Archiwum kategorii: Natura

Przylądek Foulwind i kolonia fok

W Nowej Zelandii nie jest trudno  podziwiać naturę. Wielbiciele flory będą zachwyceni, gorzej jeśli bardziej interesuje nas fauna. Ze zwierzętami zawsze jest ten problem, że czasem gdzieś sobie pójdą, gdzieś się schowają i można spędzić nawet 9 dni na tanzańskich safari, a nosorożca nie zobaczyć. Sam przylądek Foulwind pozornie się nie wyróżnia. Tym bardziej zaskakuje miejsce, które nawet na mapie Google’a jest oznaczone jako Seal colony (Tauranga Bay), czyli kolonia fok. Było po drodze, więc odbiliśmy trochę, zobaczyliśmy i zaiste, foki były.

Plaża przy kolonii fok
Plaża przy kolonii fok

Przylądek Foulwind

By znaleźć kolonię fok, należy kierować się na przylądek Foulwind (Cape Foulwind). Pierwotna nazwa tego miejsca brzmi Rocky Cape, została nadana jeszcze przez Abela Tasmana. Ale dziś używa się późniejszej, którą zawdzięczamy innemu wielkiemu odkrywcy tych ziem, Jamesowi Cookowi. Nazwa to dzieło przypadku. Otóż opływając ten przylądek na okręcie „Endeavour”, Cook został odepchnięty przez przeciwny wiatr, który skierował go wprost do Australii.

Kolonia fok niedaleko Foulwind
Kolonia fok niedaleko Foulwind

Tyle jeśli chodzi o historię. To, co nas sprowadziło do tego miejsca, to foki. Mają one tu swoją stałą kolonię, dość blisko brzegu. Punkty obserwacyjne są ustawione tak, że ludzie nie przeszkadzają zwierzętom. Nie można do nich podejść, ani podpłynąć, jedynie spoglądać na nie z wysokiego klifu. Zaś dzięki ciepłym prądom, morzu bogatym w ryby, zwierzęta te czują się tu bardzo dobrze i bytują praktycznie cały rok. To ich bezpieczna enklawa.

Kolonia fok
Kolonia fok

Kolonia fok – kotików nowozelandzkich

Gatunek tych fok to kotik nowozelandzki (łac. Arctocephalus forster). Przypominamy, że rdzennie w Nowej Zelandii rdzennie nie występowały żadne ssaki, z wyjątkiem właśnie fok, które mogły tu sobie przypłynąć, oraz nietoperzy.

Kotik nowozelandzki
Kotik nowozelandzki

O ile kotiki te nie muszą obawiać się ludzi, niestety nie można tego powiedzieć o ich naturalnych wrogach. W tej okolicy może nie spotyka się jakoś często rekinów, ale czasem da się tu zaobserwować choćby orki, żywiące się między innymi fokami. Waleni pływa tu więcej, są i delfiny, no i czasem wieloryby, acz jedne i drugie nie są zagrożeniem dla kotików. Nam niestety (a może stety dla kotików) nie udało się dostrzec nic poza fokami.

Kotik nowozelandzki
Kotik nowozelandzki

Dojazd do kolonii i zwiedzanie Foulwind

Kolonia fok znajduje się w Zatoce Tauranga. Dojazd jest dobrze oznaczony, oczywiście mamy do dyspozycji całkiem spory parking i krótką trasę do przejścia. Teren jest otwarty, wstęp darmowy. Gorzej, gdybyśmy chcieli dojść do latarni morskiej na przylądku Foulwind. Niestety trzeba przejść przez teren prywatny. Ewentualnie trzeba by spróbować dojechać tam z drugiej strony, dokładając kilometrów.

Kolonia fok (Nowa Zelandia)
Kolonia fok (Nowa Zelandia)

Kolonia fok to bardzo dobre miejsce na krótki spacer, taki na rozprostowanie kości w czasie dłuższej drogi po Nowej Zelandii. To jedno z tych miejsc, przy których naprawdę warto się zatrzymać. Nie tylko dla kotików, cała okolica jest piękna. A jak jeszcze dopisze pogoda, to mamy kwintesencję kraju Kiwi. Co najwyżej można narzekać na silne wiatry, ale nam specjalnie nie przeszkadzały – od nich przecież pochodzi urok i nazwa tego miejsca.

Latarnia morska na przylądku Foulwind
Latarnia morska na przylądku Foulwind
Klify w okolicy przylądka Foulwind
Klify w okolicy przylądka Foulwind

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Przylądek Foulwind Flock Hill
Share Button

Ksar Ghilane, oaza na pustyni w Tunezji

Powszechnie Tunezja kojarzy się z nadmorskimi kurortami oraz piaszczystymi pustyniami. Tych drugich nie ma jednak aż tak wiele, a przynajmniej takich, które wpisują się w ogólne wyobrażenia. Duży obszar Tunezji jest zarośnięty kępami roślinności. Piasek owszem jest, ale to już nie ten oczekiwany krajobraz. Jednak nawet tam można znaleźć kilka miejsc, które doskonale wpisują się w obraz pustynnej krainy. Jedno z nich to oaza Kasr Ghilane (arab. قصر غيلان, franc. Ksar Ghilane‎).

Oaza Ghilane
Oaza Ghilane

Oaza Ksar Ghilane na Saharze

Ghilane znajduje się gubernatorstwie Tatawin i Kibili. Nazwa tego pierwszego może słusznie kojarzyć się z „Gwiezdnymi Wojnami”. Po francusku to Tataouine. Prawdopodobnie to stamtąd George Lucas zaczerpnął nazwę Tatooine w „Nowej nadziei”.

Zachód słońca nad ergiem w Tunezji
Zachód słońca nad ergiem w Tunezji

Choć formalnie większość Sahelu to Sahara, ta jednak dzieli się na wiele mniejszych pustyń. Między Algierią a Tunezją rozpościera się tak zwany Wielki Erg Wschodni (Grand Erg Oriental). To właśnie tam w miejscu, gdzie pustynia żwirowa łączy się z piaszczystą znajduje się oaza palmowa, Ksar Ghilane. Inna nazwa tego miejsca Henchir Tébournouk.

Ksar Ghilane (Tunezja)
Ksar Ghilane (Tunezja)

Nocleg w oazie

Obecnie oaza jest interesującym centrum turystycznym, mało rozpropagowanym, ale posiadającym pewną infrastrukturę. Uprawia się tu palmy daktylowe, hoduje też zwierzęta. Jednak w środku oazy postawiono kilkanaście namiotów berberyjskich i dalej się to toczy swoim życiem. W nocy zaś w namiotach słychać pustynny wiatr. Miejsce to zapewne zyskałoby większą sławę, gdyby nie załamanie turystyki w Tunezji (spowodowane zamachami i rewolucjami). Warto jednak pamiętać, że poza turystyką obszar ten utrzymuje się także dzięki uprawie palm daktylowych.

Jeziorko w oazie (Ksar Ghilane)
Jeziorko w oazie (Ksar Ghilane)

Oaza Ghilane przede wszystkim daje możliwość swobodnego obcowania z piaszczystą pustynią. Wychodzi się i można pospacerować po diunach. Gdy tam byliśmy, istniały także opcje jazdy konnej, quadem i zapewne też dromaderem. Można też zobaczyć jak się piecze lokalny chleb, a co jeszcze ciekawsze, podczas naszej wizyty dało się kupić lokalne wino. Znając rygor krajów arabskich jeśli chodzi o alkohol, tu dość swobodnie do tego podchodzono, co nas trochę zdziwiło.

Wielki Erg Wschodni (Grand Erg Oriental)
Wielki Erg Wschodni (Grand Erg Oriental)

Atrakcje i okolica ksaru Ghilane

Są tu też dodatkowe atrakcje. Pierwsza to pozostałości starego fortu rzymskiego, znajdującego się na pustyni. Był on także używany przez Legię Cudzoziemską, stąd nazwa kasr/ksar (pierwsza to wersja francuskojęzyczna, druga anglojęzyczna). Rząd tunezyjski podejmował próby wpisania tego miejsca na listę zabytków UNESCO, ale nie odniosło to skutku.

Nocleg w oazie Ghilane
Nocleg w oazie Ghilane

Druga atrakcja jest jeszcze ciekawsza. W środku oazy znajduje się jezioro z gorącego (no ciepłego) źródła. Obecnie jest okupywane przez turystów, siedzących zarówno nad wodą jak i w środku. Przede wszystkim kąpiel w jest bardzo orzeźwiająca i przyjemna, zwłaszcza jak się przypomni o reszcie okolicy.

Wypiek berberyjskiego chleba na pustyni
Wypiek berberyjskiego chleba na pustyni

Oaza Ksar Ghilane to bardzo ciekawy punkt, idealne miejsce na odpoczynek czy nocleg podczas tułaczki po południowej Tunezji. Tak też je wykorzystaliśmy.

System irygacyjny w oazie Ghilane
System irygacyjny w oazie Ghilane

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tunezyjski
Ksar Ghilane ?
Share Button

Wahiba Sands, zjawiskowa pustynia w Omanie

Wahiba Sands to jedno z bardziej rozpoznawalnych miejsc Omanu. A także popularne. Trochę trudno je nazwać kurortem, to zdecydowanie inne podejście do pustyni dla turystów, bardziej luksusowe, spokojniejsze, w pewien sposób mniej „typowe”, bardziej przypominające czas spędzony w hotelu, tyle że zamiast miasta jest właśnie pustynia.

Wejście na diunę
Wejście na diunę

Wahiba Sands (pustynia Sharqia)

Pustynia piaszczysta Sharqia (lub Sharqiya Sands) jest lepiej znana pod starą nazwą Wahiba lub Ramlat al-Wahiba, czyli „piaski plemienia Wahiba”. Obszar ten, rozciąga się na przestrzeni 12 500 kilometrów kwadratowych w obrębie Omanu. Jego nazwa została nadana przez Królewskie Towarzystwo Geograficzne podczas ekspedycji z drugiej połowy XIX wieku. Wówczas obszarem tym i przede wszystkim jego oazami, rządziło plemię Bani Wahiba. Najwyższe wydmy osiągają tutaj nawet 100 metrów wysokości.

Erg - Wahiba Sands
Erg – Wahiba Sands

Kilka pustyń już odwiedziliśmy. Wycieczki na nie wyglądają różnie, choć wpisują się w pewien typ. Na przykład Wadi Rum czy Erg Chebbi wymagały właściwie wynajęcia wycieczki, gdzie nocowanie na pustyni stanowiło dodatkową atrakcję. W obu przypadkach mieliśmy trochę czasu na samodzielne napawanie się pustynią. Wahiba Sands zdecydowanie bardziej przypomina to, co widzieliśmy w Tunezji w Oazie Ghilane. Czyli bardziej kemping z możliwością wyjścia na pustynię i do tego ewentualnie dodatkowe atrakcje. Oczywiście w okolicy także można rozbić się samemu z namiotem czy samochodem.

Wahiba Sands
Wahiba Sands

Wyprawa na Wahiba Sands

W Wahiba Sands początkowo szukaliśmy w ogóle wycieczki po pustyni, przejazdu jakimś jeepem 4×4 po wydmach, czy nawet wielbłądów, bardziej jako czegoś, co można dograć do naszych oczekiwań. I tu bardzo szybko okazało się, że faktycznie takie wycieczki są organizowane z Maskatu, łączone na przykład z Wadi Bani Khalid. To nie do końca to, czego szukaliśmy. Okazało się, iż najlepiej noclegów na pustyni szukać na Booking.com czy podobnych serwisach. Tam są namioty do wyboru w różnych lokalizacjach. Nie każdym samochodem się tam dojedzie, ale to nie jest problem. Check-in hotelowy bowiem najczęściej nie odbywa się w namiotach, a w przydrożnych miasteczkach, gdzie znajdują się biura. Zazwyczaj jest podana godzina, w której dobrze jest się zjawić, to oczywiście można negocjować. W zależności od drogi, jaką trzeba pokonać i samochodu jakim się dysponuje, albo zostaje on na parkingu, albo jedzie się przez pustynię. Czyli taki mały off-road.

Widok na erg
Widok na erg

Nocowanie na pustyni

Nasz samochód dał radę, więc jechaliśmy za przedstawicielem hotelu/kempingu. Na miejscu chwilę na rozpoznanie i właściwie czas wolny. Można samemu pójść na pustynię i spędzać czas jak się chce. Oczywiście są dodatkowe atrakcje, pokroju wielbłądów, czy jazdy samochodami po wydmach, które mogą nam załatwić. Kruczek tkwi w cenie i ilości chętnych. Jedyne czego nie było to Beduinów, ich kuchni, tańców brzucha i tak dalej.

Dromader blisko obozu (Wahiba Sands, Oman)
Dromader blisko obozu (Wahiba Sands, Oman)

To dobrze, bo Beduinów jako takich niema za wielu w Emiratach czy Omanie. W ZEA na wycieczkach pustynnych można na takie atrakcje trafić, ale potem okazuje się, że Beduini (np. z Pakistanu) nie znają arabskiego, zaś tancerki biegle mówią po ukraińsku. To nie ta część świata, więc nam jak najbardziej odpowiada, że nie próbują wciskać na siłę „typowych” atrakcji. W przypadku tej pustyni jest lepiej, bo ten olbrzymi obszar 12,5 tysiąca kilometrów kwadratowych zamieszkuje prawie 3000 Beduinów. Ale to nie oni pracują w kempingach, a najczęściej Hindusi bądź inni przyjezdni.

Pustynia piaszczysta w Omanie
Pustynia piaszczysta w Omanie

W naszym obozie warunki jak na pustynię były luksusowe: łazienka w kafelkach przy każdym namiocie, oświetlenie elektryczne, łóżko i stolik w namiocie. Bez porównania z surowym noclegiem w Jordanii czy Maroko, ale czy lepiej? Na pustyni nie szuka się luksusów. Nas zachwycają połacie piachu, morze wydm czy majestatyczne wielbłądy, które gdzieś tam przemierzają diuny. Plus cisza, spokój, wiatr i piasek, aż po horyzont (przynajmniej w dużą część stron). Zdobywanie kolejnej wydmy, by dalej zobaczyć jeszcze jedną i dalej piasek. Tu jedna uwaga: warto wybrać taki nocleg, który znajduje się głębiej w pustyni. Spora ilość samochodów i turystów jest tu zauważalna, ale im dalej jesteśmy, tym łatwiej wejść na spokojne diuny, gdzie czasem znajdziemy ślady quadów, a jeszcze częściej wielbłądów i tylko to.

Wahiba Sands
Wahiba Sands

Inne atrakcje

To także doskonałe miejsce do oglądania gwiazd w nocy, zwłaszcza jak nie ma wielu chmur. Plus wschodów i zachodów słońca. Zaś w obozie poza kolacją czy śniadaniem, po zmierzchu było też ognisko i dostęp do napojów. Żadnego pieczenia beduińskiego chleba, czy innych takich atrakcji. Zdecydowanie bardziej na poważnie, mniej udawania, co przy kolejnym wyjeździe na pustynie jest miłą odmianą. Choć pamiętajmy, że w wielu takich miejscach, ten chleb będąc atrakcją jest pieczony na poważnie.

Piaski na pustyni w Omanie
Piaski na pustyni w Omanie

W niektórych miejscach z diun można zjeżdżać na desce. Widzieliśmy to z daleka. Cześć wydm jest dość wysoka, obozy najczęściej znajdują się w dolinach, więc spacer trzeba zacząć od wdrapania się. Później już jest łatwiej.

Wahiba Sands
Wahiba Sands

Rano zaś, jeśli dojechaliśmy sami, możemy wyruszyć stąd w dalszą drogę, kiedy chcemy. Żadnego formalnego check-outu. Jeśli samochód nie dał rady, wtedy przyjedzie o umówionej godzinie ktoś z biura i nas zabierze.

Pustynia w tle góry
Pustynia w tle góry

Fort niedaleko Wahiba Sands

Zaś wracając samemu, można zatrzymać się przy dawnych fortecach na granicy pustyni. Dziś mocno podupadła, jej dawne mury są obecnie w części wykorzystywane przez miejscowych jako domostwa i różne składziki.

Fort w Omanie
Fort w Omanie

I jeszcze jedna uwaga. Nie spodziewaliśmy się na pustyni Zjednoczonych Emiratów i tym bardziej Omanu zasięgu komórkowego. A tymczasem zasięg jest doskonały.

Obozowisko z namiotami widoczne z diuny
Obozowisko z namiotami widoczne z diuny

Wahiba Sands to bardzo fajna pustynia, choć zdecydowanie dla osób, które już pewne rzeczy widziały i doświadczyły. Jeśli ktoś chciałby nocować u Beduinów, jeździć na wielbłądach i tak dalej, to zdecydowanie taniej i lepiej jest to zrobić w innych rejonach świata. Ta pustynia ma dwie podstawowe zalety. Po pierwsze widoki, te są naprawdę niesamowite. Druga zaś możliwość wyciszenia się i odcięcia od reszty. O ile oczywiście wyłączy się doskonale działającą komórkę. Ze względu na temperatury najlepszy okres do odwiedzenia tego miejsca to październik – marzec, wtedy jest tu naprawdę ciepło i przyjemnie, ale jeszcze nie upalnie.

Przejazd przez pustynię
Przejazd przez pustynię

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Wahiba Sands Dżabal Szam
Share Button

Kaitoke Regional Park, czyli Rivendell

Przy kilku poprzednich lokacjach z „Władcy Pierścieni”, pisaliśmy jak bardzo ten film i posttolkienowe nazewnictwo odbiło swoje piętno na Nowej Zelandii. Dokładnie to samo jest z Kaitoke Regional Park niedaleko Wellington (jakieś 45 minut jazdy). Już nawet drogowskazy blisko tego miejsca obwieszczają, że oto kierujemy się na Rivendell. Po co pamiętać oryginalną nazwę?

Ścieżka spacerowa w Kaitoke Regional Park
Ścieżka spacerowa w Kaitoke Regional Park

Filmowe Rivendell w parku Kaitoke

Faktycznie, to właśnie w tym parku zbudowano dekorację do Ostatniego Przyjaznego Domu, jak jest określany w książce (czasem też Pierwszego). W każdym razie chodzi o dom Elronda Półelfa (Tajar w tłumaczeniu Jerzego Łozińskiego). Dziś w tym miejscu znajdują się dwie rzeczy. Pierwsza z nich to tablice informujące, gdzie co stało, gdy kręcono film. To miłe. Są też rzeźbione drogowskazy ukazujące początek Rivendell.

Słup nawiązujący do Rivendell
Słup nawiązujący do Rivendell

Dekoracji filmowych już w tym miejscu od dawna nie ma. Nigdy nie miało tu nic zostać. Właściwie nie licząc Hobbitonu, to ekipa Jacksona zdecydowała się sprzątać po sobie. Zostawianie dekoracji z małymi wyjątkami (jak np. po „Gwiezdnych Wojnach” w Tunezji) raczej nie wchodzi w grę. Nie praktykuje się tego zarówno ze względu na prawa autorskie, jak i ewentualne procesy, gdyby ktoś coś sobie zrobił. Nie mówiąc o ekologach i śmieceniu. Jednak to powoduje, że w takich miejscach jak to brakuje filmowych elementów. Stąd po pierwsze umieszczono tu tablice pamiątkowe z dość dokładnymi mapami lokacji filmowej. To już samo w sobie czyni z tego miejsca ciekawy punkt dla fanów kina czy turystów filmowych.

Mapa planu Rivendell w Kaitoke Regional Park
Mapa planu Rivendell w Kaitoke Regional Park

Fanowski portal

Jednak najbardziej charakterystyczna rzecz to „kamienny” portal. Zbudowany i ufundowany przez fanów, którzy chcieli w ten sposób upamiętnić dorobek filmowy tego miejsca. Portal przypomina filmowy, ale oczywiście ze względu na prawa autorskie różni się w szczegółach. Nie przeszkadza to jednak, by stał się zdecydowanie najpopularniejszym punktem Kaitoke Regional Park i całego Rivendell. Wiele osób, które tu przyjeżdża nawet nie zdaje sobie z tego sprawy, że to nie jest pozostałość po filmie. Zresztą na różne dzieła fanów serii upamiętniające film, można w Nowej Zelandii natknąć się w co najmniej kilku miejscach. Choć to zdecydowanie jest najbardziej mylące.

Portal zbudowany przez fanów
Portal zbudowany przez fanów

I jeszcze jedna rzecz. Nie ma tu wodospadów. I nigdy nie było. Ot magia kina i efektów komputerowych, pozwala nakładać różne obrazy. Ktoś kto liczył na wodospad w Rivendell, cóż, dał się nabrać.

Fanowski portal upamiętniający Rivendell
Fanowski portal upamiętniający Rivendell

Park Kaitoke

Zwiedzanie Rivendell to spacer na mniej niż kwadrans. Warto w Kaitoke spędzić choć drugie tyle: las deszczowy jest bujny i bardzo zielony. Oczywiście jak w wielu innych miejscach tego kraju tak i tu czeka nas przejście przez wiszący most oraz  krótki niestety spacer ścieżką między drzewami. Park ma powierzchnię 2860 akrów. Otworzono go w 1983. Jest to także ujęcie wody dla obszaru Hutt, zaś poza roślinami są tu także miejsca, gdzie można się kąpać.

Paprocie drzewiaste w parku
Paprocie drzewiaste w parku
Paprocie w Kaitoke
Paprocie w Kaitoke

Dojazd do Rivendell

Kaitoke jest jednak dużo większym parkiem niż tylko część z Rivendell. To jedno z miejsc wypadowych dla mieszkańców Wellington i okolic. Wejście do parku jest darmowe, przed nim zaś znajdują się duże parkingi. Niedaleko rzeki Pakuratahi znajduje się strefa dla camperów.

Most wiszący nad rzeką
Most wiszący nad rzeką

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Kaitoke – Rivendell
Szlak filmowy
Kaitoke – Rivendell
Share Button

Etna, największy czynny wulkan Europy

Na Sycylii znajduje się jeden z dwóch najbardziej znanych włoskich wulkanów. O Wezuwiuszu już pisaliśmy, więc dziś pora na kolejny. Etna z jednej strony budzi niepokój, gdyż wciąż jest czynna. Wspomniany Wezuwiusz „spektakularnie” zniszczył Pompeje czy Herkulanum. Katania (wł. Catania), która znajduje się podnóża Etny też nie raz ucierpiała, ale zniszczenia miały zupełnie inny charakter.

Zaschnięta lawa wokół Etny
Zaschnięta lawa wokół Etny

Etna i bezpieczeństwo

Erupcje są dość częste, z drugiej strony właśnie dlatego jest bezpieczniejsza. Przede wszystkim nie dochodzi tu do gwałtownych wybuchów, raczej przypomina to sączenie lawy. Etnie zdarzyło się w historii zatopić lawą choćby Katanię, ale lawa nie płynie szybko, więc właściwie obyło się bez większych ofiar, w przeciwieństwie do trzęsienia ziemi, które także dotknęło kiedyś to miasto. Nie oznacza to oczywiście, że jest to wulkan w pełni bezpieczny. W latach 70. poprzedniego wieku zdarzyło się, że turyści, którzy przebywali na stoku, zostali zabici podczas niewielkiej erupcji przez spadające odłamki materiału piroklastycznego. Pomijając zaś kwestię bezpieczeństwa, jest to bardzo niesamowite i intrygujące miejsce.

Okolice Etny widziane z góry
Okolice Etny widziane z góry

Przy wjeździe już na samą górę można zobaczyć resztki jednego z hoteli. Pewien Włoch postanowił wybudować sobie hotel tuż przy samej Etnie. Pomysł na biznes świetny, jednak gdy doszło do erupcji, zalała go lawa. Akurat przepłynęła wprost przez budynek. Nikt nie zginął, bo to nie jest proces szybki, ale jednocześnie nie da się tego zatrzymać.

Widok z góry
Widok z góry

Zdobywanie Etny

Etna jest zdecydowanie wyższa i trudniej dostępna od Wezuwiusza, także ze względów bezpieczeństwa. Tu nad wulkanem cały czas czuwają wulkanolodzy, kontrolujący jego aktywność (Wezuwiusz też jest pod stałą obserwacją, ale raczej nie trzeba śledzić komunikatów). To oni decydują, czy w danym dniu w ogóle można wejść na samą górę. Jeśli uznają, że to za duże ryzyko, nikt nie wejdzie na szczyt. Jadąc na górę można dostrzec ich stację.

Etna z samolotu
Etna z samolotu
Jaskinie z zastygłej lawy
Jaskinie z zastygłej lawy

Etna, czyli trzytysięcznik

Etna jest dość wysoka, liczy sobie 3340 metrów (wysokość ze względu na aktywność wulkanu ulega zmianie). To powoduje, że nie jest to miejsce dla wszystkich. Wiele wycieczek dojeżdża np. do 2000 metrów i na tym poprzestaje. Szczęśliwie są też takie, które docierają na sam szczyt. Zazwyczaj odbywa się to tak, że trzeba wykupić bilet i wjechać specjalnym wozem wysokość około 3000 metrów. Tam już ostatnie 200 metrów prowadzi nas przewodnik. To bardzo istotne, gdyż władze nie są chętne, by ktokolwiek po szczycie szwendał się samemu. Przewodnik ten odpowiada za bezpieczeństwo grupy i właściwie za nic więcej (ma też tlen na wszelki wypadek). Wygląda to tak, że dojeżdża się do wejścia, kupuje bilet, wsiada do busa razem z grupą. Pilnują tu oczywiście obuwia, ludzie w klapkach są zawracani. Potem pod samym szczycie przewodnik prowadzi grupę i odprowadza ją do autobusu.

Okolice krateru
Okolice krateru

Warto pamiętać, że różnica wysokości robi swoje. Ciężej łapie się tu oddech, ciężej się wchodzi na górę, dodatkowo jest chłodno (i to nawet w lecie, gdy na dole w Katanii jest około 30 lub więcej stopni). Te 200 metrów bez aklimatyzacji bywa ciężkie, ale jest do przejścia. W końcu to jest największy i najwyższy czynny wulkan Europy.

Zastygnięta rzeka lawy
Zastygnięta rzeka lawy

Etna nie ma jednego krateru. Tak właściwie to jest ich kilka i co pewien czas tworzą się nowe po różnych stronach samego wzniesienia. Niektóre już są zarośnięte i nieczynne. Pozwala to na bardzo ciekawe zwiedzanie okolic, które są różnorodne.

Etna
Etna
Etna
Etna

Z przewodnikiem?

Zwiedzając Etnę warto zastanowić się chwilę nad wycieczką z lokalnego biura, bo te mają dodatkowe atuty. Ogólnie rzecz biorąc konkurencja jest dość spora, łatwo się natknąć na którąś z firm. Większość jednak działa bez jakichkolwiek umów czy uprawnień, czyli nielegalnie. Natomiast by wejść/wjechać na sam szczyt i tak należy zakupić bilet i wjechać wozem z przewodnikiem ogólnym. Zatem jeśli „firma” czy osoba nie oferuje nic więcej, tylko przejazd do wejścia, to równie dobrze można wybrać taksówkę czy inny środek transportu. Dlatego dość łatwo się naciąć finansowo, lepiej zweryfikować ofertę. Myśmy skorzystali z oferty EtnaFinder, z której byliśmy bardzo zadowoleni.

Wyprawa do krateru
Wyprawa do krateru

Dostaliśmy własnego przewodnika, który przede wszystkim tłumaczył nam wiele rzeczy z zakresu wulkanologii, jak również ciekawie opowiadał o miejscu Etny w kulturze Katanii. Choćby dlaczego Włosi tu mieszkający nazywają ją Matką i jak ją widzą (są wdzięczni, że wulkan pozwala im żyć u swoich stóp). Wjechał też z nami na górę i o ile ogólny przewodnik ma za zadanie przeprowadzić grupę, niewiele jest w stanie powiedzieć np. 20-50 osobom. Prywatny chodząc z nami tłumaczył nam bardzo wiele, dostosowywał się do naszego tempa i naszych pytań.

Stożek Etny
Stożek Etny

Następnie zaś przejechaliśmy się jeszcze po okolicy, oglądając miejsca, zmienione przez lawę, od jaskiń, po zaschnięte rzeki lawy. To dość mocno wzbogaca walory poznawcze. Sam wulkan jest bardzo ciekawym miejscem, ale w naszym przypadku było to także pouczające i całodniowe doświadczenie. No i ważniejsze, że do wielu miejsc w okolicy, czyli zaschniętych rzek lawy, czy jaskiń najczęściej się nie jeździ. Są bardziej oddalone od głównego traktu i mało kto o nich wie. Co ciekawe tereny powulkaniczne są bardzo często wykorzystywane zarówno przez rolników, jak i grzybiarzy. Mieliśmy okazję zobaczyć włoskie prawdziwki i sposób ich zbierania.

Zbocze krateru
Zbocze krateru

Etna na filmowo

Etna ma też swój epizod filmowy. Najbardziej znany to oczywiście „Zemsta Sithów” George’a Lucasa, czyli trzecia część „Gwiezdnych Wojen”. Gdy Lucas kręcił film, znów zaczęły się większe erupcje na Etnie. Lawa sobie płynęła, życie toczyło się dalej, ale można było wysłać drugą ekipę do nakręcenia kilku ujęć. Na ile wykorzystano je w filmie, trudno stwierdzić. Etnę bardziej starwarsowo opisaliśmy tutaj: tutaj.

Etna
Etna

Oczywiście „Gwiezdne Wojny” to nie jedyne dzieło, kręcone w tym miejscu. Acz warto pamiętać, że inne raczej wykorzystują obszar wokół wulkanu, a nie jego samą erupcję. Z racji kraju powstawało tu głównie kino włoskie. Nagrywał tu Pier Paolo Pasolini („Opowieści kanterberyjskie”, „Chlew”, „Ewangelia według świętego Matuesza”), Michaelangelo Antonioni („Przygoda”), „Luigi Cozzi („Starcrash”). Poza włoskimi twórcami kręcił tu także Richard Fleisher („Barabasz”).

Las zniszczony przez lawę
Las zniszczony przez lawę

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak włoski
Etna Neapol
Share Button

Hanami, kwitnące wiśnie sakura i Fukushima

Hanami to z japońskiego dosłownie oglądanie kwiatów. Tradycyjny zwyczaj najczęściej kojarzy się z oglądaniem ozdobnych kwiatów wiśni. Choć to popularna u nas roślina, w Japonii rośnie trochę inny gatunek: wiśnia piłkowana (Cerasus serrulata) zwana też wiśnią japońską bądź sakurą. Choć sakura tak naprawdę to tylko jedna z odmian wiśni, ale dziś terminu tego używa się wymiennie. Roślina ta wywarła olbrzymi wpływ na kulturę tego kraju, nie bez powodu nazywanego przecież Krajem Kwitnącej Wiśni.

Hanamiyama Park w Fukushimie
Hanamiyama Park w Fukushimie

Geneza Hanami

Zwyczaj hanami sięga okresu Nara (710-784). Początkowo był złożeniem dwóch rzeczy: religii, gdzie oddawano cześć bogom rezydujących w sakurach, oraz ceremonii dworskich wzorowanych na chińskich zwyczajach. Pierwotnie celebracja ograniczało się do dworu, z czasem przejął ją zwykły lud. Już w XV wieku był to zwyczaj narodowy. Do dziś tradycja hanami, czyli oglądania kwitnących wiśni jest bardzo żywa i pielęgnowana w Japonii. Co roku przyciąga wiele osób do parków, czy miejsc, gdzie kwitną sakury. Nie tylko turystów zza granicy, ale przede wszystkim samych Japończyków. Jest to na tyle ważne, że podawane są prognozy kwitnienia wiśni, zarówno w telewizji jak i Internecie (np. na www.japanguide.com). Już na kilka miesięcy przed można zobaczyć kiedy prawdopodobnie w danym roku w określonych miejscach Japonii będzie najlepszy okres na oglądanie wiśni. Prognozy są podobno bardzo akuratne, ale nigdy stuprocentowe.

Okolice Hanamiyama Park
Okolice Hanamiyama Park
Park Hanamiyama w Fukushimie
Park Hanamiyama w Fukushimie

Dodatkowo w części Japonii hanami zbiega się z rozpoczęciem roku szkolnego w niektórych prefekturach i roku podatkowego. Robi się z tego wielkie święto. Ale nie tylko wiśnie przyciągają uwagę Japończyków. W ogrodach do hanami są wyznaczone daty kiedy kwitną inne rośliny. Po wiśniach bardzo popularne są floksy i festiwale z nimi związane (choćby w okolicach krainy pięciu jezior). Przy tego typu imprezach warto wspomnieć o Momijigari czy też inaczej Kōyō, czyli japońskim oglądaniu jesiennych liści. Taka złota, japońska jesień. W każdym razie powoduje to, że Japonię można odkrywać praktycznie przez cały rok, bo ciągle jest na coś sezon. Swoją drogą Japończyków interesuje też kwitnienie tulipanów, ale te ogrody nie są tak rozbudowane i popularne jak Keukenhof.

Kwitnące wiśnie (i forsycje)
Kwitnące wiśnie (i forsycje)

Jak trafić w sezon na kwitnące wiśnie?

Wracając jednak do wiśni: szczyt sezonu w środkowej Japonii przypada na początek bądź pierwszą połowę kwietnia. Ale równie dobrze może to być marzec, wszystko zależy od pogody. Jeśli zależy nam na obejrzeniu kwitnienia trzeba dość dobrze sobie zaplanować plan B. Najczęściej bilety, hotele i inne sprawy załatwia się odpowiednio wcześnie, choć pogoda może zawsze sprawić pewne zawirowania. My byliśmy w Tokio w okresie, w którym zwykle jest sezon, tym razem prawie wszystko przekwitło (choć dwa miesiące wcześniej prognozy zapowiadały się dobrze). Odpada też południe, bo tam kwitnienie przebiega wcześniej, więc pojechaliśmy na północ.

Wiśnie Sakura
Wiśnie Sakura
Fukushima, kwitnąca sakura
Fukushima, kwitnąca sakura

Słynne ogrody do Hanami

W Japonii jest kilka miejsc, które słyną jako wyjątkowo dobre punkty obserwowania kwitnienia. Są to w Tokio: park Ueno, Shinjuku Gyoen, Chidorigafuchi, park Sumida, cmentarz Aoyama, Koishikawa Kōrakuen, Inokashira, w Jokohamie: park Kamon’yama, Sankeien, w Kioto: Maruyama, świątynia Heian, Arashiyama, Kamogawa, świątynia Daigoji, góra Orashi, w Osace: park wokół Mennicy Japońskiej, park przy zamku Osaka, w Nagoi: park Tsurumai oraz okolice góry Fudżi. To tylko te najbardziej znane, ale jest wiele innych. Jedno z nich to także okolice zamku Himeji – ogród Koko-en.

Drzewo wiśni w czasie kwitnienia
Drzewo wiśni w czasie kwitnienia

Fukushima i Hanami

Naszą alternatywą został Fukushima Hanamiyama Park, który leży nieopodal Fukushimy. Od razu dodamy – daleko od elektrowni jądrowej, która leży nad oceanem w prefekturze Fukushima, zaś miasto i ogród są w głębi wyspy. Swoją drogą warto dodać, że okolice elektrowni dziś to strefa zamknięta, ale podobnie jak w Czarnobylu tak i tu zaczynają pojawiać się alternatywne wycieczki. Ale tym razem koncentrowaliśmy się na sakurach.

W Parku Hanamiyama jest kilka tras do oglądania kwiatów
W Parku Hanamiyama jest kilka tras do oglądania kwiatów

Fukushima Hanamiyama Park

Hanamiyama Park rozpościera się na wzgórzach porośniętych przez setki drzew: wiśni, śliw, krzewów forsycji, róż, z polami porośniętymi kwiatami, na przykład intensywnie żółtym rzepakiem. Wstęp jest darmowy, zapłacić należy jedynie za autobus z dworca w Fukushimie, jeśli wybieramy się komunikacją zbiorową. Ta jest średnio zorganizowana. Przy dworcu znajdziemy przystanek, tam można bez problemu kupić bilet i dostać rozkład jazdy autobusów. Problemem jest to, że w okresie Hanami, nawet w tygodniu, mnóstwo ludzi jest zainteresowanych oglądaniem kwiatów, więc komunikacja nie daje rady. Trzeba czasem czekać na kolejny (lub jeszcze kolejny) autobus, by móc w ogóle do niego wejść.

Park Hanamiyama
Park Hanamiyama

Ogród to kilka wytyczonych tras, których przejście może zająć większą część dnia. Ze wzgórz roztacza się widok na miasto i pasmo górskie z wulkanicznym szczytem Azuma (1705 m n.p.m.) o kształcie stożka przypominającym Fuji, stąd przydomek „kofuji”.

W ogrodzie jest kilka różnych odmian sakury
W ogrodzie jest kilka różnych odmian sakury

Historia ogrodu Hanamiyama Park

Park Hanamiyama został otwarty dla publiczności w 1959 roku. Jego początki to lata 20. XX wieku, gdy rodzina Abe zajęła się komercyjną uprawą kwiatów na wzgórzu za Fukushimą. Spokojne życie zostało przerwane przez przystąpienie Japonii do II wojny światowej, kiedy męscy członkowie rodziny musieli służyć w armii. Kobiety pielęgnowały uprawy w oczekiwaniu na ich powrót. Gdy wrócili, wojenną traumę leczyli pośród kwiatów i kwitnących drzew. A tych wciąż przybywało, ogród się rozrastał. Rodzina zdecydowała o udostępnieniu parku dla zwiedzających w 1959 roku pod nazwą Hanamiyama Park, a dwadzieścia lat później wystawa fotograficzna rozsławiła to miejsce na cały kraj. Park został zamknięty w marcu 2011 roku na okres jednego roku po trzęsieniu ziemi i tsunami, które uszkodziło pobliską elektrownię atomową. Miał to być czas dla roślin, by mogły odżyć po katastrofie. Dziś jest to przepiękne miejsce.

Sakura
Sakura

Dla nas wycieczka do tego parku wiąże się z oglądaniem i podziwianiem kwiatów, spokojnym spacerem między roślinami (można wybrać kilka tras). Większość odwiedzających w parku to Azjaci (Japończycy, ale też turyści z Chin, Korei czy innych państw), przez to traci się trochę ducha podziwiania i obcowania z roślinami. Mnóstwo ludzi, trochę gwaru, ale jednocześnie tych parków jest więcej, więc nie ma tylu ludzi co np. w Keukenhof w szczycie. Japończycy zaś lubią spokój, dodatkowo klasyczne hanami wiąże się ze spożywaniem kulek ryżowych dango, piciem sake czy piwa. Wiśnie zaś stają się tylko pretekstem. Zresztą przy przystanku przy parku znalazło się kilka stoisk z różnym jedzeniem, piciem, czy lokalnymi wyrobami (w tym miodem z Fukushimy).

Hanami - typowy widok
Hanami – typowy widok

Japoński dzień dziecka

Wspominaliśmy o sezonowości imprez w Japonii. Hamani wchodzi w kolejne święto – Tango no sekku. Odbywa się ono 5 maja i dziś formalnie jest to Japoński Dzień Dziecka (Kodomo no hi). Tradycyjnie było to raczej święto chłopców, wywodzące się jeszcze z bardzo starych japońskich zwyczajów i chińskich naleciałości, magii liczb i zmian pór roku. Jedną z tradycji święta jest wieszanie flag Koi-nobori. Przypominają one trochę rękaw w kształcie karpia. Wiesza się je jeszcze w kwietniu w oczekiwaniu na święto, czasem, jak w Fukushimie potrafią nałożyć się z hanami.

Flaga Koi-nobori i tulipany
Flaga Koi-nobori i tulipany

Na koniec warto zdać sobie sprawę, że hanami to nie jest zwykłe oglądanie kwiatów, to święto radości, trochę przypominające nasze jarmarki czy festyny. A że sami Japończycy są raczej cisi, to może faktycznie wyglądać to jedynie na podziwianie kwiatów. Zaś ogrody jak wszystko w Japonii są idealnie skomponowane. Poczucie estetyki w tym kraju stoi naprawdę na wysokim poziomie.

Natomiast jeśli chodzi o ogrody, a także japońskie inspiracje roślinne, w tym bonsai czy ikebany to polecamy też wpis na blogu Trykowska Studio.

Kwitnąca sakura
Kwitnąca sakura

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Hanami / Fukushima
Share Button

Wąwóz Buller i najdłuższy most wiszący Nowej Zelandii

W Nowej Zelandii lubią wiszące mosty. Gdzie jest rzeka i wąwóz, tam pewnikiem będzie i wiszący most. Najdłuższy z nich znajduje się nad wąwozem Buller (Buller Gorge) i mierzy 110 metrów długości. Przejście przez niego to atrakcja płatna, ale na szczęście w pakiecie znajduje się nie tylko most. Sam wąwóz Buller jest jednak stosunkowo niewielki, choć uroczy.

Rzeka Buller
Rzeka Buller

Wąwóz Buller i gorączka złota

To kolejne miejsce z cyklu przystanków i krótkich spacerów po drodze gdzieś dalej. Jest ich na Wyspie Południowej trochę, zresztą nie tylko tam. Dużo czasu tu naprawdę nie potrzeba, choć oczywiście można spędzić tu prawie cały dzień. Jedyna istotna różnica w porównaniu do wielu innych miejsc tego typu, to prywatne przedsięwzięcie. Parkuje się za darmo, ale na tym koniec.

Most wiszący nad rzeką Buller
Most wiszący nad rzeką Buller

Okolica była w XIX wieku zajmowana przez poszukiwaczy złota, można w lesie zobaczyć pozostałości ich osadnictwa. Są tu choćby opuszczone domy poszukiwaczy. Ta historia gdzieś żyje. Jednak nie należy tego miejsca traktować jako muzeum, czy źródła wiedzy. Wtedy będziemy zawiedzeni. Owszem służy ono celom edukacyjnym, ale w trochę innym charakterze. Tu przyjeżdżają wycieczki szkolne, więc przeprowadza się tu lekcje historii w terenie. Dla dzieci ciekawsze niż siedzenie w szkolnych ławkach, ale na tym koniec. Sama nazwa rzeki i wąwozu upamiętnia Charlesa Bullera, brytyjskiego parlamentarzysty, który był też dyrektorem New Zealand Company, firmy, która wspierała kolonizację tych wysp.

Najdłuższy most wiszący w Nowej Zelandii
Najdłuższy most wiszący w Nowej Zelandii

Spacer przez las

Po przejściu przez most mamy ścieżkę przez las. To nam się bardzo podobało, ale faktycznie to las może nie jakich wiele, acz nie wyróżniający się zbytnio. Można podejść nad brzeg rzeki. Jeśli chodzi o widoki, to jest tu pięknie, zresztą jak w wielu miejscach Nowej Zelandii. Dalej zaś mamy pozostałości po poszukiwaczach. Jakieś pojedyncze domki, jakieś stare samochody. Trochę zużytego sprzętu. Nam oczywiście najbardziej podobał się spacer między drzewami, zwłaszcza, że to dobra przerwa od jazdy samochodem. No i jak w wielu podobnych miejscach, trasa taka w sam raz na około 30-45 minutowy spacer.

Ścieżka przez las
Ścieżka przez las

Jet-boatem po rzece Buller

Obiekt oferuje też dodatkowe atrakcje. Pierwsza z nich to jet-boat. Takich motorówek jest bardzo wiele w Nowej Zelandii, tu można przepłynąć się przez rzekę Buller. Tym razem nie skorzystaliśmy. Zresztą woda była dość spokojna, więc chyba lepiej znaleźć bardziej wymagającą trasę. My z tego typu łodzi skorzystaliśmy w Fiordland.

Rzeka Buller
Rzeka Buller

Najdłuższy most wiszący w Nowej Zelandii

Druga atrakcja to kolejka tyrolska obok wiszącego mostu. W ten sposób także da się pokonać rzekę. Oczywiście dodatkowo płatne.

Las nad rzeką Buller
Las nad rzeką Buller

Zdecydowanie najważniejszą atrakcją, tą która rozsławiła to miejsce, jest oczywiście wspomniany most. Przypomina trochę ten z filmu „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”, tyle że jest metalowy. No i ludzie mają trochę problemu z wymijaniem się. Gwoli przypomnienia, ten filmowy zbudowano na Sri Lance nieopodal Kandy.

Okolice wąwozu Buller
Okolice wąwozu Buller

Wąwóz Buller – dojazd

By dojechać do mostu i wąwozu trzeba z Nelson jechać drogą numer 6 na południe i szukać miejsca oznaczonego na Google jako Buller Gorge Swing Bridge za miejscowością Murchinson. Tam jest mały parking i wejście (płatne) na most.

Wąwóz Buller to kolejny z punktów, gdzie można się zatrzymać jadąc na południe, by odpocząć aktywnie od samochodu. Jednak pomimo najdłuższego mostu wiszącego, to miejsce nie wyróżnia się specjalnie od innych. Przyjemne, tylko tyle i aż tyle. Warto dodać, że dolna część wąwozu to miejsce jednego z nowozelandzkich maratonów.

Pozostałości po górnikach
Pozostałości po górnikach

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Wąwóz Buller
Share Button

Bastei i Saksońska Szwajcaria

Kiedyś była to jedna wielka „Szwajcaria na obczyźnie”. Dziś są dwie: Czeska Szwajcaria (przy niej opisywaliśmy też genezę nazwy), jak również Saksońska Szwajcaria  lub też Saska Szwajcaria (niem. Sächsische Schweiz) znajdująca się po niemieckiej stronie. W tej zaś takim najbardziej przykuwającym uwagę miejscem jest skalne miasto Bastei.

Most - Bastei
Most – Bastei
Most Bastei oblegany przez tłumy
Most Bastei oblegany przez tłumy

Skalne Miasto Bastei

Widzieliśmy różne skalne miasta. Jedne są wydrążone w skałach, inne to twory naturalne. Bastei to właściwie ruiny dawnego zamku zbudowanego między skałami, tuż nad brzegiem Łaby. Miejsce wyjątkowo malownicze, zaś skalny most nieraz pojawia się na wielu zdjęciach w folderach reklamujących tę część Niemiec. Zresztą bardzo słusznie, jest klimatyczny i malowniczo położony. Most pochodzi z końca XIX wieku i zastąpił on wcześniejszy, drewniany most. Obecny powstał ze względu na duże zainteresowanie turystów tym miejscem.

Bastei, w tle Lilienstein
Bastei, w tle Lilienstein

Bastei jest wyjątkowe. Tak wizualnie, jak i organizacyjnie. To Niemcy, nie należy spodziewać się wiele do chodzenia. Przyjeżdża się, można zostawić samochód na parkingu (ok. 1 km od samej twierdzy), ale jeśli dla kogoś to za daleko, to kursuje tu shuttle bus. Cała droga jest asfaltowa, idzie się po prostym, między drzewami. Żadnych trudności. Później przechodzi się przez część do odpoczynku. Tu można kupić jedzenie, picie, posiedzieć pod parasolkami. Ta część jest naprawdę spora. Właściwie większa niż samo Bastei. To chyba też najtrudniejszy do przejścia odcinek, głównie dlatego, że bywa tu tłoczono. Dopiero na koniec przechodzi się do właściwego mostu. Dalej droga jest prosta, żadnej wspinaczki.

Saksońska Szwajcaria
Saksońska Szwajcaria

Most i Zamek Neurathen

Most oczywiście jest przepiękny, podobnie jak całe to otoczenie. Ze słynnymi mostami jest tak, że wiele osób chce przez nie przejść, więc jest tam tłoczno, ale by je móc pooglądać we właściwy sposób, najlepiej pójść gdzieś na bok. W Bastei jest taka możliwość: idąc lasem po skarpie znajdziemy kilka doskonałych punktów obserwacyjnych. Potem zostaje skalny most i konieczność przedzierania się między ludźmi.

Bastei
Bastei

Ale dalej jest kolejna ciekawostka, zaczynają się przysłowiowe schody. Za mostem bowiem można zwiedzić kawałek ruin starej twierdzy – zamku Neurathen. Tu niestety teren jest nierówny (ale nie jakoś strasznie), w dodatku trzeba zapłacić dodatkowo za wejście. Efekt jest taki, że o ile na moście w słoneczny dzień jest mnóstwo ludzi, tu przy twierdzy jest bardzo luźno. Z naszej perspektywy to oczywiście plus, ale dość dobrze ukazuje tutejszą turystykę. Olbrzymia ilość ludzi w części z jedzeniem, dużo ludzi na moście, a dalej jest zdecydowanie luźniej.

Saksońska Szwajcaria
Saksońska Szwajcaria

Zamek powstał w XII wieku. Sama stara twierdza została wzbogacona o broń z epoki. Ostały się tu też fragmenty cysterny, ale jeśli ktoś szuka dobrze zachowanego zamku, to nie jest to miejsce dla niego. To raczej kolejny bardzo dobry punkt do obserwowania skalnego mostu i okolic. Blisko twierdzy można też rzucić okiem na dolinę Łaby, to także fenomenalny widok.

Ruiny zamku Neurathen
Ruiny zamku Neurathen
Trasa nad zamkiem
Trasa nad zamkiem

Park Narodowy Saksońska Szwajcaria

Podsumowując, most w Bastei jest zjawiskowo piękny, malowniczo położony i przyciąga tłumy zwiedzających. To miejsce idealne na stosunkowo krótki przystanek podczas większego wypadu do Saksonii (także weekendowego). Jednak jeśli miałby być głównym i jedynym celem, to można się trochę rozczarować. To wygląda jak na zdjęciach, tylko jest stosunkowo niewielkie. Sam Park Narodowy Saksońska Szwajcaria jest oczywiście dużo większy i można tam znaleźć inne ciekawe szlaki do trekingu po Górach Połabskich.

Widok na Łabę
Widok na Łabę

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak niemiecki
Bastei Königstein
Share Button

Park Narodowy Czeska Szwajcaria

Czeska Szwajcaria, już sama nazwa budzi zaciekawienie, zwłaszcza jak się dołoży do tego czeską Niagarę. O ile ta druga nazwa jest zabiegiem marketingowym, o tyle pierwsza to już ciekawsza historia. Wszystko zaczęło się od Drezna i rekonstrukcji tamtejszej Galerii. Od 1776 pracowało tam dwóch Szwajcarów, Anton Graff i Adrian Zingg. Piękno okolicy, w szczególności piaskowców znajdujących się nad Łabą sprawiło, że nazwali tamtejszy park „Szwajcarią na obczyźnie”. Obecnie park jest podzielony pomiędzy Niemcy (Saksońska Szwajcaria) i Czechy (Park Narodowy Czeska Szwajcaria), więc istnieją dwie nazwy. Zresztą cały ten obszar, między Sudetami a Rudawami jest bardzo ciekawy i zróżnicowany w formy geologiczne.

Park Narodowy Czeska Szwajcaria
Park Narodowy Czeska Szwajcaria

Czeska Szwajcaria i Narnia

Jednak to nie nazwa nas tu przyciągnęła, a Narnia. A dokładniej „Lew, czarownica i stara szafa” Andrew Adamsona z 2005 roku. Warto przypomnieć, że cześć zdjęć do tej adaptacji dzieła C.S. Lewisa kręcono też w Polsce. W Czeskiej Szwajcarii wykorzystano zaś zdecydowanie najbardziej znany i charakterystyczny fragment, czyli słynny łuk skalny. Brama Pravčicka (cz. Pravčická brána) pojawia się w filmie. Widzimy tam stojące dzieci, które oglądają okolice. Nikt nie wpuszczał tam młodych aktorów. Scenę faktycznie nakręcono w tym miejscu, ale ujęcia z dziećmi powstały w studiu na niebieskim ekranie. W kinie zobaczyliśmy już efekt specjalny.

Brama Pravčicka
Brama Pravčicka

Łuk jest zamknięty dla turystów. Nie można na niego wchodzić. To pomnik przyrody i coś, co przyciąga tu wielu odwiedzających. Z jednej strony boją się o bezpieczeństwo, z drugiej go konserwują. To że nie można na niego wejść, nie znaczy, że nie da się go obejrzeć. Wręcz przeciwnie, Czesi doskonale rozumieją, jak bardzo przyciąga on tu ciekawskich.

Sokole gniazdo
Sokole gniazdo

Pod bramą znajduje się dawny pałacyk, a obecnie restauracja Sokole Gniazdo (cz. Sokoli hnizdo). Tam kupuje się bilety, by wejść zarówno pod bramę, jak i na pobliską skałę, z której doskonale widać łuk. W sezonie wejście do Gniazda jest otwierane około godziny 10:00. Jak łatwo się domyśleć, szybko robią się tam kolejki i tłok.

Brama Pravčicka
Brama Pravčicka

Czeska Niagara

W tej samej części Parku Narodowego znajduje się trasa z tak zwaną czeską Niagarą. Wodospad trochę rozczarowuje, zwłaszcza, że jest uruchamiany przez człowieka. Trochę wody poleci z góry i tyle. Jest tam ukryta mała zapora, dzięki czemu w sezonie odwiedzający zawsze mogą zobaczyć działający wodospad. Za to mamy tu bardzo ciekawy szlak wąwozem nad wodą, który częściowo pokonujemy piechotą, a częściowo trzeba go przepłynąć łodziami. Płynie się z flisakiem, całą grupą i jest to część płatna.

Czeska Niagara
Czeska Niagara

Przede wszystkim jest to wspaniały teren do górskich, leśnych wędrówek. Co pewien czas warto się zatrzymać, by pooglądać skalny krajobraz. Trasa do wodospadu zaś wiedzie przez malowniczy, rzeczny wąwóz. Najbardziej znany fragment to Edmundova soutěska, czyli Wąwóz Edmunda, czy Soutěsky Kamenice, czyli Wąwóz Kamenice.

Szlak nad wodą
Szlak nad wodą
Kamienne ludki na szlaku
Kamienne ludki na szlaku

Park Narodowy: Dojazd i trasy

Park Narodowy Czeska Szwajcaria (cz. Národní park České Švýcarsko) został utworzony 1 stycznia 2000 roku. Poza ciekawymi formacjami skalnymi i drzewami, występują tu również zwierzęta, najłatwiej wypatrzeć ptaki. Przy dużym szczęści podobno można nawet natknąć się tu na rysia, choć łatwiej jest zobaczyć jelenia. Łatwiej niby o ptaki, jak kruk, puchacz, pluszcz czy sokół wędrowny, ale też raczej dalej od szlaków.

Czeska Szwajcaria
Czeska Szwajcaria
Tunel
Tunel

Bazą wypadową, z której warto zacząć spacer (w kierunku Bramy, a potem można wrócić kanionem) jest miejscowość Hřensko. Tam można spokojnie zostawić samochód (parking jest płatny) lub też wynająć nocleg. Samo wejście do parku jest darmowe, choć niektóre atrakcje są płatne (wstęp do Sokolego gniazda czy pływanie po rzece). Jedyne o czym trzeba pamiętać, to że im wcześniej przyjedziemy samochodem tym lepiej. W późniejszych godzinach czasem ciężko znaleźć miejsce do zaparkowania. Zaś jeśli mamy samochód, nocleg kilkanaście kilometrów dalej będzie tańszy i łatwiejszy do znalezienia, bo w sezonie przybywa tu naprawdę sporo ludzi.

Skały w Czeskiej Szwajcarii
Skały w Czeskiej Szwajcarii

Szlaków jest tu kilka. My pojechaliśmy do wsi Hřensko, tam zostawiliśmy samochód, czerwonym szlakiem udaliśmy się na Bramę, a potem do Mezni Louka. Tam zaś zielonym aż do rzeki Kamenice i wzdłuż niej żółtym do Hřenska. Na rzecze zaś był i wodospad i płynięcie łodzią. Na jeden dzień starcza, zwłaszcza jak trzeba wracać do domu. Wspinaczka w parku jest możliwa tylko w kilku wydzielonych miejscach. Mapa znajduje się także na stronie Parku, ale tylko w czeskiej wersji strony – zakładka Mapy. Będąc w sezonie nie mieliśmy potrzeby kupować biletów na wejście do całego parku. Płaciło się za parking, wejście na Sokole Gniazdo oraz za przepłynięcie łodziami. Tu przydają się korony lub rzadziej euro.

Pływanie łodzią
Pływanie łodzią

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak czeski
PN Czeska Szwajcaria Skalne miasto
Szlak filmowy
PN Czeska Szwajcaria
Share Button

Yudanaka i śnieżne małpy z Parku Jigokudani

Podobnie jak wioska lisów, tak i śnieżne małpy kąpiące się w gorących źródłach raz na jakiś czas przewijają się w mediach. Do Jigokudani Monkey Park jedzie lub idzie się z miejscowości Yudanaka Onsen w prefekturze Nagano. Ta zaś poza małpami słynie z gorących źródeł.

Yudanaka
Yudanaka

Tradycyjny ryokan, onsem i Yudanaka

Yudanaka Onsen to jedno z miast położonych przy Jigokudani, a także popularne miejsce wypoczynku przy gorących źródłach. Gorące wody wykorzystywane są w tradycyjnych onsenach, czyli japońskich łaźniach, gdzie najpierw należy dokładnie zmyć z siebie cały brud pod prysznicem, a potem nago wejść do basenu z gorącą wodą. Zasady panują trochę jak w saunach: obowiązuje nagość, cisza, zakaz robienia zdjęć, lepiej nie jeść i nie pić alkoholu przed kąpielą.

Ryokan w Yudanaka
Ryokan w Yudanaka

Wiele hoteli w Yudanace oferuje wewnętrzne i zewnętrzne onseny. Zwłaszcza jeśli jest to ryokan (czyt. riokan) – dom gościnny w tradycyjnym stylu. Ryokan zaś to coś, czego w Japonii wypada choć raz spróbować. Zazwyczaj ich ceny są wysokie, regulowane przez prawo popytu i podaży. Ale też te miejsca są wyjątkowe. Zdecydowaliśmy się na Ryokan w Yudanace, by móc skorzystać właśnie dodatkowo z osenów, ale i bez nich to coś niesamowitego. Podłogi wyłożone tradycyjnymi matami tatami, których liczba służy jako jednostka powierzchni domu lub mieszkania (czyli ile tatami o standardowych wymiarach 90×180 cm mieści się w lokum). Pokój jest podzielony i odgrodzony shoji – przesuwnym ekranem wykonanym z drewnianych ramek, którego ażury wyklejone są papierem.

Śpi się na podłodze z bardzo twardą poduszką. Shoji wewnątrz naszego pokoju oddzielało część sypialną od przeznaczonej do picia herbaty matcha ze stolikiem tsuke. Nawet dostaliśmy kimona. Oczywiście po całym ryokanie należy chodzić w kapciach lub boso. Buty zostawia się przy wejściu do obiektu, a od właścicieli dostaje czyste kapcie. Z chęcią skorzystaliśmy z onsenu, który może nie wyglądał bardzo luksusowo, ale był tylko dla nas. Woda była bardzo, bardzo gorąca! Relaksujące, ale długo w niej nie wytrzymaliśmy.

Więcej o japońskim stylu, ryokanach i nie tylko przeczytacie na blogu Trykowska Studio.

W tle znajduje się pierwszy onsen opanowany przez małpy
W tle znajduje się pierwszy onsen opanowany przez małpy

Śnieżne małpy

Oprócz osenów Yunadaka słynie z rezerwatu małp – makaków japońskich, które zimą siedzą zanurzone w gorących wodach ze źródeł geotermalnych. Spotkaliśmy już makaka berberyjskiego w Maroku (Ouzoud) i na Gibraltarze, z wyglądu małpy te są dość podobne.

Makak japoński nad małpim onsenem
Makak japoński nad małpim onsenem

Jigokudani Snow Monkey Park to część Parku Narodowego Joshinetsu Kogen. Jigokudani znajduje się w północnej części prefektury Nagano w dolinie rzeki Yokoyu. Jego nazwa oznacza „piekielna dolina”, a to ze względu na liczne źródła geotermalne, gejzery i bąbelkujące stawy, a także nieprzyjazne warunki terenowe i klimatyczne. Ta otoczona stromymi ścianami dolina znajduje się na wysokości 850 m n.p.m. i tutaj to jest dość, by przez 4 miesiące w roku zalegał śnieg. Te warunki i demoniczna nazwa doliny nie odstrasza populacji makaków japońskich, które zresztą żyją na znacznym obszarze Japonii: z dużych wysp nie zajmują tylko Hokkaido.

Śnieżna małpa
Śnieżna małpa

Makaki japońskie bywają nazywane „śnieżnymi małpami” – co zresztą jest ujęte w nazwie parku. Swój przydomek zawdzięczają zwyczajowi przesiadywania zimą w basenach z gorącą wodą. Obsypane śniegiem, zrelaksowane w małpim onsenie, są wyjątkowo fotogeniczne, a ten obrazek jest znany na całym świecie. Ale to jest stosunkowo świeża historia. W lesie, w pobliżu źródeł geotermalnych zbudowano w drugiej połowie XIX wieku hotel, stojący po dziś dzień Korokukan Ryokan. Dla gości hotelowych wybudowano onsen, wykorzystujący naturalne źródło gorącej wody. Makaki szybko zwęszyły wygodne źródło ciepła (i pewnie pobliskie łatwe jedzenie), istotne dla ich przetrwania zimą. Po raz pierwszy wówczas zaobserwowano małpy pławiące się w gorącej wodzie. Nie dało się ich łatwo przepędzić, więc około 100 metrów dalej wybudowano dla nich sztuczny basen z gorącą wodą. Dziś małpy mają własny onsen, ale czasem odwiedzają stary ryokan.

Makak japoński
Makak japoński

Park Jigokudani koło Yudanaka

Makaki moczą się w gorącej wodzie tylko podczas zimowych dni, a najlepszy okres na zrobienie katalogowych fotek to styczeń – luty. W kwietniu małpy nie kąpią się w basenie, tylko piją z niego wodę. Ponieważ są one dokarmiane przez pracowników parku, ku uciesze turystów nadal trzymają się okolicy basenu, w całkiem sporej liczbie. Makaki całkowicie przywykły do odwiedzających ich tłumów i ani nie boją się ludzi, a nie są agresywne. Rzecz jasna nadal należny zachować ostrożność, małp nie wolno karmić, ani dotykać. Można naprawdę dużo czasu spędzić obserwując małpie figle (zwłaszcza w wykonaniu młodych małpek) i ich zachowania socjalne, jak choćby iskanie czy pierwszeństwo przy jedzeniu.

Makak japoński
Makak japoński

Nie spodziewaliśmy się tak wielu makaków, zwłaszcza że przed wejściem do parku widnieje informacja, że w razie nieobecności małp, koszt zakupu biletu wstępu nie jest zwracany.
Warto pamiętać o tym, by do parku wybrać się z samego rana, na samo otwarcie – godzinę później było tutaj już dość tłoczno i hałaśliwie, choć samym małpom zdawało się to nie przeszkadzać.

Małpa skacząca nad wodą
Małpa skacząca nad wodą

Z pewnością Jigokudani Park i małpy lepiej prezentują się zimą, ale wówczas nie mielibyśmy szans zobaczyć nigdzie kwitnących wiśni (może poza Okinawą). Japonia to kraj mocno rozciągnięty, o dużej różnicy wysokości, stąd by mieć pełny obraz jej piękna, trzeba by podróż powtórzyć zimą lub po prostu spędzić tutaj rok. No i choć w tym miejscu można by faktycznie zostać dłużej, by obserwować małpy, w praktyce nie ma wiele miejsc do chodzenia. Więc można zostać, póki jest jeszcze niewiele osób.

Makak japoński
Makak japoński

Dojazd do parku śnieżnych małp

Dojazd może być trochę trudny. Tu znów jest przypadek podobny do wioski lisów, ale tym razem nie ma potrzeby korzystać z taksówki. Wpierw należy dojechać do Nagano. Tam albo skorzystać z autobusu, który podwozi nas pod park, albo pojechać koleją do Yudanaki. Tyle że warto pamiętać, iż jest to linia lokalna, na którą nie obowiązuje JR Pass. Z Yudanaki do parku jest sporo do przejścia lub przejechania i tu właśnie z pomocą przychodzą właściciele ryokanów (i pewnie hoteli), którzy często mają darmowy transfer. Dla nas to było idealne rozwiązanie, bo mogliśmy wieczorem dotrzeć do Yunadaki, zostawić rzeczy w ryokanie, zjeść coś, zrobić mały spacer. Rano zaś zawieziono nas do parku przed natłokiem turystów, a następnie o umówionej godzinie odebrano i odwieziono na dworzec.

Małpy nad onsenem
Małpy nad onsenem

Z parkingu się trochę idzie do samego parku, ale to spokojny, niewymagający i przyjemny spacer po lesie. Potem dochodzi się do małpiego parku, kupuje bilet i właściwie zaraz dochodzi do osenu makaków. Otwarcie i ceny można sprawdzić na stronie parku, są tam też aktualne kamery.

Zwiedzanie parku
Zwiedzanie parku

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Yudanaka
Share Button