Archiwa tagu: wulkan

Savai’i, największa wyspa Samoa

Savai’i jest największą wyspą Samoa – liczy 1700 km2 (Upolu to 1250 km2), jest też piątą co do wielkości wyspą Polinezji. Zamieszkuje ją nieco ponad 43 tyś. osób (dane z 2006 roku), co stanowi jakieś 24% populacji kraju. Główne i jedyne miasto to portowe Salelologa, gdzie przybijają promy na Upolu. Reszta to małe, rozrzucone po wyspie wioski. To sprawia, że jest to miejsce jeszcze bardziej dzikie, nieskażone cywilizacją i naturalne, prawdziwa perła Polinezji. No i dopiero uczące się jak podchodzić do turystów, przez to wielce interesujące i autentyczne zarazem.

Savai'i
Savai’i

Savai’i – wulkaniczna wyspa

Podobnie jak Upolu, także Savai’i jest wyspą wulkaniczną, więc trudno liczyć na dobre plaże. Jednak tutaj jest ich jakby więcej, i to mamy na myśli takie piaszczyste. Dodatkowo warto wspomnieć, że na wyspie tej rośnie największa ciągła połać lasu deszczowego na obszarze Polinezji, zajmująca 727 km2.

Droga przez Samoa
Droga przez Samoa

Wulkan tarczowy, który tworzy tę wyspę ze szczytem Mount Silisili mierzącym 1858 m n. p.m. jest najwyższym wzniesieniem Samoa, jest to także największy tarczowy wulkan Polinezji. Charakteryzuje się szerokim stożkiem i bardzo łagodnym nachyleniem. Wciąż pozostaje aktywny, ostatnia jego erupcja miała miejsce w 1900 roku. Oprócz tego, na Savai’i jest ponad setka innych kraterów, część z nich jest nadal aktywna.

Zatoczka
Zatoczka

Jeden z nich to Mount Matavanu (575 m n.p.m.), wciąż aktywny wulkan, a jego ostatnie erupcje miały miejsce w latach 1905 – 1911. Rzeka lawy pochłonęła obszar 100 km2 i dotarła do wybrzeża oceanu, grzebiąc pod lawą całe wioski. Jedną z nich jest Saleaula. Tutaj najczęściej zatrzymują się turyści zobaczyć zniszczenia poczynione przez lawę, przede wszystkim ruiny katolickiego kościoła. Te wyglądają trochę apokaliptycznie, ale bardzo intrygująco. Zaś najbardziej interesujące jest to, że lawa opłynęła kościół, do środka dostała się dopiero przez drewniane drzwi, które nie wytrzymały temperatury. Oczywiście dziś śladów po drzwiach nie ma, zaś ruina ta robi olbrzymie wrażenie.

Kościół zniszczony przez lawę
Kościół zniszczony przez lawę

Obecnie to niezwykły widok dżungli odradzającej się na polu lawy. Obszar zajęty przez człowieka, przez naturę brutalnie zniszczony, teraz przez naturę odzyskiwany.

Zaschnięta lawa
Zaschnięta lawa

Jest tu jeszcze jedna atrakcja. Grób dziewicy – miejscowi uważają, że była tutaj pochowana albo dziewczynka albo jej opiekunka. W każdym razie osoba czysta i bez grzechu, więc lawa nie chciała pokryć jej grobu, ale opłynęła go wokół. Do dziś na grobie składane są kwiaty. Lokalne, ale wyglądają jak nasze doniczkowe, taki urok przyrody samoańskiej.

Grób dziewicy
Grób dziewicy

Oglądanie żółwi

Niedaleko od zalanego lawą kościoła jest miejsce, gdzie można popływać z morskimi żółwiami. Jest to zamknięty kawałek laguny, gdzie trzyma się kilka żółwi morskich. Można tam za niewielką opłatą (Savai’i jest ogólnie dużo tańsza niż Upolu) popływać z tymi żółwiami i wziąć udział w ich karmieniu. Kiedy zaczęliśmy spacerować wzdłuż zbiornika, żółwie wiedziały, co to oznacza – zaczęły się zbierać w miejscu, gdzie są karmione.

Żółw zielony
Żółw zielony

Fajna atrakcja, ale najbardziej szczęśliwi to są tutaj ludzie, żółwie wyraźnie mniej. Po takich miejscach pozostaje kac moralny: bo kontakt ze zwierzętami jest lubiany, a zwierzęta są przecież zadbane i niegłodne, w dodatku trzymane w wodzie z zatoki. Jednak są w niewoli, a zmuszanie zwierząt do kontaktu z człowiekiem nie jest fair. Oprócz turystów są jeszcze właściciele tego przybytku: nie mają świadomości ekologicznej, nie mają też dużych źródeł zarobku. Kilku turystów na dzień (poza sezonem zdecydowanie mniej) może im znacznie podreperować budżet, zwłaszcza że taki biznes mogą doglądać dzieci. Jeśli turyści przestaną tutaj przyjeżdżać, pogorszy się byt mieszkańców. Dopiero po zaspokojeniu własnych potrzeb materialnych człowiek może zacząć myśleć o ekologii. Inna sprawa, że to miejsce jest na oficjalnej mapce, czyli jakiś wydział ochrony przyrody, czy jego odpowiednik na Samoa, wie o tej działalności. W końcu turystycznie ktoś to promuje. Dodatkowo przy polu lawy także coś przebąkują, by zrobić podobną atrakcję. Nas to miejsce zainteresowało, ale zdajemy sobie sprawę, że budzi pewne kontrowersje i sami nie do końca wiemy, jak je ocenić.

Zatoczka z żółwiami
Zatoczka z żółwiami

Żółwie morskie

Żółw zielony (łac. Chelonia mydas) zawdzięcza swoją nazwę nie kolorowi skóry czy skorupy, ale tłuszczu okalającego narządy wewnętrzne. Czasem jest też nazywany żółwiem jadalnym. Z zewnątrz żółw ma odcienie oliwkowo-zielone, niekiedy czerwone, w zależności od osobnika. Dorosły żółw dorasta do 140 cm długości (mierząc po karapaksie) i osiągają masę nawet 500 kg, dożywa 80 lat. Dorosłe osobniki żywią się morską zieleniną: algami, glonami i stąd ich tłuszcz nabiera zielonej barwy. Żółw zielony jest gatunkiem migrującym i występuje we wszystkich ciepłych wodach oceanicznych. Gdy przychodzi czas na złożenie jaj, powraca na swoją macierzystą plażę (np. Ras Al Jinz w Omanie). W nawigacji pomaga im szereg systemów: magnetyczny, termiczny, solarny (ustawienie słońca na niebie), umiejętność rozpoznawania prądów morskich i kierunków fal.

Karmienie żółwi
Karmienie żółwi

Gatunek ten jest zagrożony wymarciem, a największe niebezpieczeństwo wiąże się oczywiście z człowiekiem: kłusownictwo (dla karapaksu, mięsa i jaj), rybołówstwo (zaplątanie w sieci), zanieczyszczenie środowiska, niszczenie siedlisk, zwłaszcza plaż lęgowych.

Żółwie zielone
Żółwie zielone

Inne atrakcje Savai’i

Bezpieczniejszą i mniej kontrowersyjną atrakcją jest wodospad Afu Aau (znany też jako Olemoe). Można tutaj popływać w kotle wodospadu, wypełnionym słodką zimną wodą.
Warto zaznaczyć, że takie miejsca są nieźle utrzymane przez miejscowych: są znaki informacyjne, tablice z opisem miejsca po angielsku i toalety. Zaskakująco czyste. Natomiast wszystkie te atrakcje są bardzo słabo oznaczone. Właściwie bez wsparcia GPSu i wcześniejszego ustalenia, gdzie są,można ich nie zauważyć. Oznaczenia są bardzo blisko celu, nie zawsze dobrze widoczne.

Wodospad Afu Aau
Wodospad Afu Aau

Są jeszcze dwie atrakcje, do których nie dotarliśmy. Pierwsza to most wiszący nad lasem. Znajduje się na zachodniej części wyspy. Zresztą nie byliśmy pewni, czy chcemy tam koniecznie jechać. Druga to Alofaaga Blowholes, czyli fale przebijające się przez rozpadliny skalne. Mieliśmy to w planach, ale nie udało się nam tam dotrzeć.

Plaża i zatoczka
Plaża i zatoczka. Plaże na Samoa są stosunkowa niewielkie. Najwięcej piasku jest przy hotelach.

Zaskakuje sama Savai’i z jej halami targowymi i klimatem, a przede wszystkim otwartymi ludźmi zajętymi swoimi sprawami. Przez cały dzień na tej wyspie nie spotkaliśmy praktycznie żadnych innych turystów, czy w ogóle białych ludzi. Tylko Polinezyjczycy. Zaintrygowani nami, niekoniecznie wiedzący, gdzie jest Polska i wyraźnie zadowoleni, że ktoś ruszył się poza Upolu.

Transport lokalny na Savai'i
Transport lokalny na Savai’i

Transport

Na Savai’i należy dopłynąć promem (lub jachtem, jeśli ktoś w ten sposób dotarł na Samoa). Promy wypływają z miejscowości Mulifanua (koło Faleolo) i płyną do Salelologa. Również kursują lokalne linie samolotowe, więc z okolic Apii można tu przylecieć. Najłatwiej mimo wszystko podróżuje się tu samochodem, inny transport owszem istnieje, ale bardziej teoretycznie, dlatego zostaje rozwiązanie samochód plus prom. Do miejsc interesujących turystów nie dotrzemy w ograniczonym czasie inaczej. Większość z nich jest czynnych, jak to na Samoa, gdy jest właściciel lub jego reprezentant. Bilety na prom (dla samochodu) najlepiej kupić przynajmniej dzień wcześniej, bo ich ilość jest ograniczona. Dla pasażerów kupuje się już przed zaokrętowaniem. Niestety poza sezonem jest też mniej kursów, co powoduje, iż jednodniowa wyprawa na Savai’i to może być trochę za mało.
Rozkład promów można znaleźć tutaj (acz na miejscu lepiej zweryfikować jego aktualność.

Prom między Upolu i Savai'i
Prom między Upolu i Savai’i

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak samoański
Savai’i Upolu
Share Button

Wulkany błotne Gobustanu niedaleko Alat

Mniej znaną, jak również częściej występującą w różnych miejscach świata, geologiczną osobliwością Azerbejdżanu są wulkany błotne (azer. palcik vulkanar). Można je znaleźć w Gobustanie, niedaleko od Parku Narodowego (trzeba jechać bardziej na południe). Póki co, jest to atrakcja całkowicie darmowa. Jedyny problem to dotarcie do niej. Bez samochodu, czy taksówki (i to nie każdej) nie ma szans, w dodatku trzeba liczyć się z przejściem kilku kilometrów, jeśli nie znajdzie się właściwej drogi.

Pustynny krajobraz Azerbejdżanu
Pustynny krajobraz Azerbejdżanu

Wulkany błotne i inne zjawiska

Zjawisko to jest wielce interesujące. Naukowo związane jest z erupcjami gazu ziemnego, który wybija się z głębin, a następnie przechodzi przez piasek, ił, lub żwir, miesza to z wodą, czego efektem są właśnie wulkany błotne. Są to niewielkie stożki, które bulgoczą błotem z mniejszym lub większym natężeniem. Jednocześnie nie ma tu charakterystycznych dla normalnych wulkanów procesów zmieniających środowisko. Co więcej to błoto, wzbogacone o substancje organiczne, jest chłodne. Nie parzy. Więc można śmiało wsadzać w nie ręce.

Jezioro
Jezioro

Wulkany tego typu dzielą się na dwa rodzaje. Bardziej wybuchowe i bardziej wylewne. W Gobustanie mamy do czynienia z tymi drugimi. Istotne jest też to, że zjawisko to może mieć charakter okresowy. Szczęśliwie w Azerbejdżanie występuje stale.

Wulkany błotne z daleka
Wulkany błotne z daleka

Wulkan błotny w okolicach Alat

Gdy już dotrzemy do wulkanów, to można obserwować kilka stożków na różnym etapie rozwoju. Cześć jest już przyschniętych i dogasających. Inne bulgoczą dość mocno, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk. Jak się podejdzie bliżej, to nawet chlapią. Jeszcze inne są na wczesnym etapie tworzenia się. Wyglądają jak niewielkie błotne naleciałości.

Wulkan błotny z bliska
Wulkan błotny z bliska

Oprócz wulkanów można tu także zobaczyć dość płytkie zbiorniki z rozwodnionym błotem, które także bulgoczą.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Jak wspominaliśmy wcześniej, atrakcja jest darmowa. Turystów jest tu bardzo niewielu. Mało kto o tym w ogóle wie, jeszcze mniej osób tu przyjeżdża. W Azerbejdżanie zarabiają na tym co najwyżej taksówki. Choć przy wjeździe do Parku Narodowego poinformowano nas, że jest takie kuriozum w okolicy, to jednak w praktyce nie ma tu żadnego oznakowania. Nic.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Jak dojechać

By dojechać do wulkanów z Baku czy Parku Narodowego Gobustanu, należy kierować się na miejscowość Alat (azer. Ələt). Tam pojechać zgodnie z drogowskazem na Şpal Zavodu, przejechać linię kolejową i kierować się na północ, a potem wspiąć na górę. Gdzieś też jest dojazd już bardziej bezpośrednio pod wulkany, niekoniecznie oznaczony, ale znany przez taksówkarzy. Można też w Alat skorzystać z GPSa, podjechać w miarę blisko drogą do wulkanów, a dalej przejść już do nich na piechotę. Teren jest otwarty. Może trzeba będzie przejść przez tory kolejowe lub rurociąg, ale poza tym jest to właściwie pustynia. Takie rozwiązanie jest dobre, gdy ma się samochód z niskim podwoziem, bo niestety sam dojazd drogami szrutowymi może być problemowy. Jeśli chce się oszczędzić nóg, warto poszukać trasy, która prowadzi bliżej stożków lub skorzystać z taksówki.

Stożek wulkanu
Stożek wulkanu

Wulkany błotne to naprawdę bardzo ciekawe zjawisko. Zaś te kopczyki, przypominające trochę mrowiska czy termitiery z pewnością są warte niedogodności wyprawy. Obok Janar Dah to bez wątpienia jedno z najbardziej zapadających w pamięć miejsc Azerbejdżanu.

Widok z wulkanu
Widok z wulkanu
Widok na Morze Kaspijskie
Widok na Morze Kaspijskie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
Wulkany błotne
Share Button

Park Narodowy Tongariro, czyli Mordor

„Nikt po prostu nie wchodzi do Mordoru” mówi filmowy Boromir (Sean Bean) w „Drużynie pierścienia” Petera Jacksona. Nie jest to do końca prawda, do Mordoru jest wejść dość łatwo, w dodatku nie ma nawet biletów. Przynajmniej jeśli mówimy o miejscu, w którym kręcono Mordor (i Górę Przeznaczenia), czyli Parku Narodowym Tongariro.

Tongariro - początek Apline Crossing
Tongariro – początek Apline Crossing

Park Narodowy Tongariro

Tongariro to jeden z najstarszych parków narodowych na świecie i pierwszy w Nowej Zelandii. Założono go w 1887 roku; znajduje się także na liście UNESCO. Tongariro to obszar wulkanicznej aktywności, obejmujący trzy aktywne wulkany: Ruapehu, Ngauruhoe i Tongariro. Osiągają one wysokości odpowiednio 2797, 2291 i 1978 m.n.p.m. Te wulkany są cały czas aktywne, ostatnia poważna erupcja w 2012 roku była dziełem Tongariro. Okolica jest nieustannie monitorowana przez sejsmologów. Zresztą na terenie parku mamy informację o ewentualnej drodze ewakuacyjnej, czy tak zwanych bezpiecznych miejscach.

Powulkaniczne skały "Mordoru"
Powulkaniczne skały „Mordoru”

To dość duży i zróżnicowany park posiadający wiele większych i mniejszych szlaków. Najbardziej słynny z nich to Tongariro Alpine Crossing. Określa się go mianem jednej z najlepszych 1-dniowych pieszych tras, to oczywiście jeden z nowozelandzkich Wielkich Szlaków (The Great Walk), choć tu uwaga, wlicza się to całą Pętlę, nie tylko Alpine Crossing. Trasa wiedzie z jednej strony Parku Narodowego Tongariro na drugą i liczy jakieś 19,5 kilometra. Po drodze podziwia się kratery wulkanów zalane wodą i surowe otoczenie.

W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin
W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin

Jak zacząć

Przejście jest długie i trochę wymagające, więc jest to trasa w jedną stronę. Po obu stronach wejścia na szlak znajdują się parkingi (darmowe). Jeden w Ketetahi, drugi w Mangatepopo. W tym pierwszym można zaparkować auto tylko do czterech godzin, czyli szlaku się nie przejdzie. Drugi był sugerowany jako miejsce, gdzie można zostawić samochód, przejść, a w Ketetahi wsiąść do busa (płatnego) i wrócić do miejsca, w którym zostawiło się swój pojazd. Podczas naszej wizyty także w tym miejscu wprowadzono czterogodzinne ograniczenie. Pilnują tego, ale nie wiemy jak restrykcyjnie. W każdym razie przed parkingiem w Mangatepopo znaleźliśmy lokalne reklamy prywatnych, płatnych parkingów z dowózką w obie strony. Wiele osób korzysta z dojazdu zorganizowanego przez różne firmy, np. z okolic Taupo. Podwożą pod jedno wejście i odbierają na drugim.

Ścieżka jest wytyczona
Ścieżka jest wytyczona

Nie tylko aktywność wulkaniczna jest tu problemem. Klimat jest dość kapryśny i jak to w wysokich górach, pogoda może zmienić się z godziny na godzinę. Gdy pogoda jest zła, nie kursują shuttle busy, co utrudnia przejście pełnym szlakiem. Można wtedy tylko zrobić sobie kawałek (mieszcząc się w czterech godzinach). Nam niestety pogoda pokrzyżowała plany przejścia przez Alpine Crossing, ale na szczęście jest jeszcze kilka innych miejsc w parku.

Krajobraz "Mordoru"
Krajobraz jak z „Mordoru”

Tongariro, czyli Mordor

Jednak zostańmy jeszcze przy szlaku, bo jest bardzo interesujący filmowo. Choćby Mount Ngautuhoe (2291 m. n.p.m.). Wulkan ten, którego ostatnia erupcja miała miejsce w 1977 roku, w filmie „Władca Pierścieni: Powrót króla” odegrał rolę Góry Przeznaczenia, gdzie do Szczelin Zagłady Frodo miał cisnąć Pierścień. Przy dobrych warunkach i odpowiednio zagospodarowanym czasie można na niego wejść. Zdjęcia kręcono w 2000.

I z "Willow"
I jak  z „Willow”

Tongariro „zagrało” Mordor we „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona. Surowy krajobraz, skąpa roślinność wysokogórska, ślady świeżych erupcji wulkanicznych i te ostre, poszarpane stożki. Czy jest lepsze miejsce na Krainę Cienia? Patrząc na film widzi się kształty, klimat, ale nie zawsze kolory. Jackson w Mordorze użył wielu filtrów i efektów komputerowych, więc trzeba się trochę wpatrzeć, ale klimat jest. Cóż, same skały i granie może wyglądają tu posępnie, ale nie tak mrocznie jakby chcieli tego filmowcy. Bo kwitnący i kolorowy Mordor nie napawa nas przecież grozą.

Tongariro
Tongariro

Zupełnie inaczej sprawa się ma z filmem „Willow” Rona Howarda (wyprodukowanym przez George’a Lucasa). Ten także był kręcony w tym parku, zresztą blisko miejsc, gdzie potem nagrywano Mordor. W „Willow” jednak nie używano filtrów, więc dość dobrze oddaje klimat tego miejsca, w szczególności gór, a już zwłaszcza w pochmurny dzień, na jaki trafiliśmy. Tongariro u Howarda to okolice zamku Bavmordy. Zdjęcia kręcono wiosną 1987.

Ścieżka w Tongariro
Ścieżka w Tongariro

Poza Tongariro Alpine Crossing

Odchodząc zaś od Alpine Crossing. Nieopodal Whakapapa Village znajduje się wodospad Tawhai. Tutaj kręcono sceny z Gollumem w świętej sadzawce, w której złapał sobie rybkę i beztrosko tłukł ją o kamień podśpiewując.

Wodospad Tawhai
Wodospad Tawhai

To także obszar, na którym żyją kiwi. Można się tu natknąć na znaki przypominające, by uważać w nocy. Za to dużo łatwiej zobaczyć znaki informujące o obecności tych ptaków.

Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)
Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)

Inne trasy wewnątrz parku nie są już tak słynne. Nie przechodzi się blisko wulkanów, ale i tak są bardzo ładne. Położone niżej, częściej idzie się wśród drzew, więc nawet przy silnym i porywistym wietrze nie są zamykane. Spokojnie można przejść kawałkiem Pętli Północnej Tongariro (Tongariro Northern Circuit). Jej częścią jest wspominany Alpine Crossing. Cała pętla to mniej więcej 3-4 dni wędrówki. Nawet fragmenty tej ścieżki są ciekawe, pełne wodospadów, grani i różnej roślinności.

Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai

Tongariro jest słynne także jako idealne miejsce dla narciarzy. Sprawia to, że baza hotelowa już w samym parku jest dość mocno rozbudowana i mówimy tu głównie o hotelach wyższej klasy, z saunami i masą innych atrakcji, a co za tym idzie droższymi. Niemniej jednak, jak to bywa w Nowej Zelandii, choć restauracje czy bary są, godziny ich otwarcia są dość krótkie, więc czasem trzeba wybrać między jedzeniem, a zwiedzaniem okolicy. A tras spacerowych, pomijając tę główną, jest tu bardzo dużo. Swoją drogą trasy narciarskie też wykorzystano w filmach Jacksona.

Wodospad Taranaki
Wodospad Taranaki

Ochrona przyrody

Władze Parku mają pewien dwugłos jeśli chodzi o „Władcę Pierścieni”. Dziś wykorzystują go w rozreklamowaniu tego miejsca, ale przy kręceniu wystąpiły pewne problemy. Omyłkowo filmowcy dostali zgodę na wprowadzenie tam sprzętu, który nie powinien wjechać do parku. Ostatecznie wyrządzili trochę szkód, które w 2005 naprawiła specjalna ekipa. Dyrekcja była zła na ekipę Jacksona, ale dziś umiejętnie czerpie z tego zysk.

Taranaki Falls
Taranaki Falls

Ten park zrobił na nas fenomenalne wrażenie. Bardzo żałujemy, że nie przeszliśmy całego Tongariro Alpine Crossing z powodu złych warunków pogodowych, ale i tak większość dnia spędziliśmy na nogach. Trochę marznąć, ale też podziwiając przepiękne widoki. W każdym razie jest bardzo konkretny powód, by tu jeszcze wrócić.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
PN Tongariro
Szlak filmowy
PN Tongariro
Share Button

Jezioro Natron

Jezioro Natron w Tanzanii to mało znane, ale bardzo intrygujące miejsce, które co pewien czas pojawia się w różnych mediach z dwóch powodów. Oba związane są z niesamowitymi zdjęciami. Pierwszy z nich to ukazuje przedziwny kolor wody, wchodzący lekko w róż i czerwień. Przy odpowiednim świetle z pewnej odległości jezioro faktycznie tak wygląda. Wynika to głównie z tego, że jest bardzo mocno zmineralizowane, więc zasychające błota sprawiają z daleka niecodzienne wrażenie. Zaś jak dochodzi do kwitnienia glonów wizualnie się to potęguje. Tyle, że to kwitnienie występuje raz na bardzo krótki czas. Przy odpowiednich filtrach i podrasowaniu takie zdjęcia (można je znaleźć w sieci) naprawę robią duże wrażenie. Ale jak to zwykle bywa, w rzeczywistości dość trudno znaleźć coś podobnego. My obserwowaliśmy podobne złudzenie widząc taflę z daleka. Z bliska już wyglądało trochę bardziej zwyczajnie.

Jezioro z daleka, z charakterystyczną czerwienią
Jezioro z daleka, z charakterystyczną czerwienią

Drugi powód to także zdjęcia, ale do tego ważna jest pewna wiedza. Otóż nazwa jeziora pochodzi od natronu, czyli rzadkiego minerału, który występuje masowo w tym słonym jeziorze. W starożytnym Egipcie używano natronu do mumifikacji zwłok. Jakiś czas temu pewien artysta zrobił instalację, ze zmumifikowanymi zwłokami dzikich zwierząt. Poumieszczał je w okolicy jeziora i w ten sposób narodził się mit, o zabójczej wodzie, która w krótkim czasie uśmierca zwierzęta. Co pewien czas ta plotka wraca, czy to jako niezwykłe miejsce, czy jako jedno z najniebezpieczniejszych jezior na Ziemi. Jak to w plotkach bywa, ziarno prawdy jest, ale na tym ziarnie się kończy. Inaczej zmumifikowanych zwierząt byłoby tam mnóstwo, a tak są żywe. W dodatku nie wyglądają, jakby coś im zagrażało.

Widok na Ol Doinyo Lengai
Widok na Ol Doinyo Lengai

Ol Doinyo Lengai i kanion

Samo jezioro znajduje się na terytorium Masajów. Oni zajmują się oprowadzaniem po okolicy i to u nich się nocuje. Ale to nie jest już klasyczna wioska, a raczej zwykły kamping. Wokół jeziora mamy trzy atrakcje, do których zawsze prowadzi nas masajski przewodnik. Ekipa, która wozi nas przez całe safari, w tym wypadku zazwyczaj zostaje w obozie, lub co najwyżej pełni rolę transportu. Atrakcje są następujące: wejście na szczyt jednego z wulkanów – Ol Doinyo Lengai (niestety wymaga dużo więcej czasu, więc nie znalazło się w naszych planach), przeprawa przez kanion i wyjście na samo jezioro.

Przeprawa przez wąwóz
Przeprawa przez wąwóz

Ol Doinyo Lengai, czyli z masajskiego Góra Boga (Masajowie wierzą, że w kraterze brzmi bóg Ngai), to czynny i aktywny wulkan. To znaczy tyle, że co pewien czas następują tu erupcje, ostatnia w 2013. Nie są one jednak gwałtowne, więc jest relatywnie bezpiecznie. Nie wpływają one na życie mieszkańców. Zwłaszcza, że brak dużego ruchu turystycznego i jakiś rozbudowanych stacji sejsmologicznych powoduje, że raczej katastrofy nikt się tu nie spodziewa.

Wulkan jest jednak istotny z innego powodu, tak zwanej zimnej lawy. Zimna, znaczy że ma jakieś 300-400 stopni. W tej temperaturze i wzbogacona o minerały, których na tym terenie jest wiele, ma jasny kolor. Z daleka wygląda więc trochę jak pokrywa śniegowa. Góra ma niecałe 3000 metrów, więc na wejście tam trzeba być przygotowanym, nie tylko kondycyjnie. Masajowie w okolicy mają obowiązek raz w życiu wejść na górę i zejść do krateru. A że to Masajowie są tu przewodnikami, turyści też mogą zejść do krateru (o ile jest zastygły).

Przeprawa przez strumień
Przeprawa przez strumień

Kanion to kanioning, coś bardzo podobnego do tego, co opisywaliśmy przy okazji Jordanii i Wadi Mujib. Tylko, że nie w tej skali. Trochę wspinania po skałkach i przechodzenie przez strumień. Dobrze mieć ze sobą wygodne buty, na przykład trekingowe. Przewodnicy masajcy potrafią polecać lub nawet namawiać na sandały czy jeszcze lepiej klapki, bo sami w czymś takim chodzą, ale to naprawdę zły pomysł.

Jezioro Natron

Droga do brzegu
Droga do brzegu

Oczywiście główną atrakcją i tym, co nas przyciągnęło do tego miejsca jest jezioro. To dość płytki akwen, mający maksymalnie do trzech metrów głębokości. Bezodpływowy, więc słony. Gniazduje tu dużo ptaków, głównie flamingów i czasem pelikany. Ale to też jedno z najbardziej nagrzewających się miejsc w Tanzanii. W sieci można natknąć się na informację, że czasem temperatura sięga tam do 60 stopni. Niestety nie mogliśmy tego zweryfikować. Niemniej jednak, faktycznie robi się tam gorąco i parno, więc sami Masajowie unikają jeziora w godzinach innych niż wczesny ranek czy czasem pod wieczór, o ile oczywiście nie jest za gorąco. A skoro oni go unikają, a jednocześnie to oni oprowadzają turystów, trzeba się liczyć z tym, że nawet jak się tu przyjedzie, powiedzą, że teraz nie idziemy. Może rano.

Schnące błoto
Schnące błoto

Droga do jeziora jest bardzo malownicza, zwłaszcza, że po okresie deszczowym część błota zasycha. Oczywiście jest opcja dojechania bliżej brzegu, ale przejście jest bardziej satysfakcjonujące. Nad samym jeziorem przede wszystkim można obserwować sobie ptaki oraz zasuszone błoto. Zaś najgroźniejsze, co może nas spotkać to odwodnienie się, jeśli się nie przygotujemy wcześniej. Niemniej jednak widoki są przepiękne i fascynujące.

Flamingi (jezioro Natron)
Flamingi (jezioro Natron)

Natron ma jeszcze jedną zaletę. Obecnie nie jest jeszcze popularne wśród turystów. Grupki się mijają, ale raczej jest to wciąż dziewicza Afryka w prawie nienaruszonym stanie. Ponieważ jest to ważne siedlisko ptaków, jezioro znalazło się na liście ramsarskiej.

Flamingi nad jeziorem Natron
Flamingi nad jeziorem Natron

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tanzański
Jezioro Natron
Share Button

Wezuwiusz

To jeden z dwóch najbardziej znanych włoskich wulkanów. Uchodzi za ten groźniejszy, gdyż jest uśpiony. Etna jest aktywna prawie cały czas, ale jej erupcje nie są gwałtowne. Wezuwiusz (wł. Vesuvio) zaś wygląda na spokojną górę, ale jak już się obudzi, to nikt nie wie, jakie szkody może wyrządzić. W historii już zniszczył choćby Pompeje czy Herkulanum.

Wezuwiusz
Wezuwiusz

Wulkan Wezuwiusz

Wezuwiusz to też doskonała atrakcja turystyczna. Przybywa tu bardzo wiele osób i co ważniejsze, jest to w miarę bezpieczne. Dziś dzięki nowoczesnym technikom jesteśmy w stanie przewidzieć większość potencjalnych erupcji z niewielkim wyprzedzeniem. Wystarczy jednak, by zamknąć ruch turystyczny.

Krater
Krater

Na Wezuwiusz najłatwiej dostać się z Neapolu koleją Circumvesuviana kierując się na Sorrento. Trzeba wysiąść na stacji Ercolano. Stamtąd wiedzie prosta droga do Herkulanum, ale tym razem nie to jest nasz cel. Tuż przy stacji znajduje się mały kiosk, gdzie sprzedawane są bilety na Express Vesuvio. Kursuje tu kilka autobusów i busików, które spod dworca zawożą nas pod szczyt krateru. Koszt to około 20 euro. W zamian poza dowozem w obie strony mamy też bilet wstępu oraz mniej więcej półtorej godziny czasu na górze. Czy to dużo, czy mało? Zależy.

Standardowe wejście to krótki, nie wymagający tężyzny fizycznej spacerek. Można podziwiać tak krater wulkanu jak i widoki z góry na Zatokę Neapolitańską i całą metropolię. Wtedy czasu jest aż nadto. Jednak oczywiście za dodatkową opłatą, można też się wybrać na wycieczkę nad wysoką krawędzią. Tam liczba turystów jest już ograniczona, kosztuje to więcej, a przede wszystkim zajmuje czas. Jak ktoś chce, to za niewielkie pieniądze można też zwiedzać z przewodnikiem. My sobie odpuściliśmy przewodnika.

Krater (zarośnięty zielenią)
Krater (zarośnięty zielenią)

Spacer po kraterze

My wybraliśmy wersję krótszą. Zależało nam bardziej na tym, by zobaczyć sam wulkan i widok z góry. Wezuwiusz nie jest bardzo wysoki, ma 1281 m nad poziomem morza. W porównaniu z Etną jest naprawdę dość dostępnym miejscem. Ostatni wybuch miał miejsce w 1944 roku. Widać to po samym kraterze, wewnątrz którego rosną nawet drzewka. Czasem da się wyczuć siarkę albo zobaczyć niewielkie kłęby dymu. Przypominają one bardziej dym dogasającego ogniska, niż wydobywający się z wulkanu.

Urządzenie monitorujące aktywność
Urządzenie monitorujące aktywność

Z góry widać też zastygłe rzeki lawy. To bardzo interesujące jak przyroda zajmuje te miejsca.

ścieżka
ścieżka
ścieżka
ścieżka

Ze względu na wysokość warto zabrać ze sobą coś ciepłego do nakrycia. Wiatr może być nieprzyjemny.

Zaschnięta rzeka lawy
Zaschnięta rzeka lawy

Przed wyprawą na Wezuwiusza warto sobie trochę poczytać o wulkanach. To może być bardzo pouczająca wycieczka. Jeśli jednak to pierwszy odwiedzany wulkan, to mimo wszystko warto zastanowić się nad przewodnikiem. Zwłaszcza, że jest to miejsce stosunkowo dostępne, bezpieczne i w miarę tanie.

Widok na zatokę neapolitańską
Widok na zatokę neapolitańską

Na koniec jeszcze jedna informacja praktyczna. Dość łatwo zaplanować wycieczkę na Wezuwiusz, ale może się okazać, że z powodu złych warunków atmosferycznych autobusy nie będą kursować.  Również czas przejazdu bywa zmienny. Jest uzależniony od liczby autobusów. Uliczki są dość wąskie, więc gdy pojawiają się zagraniczne autokary z turystami, czasem dochodzi do przestojów. Lokalni kierowcy są raczej doświadczeni, inni mają problemy, więc niechcący potrafią zablokować płynność ruchu. Więc wybierając się na Wezuwiusza warto mieć w zapasie czas oraz ewentualną alternatywę.

Szlak włoski
Wezuwiusz
Share Button