Nepal to nie tylko Himalaje i przepiękna dolina Katmandu. To także natura. Najstarszy park narodowy w kraju to Ćitwan (चितवन राष्ट्रिय निकुञ्ज, ang. Chitwan National Park). To miejsce, gdzie można zobaczyć nosorożce, gawiale, słonie indyjskie, ale także mieć styczność z lokalną kulturą.

Co warto zobaczyć w Chitwan?
Historia Parku Chitwan
Chitwan leży na południu Nepalu, na stosunkowo niewielkiej wysokości. Są tu co najwyżej pagórki w paśmie Churia (od 100 do 815 metrów nad poziomem morza), większość jednak to doliny rzek Narayani, Rapti i Reu. Warto pamiętać, że rzeki te wylewają, co jest elementem natury. Do tego dochodzi dżungla i jest to dobre miejsce dla zwierząt. Do tego stopnia, że jeszcze w XIX wieku były to tereny łowne, które przyciągały wyższą klasę. Park Narodowy Chitwan został oficjalnie utworzony w 1973 roku. Początkowo jako Królewski Park Narodowy, ale po obaleniu monarchii pomija się ten pierwszy przymiotnik. Jednakże warto pamiętać, że kwestie ochrony zwierząt i badań, przede wszystkim nad nosorożcami zaczęły się na poważnie już w latach 50. XX wieku.

Była to jednak spora walka, bowiem te tereny idealnie nadawały się pod osadnictwo i rolnictwo. Na początku lat 60. zaczęło się wielkie karczowanie i osuszanie tego terenu, przy okazji połączono to ze zwalczaniem komarów przenoszących malarię. I to udało się zrobić. Komary oczywiście są, ale nie ma tu ryzyka malarii. Starania o zachowanie spadającej populacji nosorożców doprowadziły do tego, że w 1970 roku zaczęto faktycznie chronić je na tym terenie, a potem oficjalnie powołano park. Dodajmy, że niestety kłusownictwo było tu spore, bo zapotrzebowanie na rogi nosorożca w Azji było naprawdę duże i związane z medycyną oraz wierzeniami ludowymi. Tę bitwę także udało się w dużej mierzę wygrać. W 1984 roku Chitwan zostało wpisane na listę UNESCO. Obszar parku był wielokrotnie rozszerzany, obecnie wynosi 952,63 km2. Ale dziś nie jest to już największy park w Nepalu, większy jest Bardiya.

Jak zwiedzić Chitwan
Najpierw musieliśmy dostać się do miejscowości Sauraha. Ona znajduje się tuż przy rezerwacie Chitwan, co więcej, jest tu sporo agencji, które oferują różne sposoby na zwiedzanie parku. Znaczy to tyle, że nie trzeba większości atrakcji rezerwować wcześniej, wszystko da się załatwić na miejscu, wystarczy wybrać odpowiedni pakiet. Co więcej, sporo hoteli także ma swoich przewodników i opcje wycieczkowe, więc nie trzeba szukać daleko. Ceny raczej są podobne, możliwości również.

Obecnie najłatwiejszym sposobem dotarcia do Saurahy jest autobus. My pokonywaliśmy trasę z Pokhary do Chitwan, a potem wracaliśmy autokarem do Katmandu. Mieliśmy autobusy klasy turystycznej. Wygód specjalnie nie było, ale przynajmniej zagwarantowane własne miejsce. Problem polega na tym, że te przejazdy się przedłużają, bo są korki na drogach. Drogi zazwyczaj są jednopasmowe, a przy tym jeszcze kręte, nienajlepszej jakości, czasem jest problem z asfaltem. Więc opóźnienie 2-3 godziny na takich trasach to norma. W obu przypadkach na dojazd trzeba liczyć 7-9 godzin.

Sauraha i taniec Pawia
Sama Sauraha oferuje niewiele. Trochę sklepów, kilka restauracji, barów, hotele… i pokaz kulturalny rdzennej ludności Tharu. To jest coś naprawdę niezwykłego i zapadającego w pamięć. My mieliśmy pokaz niejako w pakiecie ze zwiedzaniem parku narodowego, więc skorzystaliśmy. To głównie prezentacja lokalnych tańców. Widzieliśmy podobne atrakcje w kilku miejscach na świecie, ta w większości się nie wyróżnia specjalnie niczym, żeby nie powiedzieć, iż wypada wręcz średnio (jedne lepiej, inne gorzej). Z jednym drobnym wyjątkiem: Tańcem pawia (Peacock dance)… to jest coś niezwykłego, aż trudno uwierzyć, że robią to na poważnie. Na scenę wychodzi tancerz w stroju pawia i tańczy, jednocześnie starając się imitować zachowanie ptaka. Z muzyką wygląda to po prostu komicznie. Dodajmy tylko, że tańce pawia są popularne w innych krajach Azji – Chiny, Indie, Indonezja, Birma czy nawet Kambodża mają swoje własne. Tyle że tam są one inspirowane gracją w ruchu tych ptaków i ich barwną kolorystyką, tu jest to próba odtworzenia w trochę absurdalny sposób zachowania ptaka. Oczywiście wywołuje to salwy śmiechu i faktycznie angażuje publiczność jak nic na tym pokazie.

Są tu też pola ryżowe i możliwość obserwowania ptaków. Chitwan jest wpisany na listę Ramsar i IBA. Szacuje się, że na całym obszarze parku gniazduje 400 – 450 różnych gatunków ptaków. Wiele z nich właśnie już można zobaczyć chodząc po Saurasze i okolicznych polach ryżowych. A jak komuś jest daleko, to wszędzie można wynająć tuk-tuki.

Jeśli chodzi o zwiedzanie Chitwan to jest tu kilka podstawowych sposobów:
- Jazda na słoniu.
- Przejazd jeepem.
- Spacer po dżungli.
- Płynięcie łodzią.

I tu warto zacząć od słoni. Budzi to spore kontrowersje, o czym pisaliśmy przy okazji lankijskiej Pinnawali. I to jest już chyba ten moment, w którym to także dotarło do Nepalu. Jeszcze kilka lat temu przejażdżka na słoniu stanowiła podstawową atrakcję Chitwan, a zarazem domyślny sposób zwiedzania parku. W momencie, gdy my byliśmy, to nie dość, że słonie były już droższe, to jeszcze tak naprawdę niekoniecznie się to opłacało. Słoń robi małe kółko w godzinę, jeep duże w trzy. Pod kątem oglądania zwierząt jeep zdecydowanie wygrywa. Tak swoją drogą, jeszcze lepsza do tego okazała się być łódka, bo tam byliśmy najbliżej zwierząt.

Natomiast pierwszy kontakt już po wejściu na obszar parku mamy właśnie ze słoniami. Bo jeszcze przy mieście są zagrody, gdzie nocują słonie. Wspominaliśmy, że obecnie pewne rzeczy się zmieniają, bo jeszcze kilka lat temu Chitwan słynął właśnie jako park, w którym jadąc na słoniu można zobaczyć tygrysa. Oczywiście szansa zobaczenia tutaj tego drapieżnika jest stosunkowo niewielka, bo na obszarze całego parku jest ich zaledwie kilka, a wycieczki na słoniach nigdy nie zapuszczają się głęboko. Sporo negatywnych opinii na temat wykorzystywania słoni w turystyce zwłaszcza wśród zachodnich turystów, sprawia, że także w Nepalu się to zmienia. Jest tego mniej, ale to tylko jedna strona. Druga to kwestia kulturowa i dziedzictwa mahutów, przez co jest to wciąż utrzymywane przez państwo. Dodatkowo dochodzi popyt, więc jest podaż. Wciąż są turyści, którzy chcą jeździć na słoniach. Więcej obecnie ich z Indii czy Azji Wschodniej, ale ten biznes się tu kręci. Faktycznie ogranicza się te jazdy, ale one nie znikają.

Breeding Center
Zaś kolejnym elementem tej układanki są same słonie. Te olbrzymie ssaki nie tylko są drogie w utrzymaniu, ale także mogą stanowić niebezpieczeństwo dla ludzi. Dlaczego więc się ich nie wypuści na wolność? Ano dlatego, że oswojone z obecnością człowieka i szukając łatwego pokarmu, chcąc nie chcąc wchodzą w konflikt z miejscowymi rolnikami. Stanowią zagrożenie dla ludzi dla siebie – rolnicy w obronie upraw mogą okaleczać i zabijać słonie. Czy w Chitwan w ogóle są dzikie słonie? Większość jest w zagrodach, tylko niewiele żyje w dżungli. Te przetrzymywane co prawda są pod ochroną, ale mimo to muszą pracować. Po pierwsze ze względu na utrzymanie, a po drugie te zwierzęta potrzebują mieć zajęcie i ruch. Zdecydowana większość z nich nie pracuje tu w turystyce. Owszem, ich opiekunowie na nich jeżdżą, ale ich główne zadanie to przede wszystkim transport po dżungli. Od zbierania i przewożenia zapasów pożywienia dla słoni, przez pomoc w udrożnianiu dróg, a nawet jeśli trzeba, akcje ratunkowe. Nadal jednak mają tu łańcuchy na nogach (w ośrodku niestety tak to wygląda), tak by nic sobie, czy komuś innemu nie zrobiły. Większość osób więc przychodzi tu i ogląda słonie w zagrodach. Wiemy tylko, że one wolą przebywać w dżungli, więc chętniej wychodzą pracować, niż wracają tutaj.

Natomiast ciekawostką jest to, że dzikie słonie, zwłaszcza samce, czasem przychodzą do zagród, by spędzić trochę czasu w towarzystwie słonic. Podobnie działa to też w drugą stronę, gdyż nie zawsze te słonie tu wracają. Więc jest to ośrodek trochę półotwarty. Jak już przyjadą to się im zakłada łańcuchy. Tę część się ogląda, jest tu też niewielkie muzeum ukazujące zarówno skompilowane relacje ludzi i słoni, jak również mówiące trochę o samych słoniach.

Niemniej jednak wciąż jest opcja zrobienia kółka na słoniu. Działają tu prywatni mahutowie, którzy zbierają po cztery osoby, ładują je na słonia i robią kółko. Bardziej jest to dziś atrakcja sama w sobie niż safari, bo nie wypatrzy się w ten sposób wiele zwierząt. Widzieliśmy jeszcze opcje kąpieli ze słoniami i mycia słoni.

Pierwszego dnia dotarliśmy tu popołudniem, więc tylko obeszliśmy zagrodę (wieczorem mieliśmy wspomniany już pokaz kulturalny). Zrobiliśmy też spacer nad rzeką i tam z oddali dało się zobaczyć między innymi gawiale gangesowe i krokodyle błotne.

Drugiego dnia mieliśmy pełny program. Ze względu na temperaturę zwierząt najczęściej szuka się rano i wieczorem. W dzień są pochowane przed słońcem, więc to też czas przerwy. Przez to faktycznie nie jest to intensywna eksploracja dżungli. Raczej przyjemna atrakcja, spokojniejsza, a przy tym wciąż satysfakcjonująca.

Płynięcie po rzece
Zaczęliśmy od porannego pływania w rzece. Mają tu spore drewniane łodzie. Na plus jest to, że nie używają oni silników, więc pływa się siłą flisaka. Łodzie długie, więc każdy siedzi za kimś, tym samym widać dobrze to co się dzieje po obu stronach. Nikt nie zasłania. To bardzo wyróżnia Chitwan spośród innych miejsc, gdzie mieliśmy pływające safari. Tu też jeszcze dodajmy, że woda jest raczej płytka, a rzeka nie jest wartka, więc to się sprawdza, a przy tym faktycznie daje możliwość obserwacji zwierząt. Mieliśmy szczęście, bo udało nam się zauważyć kąpiącego się nosorożca. Widzieliśmy też krokodyle i sporo ptaków, w tym pawie, zimorodki, żołny, czy czaple. Udało się tu podpłynąć do nich na tyle blisko, że mogliśmy się im dobrze przyjrzeć.

Spacer przez dżunglę
Rejs się kończy, a następnie wraca się do punktu startowego przez dżunglę. To przyjemny spacer z przewodnikiem, który pokazuje różne rzeczy. Czasem jest szansa wypatrzeć jakieś zwierzęta, czy to ptaki (trafił się nam kur), ale też owady i pajęczaki, czasem też ssaki (jak jelenie sambar z oddali). Przede wszystkim zaś chodzi się między roślinnością. Przyjemny spacer, acz tu nie było potrzeby przedzierać się przez dżunglę. Podczas spaceru przewodnicy zatrzymują się i pokazują świeże tropy tygrysa, albo drzewo, które podrapał. Ciężko stwierdzić na ile to są prawdziwe tropy, patrząc ilu tu turystów puszczają i jaka jest populacja tygrysów w parku. Ponadto opowieści o świeżych śladach tygrysa, tuż pod nosem grupy turystów, słyszeliśmy wielokrotnie. Jeśli chodzi o względy bezpieczeństwa to zazwyczaj jest dwóch przewodników, jeden idzie na początku, drugi na końcu, by nikt się nie zgubił, albo gdyby któremuś coś się stało. Mają ze sobą też kije, więc jak coś mogą tygrysa obić.

Prawdopodobnie większe szanse na tropienie zwierząt mają mniejsze wycieczki, które wchodzą bardziej w dżunglę. Tu największe niebezpieczeństwo jakie nas czeka, to możliwość przewrócenia się, bo nie wszędzie idzie się po ścieżce. A z dużych zwierząt najłatwiej zobaczyć jelenie. Widzieliśmy, jak przebiegały między drzewami. Natomiast choć wszystkich standardowo straszy się tygrysem, to tak naprawdę dwa bardziej niebezpieczne zwierzęta, na które można się tu natknąć, to słoń i nosorożec. O ile słonie często są częściowo oswojone, o tyle nosorożce są dzikie. Nie są tak niebezpieczne, jak te w Afryce, ale jak wpadną w panikę, to mogą pogonić człowieka i trzeba uciekać (najczęściej na drzewo). W parku są również lamparty, czy niedźwiedzie wargacze, ale przypominamy, że Sauraha znajduje się na obrzeżach, to jest dobre miejsce, by poczuć dżunglę, ale nie by szukać rzadszych zwierząt.

Nasz spacer po dżungli był raczej krótki i blisko miejscowości i rzeki. Tym samym bezpieczny, ale też w porównaniu z tym, co widzieliśmy w innych parkach narodowych w różnych zakątkach globu, to bardziej spacer, niż szukanie zwierząt. Coś się trafi, ale nie ma ich tu aż tyle. Wróciliśmy jeszcze raz do centrum rozrodczego, potem w południe był czas wolny. Wróciliśmy na lunch do hotelu. To też czas na atrakcje ze słoniami, jeśli ktoś coś takiego wykupi.

Safari w Chitwan
Po południu mieliśmy już jeep safari. Nasz samochód był bardziej otwarty niż te, które choćby były używane na safari w Afryce. Ale tam spotkanie lwa jest dość częste, tu natknięcie się na tygrysa to szanse bliskie zeru. Zaś biorąc pod uwagę, że to zwierzę głównie nocne, to można je najłatwiej dostrzec rano lub wieczorem, więc nie udało się. Ale później widzieliśmy tygrysa w parku Ranthambore. Tutaj jak wspominaliśmy, najbardziej niebezpiecznie zwierzęta to słonie i nosorożce, bo w przypadku owadów nie ma tu zagrożenia. Tych pierwszych na dziko nie widzieliśmy. Nosorożca udało się zobaczyć z daleka. Poza tym znów jelenie, krokodyle, gawiale i sporo ptactwa, a także małpy. Przed parkiem były też bawoły i sporo pawi.

Największy problem z Chitwan to odpowiedni wybór sezonu. My byliśmy wiosną (początek kwietnia) i wówczas przejrzystość powietrza jest nienajlepsza. Robi się parno, unosi się mgła. Ale plusem jest to, że roślinność jest jeszcze mało bujna, a trawa stosunkowo niska. Potem poprawia się przejrzystość, ale znowuż w gęstwinie jeszcze trudniej wypatrzyć zwierzęta. Jeśli chodzi o temperatury, to od października do marca nie przekraczają one 30 stopni, potem mogą być nawet o 15 stopni wyższe, zaś od lipca trwa tu sezon monsunowy. Jesień i wiosna są prawdopodobnie najlepszym okresem do zwiedzenia parku.

- Na zwiedzanie Chitwan warto mieć przynajmniej jeden cały dzień, czyli dwa noclegi.
- Jeśli planujesz zwiedzać okolicę, zajrzyj też do polecanych wycieczek na tutaj. Można upolować tam fajne promocje.
- Podróż po okolicy może być wygodniejsza samochodem, dostępne auta w okolicy znajdziesz tutaj.
- Cześć odsyłaczy do linki afiliacyjne. Nic Was to nie kosztuje, a nam pomaga utrzymać blog. Podobnie jak symboliczna kawa. Dziękujemy za każde wsparcie.
- Jeśli ten wpis okazał się pomocny czy inspirujący, będzie nam miło jeśli zostaniesz z nami na dłużej:
- możesz obserwować nas Facebooku (i innych mediach), lub udostępnić go
- albo zapisać się na nasz newsletter, by nie przeoczyć kolejnych wpisów.
| Nepal | ||
| PN Chitwan | Katmandu |





