Archiwa tagu: zamek

Safi i Al-Dżadida, marokańskie wybrzeże

Na wybrzeżu oceanu atlantyckiego, między Agadirem a Casablanką znajdziemy wiele urokliwych i wartych do zatrzymania się miejsc. Jednym z nich jest bez wątpienia Al-Dżadida (El Jadida, dawniej Mazagan, arab. الجديدة), czyli kolejny zabytek na liście UNESCO. Innym malownicze miasteczko Safi.

Al-Dżadida
Al-Dżadida

Al-Dżadida

Najważniejszy punkt w Al-Dżadidzie to bez wątpienia pozostałości po dawnej, portugalskiej fortecy Mazagan. Dziś to miejsce zamieszkane przez lokalną ludność, która nie potrafi w żaden sposób go wykorzystać. Walory „wypoczynkowe” to przede wszystkim plaże. Przez to niestety zabytek niszczeje, bo nie ma zainteresowania nim, z wyjątkiem starej cysterny portugalskiej. Do niej zjeżdżają się turyści. Niestety, w ramadanie podczas naszej wizyty zamknięto ją dużo wcześniej niż wynikałoby to z informacji. Ale to już specyfika kraju. Pokazuje też niestety niską świadomość na temat zabytków innych kultur. W teorii co prawda znalazł się przewodnik, który sugerował, że może nas od tyłu wprowadzić na dach za jakieś pieniądze, ale przezornie nie korzystamy z takich propozycji. Zwłaszcza, gdy nie ma w pobliżu ani innych turystów, ani policji.

Forteca portugalska w Al-Dżadida
Forteca portugalska w Al-Dżadida

Zostało nam więc zwiedzenie fortecy lub tego, co z niej pozostało. Mury stoją dalej, w niektórych miejscach są też armaty, ale dużą część została zabudowana i przerobiona na mieszkania. Na dość krótki spacer wystarczy. Naprzeciwko murów zaś znajduje się tutejsza medyna. Zatłoczona i żyjąca. Warto dodać, że forteca jest uznawana za jeden z siedmiu cudów świata portugalskiego pochodzenia.

Forteca portugalska (Al-Dżadida)
Forteca portugalska (Al-Dżadida)
Forteca portugalska

Safi

Innym miejscem, również początkowo wzniesionym przez Portugalczyków jest Safi (arab. أسفي). Tu też początkowo wznieśli fortecę na wybrzeżu, na południe od Al-Dżadidy. Wpływy portugalskie nie zachowały się tu już tak dobrze. Został co prawda fragment zamku, ale on także jest przerobiony na część mieszkalną, nie jest w żaden sposób wykorzystany turystycznie. Krótkie przejście się po nim doskonale obrazuje skalę problemu. Dość ciekawa budowla, która dałoby się wykorzystać turystycznie, pełni rolę mieszkalną. Wisi tu schnące pranie, chodzą kury, ot uroki Maroka.

Safi
Safi
Safi
Safi

Safi słynie z wyrobów garncarskich. Czy są one tu najlepsze i najładniejsze, jak często piszą przewodniki? Tego nie potwierdzamy. Raczej standard marokański. Za to dość interesującym miejscem jest dzielnica garncarzy, wraz z wzgórzem, na którym zlokalizowano warsztaty. Znajduje się ona w samym centrum, więc łatwo tu dotrzeć. To właśnie jest siła legendy unikalności tych produktów, można zobaczyć jak powstają. To przyciąga zwiedzających. Normalnie jest tu zdecydowanie większy ruch, ale niestety w trakcie ramadanu, praktycznie zamarł. Sprzedawcy się wystawiają, ale tylko nieliczni rzemieślnicy pracują nad wyrobami ceramicznymi, miseczkami, talerzami, kubeczkami czy dzbanuszkami. Ci, którzy pracowali, nie wykonywali tych najbardziej widowiskowych prac, raczej gładzili bądź malowali swoje dzieła. W Safi znajduje się też muzeum ceramiki, ale przede wszystkim jest wiele sklepów. Niby lepiej niż w Al-Dżadidzie, ale to wciąż nie to Maroko, którego szukamy.

Kramy z garnkami w Safi
Kramy z garnkami w Safi

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak marokański
Safi i Al-Dżadida

Bratysława, stolica Słowacji, atrakcje i zwiedzanie

Jak już wiemy z Wiednia, James Bond był w Bratysławie tylko formalnie. W latach 80. Bratysława znajdowała się za żelazną kurtyną, ekipa filmowa nie mogła tu kręcić, więc słowacką stolicę udawały pewne części austriackiej. Pisanie o samej Bratysławie stanowi pewien problem, by potraktować ją sprawiedliwie. Miasto niestety jest niedofinansowane, w wielu miejscach zaniedbane i przede wszystkim zdewastowane przez komunizm. Trzeba jeszcze wielu lat i mnóstwa inwestycji, by Bratysława (słow. Bratislava lub dawniej Prešporok) rozkwitła. Może nie robi ona jakoś nieprzyjemnego wrażenia, ale przyjeżdżając tu prosto z Wiednia na pewno robi się jej szkodę.

Katedra św. Marcina (Bratysława)
Katedra św. Marcina (Bratysława)

Bratysława z Wiednia

W Bondzie Koskow był przemycany z Bratysławy do Wiednia.  Obie stolice są na tyle blisko siebie, że przemieszczanie się między nimi to kwestia maksymalnie półtorej godziny. A można to zrobić choćby samochodem, ale jeszcze lepszym pomysłem jest wodolot, który kursuje między jedną a drugą stolicą. Przywozi nas wprost do centrum Bratysławy pozwalając spojrzeć na nią z wody. Płynięcie trwałoby szybciej, gdyby nie śluzy, tam traci się najwięcej czasu.

Zamek bratysławski
Zamek bratysławski

Historia Bratysławy

W czasach rzymskich w tym miejscu wznosił się obóz wojskowy. Z tego okresu zostały pewne ruiny Gerulaty. Potem w średniowieczu wzniesiono gród obronny, w miejscu obecnego zamku Delvin. W X wieku w okolicach zamku bratysławskiego pojawiła się osada handlowa, będąca skrzyżowaniem szlaku bursztynowego i dunajskiego. Największy rozwój miasta wiąże się jednak z okresem węgierskim. Wówczas nosiło ono nazwę Pozsony lub Pressburg, w polsce zaś używano nazwy Pożoń. Od roku 1536 do 1783 była to stolica królestwa Węgier. Nie zawsze jedyna, w części tego okresu dzieliła tę rolę z Budą. Wraz z przeniesieniem stolicy do Budy (późniejszy Budapeszt), Bratysława straciła na znaczeniu, aż do I wojny światowej. Wówczas stała się stolicą Słowacji, a potem stolicą regionu w Czechosłowacji. Na nowo mogła się rozwinąć dopiero w 1993, wraz z nastaniem słowackiej niepodległości. Niestety czasy komunizmu, dość mocno naznaczyły to miasto, co widać do dziś.

Zamek w Bratysławie

Nad miastem góruje zamek bratysławski. Powstał w XIV i XV wieku, potem był też przebudowywany, by pełnić rolę fortecy. To jednocześnie muzeum narodowe. Wstęp jest wolny, jedynie trzeba wykupić zgodę na fotografowanie. Niestety sam zamek chyba jest kwintesencją Bratysławy. Ma kilka fajnych elementów, ciekawszych ekspozycji, ale wciąż czegoś mu brakuje. Jest tu wiele pustych miejsc. Z jednej strony mamy eksponaty i prezentacje o historii Słowacji, z drugiej wystawę o starożytności, z wykopaliskami z różnych części świata. Jednych i drugich jest na tyle mało, że właściwie odbiera się to jak przysłowiowe mydło i powidło.

Pałac prezydencki (Bratysława)
Pałac prezydencki (Bratysława). Powstał w 1760 jako Pałac Grassalkovicha, chorwackiego hrabiego.

Starówka Bratysławy

W podobny sposób wygląda też rynek i okolice. Z jednej strony jest w tych wąskich uliczkach coś malowniczego, nawet pomimo widocznego zaniedbania. Z drugiej widać tam dokładnie, że Bratysława mogłaby lśnić dużo większym blaskiem. No i trzeci problem to plomby powstałe w czasach komunistycznych. I tu znów mamy przykład miszmaszu, bo jedne są koszmarne i pozbawione smaku, szpecą okolice, inne są dość intrygującymi konstrukcjami (niekoniecznie ładnymi). W tym most z tarasem widokowym przypominającym trochę spodek UFO. Tak samo jest chodząc choćby po rynku, gdzie znajdziemy część z mnóstwem knajp, odnowioną dla turystów, ale wystarczy odejść trochę w bok i nagle czar pryska. Zwiedzając stolicę Słowacji trzeba się zwyczajnie na to nastawić.

Teatr narodowy (Bratysława)
Teatr narodowy w Bratysławie

Dość ciekawą sprawą charakterystyczną dla miasta są tutejsze rzeźby przedstawiające ludzi. Oczywiście najbardziej znany jest Čumil, ale warto też zwrócić uwagę na Napoleona. Wiele wycieczek ma na swoim szlaku właśnie te rzeźby. Natomiast jak wspominaliśmy, knajp jest tu stosunkowo dużo i to właśnie one obecnie nadają charakter temu miejscu. Dzięki nim miasto żyje.

Prokuratura
Prokuratura

Bratysława: Kościoły

W samym centrum i okolicach jest kilka punktów charakterystycznych. Oczywiście jest Katedra Św. Marcina, choć prawdę mówiąc nie robi ona jakiegoś specjalnego wrażenia. Dużo bardziej nietypowy jest Niebieski Kościółek, przykuwający wzrok zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz. Można też podejść pod pałac prezydencki, no i bramę Michalską (jest to ostatnia ocalała wieża w murach obronnych). Jest jeszcze pałac prymasowski, ze słynną Salą Lustrzaną. Stanowi on chyba jedną z najciekawszych atrakcji Bratysławy, przynajmniej wyróżnia się.

Błękitny kościół
Niebieski kościół

Zamek Devin i Bratysława w kinie

A jak zostanie czasu, to jest jeszcze jeden zamek. Devin, tyle, że on już znajduje się poza centrum, więc to trochę dłuższa wyprawa. W dodatku ostały się zaledwie ruiny. Devin pojawił się w filmie „Kull zdobywca”, czyli próbie zrobienia Conana bez Conana, acz wciąż luźno bazującej na prozie Roberta E. Howarda. Z głośnych filmów, które powstawały w Bratysławie warto wymienić trzy. Dwa pierwsze powstały w tutejszym studiu – to „Ostatni smok” z Seanem Connerym i „Za linią wrogą” z Genem Hackmanem. Trzeci to „Peacemaker” z Georgem Clooneyem i Nicole Kidman. Tam możemy zobaczyć więcej Bratysławy, w tym wspomniany pałac prymasowski.

Zamek Devin (Bratysława)
Zamek Devin

Przy moście nad Dunajem znajduje się łatwa do zauważenia kawiarnia w kształcie dysku. W „Podróżach Pana Kleksa” zagrała Centrum Dowodzenia Siłami Kosmicznymi.

Nowsza część Bratysławy
Nowsza część Bratysławy

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak słowacki
Bratysława

Malaga, hiszpański kurort o długiej historii

Malaga to dość popularne miejsce wypoczynkowe w Hiszpanii. Raz ze względu na plaże. Dwa, co chyba ważniejsze, lotnisko, na które regularnie latają tanie linie z największych miast Polski. To sprawia, że bardzo wielu turystów z naszego kraju właśnie tu się kieruje. Bo jeśli ktoś chce plaże i odpoczynek,  wszystko to znajdzie na miejscu. Ale jednocześnie Malaga to idealne miejsce na bazę wypadową po Andaluzji. Myśmy właśnie tak ją potraktowali. Nocleg, samochód i zwiedzamy Hiszpanię. Zresztą w miasto oferuje kilka interesujących zabytków.

Malaga i morze wykorzystane w Bondzie
Malaga i morze wykorzystane w Bondzie. Arena do korridy.

Malaga i James Bond

Jednak to miasto znajduje się też na naszym szlaku filmowym, może nie na głównym, ale bez wątpienia wartym wspomnienia. Pojawiła się tu bowiem ekipa agenta Jej Królewskiej Mości, czyli Jamesa Bonda. A historia jest o tyle ciekawa, że film „Żyje się tylko dwa razy” (1967), jeszcze z Seanem Connerym, dzieje się w zupełnie innym zakątku świata, czyli Japonii. Jednak tam nie można było nakręcić wszystkich scen. Producenci nie dostali zgody na użycie helikopterów i tworzenie ujęć powietrznych w Kraju Kwitnącej Wiśni. Trzeba było się posiłkować innym miejscem. Padło na Malagę, a dokładniej okoliczne wzniesienia i linię brzegową nieopodal Torremolinos. To one udają Japonię. Dziś dość trudno znaleźć dokładne miejsca wykorzystane filmie, zwłaszcza z dołu poziomu pieszego, ale mimo to warto o tym pamiętać. Tu kręcono Bonda, najdłużej istniejącą filmową serią w zachodniej kinematografii,

Zamek
Zamek, Alkazar

Malaga dziś

Oczywiście jest tu też kilka miejsc do zobaczenia. Jest katedra, jest zamek, czyli taki hiszpański standard. Zamek jest o tyle interesujący, że wspinając się na niego, widać panoramę wybrzeża. Można też się przejść do areny walk byków, zwłaszcza, że jest otwarta i można przyjrzeć się jak jest zbudowana. Są też ruiny rzymskie. No i jest też plaża (w końcu to Costa Del Sol) oraz przede wszystkim w okolicy zlokalizowano mnóstwo różnych parków rozrywki i innych podobnych atrakcji dla dzieci. Są to choćby delfinarium, zoo (biopark) czy zamek – Castillo de Colomares.

Ogólnie w Maladze jest dużo turystów, wiele knajpek na mieście, także takich, w których można obejrzeć flamenco. Malaga to spore miasto, które tętni życiem, tak ze względu na przemysł (głównie stoczniowy i portowy), jak również środowisko akademickie.

Malaga: Historia, czyli od Fenicjan i Rzymu do Maurów

To jedno z najstarszych miast Europy. Fenicjanie z Tyr wpierw założyli tu Kadyks, potem inne miasta, w tym właśnie Malagę (koło roku 770 przed naszą erą). Nosiła wówczas nazwę Malaka (lub Málaka w grece), co znaczyło prawdopodobnie sól. Dzieje miasta są podobne do reszty regionu. Fenicjan zastąpili Grecy, potem tereny zajęła Kartagina i Rzym (Malacitanum). To właśnie z czasów rzymskich pochodzą najstarsze zabytki w mieście. Nie ma ich zbyt wiele, ale ostał się niewielki amfiteatr rzymski z czasów Okatwiana Augusta. Ten czas to duży rozwój miasta, bowiem prowadził przez nie szlak od Kadyksu przez Barcelonę aż do Rzymu.

Po Rzymie miastem rządziło Bizancjum, Wizygoci, aż w końcu Malaga wpadła w ręce muzułmanów. To z ich czasów pochodzą najstarsze elementy zamku. Zbudowano wszystko od nowa, niszcząc pozostałości fenickich i rzymskich fortyfikacji. Alcazaba była potem oczywiście modyfikowana i rozbudowywana. Pod koniec ich rządów wzniesiono obok zamek Gibralfaro (Castillo de Gibralfar). Oba połączono wspólnym murem i dziś stanowią jeden kompleks. Tu też znajduje się muzeum archeologiczne, innymi słowy większość najważniejszych zabytków Malagi.

Amfiteatr
Amfiteatr

Katedra w Maladze

Po Maurach nastał czas hiszpański (też podzielony na mniejsze ksiąstewka i królestwa), ale przede wszystkim związany z rozwojem chrześcijaństwa. Symbolem miasta z tych czasów jest Katedra Najświętszej Marii Panny (Catedral Nuestra Senora de la Encarnacion). Budowano ją ponad 250 lat (od 1528 do 1782) w obrębie murów po Maurach. Nigdy nie skończono budować drugiej wieży. Zaś pierwsza była przez lata jednym z najwyższych budynków Andaluzji, ustępowała tylko wieży w Sewilli. Bywa czasem nazywana jedoręką, czyli La Manquita. Kościołów do zwiedzania w Maladze jest oczywiście sporo więcej.

Słynni mieszkańcy Malagi

Jak ktoś ma więcej czasu, to może zajrzeć do muzeum Pabla Picassa. Tu znajdował się też jego dom. Formalnie to Muzeum Sztuk Pięknych, ale głównie koncentruje się na dziełach mistrza. Z innych atrakcji warto też wspomnieć o targu, czyli Mercado Central de Atarazanas, ogrodach, czy promenadzie blisko plaży.

Na koniec jeszcze jedna filmowa ciekawostka. W Maladze urodził się jeden z bardziej znanych hiszpańskich aktorów, Antonio Banderas. Pamiętamy go z „Desperado”, „Filadelfii”, „Maski Zorro”, „Trzynastego wojownika”, „Małych agentów”, „Fridy” czy trzeciej części „Niezniszczalnych”.

Malaga to też centrum kulturalne
Malaga to też centrum kulturalne, nie tylko związane z Piccassem

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak hiszpański
Malaga

Jordania relacja i podsumowanie

Gdy zastanawialiśmy się nad Jordanią, to pierwsze, co do głowy przychodziło to Petra. Nic dziwnego, ani odkrywczego. „Indiana Jones” zrobił swoje, decyzja zapadła, pozostało tylko ustalić szczegóły, no i doczytać na temat kraju. Szybko dni przewidziane na Jordanię się rozrosły, a plan zapełnił.

Madaba
Madaba

Jordania objazd: Wylot

Polecieliśmy z Warszawy linią Aegean z przesiadką w Atenach i wylądowaliśmy na lotnisku królowej Alii w Ammanie. Choć doskonale wiedzieliśmy, że nie ma to nic wspólnego z „Diuną” to jednak Alia od noża jakoś bardzo nam się kojarzyła z tym miejscem, choć obecnie może to być różnie odebrane, zwłaszcza ten nóż. W każdym razie lotnisko wyglądało normalnie, na przyzwoitym poziomie. Odebraliśmy samochód i ruszyliśmy do hotelu w Madabie. Raz, był bliżej niż stolica, dwa: była noc, trzy: nie zamierzaliśmy przebijać się niepotrzebnie przez Amman samochodem. Na początek lepiej mimo wszystko pojeździć mniejszymi drogami. Co prawda już na lotnisku i przy wynajmowaniu samochodu spotkała nas przykra niespodzianka z nieczytaniem kart VISA, ale takie są prawa zwiedzania. Dobrze, że drugą jakoś udało się odczytać, no i że był zapas gotówki. Wymiany dokonaliśmy już na lotnisku.

Bezdroża
Bezdroża

Jak łatwo zgadnąć, w hotelu od razu poszliśmy spać. Nawet sprawy meldunkowe przenieśliśmy na rano.

Jordania relacja: Dzień 1

Po śniadaniu pierwsze kroki skierowaliśmy do pobliskich sklepów. Nie po to, by kupować pamiątki, ale przede wszystkim wodę i jakieś suche przekąski. Szybko jednak okazało się, że z kartą VISA będą problemy, więc musieliśmy inaczej zorganizować wydatki. Potem zwiedzaliśmy Madabę, na tyle na ile jest do zwiedzania, czyli głównie kościoły i mozaiki. Przyjemne i intrygujące, zwłaszcza jak się popatrzy na historię, ale szału nie ma. Bardziej nawet chodziło o rozpoznanie terenu, ludzi i relacji tu panujących. Krajów islamskich już trochę widzieliśmy, właściwie każdy jest inny. Na pozór są bardzo podobne, zwłaszcza jeśli chodzi o czystość, ale już sprzedawcy nie są tak natrętni jak choćby w Egipcie. Wręcz przeciwnie, ludzie są tu dość dobrze nastawieni do turystów, przyjaźni i pomocni. Wielu nas witało słowami „Welcome to Jordan”. Wielu chętnie rozmawiało i cieszyło się z wizyt turystycznych. Tak było nie tylko w Madabie, ale w większości kraju. Może mniej w Ammanie, bo tam jest więcej ludzi, ale Jordańczycy naprawdę są bardzo pozytywnie nastawieni do obcokrajowców. Aż przyjemnie się ten kraj zwiedza. Zwłaszcza, że jak trzeba to są bezinteresownie pomocni.

Morze Martwe od strony jordańskiej
Morze Martwe od strony jordańskiej

Po południu zaczęliśmy jeździć samochodem. Pierwszy przystanek to góra Nebo. Później jeszcze próby zaliczenia Wadi Mujib, Morza Martwego i Betanii nad Jordanem, ale wszystko na spokojnie. Dopiero się rozkręcamy. Mieliśmy mały problem ze znalezieniem stacji benzynowej, bo przy Morzu Martwym jest ich jak na lekarstwo (w innych częściach kraju nie ma takiego problemu), ale na oparach udało się wjechać na stację. Po drodze też mieliśmy kilka kontroli wojskowych. Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni, że odwiedziliśmy ich kraj.

Góra Nebo
Widok z góry Nebo
Jordan
Jordan

Jordania relacja: Dzień 2

Po śniadaniu jedziemy do Dżaraszu. Przejeżdżamy przez Amman i jego korki, a także wspaniałe oznaczenia drogowe. Przede wszystkim te dotyczące objazdów, które akurat w przeciwieństwie do większości innych nie zawsze są po angielsku. Da się przeżyć. Docieramy na miejsce i okazuje się, że nie ma tu prawie żadnych ludzi. Pustki. Chwila grozy, czy aby na pewno nie popełniliśmy jakiegoś błędu. Ale nie, to właściwie miejsce. Dżarasz okazuje się być perełką, o której mało kto wie, a robi olbrzymie wrażenie.  Hasające tam jaszczurki dopełniają naszego zadowolenia. Potem wracamy, znów przez Amman, ale teraz jakoś łatwiej i udaje się nam dostać do Wadi Mujib, gdzie czeka nas kanioning. Dżarasz (czyli Gereza) to bez wątpienia miejsce, które cieszy umysł, Wadi Mujib bardziej ciało. Zabawa jest przednia, wymagająca, czasami nawet za bardzo, bo gdzieś tam kartoteka medyczna zostawia swoje piętno, lub jak mawiał Indiana Jones „to nie lata, to przebieg”, ale wracamy do hotelu (oczywiście jeszcze Madaba nocą) i szybko padamy po męczącym dniu. Już nam się podoba i to bardzo. A to dopiero początek.

Dżarasz
Dżarasz
Wadi Mujib
Wadi Mujib

Jordania relacja: Dzień 3

Tym razem jedziemy na wschód. Docieramy do ronda, które ma rozwidlenia do przejść granicznych z Arabią Saudyjską, Irakiem i Syrią (akurat to było odległe). Ale to nie rondo było celem, a park narodowy Shawmari i oryksy arabskie. Oznaczenia niestety fatalne. Turystów brak. Jak się okazuje park jednak jest nieczynny, gdyż trwa renowacja. Rozczarowanie jest, ale co poradzić. Stron nie aktualizują, a że mało osób tu jeździ, to informacji praktycznie nie ma. Na szczęście jest plan B. Lądujemy zatem w innym, pobliskim rezerwacie – Azraq Wetland i to jest już ciekawostka spora, bo gdybyśmy nie wiedzieli, że to Jordania, pewnie byśmy nie uwierzyli. Jezioro, szuwary, ptaki, no i ślady bawołów wodnych, których jednak nie udało się wypatrzyć. Potem zostały jeszcze zamki pustynne, ale też bardziej na zasadzie są bo są. Jedne ciekawsze (w niektórych stacjonował T.E. Lawrence), inne mniej, wracamy do Madaby. Nie zawsze wszystko się udaje, ale grunt, że dalej się bawimy.

Azraq Wetland
Azraq Wetland
Umm Al-Rasas
Umm Al-Rasas

Jordania relacja: Dzień 4

Rankiem wyjazd, uzupełnienie zapasów i droga do Petry z przystankami. A tu istotne są trzy. Um El Ras, czyli kolejne mozaiki, z listy UNESCO i są po drodze, więc czemu nie? Potem zamek krzyżowców Karak, w porównaniu z pustynnymi jest ogromny, robi większe wrażenie, a przy tym jest starszy. No i kolejna perełka, na którą było zdecydowanie za mało czasu, czyli rezerwat Dana. Znów jest to miejsce, które gdybyśmy nie wiedzieli, że jest w Jordanii, raczej byśmy na to nie wpadli. Góry, drzewa, skały, w dodatku czysto, świeże powietrze, aż chciałby się tam przenocować (istnieje taka możliwość w obozie namiotowym, lecz czas trochę nas gonił). Ale trzeba jeszcze dotrzeć do Petry i tam się ulokować. Cóż jeśli kiedyś wrócimy do tego kraju, to Dana dostanie więcej niż przysłowiowe pięć minut.

Karak
Karak
Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Jordania relacja: Dzień 5

Kulminacja wyprawy, czyli Petra. Dla jednych to przereklamowane miejsce, dla innych wspaniałe. Chyba przeczytaliśmy więcej niepochlebnych opinii, więc spodziewaliśmy się czegoś gorszego. Rozczarowaliśmy się, ale obyśmy wszędzie mogli rozczarować się w ten sposób (pozytywnie). A Petra to cały dzień chodzenia, jak już się minie tę część turystyczną, to jest dużo lepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o samodzielne zwiedzanie. Po wszystkim jeszcze Petra nocą i kolejny udany dzień za nami. I choć to miejsce zwiedziliśmy dość dokładnie, to chciałoby się tu jeszcze kiedyś wrócić.

Monastyr w Petrze
Monastyr w Petrze

Jordania relacja: Dzień 6 i 7

Do Petry ściągnął nas Indiana Jones, do Wadi Rum właściwie „Marsjanin”. Choć to trochę uproszczenie, bo przecież kręcono tam też „Prometeusza”, no i byli producenci „Przebudzenia Mocy”. „Marsjanin” zaś wyszedł kilka tygodni przed podróżą, więc chyba nie zdążylibyśmy jej przemodelować na tyle, by trafić tu na dwa dni. Szczęśliwie zrobiliśmy to wcześniej. Dwa dni na pustyni pośród skał  z własnym kierowcą, samochodem i spaniem. Pustynia zaś nie byle jaka, miejscami czerwona niczym Mars, skalista i przepiękna. Spotykało się niewielkie grupki turystów, ale obszar Wadi Rum jest na tyle rozległy, że specjalnie to nie przeszkadza. Bardzo udana wycieczka. Z Petry jest tu blisko, ale potem musieliśmy wracać do Ammanu i oddać samochód, więc czekała nas jeszcze jazda autostradą, a potem taksówką.

Wadi Rum
Wadi Rum

Jordania objazd: Dzień 8, 9 i 10

Na Amman przeznaczyliśmy trochę za dużo dni. Ale i tak zrobiliśmy swoje kilometry. Pierwszy dzień to najstarsze zabytki: cytadela sięgająca jeszcze w czasy przedhelleńskie, rzymski amfiteatr, a także chodzenie po bazarach. Drugi dzień to jeszcze Muzeum Jordańskie, meczet i dalsze włóczenie się po mieście. Szczerze mówiąc z lepszym zaplanowaniem godzinowym i wspomaganiem się taksówkami dałoby się to wszystko zobaczyć w jeden dzień, a dodatkowy nocleg zrobić w Danie. Nie ma co gdybać. I tak byliśmy zadowoleni. Znów może szału nie ma, smog trochę przeszkadza (brud nie, bo to już stały element niektórych krajów), ale co zobaczyliśmy to nasze. Jeszcze załapaliśmy się na deszcz.

Ostatni dzień to wczesne wstawanie i na lotnisko.

Amman
Amman

Podsumowując, kolejny udany wyjazd. Udany, bo zobaczyliśmy to, co najbardziej chcieliśmy, nie rozczarowało nas. No i pozostał pewien niedosyt i to dokładnie taki jaki powinien, nie za duży i nie za mały. A czy jeszcze chcielibyśmy tam wrócić? Pewnie tak, ale szanse są raczej znikome, przynajmniej w najbliższej, określonej przyszłości. Za dużo innych ciekawych miejsc na świecie i za mało urlopu.

Amfiteatr Jordania
Amfiteatr w Ammanie, Jordania

Więcej informacji znajdziecie tutaj.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak jordański
Podsumowanie

Al-Karak, zamek Krzyżowców w Jordanii

Jedną z atrakcji Jordanii są zamki pustynne. Ale to nie jedyne zamki, które warto zobaczyć. Karak, Kerak albo Al-Karak (arab. الكرك), choć oczywiście oznaczenia na trasie są bardzo różne, to pozostałość po krzyżowcach, którzy bronili się tu przed Saladynem. Zresztą to on go zdobył. To dobre miejsce na krótką przerwę w drodze do Petry, także dlatego, że można tu zobaczyć zupełnie inną Jordanię. Bardziej europejską. Zamek ten jest bardzo podobny do tego, co się ostało u nas. Nic dziwnego, budowano go według tej samej szkoły. Jednocześnie, gdy porówna się go z budowlami rzymskimi czy nabatejskimi, dobrze obrazuje pewien regres cywilizacyjny, który tu nastąpił. I co tu dużo mówić, średniowieczny zamek krzyżowców to jeszcze budowla zaawansowana. Gdy porównamy go z niektórymi dużo późniejszymi, pustynnymi zamkami arabskimi, on wciąż sprawia wrażenie nie tylko potężniejszego, ale i stworzonego dzięki użyciu nowocześniejszej techniki.

Zamek Al-Karak (Jordania)
Zamek Al-Karak

Al-Karak zamek krzyżowców

Sama lokalizacja Karaku sprawia, że jest to miejsce bardzo ładne. Tak jak się patrzy na nie z dołu, gdy wznosi się ponad miastem, jak i gdy z spogląda się z murów na rozległą panoramę. Warto pamiętać, że zamek i miasto dziś mają tę samą nazwę.

Al-Karak
Al-Karak

W zamku formalnie nie ma przewodników, ale przynajmniej w okresie, w którym my tu byliśmy, nie ma też dużego zainteresowania turystów. Efekt jest taki, że przewodnicy chwytają się każdej okazji, dość natrętnie, niekoniecznie dają się łatwo przepędzić. Więc może warto dać takiemu JODa na odczepne. Nie jest to jednak tak natrętne jak w Fezie.

Al-Karak
Al-Karak

Dojazd do Karaku

Dojazd do zamku jest dość specyficzny, gdyż trzeba przejechać przez centrum miasta. Jak zwykle trzeba mieć  oczy otwarte i naokoło głowy. To chyba był jeden z trudniejszych kawałków do przejechania, ze względu na duży ruch, wąskie drogi, pieszych i zaparkowane auta. Za to jak wszędzie, tak przy zamku nawet gdy brakuje miejsc, można zaparkować gdzieś z boku.

Al-Karak i bezpieczeństwo

Tu trzeba przyznać, że jest to już ta część Jordanii, która zaczyna żyć na turystach. Było to odczuwalne choćby przy wspomnianym wcześniej przewodniku. Prawdę mówiąc większe zagrożenie stanowił tutaj dojazd i ruch drogowy. Jednak warto wspomnieć, że było to pierwsze typowo turystyczne miejsce w Jordanii, gdzie zorganizowano atak na turystów. Może nie był to duży zamach terrorystyczny, tylko strzelanina. Wydarzenie miało miejsce 18 grudnia 2016, w sumie zginęło 19 osób, w tym pięciu zamachowców. Do zamachu przyznało się Państwo Islamskie. Pomijając ten incydent, Jordania wciąż zostaje państwem wyjątkowo bezpiecznym dla turystów w całym regionie.

Panorama z murów zamku Al-Karak
Panorama z murów zamku Al-Karak

Ślady starszej historii

Istnieją hipotezy, że jeszcze przed Krzyżowcami znajdowała się tu inna twierdza. Badacze Pisma Świętego sugerują, iż to tu wznosiła się stolica Moabitów – Kir-Chareszet / Kir-Moab / Kir-Chares / Kir-Cheres (w różnych księgach). Potem w czasach rzymskich i bizantyjskich istniało tu miasto Characmoba.

Korytarze zamku
Korytarze zamku

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak jordański
Al-Karak