Archiwum kategorii: Natura

Hanami, kwitnące wiśnie sakura i Fukushima

Hanami to z japońskiego dosłownie oglądanie kwiatów. Tradycyjny zwyczaj najczęściej kojarzy się z oglądaniem ozdobnych kwiatów wiśni. Choć to popularna u nas roślina, w Japonii rośnie trochę inny gatunek: wiśnia piłkowana (Cerasus serrulata) zwana też wiśnią japońską bądź sakurą. Choć sakura tak naprawdę to tylko jedna z odmian wiśni, ale dziś terminu tego używa się wymiennie. Roślina ta wywarła olbrzymi wpływ na kulturę tego kraju, nie bez powodu nazywanego przecież Krajem Kwitnącej Wiśni.

Hanamiyama Park w Fukushimie
Hanamiyama Park w Fukushimie

Geneza Hanami

Zwyczaj hanami sięga okresu Nara (710-784). Początkowo był złożeniem dwóch rzeczy: religii, gdzie oddawano cześć bogom rezydujących w sakurach, oraz ceremonii dworskich wzorowanych na chińskich zwyczajach. Pierwotnie celebracja ograniczało się do dworu, z czasem przejął ją zwykły lud. Już w XV wieku był to zwyczaj narodowy. Do dziś tradycja hanami, czyli oglądania kwitnących wiśni jest bardzo żywa i pielęgnowana w Japonii. Co roku przyciąga wiele osób do parków, czy miejsc, gdzie kwitną sakury. Nie tylko turystów zza granicy, ale przede wszystkim samych Japończyków. Jest to na tyle ważne, że podawane są prognozy kwitnienia wiśni, zarówno w telewizji jak i Internecie (np. na www.japanguide.com). Już na kilka miesięcy przed można zobaczyć kiedy prawdopodobnie w danym roku w określonych miejscach Japonii będzie najlepszy okres na oglądanie wiśni. Prognozy są podobno bardzo akuratne, ale nigdy stuprocentowe.

Okolice Hanamiyama Park
Okolice Hanamiyama Park
Park Hanamiyama w Fukushimie
Park Hanamiyama w Fukushimie

Dodatkowo w części Japonii hanami zbiega się z rozpoczęciem roku szkolnego w niektórych prefekturach i roku podatkowego. Robi się z tego wielkie święto. Ale nie tylko wiśnie przyciągają uwagę Japończyków. W ogrodach do hanami są wyznaczone daty kiedy kwitną inne rośliny. Po wiśniach bardzo popularne są floksy i festiwale z nimi związane (choćby w okolicach krainy pięciu jezior). Przy tego typu imprezach warto wspomnieć o Momijigari czy też inaczej Kōyō, czyli japońskim oglądaniu jesiennych liści. Taka złota, japońska jesień. W każdym razie powoduje to, że Japonię można odkrywać praktycznie przez cały rok, bo ciągle jest na coś sezon. Swoją drogą Japończyków interesuje też kwitnienie tulipanów, ale te ogrody nie są tak rozbudowane i popularne jak Keukenhof.

Kwitnące wiśnie (i forsycje)
Kwitnące wiśnie (i forsycje)

Jak trafić w sezon na kwitnące wiśnie?

Wracając jednak do wiśni: szczyt sezonu w środkowej Japonii przypada na początek bądź pierwszą połowę kwietnia. Ale równie dobrze może to być marzec, wszystko zależy od pogody. Jeśli zależy nam na obejrzeniu kwitnienia trzeba dość dobrze sobie zaplanować plan B. Najczęściej bilety, hotele i inne sprawy załatwia się odpowiednio wcześnie, choć pogoda może zawsze sprawić pewne zawirowania. My byliśmy w Tokio w okresie, w którym zwykle jest sezon, tym razem prawie wszystko przekwitło (choć dwa miesiące wcześniej prognozy zapowiadały się dobrze). Odpada też południe, bo tam kwitnienie przebiega wcześniej, więc pojechaliśmy na północ.

Wiśnie Sakura
Wiśnie Sakura
Fukushima, kwitnąca sakura
Fukushima, kwitnąca sakura

Słynne ogrody do Hanami

W Japonii jest kilka miejsc, które słyną jako wyjątkowo dobre punkty obserwowania kwitnienia. Są to w Tokio: park Ueno, Shinjuku Gyoen, Chidorigafuchi, park Sumida, cmentarz Aoyama, Koishikawa Kōrakuen, Inokashira, w Jokohamie: park Kamon’yama, Sankeien, w Kioto: Maruyama, świątynia Heian, Arashiyama, Kamogawa, świątynia Daigoji, góra Orashi, w Osace: park wokół Mennicy Japońskiej, park przy zamku Osaka, w Nagoi: park Tsurumai oraz okolice góry Fudżi. To tylko te najbardziej znane, ale jest wiele innych. Jedno z nich to także okolice zamku Himeji – ogród Koko-en.

Drzewo wiśni w czasie kwitnienia
Drzewo wiśni w czasie kwitnienia

Fukushima i Hanami

Naszą alternatywą został Fukushima Hanamiyama Park, który leży nieopodal Fukushimy. Od razu dodamy – daleko od elektrowni jądrowej, która leży nad oceanem w prefekturze Fukushima, zaś miasto i ogród są w głębi wyspy. Swoją drogą warto dodać, że okolice elektrowni dziś to strefa zamknięta, ale podobnie jak w Czarnobylu tak i tu zaczynają pojawiać się alternatywne wycieczki. Ale tym razem koncentrowaliśmy się na sakurach.

W Parku Hanamiyama jest kilka tras do oglądania kwiatów
W Parku Hanamiyama jest kilka tras do oglądania kwiatów

Fukushima Hanamiyama Park

Hanamiyama Park rozpościera się na wzgórzach porośniętych przez setki drzew: wiśni, śliw, krzewów forsycji, róż, z polami porośniętymi kwiatami, na przykład intensywnie żółtym rzepakiem. Wstęp jest darmowy, zapłacić należy jedynie za autobus z dworca w Fukushimie, jeśli wybieramy się komunikacją zbiorową. Ta jest średnio zorganizowana. Przy dworcu znajdziemy przystanek, tam można bez problemu kupić bilet i dostać rozkład jazdy autobusów. Problemem jest to, że w okresie Hanami, nawet w tygodniu, mnóstwo ludzi jest zainteresowanych oglądaniem kwiatów, więc komunikacja nie daje rady. Trzeba czasem czekać na kolejny (lub jeszcze kolejny) autobus, by móc w ogóle do niego wejść.

Park Hanamiyama
Park Hanamiyama

Ogród to kilka wytyczonych tras, których przejście może zająć większą część dnia. Ze wzgórz roztacza się widok na miasto i pasmo górskie z wulkanicznym szczytem Azuma (1705 m n.p.m.) o kształcie stożka przypominającym Fuji, stąd przydomek „kofuji”.

W ogrodzie jest kilka różnych odmian sakury
W ogrodzie jest kilka różnych odmian sakury

Historia ogrodu Hanamiyama Park

Park Hanamiyama został otwarty dla publiczności w 1959 roku. Jego początki to lata 20. XX wieku, gdy rodzina Abe zajęła się komercyjną uprawą kwiatów na wzgórzu za Fukushimą. Spokojne życie zostało przerwane przez przystąpienie Japonii do II wojny światowej, kiedy męscy członkowie rodziny musieli służyć w armii. Kobiety pielęgnowały uprawy w oczekiwaniu na ich powrót. Gdy wrócili, wojenną traumę leczyli pośród kwiatów i kwitnących drzew. A tych wciąż przybywało, ogród się rozrastał. Rodzina zdecydowała o udostępnieniu parku dla zwiedzających w 1959 roku pod nazwą Hanamiyama Park, a dwadzieścia lat później wystawa fotograficzna rozsławiła to miejsce na cały kraj. Park został zamknięty w marcu 2011 roku na okres jednego roku po trzęsieniu ziemi i tsunami, które uszkodziło pobliską elektrownię atomową. Miał to być czas dla roślin, by mogły odżyć po katastrofie. Dziś jest to przepiękne miejsce.

Sakura
Sakura

Dla nas wycieczka do tego parku wiąże się z oglądaniem i podziwianiem kwiatów, spokojnym spacerem między roślinami (można wybrać kilka tras). Większość odwiedzających w parku to Azjaci (Japończycy, ale też turyści z Chin, Korei czy innych państw), przez to traci się trochę ducha podziwiania i obcowania z roślinami. Mnóstwo ludzi, trochę gwaru, ale jednocześnie tych parków jest więcej, więc nie ma tylu ludzi co np. w Keukenhof w szczycie. Japończycy zaś lubią spokój, dodatkowo klasyczne hanami wiąże się ze spożywaniem kulek ryżowych dango, piciem sake czy piwa. Wiśnie zaś stają się tylko pretekstem. Zresztą przy przystanku przy parku znalazło się kilka stoisk z różnym jedzeniem, piciem, czy lokalnymi wyrobami (w tym miodem z Fukushimy).

Hanami - typowy widok
Hanami – typowy widok

Japoński dzień dziecka

Wspominaliśmy o sezonowości imprez w Japonii. Hamani wchodzi w kolejne święto – Tango no sekku. Odbywa się ono 5 maja i dziś formalnie jest to Japoński Dzień Dziecka (Kodomo no hi). Tradycyjnie było to raczej święto chłopców, wywodzące się jeszcze z bardzo starych japońskich zwyczajów i chińskich naleciałości, magii liczb i zmian pór roku. Jedną z tradycji święta jest wieszanie flag Koi-nobori. Przypominają one trochę rękaw w kształcie karpia. Wiesza się je jeszcze w kwietniu w oczekiwaniu na święto, czasem, jak w Fukushimie potrafią nałożyć się z hanami.

Flaga Koi-nobori i tulipany
Flaga Koi-nobori i tulipany

Na koniec warto zdać sobie sprawę, że hanami to nie jest zwykłe oglądanie kwiatów, to święto radości, trochę przypominające nasze jarmarki czy festyny. A że sami Japończycy są raczej cisi, to może faktycznie wyglądać to jedynie na podziwianie kwiatów. Zaś ogrody jak wszystko w Japonii są idealnie skomponowane. Poczucie estetyki w tym kraju stoi naprawdę na wysokim poziomie.

Natomiast jeśli chodzi o ogrody, a także japońskie inspiracje roślinne, w tym bonsai czy ikebany to polecamy też wpis na blogu Trykowska Studio.

Kwitnąca sakura
Kwitnąca sakura

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Hanami / Fukushima Nikko
Share Button

Wąwóz Buller i najdłuższy most wiszący Nowej Zelandii

W Nowej Zelandii lubią wiszące mosty. Gdzie jest rzeka i wąwóz, tam pewnikiem będzie i wiszący most. Najdłuższy z nich znajduje się nad wąwozem Buller (Buller Gorge) i mierzy 110 metrów długości. Przejście przez niego to atrakcja płatna, ale na szczęście w pakiecie znajduje się nie tylko most. Sam wąwóz Buller jest jednak stosunkowo niewielki, choć uroczy.

Rzeka Buller
Rzeka Buller

Wąwóz Buller i gorączka złota

To kolejne miejsce z cyklu przystanków i krótkich spacerów po drodze gdzieś dalej. Jest ich na Wyspie Południowej trochę, zresztą nie tylko tam. Dużo czasu tu naprawdę nie potrzeba, choć oczywiście można spędzić tu prawie cały dzień. Jedyna istotna różnica w porównaniu do wielu innych miejsc tego typu, to prywatne przedsięwzięcie. Parkuje się za darmo, ale na tym koniec.

Most wiszący nad rzeką Buller
Most wiszący nad rzeką Buller

Okolica była w XIX wieku zajmowana przez poszukiwaczy złota, można w lesie zobaczyć pozostałości ich osadnictwa. Są tu choćby opuszczone domy poszukiwaczy. Ta historia gdzieś żyje. Jednak nie należy tego miejsca traktować jako muzeum, czy źródła wiedzy. Wtedy będziemy zawiedzeni. Owszem służy ono celom edukacyjnym, ale w trochę innym charakterze. Tu przyjeżdżają wycieczki szkolne, więc przeprowadza się tu lekcje historii w terenie. Dla dzieci ciekawsze niż siedzenie w szkolnych ławkach, ale na tym koniec. Sama nazwa rzeki i wąwozu upamiętnia Charlesa Bullera, brytyjskiego parlamentarzysty, który był też dyrektorem New Zealand Company, firmy, która wspierała kolonizację tych wysp.

Najdłuższy most wiszący w Nowej Zelandii
Najdłuższy most wiszący w Nowej Zelandii

Spacer przez las

Po przejściu przez most mamy ścieżkę przez las. To nam się bardzo podobało, ale faktycznie to las może nie jakich wiele, acz nie wyróżniający się zbytnio. Można podejść nad brzeg rzeki. Jeśli chodzi o widoki, to jest tu pięknie, zresztą jak w wielu miejscach Nowej Zelandii. Dalej zaś mamy pozostałości po poszukiwaczach. Jakieś pojedyncze domki, jakieś stare samochody. Trochę zużytego sprzętu. Nam oczywiście najbardziej podobał się spacer między drzewami, zwłaszcza, że to dobra przerwa od jazdy samochodem. No i jak w wielu podobnych miejscach, trasa taka w sam raz na około 30-45 minutowy spacer.

Ścieżka przez las
Ścieżka przez las

Jet-boatem po rzece Buller

Obiekt oferuje też dodatkowe atrakcje. Pierwsza z nich to jet-boat. Takich motorówek jest bardzo wiele w Nowej Zelandii, tu można przepłynąć się przez rzekę Buller. Tym razem nie skorzystaliśmy. Zresztą woda była dość spokojna, więc chyba lepiej znaleźć bardziej wymagającą trasę. My z tego typu łodzi skorzystaliśmy w Fiordland.

Rzeka Buller
Rzeka Buller

Najdłuższy most wiszący w Nowej Zelandii

Druga atrakcja to kolejka tyrolska obok wiszącego mostu. W ten sposób także da się pokonać rzekę. Oczywiście dodatkowo płatne.

Las nad rzeką Buller
Las nad rzeką Buller

Zdecydowanie najważniejszą atrakcją, tą która rozsławiła to miejsce, jest oczywiście wspomniany most. Przypomina trochę ten z filmu „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”, tyle że jest metalowy. No i ludzie mają trochę problemu z wymijaniem się. Gwoli przypomnienia, ten filmowy zbudowano na Sri Lance nieopodal Kandy.

Okolice wąwozu Buller
Okolice wąwozu Buller

Wąwóz Buller – dojazd

By dojechać do mostu i wąwozu trzeba z Nelson jechać drogą numer 6 na południe i szukać miejsca oznaczonego na Google jako Buller Gorge Swing Bridge za miejscowością Murchinson. Tam jest mały parking i wejście (płatne) na most.

Wąwóz Buller to kolejny z punktów, gdzie można się zatrzymać jadąc na południe, by odpocząć aktywnie od samochodu. Jednak pomimo najdłuższego mostu wiszącego, to miejsce nie wyróżnia się specjalnie od innych. Przyjemne, tylko tyle i aż tyle. Warto dodać, że dolna część wąwozu to miejsce jednego z nowozelandzkich maratonów.

Pozostałości po górnikach
Pozostałości po górnikach

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Wąwóz Buller Kaitoke – Rivendell
Share Button

Bastei i Saksońska Szwajcaria

Kiedyś była to jedna wielka „Szwajcaria na obczyźnie”. Dziś są dwie: Czeska Szwajcaria (przy niej opisywaliśmy też genezę nazwy), jak również Saksońska Szwajcaria  lub też Saska Szwajcaria (niem. Sächsische Schweiz) znajdująca się po niemieckiej stronie. W tej zaś takim najbardziej przykuwającym uwagę miejscem jest skalne miasto Bastei.

Most - Bastei
Most – Bastei
Most Bastei oblegany przez tłumy
Most Bastei oblegany przez tłumy

Skalne Miasto Bastei

Widzieliśmy różne skalne miasta. Jedne są wydrążone w skałach, inne to twory naturalne. Bastei to właściwie ruiny dawnego zamku zbudowanego między skałami, tuż nad brzegiem Łaby. Miejsce wyjątkowo malownicze, zaś skalny most nieraz pojawia się na wielu zdjęciach w folderach reklamujących tę część Niemiec. Zresztą bardzo słusznie, jest klimatyczny i malowniczo położony. Most pochodzi z końca XIX wieku i zastąpił on wcześniejszy, drewniany most. Obecny powstał ze względu na duże zainteresowanie turystów tym miejscem.

Bastei, w tle Lilienstein
Bastei, w tle Lilienstein

Bastei jest wyjątkowe. Tak wizualnie, jak i organizacyjnie. To Niemcy, nie należy spodziewać się wiele do chodzenia. Przyjeżdża się, można zostawić samochód na parkingu (ok. 1 km od samej twierdzy), ale jeśli dla kogoś to za daleko, to kursuje tu shuttle bus. Cała droga jest asfaltowa, idzie się po prostym, między drzewami. Żadnych trudności. Później przechodzi się przez część do odpoczynku. Tu można kupić jedzenie, picie, posiedzieć pod parasolkami. Ta część jest naprawdę spora. Właściwie większa niż samo Bastei. To chyba też najtrudniejszy do przejścia odcinek, głównie dlatego, że bywa tu tłoczono. Dopiero na koniec przechodzi się do właściwego mostu. Dalej droga jest prosta, żadnej wspinaczki.

Saksońska Szwajcaria
Saksońska Szwajcaria

Most i Zamek Neurathen

Most oczywiście jest przepiękny, podobnie jak całe to otoczenie. Ze słynnymi mostami jest tak, że wiele osób chce przez nie przejść, więc jest tam tłoczno, ale by je móc pooglądać we właściwy sposób, najlepiej pójść gdzieś na bok. W Bastei jest taka możliwość: idąc lasem po skarpie znajdziemy kilka doskonałych punktów obserwacyjnych. Potem zostaje skalny most i konieczność przedzierania się między ludźmi.

Bastei
Bastei

Ale dalej jest kolejna ciekawostka, zaczynają się przysłowiowe schody. Za mostem bowiem można zwiedzić kawałek ruin starej twierdzy – zamku Neurathen. Tu niestety teren jest nierówny (ale nie jakoś strasznie), w dodatku trzeba zapłacić dodatkowo za wejście. Efekt jest taki, że o ile na moście w słoneczny dzień jest mnóstwo ludzi, tu przy twierdzy jest bardzo luźno. Z naszej perspektywy to oczywiście plus, ale dość dobrze ukazuje tutejszą turystykę. Olbrzymia ilość ludzi w części z jedzeniem, dużo ludzi na moście, a dalej jest zdecydowanie luźniej.

Saksońska Szwajcaria
Saksońska Szwajcaria

Zamek powstał w XII wieku. Sama stara twierdza została wzbogacona o broń z epoki. Ostały się tu też fragmenty cysterny, ale jeśli ktoś szuka dobrze zachowanego zamku, to nie jest to miejsce dla niego. To raczej kolejny bardzo dobry punkt do obserwowania skalnego mostu i okolic. Blisko twierdzy można też rzucić okiem na dolinę Łaby, to także fenomenalny widok.

Ruiny zamku Neurathen
Ruiny zamku Neurathen
Trasa nad zamkiem
Trasa nad zamkiem

Park Narodowy Saksońska Szwajcaria

Podsumowując, most w Bastei jest zjawiskowo piękny, malowniczo położony i przyciąga tłumy zwiedzających. To miejsce idealne na stosunkowo krótki przystanek podczas większego wypadu do Saksonii (także weekendowego). Jednak jeśli miałby być głównym i jedynym celem, to można się trochę rozczarować. To wygląda jak na zdjęciach, tylko jest stosunkowo niewielkie. Sam Park Narodowy Saksońska Szwajcaria jest oczywiście dużo większy i można tam znaleźć inne ciekawe szlaki do trekingu po Górach Połabskich.

Widok na Łabę
Widok na Łabę

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak niemiecki
Bastei Königstein
Share Button

Park Narodowy Czeska Szwajcaria

Czeska Szwajcaria, już sama nazwa budzi zaciekawienie, zwłaszcza jak się dołoży do tego czeską Niagarę. O ile ta druga nazwa jest zabiegiem marketingowym, o tyle pierwsza to już ciekawsza historia. Wszystko zaczęło się od Drezna i rekonstrukcji tamtejszej Galerii. Od 1776 pracowało tam dwóch Szwajcarów, Anton Graff i Adrian Zingg. Piękno okolicy, w szczególności piaskowców znajdujących się nad Łabą sprawiło, że nazwali tamtejszy park „Szwajcarią na obczyźnie”. Obecnie park jest podzielony pomiędzy Niemcy (Saksońska Szwajcaria) i Czechy (Park Narodowy Czeska Szwajcaria), więc istnieją dwie nazwy. Zresztą cały ten obszar, między Sudetami a Rudawami jest bardzo ciekawy i zróżnicowany w formy geologiczne.

Park Narodowy Czeska Szwajcaria
Park Narodowy Czeska Szwajcaria

Czeska Szwajcaria i Narnia

Jednak to nie nazwa nas tu przyciągnęła, a Narnia. A dokładniej „Lew, czarownica i stara szafa” Andrew Adamsona z 2005 roku. Warto przypomnieć, że cześć zdjęć do tej adaptacji dzieła C.S. Lewisa kręcono też w Polsce. W Czeskiej Szwajcarii wykorzystano zaś zdecydowanie najbardziej znany i charakterystyczny fragment, czyli słynny łuk skalny. Brama Pravčicka (cz. Pravčická brána) pojawia się w filmie. Widzimy tam stojące dzieci, które oglądają okolice. Nikt nie wpuszczał tam młodych aktorów. Scenę faktycznie nakręcono w tym miejscu, ale ujęcia z dziećmi powstały w studiu na niebieskim ekranie. W kinie zobaczyliśmy już efekt specjalny.

Brama Pravčicka
Brama Pravčicka

Łuk jest zamknięty dla turystów. Nie można na niego wchodzić. To pomnik przyrody i coś, co przyciąga tu wielu odwiedzających. Z jednej strony boją się o bezpieczeństwo, z drugiej go konserwują. To że nie można na niego wejść, nie znaczy, że nie da się go obejrzeć. Wręcz przeciwnie, Czesi doskonale rozumieją, jak bardzo przyciąga on tu ciekawskich.

Sokole gniazdo
Sokole gniazdo

Pod bramą znajduje się dawny pałacyk, a obecnie restauracja Sokole Gniazdo (cz. Sokoli hnizdo). Tam kupuje się bilety, by wejść zarówno pod bramę, jak i na pobliską skałę, z której doskonale widać łuk. W sezonie wejście do Gniazda jest otwierane około godziny 10:00. Jak łatwo się domyśleć, szybko robią się tam kolejki i tłok.

Brama Pravčicka
Brama Pravčicka

Czeska Niagara

W tej samej części Parku Narodowego znajduje się trasa z tak zwaną czeską Niagarą. Wodospad trochę rozczarowuje, zwłaszcza, że jest uruchamiany przez człowieka. Trochę wody poleci z góry i tyle. Jest tam ukryta mała zapora, dzięki czemu w sezonie odwiedzający zawsze mogą zobaczyć działający wodospad. Za to mamy tu bardzo ciekawy szlak wąwozem nad wodą, który częściowo pokonujemy piechotą, a częściowo trzeba go przepłynąć łodziami. Płynie się z flisakiem, całą grupą i jest to część płatna.

Czeska Niagara
Czeska Niagara

Przede wszystkim jest to wspaniały teren do górskich, leśnych wędrówek. Co pewien czas warto się zatrzymać, by pooglądać skalny krajobraz. Trasa do wodospadu zaś wiedzie przez malowniczy, rzeczny wąwóz. Najbardziej znany fragment to Edmundova soutěska, czyli Wąwóz Edmunda, czy Soutěsky Kamenice, czyli Wąwóz Kamenice.

Szlak nad wodą
Szlak nad wodą
Kamienne ludki na szlaku
Kamienne ludki na szlaku

Park Narodowy: Dojazd i trasy

Park Narodowy Czeska Szwajcaria (cz. Národní park České Švýcarsko) został utworzony 1 stycznia 2000 roku. Poza ciekawymi formacjami skalnymi i drzewami, występują tu również zwierzęta, najłatwiej wypatrzeć ptaki. Przy dużym szczęści podobno można nawet natknąć się tu na rysia, choć łatwiej jest zobaczyć jelenia. Łatwiej niby o ptaki, jak kruk, puchacz, pluszcz czy sokół wędrowny, ale też raczej dalej od szlaków.

Czeska Szwajcaria
Czeska Szwajcaria
Tunel
Tunel

Bazą wypadową, z której warto zacząć spacer (w kierunku Bramy, a potem można wrócić kanionem) jest miejscowość Hřensko. Tam można spokojnie zostawić samochód (parking jest płatny) lub też wynająć nocleg. Samo wejście do parku jest darmowe, choć niektóre atrakcje są płatne (wstęp do Sokolego gniazda czy pływanie po rzece). Jedyne o czym trzeba pamiętać, to że im wcześniej przyjedziemy samochodem tym lepiej. W późniejszych godzinach czasem ciężko znaleźć miejsce do zaparkowania. Zaś jeśli mamy samochód, nocleg kilkanaście kilometrów dalej będzie tańszy i łatwiejszy do znalezienia, bo w sezonie przybywa tu naprawdę sporo ludzi.

Skały w Czeskiej Szwajcarii
Skały w Czeskiej Szwajcarii

Szlaków jest tu kilka. My pojechaliśmy do wsi Hřensko, tam zostawiliśmy samochód, czerwonym szlakiem udaliśmy się na Bramę, a potem do Mezni Louka. Tam zaś zielonym aż do rzeki Kamenice i wzdłuż niej żółtym do Hřenska. Na rzecze zaś był i wodospad i płynięcie łodzią. Na jeden dzień starcza, zwłaszcza jak trzeba wracać do domu. Wspinaczka w parku jest możliwa tylko w kilku wydzielonych miejscach. Mapa znajduje się także na stronie Parku, ale tylko w czeskiej wersji strony – zakładka Mapy.

Pływanie łodzią
Pływanie łodzią

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak czeski
PN Czeska Szwajcaria Skalne miasto
Szlak filmowy
PN Czeska Szwajcaria
Rivendell
Share Button

Yudanaka i śnieżne małpy z Parku Jigokudani

Podobnie jak wioska lisów, tak i śnieżne małpy kąpiące się w gorących źródłach raz na jakiś czas przewijają się w mediach. Do Jigokudani Monkey Park jedzie lub idzie się z miejscowości Yudanaka Onsen w prefekturze Nagano. Ta zaś poza małpami słynie z gorących źródeł.

Yudanaka
Yudanaka

Tradycyjny riokan, onsem i Yudanaka

Yudanaka Onsen to jedno z miast położonych przy Jigokudani, a także popularne miejsce wypoczynku przy gorących źródłach. Gorące wody wykorzystywane są w tradycyjnych onsenach, czyli japońskich łaźniach, gdzie najpierw należy dokładnie zmyć z siebie cały brud pod prysznicem, a potem nago wejść do basenu z gorącą wodą. Zasady panują trochę jak w saunach: obowiązuje nagość, cisza, zakaz robienia zdjęć, lepiej nie jeść i nie pić alkoholu przed kąpielą.

Ryokan w Yudanaka
Ryokan w Yudanaka

Wiele hoteli w Yudanace oferuje wewnętrzne i zewnętrzne onseny. Zwłaszcza jeśli jest to ryokan – dom gościnny w tradycyjnym stylu. Ryokan zaś to coś, czego w Japonii wypada choć raz spróbować. Zazwyczaj ich ceny są wysokie, regulowane przez prawo popytu i podaży. Ale też te miejsca są wyjątkowe. Zdecydowaliśmy się na Ryokan w Yudanace, by móc skorzystać właśnie dodatkowo z osenów, ale i bez nich to coś niesamowitego. Podłogi wyłożone tradycyjnymi matami tatami, których liczba służy jako jednostka powierzchni domu lub mieszkania (czyli ile tatami o standardowych wymiarach 90×180 cm mieści się w lokum). Pokój jest podzielony i odgrodzony shoji – przesuwnym ekranem wykonanym z drewnianych ramek, którego ażury wyklejone są papierem.

Śpi się na podłodze z bardzo twardą poduszką. Shoji wewnątrz naszego pokoju oddzielało część sypialną od przeznaczonej do picia herbaty matcha ze stolikiem tsuke. Nawet dostaliśmy kimona. Oczywiście po całym ryokanie należy chodzić w kapciach lub boso. Buty zostawia się przy wejściu do obiektu, a od właścicieli dostaje czyste kapcie. Z chęcią skorzystaliśmy z onsenu, który może nie wyglądał bardzo luksusowo, ale był tylko dla nas. Woda była bardzo, bardzo gorąca! Relaksujące, ale długo w niej nie wytrzymaliśmy.

Więcej o japońskim stylu, ryokanach i nie tylko przeczytacie na blogu Trykowska Studio.

W tle znajduje się pierwszy onsen opanowany przez małpy
W tle znajduje się pierwszy onsen opanowany przez małpy

Śnieżne małpy

Oprócz osenów Yunadaka słynie z rezerwatu małp – makaków japońskich, które zimą siedzą zanurzone w gorących wodach ze źródeł geotermalnych. Spotkaliśmy już makaka berberyjskiego w Maroku (Ouzoud) i na Gibraltarze, z wyglądu małpy te są dość podobne.

Makak japoński nad małpim onsenem
Makak japoński nad małpim onsenem

Jigokudani Snow Monkey Park to część Parku Narodowego Joshinetsu Kogen. Jigokudani znajduje się w północnej części prefektury Nagano w dolinie rzeki Yokoyu. Jego nazwa oznacza „piekielna dolina”, a to ze względu na liczne źródła geotermalne, gejzery i bąbelkujące stawy, a także nieprzyjazne warunki terenowe i klimatyczne. Ta otoczona stromymi ścianami dolina znajduje się na wysokości 850 m n.p.m. i tutaj to jest dość, by przez 4 miesiące w roku zalegał śnieg. Te warunki i demoniczna nazwa doliny nie odstrasza populacji makaków japońskich, które zresztą żyją na znacznym obszarze Japonii: z dużych wysp nie zajmują tylko Hokkaido.

Śnieżna małpa
Śnieżna małpa

Makaki japońskie bywają nazywane „śnieżnymi małpami” – co zresztą jest ujęte w nazwie parku. Swój przydomek zawdzięczają zwyczajowi przesiadywania zimą w basenach z gorącą wodą. Obsypane śniegiem, zrelaksowane w małpim onsenie, są wyjątkowo fotogeniczne, a ten obrazek jest znany na całym świecie. Ale to jest stosunkowo świeża historia. W lesie, w pobliżu źródeł geotermalnych zbudowano w drugiej połowie XIX wieku hotel, stojący po dziś dzień Korokukan Ryokan. Dla gości hotelowych wybudowano onsen, wykorzystujący naturalne źródło gorącej wody. Makaki szybko zwęszyły wygodne źródło ciepła (i pewnie pobliskie łatwe jedzenie), istotne dla ich przetrwania zimą. Po raz pierwszy wówczas zaobserwowano małpy pławiące się w gorącej wodzie. Nie dało się ich łatwo przepędzić, więc około 100 metrów dalej wybudowano dla nich sztuczny basen z gorącą wodą. Dziś małpy mają własny onsen, ale czasem odwiedzają stary ryokan.

Makak japoński
Makak japoński

Park Jigokudani

Makaki moczą się w gorącej wodzie tylko podczas zimowych dni, a najlepszy okres na zrobienie katalogowych fotek to styczeń – luty. W kwietniu małpy nie kąpią się w basenie, tylko piją z niego wodę. Ponieważ są one dokarmiane przez pracowników parku, ku uciesze turystów nadal trzymają się okolicy basenu, w całkiem sporej liczbie. Makaki całkowicie przywykły do odwiedzających ich tłumów i ani nie boją się ludzi, a nie są agresywne. Rzecz jasna nadal należny zachować ostrożność, małp nie wolno karmić, ani dotykać. Można naprawdę dużo czasu spędzić obserwując małpie figle (zwłaszcza w wykonaniu młodych małpek) i ich zachowania socjalne, jak choćby iskanie czy pierwszeństwo przy jedzeniu.

Makak japoński
Makak japoński

Nie spodziewaliśmy się tak wielu makaków, zwłaszcza że przed wejściem do parku widnieje informacja, że w razie nieobecności małp, koszt zakupu biletu wstępu nie jest zwracany.
Warto pamiętać o tym, by do parku wybrać się z samego rana, na samo otwarcie – godzinę później było tutaj już dość tłoczno i hałaśliwie, choć samym małpom zdawało się to nie przeszkadzać.

Małpa skacząca nad wodą
Małpa skacząca nad wodą

Z pewnością Jigokudani Park i małpy lepiej prezentują się zimą, ale wówczas nie mielibyśmy szans zobaczyć nigdzie kwitnących wiśni (może poza Okinawą). Japonia to kraj mocno rozciągnięty, o dużej różnicy wysokości, stąd by mieć pełny obraz jej piękna, trzeba by podróż powtórzyć zimą lub po prostu spędzić tutaj rok. No i choć w tym miejscu można by faktycznie zostać dłużej, by obserwować małpy, w praktyce nie ma wiele miejsc do chodzenia. Więc można zostać, póki jest jeszcze niewiele osób.

Makak japoński
Makak japoński

Dojazd

Dojazd może być trochę trudny. Tu znów jest przypadek podobny do wioski lisów, ale tym razem nie ma potrzeby korzystać z taksówki. Wpierw należy dojechać do Nagano. Tam albo skorzystać z autobusu, który podwozi nas pod park, albo pojechać koleją do Yudanaki. Tyle że warto pamiętać, iż jest to linia lokalna, na którą nie obowiązuje JR Pass. Z Yudanaki do parku jest sporo do przejścia lub przejechania i tu właśnie z pomocą przychodzą właściciele ryokanów (i pewnie hoteli), którzy często mają darmowy transfer. Dla nas to było idealne rozwiązanie, bo mogliśmy wieczorem dotrzeć do Yunadaki, zostawić rzeczy w ryokanie, zjeść coś, zrobić mały spacer. Rano zaś zawieziono nas do parku przed natłokiem turystów, a następnie o umówionej godzinie odebrano i odwieziono na dworzec.

Małpy nad onsenem
Małpy nad onsenem

Z parkingu się trochę idzie do samego parku, ale to spokojny, niewymagający i przyjemny spacer po lesie. Potem dochodzi się do małpiego parku, kupuje bilet i właściwie zaraz dochodzi do osenu makaków. Otwarcie i ceny można sprawdzić na stronie parku, są tam też aktualne kamery.

Zwiedzanie parku
Zwiedzanie parku

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Yudanaka
Share Button

Skellig Michael, czyli Ahch-To z „Gwiezdnych Wojen”

Wyspy Skellig (Ir. Na Scealaga), dawniej znane jako the Skellocks, to dwie skaliste wysepki położone 13 kilometrów na zachód od Portmagee. Są objęte ochroną prawną jako ważne siedlisko ptaków i obszar z listy światowego dziedzictwa UNESCO. Nas w te okolice ściągnęła większa wyspa – zwanaSkellig Michael, która grała planetę w Ahch-To w „Gwiezdnych Wojnach”. To tutaj Rey odnalazła Luke’a Skywalkera.

Mały Skellig
Mały Skellig

Rejs na wyspy Skellig

Spośród dwóch wysp Skellig lądować można jedynie na większej, ale nie jest to takie łatwe. To także rezerwat ptactwa, więc ilość osób odwiedzających dziennie to miejsce jest reglamentowana (większość źródeł podaje, że do 150 osób, choć pewne sugerują 180 dziennie, praktyka jak zauważyliśmy bywa różna). Problemem jest jednak kapryśna pogoda, która sprawia, że nie zawsze można na tę wyspę dopłynąć, nie mówiąc już o jej zwiedzaniu. Rejsy są organizowane od maja do września. Nawet jeśli wykupi się je wcześniej, niestety nie ma gwarancji, że w danym dniu pogoda pozwoli na jego realizację.

Głuptaki nad Little Skellig
Głuptaki nad Little Skellig

W teorii na miejscu mogą pomóc zorganizować w inne dni, ale tylko w miarę możliwości. Tych w sezonie najczęściej nie ma. Być może właśnie te 30 osób to taka tolerancja, jeśli czasem uda coś się przełożyć. Warto mimo wszystko pilnować swoich ustaleń i potwierdzeń, bo reglamentacja jest pilnowana, a pokusa małych machlojek niestety nie jest obca Irlandczykom. Wycieczkę na Skellig należy zamówić najlepiej kilka miesięcy przed przyjazdem. W każdym razie UNESCO nalega na to, by ta reglamentacja została jeszcze bardziej ograniczona.

Mały Skellig
Mały Skellig

Mały Skellig i głuptaki

Rejs na Skellig Michael trwa około godziny. Wcześniej przepływa się obok mniejszej wyspy, Little Skellig (Ir. Sceilig Bheag). Jest ona zamknięta dla zwiedzających z powodu jej znaczenia dla populacji głuptaka zwyczajnego (Morus bassanus). Ten mierzący niecałe 150 metrów długości skalny okruch jest miejscem lęgowym dla około 30 tysięcy par tych ptaków, co czyni Little Skellig największym irlandzkim siedliskiem głuptaka. Przy wyspie zatrzymaliśmy się na trochę, by podziwiać głuptaki, a także foki. Przy odrobinie szczęścia można tu także czasem dostrzec delfiny.

Maskonur na Skellig Michael
Maskonur na Skellig Michael

Tych ptaków jest tu naprawdę sporo. Krążące nad głowami budzą skojarzenia z „Ptakami” Hitchcoka. Polska nazwa „głuptak” wzięła się z czasów, gdy polowano na te ptaki dla mięsa. Mają one bardzo silny instynkt opiekuńczy i aż do śmierci nie opuszczają swego gniazda. Stąd polujący ludzie uznali, że ptaki są jakieś głupie, że nie uciekają. Angielska nazwa popularna „gannet” nawiązuje z kolei do ich żarłoczności. Żeby było ciekawiej, staroangielskie słowo „ganot”, od którego pochodzi slangowe „gannet” (użyte po raz pierwszy w latach 20. XX wieku), oznacza: muskularny, silny.

Alki na Skellig Michael
Alki na Skellig Michael

Wielki Skellig i maskonury

Następnie docieramy do właściwego celu, wpierw okrążając Wielką Skellig. Statek wysadza nas w Zatoce Ślepego Człowieka, skąd zaczynamy naszą wspinaczkę. Pierwszy odcinek pokonuje się nową drogą powstałą przy okazji budowy latarni morskiej, ale dalej mamy średniowieczne schody (ponad 600 stopni). Dopiero wchodząc nimi, można w pełni zrozumieć niebezpieczeństwo przebywania na wyspie podczas silnego wiatru lub opadów. Przed rozpoczęciem wspinaczki jest pouczenie na temat zasad bezpieczeństwa, tak własnego, jak i gniazdujących ptaków czy zabytków. Na schodach nie ma żadnych barierek, a są dość strome, dodatkowo jest tu pełno maskonurów (Fratercula arctica). Choć wydaje się groźne, podejście nie jest specjalnie trudne.

Maskonur
Maskonur

Wielki Skellig lub Skellig Michael (od 2012 roku oficjalnie Sceilg Mhichíl) to rezerwat przyrody o powierzchni niecałych 0,3 km2. Znalazł się na liście irlandzkich rezerwatów w 1988 roku za sprawą miejsc lęgowych ptaków, głownie burzyków, nawałników, alk i właśnie maskonurów. Oprócz ptaków, na wyspie pomieszkują foki szare, myszy i króliki. Roślinność jest bardzo skąpa, przypominająca wysokogórską. Z kolei w 1996 roku wyspę, a właściwie zbudowany na niej klasztor, umieszczono na liście UNESCO.

Kamienne schody
Kamienne schody
Maskonury
Maskonury

Na charakterystyczny profil Skellig Michael składają się dwa szczyty: South Peak o wysokości 218 m n.p.m. i znajdujący się na wschodzie North Peak o wysokości 185 m n.p.m, na którym znajduje się klasztor. Oba szczyty dzieli depresja zwana Christ’s Saddle. Na Skellig Michael w VI wieku przybyli chrześcijańscy mnisi, zakładając na wyspie najbardziej izolowaną pustelnię. Również dziś, mimo że miejsce jest dobrze znane, dostęp na wyspę jest ograniczony.

Schody
Schody

Klasztor na Skellig Michael

Pierwsze wzmianki o klasztorze na Skellig Michael pochodzą z manuskryptu z końca VIII wieku, w którym to tekście wspomina się mnicha z klasztoru na Skellig. Prawdopodobnie mnisi zamieszkiwali wyspę na stałe już w VII wieku, a według niektórych teorii, nawet w VI stuleciu. Pierwszy raz nazwa Skellig Michael pojawia się w czwartej dekadzie XI wieku, wcześniej był to po prostu Skellig. Klasztor został porzucony w XIII wieku ze względu na pogarszające się warunki pogodowe – mnisi wyprowadzili się do Ballinskelligs na stałym lądzie, a jedynie sezonowo przebywali na wyspie. Mimo liczącej sześć lub siedem wieków historii istnienia klasztoru na Skellig Michael, w kronikach zachowały się imiona jedynie pięciu braci zakonnych.

Wędrówka na górę
Wędrówka na górę

Zabudowa klasztoru na North Peak dzieli się na wewnętrzną i zewnętrzną. Na zewnętrzną składają się dwa tarasy, zwane górnym i dolnym ogrodem. Zaś wewnątrz chroniącego przed wiatrem muru znajdują się właściwie zabudowania: dwa oratoria, kościół św. Michała, siedem cel w typowej dla regionu formie uli, latryna, cysterna, cmentarz (jest także nagrobek dwójki dzieci latarnika z datą z początku XX wieku), krzyże i leacht – charakterystyczne dla wczesnochrześcijańskich kościołów irlandzkich niewielkie budowle z kamienia o bliżej nieznanej funkcji. Na South Peak znajduje się niewielka pustelnia, obecnie niedostępna dla turystów.

Maskonury
Maskonury
Skała z VIII Epizodu
Skała z VIII Epizodu

Historia Skellig Michael

Wyspa pozostawała w rękach zakonu do 1578 roku, gdy po nieudanej rewolcie Desmondów, królowa Elżbieta I rozwiązała wiele zakonów, a między innymi Wyspy Skellig przekazała rodzinie Butlerów. W ich rękach Skellig Michael pozostawał do roku 1820, gdy odsprzedali wyspę przedsiębiorstwu budującemu latarnie morskie. Od razu postanowiono zbudować dwie wieże, by wyspa była łatwa do odróżnienia od pozostałych sygnałów. Latarnie zostały uruchomione w 1826 roku. Niestety część średniowiecznych kamiennych stopni schodów została zniszczona, by wybudować gładką drogę. W 1870 roku jedną z latarni wyłączono z użytku i przez niemal 90 lat popadała w ruinę, kiedy ostatecznie została zburzona i w 1967 roku zastąpiona nową latarnią elektryczną.

Skellig Michael
Skellig Michael

Nowa nadal działa, ale nie ma już potrzeby kwaterowania latarników na wyspie, gdyż obsługa sygnałów odbywa się automatycznie. Jedynymi stałymi (ludzkimi) mieszkańcami wyspy są przewodnicy, którzy w sezonie turystycznym pomieszkują na wyspie w systemie 2-tygodniowych zmian. W sezonie na wyspie przebywa najczęściej troje przewodników, w sumie zatrudnionych jest ich pięciu.

Skały
Skały
Maskonury
Maskonury i skała

W XIX wieku latarnicy przywlekli na wyspę Skelling Michael myszy i króliki. Te pierwsze niechcący, zaś drugie jako źródło pożywienia i myśliwskiej rozrywki. Wyspiarze chyba wszędzie wloką za sobą króliki, widać to w dawnych włościach Imperium Brytyjskiego. Króliki odpowiadają za widoczne liczne norki. Zdawałoby się, że gniazdujące na wyspie ptaki będą zagrożone z powodu przywleczonych na wyspę obcych gatunków. Na szczęście tak się nie stało. Okazało się, że maskonury chętnie wykorzystują królicze nory na własne potrzeby mieszkaniowe, nierzadko siłą wywłaszczając długouchych lokatorów.

Schody do klasztoru
Schody do klasztoru
Skellig Michael
Skellig Michael

Wielki Skellig w filmie

Skellig Michael co jakiś czas nieśmiało pojawiał się w popkulturze, by stać się ważnym celem turystyki filmowej po 2015 roku. Wielki Skellig jako tajemnicza wyspa – pustelnia Luke’a Skywalkera – Ahch-To pojawia się w finałowej scenie filmu „Gwiezdne Wojny: Przebudzenie Mocy” J.J. Abramsa, który z miejsca stał się blockbusterem. . Lokację znalazł Rick Carter, ta od razu spodobała się Abramsowi, zwłaszcza, że chciał też kręcić w Irlandii, skąd pochodzi jego żona. Ujęć z VII Epizodu w filmie jest niewiele, ale miejsca są bardzo łatwo rozpoznawalne.

Widok na Mały Skellig
Widok na Mały Skellig

Wyspa pojawia się jeszcze w kolejnym filmie z serii, w „Ostatnim Jedi” Riana Johnsona. I choć zdecydowana większość ujęć Ahch-To w „Ostatnim Jedi” nie pochodzi ze Skellig Michael, ale z klifów Półwyspu Dingle, gdzie zbudowano makietę klasztoru (łatwiej było kręcić na stałym lądzie), zarabiający na turystach lokalni mieszkańcy jakby o tym zapominali. Turyści zresztą także. Ekipa Riana Johnsona wpierw udała się na Skellig we wrześniu 2015, potem próbowali wrócić wczesną wiosną i to okazało się zbyt problematyczne. Właśnie z powodu bezpieczeństwa i logistyki poszukano alternatywy. Zresztą nawet we wrześniu filmowcy zaliczyli opóźnienia wynikające ze złych warunków atmosferycznych.

Klasztor
Klasztor

Warto wiedzieć, że zgoda na przebywanie ekipy filmowej na Skellig Michael została wydana przez Office of Public Works (irlandzki urząd na rzecz ochrony przyrody i zabytków) pomimo negatywnej oceny BirdWatch i UNESCO. Niestety nie obyło się bez incydentów: podczas wrześniowych zdjęć do „Ostatniego Jedi” zostały nieznacznie uszkodzone zabudowania i zniszczone ptasie gniazdo. Pomimo to została wydana zgoda na nagranie kilku ujęć do „Ostatniego Jedi” – Irlandczycy widzieli w tym przede wszystkim świetną promocję regionu i mieli rację. Nietrudno zauważyć, że duża część zwiedzających kojarzy Skellig Michael z „Gwiezdnych Wojen”. Trzeba przyznać, że to jest jedna z najbardziej widowiskowych i ekscytujących lokacji z filmów z serii.

Klasztor na Skellig Michael
Klasztor na Skellig Michael

Ochrona ptaków

Tak jak na Małym Skellig żyje olbrzymia populacja głuptaków, tak na Wielkim jest z maskonurami (choć gniazduje tu też 14 innych gatunków ptaków). Jest ich tu naprawdę mnóstwo, praktycznie wszędzie się na nie natykamy. Z ptakami musieli coś zrobić filmowcy. W „Przebudzeniu Mocy” wiele z nich jest wymazanych. W „Ostatnim Jedi” natomiast Rian Johnson zastosował sztuczkę i zastąpił je porgami. Porgi są inspirowane maskonurami. Ale nawet jak patrzy się na film, to na Skellig Michael maskonurów jest dużo, dużo więcej. Aż nas zadziwia, jak twórcy filmu zdołali je wszystkie usunąć z kadrów.

Widok na Little Skellig
Widok na Little Skellig

Poza klasztorem jest jeszcze jedno miejsce filmowe – naturalna formacja z piaskowca i zlepieńców, którą wiatr i deszcz uformował w abstrakcyjną rzeźbę. Tym tworem natury inspirowali się twórcy „Ostatniego Jedi”, a turyści chętnie robią sobie zdjęcia. Warto dodać, że wcześniej na Skellig Michael kręcono „Szklane serce” Wernera Herzoga, czy „W duchu St. Louis” Billy’ego Wildera.

Skellig Michael
Skellig Michael

Opcje wycieczki

Większość osób na Skellig wyrusza z Portmagee. Tam znajduje się także muzeum Skellig Experience (można poznać historię wyspy nie płynąc na nią). Alternatywą jest trasa z Knightstown, Ballinskelligs i Derrynane. Tak jak pisaliśmy wcześniej, w obu przypadkach należy zamówić sobie wycieczkę dużo wcześniej i liczyć, że na miejscu będzie pogoda. Zazwyczaj płatna jest tylko zaliczka, na miejscu zaś płaci się resztę gotówką. Jest jeszcze jedna alternatywa tak zwane eko-wycieczki, które opływają wyspę, lecz się na niej nie lądują. Fajne, nam nie o to chodzi. Na wypłynięcie z portu do powrotu trzeba liczyć jakieś 6 godzin (z tego jakieś 3 godziny na Skellig Michael, co jest aż nadto na spokojne zwiedzanie i odpoczynek). W tym czasie nie będziemy mieć możliwości skorzystania z toalety czy czegoś ciepłego do picia, warto zabrać prowiant i napój, nam akurat brakowało termosu.

Maskonur
Maskonur

Swoją drogą wyspy Skellig prawdopodobnie zainspirowały Andrzeja Sapkowskiego. W sadze o Wiedźminie, pojawiają się wyspy Skellige. Irlandzki źródłosłów wskazuje na słowo skała, ale w „Wieży jaskółki” znajdziemy opis wysp z fiordami i mnóstwem ptaków. Bardzo pasuje do wysp Skellig.

Skellig Michael
Skellig Michael

Gwiezdnowojeną relację ze Skellig Michael znajdziecie tutaj.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak irlandzki
Skellig Michael Carrantuohill
Szlak filmowy
Skellig Michael
Share Button

Wai-O-Tapu i Waimangu Volcanic Rift Valley

Jedną z największych atrakcji Nowej Zelandii jest strefa wulkaniczna Taupo (Taupo Volcanic Zone), czyli obszar czynny geotermalnie, z bajecznie kolorowymi wodami oraz mniej przyjemnymi zapachami. Najbardziej znanym miejscem w tej strefie jest Park Wai-o-tapu Thermal Wonderland. Zdecydowanie zasłużenie.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Park cudów termalnych Wai-o-Tapu

Waiotapu to w języku Maori „święte wody”. Ten park geotermalny leży na skraju kaldery Reporoa, powstałej w wyniku erupcji wulkanicznej 230 tysięcy lat temu. Gorące źródła wskazują, że obszar ten jest aktywny: ostatnia hydrotermalna podziemna eksplozja miała miejsce w 2005 roku, w jej wyniku powstał 50-metrowy krater.

Krajobraz Wai-o-Tapu
Krajobraz Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Park Wai-o-tapu Thermal Wonderland jest prywatnym przedsięwzięciem działającym od 2012 roku, choć turystycznie to miejsce jest znane od lat 30 XX wieku. Zresztą wiele podobnych parków jest zarządzanych prywatnie, z dobrymi efektami dla środowiska, turystyki i oczywiście dla gospodarki.

Dym i ślady siarki (nosem też się ją czuje)
Dym i ślady siarki (nosem też się ją czuje)
Szczudłak zwyczajny (Himantopus himantopus)
Szczudłak zwyczajny (Himantopus himantopus)

Dojazd, bilety i ciekawostki

Baseny, źródła, rozlewiska, gejzery mają tutaj swoje malownicze nazwy, by wspomnieć choćby Paletę artysty, Basen z szampanem (słomkowożółty kolor wody i mnóstwo maleńkich bąbelków), Dom diabła. Wszystko robi niesamowite wrażenie. To bardzo piękne miejsce, zresztą występujące na pocztówkach i w albumach z Nowej Zelandii. Widoki rzeczywiście zachwycają. Między różnymi rozlewiskami czasem przechodzi się po drewnianych kładkach, czasem zaś po kamieniach. Wszystko jednak jest przygotowane pod turystów, tak by było bezpieczne i stosunkowo łatwo dostępne.

Gorące błota
Gorące błota
Jezioro za którym zbudowano elektrownię geotermalną
Jezioro za którym zbudowano elektrownię geotermalną

Jak do wielu innych miejsc, także i tu można zarezerwować bilety przez internet, co w sezonie może być dobrą opcją. Ale jeszcze lepszą jest wybranie się tu z samego rana, póki nie ma wielu innych turystów. Przybywa ich tu multum, także będących na wycieczkach objazdowych. Z myślą o wielu turystach o różnych możliwościach czasowych i różnej kondycji, w parku wyznaczono trzy trasy. Pierwszą, najkrótszą trzeba przejść. Jak się ma więcej czasu można przejść drugą, która jest rozwinięciem pierwszej. A jak mamy jeszcze więcej czasu to jest też trzecia, zawierająca także dwie poprzednie. Łatwo się domyślić, że zorganizowane grupy najczęściej nie mają tyle czasu, by spokojnie zobaczyć wszystkie trzy. Więc tłoczno jest na pierwszej. Przypominamy, że nawet mając wydrukowaną rezerwację i tak trzeba w kasie odebrać bilet, co jest dość typowe dla wielu atrakcji w kraju Kiwi.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-O-Tapu - basen szampański
Wai-O-Tapu – basen szampański

Gejzer Lady Knox

Bilet do Wai-o-tapu upoważnia także do obejrzenia jeszcze jednej atrakcji, gejzeru Lady Knox. Znajduje się on bardzo blisko Parku, ale ma swój osobny parking. W teorii powinni sprawdzać tam bilety, w praktyce przy tej ilości ludzi (a byliśmy jeszcze przed szczytem sezonu), wpuszczali tam za darmo, bez szczegółowej kontroli, co najwyżej z wyrywkową. Z daleka pokazaliśmy świstek, nikt nawet nie patrzył, co to jest.

Gejzer Lady Knox
Gejzer Lady Knox

Lady Knox wybucha codziennie około 10:15 (przynajmniej jak byliśmy taki był rozkład). Gejzer pluje wodą na 10 do 20 metrów. Wokół jest zbudowany mały amfiteatr, z którego można go obserwować. Dlaczego gejzer ma rozkład? Czy to znaczy, że jest sztuczny? Cóż, jeśli ma być atrakcją turystyczną, to turyści muszą wiedzieć. kiedy przyjechać. Gejzery w tym miejscu w większości zanikły. Lady Knox też już nie jest tak aktywna, jak kiedyś. Jest w stanie wybuchać raz na dobę, więc stosując pewne sztuczki da się to usystematyzować. Gejzer przez większość czasu zbiera pod powierzchnią ziemi wodę, ale sama erupcja jest wywoływana przez człowieka. Prowadzący pokaz wrzuca do środka pewne substancje chemiczne, które przyśpieszają zachodzące w gejzerze procesy, w efekcie po paru minutach następuje wybicie wody, a po kolejnych paru minutach gejzer się uspokaja i zaczyna zbierać siły na następny dzień.

Wulkaniczna dolina Waimangu
Wulkaniczna dolina Waimangu

Dolina wulkaniczna Waimangu

Pewnym uzupełnieniem Wai-o-tapu jest kolejna znajdująca się blisko atrakcja, ale wymagająca już osobnych biletów. Waimangu Volcanic Rift Valley to rezerwat nieopodal Rotoruy pełen geotermalnych cudów i dziwów. Nie jest już tak ikoniczny jak Wai-o-tapu, ale również wart uwagi.

Parujące jezioro w Waimangu Volcanic Valley
Parujące jezioro w Waimangu Volcanic Valley

Miejsce to powstało po erupcji wulkanu Tarawera w 1886 roku, który zniszczył Białe i Różowe Tarasy, mineralną formację skalną uznawaną za światowej klasy cud przyrodniczy, a podobny do tureckich Pamukkale. Na skutek erupcji Tarawery zmieniła się nieco linia Jeziora Rotomahana i Tarasy znalazły się częściowo pod wodą, częściowo pod warstwą skał wyrzuconych przez wulkan. Co więcej, po erupcji powstał gejzer Waimangu, aktywny w latach 1901 – 1904, a który zupełnie zanikł w 1908 roku. Waimangu był wówczas największym gejzerem świata, tryskającym wodą na wysokość nawet 460 metrów!

Parująca jezioro w Waimangu
Parująca jezioro w Waimangu

Wybuchał co 5-6 godzin i wyrzucał z siebie czarną wodą pomieszaną ze skałami i błotem. Waimangu w języku Maori znaczy właśnie „czarna woda” i gejzer dał nazwę całej okolicy, od tamtej pory chętnie odwiedzanej przez turystów.

Waimangu Volcanic Valley
Waimangu Volcanic Valley

Nawet brak wielkiego gejzeru nie umniejsza niezwykłości tego miejsca. O ile Wai-o-tapu zachwyca niesamowitymi zbiornikami wodnymi, o tyle w Waimangu Volcanic Valley mamy okazję obserwować geotermalne cuda w bardziej zielonym otoczeniu, czyli głównie wśród drzew. Te gorące wody nie są może tak okazałe, ale wciąż są to przepiękne widoki i w dodatku tak różne od tego, co widzieliśmy wcześniej.

Gorące źródła - Waimangu Volcanic Valley
Gorące źródła – Waimangu Volcanic Valley

Dojazd i bilety

Do Waimangu nie rezerwowaliśmy wcześniej biletów. Przyjechaliśmy i kupiliśmy. Warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Parking tutaj jest dużo mniejszy niż przy Wai-o-tapu. Druga rzecz, to spacer po wulkanicznej dolinie można sobie przyśpieszyć jadąc w jedną (lub w dwie) strony autobusem. Można też przepłynąć się statkiem, ale już za dodatkową opłatą. Bilet można kupić też przez internet.

Kolorowe jeziorka w Wai-o-Tapu
Kolorowe jeziorka w Wai-o-Tapu

Cuda geotermalne to z pewnością jedna z najważniejszych i najbardziej charakterystycznych atrakcji Nowej Zelandii, taki tutejszy crème de la crème. To pozycja obowiązkowa do zobaczenia i z pewnością warta poświęconego czasu i pieniędzy. Interesująca, piękna i nietypowa. Nic dziwnego, że tak popularna.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Wai-O-Tapu
Share Button

Wąwóz Samaria, najdłuższy wąwóz Europy (Kreta)

O wąwozie Samaria (grec. Σαμαριά) krążą dwie opinie. Warto, bo piękny, albo nie warto, bo są piękniejsze, a ten jest zbyt turystyczny. My przychylamy się do tej pierwszej, zdecydowanie warto, ale najlepiej wtedy, gdy nie ma tu zbyt wielu ludzi. Czyli nie w szczycie sezonu i tak rano jak się tylko da, wtedy naprawdę można napawać się tym cudownym, a przy tym bardzo różnorodnym miejscem. Jest to jedna z najciekawszych całodniowych wycieczek na Krecie.

Wejście do wąwozu
Wejście do wąwozu

Geneza nazwy Samaria

Nazwa wioski jak i wąwozu Samaria brzmi dość znajomo. Oczywiście kojarzy się to z Samarią w Izraelu i Samarytanami, ale tym razem nie o to chodziło. Brakuje bezpośrednich biblijnych konotacji, ale są pośrednie. Nazwy pochodzą od stojącej tu cerkwi Osia Maria (Błogosławionej Marii) z XIV-wiecznymi freskami.

Początek trasy
Początek trasy

Najdłuższy wąwóz Europy (i dojazd)

Wąwóz Samaria to najdłuższy suchy wąwóz w Europie, jednocześnie nie będący rzecznym. Dla turystów udostępniono ścieżkę o długości 16 km (+ 2,5 km do promu, ale można wziąć bus). Szlak zaczyna się na równinie Omalos na wysokości 1227 m. n.p.m. – tutaj należy się kierować, gdy jedzie się samochodem. Następnie schodzi się schodami w dół, początkowo aż na głębokość 600 m. n.p.m., a potem już łagodnie i stopniowo 16 kilometrów do morza. Po drodze mija się opuszczoną wioskę Samarię.

Zabezpieczenia przed kamieniami
Zabezpieczenia przed kamieniami

Szlak w wąwozie Samaria

Mniej więcej co 20 do 90 minut zorganizowane są miejsca postojowe. Wszystkie mają źródełka pitnej wody, większość także bezpłatne toalety. Niektóre z tych przystanków są niewielkie, inne dość duże, zaś pojedyncze mają nawet dodatkową infrastrukturę.

Szlak przez wąwóz Samaria
Szlak przez wąwóz Samaria

Zwłaszcza w górnej części szlaku – podczas schodzenia w dół – częste są znaki ponaglające do szybkiego przejścia z uwagi na możliwość spadania kamieni. Często mija się także budynki używane przez strażaków. Faktycznie istnieje tu pewne zagrożenie pożarowe. Samaria przyciąga wielu turystów, więc Grecy dobrze dbają o to miejsce.

Kamienie i zwalone drzewo
Kamienie i zwalone drzewo

Szlak w wąwozie Samaria przebiega wzdłuż to jednego to drugiego brzegu górskiego strumienia, który w związku z tym niejednokrotnie się przecina. Gdy tutaj byliśmy, stan wody był niski, więc przejście było bezpieczne, w dodatku dało się to zrobić najczęściej suchą stopą. Jednak zdarza się, że strumień zamienia się w rwący potok i przekraczanie go jest zdecydowanie bardziej problematyczne. Gdzieniegdzie można zauważyć liny dla przytrzymywania się. Trzeba jednak się liczyć z tym, że w czasie bardzo złych warunków wąwóz jest zamykany.

Jeden ze starych kościołów
Jeden ze starych kościołów

Strumień jest źródłem pitnej wody – stąd zwłaszcza bardziej w dole wąwozu pojawiają się znaki zabraniające moczenia stóp w wodzie. Tam mamy wiele mostków, a także kładek, byle tylko nie dotykać wody. Jeśli faktycznie butelkowana woda Samaria pochodzi stąd, to może warto respektować ten przepis.

Koza kri-kri
Koza kri-kri

Samaria – Park Narodowy

Jednym z powodów utworzenia Parku Narodowego Wąwozu Samaria w 1962 roku była potrzeba ochrony siedliska endemicznej kozy agrimi, zwanej też kri-kri. Tylko na tym obszarze ten podgatunek kozy bezoarowej występuje w stanie dzikim. Ta dzika koza pojawiła się tutaj w okresie kultury minojskiej, a więc ok. 7 tysięcy lat temu, nie jest więc taki do końca endemiczny. Podczas okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej była jedynym solidnym źródłem pożywienia dla kryjących się w wąwozie partyzantów, stąd jej liczebność drastycznie spadła – do około 200 osobników.

Szlak przez wąwóz
Szlak przez wąwóz

Dziś żyje jakieś 2000 kóz w stanie dzikim. Są płochliwe, ale nam trzykrotnie udało się je wypatrzyć. Na jednym z postojów była trochę bardziej oswojona z turystami koza, która liczyła na jakieś smakołyki. Oczywiście dokarmianie kóz jest zabronione. Niemniej jednak zwierzęta te czyhają i nie raz porywają to co spadnie lub zwyczajnie wyjadają ze śmietników. Wypatrywanie ich jest dodatkową atrakcją tej przeprawy. Co ważniejsze, dość często się udaje.

Strumień do pokonania
Strumień do pokonania

Spacerując mamy okazję zobaczyć bardzo różnorodny krajobraz. Najpierw mamy ostre zejście w dół, potem spokojniejszą trasę lasem, na koniec zaś wąwóz faktycznie zwęża się i przechodzi się między skałami. Nawet w suchszym okresie, takim jak ten nasz, miejscami trzeba przejść przez wodę. Ale na szczęście są drewniane pomosty, o których już wspominaliśmy, więc trudno się zamoczyć.

Widok na góry
Widok na góry

Góry i Żelazne Wrota w wąwozie Samaria

Mamy okazję zobaczyć choćby Góry Białe – Lefka Ori – nazwa i kolor białe pochodzą od wapiennych skał, z których zbudowane jest to pasmo górskie. Najwyższy szczyt Gór Białych i drugi co do wysokości szczyt na Krecie to Pachnes, wznoszący się 2453 m n.p.m. Trasa przez wąwóz niestety go omija. Za to otaczają ją dwa inne szczyty, na północ – Melintaou (2134 m n.p.m) i na zachód – Volakias (2117 m n.p.m.).

Krajobraz wąwozu
Krajobraz wąwozu

Ale im głębiej schodzimy, im bliżej morza jesteśmy, tym bardziej chodzimy pośród skał, nie zalesionych gór. Najwęższe miejsce wąwozu Samaria: Żelazne Wrota. Skały tutaj oddalone są od siebie zaledwie o 3,5 metra. No i są przeciągi od morza. To też jedna z najbardziej charakterystycznych części wąwozu.

Most
Most

Powrót

Wąwóz Samaria kończy się na samym morzu przy miejscowości Ajia Rumeli (gr. Αγία Ρουμέλη). Tutaj można zażyć zasłużonego odpoczynku przy obiedzie w jednej z licznych restauracji, kupić koszulkę „Przetrwałem Samarię” (nie taki znowu wyczyn… we wrześniu nawet gorąco nie było). I tutaj przede wszystkim można złapać prom np. do Chora Sfakion, a tam autobus (skorelowany z promem, czekają na turystów), który zawiezie nas z powrotem do wejścia w Omalos, gdzie zostawiliśmy samochód. Tu jeszcze mała uwaga praktyczna.

Wąwóz Samaria
Wąwóz Samaria

Myśmy przyjechali samochodem do Omalosi zatrzymaliśmy się na jednym z przyhotelowych parkingów, a potem przeszliśmy do wejścia do wąwozu. Tam jest co prawda parking, ale nie wiedzieliśmy, czy powrotny KTEL się przy nim zatrzyma. Okazało się, że owszem, autobus staje zarówno w Omalos, jak i pod wejściem do wąwozu. Warto tam jechać od razu, bo z Omalos jest kawałek do przejścia. Promy w Ajia Rumeli chodzą w dwóch kierunkach, zaś Chora Sfakion to tylko jeden z przystanków. Autobusami KTEL można stamtąd dojechać np. do Chanii, więc da się tę wycieczkę zorganizować samodzielnie bez wypożyczenia samochodu. Grecy jeśli chodzi o dowożenie turystów są dość dobrze zorganizowani, ale mimo wszystko trzeba przewidzieć wystarczającą dużo czasu.

Samaria
Samaria

Do wąwozu przyjechaliśmy praktycznie na samo otwarcie (we wrześniu około 10:00), a zdążyliśmy z pewną rezerwą czasu na obiad i następnie na prom, a potem autobus do Omalos. Przejście z niewielkimi odpoczynkami i postojami na zdjęcia zabrało nam około 6 godzin. Warto mieć to na uwadze, bo późniejsze dotarcie do tego miejsca – np. koło 12:00 może uniemożliwić przejście całości. Natomiast po godzinie 15:00 można już zwiedzać jedynie 2 pierwsze kilometry, ciekawe ale zupełnie nie reprezentatywne. Wersję 2 km można zrobić od strony Ajia Rumeli i dojść do Żelaznych Wrót, co może być alternatywą dla osób o gorszej kondycji.

Jeszce jedno ujęcie wąwozu
Jeszce jedno ujęcie wąwozu

Dodatkowe uwagi

Tu jeszcze jedna uwaga. Bilet składa się z dwóch części: na wejście i na wyjście. Dzięki temu wiedzą, ile osób zostało na trasie. Nie można tu nocować, ale to także ważne, gdyby ktoś się zgubił lub został na trasie.

Żelazne Wrota
Żelazne Wrota

Żelazne Wrota
Żelazne Wrota

Decydując się na pełną trasę, trzeba być pewnym swoich sił. Trudno jest zawrócić, nie ma „wyjść ewakuacyjnych”, zwłaszcza gdzieś w środku. Ale wygodne obuwie i trochę prowiantu oraz buteleczka na wodę (mała, bo na trasie jest naprawdę wiele źródełek wybornej zimnej wody) to wszystko, co trzeba zabrać ze sobą. Dostaniemy radosną wyprawę wśród brzęczenia pszczół, pokrakiwań kruków, zapachu ziół i cyprysów, zapierających dech widoków, czasem zaś napotkamy kozy. Zdecydowanie warto!

Widok na Ajia Rumeli
Widok na Ajia Rumeli

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak grecki
Wąwóz Samaria Ateny
Share Button

Mestia, górna Swanetia i lodowiec Chalaadi

Wśród gruzińskich zabytków UNESCO jest jeden szczególny. To Górna Swanetia wpisana ze względu na wspaniałą naturę, jak i pewne elementy kulturowe. Stolicą tego regionu jest Mestia (gruz. მესტია), stanowiąca doskonałą bazę wypadową do zwiedzania okolic.

Charakterystyczne wieże w Mestii
Charakterystyczne wieże w Mestii

Górna Swanetia i Mestia

Poza naturalnymi walorami Górnej Swanetii, region dostał się na listę UNESCO z powodu licznych zabytkowych cerkwi oraz baszt obronnych. Te drugie wznoszą się w wielu miejscowościach, bardziej nawet na zasadzie przydomowej zabudowy, niż wspólnych obwarowań. Wynika to wprost z kultury Swanów, czyli lokalnego ludu, z odrębną kulturą i językiem podobnym do gruzińskiego. Jeszcze w średniowieczu ważne dla nich były rody i klany, zaś bardziej niż zewnętrznych wrogów, którzy mogli najechać ziemię, obawiali się konkurentów. Stąd każda zamożniejsza i bardziej znacząca rodzina budowała basztę rodową, czyli dom i twierdzę jednocześnie. Nie tylko by bronić się przed sąsiadami, ale czasem aby się przed nimi popisać. Wiele z tych budowli przetrwało do dziś. Najczęściej stoją na podwórku obok domu, obory i innych zabudowań. To sprawia, że widoki są tu dość wyjątkowe. Baszty znajdują się także w samem Mestii. Nie trzeba ich szukać daleko.

Mestia - dojazd i widok na góry
Mestia – dojazd i widok na góry

Mestia – zespół wsi i centrum turystyczne

Mestia właściwie składa się z kilku wsi położonych blisko siebie. Obecnie straciła już swój dawny charakter, stając się prężnym centrum turystycznym. Stąd da się zorganizować wiele wycieczek po okolicy, tak wędrując samodzielnie, jak i wynajmując konia, samochód, przewodnika. Inwestycje w turystykę są coraz większe i jest to bardzo zauważalne. To ta część Gruzji, w której szlaki są całkiem dobrze oznaczone. W mieście mamy też muzeum i kilka innych atrakcji, ale powiedzmy sobie wprost, tu zdecydowanie lepiej wybrać się na górską wycieczkę. Samą Mestię da się bez problemu zwiedzić samodzielnie, tu naprawdę charakterystyczne są te wspomniane już wieże, reszta to przede wszystkim baza wypadowa do górskich wypadów.

Okolice Mestii
Okolice Mestii

Zmienia się także droga dojazdowa. Obecnie jest remontowana, przebudowana, tak by ułatwić dotarcie turystom. Jednak wciąż jest to bardzo ciekawa trasa do przejechania, nie tylko ze względu na widoki. O podróżowaniu po Gruzji samodzielnie już pisaliśmy. Tu poza krowami, dochodzą przede wszystkim ostre zakręty, brak barierek (ale te powoli powstają). Droga w większości już jest asfaltowa, choć jeszcze niedawno była to zwykła szrutówka.

Droga na lodowiec
Droga na lodowiec

Lodowiec Chalaadi

Mając zdecydowanie za mało czasu na chodzenie po okolicy, wybraliśmy się na lodowiec Chalaadi. Wpierw trzeba było pojechać z Mestii do rzeki, tam jest mały parking przed szlakiem (ok. 11 km, głównie zwykłą drogą). Przejść przez wiszący most, a następnie iść prostą trasą na lodowiec.

Droga na lodowiec
Droga na lodowiec

Faktycznie, szlak był bardzo dobrze oznaczony. Znaki namalowane są dość często, więc trudno się zgubić. Jednak na tym właściwie pomóc się kończy, bo w większości droga nie jest w żaden sposób uporządkowana. Jest bardzo dzika, czasem trzeba skakać po kamieniach, przeprawiać się przez błoto. To jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze, bo bardzo naturalne.

Lodowiec Chalaadi z daleka
Lodowiec Chalaadi z daleka

Sam lodowiec, z którego wypływa rzeka, to bez wątpienia wspaniały widok. Rano jeszcze nie ma tu wielu ludzi, więc można to spokojnie obejrzeć. Warto jednak pamiętać, że zwłaszcza w dalszej części, gdzie chodzi się po niezbyt stabilnych kamieniach i skalnych odłamkach, łatwo o skręcenie nogi czy inny drobny wypadek. Więc lepiej wybrać się na taką wyprawę w ciut większej ekipie, a już z pewnością nie w pojedynkę.

Okolice lodowca Chalaadi
Okolice lodowca Chalaadi

Dojazd do Mestii

Do Mestii latają także samoloty, ale niestety nie regularnie. Zwłaszcza w zimie, gdy są problemy z pogodą, nie ma co na nie liczyć. Za to bez problemu znajdziemy marszrutkę, która tu dojedzie, nie mówiąc o mnóstwie wycieczek.

Lodowiec Chalaadi
Lodowiec Chalaadi

Lodowiec Chalaadi
Lodowiec Chalaadi

Bez wątpienia jest to ta część Gruzji, która zasługuje na więcej czasu. Obecnie Mestia i okolice przeobrażają się. Gruzini chcą, by to była taka nowa, tańsza Szwajcaria. Są na dobrej drodze. Może więc warto zobaczyć ten region wcześniej, zanim w pełni zostanie przerobiony na turystyczną atrakcję. Natomiast idąc w góry należy zawsze pamiętać o kapryśnej i zmiennej pogodzie.

Okolice lodowca Chalaadi
Okolice lodowca Chalaadi

Droga na lodowiec jest miejscami kamienista i niezbyt stabilna
Droga na lodowiec jest miejscami kamienista i niezbyt stabilna

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Mestia
Share Button

Park Narodowy Gobustan / Qobustan i petroglify

Jednym z dwóch (przynajmniej obecnie) miejsc z listy UNESCO w Azerbejdżanie jest Park Narodowy Gobustanu (azer. Qobustan Milli Parkı), w niektórych miejscach opisywany u nas także jako Park Narodowy Qobustan lub Rezerwat Petroglifów Gobustan. Pomijając kwestię transkrypcji i nazewnictwa to jedno i to samo miejsce. Nazwa Park jest chyba bardziej trafna, ale to bez wątpienia lokacja znajdująca się pod ścisła ochroną.

Park Narodowy Gobustan i muzuem
Park Narodowy Gobustan i muzuem

Petroglify w Qobustanie

Prehistoryczne petroglify to liczące sobie przeszło 12 tysięcy lat naskalne rysunki, choć najstarsze mają podobno nawet 40 tys. lat! Przedstawiają zarówno zwierzęta, jak i czasem ludzi, czy prymitywne przedmioty. Większość z nich powstało wewnątrz jaskiń, lub w bardzo bliskim ich sąsiedztwie. Dziś wszystko się zawaliło, pozostały skały, ale wiele z tych petroglifów przetrwało. Zresztą cała okolica była wielokrotnie zalewana, a potem znów zamieniała się w pustynię. Jaskinie nie miały szans przetrwać, skały i petroglify szczęśliwie tak.

Qobustan - skały
Qobustan – skały

Rezerwat petroglifów Gobustan

Oprócz naskalnych rysunków znaleziono tutaj inne ślady bytności człowieka: narzędzia, skorupy, pochówki. Ciekawym znaleziskiem była łacińska inskrypcja rzymska wykuta między 84 a 96 rokiem naszej ery. Jest to najdalej na wschód wysunięty dowód na pobyt wojsk rzymskich.

Petroglify w Gobustanie
Petroglify w Gobustanie

Sam rezerwat duży nie jest. Trasa swobodnym krokiem powinna zająć około godziny i jest to raczej niewymagająca przechadzka. Petroglify są w różnym stanie. Jedne dość łatwo rozpoznać i dostrzec, inne trzeba odszukać.

Qobustan i petroglify
Qobustan i petroglify

Góra, na której znajduje się rezerwat, to także dobry punkt widokowy na okolicę. Widać tam zarówno Morze Kaspijskie (lub jezioro, jak kto woli), jak i pustynne wzniesienia, czy szyby naftowe.

Ślady wczesnych ludzkich działań
Ślady wczesnych ludzkich działań

Gobustan: muzeum i park narodowy

Przed wjazdem na teren rezerwatu znajduje się małe, nowoczesne muzeum ukazujące historię tego miejsca, ślady pierwszego osadnictwa. Można się tam też nauczyć czytać, czy może rozpoznawać petroglify. Wiele z nich jest łatwych do skojarzenia, ale są też trudniejsze. Znajomość kształtów może się przydać już na szlaku, wtedy łatwiej rozróżnić, które z nich to dzieło ludzi, a które natury. Muzeum jest zrobione z pomysłem, zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Gobustan - petroglify
Gobustan – petroglify

Dojazd i bilety

Bilety kupuje się przy muzeum (i od niego warto zacząć zwiedzanie). Parkingi są zarówno przy muzeum, jak i przy samym wejściu do rezerwatu. Dojazd może być problemowy, bo niestety nie ma co liczyć na zorganizowany transport. Zostaje albo wynająć samochód, albo wziąć taksówkę (np. z Baku). Na GPSie dość łatwo znaleźć to miejsce, opierając się na samych oznaczeniach drogowych można trochę pobłądzić.

Widok na morze Kaspijskie
Widok na morze Kaspijskie

Obszar parku oczywiście jest większy niż tylko rezerwat. Ale to właśnie ten ostatni przyciąga najwięcej turystów (choć nie ma ich tu wcale tak wielu). W innych częściach parku, czy okolicach Gobustanu można natknąć się choćby na wulkany błotne, podobne do tych, które już opisywaliśmy. Samo zwiedzanie parku zaś przypomina Göreme w Kapadocji, gdzie także pośród skał znajdowały się ślady dawnych ludzkich siedzib.

Gobustan / Qobustan
Gobustan / Qobustan

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
PN Gobustan
Share Button