Do Nepalu najczęściej jedzie się dla przyrody i gór. Himalaje to nie tylko Mount Everest, ale to także dużo szlaków położonych zdecydowanie niżej i dużo bardziej dostępnych dla niekoniecznie zasobnych turystów. Jednym z takich typowych kierunków jest trekking na Poon Hill w rejonie Annapurny. Ma on kilka zalet, jest stosunkowo krótki, w miarę łatwy, no i daje możliwość obcowania z przyrodą. Mówiąc wprost: jest idealny na pierwszy raz, gdyż pozwala sprawdzić swoje możliwości i oswoić się z tego typu wyzwaniem.

Co warto zobaczyć w okolicy Poon Hill?
Trekking przy Poon Hill: Informacje podstawowe
Trekkingi w Nepalu
My wiedzieliśmy, że jadąc do Nepalu, kilkudniowy trekking to coś, czego nie możemy sobie odpuścić (krótsze w Himalajach też robiliśmy choćby przy Przełęczy Dochula). Oczywiście najbardziej znany jest szlak do Everest Base Camp, ale takim drugim miejscem, skąd wyruszają ludzie na szlak jest Pokhara. Ta oferuje kilka opcji, jak Mansulu czy Annapurna. Często w tym drugim przypadku to trasa do Annapurna Base Camp (ABC), którą można zdobywać na kilka różnych sposobów. Albo bardziej bezpośrednio, albo właśnie robiąc więcej zygzaków, stąd te trekkingi różnią, się jeśli chodzi o ilość dni. W przypadku ABC często też dochodzi się do Poon Hill i stamtąd idzie dalej. Choć byliśmy bardzo zadowoleni z trekkingu i chętnie spróbowalibyśmy sił w dłuższym, niestety w naszym wypadku ograniczenia czasowe sprawiły, iż czterodniowa wyprawa na Poon Hill wydawała się być wręcz optymalna. No i idealna na początek.

Sezon trekkingowy w Nepalu właściwie dzieli się na dwa główne: wiosenny i jesienny. Szczyt sezonu wiosennego to marzec – maj. Plusem jest to, że powoli wszystko rozkwita, przede wszystkim kwitną tu rododendrony, temperatura też robi się przyjemna. Warto mieć coś cieplejszego na wieczór, ale w dzień nieraz chodzi się w krótkim rękawku. Minusem jest niestety widoczność, która jest trochę gorsza ze względu na narastającą wilgotność powietrza. My wybraliśmy się właśnie na Poon Hill wiosną i byliśmy bardzo zadowoleni. Alternatywą jest trekking jesienny, czyli głównie wrzesień – listopad. Wciąż jest w miarę ciepło, po sezonie deszczowym widoczność jest zdecydowanie lepsza, niebo jest zazwyczaj przeczyszczone. Ale już przyroda powoli szykuje się na jesień. Pozostałe okresy są zdecydowanie trudniejsze, stąd nie ma wówczas masowych trekkingów. Między czerwcem a wrześniem panuje tu pora deszczowa, więc chodzenie po szlakach jest dość trudne. Zaś zimą, nieraz trzeba przebijać się przez śnieg. Dodajmy też, że schroniska tu nie mają ogrzewania, więc znów jest to okres jedynie dla osób zaprawionych w bojach.

Samodzielna organizacja trekkingu
Trekking w Himalajach można zorganizować w całości samodzielnie. Wówczas trzeba załatwić najpierw wejściówki do parków, te da się zdobyć w Tourist Office w Katmandu. Trzeba brać pod uwagę, że w Nepalu wszystko trochę trwa, tu nikt się nie śpieszy, więc najlepiej zorganizować to parę dni wcześniej, przed trekkingiem. Jeśli chcemy jednak wejść na szczyt powyżej 6000 metrów (to nie dotyczy Poon Hill), to te są wydawane przez Nepal Mountaineering Assocciation, a tam obsługują jedynie agencje. W przypadku Poon Hill trzeba załatwić dwa permity. Pierwszy to karta TIMS (Trekkers’ Infromation Managment System), na ich temat można poczytać tutaj. Dotyczą one większości tras w Nepalu. Dodatkowo trzeba mieć glejt wejściowy na teren Annapurny – ACAP (Annapurna Conservation Area Project), którego szczegóły można poznać tutaj. On pozwala wejść zarówno na ABC jak i na Poon Hill. Obie wejściówki należy mieć ze sobą cały czas, gdyż służą tak do rejestracji, jak i kontroli.

Druga rzecz to szukanie tragarza i przewodnika. Nie są konieczni, przy samodzielnej organizacji można to pominąć, acz zwłaszcza tragarz jest tu naprawdę pomocny, bo nie trzeba wszystkiego dźwigać. Przewodników/tragarzy można też szukać z polecenia, nawet w hotelach zazwyczaj mają kogoś, ale znów najlepiej zrobić to wcześniej. Ostatnia rzecz to jedzenie i noclegi na szlaku. Tych można spokojnie szukać na miejscu.

Organizacja trekkingu przez agencję
Alternatywą są agencje, które organizują wszystko. Tu właściwie są oferowane dwa zestawy usług: albo agencja organizuje wejściówki, przewodnika, tragarza a także posiłki i noclegi (często bez napojów), albo dostajemy wejściówki, tragarza i przewodnika, a resztę ogarnia się samemu. Z tym nie ma problemów, bowiem schronisk jest tu naprawdę sporo. Tam też można zjeść. My zdecydowaliśmy się na pełną obsługę, cenowo nie ma w tym wielkiej różnicy, a przynajmniej w bardziej obleganych miejscach starali się zapewnić nocleg wcześniej. Jednocześnie to oni muszą uzupełnić i opłacić wszystkie dokumenty, stąd mogą prosić o dodatkowe dane, czy zdjęcia. My organizowaliśmy nasz trekking przez Great Adventure Treks. Dogadaliśmy się, że przelejmy większość przez Internet, natomiast standardowo chcieli tylko zaliczkę i rozliczenie gotówkowe w USD na miejscu.

Przebieg trekkingu na Poon Hill
Początek trekkingu na Poon Hill
Nasz trekking zaczęliśmy tak naprawdę dzień wcześniej, gdy w hotelu pojawił się przewodnik. Krótkie ustalenie szczegółów wieczorem. Jednocześnie dogadaliśmy się z hotelem, by przechowali resztę naszych bagaży. Na wędrówkę braliśmy tylko to, co naprawdę niezbędne w ciągu tych kilku dni. Odebrali nas rano, zapakowaliśmy się do vana razem z naszym przewodnikiem i tragarzem. Tragarz albo z angielska porter (używają też nazwy bearer) czasem jest nazywany tutaj mianem „szerpy”. Ale to nie do końca tak, Szerpowie to jeden z ludów Nepalu, grupa etniczna, która faktycznie zamieszkuje Himalaje i pomagała w wielu wyprawach, właśnie jako tragarze. Stąd mimo, że potocznie termin szerpa i tragarz w Himalajach turyści stosują wymiennie, ale to nie jest to samo. Nasz porter Szerpą nie był.

Pojechaliśmy do miejscowości Ulleri, po drodze był punkt kontrolny, gdzie sprawdzano nasze pozwolenia TIMS i APAC, których my tak naprawdę nie musieliśmy w ogóle oglądać. Ulleri znajduje się na wysokości około 1520 metrów nad poziomem morza. I tu zaczął się nasz właściwy trekking. Porter musiał wziąć na plecy wszystko, w naszym przypadku były tu pewne problemy z jego plecakiem, które dopiero rozwiązał w Ghorepani. Mimo wszystko my mogliśmy nieść dużo mniej rzeczy i spokojnie cieszyć się trekkingiem. Tragarz idzie własnym tempem i mówiąc wprost jest ono dość szybkie. Oni często się zbierają tam w kilkuosobowe grupki i prawie biegną do punktu docelowego, gdzie sobie odpoczywają. Więc koniecznie trzeba zabrać ze sobą wszystko, co jest niezbędne podczas trekkingu. Innymi słowy, nie należy dawać mu wody, czy tego typu rzeczy, bo je dopiero zobaczymy po przejściu.

Pierwsza trasa
Czas przejścia na pierwszy dzień był planowany na jakieś 6-7 godzin. Celem była miejscowość Ghorepani, która znajduje się pod Poon Hill, na wysokości 2880 metrów nad poziomem morza, czyli trzeba zrobić całkiem spore przewyższenie pierwszego dnia. Sama trasa jest przygotowana przez Nepalczyków. Czasem faktycznie jest ona leśna i przypominająca typową górską wędrówkę, wśród przyrody, ale te tereny są także zamieszkane. Więc idzie się przez wioski, wówczas to co nas czeka, to chodzenie po kamiennych schodach. Tych jest tu naprawdę sporo, trochę pomagają, ale z czasem mogą być bardziej wymagające.

Dodajmy, że Nepalczycy pomogli Norwegom zbudować fragment trasy na Preikestolen w tym stylu, tyle że tam to był tylko fragment. Tu takie schody to praktycznie każda wioska i dojście do niej. Więc wybierając się na chodzenie w Himalajach, warto pamiętać, że to często chodzenie po schodach. Choć powiedzmy sobie nie najgorsze, schody na Szczyt Adama na Sri Lance były bardziej wymagające, bo tam było zdecydowanie mniej przerw. Ale jednocześnie sumarycznie było 3381 stopni do pokonania (lub coś około tego, nie wiemy jak to policzyli).

Ten pierwszy dzień nie oferował zbyt wiele widoków wysokogórskich. Szliśmy raczej lasem. Sporo więc było rododendronów, także kwitnących i innej roślinności (wiosną można ich kwitnienie oglądać także blisko polskiej granicy w Kromlau). Zarówno drzew, jak i mchów, które zwisały z gałęzi. Do tego bydło, które pasie się tu samodzielnie. No i sporo wiosek. Zazwyczaj niewielkich i takie najczęściej się tu mija. Oprócz zwykłych domostw znajdują się w nich bary, czy schroniska (tu nazywane Tea house), gdzie można nocować. Czasem są też pojedyncze sklepy. Rzadziej mijaliśmy świątynie, za to w niektórych miejscach dało się zobaczyć sziwalingi (Śiwa Linga).

Ghorepani
Celem pierwszego dnia było Ghorepani (घोरेपानी, czasem pojawia się też zapis Ghodepani). To zdecydowanie największa miejscowość na szlaku. Przed wejściem ponownie sprawdzano wszystkie przepustki. Stąd rozchodzą się trasy na Poon Hill, ale też w kierunku ABC i innych miejsc. Tu jest naprawdę sporo nie tylko schronisk, ale wręcz większych hoteli. Co ważniejsze, są tu także ostatnie w miarę dobrze zaopatrzone sklepy. Więc jeśli okazuje się, że czegoś brakuje to jest to miejsce, gdzie można coś kupić. Widzieliśmy nawet sklep z lokalnym serem. O ile po drodze większość barów to raczej takie typowo schroniskowe, tu nawet była w miarę normalna restauracja, gdzie można było wybrać sporo różnych potraw. I to było jedyne miejsce na całym szlaku, gdzie dało się płacić kartą. W większości miejsc nie ma zasięgu telefonów, ani Internetu. Jeśli chodzi o jedzenie, to są tu zarówno opcje bardziej lokalne (ale niespecjalnie wyszukane), ale też sporo turystycznych. Prawie wszędzie jest dostępna odgrzewana z mrożonki pizza. I warto o tym pamiętać, w mniejszych miejscowościach głównie mają mrożonki.

Ghorepani ma całkiem długą historię. Nazwa znaczy tyle co „woda dla koni” albo „końska woda”. To było dobre miejsce postojowe. W teorii stąd można podziwiać szczyty wysokich gór, w praktyce było to ograniczone, nie tylko przez widoczność, o której wspominaliśmy, ale również z powodu dużej ilości budynków. To jest małe miasteczko. Więc jeśli już ktoś chce oglądać stąd góry, to warto wybrać jeden z tych guesthousów, które znajdują się w najwyższej części i mają punkty widokowe na dachach. Ogólnie nie ma tu za wiele do zobaczenia, jest niewielka stupa i to raczej wszystko.

Kolejna ciekawostka: nie zawsze jest tu prąd, ale bywa najczęściej wifi (poza Ghorepani to już nie jest takie oczywiste). Wspominaliśmy, że większość z teahousów nie jest też ogrzewana. Najczęściej piecyk, przy którym można się ogrzać, jest w głównej sali, zwykle połączonej z jadalnią. Tam ludzie siedzą i przy ogniu się dogrzewają. W pokojach już w nocy jest zimno. I tu jeszcze jedna uwaga: my mieliśmy noclegi w opcji z pościelą, ale też są oferowane tańsze, gdzie trzeba mieć ze sobą własny śpiwór lub wypożyczony przez agencję. Przewodnicy i porterzy śpią najczęściej w tym samym miejscu. Wieczorem słyszeliśmy imprezę.

Wejście na Poon Hill
Drugi dzień wędrówki to nocny atak szczytowy na Poon Hill. Poon Hill (lub Poonhill, albo Pun Hill albo Poon) ma 3210 metrów nad poziomem morza i tym razem była to droga dość mocno pod górę, by zobaczyć szczyt. Oryginalne góra ta nazywała się Lung Tung Danda, ale nazwę zmienił pochodzący z Indii były major Tek Bahadur Pun, by w ten sposób uczcić lud Pun, mieszkający na tym terenie. Miało to miejsce w drugiej połowie XX wieku, a okazało się dodatkowo, że nowa nazwa jest chwytliwa (bo łatwa do zapamiętania) dla zagranicznych turystów, więc tak zostało.

Wspominaliśmy, że Ghorepani było spore, ale dopiero rano dało się zobaczyć, ilu tam było turystów. Droga z Ghorepani na Poon Hill zajmuje około godziny, idzie się głównie w górę, oczywiście głównie po schodach. Niestety najczęściej szło się w jednej wielkiej kolejce, co trochę utrudnia wędrówkę. Na szczycie znajduje się miejsce, skąd można oglądać wchód słońca i podziwiać szczyty. Są to: Annapurna Południowa (7219 metrów), Annapurna I (8091 metrów), Manaslu (8163 metrów czy Dhaulagiri I (8167 metrów). W teorii to dobre miejsce na obserwowanie zapalania szczytów, ale akurat tego dnia rankiem było pochmurno. Mimo to widoki naprawdę przepiękne, no i dało się obserwować poranne loty do Mustangu na tle szczytów. Widzieliśmy tu również flagi modlitewne. Jeszcze przed świtem otworzono budkę, w której dało się kupić gorącą kawę. Tu też znajduje się wieża nadawcza, stąd taki dobry sygnał w okolicy.

Dodajmy, że samo wejście na Poon Hill jest dodatkowo płatne, niewiele. Trzeba opłacić to w gotówce na miejscu, u nas oczywiście robił to przewodnik. Po wszystkim trzeba było wrócić do Ghorepani, gdzie czekało nas śniadanie. A po krótkim odpoczynku wyruszyliśmy w dalszą drogę.

Szlak do Ghandruk
Kolejnego dnia mieliśmy dotrzeć do Ghandruk. Z Ghorepani szlaki się rozchodzą, jedni ruszają w kierunku ABC, więc dało się to zauważyć na trasie. Mijało się mniej ludzi, za to pojawiła się szansa na lepsze podziwianie natury. Jednocześnie rozpoczęliśmy proces schodzenia, bo Ghandruk znajduje się niżej, zaledwie na 1950 metrach. Nie oznacza to, że cały czas idzie się w dół, wręcz przeciwnie – szliśmy też pod górę. Najwyższy punkt (pomijając samo Poon Hill) to chyba Thapla Danda – 3165 metrów. Tu nam się bardzo podobało, bo ten szlak wiódł granią, bez drzew, więc widoki były niesamowite.

Mieliśmy szansę zobaczyć góry, ale też pasące się w oddali jaki, czasem jakieś konie, czy ptaki. Były też powiewające flagi. Potem wchodzi się w las i już takich widoków nie ma. Sporo też strumieni czy wodospadów do zobaczenia. Więc jeśli chodzi o samo chodzenie, to był to dla nas najciekawszy dzień. Ale też szlak był najdłuższy. Przeszliśmy w sumie 19 kilometrów (czyli jakąś ⅓ całej trasy). Była ona planowana na jakieś 8 godzin.

Samo dojście do Ghandruk to trasa przez wręcz niezliczoną ilość schodów. To mniejsza miejscowość od Ghorepani, acz wciąż stosunkowo duża. Oprócz tradycyjnych teahousów są tu także hotele, ale już jest problem ze sklepami. Mieszka tu grupa etniczna Gurung. Za to da się lepiej oglądać szczyty, szczególnie Machhapuchhare (6993 metrów nad poziomem morza), zwany Fishtail, czyli Rybi Ogon.

Trzeci dzień wędrówki
Rankiem udało się nam zobaczyć zapalanie szczytów na Rybim Ogonie. Po śniadaniu mieliśmy udać się w kierunku Tolki. Ta znajduje się na wysokości 1700 metrów, dystans powinniśmy zamknąć więc w ciągu 5-6 godzin. Nie jest oczywiście tak łatwo, że tylko się schodzi. Z Ghandruk schodzi się do przełęczy, a potem trzeba wspiąć się w górę. Mija się kolejne wioski i punkty widokowe. W końcu też były mosty wiszące, te tak kojarzone z Himalajami. Po drodze już widzieliśmy więcej zabudowań, owce, krowy, tarasy ryżowe. Te ostatnie są niewielkie, ciężko się tu ryż uprawia, ale dają radę. Czasem w oddali też gdzieś dało się dostrzec małpy.

Trasa jednak była zdecydowanie mniej wymagająca i spokojniejsza niż w dwóch poprzednich dniach, więc gdy dotarliśmy do Tolki, uzgodniliśmy z przewodnikiem, że pójdziemy dalej. Dotarliśmy do miejscowości Deurali, w której tak naprawdę były tylko trzy tea housy na krzyż i tyle. Zupełnie nic, poza widokami.

Czwarty i ostatni dzień trekkingu
Czwartego dnia mieliśmy więc skróconą trasę. Mieliśmy dotrzeć do miejscowości Kande, zatrzymując się w Australian Camp (2065 metrów), punkcie widokowym, w którym kiedyś swoją bazę mieli Australijczycy. Prawdę mówiąc tym razem z dojazdem do Pokhary miało się to zamknąć w ciągu 6 godzin, ale trekking trwał zdecydowanie krócej. Przyjemny, tego dnia widzieliśmy więcej ptactwa. Dotarliśmy do drogi, przewodnik musiał ogarnąć transport i wróciliśmy do hotelu w Pokharze, gdzie spokojnie można było wziąć ciepły prysznic i odświeżyć się po całym trekkingu.

Podsumowanie trekkingu na Poon Hill
Chodzenie po górach, nawet wyższych, to nie była dla nas nowość. We wcześniejszych latach byliśmy w Andach, na Condor Cocha w masywie Chimborazo, czy w Górach Tęczowych, to jednak czterodniowa górska wędrówka to było dla nas nowe przeżycie. Trochę się obawialiśmy, ale kondycyjnie byliśmy całkiem nieźle przygotowani. Poon Hill to przyjazny trekking, lekki, niezbyt wymagający i pozwalający przewodnikowi na skróty lub rozszerzenia, w zależności od kondycji uczestników. Prawdę mówiąc bez problemu dałoby się go ograniczyć do trzech dni, ale oni też nigdy nie wiedzą ani jaka będzie pogoda, ani na ile uczestnicy dadzą radę. Zarówno sposób oglądania tych gór, jak i piękno Himalajów bardzo nas urzekło. W ciągu czterech dni przeszliśmy jakieś 60 kilometrów w górach. To coś, co będziemy długo wspominać.

Informacje praktyczne
Jeszcze na koniec kilka uwag. Jak wspominaliśmy, noclegi najczęściej nie są ogrzewane, więc nawet wiosną w nocy robiło się dość chłodno. Z myciem też raczej będą problemy, nawet jak woda jest, to może być jej niewiele, no i najczęściej jest zwyczajnie lodowata. Nasza agencja zapewniała nam jedzenie, czyli śniadanie, lunch i obiad w ramach tego, co oferują lokalne teahousy (i też w jakiejś standardowej kwocie, czyli nie podwójne porcje). Dla nas to było zrozumiałe, więc jakieś dodatkowe rzeczy mogliśmy sobie dokupić samodzielnie. Znów standardowo nie było napoi wliczonych, nie licząc czegoś ciepłego do śniadania. Więc dobrym rozwiązaniem są tu tabletki do uzdatniania wodzy – takie Aquatabs, które bez problemu można było kupić w Pokharze ale i w Ghorepani. Wówczas można brać wodę z pomp, czy strumieni i uzdatnić ją.

Z rzeczy, które warto mieć ze sobą to czołówki (przydają się w czasie nocnego zdobywania Poon Hill, ale też jakby ktoś decydował się na ABC, czy inne miejsce, gdzie idzie się oglądać wschód słońca), kije trekkingowe, okulary przeciwsłoneczne, krem z filtrem, buty trekkingowe, ciepłe ubranie, jakieś słodycze, podstawową apteczkę i coś przeciwdeszczowego. Z ciekawostek, wchodząc na Poon Hill w liście zakazów był zakaz używania termosów. Dla nas to trochę niezrozumiałe, ale cóż. Agencja zapewniła nam licencjonowanego przewodnika oraz tragarza, który mógł od nas wziąć rzeczy do 20 kilogramów. Więc tam były jakieś zapasowe ubrania, buty, no i rzeczy potrzebne na kolejne dni. Oni też zapewniali nam ubezpieczenie, w tym ewakuację w razie sytuacji kryzysowej.

- My wybraliśmy się na czterodniowy trekking organizowany przez agencję.
- Jeśli planujesz zwiedzać okolicę, zajrzyj też do polecanych wycieczek na tutaj. Można upolować tam fajne promocje.
- Podróż po okolicy może być wygodniejsza samochodem, dostępne auta w okolicy znajdziesz tutaj.
- Cześć odsyłaczy do linki afiliacyjne. Nic Was to nie kosztuje, a nam pomaga utrzymać blog. Podobnie jak symboliczna kawa. Dziękujemy za każde wsparcie.
- Jeśli ten wpis okazał się pomocny czy inspirujący, będzie nam miło jeśli zostaniesz z nami na dłużej:
- możesz obserwować nas Facebooku (i innych mediach), lub udostępnić go
- albo zapisać się na nasz newsletter, by nie przeoczyć kolejnych wpisów.
| Nepal | ||
| Poon Hill | Trishuri |




