Archiwum kategorii: Natura

Park Narodowy Gobustan / Qobustan i petroglify

Jednym z dwóch (przynajmniej obecnie) miejsc z listy UNESCO w Azerbejdżanie jest Park Narodowy Gobustanu (azer. Qobustan Milli Parkı), w niektórych miejscach opisywany u nas także jako Park Narodowy Qobustan lub Rezerwat Petroglifów Gobustan. Pomijając kwestię transkrypcji i nazewnictwa to jedno i to samo miejsce. Nazwa Park jest chyba bardziej trafna, ale to bez wątpienia lokacja znajdująca się pod ścisła ochroną.

Park Narodowy Gobustan i muzuem
Park Narodowy Gobustan i muzuem

Petroglify

Prehistoryczne petroglify to liczące sobie przeszło 12 tysięcy lat naskalne rysunki, choć najstarsze mają podobno nawet 40 tys. lat! Przedstawiają zarówno zwierzęta, jak i czasem ludzi, czy prymitywne przedmioty. Większość z nich powstało wewnątrz jaskiń, lub w bardzo bliskim ich sąsiedztwie. Dziś wszystko się zawaliło, pozostały skały, ale wiele z tych petroglifów przetrwało. Zresztą cała okolica była wielokrotnie zalewana, a potem znów zamieniała się w pustynię. Jaskinie nie miały szans przetrwać, skały i petroglify szczęśliwie tak.

Qobustan - skały
Qobustan – skały

Oprócz naskalnych rysunków znaleziono tutaj inne ślady bytności człowieka: narzędzia, skorupy, pochówki. Ciekawym znaleziskiem była łacińska inskrypcja rzymska wykuta między 84 a 96 rokiem naszej ery. Jest to najdalej na wschód wysunięty dowód na pobyt wojsk rzymskich.

Petroglify w Gobustanie
Petroglify w Gobustanie

Sam rezerwat duży nie jest. Trasa swobodnym krokiem powinna zająć około godziny i jest to raczej niewymagająca przechadzka. Petroglify są w różnym stanie. Jedne dość łatwo rozpoznać i dostrzec, inne trzeba odszukać.

Qobustan i petroglify
Qobustan i petroglify

Góra, na której znajduje się rezerwat, to także dobry punkt widokowy na okolicę. Widać tam zarówno Morze Kaspijskie (lub jezioro, jak kto woli), jak i pustynne wzniesienia, czy szyby naftowe.

Ślady wczesnych ludzkich działań
Ślady wczesnych ludzkich działań

Gobustan – muzeum i park narodowy

Przed wjazdem na teren rezerwatu znajduje się małe, nowoczesne muzeum ukazujące historię tego miejsca, ślady pierwszego osadnictwa. Można się tam też nauczyć czytać, czy może rozpoznawać petroglify. Wiele z nich jest łatwych do skojarzenia, ale są też trudniejsze. Znajomość kształtów może się przydać już na szlaku, wtedy łatwiej rozróżnić, które z nich to dzieło ludzi, a które natury. Muzeum jest zrobione z pomysłem, zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Gobustan - petroglify
Gobustan – petroglify

Bilety kupuje się przy muzeum (i od niego warto zacząć zwiedzanie). Parkingi są zarówno przy muzeum, jak i przy samym wejściu do rezerwatu. Dojazd może być problemowy, bo niestety nie ma co liczyć na zorganizowany transport. Zostaje albo wynająć samochód, albo wziąć taksówkę (np. z Baku). Na GPSie dość łatwo znaleźć to miejsce, opierając się na samych oznaczeniach drogowych można trochę pobłądzić.

Widok na morze Kaspijskie
Widok na morze Kaspijskie

Obszar parku oczywiście jest większy niż tylko rezerwat. Ale to właśnie ten ostatni przyciąga najwięcej turystów (choć nie ma ich tu wcale tak wielu). W innych częściach parku, czy okolicach Gobustanu można natknąć się choćby na wulkany błotne, podobne do tych, które już opisywaliśmy. Samo zwiedzanie parku zaś przypomina Göreme w Kapadocji, gdzie także pośród skał znajdowały się ślady dawnych ludzkich siedzib.

Gobustan / Qobustan
Gobustan / Qobustan

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
PN Gobustan Podsumowanie
Share Button

Ras Al Jinz, plaża i rezerwat żółwi morskich

Rezerwat gniazdujących żółwi morskich Ras Al Jinz (arab. محمية راس الجنز) to jeden z kilku podobnych ośrodków chroniących żółwie morskie u wybrzeży Omanu. Trzeba przyznać, że w tej kwestii Oman robi dużo, bo populacja żółwi morskich w wodach i na plażach Omanu wzrasta (choć warto przypomnieć, że jednocześnie rezerwat oryksów został wykreślony z listy UNESCO z powodu niedostatecznej ochrony). W każdym razie Ras Al Jinz to fascynujące miejsce, w którym można (przy odrobinie szczęścia) zobaczyć żółwice składające jaja na plaży, a czasem także i młode żółwiki. To niesamowite przeżycie, przygoda droga, ale bez wątpienia warta swej ceny.

Hotel - Muzeum Ras Al Jinz
Hotel – Muzeum Ras Al Jinz

Żółwie morskie i rezerwat

W Omanie żyją cztery gatunki żółwi morskich: zielony (Chelonia mydas), oliwkowy (Lepidochelys olivacea), karetta (Caretta caretta) i szylkretowy (Eretmochelys imbricata) . W Ras Al Jinz spotyka się te pierwsze i uważa się, że jest to najważniejsza plaża dla populacji tych żółwi żyjących w Oceanie Indyjskim. Co prawda według informacji w muzeum, można tu dostrzec wszystkie siedem gatunków żółwi morskich, acz sami twierdzą, że to rzadkość. Być może pojedyncze osobniki się przewijają i tak to należy rozumieć. Zwłaszcza, że żółw skórzasty (Dermochelys coriacea) występuje też w tych wodach (czyli to w sumie piąty gatunek, zależy jak liczyć).

Żółwica zasypująca gniazdo
Żółwica zasypująca gniazdo

Rezerwat został założony w 1996 roku, zaś centrum turystyczne powstało niedawno, bo w 2008 roku. Jego celem jest przybliżenie turystom ochrony żółwi morskich poprzez umożliwienie obserwacji procesu składania jaj i wykluwania się tych stworzeń bez przeszkadzania i szkodzenia im. Rezerwat obejmuje obszar 120 kilometrów kwadratowych, 45 kilometrów linii brzegowej i obszaru wód do czterech kilometrów od brzegu. Powstał z połączenia dwóch rezerwatów krajobrazowych, obejmujących zarówno żółwie plaże, jak i stanowiska archeologiczne świadczące o ludzkim osadnictwie sprzed sześciu tysięcy lat.

Młody żółwik (kapsel) na plaży
Młody żółwik (kapsel) na plaży

Ras Al Jinz – rezerwat i muzeum

Do rezerwatu żółwi Ras Al Jinz dotarliśmy późnym wieczorem, wcześniej właściwie nie miało to zbytniego sensu. Tutaj znajduje się hotel, z którego są wycieczki na plażę, gdzie żółwie morskie składają jaja. W przypadku rezerwacji noclegu, gościom przysługuje wieczorne i poranne wyjście na plażę z całą grupą i oczywiście z przewodnikiem. To jest dobra opcja, zawsze dwie szanse trafić na żółwia. Oczywiście można nocować poza samym ośrodkiem, jest tu wiele alternatywnych miejsc i tylko przyjechać na wieczorne wyjście. Na poranne prawdopodobnie też, ale najczęściej idą na nie goście hotelowi. Ci goście niekoniecznie muszą spać w budynku hotelu do wyboru mają też ekskluzywne namioty (droższa opcja). Ale goście są traktowani lepiej niż inni turyści, przede wszystkim to oni idą pierwsi na oglądanie żółwi.

Wieczorne zwiedzanie zaczyna się między 20 a 22, poranne gdzieś około 3-4 w nocy. Patrząc na różne opisy w sieci godziny trochę się zmieniają, zresztą w naszym przypadku także nie były sztywne. W hotelu czekaliśmy dobre 45 minut, zanim zaczęło się umówione wyjście.

Młody żółwik w muzeum
Młody żółwik w muzeum

W budynku hotelu znajduje się także muzeum, czy raczej salki edukacyjne opowiadające o żółwiach morskich, które gniazdują w Omanie. Znajdzie się też parę informacji o żółwiach w mitologiach świata, na przykład napakowany japoński żółw-gamerra. Pod sam koniec przejścia przez muzeum znajduje się akwarium z maleńkimi żółwiami. Świeżo wyklute żółwie nie zawsze trafiają do wody. Zdarza się, że zawędrują w stronę hotelu lub zawieruszą gdzieś po drodze. Opiekunowie zwierząt zabierają je ze sobą, by następnej nocy je wypuścić na wolność. Dzień zaś spędzają w hotelu, ku uciesze turystów. Uprzedzamy komentarze: nie, nie wzięliśmy małego żółwia ze sobą. Sala jest bardzo dobrze monitorowana.

Ślady żółwicy
Ślady żółwicy

Żółwie zwyczaje

Od hotelu do plaży jest jakieś 15 minut spacerem. Wcześniej na plażę idą przewodnicy, by przekonać się o sytuacji: czy i gdzie są żółwie oraz na jakim są etapie składania jaj. Jak nas pouczono, żółwic nie można obserwować przed i w trakcie składania jaj: mogłyby się one spłoszyć i wrócić do morza nie składając jaj, co odbija się na ich zdrowiu.
Najpierw żółw wykopuje jamkę o głębokości 20 – 40 cm i w niej składa jaja. Następnie zasypuje je piachem. Jajka są na tyle głęboko, że po takim zakopanym gnieździe można chodzić. Dla żółwia jest to wysiłek, więc przed powrotem do wody odpoczywa, niektóre niestety umierają z wyczerpania.

Żółw wykopuje jeszcze jedno, fałszywe gniazdo dla zmylenia drapieżników. Często jednak robi to zaraz obok gniazda prawdziwego, ot żółwia logika. Trochę obawialiśmy się, że żółwie będzie można zobaczyć po ciemku, ale zdjęcia bez fleszy nie wyjdą. Przewodnicy świecą z tyłu żółwia, więc zdjęcia wychodzą dość dobrze. Przestrzega się turystów, by nie otaczali żółwicy kołem, gdyż to powoduje u gadów poczucie zagrożenia. Podczas takiego wyjścia przewodnik prowadzi grupę mniej więcej 25 osobową i należy go bezwzględnie słuchać.

Ślady w dzień
Ślady w dzień

Gniazda żółwi

W jednym gnieździe samica składa od około 80 do nawet 200 jaj. Odległość gniazda od wody, a więc temperatura piasku, determinuje płeć żółwików. Po około 50 – 70 dniach, nocą z jajek zaczynają się wykluwać maleństwa. Czasem wszystkie na raz, czasem pojedynczo. Świeżo wyklute żółwiki mierzą jakieś 5 centymetrów długości. Po wykluciu szukają drogi do wody, niestety zdarza im się zbłądzić. Podążają za światłem, stąd sztuczne światła: miasta, ulice, zakłady przemysłowe, ale także światło księżyca mogą spowodować, że nie trafią do morza. Po drodze czyhają na nie drapieżniki: ptaki, kraby, lisy (te chętnie dobierają się także do gniazd). Niewiele żółwi dotrze do morza, około 1% żółwi dożyje dojrzałości płciowej.
Choćby się bardzo chciało, w rezerwatach nie chronią żółwi przed naturalnymi zagrożeniami, tylko przed działalnością człowieka. Jedyne co, to przewodnik świecił żółwikowi drogę do wody (żółwik podążał za światełkiem) i nieco wygładzał piasek. Bardzo emocjonujące doświadczenie!

Plaża w świetle dziennym
Plaża w świetle dziennym

Kiedy jechać

Szczyt sezonu lęgowego przypada na lato, między majem a wrześniem. Niestety temperatury i wilgotność na wybrzeżu Omanu są wtedy naprawdę uciążliwe. W szczycie na plaży może być jednocześnie nawet jakieś 60 żółwic! My odwiedziliśmy Ras Al Jinz w styczniu. To dość ryzykowne, jeśli chodzi o żółwie. W poprzednich dniach było z nimi ciężko. Nam jednak się poszczęściło. Wieczorem zobaczyliśmy cztery żółwie na plaży, w tym jednego małego, świeżo wyklutego. Trzy inne samice zajęte były składaniem jaj, więc nie można było do nich podchodzić. Rano, przy drugim podejściu, niestety nie było żadnego, więc na plażę poszli tylko ci, co bardzo chcieli obserwować wschód słońca. My oczywiście chcieliśmy. Gdy już zaczęło się rozjaśniać, zaczęło być widać, ile na plaży jest dołków po gniazdach, resztek jajek, śladów żółwic wracających do wody i niestety – resztek zabitych żółwiątek, którym nie udało się dotrzeć do morza.

Żółwica w Ras Al Jinz
Żółwica w Ras Al Jinz

Spotkanie żółwia na plaży zależy nie tylko od kalendarza czy szczęścia, ale i od faz księżyca: żółwie nie lubią pełni. W świetle księżyca są lepiej widoczne dla drapieżników. To również warto mieć na uwadze wybierając się tam. Zwłaszcza, że wyprawa do Ras Al Jinz jest dość droga, choć z pewnością jest jedną z najbardziej zapadających w naszej pamięci atrakcji Omanu. To było coś niesamowitego, cieszymy się, że widzieliśmy te żółwie. Trzeba tylko pamiętać, że rezerwat nie gwarantuje, że zobaczymy żółwie. Jak się nie uda, nie zwracają pieniędzy.

Widok na plażę o świcie
Widok na plażę o świcie

Strona ośrodka, na której można rezerwować zarówno noclegi, jak i oglądanie żółwi. Można oczywiście też skorzystać z innych ośrodków, bo żółwia plaża nie ogranicza się tylko do tego jednego miejsca.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Ras Al-Jinz Podróżowanie po Omanie
Share Button

Savai’i, największa wyspa Samoa

Savai’i jest największą wyspą Samoa – liczy 1700 km2 (Upolu to 1250 km2), jest też piątą co do wielkości wyspą Polinezji. Zamieszkuje ją nieco ponad 43 tyś. osób (dane z 2006 roku), co stanowi jakieś 24% populacji kraju. Główne i jedyne miasto to portowe Salelologa, gdzie przybijają promy na Upolu. Reszta to małe, rozrzucone po wyspie wioski. To sprawia, że jest to miejsce jeszcze bardziej dzikie, nieskażone cywilizacją i naturalne, prawdziwa perła Polinezji. No i dopiero uczące się jak podchodzić do turystów, przez to wielce interesujące i autentyczne zarazem.

Savai'i
Savai’i

Savai’i – wulkaniczna wyspa

Podobnie jak Upolu, także Savai’i jest wyspą wulkaniczną, więc trudno liczyć na dobre plaże. Jednak tutaj jest ich jakby więcej, i to mamy na myśli takie piaszczyste. Dodatkowo warto wspomnieć, że na wyspie tej rośnie największa ciągła połać lasu deszczowego na obszarze Polinezji, zajmująca 727 km2.

Droga przez Samoa
Droga przez Samoa

Wulkan tarczowy, który tworzy tę wyspę ze szczytem Mount Silisili mierzącym 1858 m n. p.m. jest najwyższym wzniesieniem Samoa, jest to także największy tarczowy wulkan Polinezji. Charakteryzuje się szerokim stożkiem i bardzo łagodnym nachyleniem. Wciąż pozostaje aktywny, ostatnia jego erupcja miała miejsce w 1900 roku. Oprócz tego, na Savai’i jest ponad setka innych kraterów, część z nich jest nadal aktywna.

Zatoczka
Zatoczka

Jeden z nich to Mount Matavanu (575 m n.p.m.), wciąż aktywny wulkan, a jego ostatnie erupcje miały miejsce w latach 1905 – 1911. Rzeka lawy pochłonęła obszar 100 km2 i dotarła do wybrzeża oceanu, grzebiąc pod lawą całe wioski. Jedną z nich jest Saleaula. Tutaj najczęściej zatrzymują się turyści zobaczyć zniszczenia poczynione przez lawę, przede wszystkim ruiny katolickiego kościoła. Te wyglądają trochę apokaliptycznie, ale bardzo intrygująco. Zaś najbardziej interesujące jest to, że lawa opłynęła kościół, do środka dostała się dopiero przez drewniane drzwi, które nie wytrzymały temperatury. Oczywiście dziś śladów po drzwiach nie ma, zaś ruina ta robi olbrzymie wrażenie.

Kościół zniszczony przez lawę
Kościół zniszczony przez lawę

Obecnie to niezwykły widok dżungli odradzającej się na polu lawy. Obszar zajęty przez człowieka, przez naturę brutalnie zniszczony, teraz przez naturę odzyskiwany.

Zaschnięta lawa
Zaschnięta lawa

Jest tu jeszcze jedna atrakcja. Grób dziewicy – miejscowi uważają, że była tutaj pochowana albo dziewczynka albo jej opiekunka. W każdym razie osoba czysta i bez grzechu, więc lawa nie chciała pokryć jej grobu, ale opłynęła go wokół. Do dziś na grobie składane są kwiaty. Lokalne, ale wyglądają jak nasze doniczkowe, taki urok przyrody samoańskiej.

Grób dziewicy
Grób dziewicy

Oglądanie żółwi

Niedaleko od zalanego lawą kościoła jest miejsce, gdzie można popływać z morskimi żółwiami. Jest to zamknięty kawałek laguny, gdzie trzyma się kilka żółwi morskich. Można tam za niewielką opłatą (Savai’i jest ogólnie dużo tańsza niż Upolu) popływać z tymi żółwiami i wziąć udział w ich karmieniu. Kiedy zaczęliśmy spacerować wzdłuż zbiornika, żółwie wiedziały, co to oznacza – zaczęły się zbierać w miejscu, gdzie są karmione.

Żółw zielony
Żółw zielony

Fajna atrakcja, ale najbardziej szczęśliwi to są tutaj ludzie, żółwie wyraźnie mniej. Po takich miejscach pozostaje kac moralny: bo kontakt ze zwierzętami jest lubiany, a zwierzęta są przecież zadbane i niegłodne, w dodatku trzymane w wodzie z zatoki. Jednak są w niewoli, a zmuszanie zwierząt do kontaktu z człowiekiem nie jest fair. Oprócz turystów są jeszcze właściciele tego przybytku: nie mają świadomości ekologicznej, nie mają też dużych źródeł zarobku. Kilku turystów na dzień (poza sezonem zdecydowanie mniej) może im znacznie podreperować budżet, zwłaszcza że taki biznes mogą doglądać dzieci. Jeśli turyści przestaną tutaj przyjeżdżać, pogorszy się byt mieszkańców. Dopiero po zaspokojeniu własnych potrzeb materialnych człowiek może zacząć myśleć o ekologii. Inna sprawa, że to miejsce jest na oficjalnej mapce, czyli jakiś wydział ochrony przyrody, czy jego odpowiednik na Samoa, wie o tej działalności. W końcu turystycznie ktoś to promuje. Dodatkowo przy polu lawy także coś przebąkują, by zrobić podobną atrakcję. Nas to miejsce zainteresowało, ale zdajemy sobie sprawę, że budzi pewne kontrowersje i sami nie do końca wiemy, jak je ocenić.

Zatoczka z żółwiami
Zatoczka z żółwiami

Żółwie morskie

Żółw zielony (łac. Chelonia mydas) zawdzięcza swoją nazwę nie kolorowi skóry czy skorupy, ale tłuszczu okalającego narządy wewnętrzne. Czasem jest też nazywany żółwiem jadalnym. Z zewnątrz żółw ma odcienie oliwkowo-zielone, niekiedy czerwone, w zależności od osobnika. Dorosły żółw dorasta do 140 cm długości (mierząc po karapaksie) i osiągają masę nawet 500 kg, dożywa 80 lat. Dorosłe osobniki żywią się morską zieleniną: algami, glonami i stąd ich tłuszcz nabiera zielonej barwy. Żółw zielony jest gatunkiem migrującym i występuje we wszystkich ciepłych wodach oceanicznych. Gdy przychodzi czas na złożenie jaj, powraca na swoją macierzystą plażę (np. Ras Al Jinz w Omanie). W nawigacji pomaga im szereg systemów: magnetyczny, termiczny, solarny (ustawienie słońca na niebie), umiejętność rozpoznawania prądów morskich i kierunków fal.

Karmienie żółwi
Karmienie żółwi

Gatunek ten jest zagrożony wymarciem, a największe niebezpieczeństwo wiąże się oczywiście z człowiekiem: kłusownictwo (dla karapaksu, mięsa i jaj), rybołówstwo (zaplątanie w sieci), zanieczyszczenie środowiska, niszczenie siedlisk, zwłaszcza plaż lęgowych.

Żółwie zielone
Żółwie zielone

Inne atrakcje Savai’i

Bezpieczniejszą i mniej kontrowersyjną atrakcją jest wodospad Afu Aau (znany też jako Olemoe). Można tutaj popływać w kotle wodospadu, wypełnionym słodką zimną wodą.
Warto zaznaczyć, że takie miejsca są nieźle utrzymane przez miejscowych: są znaki informacyjne, tablice z opisem miejsca po angielsku i toalety. Zaskakująco czyste. Natomiast wszystkie te atrakcje są bardzo słabo oznaczone. Właściwie bez wsparcia GPSu i wcześniejszego ustalenia, gdzie są,można ich nie zauważyć. Oznaczenia są bardzo blisko celu, nie zawsze dobrze widoczne.

Wodospad Afu Aau
Wodospad Afu Aau

Są jeszcze dwie atrakcje, do których nie dotarliśmy. Pierwsza to most wiszący nad lasem. Znajduje się na zachodniej części wyspy. Zresztą nie byliśmy pewni, czy chcemy tam koniecznie jechać. Druga to Alofaaga Blowholes, czyli fale przebijające się przez rozpadliny skalne. Mieliśmy to w planach, ale nie udało się nam tam dotrzeć.

Plaża i zatoczka
Plaża i zatoczka. Plaże na Samoa są stosunkowa niewielkie. Najwięcej piasku jest przy hotelach.

Zaskakuje sama Savai’i z jej halami targowymi i klimatem, a przede wszystkim otwartymi ludźmi zajętymi swoimi sprawami. Przez cały dzień na tej wyspie nie spotkaliśmy praktycznie żadnych innych turystów, czy w ogóle białych ludzi. Tylko Polinezyjczycy. Zaintrygowani nami, niekoniecznie wiedzący, gdzie jest Polska i wyraźnie zadowoleni, że ktoś ruszył się poza Upolu.

Transport lokalny na Savai'i
Transport lokalny na Savai’i

Transport

Na Savai’i należy dopłynąć promem (lub jachtem, jeśli ktoś w ten sposób dotarł na Samoa). Promy wypływają z miejscowości Mulifanua (koło Faleolo) i płyną do Salelologa. Również kursują lokalne linie samolotowe, więc z okolic Apii można tu przylecieć. Najłatwiej mimo wszystko podróżuje się tu samochodem, inny transport owszem istnieje, ale bardziej teoretycznie, dlatego zostaje rozwiązanie samochód plus prom. Do miejsc interesujących turystów nie dotrzemy w ograniczonym czasie inaczej. Większość z nich jest czynnych, jak to na Samoa, gdy jest właściciel lub jego reprezentant. Bilety na prom (dla samochodu) najlepiej kupić przynajmniej dzień wcześniej, bo ich ilość jest ograniczona. Dla pasażerów kupuje się już przed zaokrętowaniem. Niestety poza sezonem jest też mniej kursów, co powoduje, iż jednodniowa wyprawa na Savai’i to może być trochę za mało.
Rozkład promów można znaleźć tutaj (acz na miejscu lepiej zweryfikować jego aktualność.

Prom między Upolu i Savai'i
Prom między Upolu i Savai’i

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak samoański
Savai’i Upolu
Share Button

Park Narodowy Abel Tasman

Nowa Zelandia ma dwóch europejskich odkrywców. Pierwszy dotarł tu Holender Abel Tasman, który opłynął ten kraj, napotkał Maorysów. Wdał się z nimi w konflikt, w efekcie którego zginęło czterech członków jego załogi, a potem zostawił to miejsce. Drugi był Brytyjczyk, kapitan James Cook. Dziś w nazwach wielu miejsc upamiętnia się obu. Na cześć Tasmana nazwano nawet Park Narodowy, znajdujący się w północnej części Południowej Wyspy. Uchodzi on za jedno z bardziej urokliwych miejsc w całym kraju. Z pewnością zaś to wspaniałe miejsce na piesze wycieczki.

Czapla
Czapla

Abel Tasman i odkrycie Nowej Zelandii

Uczczenie Tasmana w tym miejscu nie jest przypadkowe. Park znajduje się na wschód od Zatoki Złotej, to jej obecna nazwa. Abel Janszoon Tasman nazwał ją zatoką Morderców (hol. Moordenaers). Gdy tu dopłynął, Moarysi wysłali na zwiad dwie łodzie waka, by zobaczyć, czym jest ten dziwny okręt. Tubylcy zaczęli hałasować i trąbić oraz odprawiać rytuał, który miał odgonić złe duchy. Holendrzy w odpowiedzi trąbili, krzyczeli, w końcu strzelali. Ostatecznie następnego ranka Maorysi przypłynęli większą siłą i zaatakowali. Tasman widząc, co się dzieje, kazał podnieść kotwicę i odpłynął. Mówi się o czterech poległych ze strony holenderskiej, niektóre źródła sugerują nawet, że zostali oni zjedzeni, jednocześnie pomija się straty maoryskie. Dziś ten fakt potencjalnego ludożerstwa często jest pomijany, można raczej uznać go za legendę.

Nie taką odosobnioną w tym rejonie świata, w końcu podobno Jamesa Cooka także zjedzono, tyle że na Hawajach. Coś było na rzeczy u ludów polinezyjskich lub w ich odbiorze przez Europejczyków.

Wybrzeże Abel Tasman
Wybrzeże Abel Tasman

Park Narodowy Abel Tasman

Park Narodowy Abel Tasman (ang. Abel Tasman National Park) został utworzony w 1942 roku głównie staraniem pewnego ornitologa (nazywał się Pérrine Moncrieff), który zachwycony tutejszą różnorodnością ptactwa, chciał chronić ten obszar. Datę otwarcia Parku także wybrano nieprzypadkowo – zbiegła się ona z 300-leciem wizyty Tasmana w tej okolicy.

Park Narodowy Abel Tasman
Park Narodowy Abel Tasman

 Park Narodowy Abel TasmanTo także najmniejszy z parków narodowych Nowej Zelandii. Zajmuje obszar 225 km2, podczas gdy największy – Fiordland – liczy sobie aż 12 500 km2. Najmniejszy w żadnych wypadku nie znaczy najgorszy. Malowniczo położony nad zatokami Tasmana i Złotą, wzgórza pokrywają lasy deszczowe, które schodzą aż do samej plaży. W ciągu doby można wyraźnie zauważyć różnicę poziomu wód wynikającą z przypływów i odpływów. Zresztą nie tylko w ciągu doby, wystarczy parę godzin. Już przy wejściu przy parkingu widać jak ludzie ułożyli napisy z kamieni. O jednej porze dnia znajdują się one na plaży, o innej pod wodą.

Ciekawe plaże
Ciekawe plaże

Odpływy i przypływy to także dość istotna uwaga praktyczna. Niektóre części szlaków przy plaży są dostępne „suchą” nogą do przejścia jedynie w czasie odpływów. Ta cykliczność wpływa także na lokalną faunę i florę.

Widok na zatokę
Widok na zatokę

Nadmorskie rośliny są do tego doskonale przystosowane – mogą zarówno rosnąć w podmokłym gruncie zasilane przez słodką wodę z rzek, a dobrze znoszą też podtopienia morską słoną wodą.

Wodospad pośród lasu
Wodospad pośród lasu

Odpływy i przypływy wpływają także na obecność zwierząt morskich, w tym delfinów. Ciekawie jest też obserwować kraby, które zakopują się w norkach na brzegu, a potem wychodzą już bezpośrednio do wody. No i oczywiście ptaki.

Młoda weka
Młoda weka

Faktycznie jest to rezerwat ptactwa, wiele z nich udało się nam dostrzec i czasem sfotografować. Nie wszystkie ptaki są nam znane, niektóre dopiero poznaliśmy na miejscu, jak choćby ten czarny z czerwonym dzióbkiem – ostrygojad (oyster catcher) lub mała zabawna wachlarzówka (fantail), której nie sposób sfotografować. Na drodze spotkaliśmy też wekę (maoryska nazwa) – takie jakby połączenie kury i kiwi. Bardzo ciekawy jest kędziornik (tui). Są też tutejsze zimorodki, coś co przypomina przepiórki i wiele innych ptaków.

Ptaki w Abel Tasman
Ptaki w Abel Tasman

Zwalczanie zwierząt

O ile mieszkańcy kraju z ptaków są dumni, z ssaków niekoniecznie. Dość częstym widokiem w parkach narodowych Nowej Zelandii są pułapki na szczury i oposy. To dość niecodzienny dla nas widok. Co prawda w Tanzanii widzieliśmy płachty na muchy tse-tse, ale tam chodziło o bezpieczeństwo turystów. Tu ważne jest coś innego. Zresztą na szosach w całym kraju można też zauważyć mnóstwo rozjechanych introdukowanych gatunków: oposów, szczurów, królików, czasem jeży. Ma się wrażenie, że ludzie rozjeżdżają je specjalnie. I nie ma w tym przesady – można zauważyć wręcz instytucjonalną niechęć wpajaną od maleńkości do przyjezdnych zwierząt. A to na książeczkach dla dzieci, a to większa i mniejsza galanteria futerkowa z oposów, a to cukierki w kształcie rozjechanego oposa.

Pułapka na gryzonie
Pułapka na gryzonie

Ma to oczywiście swoją podstawę w usilnym dążeniu do ochrony własnego biotopu, dla którego przyjezdne zwierzęta są prawdziwym zagrożeniem. Należy tu przypomnieć coś, o czym wiele razy już pisaliśmy:  w Nowej Zelandii nie licząc nietoperzy i fok, rdzennie nie było żadnych ssaków. Dziś jest ich całe mnóstwo i wypierają lokalną faunę. Dlatego są tak nielubiane. Niemniej jednak taka forma ochrony lokalnego ekosystemu w parku narodowym trochę zaskakuje.

Ostrygojad
Ostrygojad

Opos a kitanka

Warto dodać jeszcze jedną uwagę odnośnie oposów. Najczęściej występujący gatunek, który przybył tu z Australii, to kitanka. Należy ona do rzędu dwuprzodozębowców, podobnie jak oposy karłowate (zwane też drzewnicami). Właściwe oposy zamieszkują Amerykę (Środkową i Południową) i są obecnie zaliczane do rzędu dydelfokształtnych. Jedne i drugie są torbaczami. Nazwy polskie jak i angielskie mogą sugerować, że to różne gatunki dość blisko ze sobą spokrewnione. Historycznie systematyka powstawała na podstawie cech zewnętrznych, w ostatnich kilkunastu latach została napisana na nowo na podstawie badań genetycznych, jednak część starych nazw pozostała. Stąd warto zauważyć, że oposy w Nowej Zelandii nie do końca są właściwymi oposami takimi jak amerykańskie, mimo że tak się je czasem nazywa.

Krajobraz PN Abel Tasman
Krajobraz PN Abel Tasman

Zwiedzanie parku i noclegi

Już przy wejściu do parku mamy możliwość albo przejścia się ścieżką w lesie nad brzegiem, albo bardziej plażą. Bardzo interesująca, także ze względu na wspaniałe drzewa i cudowne widoki. Czasem schodzi się do morza, czasem widzi je z góry, po drodze jest wiele zakamarków ze strumieniami czy wodospadami. Alternatywą jest eksploracja plaży z szuwarami. Tu jest mnóstwo ptaków, które brodzą po płytkiej wodzie szukając pożywienia.

Park Narodowy Abel Tasman
Park Narodowy Abel Tasman

Choć park należy do tych mniejszych, to jednak przemierzenie go wymaga trochę czasu. Jeśli się go ma w zapasie, to można Abel Tasman zwiedzać w dwojaki sposób. Pierwszy to rozbijając sobie namioty wewnątrz parku w miejscach wyznaczonych, ale uwaga: taki nocleg, podobnie jak w schronisku czy gdzieś indziej, należy zarezerwować wcześniej. Są surowe kary za „samowolne” rozbijanie się, zwłaszcza poza miejscami wyznaczonymi. Jednak decydując się na takie rozwiązanie  w kilka dni można zobaczyć całkiem sporo. Samochód zostawia się przed parkiem. Druga opcja jest dla osób, które chcą liznąć ten park. W okolicznych miejscowościach nad zatoką można złapać wodną taksówkę. Ta przewozi nas do jednego punktu i odbiera w kolejnym, parę godzin później. Pozwala to na przejście się nadmorskim szlakiem, bez konieczności wracania się.

Zimorodek
Zimorodek

Zresztą trochę dalsze okolice mają też tańsze noclegi. Myśmy wybrali sobie apartament w Kaiteriteri za całkiem rozsądną cenę, w dodatku to co dostaliśmy, było nieźle wyposażone. Minusem jest to, że nie śpi się w parku narodowym. Ale to pomijając Fiordland i Tongariro, bez namiotów jest dość trudne.

PN Abel Tasman
PN Abel Tasman

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
PN Abel Tasman
Share Button

Kanion Okatse i spacer nad drzewami

Kanion Okatse (ang. Okace) to jedna z najnowszych atrakcji Gruzji. Otwarty w 2004 roku powoli zyskuje swoje miejsce wśród turystów. Trzeba przyznać, że sam pomysł jest bardzo dobry, choć niestety w tym przypadku szwankuje trochę wykonanie. No i reklama, ta robi tu zdecydowanie najgorszą robotę.

Droga do kanionu i krowa, przecież to Gruzja
Droga do kanionu i krowa, przecież to Gruzja

Kanion Okatse i chodzenie nad drzewami

Wyobraźmy sobie zwiedzanie kanionu idąc mostami zwisającymi z jego ścian. Pobudza to wyobraźnię i przyciąga ludzi. Mało tego, udało się to Gruzinom zbudować. To jest ta dobra część tej atrakcji. Niestety są też dwa podstawowe minusy. Pierwszy jest taki, że mamy tu wiele drzew, które rosną i ograniczają pole widzenia. W efekcie idąc sobie tymi mostkami, w wielu miejscach nie widać kanionu, a jedynie drzewa. Bardziej przypomina to treewalk, ale chyba nie o to chodziło (choć samo w sobie jest fajne). Drzewa zarastają też dno kanionu, przez co prawie w ogóle nie widać wody.

Kanion Okatse
Kanion Okatse

Akurat ten problem to przede wszystkim kwestia oczekiwań. Jeśli się już wie, czego się spodziewać, to trasa jest całkiem przyjemna. No i zakończona wysuniętą platformą, z której dość dobrze widać całą okolicę kanionu.

Między drzewami
Między drzewami

Drugi problem to samo dotarcie do kładki. Od Visitor’s Center do niej mamy do przejścia trasę na jakieś 15-20 minut. Samo przejście mostkami również tyle zajmuje, jak nie mniej. Zresztą dopiero przed wejściem na mostki sprawdzane są bilety. Znów, droga między drzewami sama w sobie zła nie jest, ale nie tego oczekiwaliśmy po tej atrakcji.

Treewalk
Treewalk

Problem z dotarciem

Pytanie jest takie, czemu Visitor’s Center jest tak mocno oddalony od właściwego wejścia na kanion? Głównie ze względu na drogę i słaby dojazd. O ile przejście jest bardzo przyjemne, o tyle jazda samochodem dość ciężka, ze względu na koleiny, nieutwardzoną drogę. To właściwie off-road. Czemu Gruzini nic z tym nie robią? Bo poza biletami można przecież kupić dojazd pod sam kanion. W ten sposób kwitnie biznes. Niektórzy oczywiście próbują dojechać tu na własną rękę, ale bez samochodu z wysokim podwoziem, bez doświadczenia i z brakiem znajomości drogi, radzimy sobie odpuścić. Widzieliśmy jak kończyli tacy śmiałkowie (wycofując się w pewnym momencie i blokując przy okazji ruch, oczywiście o ile mają szczęście).

Platforma widokowa
Platforma widokowa

Kanion znajduje się w okolicach Kutaisi, stamtąd można dojechać tu marszrutką, ewentualnie taksówką. Jest też wiele mniejszych biur, które proponują przejazd do tego miejsca i okolic.

Kanion Okatse
Kanion Okatse

Dla nas największym problemem były właśnie piękne zdjęcia folderowe i krótkie opisy, czego się spodziewać. Choć jesteśmy zadowoleni z odwiedzenia kanionu, prawdopodobnie drugi raz spróbowalibyśmy raczej zobaczyć coś innego w okolicy. Za dużo czasu zajął nam dojazd i dojście do właściwej atrakcji względem tego, ile oferowała. Tu nie chodzi o cenę, ale o przede wszystkim czas i konieczność rezygnacji z innych rzeczy, a na koniec rozminięcie się z oczekiwaniami. Jak ktoś ma czasu nadto, można się zastanowić. Jeśli jest go niewiele, to w Gruzji znajdziemy zdecydowanie lepsze atrakcje.

Kanion Okatse
Kanion Okatse

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Kanion Okatse
Share Button

Wulkany błotne Gobustanu niedaleko Alat

Mniej znaną, jak również częściej występującą w różnych miejscach świata, geologiczną osobliwością Azerbejdżanu są wulkany błotne (azer. palcik vulkanar). Można je znaleźć w Gobustanie, niedaleko od Parku Narodowego (trzeba jechać bardziej na południe). Póki co, jest to atrakcja całkowicie darmowa. Jedyny problem to dotarcie do niej. Bez samochodu, czy taksówki (i to nie każdej) nie ma szans, w dodatku trzeba liczyć się z przejściem kilku kilometrów, jeśli nie znajdzie się właściwej drogi.

Pustynny krajobraz Azerbejdżanu
Pustynny krajobraz Azerbejdżanu

Wulkany błotne i inne zjawiska

Zjawisko to jest wielce interesujące. Naukowo związane jest z erupcjami gazu ziemnego, który wybija się z głębin, a następnie przechodzi przez piasek, ił, lub żwir, miesza to z wodą, czego efektem są właśnie wulkany błotne. Są to niewielkie stożki, które bulgoczą błotem z mniejszym lub większym natężeniem. Jednocześnie nie ma tu charakterystycznych dla normalnych wulkanów procesów zmieniających środowisko. Co więcej to błoto, wzbogacone o substancje organiczne, jest chłodne. Nie parzy. Więc można śmiało wsadzać w nie ręce.

Jezioro
Jezioro

Wulkany tego typu dzielą się na dwa rodzaje. Bardziej wybuchowe i bardziej wylewne. W Gobustanie mamy do czynienia z tymi drugimi. Istotne jest też to, że zjawisko to może mieć charakter okresowy. Szczęśliwie w Azerbejdżanie występuje stale.

Wulkany błotne z daleka
Wulkany błotne z daleka

Wulkan błotny w okolicach Alat

Gdy już dotrzemy do wulkanów, to można obserwować kilka stożków na różnym etapie rozwoju. Cześć jest już przyschniętych i dogasających. Inne bulgoczą dość mocno, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk. Jak się podejdzie bliżej, to nawet chlapią. Jeszcze inne są na wczesnym etapie tworzenia się. Wyglądają jak niewielkie błotne naleciałości.

Wulkan błotny z bliska
Wulkan błotny z bliska

Oprócz wulkanów można tu także zobaczyć dość płytkie zbiorniki z rozwodnionym błotem, które także bulgoczą.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Jak wspominaliśmy wcześniej, atrakcja jest darmowa. Turystów jest tu bardzo niewielu. Mało kto o tym w ogóle wie, jeszcze mniej osób tu przyjeżdża. W Azerbejdżanie zarabiają na tym co najwyżej taksówki. Choć przy wjeździe do Parku Narodowego poinformowano nas, że jest takie kuriozum w okolicy, to jednak w praktyce nie ma tu żadnego oznakowania. Nic.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Jak dojechać

By dojechać do wulkanów z Baku czy Parku Narodowego Gobustanu, należy kierować się na miejscowość Alat (azer. Ələt). Tam pojechać zgodnie z drogowskazem na Şpal Zavodu, przejechać linię kolejową i kierować się na północ, a potem wspiąć na górę. Gdzieś też jest dojazd już bardziej bezpośrednio pod wulkany, niekoniecznie oznaczony, ale znany przez taksówkarzy. Można też w Alat skorzystać z GPSa, podjechać w miarę blisko drogą do wulkanów, a dalej przejść już do nich na piechotę. Teren jest otwarty. Może trzeba będzie przejść przez tory kolejowe lub rurociąg, ale poza tym jest to właściwie pustynia. Takie rozwiązanie jest dobre, gdy ma się samochód z niskim podwoziem, bo niestety sam dojazd drogami szrutowymi może być problemowy. Jeśli chce się oszczędzić nóg, warto poszukać trasy, która prowadzi bliżej stożków lub skorzystać z taksówki.

Stożek wulkanu
Stożek wulkanu

Wulkany błotne to naprawdę bardzo ciekawe zjawisko. Zaś te kopczyki, przypominające trochę mrowiska czy termitiery z pewnością są warte niedogodności wyprawy. Obok Janar Dah to bez wątpienia jedno z najbardziej zapadających w pamięć miejsc Azerbejdżanu.

Widok z wulkanu
Widok z wulkanu
Widok na Morze Kaspijskie
Widok na Morze Kaspijskie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
Wulkany błotne
Share Button

Park Narodowy Tongariro, czyli Mordor

„Nikt po prostu nie wchodzi do Mordoru” mówi filmowy Boromir (Sean Bean) w „Drużynie pierścienia” Petera Jacksona. Nie jest to do końca prawda, do Mordoru jest wejść dość łatwo, w dodatku nie ma nawet biletów. Przynajmniej jeśli mówimy o miejscu, w którym kręcono Mordor (i Górę Przeznaczenia), czyli Parku Narodowym Tongariro.

Tongariro - początek Apline Crossing
Tongariro – początek Apline Crossing

Park Narodowy Tongariro

Tongariro to jeden z najstarszych parków narodowych na świecie i pierwszy w Nowej Zelandii. Założono go w 1887 roku; znajduje się także na liście UNESCO. Tongariro to obszar wulkanicznej aktywności, obejmujący trzy aktywne wulkany: Ruapehu, Ngauruhoe i Tongariro. Osiągają one wysokości odpowiednio 2797, 2291 i 1978 m.n.p.m. Te wulkany są cały czas aktywne, ostatnia poważna erupcja w 2012 roku była dziełem Tongariro. Okolica jest nieustannie monitorowana przez sejsmologów. Zresztą na terenie parku mamy informację o ewentualnej drodze ewakuacyjnej, czy tak zwanych bezpiecznych miejscach.

Powulkaniczne skały "Mordoru"
Powulkaniczne skały „Mordoru”

To dość duży i zróżnicowany park posiadający wiele większych i mniejszych szlaków. Najbardziej słynny z nich to Tongariro Alpine Crossing. Określa się go mianem jednej z najlepszych 1-dniowych pieszych tras, to oczywiście jeden z nowozelandzkich Wielkich Szlaków (The Great Walk), choć tu uwaga, wlicza się to całą Pętlę, nie tylko Alpine Crossing. Trasa wiedzie z jednej strony Parku Narodowego Tongariro na drugą i liczy jakieś 19,5 kilometra. Po drodze podziwia się kratery wulkanów zalane wodą i surowe otoczenie.

W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin
W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin

Jak zacząć

Przejście jest długie i trochę wymagające, więc jest to trasa w jedną stronę. Po obu stronach wejścia na szlak znajdują się parkingi (darmowe). Jeden w Ketetahi, drugi w Mangatepopo. W tym pierwszym można zaparkować auto tylko do czterech godzin, czyli szlaku się nie przejdzie. Drugi był sugerowany jako miejsce, gdzie można zostawić samochód, przejść, a w Ketetahi wsiąść do busa (płatnego) i wrócić do miejsca, w którym zostawiło się swój pojazd. Podczas naszej wizyty także w tym miejscu wprowadzono czterogodzinne ograniczenie. Pilnują tego, ale nie wiemy jak restrykcyjnie. W każdym razie przed parkingiem w Mangatepopo znaleźliśmy lokalne reklamy prywatnych, płatnych parkingów z dowózką w obie strony. Wiele osób korzysta z dojazdu zorganizowanego przez różne firmy, np. z okolic Taupo. Podwożą pod jedno wejście i odbierają na drugim.

Ścieżka jest wytyczona
Ścieżka jest wytyczona

Nie tylko aktywność wulkaniczna jest tu problemem. Klimat jest dość kapryśny i jak to w wysokich górach, pogoda może zmienić się z godziny na godzinę. Gdy pogoda jest zła, nie kursują shuttle busy, co utrudnia przejście pełnym szlakiem. Można wtedy tylko zrobić sobie kawałek (mieszcząc się w czterech godzinach). Nam niestety pogoda pokrzyżowała plany przejścia przez Alpine Crossing, ale na szczęście jest jeszcze kilka innych miejsc w parku.

Krajobraz "Mordoru"
Krajobraz jak z „Mordoru”

Tongariro, czyli Mordor

Jednak zostańmy jeszcze przy szlaku, bo jest bardzo interesujący filmowo. Choćby Mount Ngautuhoe (2291 m. n.p.m.). Wulkan ten, którego ostatnia erupcja miała miejsce w 1977 roku, w filmie „Władca Pierścieni: Powrót króla” odegrał rolę Góry Przeznaczenia, gdzie do Szczelin Zagłady Frodo miał cisnąć Pierścień. Przy dobrych warunkach i odpowiednio zagospodarowanym czasie można na niego wejść. Zdjęcia kręcono w 2000.

I z "Willow"
I jak  z „Willow”

Tongariro „zagrało” Mordor we „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona. Surowy krajobraz, skąpa roślinność wysokogórska, ślady świeżych erupcji wulkanicznych i te ostre, poszarpane stożki. Czy jest lepsze miejsce na Krainę Cienia? Patrząc na film widzi się kształty, klimat, ale nie zawsze kolory. Jackson w Mordorze użył wielu filtrów i efektów komputerowych, więc trzeba się trochę wpatrzeć, ale klimat jest. Cóż, same skały i granie może wyglądają tu posępnie, ale nie tak mrocznie jakby chcieli tego filmowcy. Bo kwitnący i kolorowy Mordor nie napawa nas przecież grozą.

Tongariro
Tongariro

Zupełnie inaczej sprawa się ma z filmem „Willow” Rona Howarda (wyprodukowanym przez George’a Lucasa). Ten także był kręcony w tym parku, zresztą blisko miejsc, gdzie potem nagrywano Mordor. W „Willow” jednak nie używano filtrów, więc dość dobrze oddaje klimat tego miejsca, w szczególności gór, a już zwłaszcza w pochmurny dzień, na jaki trafiliśmy. Tongariro u Howarda to okolice zamku Bavmordy. Zdjęcia kręcono wiosną 1987.

Ścieżka w Tongariro
Ścieżka w Tongariro

Poza Tongariro Alpine Crossing

Odchodząc zaś od Alpine Crossing. Nieopodal Whakapapa Village znajduje się wodospad Tawhai. Tutaj kręcono sceny z Gollumem w świętej sadzawce, w której złapał sobie rybkę i beztrosko tłukł ją o kamień podśpiewując.

Wodospad Tawhai
Wodospad Tawhai

To także obszar, na którym żyją kiwi. Można się tu natknąć na znaki przypominające, by uważać w nocy. Za to dużo łatwiej zobaczyć znaki informujące o obecności tych ptaków.

Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)
Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)

Inne trasy wewnątrz parku nie są już tak słynne. Nie przechodzi się blisko wulkanów, ale i tak są bardzo ładne. Położone niżej, częściej idzie się wśród drzew, więc nawet przy silnym i porywistym wietrze nie są zamykane. Spokojnie można przejść kawałkiem Pętli Północnej Tongariro (Tongariro Northern Circuit). Jej częścią jest wspominany Alpine Crossing. Cała pętla to mniej więcej 3-4 dni wędrówki. Nawet fragmenty tej ścieżki są ciekawe, pełne wodospadów, grani i różnej roślinności.

Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai

Tongariro jest słynne także jako idealne miejsce dla narciarzy. Sprawia to, że baza hotelowa już w samym parku jest dość mocno rozbudowana i mówimy tu głównie o hotelach wyższej klasy, z saunami i masą innych atrakcji, a co za tym idzie droższymi. Niemniej jednak, jak to bywa w Nowej Zelandii, choć restauracje czy bary są, godziny ich otwarcia są dość krótkie, więc czasem trzeba wybrać między jedzeniem, a zwiedzaniem okolicy. A tras spacerowych, pomijając tę główną, jest tu bardzo dużo. Swoją drogą trasy narciarskie też wykorzystano w filmach Jacksona.

Wodospad Taranaki
Wodospad Taranaki

Ochrona przyrody

Władze Parku mają pewien dwugłos jeśli chodzi o „Władcę Pierścieni”. Dziś wykorzystują go w rozreklamowaniu tego miejsca, ale przy kręceniu wystąpiły pewne problemy. Omyłkowo filmowcy dostali zgodę na wprowadzenie tam sprzętu, który nie powinien wjechać do parku. Ostatecznie wyrządzili trochę szkód, które w 2005 naprawiła specjalna ekipa. Dyrekcja była zła na ekipę Jacksona, ale dziś umiejętnie czerpie z tego zysk.

Taranaki Falls
Taranaki Falls

Ten park zrobił na nas fenomenalne wrażenie. Bardzo żałujemy, że nie przeszliśmy całego Tongariro Alpine Crossing z powodu złych warunków pogodowych, ale i tak większość dnia spędziliśmy na nogach. Trochę marznąć, ale też podziwiając przepiękne widoki. W każdym razie jest bardzo konkretny powód, by tu jeszcze wrócić.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
PN Tongariro
Szlak filmowy
PN Tongariro
Share Button

Wadi Bani Khalid, kanion w Omanie

Wadi to formacja geologiczna: wąwóz, często głębokie wyschłe koryto rzeki. Opisywaliśmy je przy okazji Jordanii (Wadi Mujib, Wadi Rum – acz to inny przypadek). Będąc w Omanie postanowiliśmy zobaczyć podobne miejsce. Zwłaszcza, że Wadi Bani Khalid (arab. وِلَايَـة وَادِي بَـنِي خَـالِـد), obok Wahiba Sands to zdecydowanie jedna z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji tego kraju. Przybywa tu wiele wycieczek z Maskatu, zarówno tych zorganizowanych, jak i samodzielnych (jak my).

Dojście do kanionu
Dojście do kanionu

Wadi Bani Khalid

Wadi Bani Khalid broni się doskonale samo. Jest popularne, bo przyciąga dwa typy turystów. Jednych, którym wystarczy trochę wody do pluskania, oraz drugich, skorych do przejścia się kanionem.

Wadi Bani Khalid
Wadi Bani Khalid

Bardzo turystycznym miejscem jest wioska Muqil nieopodal wejścia do kanionu. System nawadniających kanałów i woda spływająca z góry tworzą grupę basenów o krystalicznie czystej wodzie. Raczej ciepłej. Obecny kształt tych basenów to efekt działalności człowieka. Wstęp jest darmowy, są ratownicy i kawiarenka, ławeczki, śmietniki, tylko… obowiązuje zgodny z prawem szariatu strój kąpielowy (zakryte ramiona), a kobiety i mężczyźni powinni kąpać się osobno (powinni, tak nas informowano, ale nikt nie gonił za koedukacyjną kąpiel). Kwestie stroju kobiecego są dość mocno egzekwowane, choć w sposób ideologiczny. Nie ma problemu w spodzie przypominającym stringi, o ile ramiona są zakryte koszulą. W teorii są dwa zejścia do osobnych jeziorek, jedno dla mężczyzn, drugie dla kobiet. Ale ponieważ można przepłynąć z jednego do drugiego, to żadnych interwencji nie widzieliśmy.

Sztuczne jezioro - kąpielisko
Sztuczne jezioro – kąpielisko

Kanion

Za terenem turystycznym rozciąga się właściwy kanion. Woda też jest, ale to już nie jest miejsce modyfikowane przez ludzi, więc warto pamiętać o głębokości, ta może być dla  miejscami zdradziecka. Oczywiście wewnątrz kanionu również można się kąpać. Tam jednak obowiązuje turystyczna wolna amerykanka, mężczyźni i kobiety kąpią się razem, nie obowiązują też surowe reguły dotyczące strojów. No i nie ma ratowników.

Wąwóz
Wąwóz
Widok z wąwozu, kąpielisko w tle
Widok z wąwozu, kąpielisko w tle

Dla nas ciekawsza była dalsza część wadi, bo bardziej dziko. Właściwie za tym miejscem, obleganym przez miłośników koedukacyjnej kąpieli, robi się dużo puściej, ciszej i można  obcować z naturą. Idzie się w górę potoku, gdzie jest bardzo malowniczo, urokliwie i jest to teren nieskażony przez człowieka. Z głębokiej wody robi się właściwie strumień (nie licząc pory deszczowej), który czasem trzeba przekraczać. Jak daleko się ciągnie – trudno powiedzieć, zwłaszcza że jeden wąwóz płynnie przechodzi w drugi. Jednym z punktów do zwiedzania w Wadi Bani Khalid jest jaskinia z petroglifami. Jednak ponieważ to jest naprawdę ciasne i ciemne miejsce, zrezygnowaliśmy. Ale był też drugi powód.

Kanion
Kanion

To dobry moment, by pamiętać o bezpieczeństwie. Podróżujemy we dwójkę, więc gdy oddaliliśmy się na tyle, że przestaliśmy widywać innych ludzi,  postanowiliśmy zawrócić. Skręcenie kostki czy inny uraz to nie jest coś, co chcemy wynieść z wadi. Natomiast jeśli chodzi o rzeczoną jaskinię, to różne rzeczy na jej temat można wyczytać w sieci. Pewnie przy większej ekipie wchodzących byśmy zaryzykowali, ale samodzielnie, tym razem sobie odpuściliśmy. Zwłaszcza, że jest to całkowicie niestrzeżone miejsce. No i innych turystów również nie było zbyt wielu. Niestety w takich miejscach najlepiej się trzymać innych grup, tak na wszelki wypadek.

Skały i woda
Skały i woda

Jaskinia jest również nieoznaczona, jak zresztą praktycznie cały szlak przez Wadi Bani Khalid. Idzie się przed siebie i szuka drogi między zwaliskami kamieni i przez strumienie.. Czasem trzeba ściągnąć buty i przejść przez wodę, sama frajda, acz nie tak intensywna jak w jordańskim Wadi Mujib. Trekking w kanionach to jest to, co naprawdę nam się podoba. A tych wadi w Omanie jest naprawdę wiele, można tam spędzić całe tygodnie jeżdżąc z jednego do drugiego.

Wadi Bani Khalid
Wadi Bani Khalid

Góry Al Hajar

Przypatrując się skałom można zauważyć, że góry Al Hajar to głównie wapienie z okresu kredy i skały magmowe. Czasem widać skamieniałego jeżowca, albo coś w tym stylu. Jest tu trochę skamielin.

Strumienie do przejścia
Strumienie do przejścia

Zaś w okolicy, już zjeżdżając z gór Al Hajar można wypatrzyć połacie pustyni Sharquia, bardziej znanej jako Wahiba. Właśnie dlatego te dwa miejsca są łączone przez operatorów wycieczek, są naprawdę blisko, a przy tym są niesamowite.

Wąwóz
Wąwóz

Wadi Bani Khalid to miejsce chętnie odwiedzane przez turystów, ale większość z nich jest dowożona przez miejscowych przewodników. Samemu trudno tutaj trafić, znaki drogowe w pewnym momencie się urywają. Myśmy sprytnie pojechali za samochodem z turystami. Droga w całości jest dość dobra, nie ma żadnych offroadów czy potrzeby jechania po żwirze lub piasku. Ruch turystyczny jak na Oman jest całkiem spory, więc łatwo się podłączyć (niestety większość tych ludzi zostaje w pierwszej części). Parking jest darmowy (na mapach Google oznaczony jako Wadi Bani Khalid parking area). Dużo tam wylanego betonu, ale potem droga do tej części turystycznej wygląda trochę na dziką.

Kanion
Kanion

Wadi Bani Khalid to naprawdę piękne i urokliwe miejsce. Idealne do spokojnego odpoczynku przed lub po wypadzie na pustynię, jak również do eksploracji. Sam wąwóz jest krótszy niż np. Samaria na Krecie, ale przy tym trochę trudniejszy, gdyż wymaga miejscami wspinaczki.

Skały, głazy i strumienie
Skały, głazy i strumienie
Czasem konieczna jest wspinaczka
Czasem konieczna jest wspinaczka

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Wadi Bani Khalid
Share Button

Przylądek Reinga, daleka północ na Antypodach

W Nowej Zelandii jest wiele przepięknych i malowniczych miejsc. Jednym z bardziej charakterystycznych i popularnych wśród turystów jest przylądek Reinga (Cape Reinga) na półwyspie Aupouri (Aupouri Peninsula). To piękne miejsce ma też maoryską nazwę – Te Rerenga Wairua. Jest ona bardzo ważna ze względu na wiele podań dotyczących tej lokacji, ale oprócz interesujących opowieści, jest także przecudowna przyrodniczo.

Cape Reinga
Cape Reinga

Przylądek Reinga (Cape Reinga)

Dodatkowo to najbardziej wysunięty na północ punkt Nowej Zelandii. Tutaj znajduje się latarnia morska i słup ukazujący kierunki i odległości do reszty świata. Wszędzie daleko, co tu dużo mówić. Ale już jadąc do przylądka natrafiamy na napisy, które nas dość mocno rozbawiły. „Daleka północ” (far north), tak właśnie Kiwi określają to miejsce. Zważywszy, że nieprędko będziemy tak daleko na południu, to ta nazwa nas zwyczajnie bawi.

Nowozelandzka daleka północ
Nowozelandzka daleka północ

Cape Reinga jest także świętym miejscem Maorysów i tu nakłada się kilka różnych opowieści. Najważniejsza to ta, od której miejsce wzięło nazwę w ich języku. Otóż według legend i wierzeń, po śmierci Maorysa jego dusza wędruje właśnie tutaj, na samą północ kraju. Następnie wspina się na wykrzywione, 800-letnie drzewo Pohutukawa, które rośnie na samym skraju półwyspu, by z niego skoczyć wprost do oceanu i dalej wrócić do pradawnej ojczyzny, Hawaiki. Warto też dodać, że okolica była bardzo ważna ze względu na pochówki Maorysów. To z pewnością utrwaliło ten mit.

Reinga
Reinga

Maorysi wierzą także, że przypłynęli do Nowej Zelandii na wielorybie. Legendarnych miejsc lądowania jest kilka, czasem wymienia się też ten przylądek. Ale gdzie rzeczywiście wylądował pierwszy Maorys – Kupe, który sprowadził swój lud do tego kraju? Według ogólniejszych wierzeń miało to miejsce w Hokianga Harbour. Może nie był to Kupe, a maoryscy osadnicy, ale tę wersję zdają się potwierdzać badania naukowców. Wracając do legendy, Kupe nazwał wówczas tę ziemię Aotearoa, co znaczy Ziemia Długiej Białej Chmury.

Latarnia morska
Latarnia morska

Między morzem a oceanem

Ale to nie koniec wierzeń powiązanych z tym miejscem. Jest jeszcze jedno, związane z tym, że styka się tu Ocean Spokojny i Morze Tasmana. Bardzo dobrze widać to na błękicie wód. Różnica między nimi jest zaskakująco wyraźna. W dodatku z jednej strony jest spokojniej (zazwyczaj), a z drugiej szaleją wiatr i fale. Więc według Maorysów, jest to miejsce, w którym wody oceanu dzielą się na męskie i żeńskie, a następnie opływają Nową Zelandię.

Przylądek Reinga - rozdzielone wody Morza Tasmana i Oceanu Spokojnego
Przylądek Reinga – rozdzielone wody Morza Tasmana i Oceanu Spokojnego

Ostatnia sprawa to kwestia pływania w wodzie. Z przylądka widać skały, czy może jakieś niewielkie wyspy. Dopłynięcie do nich swego czasu również związane było z wchodzeniem w dorosłość.

 

Przylądek Reinga
Przylądek Reinga

Zostawmy jednak wierzenia. Na Cape Reinga prowadzi malownicza droga. Wokół mamy możliwość podziwiać bardzo ciekawą florę i faunę, w tym kilka endemicznych gatunków. Dodatkowo spacerując już po okolicy, możemy natknąć się na wiele tablic informacyjnych.

Wydmy Te Paki
Wydmy Te Paki

Wydmy Te Paki

Nieopodal Cape Reinga znajdują się gigantyczne wydmy Te Paki, największe wydmy w Nowej Zelandii. I chociaż nie dorównują marokańskim wydmom na Saharze (jak Erg Chebbi, nie mówiąc już o Wahiba Sands w Omanie), to jednak przez chwilę można poczuć się jak na najprawdziwszej pustyni. Tylko starzy wyjadacze jak my zauważą różnicę – piasek jest bardziej ubity, bo ma większą wilgotność i pomimo lekkiego wiatru, nie wzbija się tak w górę.

Wydmy Te Paki
Wydmy Te Paki

Dojazd zarówno do przylądka jak i wydm jest bezproblemowy. Prowadzi tu autostrada nr 1. Przy Cape Reinga jest całkiem spory parking, plus bardzo wiele tablic informacyjnych. Niedaleko są także kempingi, na których można się rozbić. Wydmy są trochę bardziej dzikie, droga nie jest już w całości asfaltowa, no i by się dostać na piasek, trzeba przejść przez dość szeroki, acz płytki strumień. Zresztą przy wydmach parking jest też o wiele mniejszy.

Trasa dojazdowa
Trasa dojazdowa

Przylądek znajduje się dziś na liście tymczasowej UNESCO. Kiedyś pewnie trafi na właściwą. W każdym razie jest to przepiękne miejsce przyrodniczo, jak i ważne kulturowo. Nic dziwnego, że przyjeżdża tu tyle osób. My także daliśmy się oczarować temu miejscu.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Przylądek Reinga
Share Button

Kapadocja: Göreme

Większość miejsc znajdujących się na liście UNESCO znajduje się w jednej kategorii: albo kulturowej albo przyrodniczej. Jest niewiele znajdujących się jednocześnie w obu. Jedno z nich to Park Narodowy Göreme (tur. Göreme Tarihî Millî Parkı) w Kapadocji. Swoją drogą w Turcji tak samo jest także z kompleksem Pamukkale-Hierapolis. Goreme zostało wpisane na listę w 1985 roku. Choć miejsce to nazywa się po polsku Parkiem Narodowym, czasem stosuje się też nazwę Otwarte Muzeum Göreme (tur. Göreme Açık Hava Müzesi). Znajduje się tu jakieś 350 wykutych w skale kościołów z czasów bizantyjskich, z tego koło 30 w ramach muzeum. To część, którą się najczęściej zwiedza.

Park Narodowy Göreme (Kapadocja)

Kaymakli
Kaymakli

W okolicy występuje wiele miękkich skał tufowych. To właśnie w nich od IV wieku zaczęto drążyć świątynie, kościoły i w pewnym sensie też skalne miasta. Najpierw osiedlali się tu chrześcijańscy asceci tworząc małe wspólnoty anachoretów. Początkowo ich duchowym przywódcą był święty Bazyli z Cezarei. To autor słynnej „Historii Kościoła”.

Kaymakli
Podziemia Kaymakli

Świątynie i kaplice powstawały przez wieki. Kolejne pokolenia drążyły swoje. Da się wyraźnie zauważyć różnicę, nie tylko wynikające z technologii i możliwości, ale też obowiązujących w danych czasach trendów czy nurtów. Choćby te, które wydrążono w okresie ikonoklazmu, były jeszcze bardziej minimalistyczne i mniej zdobione, niż wcześniejsze. Później zaś zaczęły pojawiać się bogate freski. Sprawia to bardzo ciekawe wrażenie, zwłaszcza, gdy wydrążone kościoły z różnych czasów sąsiadują ze sobą.

Cytadela Uçhisar
Cytadela Uçhisar

Podziemne miasta

Natomiast poza parkiem narodowym i muzeum jest tu jeszcze kilka innych rzeczy do zobaczenia. Przede wszystkim Kaymaklı (lub inaczej Enegup) oraz Derinkuyu. To z kolei są podziemne miasta, w których żyło więcej ludzi, nie tylko mnichów. Znajdowały się tu nawet stajnie, czyli wszystko co było potrzebne do życia. Miejsca takie pozwalały ludziom schronić się przed prześladowaniami. Kapadocja wyglądała na opuszczoną, w razie niebezpieczeństwa mieszkańcy dosłownie zapadali się pod ziemię.

Widok z Uçhisar
Widok z Uçhisar

Miasta podziemne także nie są udostępnione w całości. Odwiedzający mogą skorzystać z wyznaczonych tras. To zdecydowanie wystarcza, by liznąć trochę tych miejsc.

Göreme
Göreme

Słupy

Z innych ciekawostek w okolicy można zobaczyć słupy Szymona Słupnika. Wyobrażenie, przynajmniej u nas, jest zdecydowanie inne, niż rzeczywistość. Te słupy to formacje skalne, mało tego da się na nich nie tylko spokojnie siedzieć, ale i spać. W niektórych nawet mieszkać.

Göreme
Göreme

Cała okolica obfituje w przepiękne skalne formacje. Wiele z nich znajduje się przy drogach, czasem więc wystarczy się zatrzymać, by podziwiać skalne słupy.

Göreme (Kapadocja)
Göreme (Kapadocja)

Dojazd, bazy noclegowe i inne atrakcje

Do Göreme codziennie kursuje nocny autobus z Istambułu. Są też utrzymywane połączenia z innymi turystycznymi miejscami. Można też załapać się na wycieczki lokalnych operatorów, to popularny kierunek, więc nie powinno być problemu. Na miejscu trzeba jednak liczyć się z dużą ilością turystów. Niektórzy korzystają ze zwiedzania w balonach, co nadaje charakter okolicy. Zaś wczesnochrześcijańskie kościoły sprawiają, że poza zwykłymi globtroterami przyjeżdżają tu także pielgrzymi podążający za świętym Pawłem i pierwszymi chrześcijanami.

Goreme
Goreme

Gdyby ktoś szukał miejsc noclegowych stanowiących dobrą bazę wypadową po Kapadocji to są dwa. Nevsehir (tur. Nevşehir) z ciekawym muzeum, oraz Uçhisar słynące z skalnej cytadeli. Można na nią się wspiąć by podziwiać pobliskie wzniesienia. Minus jest taki, że Uçhisar niestety jest zauważalnie droższe.

Göreme
Göreme

Kapadocja to przepiękna, bardzo charakterystyczna część Turcji. Nie tak łatwo dostępna, ale z pewnością warta fatygi.

Słupy w Kapadocji
Słupy w Kapadocji

Na koniec jeszcze małe sprostowanie o „Gwiezdnych Wojnach”. Czasem można spotkać się z informacjami, iż kręcono tu „Nową nadzieję”. Nie kręcono. Poszukując lokacji scenografowie dotarli do Göreme, ale ostatecznie wybrali Tunezję. Natomiast kręcono tu ujęcia do tak zwanych „Tureckich Gwiezdnych Wojen”, czyli quasi-podróbki zawierającej sceny z oryginału.

Jeśli uważasz wpis za pomocny lub interesujący polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Kapadocja: Göreme ?
Share Button