Archiwum kategorii: Natura

Kapadocja: Göreme

Większość miejsc znajdujących się na liście UNESCO znajduje się w jednej kategorii: albo kulturowej albo przyrodniczej. Jest niewiele znajdujących się jednocześnie w obu. Jedno z nich to Park Narodowy Göreme (tur. Göreme Tarihî Millî Parkı) w Kapadocji. Swoją drogą w Turcji tak samo jest także z kompleksem Pamukkale-Hierapolis. Goreme zostało wpisane na listę w 1985 roku. Choć miejsce to nazywa się po polsku Parkiem Narodowym, czasem stosuje się też nazwę Otwarte Muzeum Göreme (tur. Göreme Açık Hava Müzesi). Znajduje się tu jakieś 350 wykutych w skale kościołów z czasów bizantyjskich, z tego koło 30 w ramach muzeum. To część, którą się najczęściej zwiedza.

Park Narodowy Göreme (Kapadocja)

Kaymakli
Kaymakli

W okolicy występuje wiele miękkich skał tufowych. To właśnie w nich od IV wieku zaczęto drążyć świątynie, kościoły i w pewnym sensie też skalne miasta. Najpierw osiedlali się tu chrześcijańscy asceci tworząc małe wspólnoty anachoretów. Początkowo ich duchowym przywódcą był święty Bazyli z Cezarei. To autor słynnej „Historii Kościoła”.

Kaymakli
Podziemia Kaymakli

Świątynie i kaplice powstawały przez wieki. Kolejne pokolenia drążyły swoje. Da się wyraźnie zauważyć różnicę, nie tylko wynikające z technologii i możliwości, ale też obowiązujących w danych czasach trendów czy nurtów. Choćby te, które wydrążono w okresie ikonoklazmu, były jeszcze bardziej minimalistyczne i mniej zdobione, niż wcześniejsze. Później zaś zaczęły pojawiać się bogate freski. Sprawia to bardzo ciekawe wrażenie, zwłaszcza, gdy wydrążone kościoły z różnych czasów sąsiadują ze sobą.

Cytadela Uçhisar
Cytadela Uçhisar

Podziemne miasta

Natomiast poza parkiem narodowym i muzeum jest tu jeszcze kilka innych rzeczy do zobaczenia. Przede wszystkim Kaymaklı (lub inaczej Enegup) oraz Derinkuyu. To z kolei są podziemne miasta, w których żyło więcej ludzi, nie tylko mnichów. Znajdowały się tu nawet stajnie, czyli wszystko co było potrzebne do życia. Miejsca takie pozwalały ludziom schronić się przed prześladowaniami. Kapadocja wyglądała na opuszczoną, w razie niebezpieczeństwa mieszkańcy dosłownie zapadali się pod ziemię.

Widok z Uçhisar
Widok z Uçhisar

Miasta podziemne także nie są udostępnione w całości. Odwiedzający mogą skorzystać z wyznaczonych tras. To zdecydowanie wystarcza, by liznąć trochę tych miejsc.

Göreme
Göreme

Słupy

Z innych ciekawostek w okolicy można zobaczyć słupy Szymona Słupnika. Wyobrażenie, przynajmniej u nas, jest zdecydowanie inne, niż rzeczywistość. Te słupy to formacje skalne, mało tego da się na nich nie tylko spokojnie siedzieć, ale i spać. W niektórych nawet mieszkać.

Göreme
Göreme

Cała okolica obfituje w przepiękne skalne formacje. Wiele z nich znajduje się przy drogach, czasem więc wystarczy się zatrzymać, by podziwiać skalne słupy.

Göreme (Kapadocja)
Göreme (Kapadocja)

Dojazd, bazy noclegowe i inne atrakcje

Do Göreme codziennie kursuje nocny autobus z Istambułu. Są też utrzymywane połączenia z innymi turystycznymi miejscami. Można też załapać się na wycieczki lokalnych operatorów, to popularny kierunek, więc nie powinno być problemu. Na miejscu trzeba jednak liczyć się z dużą ilością turystów. Niektórzy korzystają ze zwiedzania w balonach, co nadaje charakter okolicy. Zaś wczesnochrześcijańskie kościoły sprawiają, że poza zwykłymi globtroterami przyjeżdżają tu także pielgrzymi podążający za świętym Pawłem i pierwszymi chrześcijanami.

Goreme
Goreme

Gdyby ktoś szukał miejsc noclegowych stanowiących dobrą bazę wypadową po Kapadocji to są dwa. Nevsehir (tur. Nevşehir) z ciekawym muzeum, oraz Uçhisar słynące z skalnej cytadeli. Można na nią się wspiąć by podziwiać pobliskie wzniesienia. Minus jest taki, że Uçhisar niestety jest zauważalnie droższe.

Göreme
Göreme

Kapadocja to przepiękna, bardzo charakterystyczna część Turcji. Nie tak łatwo dostępna, ale z pewnością warta fatygi.

Słupy w Kapadocji
Słupy w Kapadocji

Na koniec jeszcze małe sprostowanie o „Gwiezdnych Wojnach”. Czasem można spotkać się z informacjami, iż kręcono tu „Nową nadzieję”. Nie kręcono. Poszukując lokacji scenografowie dotarli do Göreme, ale ostatecznie wybrali Tunezję. Natomiast kręcono tu ujęcia do tak zwanych „Tureckich Gwiezdnych Wojen”, czyli quasi-podróbki zawierającej sceny z oryginału.

Jeśli uważasz wpis za pomocny lub interesujący polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Kapadocja: Göreme ?
Share Button

Paihia i lasy namorzynowe

Miejsc turystycznych w Nowej Zelandii nie brakuje, jest w czym wybierać. Jednym z bardziej znanych ośrodków wypoczynkowych na Wyspie Północnej jest Zatoka Wysp, czyli Bay of Islands. Zaś największe miasto Zatoki to Paihia.

Plaża w Paihia
Plaża w Paihia

Paihia – zatoka wysp

Pierwszym Europejczykiem, który odwiedził to miejsce, był kapitan James Cook. To on nadał nazwę zatoce. Tu także wzniesiono pierwsze europejskie osady w Nowej Zelandii. Początkowo pomieszkiwali tu wielorybnicy, później też misjonarze. W 1845 toczyła się tu jedna z tak zwanych wojen maoryskich. Dokładniej wojna o maszt flagowy. Formalnie między Brytyjczykami a wojownikami Māori, w rzeczywistości jednak Korona Brytyjska wspierała tylko jednego z maoryskich wodzów w walce z innym. Tak więc miejsce to ma własne, historyczne korzenie, co nie jest częste w kraju Kiwi.

Las namorzynowy w Paihia
Las namorzynowy w Paihia

Paihia to najważniejsze miasto w Bay of Islands. Znajduje się na północy wyspy, dzięki ciepłym prądom morskim i klimatowi podzwrotnikowemu to doskonałe miejsce na wypoczynek. Dodatkowo plaża, zatoka z wyspami. Przybywają tu turyści zainteresowani tak wylegiwaniem się, jak żeglowaniem czy innymi wodnymi atrakcjami. Ponadto to słynne miejsce wśród wędkarzy. Wędkowanie w tym miejscu propagował amerykański pisarz Zane Grey, twórca literackiego westernu. Obecnie Paihia oferuje dużo więcej atrakcji turystycznych. W okolicy można pograć nawet w golfa.

Las w Paihia
Las w Paihia

Lasy namorzynowe w Paihia

Jednakże to nie wspaniała Zatoka Wysp nas tu przyciągnęła, a lasy namorzynowe, czyli jeden z rodzajów wiecznie zielonych lasów podzwrotnikowych. Namorzyny to grupa drzew, które doskonale radzą sobie rosnąć zanurzone w wodzie, słonej, słodkiej i często mieszanej. Porastają wybrzeża osłonięte od działania morskich fal, albo też koryta rzek czy jezior. Takich lasów na Północnej Wyspie jest wiele. Niektóre są stosunkowo małe, przypominają bardziej nasze szuwary, inne rozciągają się na dość dużym terenie.

Las namorzynowy w Paihia
Las namorzynowy w Paihia

W okolicy Paihia także znajduje się taki las. Można go zobaczyć wybierając się na wycieczkę kajakiem lub przejść leśną trasę. Tę zaczynamy od normalnego lasu, dopiero potem przechodzimy kładką między namorzynami. Ponieważ to okolica turystyczna, zadbano by przejście było interesujące.

Przeprawa przez wodę
Przeprawa przez wodę

Zaczynamy od bardziej „lądowego” lasu, co jest kojącym doświadczeniem. Na początek musimy przedostać się przez bramkę, która ma utrudnić wejście dzikim psom. Są znaki, że gdzieś na tym terenie żyje kiwi, ale w dzień nawet nie mamy co łudzić się, że zobaczymy te fascynujące ptaki. Niemniej jednak Nowozelandczycy robią wszystko, by chronić rdzenne gatunki. Tu to bardzo dobrze widać.

Paproć drzewiasta
Paproć drzewiasta

Nowa Zelandia to nie tylko gadzie skamieniałości jak hatteria, czy ptasie jak kiwi. To także niezwykłe rośliny. W lasach nowozelandzkich można natknąć się na paprocie drzewiaste. Rośliny te porastały ziemię kilkaset milionów lat temu, choćby w erze karbonu. Jako gatunek (w dodatku nie jeden) ostała się w Nowej Zelandii, można na nią natknąć się w lasach. Dorasta nawet do 25 metrów. Najbardziej znana paproć drzewiasta to Cyathea medullaris.

Namorzyny
Namorzyny

A sam spacer? Ciepło, różnorodność flory, powietrze nasycone zapachami późnej wiosny, nieznane nam dotąd ptasie śpiewy, czyli całe piękno Nowej Zelandii. Potem zaś główna atrakcja: namorzyny.

Młode namorzyny w wodzie
Młode namorzyny w wodzie

Wodospad Hararu

Trasa kończy się małym, acz widowiskowym wodospadem Hararu (Hararu Falls). Właściwie można ominąć cały szlak i przyjechać bezpośrednio na sam koniec. Zarówno tu, jak i na początku mamy parking. Szlak jest darmowy. Tyle że to co zdecydowanie jest tu najciekawsze przyrodniczo, przynajmniej dla nas, to właśnie namorzyny znajdujące się gdzieś w środku trasy. Niezależnie, którą stronę się wybierze, by dotrzeć do nich trzeba pokonać ze 2-3 kilometry.

Wodospad Haruru Falls
Wodospad Haruru Falls

Na namorzyny można natknąć się w kilku miejscach Nowej Zelandii. Myśmy wybrali tę okolicę właśnie ze względu na dobre opinie, jeśli chodzi o trasę pieszą. Z pewnością było to bardzo interesujące doświadczenie, zwłaszcza jako początek naszej nowozelandzkiej przygody.

Droga między namorzynami
Droga między namorzynami

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Paihia Przylądek Reinga
Share Button

Kazbegi lub raczej Stepancminda

Jedną z najczęściej odwiedzanych przez podróżnych z Polski (i nie tylko) miejsc w Gruzji jest miejscowość Stepancminda (gruz. სტეფანწმინდა), wciąż lepiej znana i kojarzona pod swoją starą nazwą Kazbegi (gruz. ყაზბეგი). Oryginalna i zarazem obecna nazwa upamiętnia świętego Szczepana. Kazbegi zaś pochodzi Gabriela Kazbegiego, lokalnego przywódcę, który wspierał Rosję. Nazwę Kazbegi nadano, gdy Gruzja była republiką w Związku Radzieckim, do oryginalnej powrócono w 2006 roku.

Droga z Kazbegi do Cminda Sameba
Droga z Kazbegi do Cminda Sameba

Droga na Kazbek

Stepancminda czy też Kazbegi znajduje się praktycznie na samym końcu Gruzińskiej Drogi Wojennej, 12 km od rosyjskiej granicy, gdzie znajduje się przejście graniczne. Jest to zdecydowanie mała mieścina, będąca raczej potencjalną bazą wypadową, jeśli ktoś zdecyduje się na wysokogórską wspinaczkę. Stepancminda położona jest na wysokości 1750 m n.p.m. Stąd rozpoczyna się często wspinaczkę na jeden z pięciotysięczników Kaukazu, czyli Kazbek (5047 m n.p.m, najwyższym szczytem Gruzji jest Szchara – 5193 m n.p.m), lub na wycieczki w głąb Wąwozu Darialskiego. Te wyprawy wymagają już pewnego doświadczenia i przygotowania.

Droga do Cminda Sameba
Droga do Cminda Sameba

Cminda Sameba

Większość odwiedzających to Stepancmindę raczej kieruje się do klasztoru Trójcy Świętej, czyli Cminda Sameba nieopodal wioski Gergeti. Znajduje się on jakieś 2 km od Kazbegi, na wysokości 2170 metrów To bardzo charakterystyczne miejsce, ze względu na górujące w tle szczyty, w tym Kazbek, jeśli dobrze popatrzymy i sprzyja nam widoczność. Z tego miejsca pochodzi wiele pocztówek i zdjęć folderowych. By zrobić je samemu, trzeba mieć szczęście do pogody. Chmury niestety potrafią trochę zepsuć widok. Szczęśliwie na żywo i tak wygląda to niesamowicie.

Kazbeg za chmurami
Kazbeg za chmurami

W samym monastyrze nie wolno było robić zdjęć, tylko na zewnątrz. Ten zbudowany w XIV wieku kościół jest świętym miejscem Gruzinów. Tutaj w okresie zagrożenia wojną w XVIII wieku z Mcchety przeniesiono święte relikwie, w tym krzyż św. Nino. W czasach sowieckich aktywność religijna była zakazana, ale kościół stanowił atrakcyjny punkt widokowy dla turystów górskich.

Cminda Sameba
Cminda Sameba

Kazbegi – Stepancminda

Z Kazbegi na szczyt prowadzą dwa szlaki piesze. Niestety oba są dość słabo oznaczone, jeśli w ogóle. Miejscami trzeba kierować się bardziej na wyczucie, starając dotrzeć na szczyt. Zważywszy na wysokość i czasem dość strome podejście, trasy te nie są oblegane. Większość osób korzysta z innych środków transportu, czyli przede wszystkim marszrutek, które zawożą podróżnych z miejscowości pod prawie sam klasztor (lub z powrotem). Można oczywiście próbować przejechać samemu tę drogę, ale raczej jest ona ciężka, wyboista, z koleinami, słabo oznaczana i wymagająca doświadczenia.

Widok z Cminda Sameba
Widok z Cminda Sameba

Sam klasztor niczym nie zaskakuje. To gruziński standard. Bardzo charakterystyczna zabudowa, raczej stonowany wystrój. To co naprawdę jest tu przepiękne to widoki, z olbrzymimi szczytami w tle. Dlatego warto choć w jedną stronę przejść się na własnych nogach, by to wszystko zobaczyć.

Widok z Cminda Sameba
Widok z Cminda Sameba

Do Kazbegi można dojechać autokarem, marszurtką (odjeżdżają z Tbilisi ze stacji Didube) czy nawet taksówką albo własnym samochodem. Pomijając samo wejście/wjazd na szczyt, Gruzińska Droga Wojenna jest bardzo dobrą trasą komunikacyjną, no i ładną.

Cminda Sameba
Cminda Sameba
Cminda Sameba
Cminda Sameba

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Kazbegi
Share Button

Laguna i plaża Balos

Krystalicznie czysta, błękitna woda, kolorowy piasek i cudowne skały no, i oczywiście wspaniała plaża. Laguna Balos to nie tylko jedna z największych i najbardziej rozpoznawalnych atrakcji Krety, ale również ikona turystycznej całej Grecji. Przepiękne miejsce, będące jednym z najczęściej fotografowanych. Nie bez powodu.

Droga do Balos
Droga do Balos

Plaża Balos

Laguna Balos (ang. Balos Lagoon, grec. Λιμνοθάλασσα Μπάλος) uchodzi za jedną z najpiękniejszych plaż (ang. Balos Beach, grec. Παραλία Μπάλος) na Krecie. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Plaża jest piaszczysta, ale znajdują się tu także skały. Piasek ma kilka kolorów, nie tylko złoty, miejscami nawet jest różowy. Złoto-różową plażę tworzą łachy piachu nanoszone między kamienne półwyspy, a okoliczne wody są płytkie do kostek lub tak głębokie, że cumują tutaj jachty i promy.

Kozy
Kozy

Ale Balos to przede wszystkim piaszczysta plaża i płytka, ciepła woda, więc przy dobrym słońcu jest to istny raj dla plażowiczów. Nam jednak bardziej niż leżakowanie do gustu przypadło myszkowanie między skałami. Były tutaj drobne rybki, ukwiały, kraby, krewetki i wciśnięte w otworki w skale ślimaki. Na niedalekich wzgórzach, przez które musieliśmy przejść, natknąć się można na jaszczurki. Pszczoły pracowicie latają między kwiatami tymianku – miód tymiankowy jest słynnym wyrobem greckim. Miejsce cudowne, tak do wypoczywania, jak i zwiedzania.

Kozy
Kozy

Wstęp na samą plażę jest bezpłatny, płaci się tylko za wjazd na teren parku krajobrazowego. Na plaży można wynająć leżak, parasol, są darmowe przebieralnie i toalety, ale uwaga: nie ma ich tam dużo. Infrastruktura nie jest rozbudowana, dzięki czemu to miejsce nie traci swego naturalnego charakteru. Poza sezonem należy mieć własny prowiant, jeśli planuje się dłuższe leżakowanie. W trakcie sezonu natomiast należy się liczyć z niedogodnościami. Mała ilość toalet, przebieralni, czy śmietników przy dużej ilości ludzi może trochę odczarować to miejsce. Ludzie naprawdę przybywają tu w olbrzymiej ilości i delektują się wodą, leżakami, piaskiem. W sezonie, zwłaszcza w późniejszych godzinach, to bardzo tłumne miejsce.

Droga do Balos (już do przejścia)
Droga do Balos (już do przejścia)

Dojazd na Balos

Samo dotarcie do tego miejsca jest nie lada atrakcją. Właściwie są dwa podstawowe sposoby, pierwszy o statek. Wpierw trzeba jednak dotrzeć do miejscowości Kissamos, skąd odpływa codziennie prom (w szczycie sezonu dwa razy dziennie). Dociera do plaży, a turyści mają wystarczająco dużo czasu, by nacieszyć się tym miejscem. Można też próbować dopłynąć tu np. z Chanii, jeśli wynajmie się jacht lub inny środek transportu, ale to już zdecydowanie droższa wyprawa.

Widok na plażę
Widok na plażę

Statek z Kissamos ma dodatkową atrakcję. Można się zatrzymać na wyspie Gramvousa (gr. Γραμβούσα), którą widać z Balos.

Laguna Balos
Laguna Balos

Alternatywą jest wypożyczenie samochodu i uwaga, ostatni odcinek to droga szutrowa. Co ciekawe, można tam znaleźć nawet przydrożną kapliczkę, popularną w różnych krajach prawosławnych. KTELe tu nie dojeżdżają. Długo się jedzie na zachód Krety, a tam już kieruje na hotel Balos Beach. Znaków jest wiele, ale faktycznie kierują one do wspomnianego ośrodka, nie do interesującego nas miejsca. Trzeba jechać dalej, tam już droga nie ma praktycznie żadnych rozgałęzień. Na chwile należy zatrzymać się przy wjeździe na teren Natura 2000, zapłacić za wjazd (około 1 Euro). Droga nie jest zła, mimo, że brakuje asfaltu, czy czasem barierek. Jak się jedzie spokojnie, problemu nie będzie. Trzeba tylko uważać na pasące się kozy, które schodzą na jezdnię i czasem tam odpoczywają.

Laguna Balos
Laguna Balos

Na końcu znajduje się parking, ale nie zawsze jest gwarancja, że się tam dojedzie. Wiele samochodów staje przy drodze, dalej trzeba przejść kawałek. W późniejszych godzinach ten sznur aut jest naprawdę spory. Swoją drogą jeśli wypożyczamy samochód bezpośrednio na Krecie, to jeśli nie jedziemy na Balos da się znaleźć możliwość wzięcia samochodu bez ubezpieczenia. Tu jest konieczne.

Plaża Balos
Plaża Balos

Przejście od parkingu

Dojście do plaży to dla jednych (w tym nas) będzie atrakcja sama w sobie (konkurencyjna w stosunku do wyspy). Dla innych zbędny trud. W każdym razie wpierw trzeba pokonać pagórek, ale stamtąd rozpościerają się przepiękne widoki. Z góry Balos wygląda niesamowicie, tak pocztówkowo, warte jest to każdej niedogodności. Laguna jest oczywiście bardzo ładna, ale to właśnie z góry wygląda tak rewelacyjnie i cudownie, więc nawet jeśli ktoś przypłynie tu jachtem, dla samego widoku warto się wdrapać.

Laguna
Laguna

Drogę tę można pokonać też wynajmując lokalne taxi, czyli osiołka. Po drodze zaś mijamy jeszcze kozy i rzadziej owce. Ale to na Krecie częsty widok. Chodzą po drodze, czasem zaczepiają ludzi. Rada: lepiej przybyć tutaj dość wcześnie, póki plażowiczów nie ma zbyt wielu, a i zaparkować można bliżej.

Brzeg
Brzeg
Skały
Skały

Jeśli kogoś interesuje tylko plaża, to zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest statek. My jednak polecamy przejście przez wzniesienia lub chociaż cofnięcie się do nich. Nie jest trudne, a dodatkowo gwarantuje naprawdę niesamowite widoki, czyli oglądanie laguny Balos z góry. To miejsce zasłużenie cieszy się dobrą sławą. My może nie byliśmy w stanie spędzić tam całego dnia, bo plaże nas specjalnie nie interesują, zwłaszcza, gdy w okolicy są inne atrakcje, ale to z pewnością jest ta część Krety, którą szkoda byłoby sobie odpuścić. Plaży Balos naprawdę warto dać szansę. Ten widok z góry to naprawdę coś wspaniałego, a przy słonecznej pogodzie naprawdę jest na co patrzeć.

Laguna
Laguna

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak Grecja
Plaża i laguna Balos Wąwóz Samaria
Share Button

Janar Dah (Yanar Dag)

Już w XIII wieku słynny podróżnik Marco Polo pisząc o Półwyspie Apszerońskim wspominał o płonących skałach, miejscach w których ulatnia się gaz ziemny i płonie wiecznym ogniem. To coś, co bez wątpienia wpłynęło na kształt religii zaratrusztiańskiej. Dziś takich miejsc w Azerbejdżanie już prawie nie ma. Jedno powstało przez przypadek. Mowa oczywiście o Janar Dah / Yanar Dag (azer. Yanar Dağ), co znaczy tyle co „płonąca góra”.

Yanar Dag
Yanar Dag

Janar Dah i Aszperon

Marco Polo nazwał takie zjawiska płomieniami znikąd. Geologicznie jednak ma to wytłumaczenie. Po pierwsze kiedyś w tej części świata znajdowały się olbrzymie złoża gazu i ropy. Po drugie piaskowce, które się nad nimi znajdują miały szczeliny, przez które wydobywały się etan i propan ulegając samozapłonowi. Stąd płonące skały i wieczne ognie, które były częstą osobliwością w całym Azerbejdżanie. Oczywiście do momentu, gdy zaczęto przemysłowo wydobywać ropę.

Yanar Dag
Yanar Dag

Z czasem większość naturalnych miejsc, w których ulatniał się gaz, zgasła. Janar Dah powstało w połowie lat 50. XX wieku przez przypadek. Podobno jeden pasterz wrzucił do szczeliny niedopałek papierosa i zapłonął ogień, który tli się do dziś.

Yanar Dag
Yanar Dag

Rozpadlina mierzy do 10 metrów szerokości. Zmienia się z czasem. W jednych miejscach przygasa, w innych się rozpala, ale obecnie utrzymuje się w miarę jednolitym kształcie już prawie 70 lat. Przez zdecydowaną większość tego czasu nikt się nim nie zajmował. Szczęśliwie przetrwało to do dziś. Obecnie budzi zainteresowanie turystów, więc nawet gdyby zgasło, z pewnością zostałoby na nowo zapalone.

Janar Dah
Janar Dah

Zwiedzanie Yanar Dag

Turystyka to nowość w Azerbejdżanie. Jeszcze kilka lat temu do Janar Dah dało się wejść za darmo. Bramka z kasą była otwarta przez kilka godzin, zaś potem nikt tego nie pilnował. Wokół zaś znajdowało się między innymi śmietnisko. Obecnie okolica się zmieniła. Przy wejściu jest całkiem duży parking. Wejściówka jest płatna, a po śmieciach nie ma ani śladu. Formalnie miejsce powinno być czynne do 20:00, ale najbardziej spektakularnie wygląda po zachodzie słońca, gdy wszystko się ściemnia. Więc obecnie pilnują tam interesu. Można zostać dłużej, ale oczywiście trudniej wejść za darmo.

Janar Dah o zmierzchu
Janar Dah o zmierzchu

Janar Dah znajduje się niedaleko Baku. Dokładniej w wiosce Mehemmedi. Można tu dojechać autobusami 217 i 147 (jeżdżą od dwóch różnych stacji metra), ale bez wątpienia najwygodniejszy sposób dotarcia to samochód (ewentualnie taksówka). Parking jest darmowy.

Yanar Dag o zmierzchu
Yanar Dag o zmierzchu

Płonące skały zostały wykorzystane w filmie „Świat to za mało” z bondowskiego cyklu. To właśnie jedną z nich do ręki wziął terrorysta Renard. Scena oczywiście nie była nagrywana w Janar Dah, choć kilka ujęć do filmu faktycznie kręcono w Azerbejdżanie.

Płonący gaz ziemny
Płonący gaz ziemny

Warto dodać, że poza wrażeniami wizualnymi, stojąc odpowiednio blisko można też poczuć ulatniający się gaz. No i oczywiście gorąco. Po zmroku zaś da się dostrzec charakterystyczny, niebieskawy kolor płonącego gazu.

Janar Dah
Janar Dah

W sąsiedztwie Janar Dah, czyli „płonącej góry” są Yanar Bulaq – „płonące strumienie”. Są to zwykłe strumyki wody, do których dostaje się nafta. Przezroczysta cienka warstwa utrzymuje się na powierzchni wody, ale gdy przyłożyć zapałkę – ulega podpaleniu. I jest płonący strumień.

Janar Dah
Janar Dah

Janar Dah to bez wątpienia jedno z ciekawszych miejsc, nie tylko w Azerbejdżanie. Taki geologiczny ewenement, któremu w miarę możliwości warto się przyjrzeć bliżej.

Janar Dah
Janar Dah

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
Janar Dah
Share Button

Gruzińska Droga Wojenna

Już sama nazwa jest zarówno intrygująca, jak i niepokojąca, zważywszy na najświeższą historię Gruzji. Szczęśliwie nazwa Gruzińska Droga Wojenna (gruz. საქართველოს სამხედრო გზა) jest zdecydowanie bardziej historyczna, niż aktualna. To droga, kiedyś szlak, licząca 208 km prowadząca z Tbilisi do Władykuakazu w Osetii Południowej (Rosja). Nazwa jednak nie wzięła się znikąd, faktycznie kiedyś wykorzystywały ten szlak armie Rzymian, Mongołów czy Persów. Jednak sama nazwa została nadana w XIX wieku, kiedy to Imperium Rosyjskie rozbudowywało militarne szlaki. Droga ta odegrała duże znaczenie w czasie walk w Czeczenii czy w Dagestanie. Zmodernizowano ją wówczas i z tamtego okresu właśnie pochodzi dzisiejsza nazwa.

Gruzińska Droga Wojenna dziś

Obecnie trasa słynie zupełnie z innego powodu. Jest malownicza, różnorodna, wije się między górami, dzięki czemu jest atrakcją turystyczną. Czasem uznawana jest za jedną z najpiękniejszych i najbardziej widowiskowych tras (w Gruzji na pewno).

Gruzińska Droga Wojenna widoki
Gruzińska Droga Wojenna widoki

Najczęściej trasa przez Gruzińską Drogę Wojenną zaczyna się w Tblisi, a kończy w miejscowości Stepancminda (dawniej Kazbegi). Ze stolicy można wziąć marszrutkę z dworca Didube. Alternatyw jest wiele, od taksówek, przez zorganizowane wycieczki, czy przejazd wynajętym samochodem. Trasę równie dobrze można przejeżdżać w okolicach Mcchety, dopiero dalej zaczyna się zmieniać.

Punkt obserwacyjny na przełęczy Krzyży
Punkt obserwacyjny na przełęczy Krzyży

Przełęcz Krzyżowa

Pomijając Kazbegi, które jest najczęściej celem przejazdu przez tę trasę, znajduje się na niej kilka bardzo interesujących i charakterystycznych punktów. Jak choćby Przełęcz Krzyżową znajdująca się na wysokości 2379 m n.p.m. To bardzo urocze miejsce. Znajduje się tu punkt obserwacyjny. Akurat ta najbardziej charakterystyczna platforma widokowa, będąca jednocześnie pomnikiem przyjaźni radziecko-gruzińskiej, była remontowana w trakcie naszego przejazdu, ale dało się ją zobaczyć z pewnej odległości, resztę zaś z trochę innej perspektywy. Jest miejsce do zaparkowania, a także bary z jedzeniem. Przede wszystkim da się samemu rozejrzeć, a widoki są niesamowite. W okolicy znajduje się ośrodek sportów zimowych w Gudauri.

Zbiornik
Zbiornik

Jezioro Żinwalskie i forteca Ananuri

Jadąc na północ, jeszcze przed przełączą, zobaczymy Jezioro Żinwalskie lub zbiornik Żinwali, sztuczne, zakończone tamą, ale bardzo urokliwe. U jego brzegów zlokalizowana jest twierdza Ananuri. Jej początki sięgają XIII wieku, ale większość ostałych zabudowań wzniesiono w XVII wieku. W samej fortyfikacji poza murami jest też cerkiew Wniebowstąpienia (dwa kościoły: mniejszy kościół Dziewicy z pierwszej połowy XVII wieku i większy kościół Matki Boskiej z końca XVII wieku). Też miejsce warte uwagi. Twierdza została wpisana na wstępną listę UNESCO w 2007. Była to siedziba książąt (eristavi) Argavi, a także arena kilku bitew, w tym powstania pospólstwa. Służyła aż do XIX wieku.

Forteca Ananuri
Forteca Ananuri
Wnętrze cerkwi
Wnętrze cerkwi

Bardzo ciekawym fragmentem jest też woda wypływająca ze źródeł. W jednym miejscu na trasie osadza się, tworząc wapienne schody, przypominające tureckie Pamukkale. Oczywiście zdecydowanie mniejsze, ale dostępne za darmo.

Gruzińska droga wojenna
Gruzińska droga wojenna

Przejazd

Obecnie Gruzińska Droga Wojenna została dobrze wyremontowana i przygotowana na dość duże zainteresowanie turystów. Niestety wciąż w wielu momentach jest kręta i niebezpieczna, znajdziemy tam zarówno kapliczki, jak i trzeba się liczyć z obecnością bydła domowego na drodze. Niemniej jednak widoki wynagradzają wszystko. Jadąc samemu samochodem trzeba jednak liczyć się z możliwymi korkami. W większości jest to jezdnia jednopasmowa, ciężko się tu wyprzedza, zwłaszcza gdy zakrętami jedzie tir lub autobus. Niemniej jednak droga w kierunku Kazbegu to zdecydowanie jedna z największych atrakcji Gruzji.

Gruzja, więc nie mogło zabraknąć krów na drogach
Gruzja, więc nie mogło zabraknąć krów na drogach
Tarasy wapienne
Tarasy wapienne

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Gruzińska droga wojenna
Share Button

Pamukkale i Hierapolis

Jedno z najsłynniejszych tureckich starożytnych miast to Hierapolis, ale tym razem wyróżnia się ono ze względu na wapienne tarasy z gorącymi źródłami. Mowa oczywiście o Pamukkale. Cały kompleks jest wpisany na listę UNESCO jako obiekt przyrodniczo-kulturowy. Stanowi jeden z najważniejszych antycznych zbytków Turcji, a ze względu na tarasy, przyciąga rzesze turystów. To właściwie dwie osobne atrakcje w jednym miejscu.

Pozostałości Hierapolis
Pozostałości Hierapolis

Hierapolis

Hierapolis (grec. Ἱεράπολις), co znaczy tyle co święte miasto, zostało wzniesione na wzgórzu Cökelez. Miasto założono w II wieku p.n.e. przez króla Pergamonu Eumenesa II. Osadnictwo istniało jednak tu wcześniej, ale nie do końca wiadomo, w jakim zakresie. W V wieku p.n.e. znajdowało się tu miasto Cydrara, prawdopodobnie zniszczone przez trzęsienie ziemi. Archeolodzy odkryli fragmenty małej świątyni z III wieku p.n.e., możliwe, że przetrwała do czasów Eumenesa. Przez długie lata, zwłaszcza w początkowym okresie istnienia miasta, Hierapolis pełniło także rolę uzdrowiska, ze względu na gorące źródła.

Ruiny Hierapolis
Ruiny Hierapolis

Hierapolis było wielokrotnie niszczone przez trzęsienia ziemi, ale gdy pojawili się tu Rzymianie, odbudowywano je. Stało się nawet bardzo ważnym ośrodkiem handlu. W pewnym okresie historii mieszkało tu prawie 100 tysięcy mieszkańców. Miasto rozrosło się także ze względu na rozwój chrześcijaństwa. Ukrzyżowano tu apostoła Filipa, po latach zaś powstało martyrium, bazyliki czy kościoły, do których licznie przybywali pielgrzymi. W XIV wieku miasto zostało zniszczone przez trzęsienie ziemi i nie odrodziło się. Jedną z najlepiej zachowanych budowli jest teatr rzymski. Reszta dziś nie robi takiego wrażenia, gdy porównamy to choćby z Efezem, przynajmniej jeśli chodzi o zabudowę.

Hierapolis
Hierapolis

Dziś można tu obejrzeć Ulica Frontiniusa, pozostałości po wielkich łaźniach, czy świątyniach, a także cmentarz. Wszystko jest dość dobrze opisane, łatwo się poruszać. W środku zaś znajduje się ośrodek z basenem, w każdej chwili można się schłodzić i odpocząć. To właśnie wyróżnia Hierapolis na tle wielu innych stanowisk archeologicznych. Jest nastawione na trochę innego typu odbiorców. Wszystko to z powodu drugiej atrakcji tego miejsca.

Hierapolis
Hierapolis

Pamukkale

Gdzieś między ruinami znajdują się wspomniane wapienne tarasy Pamukkale. To właśnie one przyciągają tu wielu turystów. Woda w taką pogodę jest orzeźwiająca. Tarasy zaś nadają się idealnie na spacer w wodzie.

Hierapolis
Hierapolis

Tarasy są bardzo duże. Znajduje się tu w sumie 17 gorących źródeł. Woda jest zwapniona, więc skała szybko osiada. Ilość przybywających turystów zagrażała temu miejscu, ale zaradzono temu. Obecnie do spacerowania jest dostępny jeden taras, który powstał w sposób sztuczny. Wylano trochę betonu by wzmocnić konstrukcję, wpuszczono wodę. Bardzo szybko doszło do zwapnienia i dziś choć ograniczono trochę ruch oraz wyburzono hotele, to jednak miejsce jest wciąż dostępne do zwiedzania. Trzeba tylko poruszać się po wyznaczonej ścieżce i koniecznie należy ściągnąć buty.

Tarasy wapienne z wodą
Tarasy wapienne z wodą

Nazwa Pamukkale znaczy tyle co bawełniany zamek, bądź twierdza. W okolicy znajdowały się uprawy bawełny, więc skojarzenie nasunęło się samoistnie. Powstanie tego miejsca jest opowiedziane w mitologii greckiej. Otóż podobno na wzgórzu wypasał owce i krowy pasterz Endymion. Zajmował się bydłem, aż do momentu gdy na jego drodze stanęła bogini Selene. Oboje zapałali do siebie miłością i zapomnieli o świecie, zaś mleko spłynęło z niewydojonego bydła, a było go tak dużo, że powstały mleczne tarasy. Jest to oczywiście lokalna wersja tej historii, miłość Endymiona i Selene znana jest też w innych wersjach, już bez zwierząt, czy rozlanego mleka.

Tarasy wapienne Pamukkale
Tarasy wapienne Pamukkale

Warto dodać, że w kompleksie znajduje się także muzeum archeologiczne. Natomiast miejsce to pozwala to zobaczyć dwie bardzo interesujące i różne przy tym atrakcje. Przechodzenie między ruinami a tarasami jest naprawdę płynne.

Tarasy wapienne Pamukkale
Tarasy wapienne Pamukkale

Dojazd

Do Pamukkale i Hierapolis można dojechać korzystając z wielu wycieczek, tak objazdowych jak i oferowanych przez lokalnych operatorów, czy w hotelach. To popularne miejsce. Samemu zaś trzeba dotrzeć do miejscowości Denizli, skąd można dalej szukać transportu. Samochodem jest łatwiej, bo oznakowanie jest dobre. Może być tylko problem z parkingiem, gdyż przyjeżdża tu bardzo wiele osób. Więc może trzeba unikać godzin szczytu.

Tarasy przyciągają turystów
Tarasy przyciągają turystów

Na koniec trzeba jeszcze pamiętać o pogodzie. Zwłaszcza białe tarasy w lecie, w dodatku z gorącą wodą, to nie zawsze dobry pomysł. Warto zaopatrzyć się wcześniej w wodę i uważać, by się nie przegrzać. Niemniej jednak Hierapolis i Pamukkale to nie bez powodu jeden z żelaznych punktów wycieczek do Turcji.

Wapień
Wapień

Jeśli uważasz ten wpis za przydatny lub interesujący polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Hierapolis i Pamukkale
Share Button

Park Narodowy Fiordland (Obcy, Władca i inne)

Park Narodowy Fiordland to największy z 14 parków narodowych Nowej Zelandii, zajmujący obszar 12 500 km2. Jego dominującym krajobrazem są oczywiście fiordy, ale jest tu też dużo lasów deszczowych. Co jeszcze ważniejsze, to miejsce wykorzystywane przez filmowców, acz najczęściej odgrywało rolę innych światów – jak Śródziemia, planet z „Obcego” czy fantastycznej krainy w „Willow”. Jest to przede wszystkim wspaniały, bardzo charakterystyczny krajobraz i tętniące życiem centrum turystyczne. Na ten park przeznaczyliśmy dwa dni, intensywne i ciekawe. Ale bez problemu można spędzić tu jeszcze więcej czasu.

Zatoka Milforda (Milford Sound)

Pierwszy rezerwat utworzono tu w 1904 roku. Oczywiście nie zajmował on całego dzisiejszego terenu. W latach 60. poprzedniego stulecia chciano podnieść poziom jeziora Manapouri. Znajduje się tam elektrownia wodna, miano ją rozbudować. Ale zaprotestowała lokalna społeczność. To dzięki ich działaniom powstał w dużej mierze tak wielki park narodowy. Obecnie znajduje się na liście UNESCO, ale trzeba go szukać pod nazwą Te Wāhipounamu, co z języka Maorysów oznacza Zielony kamień. To zbiorcza nazwa czterech parków narodowych (dodatkowo Westland, Aoraki/Mt Cook i Mt Aspiring). Zostały one wpisane razem na listę w 1990, cztery lata wcześniej – w 1986 roku – Fiordland trafiło na listę samodzielnie.

Ostrygojady w zatoce Milforda

Fiordy są krajobrazem charakterystycznym dla Norwegii, Szkocji, Grenlandii, Islandii, Patagonii, Półwyspu Labrador, Alaski i oczywiście Nowej Zelandii. To rodzaj mocno wydłużonych zatok o stromych brzegach, powstałych gdy morze zalało głębokie doliny i żleby, jakie pozostawił po sobie cofający się lodowiec. W języku angielskim (zwłaszcza stosowanym tym w Nowej Zelandii) jest kilka słów oznaczających zatokę, oczywiście każde jest specyficzne. Te tutaj nazywają się Sound (jak dźwięk). „Sound” jest określeniem na wlot morza/oceanu w głąb lądu, większy niż zatoka i szerszy niż fiord, więc polskie tłumaczenie „zatoka” nie jest do końca poprawna, bo to technicznie jest fiord powstały w okresie ostatniego zlodowacenia, w plejstocenie. W głęboki żleb powstały po cofającym się lodowcu wdarły się wody Morza Tasmana. Ponieważ wysokie brzegi porasta wiecznie zielony las, a okolica jest jednym z tych miejsc na Ziemi, gdzie najczęściej pada deszcz (tylko 1 na 3 dni są bezdeszczowe, to więcej niż w Londynie. Nam pogoda dopisała), to do zatoki trafia dużo słodkiej wody. Wobec tego woda w zatoce ma warstwy: powierzchniowa warstwa o głębokości do trzech metrów ma słodką wodę o mniejszej gęstości, poniżej jest warstwa pośrednia – lekko słona, gdzie ruch wody miesza słodką i słoną – oraz warstwę głębinową nieruchomą, gdzie zalega woda słona. Takie ukształtowanie warstw wód i stały dopływ bogatej w humus wody słodkiej ma oczywisty wpływ na występującą florę i faunę – nie całkiem słodkowodną i nie zupełnie słonolubną.

Zatoka Milforda

Fiordland jest duże, więc trzeba umieć wybrać, co chce się zobaczyć. My zdecydowaliśmy się na Doubtful Sound i Milford Sound. W obu przypadkach można wykupić wycieczki statkiem wycieczkowym, by przepłynąć całą zatokę i wypłynąć na chwilę na morze. Znów warto zadbać o to, by taką wycieczkę zarezerwować sobie wcześniej, nie na ostatnią chwilę. Myśmy wybrali rejs przez Doubtful Sound, głównie dlatego, że jest dłuższy.

Początek Milford Sound
Milford Sound

Sama Zatoka Milforda to zwieńczenie szlaku Milford Track. W tym miejscu nie ma wiele ciekawych szlaków do wędrowania, raczej sam widok na początek zatoki i charakterystyczny Mitre Peak (mierzy 1692 m n.p.m.). Poza łodzią można też oglądać to miejsce z helikoptera czy samolotu. Ale już widok na zatokę i możliwość przejścia się tam to spora atrakcja. To bardzo piękne miejsce.

Fiordland

Wspomniany Milford Track to kolejna, bardzo interesująca, ale też kosztowna i zajmująca dużo czasu wyprawa. Można się przejść wielkim szlakiem. To „tylko” 53,5 km. Niestety o ile samo szlajanie się po Fiordland jest darmowe, o tyle wszelakie atrakcje już nie. Wejście na szlak trzeba zamówić i opłacić. W dodatku trwa cztery dni. Po drodze są oczywiście hotele (wliczone w cenę). Kwota jest różna w zależności od pory roku, w sezonie wyższa. Warto pamiętać także o tym, że baza hotelowa jest ograniczona, w ten sposób limitowane są wejścia. Podobno jest to jeden z piękniejszych szlaków, niestety będąc pierwszy raz w Nowej Zelandii nie byliśmy w stanie zdecydować się na 4 dodatkowe dni w Fiordland. Szlak Milford jest nie tylko jedną z bardziej znanych atrakcji Nowej Zelandii, ale też ma już swoją całkiem długą historię. Dla turystów otworzono go w 1889 roku. Zaliczana jest do tak zwanych Wielkich tras (The Great Walks).

Łubiny kwitnące w Fiordland
Doubtful Sound

Doubtful Sound to największy fiord Południowej Wyspy i licząc prawie 50 kilometrów długości, jest niemal dwukrotnie dłuższy od chętniej odwiedzanego Milford Sound. Mniejsza popularność wynika z trudniejszego dostępu: o ile do Milford można bez trudu samodzielnie (lub z wycieczką) dojechać samochodem, to do Doubtful można dostać się tylko statkiem i to z przesiadką. To wydłuża czas wyprawy i zwiększa cenę. Najpierw należy dojechać do Manapouri, gdzie znajduje się przystań. Pierwszy rejs odbywa się po Jeziorze Manapouri do wielkiej elektrowni wodnej. Tam przesiada się do autobusu, który jedzie po jedynej w Nowej Zelandii drodze niepołączonej z siecią dróg. Dopiero tak dojeżdża się na brzeg Doubtful i można przesiąść się na statek na właściwy rejs. W drodze powrotnej odbywa to się tak samo.

W drodze do Doubtful Sound (jezioro Manapouri)

A skąd ta dość niemarketingowa nazwa: Doubtful Sound? Otóż, gdy w 1770 roku przepływał tędy James Cook na okręcie „HMS Endeavour” musiał podjąć decyzję – wpłynąć do zatoki czy nie? Miał co do tego wątpliwości i po dłuższym wahaniu zrezygnował z tego i popłynął dalej, a miejsce nazwał Doubtful Harbor. Ostatecznie nazwa Doubtful Sound przyjęła się dzięki wielorybnikom, którzy tutaj wpływali, choć technicznie (geologicznie) rzecz biorąc, to jest to fiord. Kilka nazw w obrębie Doubtful ma korzenie hiszpańskie dzięki naukowej ekspedycji, która dotarła tutaj w 1793 roku. Na podstawie Ngai Tahu Claims Settlement Act z 1998 roku, oficjalna nazwa to Doubtful Sound/Patea.

Manapouri

Pierwszy rejs jest stosunkowo krótki. Na pokładzie można poczęstować się wliczoną w cenę kawą lub herbatą, zaś ci, którzy opłacili wcześniej dostają także lunch. Patrząc na ceny i jak on wyglądał, to cieszymy się, że z niego zrezygnowaliśmy. Prawda jest taka, że nie dla jedzenia tam płynęliśmy. Przeprawa autobusowa między rejsami liczy około 20 kilometrów. Po drodze czekają nas krótkie przystanki, w tym jeden ze wspaniałym widokiem na Doubtful Sound. Góry też robią wrażenie i choć nie są tak strome jak przy Milford Sound, jest ich więcej. Wspominaliśmy też już o tym, że to deszczowe tereny. Charakterystyczne dla fiordlandzkich Soundów są chmury między górami.

Widok na Doubtful Sound

Doubtful Sound, podobnie jak Zatoka Milforda, ma tę niezwykłą cechę, że woda dzieli się na warstwy: ciemną słodką wodę pochodzącą z opadów i rzek, warstwę pośrednią i stojącą, zimną wodę morską poniżej. Ponieważ wierzchnia warstwa, która jest głęboka na 2 do nawet 10-ciu metrów, pochłania znaczną część światła, gatunki znane z upodobań do przebywania na głębokości 30 – 40 metrów, tutaj znajdują się już 10 metrów poniżej lustra wody. Mowa tutaj na przykład o czarnym koralu.

Doubtful Sound

Bardziej można powiedzieć widowiskowi przedstawiciele lokalnego życia to foki, a dokładnie kotiki nowozelandzkie. Nam udało się ich wypatrzyć sporo i to ze stosunkowo niewielkiej odległości. Żyją tutaj także pingwiny żółtookie – ponoć w wodzie jeden pływał, myśmy go niestety nie wypatrzyli. W wodach fiordu na stałe żyje populacja delfinów butlonosych, a zaglądają tutaj także wieloryby, jak choćby humbaki, kaszaloty i orki. Z ptaków zaobserwować można głuptaki i albatrosy. Niestety mieliśmy tylko szczęście do fok.

Kotik nowozelandzki

W całym Fiordland zaś mieliśmy trochę więcej szczęścia do ptaków, przede wszystkim ostrygojadów i kormoranów, ale też jeszcze jednego bardzo interesującego zwierzęcia – papugi kea. Jest to bardzo ciekawy ptak, endemit Nowej Zelandii. Papuga wszystkożerna, której znaczącą część diety stanowi świeże mięso. Słowem – kea jest drapieżnikiem, jedynym wśród papug. Jako jedyna papuga zajmuje piętro alpejskie. Kiedy w latach 60 XIX pasterze zauważyli, że kee atakują owce i wydziobują im tłuszcz z grzbietów, zaczęły się polowania na te ptaki. Aż do roku 1970 rząd wypłacał nagrodę za każdy dziób ptaka zabitego w pobliżu gospodarstw. Szybko pogłowie papug spadło do drastycznie niskiego poziomu i od 1984 roku kea jest pod całkowitą ochroną. Kea to ptak piekielnie inteligentny i co za tym idzie – ciekawski. Chętnie zagląda do ludzkich siedzib, grzebie im w rzeczach i kradnie co ciekawsze rzeczy. Dla turystów to oczywiście wielka atrakcja, ale trzeba pamiętać o zamknięciu drzwi i okien w samochodzie i nie pozostawianiu plecaków czy innych rzeczy. W kilku miejscach w Fiordland widzieliśmy znaki, by nie karmić tych papug. Raz: to park narodowy, dwa: może to być niebezpieczne, a trzy: powinny sobie same szukać pożywienia. W każdym razie keę widzieliśmy w punktach postojowych przy drodze. Jedna wzbudzała duże zainteresowanie turystów, drugą trzeba było wypatrzeć. Poza keą występują tu także papugi kakapo, no i ptaki takahe, ich niestety nie wypatrzyliśmy.

Kotik nowozelandzki

Pomijając keę, która może trochę nabroić swoim dziobem, największym zagrożeniem w parku dla ludzi są meszki (sandflies). Te gryzą, dlatego zarówno wędrując jak i płynąć warto mieć coś do odstraszania owadów. Według maoryskiej legendy, bogowie stworzyli je tylko dlatego, by ludzie nie uznali Fiordland za raj na Ziemi i chcieli stąd odejść.

Chmury – typowy widok w Doubtful Sound

W tych punktach, które położone są nad wodą, np. nad rzeką, można się natknąć za zestaw do czyszczenia alg brunatnych. Tablice informują, że jest to obcy, inwazyjny gatunek i należy oczyścić buty, ubrania, sprzęt, koła samochodu (jeśli miał styczność z wodą), etc. w celu zapobiegania przenoszeniu alg między zbiornikami wodnymi.

Doubtful Sound
Te Anau

Nocowaliśmy w miejscowości Te Anau, położonej w środku Fiordland. Niezależnie czy wybieramy się do Milford Sound czy Doubtful i tak trzeba przez nią przejechać. Zresztą to dość duża baza turystyczna, skąd można wyruszyć na zorganizowane wycieczki. Miejscowość położona nad jeziorem Te Anau, największym na południowej wyspie i drugim co do wielkości (po Taupo) w całej Nowej Zelandii. Samo miasteczko ogólnie mówiąc przeciętne. Rzeźba ptaka takahe przypomina, że Fiordland jest głównym siedliskiem tego uznanego za wymarły w 1900 roku gatunku. Prawie 50 lat później zaobserwowano nieliczne osobniki, szacowano liczebność takahe na ok. 300 sztuk. Do lat 80. XX populacja drastycznie spadła, więc podjęto starania o odtworzenie gatunku. W październiku 2017 roku naliczono 347 osobników i ta liczba sukcesywnie wzrasta. Nam udało się zaobserwować w różnych miejscach modrzyka, który do takahe jest bardzo podobny, ale takahe jest krępym ptakiem o krótkich grubych nogach.

Doubtful Sound

W Te Anau mając już trochę czasu, skorzystaliśmy z jeszcze jednej atrakcji, których jest sporo w Nowej Zelandii. Jet-boat, czyli jazda motorówką po jeziorze. Nie jest to zabawa pouczająca, czy pozwalająca odkrywać i obserwować tutejsze widoki. Kończy się to na drifttingu na jeziorze (lub kręceniu bączków), podbijaniu się na falach. Tak na zasadzie czystej rozrywki. Kiwi twierdzą, że tego typu motorówki to ich własny pomysł, a co za tym idzie to bardzo lokalna atrakcja. Nie wnikaliśmy, ale faktycznie zabawa przednia. Wszelkie atrakcje można zamówić w Te Anau, albo poszukać wcześniej w sieci (jest kilka firm, które organizują rejsy). W sezonie, jak się ma ograniczoną liczbę dni w Fiordland, warto zarezerwować sobie rejs wcześniej.

Doubtful Sound

Jadąc między Milford Sound a Te Anau, czy jeszcze bardziej na południe Doubltful Sound, mamy po drodze wiele miejsc z krótkimi trasami spacerowymi. Często wśród drzew, czasem przy jakiś wodospadach czy innych widokach. Kwitnący łubin w wielu odcieniach fioletu i błękitu to częsty widok w Nowej Zelandii. Pachnie obłędnie. Oczywiście w odpowiedniej porze roku. Jedno z takich ciekawszych miejsc, w sam raz by zatrzymać się na chwilę, to Mirror Lake. Przy pomyślnej, bezwietrznej pogodzie, w wodzie widać doskonałe odbicie otaczających gór. Myśmy nie widzieli, bo lustro wody było nieco pomarszczone. W każdym razie znajduje się tu ciekawa tabliczka z nazwą tego miejsca.

Doubtful Sound

Fiordland znalazł się na naszym szlaku filmowym nie bez przyczyny. W zatoce Milforda kręcono choćby sceny do „Willow” Rona Howarda. Niewiele, ale jednak, więcej kręcono w Tongariro. Tu także powstawał „Obcy: Przymierze” Ridleya Scotta. Kręcono tu ujęcia planety, na której przebywał David. Zdjęcia trwały od 4 kwietnia 2016 do 19 lipca tegoż roku.

Kea zaczepiająca turystów

W grudniu 1996 roku Steven Spielberg kręcił tu przez pięć dni „Zaginiony Świat: Park Jurajski”. Dokładniej powstała tu scena otwierająca film, zdjęcia z wody. Zamiast kostarykańskiej wyspy pokazywane jest wybrzeże Nowej Zelandii.

Leśna ścieżka oznaczona przez fanów Władcy Pierścieni
Filmowa Anduina

Jednak najlepiej pamięta się tu oczywiście o „Władcy Pierścieni”. Mimo że w sumie spędzono tu mniej dni, niż w przypadku „Obcego”, to jednak ekipa Petera Jacksona na trwałe zmieniła Fiordland. Wzrosła przede wszystkim jego rozpoznawalność. Między Doubtful Sound a Te Anau nad rzeką Waiau, konkretnie nad odcinkiem, który łączy Jezioro Manapouri i Jezioro Te Anau znajduje się kilka lokacji filmowych. Tutaj nagrywano ujęcia rzeki Anduiny w kilku różnych, oddalonych od siebie o kilkaset metrów miejscach.

Anduina

Nie są oficjalnie oznaczone, o utrzymanie i oznakowanie leśnych ścieżek dba lokalny fandom. Tutejsi fani wnieśli petycję do lokalnego rządu o nazwanie tego odcinka rzeki Anduin Reach. Ich prośba została odrzucona w 2009 roku, uargumentowano to tym, że nie ma żadnych historycznych przesłanek, by ta część rzeki miała jakąś specjalną nazwę.

Anduina

Choć tę batalię przegrali, to w myśl churchilowskiego „Nigdy się nie poddamy”, fani filmów Jacksona po pierwsze oznaczyli te miejsca na mapach Google’a nadając im bardziej tolkienowskie nazwy. Po drugie oznaczyli szlaki. Można wejść do lasu i dojść do Anduiny. Parking przed wejściem jest dość umowny, ale jest. Później mamy informację, że nie jest to oficjalny szlak i nikt nie ponosi odpowiedzialności. Dalej droga przez las. W oznaczenia trzeba się wpatrywać, wytrawne oko raczej nie zbłądzi. Za to już sama wędrówka między drzewami jest fascynująca, bo dzika. Ścieżki nie są wyrównane, trzeba się przedzierać czasem między paprociami albo zwalonymi konarami. Takiej Nowej Zelandii to niestety najczęściej nam brakowało.

Anduina

W okolic Fiordland, już niekoniecznie w rezerwacie, kręcono także kilka innych ujęć do „Władcy”, w tym choćby Martwe Bagna, a także las Fangorn.

Pola i bagna wykorzystywane przez ekipę Petera Jacksona

Po samym Fiordland między fragmentami rezerwatu najlepiej poruszać się samochodem, . Drogi są dobre, ale trzeba pamiętać o tym, iż bywają wahadłowe odcinki jednokierunkowe. W szczególności tunel prowadzący do zatoki Milforada, więc jeśli ktoś ma tam rejs o określonej godzinie, warto zarezerwować więcej czasu na dojazd.

Jezioro Te Anau

Nawet bez filmów to miejsce jest wyjątkowe. Gdy się wypłynie z zatoki, to w prostej linii przez Morze Tasmana mamy „tylko” 1650 km do wybrzeża Australii (przylądek Howe). Zresztą Fiordland to bez wątpienia jedno z najładniejszych miejsc, które widzieliśmy w kraju kiwi. A konkurencja jest spora.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Te Anau
Szlak nowozelandzki
Park Narodowy Fiordland
Szlak filmowy
Park Narodowy Fiordland (Obcy, Władca)
Share Button

Waitomo Glowworm Cave, jaskinia Ruakuri i świecące robaki

Jedną z najbardziej znanych nowozelandzkich atrakcji jest jaskinia Waitomo, słynąca ze świecących robaków, choć właściwie to bardziej larw. Owady te występują jedynie w jaskiniach, które są rozrzucone na obu wyspach Nowej Zelandii. Prawdę mówiąc łatwo się natknąć na nie w wielu miejscach (choćby w Fiordland), takie miejsca są raczej dobrze oznaczone i rozreklamowane. Jednak to właśnie Waitomo uchodzi za najsłynniejszą. Nie bez powodu, ale wpierw o samych insektach.

Wapień w Ruakuri
Wapień w Ruakuri

Świecące robaki

Mechanizm świecenia jest bardzo podobny do naszych świetlików (robaczków świętojańskich). Te jednak po pierwsze są chrząszczami, a po drugie świecą, by zwabić partnera. W Nowej Zelandii są to larwy muchówki z rodziny ziemiórkowatych, endemicznie tu występującej. Łacińska nazwa to Arachnocampa luminosa. Owad ten został opisany po raz pierwszy w drugiej połowie XIX wieku, gdy został zauważony przez pracowników kopalni złota. Cykl życia tych much nie różni się specjalnie od światowych krewnych: zaczyna jako jajko, większość życia spędza jako larwa czy inna poczwara, spędzając dnie (w tym przypadku 6 – 12 miesięcy) na jedzeniu lub szukaniu jedzenia. Gdy larwa przeobrazi się w dorosłą muchę, ostatnie kilka dni spędza na poszukiwaniu partnera i powiększeniu muszej rodziny.

Ruakuri
Ruakuri

Co więc w nich ciekawego, że przyciąga turystów? Ano to świecenie: larwa osiąga kilka centymetrów długości i na swoim jednym końcu mocą bioluminescencji wytwarza światełko. Światełkiem tym przyciąga latające owady, które zabłądziły w ciemnych jaskiniach i teraz szukają światełka w tunelu. Żeby złapać obiad, larwy wytwarzają liczne lepkie nitki, które zwisają na dobre kilka centymetrów i gdy tylko coś się do nich przyklei, zostaje zaciągane do góry i zjadane. Larwy zamieszkują obszary w pobliżu podziemnych rzek i strumieni – tam najłatwiej o pokarm – i gdy poczują w powietrzu wibracje, zaczynają świecić mocniej, by zwabić ofiarę.

Świecące robaki
Świecące robaki

Jaskinia Waitomo

W jaskiniach Waitomo jest najwięcej „świetlików”. Gdy płynęliśmy łodzią przez podziemną rzekę, światełka na sklepieniu przypominały Mleczną Drogę. To właśnie ta rzeka, gdzie praktycznie tylko i wyłącznie owady rozświetlają ciemność, jest tym, co przyciąga tu turystów. To jeden z symboli Nowej Zelandii. Rejs łodzią i obserwowanie sklepienia robi fenomenalne wrażenie, tłumaczy popularność tego miejsca.

Podświetlone świecące robaki
Podświetlone świecące robaki

A ta jest zauważalna. Olbrzymi Visitor’s Center ze sklepem i restauracją. Wycieczka wchodzi za wycieczką. Jaskinia została też przerobiona tak, by była łatwo dostępna, a przewodnicy starają się nie tylko tłumaczyć z czym mamy do czynienia, ale przede wszystkim być zabawni. Potem wsiada się na łódkę i płynie aż do wyjścia oglądając to, co najpiękniejsze. Zaiste warto, choć rejs nie trwa nawet 10 minut. Reszta to około 20 minut, może więcej, gdy się zagada przewodnika.

Skamieniałości z czasów, gdy te tereny były pod wodą
Skamieniałości z czasów, gdy te tereny były pod wodą

„Wai” znaczy tyle co strumień, „tomo” jaskinia. Maoryskie tłumaczenie nazwy to mniej więcej strumień wpływający do jaskini. Te wapienne jaskinie odkryto około roku 1887. Dokonali tego maoryski wódz Tane Tinorau i angielski geodeta Fred Mace. Wpłynęli do jaskini, zobaczyli świecące owady i zachwycili się, więc coraz częściej tu wracali. Z czasem Maorysi wyczuli w tym interes i zaczęli na tym zarabiać oprowadzając turystów. Nie nacieszyli się długo tą atrakcją, gdyż na początku XX wieku zainteresował się nią rząd, a następnie przejął. Po prawie stu latach jaskinie wróciły pod opiekę lokalnej społeczności Maorysów.

Ruakuri
Ruakuri

W Waitomo nie można robić zdjęć. Wszystkie zrobiliśmy w pobliskiej jaskini Ruakuri. Ale oczywiście można sobie kupić zdjęcia. Jest specjalny greenscreen, na który się wchodzi, a resztę załatwiają spece od efektów. Tu nie tylko chodzi o biznes na zdjęciach, ale też zagwarantowanie przepływu ludzi i bezpieczeństwo na łodziach.

Ruakuri
Ruakuri

Jaskinia Ruakuri

Jaskinię Waitomo połączyliśmy jeszcze z drugą, wspomnianą już Ruakuri, zdecydowanie mniej popularną, mniej ludną, z mniejszą ilością świecących larw, ale przy tym ogólnie bardziej interesującą. Jest to najdłuższy kompleks jaskiń w obszarze Waitomo. Przez setki lat służył Maorysom jako miejsce pochówków, a nazwa pochodzi od maoryskiego określenia „psia nora” – Maorysi zauważyli, że u wejścia do jaskini zdziczałe psy mają swoje legowiska. Ze względu na świętość miejsca (od tych pochówków, nie od psów), zejście do jaskiń zaczyna się od imponującej spiralnej rampy. U jej podstawy znajduje się głaz piaskowca, obmywany przez wodę i światło, które dostają się ze świata zewnętrznego. Rytuał nakazuje obmyć w tej wodzie dłonie przed wejściem do jaskiń i przed powrotem na świat zewnętrzny.
Z ciekawostek warto wiedzieć, że Ruakuri jest jedyną jaskinią na południowej półkuli dostępną dla wózków inwalidzkich.

Ruakari
Ruakari

Jaskinie Ruakuri ozdobione są niezwykłymi formacjami stalaktytów, stalagmitów i innych dziwadeł utworzonych przez naturę. Podobnie jak w każdej innej jaskini, formacje te powstały przez kapanie i sączenie wody bardzo nasyconej minerałami, głównie wapniem. Tylko że tutaj mnogość i różnorodność tych narośli robi oszałamiające wrażenie. Ponadto wnętrza jaskini są efektownie oświetlone.

Ruakuri
Ruakuri

Ta wycieczka jest zdecydowanie dłuższa, także z przewodnikiem. Tym razem trzeba poświęcić na nią dwie godziny. Mniejsza ilość osób, a także to, że kolejne tury nie wychodzą co 20-30 minut, sprawia, że odkrywanie tego miejsca było w naszym odczuciu zdecydowanie ciekawsze. Przewodnika zaś spotyka się na parkingu, nie ma żadnego Vistor’s Center.

Ruakuri
Ruakuri

Dojazd i wejście

Wejściówki do Waitomo lepiej zarezerwować wcześniej. Można też kupić pakiet combo na dwie jaskinie lub jeszcze inną kombinację. Są tu też organizowane spływy i wspinaczki jaskiniowe, oczywiście dla zdecydowanie bardziej doświadczonych grotołazów. Bilety najlepiej zamówić bezpośrednio na stronie: Waitomo.com.

Zejście do Ruakuri
Zejście do Ruakuri

Należy go wydrukować, a potem zamienić na potwierdzony bilet w kasie. Tak to działa w Nowej Zelandii. Warto jednak wziąć poprawkę na stronę: jeśli działa wolno, lepiej spróbować za parę godzin, inaczej może nas czekać niespodzianka z przeskoczeniem dat. Da się to oczywiście odkręcić mailami, ale to trwa. Parkingi na miejscu oczywiście bezpłatne.

Waitomo
Waitomo

Fenomen świecących robaków to coś, na co w Nowej Zelandii zdecydowanie warto poświęcić trochę czasu. Waitomo jest ikoniczne, większej ilości owadów nie znajdziemy nigdzie indziej. Natomiast mniejszych jaskiń z muchówkami mijaliśmy na naszej trasie co najmniej kilka. Więc jeśli to miejsce jest za daleko od trasy, może warto skusić się na jakieś mniejsze? Zresztą Waitomo to tylko niecałe 3 godziny drogi z Auckland. Zaś na koniec filmowa ciekawostka. Otóż właśnie Waitomo nagrywano dźwięk jaskiń do „Hobbita” Petera Jacksona.

Szlak nowozelandzki
Waitomo Glowworm Cave i jaskinia Ruakuri
Share Button

Przylądek Roca

Najdalej wysuniętym na zachód krańcem kontynentalnej Europy jest przylądek Roca (port. Cabo da Roca) w Portugalii, który znajduje się na terenie Parku Narodowego Sintra-Cascais. Skalisty brzeg ma wysokość do prawie 140 metrów. To wyjątkowo spokojne i malownicze miejsce. Słynny portugalski poeta Luís Vaz de Camões opisał je słowami: „Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”. Wyrwany z kontekstu fragment może nie powala, ale jednocześnie dość dobrze oddaję istotę tego miejsca. Pewnie dlatego, jest tak często cytowany, nawet na materiałach promujących to miejsce.

Krzyż na przylądku
Latarnia morska

Poza oczywiście samym faktem, że to koniec kontynentalnej Europy, jest to przy odpowiedniej pogodzie, miejsce idealne na spokojny spacer. Można cieszyć się oceanem i klifami. Okolica jest porośnięta głównie przez sukulent Carpobrotus edulis, rdzennie pochodzący z Afryki Południowej.

Widok na ocean

W okolicy przylądka znajdują się trzy rzeczy. Pierwsza najbardziej widoczna to latarnia morska. Druga to monument z krzyżem. Na nim znajduje się fragment poematu Camoesa. Co ciekawe w bardzo wielu miejscach w sieci krzyż jest „usunięty”. Pokazywane są tylko fragmenty dolne monumentu. Trzecia rzecz, to kamień z napisem „koniec Europy”, znajduje się trochę dalej od monumentu i można go nie zauważyć.

Wybrzeże

Przy głównej części przylądka znajdują się barierki nad klifami. Ale jak się odejdzie dalej, to można samemu podejść do krawędzi, a nawet spróbować sobie zejść. Na to oczywiście trzeba sobie zaplanować trochę więcej czasu. Samo zachwycanie się tym dość pięknym miejscem raczej nie zajmuje długo. Godzina z pewnością wystarczy. Prawda jest taka, że jeśli ktoś chciałby to tylko zaliczyć i cyknąć sobie fotkę na krańcu Europy, bez problemu zrobi to w piętnaście minut. Gorzej oczywiście ze zdjęciem monumentu, bo wokół niego nieustannie kręcą się jacyś turyści.

Przylądek Roca

Do przylądka można dojechać oczywiście samochodem, ale kursują tu też autobusy lokalne z Sintry i Cascais. Dokładnie linia 403. Do Sintry i Cascais można dojechać z Lizbony pociągiem w ramach biletów na metro i koleje lokalne. Bilety autobusowy w Sintrze można kupić na przykład całodniowy. To bilet typu hop on hop off i działa także na linie dowożące do pałaców. Ewentualnie można skorzystać z taksówek, tuktuków czy innych form bardziej indywidualnego transportu.

Trasa spacerowa
Szlak portugalski
Przylądek Roca
Share Button