowanie za mało na wszystko. W lecie, gdy jest więcej turystów, są tu zwyczajnie kolejki. W zimie z kolei transport lokalny działa trochę na pół gwizdka. Mieliśmy dużo większe plany na zwiedzanie Sintry, ale właśnie rozbiliśmy się o autobusy. Dużym problemem lokalnej komunikacji, w szczególności w kierunku Pałacu Pena i Zamku Maurów jest to, że trzeba wjechać na górę dość wąskimi i zawijającymi się drogami. Niewiele brakuje, by zrobiły się tam korki, które w najlepszym razie blokują ruch autobusowy na długie minuty. Rozkład niby jest, ale nie ma się co do niego przyzwyczajać. Myśmy mieli prawie 45 minutowe opóźnienie, bo coś… Niestety to właśnie sprawia, że nagle tego czasu na Sintrę jest dużo mniej. A że nie zawsze wiadomo kiedy pojawi się następny autobus, to nawet nie wiadomo czy nie lepiej iść na piechotę.

Mur zamku Maurów
Mur zamku Maurów

Zamek Maurów

Na poważnie udało się nam zająć dwoma największymi atrakcjami. Pierwszy to Zamek Maurów (port. Castelo dos Mouros). to bardzo malownicze i dobrze zachowane miejsce. Sam zamek, zbudowany jak nazwa wskazuje przez Maurów, nigdy właściwie nie był oblegany. Był to zamek obserwacyjny, nie obronny. Dopiero chrześcijanie przerobili go na twierdzę. Obecnie jest uznawany za jeden z pomników narodowych. Bardzo ładnie komponuje się też z naturą. Rozbudowano także część informacyjną. Jest kilka pomieszczeń, gdzie można poczytać trochę o historii. Ponadto wywieszono też historyczne flagi portugalskie z różnych okresów. Zaś jeśli chodzi o sam mur, to przypomina on nam Chiński Mur. Z prostej przyczyny, podobnie jak tamten, ten bardzo fajnie faluje na wzgórzach.

Pałac Pena widoczny z zamku Maurów
Pałac Pena widoczny z zamku Maurów

Pałac Pena

Największym „skarbem” Sintry jest Pałac Pena (port. Palácio Nacional da Pena). To naprawdę przedziwna budowla, pochodząca z okresu romantyzmu i przez niego naznaczona. Choć cały krajobraz Sintry znajduje się na liście UNESCO, Pałac Pena ma tam osobne miejsce. Jest to jeden z najważniejszych pomników i symboli Portugalii, to bardzo rozpoznawalne miejsce, używane także przez rodziny królewskie czy prezydentów. Wizualnie jednak pozostawia trochę mieszane wrażenie. Jest pewnym miksem różnych stylów, przypomina wręcz miejscami park rozrywki. Ale to dość wierny obraz epoki w której powstawał, gdy w architekturze łączono pewną nostalgię z egzotyką. Tak właśnie wyglądał tam romantyzm XIX wieku, zresztą pałac ten uchodzi za jeden z najważniejszych obiektów architektonicznych tej epoki na świecie.

Pałac Pena
Pałac Pena

Wokół Peny znajdują się też ogrody, czy raczej Park Pena. Choć oczywiście nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. To raczej las, który częściowo zmodyfikowano. Czy to budując choćby domki dla kaczek, czy nawet rozkładając instalację imitującą pajęczynę. To idealne miejsce spacerowe.

Pałac Pena
Pałac Pena

W Sintrze do zobaczenia jest zdecydowanie więcej. Nam nie udało się zrealizować jeszcze dwóch miejsc, czyli Quinta da Regaleira i Pałacu Narodowego. Może innym razem. Sintra nas zwyczajnie zaskoczyła, spodziewaliśmy się, że jednodniowy wypad z Lizbony wystarczy na to miejsce. Błędnie, trzeba będzie wrócić.

Pałac Pena
Pałac Pena

Zaś filmowo warto wspomnieć, że tu kręcił swoje „Dziewiąte wrota” Roman Polański.

Domek dla kaczek w parku przy pałacu Pena
Domek dla kaczek w parku przy pałacu Pena

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak portugalski
Sintra
Share Button