Archiwum kategorii: Natura

Zatoka Omańska i oglądanie delfinów

W Muskacie czekała na nas jeszcze jedna atrakcja: rejs statkiem po Zatoce Omańskiej (arab. خليج عمان ), leżącej pomiędzy Morzem Arabskim, a Zatoką Perską. Celem rejsu było znalezienie i oglądanie delfinów, czyli morskie safari. Tego typu atrakcje są popularne w różnych rejonach świata. Oman niczym pod tym względem się nie wyróżnia, ale skoro była okazja, to czemu nie skorzystać.

Kormorany w porcie, Zatoka Omańska
Kormorany w porcie

Zatoka Omańska: Jak wygląda obserwowanie delfinów?

Rejs trwał około 3 godzin, podczas których wypłynęliśmy daleko od brzegu i długo nie wypatrzyliśmy żadnych zwierząt, mieliśmy obawy, czy w ogóle jakieś delfiny się pokażą. Aż wreszcie udało się! Było ich całkiem sporo, raz po raz wyskakiwały ponad wodę (raz to nawet wysoko!), czasem płynęły w oddali, czasem całkiem blisko naszej łodzi.

Zatoka Omańska: Wypatrywanie delfinów
Zatoka Omańska: Wypatrywanie delfinów

Bardzo to przypomina w założeniu safari, które opisywaliśmy przy Tanzanii. Tam siedziało się w samochodzie, szukało zwierząt, a gdy się je znalazło, to wyłączało się silnik. Był też czas na oglądanie, robienie zdjęć czy filmów. A potem jak zwierzę poszło dalej, to szukało się kolejnego lub powoli za nim jechało.

Delfiny w Zatoce Omańskiej
Delfiny w Zatoce Omańskiej

Oglądanie delfinów a safari

Oglądanie delfinów w gruncie rzeczy jest bardzo podobne do game drive safari. Od momentu wypłynięcia z portu kierujemy się na tą część Zatoki Omańskiej, gdzie pływają delfiny. Kierowca motorówki i przewodnik dobrze zna te tereny. Wie, gdzie żerują te morskie ssaki, ale prawda jest taka, że to dość spory teren. W teorii może zdarzyć się tak, że delfinów się nie zobaczy. Szczęśliwie jest ich tu na tyle dużo, że praktyka jest inna. Zresztą, można się orientować na inne motorówki. Sprawdzona taktyka.

Delfiny w Zatoce Omańskiej
Delfiny w Zatoce Omańskiej

Poza tymi z turystami dostrzegliśmy jedną, która podążała za delfinami, prawdopodobnie by wskazać tym turystycznym, gdzie są zwierzęta. Trzymała się od pozostałych z daleka, ale jednocześnie prowadzący ją starał się nie spuszczać zwierząt z oczu.

Ogon delfina
Ogon delfina

Turystycznych motorówek przy delfinach było kilka. Nie wchodziły sobie w drogę, zwierzętom również. A te przede wszystkim pływały, wyskakując z wody na chwilę i nic sobie nie robiły z ludzkiej obecności. Świetnie jest mieć możliwość obserwowania ich w naturalnym środowisku. Niektóre z delfinów były naprawdę blisko.

Delfin
Delfin

Zatoka Omańska: delfiny i wieloryby

Tu występują przede wszystkim dwa gatunki delfinów: delfin długoszczęki (łac. Stenella longirostris) i delfin długopyski (łac. Delphinus capensis). Przy większym szczęściu można czasem zaobserwować także któreś z wielorybów, np. płetwala Bryde’a, humbaka, oraz inne walenie – orkę, szablogrzbieta waleniożernego (czyli orkę karłowatą), risso szarego czy delfina butlonosego. Wielorybów nie dostrzegliśmy. Próbowaliśmy ich szukać zarówno na Okinawie (gdzie ze względu na brak sezonu i nikłe szanse zrezygnowaliśmy z takiej atrakcji), ominęliśmy też tę przyjemność na Sri Lancę. Szczęśliwie w końcu udało się nam je zobaczyć w naturalnym środowisku podczas rejsu z islandzkiego Husavik.

Stado delfinów, Zatoka Omańska
Stado delfinów

Organizacja rejsu po Zatoce Omańskiej

My skorzystaliśmy z usług firmy Az’Zaha Tour. Na okręcie płynie kilkanaście osób. W cenę wliczone są napoje. Na szczęście delfinów jest tyle, że ludzie sobie nie przeszkadzają. (Cena była niższa niż podana na stronie).

Okolice Maskatu
Okolice Maskatu, pałac prezydencki

W drodze powrotnej do portu, kapitan pokazał nam jeszcze kawałek wybrzeża. Zobaczyliśmy posiadłość sułtana i cmentarz brytyjskich i portugalskich żołnierzy. Z perspektywy morza dobrze są widoczne liczne wieże obserwacyjne i niewielkie twierdze w okolicy Maskatu. Wybrana firma okazała się dobrym, godnym polecenia operatorem, z którego byliśmy zadowoleni. Rejs i obserwowanie delfinów bardzo się nam podobało, ale jeśli chodzi o atrakcje ze zwierzętami w Omanie to Ras Al Jinz zdecydowanie zajmuje pierwsze miejsce na naszej liście.

Fort przy Maskacie, Zatoka Omańska
Fort przy Maskacie
Zatoka Omańska, wybrzeże
Zatoka Omańska, wybrzeże

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Zatoka OmańskaSur

Hurulu Eco Park, czyli safari po lankijsku

Jedną z atrakcji planowanych podczas naszego pobytu na Sri Lance było safari, choć nawet nie braliśmy pod uwagę wówczas Hurulu. Początkowo myśleliśmy o Parku Narodowym Yala, ale nasz przewodnik zapytał, co chcemy zobaczyć w parku: słonie czy inne zwierzęta (jelenie i tak dalej). Najfajniej byłoby wszystkie, ale słonie indyjskie w naturze to coś, na czym nam zdecydowanie bardziej zależało. Zasugerował Park Minneriya, lub któryś z okolicznych. Miał sprawdzić, gdzie akurat są słonie i możliwy wjazd. Tak więc, ze względu na warunki terenowe, pogodowe i meldowaną liczbę zwierząt, wybór padł na Hurulu Eco Park, który jest dostępną dla turystów częścią rezerwatu leśnego Hurulu.

Safari w Hurulu
Safari w Hurulu

Hurulu, Minneria i Kaudulla

Tu jeszcze warto dodać jedno: Minneriya National Park, Kaudulla National Park czy właśnie Hurulu Eco Park są położone bardzo blisko siebie, dokładnie w tej samej okolicy. Hurulu  jest zlokalizowane w miejscowości Habarana. Dotarcie tu z Sigiriyi nie stanowi problemu. Można spokojnie wybierać jeden z trzech parków. Natomiast nie tylko ludzie sobie je wybierają, podobnie robią zwierzęta.Zatem z naszego punktu widzenia, wybór jednego z tych trzech parków zależał głównie od ilości zwierząt. A że akurat w Minneriyi wylały wody, słonie przeniosły się do Hurulu. Tu, podobnie jak w Tanzanii, organizatorzy safari doskonale wiedzą, gdzie akuratnie przebywają słonie. Co nie znaczy, że nie jeżdżą w tym czasie do pozostałych. W takich wypadkach warto podkreślać, że zależy nam na zwierzętach, nie na konkretnym miejscu.

Hurulu Eco Park
Hurulu Eco Park

Gdzie zobaczyć słonie na Sri Lance?

Owszem, w planie mieliśmy też inne lankijskie rezerwaty biosfery (np. Sinharaja), ale tylko jedno safari. Yala jest jednym z największych i najbardziej popularnych parków, ale nie ma w nim dużo słoni. Choć z drugiej strony podobno nie ma tam takich chaszczy, więc łatwiej wypatrzyć inne zwierzęta. Poza Minneriyą można też rozważyć Udawalawe, albo Wilpattu (ten odpadł, bo był zupełnie nie po drodze). Nam Hurulu doskonale wpasowało się w plan. Okolica zaś wygląda imponująco. Wielkie połacie cejlońskiego lasu widzieliśmy chociażby ze szczytu Sigiriyi i w otoczeniu zabytków Anuradhapury, czy zwłaszcza Polonnaruwy.

Samochód uwięziony w błocie
Samochód uwięziony w błocie

Krajobraz i zwierzęta w Hurulu

Dla nas wygląda to jak tropikalna dżungla z widocznymi chmurami parującej wilgoci unoszącymi się ponad wiecznie zielonymi liśćmi. Tak naprawdę to jest złudzenie. Większość lasów porastających wyspę Cejlon to wiecznie zielone lasy strefy suchej, czyli lasy kserofityczne. Występują one w klimacie tropikalnym i subtropikalnym, gdzie temperatura jest raczej wysoka przez cały rok, ale za to opady są stosunkowo niskie, a pora deszczowa i sucha występuje nieregularnie. Takie lasy występują między innymi w Indiach, Azji południowo-wschodniej i w Brazylii.

Paw w Hurulu
Paw w Hurulu

Najciekawsze – i niestety najbardziej zagrożone – z występujących w Hurulu zwierząt to lampart lankijski, kot rdzawy (najmniejszy dziki kot w Azji), indyjski żółw gwiaździsty i oczywiście słoń. Powiedzmy sobie wprost, najważniejsze dla nas było zobaczyć słonia. Także dlatego, że ich obecność i możliwość zobaczenia da się wcześniej zweryfikować. Cóż, od tego zależy biznes przewoźników, więc dbają o wiarygodność informacji. Niestety nie da się tego powiedzieć o innych zwierzętach, je ogląda się niejako przypadkiem. Zobaczenie lamparta wymaga wiele szczęścia. Zresztą nawet słonie w Hurulu mają gdzie się schować. Jeśli nie będą akurat blisko drogi, to może być problem, by móc im się przyjrzeć.

Słonie indyjskie w Hurulu
Słonie indyjskie w Hurulu

Słonie w Hurulu

Występujący na Sri Lance gatunek to oczywiście słoń indyjski, podgatunek – słoń cejloński (Elephas maximus maximus). Udało nam się zobaczyć kilka sztuk, ale daleko to do liczebności, którą obserwowaliśmy w Tanzanii. Jak zresztą niestety jakichkolwiek innych zwierząt, wliczając w to ptaki. Spowodowane jest to niekorzystnym ułożeniem szlaku: nie tylko na samej krawędzi parku, ale i z jedną trasą, na którą pakują na raz wiele samochodów (wjazdy są o konkretnych godzinach). Nic dziwnego, że zwierzęta unikają tych okolic.

Słonica ze słoniątkiem
Słonica ze słoniątkiem

Słonie na Sri Lance

Słoń na Sri Lance to temat równie obszerny, co kontrowersyjny. Zacznijmy od faktów: zwierzęta te występują jedynie na terenach suchych, omijają lasy deszczowe i mgliste. Populacje żyją na wysokościach aż do 2000 metrów nad poziomem morza. Ich liczebność na wyspie w 2011 roku szacowano na około 5800 osobników, co jest znacznym wzrostem od roku 2007, kiedy naliczono do 3000 słoni. W pierwszych dekadach XIX wieku żyło ich natomiast 12 – 14 tysięcy. Skąd taki spadek liczebności? Oczywiście przez kłusownictwo, karczowanie lasów pod pola uprawne oraz zabijanie w obronie własnej i dobytku. Skąd mamy wzrost liczebności populacji w ostatnich latach? Zabijanie dla ciosów jest mało opłacalne, gdyż obecnie zaledwie 2% samców może poszczycić się imponującymi (a dla człowieka: wartościowymi) kłami. To także skutek przetrzebienia populacji. Gen kłów zanika  przez działania człowieka.

Słoń indyjski (Hurulu, Sri Lanka)
Słoń indyjski (Hurulu, Sri Lanka)

Drugi powód wzrostu populacji to fakt, że słonie objęte są znaczną ochroną gatunkową, ich krzywdzenie jest srogim przestępstwem. Niekiedy słonie są przesiedlane w inne rejony wyspy, by zrównoważyć ich liczbę na różnych obszarach i aby słoń w poszukiwaniu siedlisk nie wchodził rolnikom w szkodę. Co do przesiedleń, to warto pamiętać o tym, że słonie są zwierzętami silnie związanymi z miejscem. Zdarzało się, że przeniesione, powracały do swoich pierwotnych siedlisk. Jeden z takich przesiedleńców przewędrował przez miesiąc ponad 200 kilometrów, by powrócić do domu. Więcej w temacie słoni będzie też przy wpisie o Sierocińcu Pinnawala.

Słoń indyjski
Słoń indyjski

Safari w Hurulu Eco Park

W porównaniu z tanzańskim, safari w Hurulu Eco Park nie rzuca na kolana. Ryk kolumny samochodów skutecznie przepłoszył zwierzęta (choć słonie ostatecznie widzieliśmy w załóżmy satysfakcjonującej ilości). Dodatkowo podczas naszej wizyty, deszcze zamieniły część trasy w grząskie bagnisko i sporo czasu straciliśmy na wygrzebywanie się z pułapki. Ale co tu dużo mówić – atrakcja sama w sobie. Natomiast doskonale zdajemy sobie sprawę z unikalności afrykańskich safari, zwłaszcza tam, gdzie naprawdę jest dużo zwierząt do obserwowania (np. Tarangire).

Słonie w trawie
Słonie w trawie

Tak jak wspominaliśmy wcześniej, trasa po Hurulu jest dość ograniczona. Do tego parku wjeżdża się dwa razy dziennie, rano i po południu, zaledwie na kilka godzin. Kierowcy nie szukają zwierząt starając się wybierać mniej uczęszczane drogi, raczej jadą wprost po wyznaczonym szlaku. Przy słoniach, rzadziej przy  innych zwierzętach, robią się korki. Dodatkową atrakcją jest skała, na której znajduje się punkt obserwacyjny. Można wejść na nią i pooglądać okolicę. Za to w porównaniu z innymi parkami (jak Yala) Hurulu jest tańszy.

Skała z której spogląda się na Hurulu
Skała z której spogląda się na Hurulu

Jak zorganizować safari na Sri Lance?

Do Hurulu (czy Minneriyi lub innych okolicznych parków) nie da się wjechać samochodem innym niż 4×4. Zresztą utkwiwszy w błocie zdołaliśmy się przekonać dlaczego. Najczęściej bez problemu można – z pomocą hotelu czy przewodnika – umówić sobie kierowcę praktycznie dzień wcześniej, no i wybrać park, jeśli jest taka możliwość (warunki pogodowe). Natomiast trzeba się liczyć z tym, że będzie tu dużo samochodów i ludzi, a stosunkowo mało zwierząt. To nie Serengeti. Dotyczy to raczej większości parków na Sri Lance. Nie zmienia to jednak faktu, że byliśmy bardzo zadowoleni z tego safari. Słonie były (około 30 w sumie), no a same widoki są powalające.

Na safari w Hurulu
Na safari w Hurulu

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Hurulu Eco Park

Góra Cooka (Aoraki) i lodowiec Tasmana

Już przy wpisie o lodowcach Fox i Franz Jozef wspominaliśmy o dość niecodziennym sposobie ich oglądania, czyli z perspektywy helikoptera lub awionetki. Jeszcze przed przylotem do Nowej Zelandii wiedzieliśmy, że coś takiego jest , ale dopiero na miejscu zainteresowaliśmy się taką wycieczką. Jednak oprócz lodowca (w naszym wypadku Tasmana) i oglądania krajobrazu z góry, chcieliśmy się przelecieć także obok góry Cooka, czyli najwyższego szczytu Nowej Zelandii.

Lot awionetką na lodowiec Tasmana
Lot awionetką na lodowiec Tasmana

Loty wokół góry Cooka i na lodowce

To, że nie przewidywaliśmy lotów widokowych, to kwestia ceny. Ale gdy widzi się helikopter lecący nad pięknym lodowcem, to coś w człowieku pęka. Będąc przy lodowcu Franciszka Józefa z ciekawości popatrzyliśmy na oferty kilku firm i ceny, pewni że to raczej nie dla nas. I tutaj spotkało nas miłe zaskoczenie – jedna z tańszych opcji lotu, choć w przeliczeniu na złotówki nadal bardzo droga, nie kosztuje aż tak strasznie w porównaniu z innymi cenami w Nowej Zelandii (np. zakwaterowanie, jedzenie w lokalach). A kiedy taka okazja się powtórzy? Musieliśmy  przemyśleć, policzyć, poszukać wieczorem w sieci i wpasować wycieczkę w plan podróży. Ostatecznie zdecydowaliśmy się na firmę INFLITE Charters na lotnisku Mount Cook – lot śmigłowcem + lądowanie i spacer na lodowcu + lot awionetką z powrotem. Odprawa to głównie ważenie się i wpisanie wagi do formularza (kobiety również, ale bez bagaży, w tym torebki – zawsze to mniej) i niecierpliwe oczekiwanie.

Widok z samolotu
Widok z samolotu

Organizacja lotu na lodowiec i wokół góry Cooka

Trzeba było tylko wybrać lotnisko i godzinę. Mt Cook Airport to jedno z licznych lotnisk na wyspie wyspie Południowej: malutki terminal i 1-2 pasy startowe. Wiele takich widzieliśmy już w Nowej Zelandii, ale także choćby w Tanzanii. Wiedza o katastrofach awionetek i helikopterów, i sam wygląd infrastruktury może budzić pewne obawy, ale tych maszyn lata tutaj naprawdę dużo. Wypadki oczywiście czasem się zdarzają, ale wciąż jeśli popatrzy się na statystyki, statki powietrzne są dużo bezpieczniejsze niż samochody.

Widok na lodowiec Tasmana z awionetki
Widok na lodowiec Tasmana z awionetki

Lot nie był długi, bo wszystkie atrakcje trwały razem jakieś 40 minut. Ale była to naprawdę niesamowita przygoda i przeżycie warte pieniędzy, przejazdów czy nocnej pobudki! Najpierw samolotem przelecieliśmy nieopodal Góry Cooka i Tasmana i wylądowaliśmy na lodowcu. Nie było zimno, słońce ostro grzało. Pewnie dlatego na lotnisku pytano o okulary przeciwsłoneczne i proponowano także krem z filtrem. Na lodowcu mieliśmy trochę czasu, by nacieszyć się śniegiem, porobić zdjęcia, a potem wsiedliśmy do helikoptera (lecieliśmy nim po raz pierwszy w życiu) i zrobiliśmy trasę nad górami, wokół góry Cooka. Oba loty były niesamowite.

Lodowiec Tasmana
Lodowiec Tasmana

Aoraki, czyli góra Cooka

Góra Cooka nosi oficjalnie nazwę Aoraki / Mount Cook. Aoraki to bohater maoryskich opowieści, przodek iwi (plemienia/klanu) Ngāi Tahu, a także przodek gór. Jeśli chodzi o Europejczyków, Alpy Południowe i ich najwyższy szczyt po raz pierwszy widziała (prawdopodobnie) wyprawa Abla Tasmana w 1642 roku. W 1770 roku kapitan James Cook ochrzcił całe pasmo górskie – Alpami Południowymi, ale bez szczegółów. Najwyższy szczyt nazwał w 1851 roku inny angielski kapitan, John Lort Stokes, na cześć Cooka.

Lodowiec Tasmana i góra Cooka
Lodowiec Tasmana i góra Cooka

Góra Cooka to najwyższy szczyt Nowej Zelandii, mierzy obecnie 3 724 m n.p.m. Obecnie, ponieważ w 1991 roku w wyniku osunięcia się skał, szczyt obniżył się o 10 metrów. Warto wiedzieć, że aktywność tektoniczna podnosi pasmo o jakieś 7 milimetrów w skali roku, ale nie mniej potężną siłą jest erozja, więc jakoś to się balansuje.

Na lodowcu Tasmana
Na lodowcu Tasmana

Drugi najwyższy szczyt – góra Tasmana – (ang. Mount Tasman, maoryska nazwa Horokoau odnosi się do lokalnego gatunku kormorana) – znajduje się zaledwie 4 kilometry dalej, a mierzy 3 497 m n.p.m. Też go widzieliśmy.

Pilatus, którym wlecieliśmy na lodowiec Tasmana
Pilatus, którym wlecieliśmy na lodowiec Tasmana
Helikopter, którym lecieliśmy wokół góry Cooka
Helikopter, którym lecieliśmy wokół góry Cooka

Lodowiec Tasmana

Lodowiec Tasmana (Tasman Galcier lub maor. Haupapa) to jeden z kilku lodowców Alp Południowych, w dodatku największy w Nowej Zelandii. 29 km długości, 4 km szerokości. Na Południowej Wyspie w roku 1980 naliczono 3155 lodowców (plus 18 na Północnej). Większość z nich jest dość mała, tylko kilka jest dużych. Ta liczba wynika z podziałów: jak lód pęknie, to często liczy się potem go jako dwa osobne. Teoretycznie Tasman zajmuje obecnie prawie 1/3 powierzchni wszystkich lodowców w kraju Kiwi. Nie da się go zobaczyć podjeżdżając blisko jak w przypadku Foxa czy Franca Jozefa, przez to jest tu mniej ludzi, ale turystycznie i tak jest bardzo mocno eksplorowany. Poza osobami, które tu lądują (także awionetkami, na innych lodowcach najczęściej lądują jedynie helikoptery), organizowane są tu także wyprawy wspinaczkowe. Do tego jednak trzeba mieć dużo więcej czasu, ale też lepszą kondycję i doświadczenie.

Na lodowcu Tasmana
Na lodowcu Tasmana

Góra Cooka i kino

Warto wspomnieć także o filmowych powiązaniach. Właściwie liczy się jedno: „Granice wytrzymałości” (Vertical Limits) Martina Campbella z 2000 z Izabellą Scorupco. To opowieść o tragicznej wyprawie na K2. Choć część zdjęć faktycznie kręcono tam w Pakistanie, to jednak właśnie okolice góry Cooka udawały Karakorum.

Góra Cooka
Góra Cooka
Lot wokół góry Cooka
Lot wokół góry Cooka

Możliwość oglądania zarówno ośnieżonych, górskich szczytów jak i samego lodowca z góry, ale ze stosunkowo bliskiej odległości to naprawdę interesujące przeżycie. Jeśli chodzi o widoki, chyba z awionetki wygląda to lepiej. Lot helikopterem zaś dostarcza dodatkowych atrakcji, zwłaszcza gdy jest się blisko grani i nagle podrywamy się do góry, i w tym momencie pojawiają się niewielkie turbulencje. Za to lądowanie i startowanie helikopterem jest takie delikatne, że chciałoby się więcej. Podsumowując, sama wycieczka dla nas z pewnością będzie niezapomniana przez długie lata.

Lot wokół góry Cooka
Lot wokół góry Cooka
Lot wokół góry Cooka
Lot wokół góry Cooka

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Góra Cooka i lodowiec Tasmana

Hakone i spojrzenie na górę Fudżi

Park Narodowy Fudżi-Hakone-Izu (jap. 富士箱根伊豆国立公園) ze względu na swoją niewielką odległość od Tokio i górę Fudżi, należy do najbardziej popularnych parków narodowych w Japonii. Wejść jest kilka, myśmy skorzystali z Hakone (jap. 箱根町 ). Sam park zajmuje powierzchnię ponad 12 tysięcy hektarów i nie sposób podczas krótkiego wyjazdu zwiedzić wszystkiego. Przyjeżdża się tu głównie ze względu na możliwość oglądania góry Fudżi (Fuji). Oprócz wulkanów park słynie także z gorących źródeł, czyli osenów (takich o jakich wspominaliśmy przy okazji Yunadaki). Świetnie skomunikowany, stanowi idealny cel na jednodniową wycieczkę ze stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni.

Widok na górę Fudżi z Ōwakudani
Widok na górę Fudżi z Ōwakudani

Góra – wulkan Fudżi

Główna atrakcja to oczywiście góra – wulkan Fuji-san. Błędnie tłumaczone jako „szanowna Fudżi” przez analogię przyrostka „san” jako „pan, pani” (np. do agenta 007 zwracano się per Bond-san). W języku japońskim wiele znaków ma bardzo podobne brzmienie, ale znaczy co innego. W tym przypadku „san” oznacza „góra”. Co oznacza samo „Fuji”, do końca nie wiadomo: możliwe że nie oznacza nic specjalnego, ale fajnie brzmi – stąd taki, a nie inny dobór znaków, albo jest to zniekształcone imię któregoś z licznych zapomnianych bóstw japońskiej mitologii, może też oznaczać „nieskończony”, „nieśmiertelny” bądź „bez porównania”. W 2013 roku Góra Fudżi i 24 okoliczne lokacje, w tym świątynie, zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako obiekt o szczególnym znaczeniu kulturowym.

Skansen w Hakone
Skansen w Hakone

Wciąż czynny stratowulkan Fudżi jest zarazem najwyższym szczytem Japonii – mierzy 3776 m. n.p.m. Przez większą część roku szczyt pokrywa lśniący w słońcu śnieg. Wyznawcy szinto utożsamiają go z żeńskim bóstwem, toteż jest to zarazem jedna z trzech świętych gór Japonii, na której do połowy XIX wieku obowiązywał zakaz wchodzenia dla kobiet. Fudżi natomiast uchodzi też za kanon piękna, mocno wpłynęło na poczucie estetyki Japończyków. W niektórych świątyniach czy skalnych ogrodach dość łatwo znaleźć kształt Fudżi.

Góra Fudżi
Góra Fudżi

Obecnie szczyt Fudżi to miejsce nie tylko pielgrzymek, ale i turystyki górskiej. Ze względu na warunki pogodowe, góra otwarta jest do wspinana tylko w lipcu i sierpniu. I znów, nie są to samowolne wejścia. Tu wszystko jest zorganizowane i w dodatku w odpowiednim sezonie, o ile oczywiście warunki na to pozwalają.

Kopalnia siarki, Ōwakudani
Kopalnia siarki, Ōwakudani

Gdyby ktoś pytał: las samobójców Aokigahara jest daleko, po przeciwnej stronie góry.

Brama Tori na jeziorze Ashi w świątyni Hakone
Brama Tori na jeziorze Ashi w świątyni Hakone

Kawaguchiko czy Hakone?

Ale by podziwiać Fudżi z oddali, nie trzeba się na nią wspinać, w sumie to nawet lepiej tego nie robić. Jak wieść niesie przy dobrej widoczności widać ją z Jokohamy, ale to się raczej rzadko zdarza. Są dwa miejsca w Parku Narodowym, które ściągają turystów. Pierwsze to Pięć Jezior Fudżi. Tu najlepiej dojechać busem do Kawaguchiko i tam rozpocząć zwiedzanie. W wiosennym okresie może być to interesujące ze względu na festiwal floksów (z którym się czasowo rozminęliśmy). My zdecydowaliśmy się na drugie miejsce, czyli okręg Hakone. Znajduje się on trochę dalej niż Pięć Jezior, przez to jest mniejsza szansa na zobaczenie głównej atrakcji, jeśli widoczność będzie słaba. Fudżi znajduje się jakieś 30 km w linii prostej. Szczęście nam dopisało.

Park Narodowy Hakone
Park Narodowy Hakone

Zwiedzanie okręgu Hakone i bilet zbiorowy

Okręg Hakone obejmuje Owakudani, jezioro Ashinoko, fragment drogi Tōkaidō, Hakone i oczywiście punkty widokowe na najsłynniejszy wulkan Japonii, a poza widokami są też inne, wulkaniczne atrakcje. Wycieczka po Hakone jest bardzo dobrze zorganizowana. Przyjeżdża się pociągiem (lub ew. inaczej) do Odawary (jap. 小田原市 ). Tam kupuje się bilet Hakone Free Pass, który upoważnia nas do zrobienia trasy różnymi środkami transportu. Jak to zwykle w Japonii bywa w przypadku takich biletów, wychodzi znacznie taniej, niż gdyby kupować je z osobna. Wraz z passem dostaniemy mapkę, a w informacji dokładnie powiedzą, jak przebyć całą trasę. Odawara jest o tyle dobrym przystankiem, że stają tu shinkanseny, więc jak zwykle japońska organizacja nie zawodzi.

Ōwakudani słynie z jaj gotowanych w gorących, mineralnych wodach
Ōwakudani słynie z jaj gotowanych w gorących, mineralnych wodach

Hakone: Owakudani

Nasza trasa po okręgu Hakone przewidziana była na cały dzień. Podróżowaliśmy kolejno pociągiem, kolejką linową, statkiem, pieszo i autobusem. Pierwsza część właściwego zwiedzania parku to była wulkaniczna dolina Owakudani. Powstała ona w wyniku wybuchu wulkanicznej Góry Hakone jakieś 3 tysiące lat temu. Nadal jest to teren aktywny wulkanicznie: ze szczelin na zboczach góry wydobywają się gazy i para, gorące źródła wody stale bulgoczą, a co pewien czas wulkan staje się bardziej aktywny, zwiększając produkcję trujących wyziewów.

Jajko na twardo z Owakudani
Jajko na twardo z Owakudani

Właśnie niebezpieczne stężenie trujących gazów jest powodem, dla którego ścieżki na zboczu wulkanu były zamknięte. Osoby zdrowe mogą bezpiecznie przebywać na terenie wokół stacji kolejki linowej, przede wszystkim na tarasach widokowych. Wielka szkoda, że nie mogliśmy pospacerować między gorącymi źródłami. Niestety aktywność wulkaniczna jest nie do przewidzenia. Mimo to było warto dla samych widoków. Za to jest to doskonałe miejsce do obserwowania z oddali wydobycia siarki.

Kopalnie siarki w  Ōwakudani (Hakone)
Kopalnie siarki w Ōwakudani (Hakone)

Specjalnością z Owakudani są jajka kura-tomago. Są to zwykłe jajka kurze gotowane na twardo w gorącym źródle. Skorupka staje się czarna od wysokiej zawartości minerałów. W smaku takie jajko nie różni się specjalnie od zwykłego. Gdy otwarta jest ścieżka między źródłami, turyści mogą kupić surowe jajka i ugotować je samodzielnie. Ponieważ ze względów bezpieczeństwa szlak jest zamknięty, jajka już ugotowane – a jeszcze gorące – można kupić w pobliskim sklepie. Podobno zjedzenie takiego przysmaku przedłuża życie o siedem latem. Drugą jajeczną ciekawostką było jajko na twardo bez skorupki, także czarne. Nie mamy pewności, czy obrane zostało wtórnie poddane działaniu tutejszych wód czy raczej uwędzone na dymie. Na to drugie wskazywałby smak, który bardzo przypomina wędzony ser.

Jezioro Ashinoko
Jezioro Ashinoko

Hakone: Jezioro Ashinoko

Jezioro Ashinoko (lub Ashi) powstało w kalderze wulkanu Hakone, który wybuchł około 3 tysiące lat temu. Hakone Pass, który mieliśmy, jest honorowany przez jedną z dwóch kompanii promowych, obsługujących przeprawę. Statki były wstrętnie stylizowane na europejskie żaglowce, a jeden z nich nazywał się „Victory”, jak okręt admirała Nelsona, który można zwiedzić w Portsmouth. Niestety to najbardziej tandetna i jarmarczna część wycieczki.
Za to dobra widoczność utrzymywała się nadal i już z drugiego brzegu jeziora mogliśmy podziwiać Fudżi.

Jeden z okrętów kursujących po jeziorze Ashi
Jeden z okrętów kursujących po jeziorze Ashi

Zwiedzanie właściwego Hakone

Na koniec wylądowaliśmy w Hakone. Można tutaj zobaczyć między innymi zachowane fragmenty drogi Tōkaidō. Trasa ta w okresie Edo prowadziła wzdłuż Pacyfiku od Kioto do Edo, czyli między pałacem cesarza a faktyczną stolicą kraju faktycznego jej władcy – szoguna Tokugawy (więcej o tym rodzie pisaliśmy przy Nikko). Była więc najważniejszą trasą kraju, uwiecznioną wielokrotnie w japońskiej sztuce.

Droga Tōkaidō w Hakone słynie z  wiekowych cyprysów
Droga Tōkaidō w Hakone słynie z wiekowych cyprysów

W Hakone znajduje się punkt kontrolny na trasie Tōkaidō, który wraz z historycznymi zabudowaniami został zrekonstruowany i udostępniony zwiedzającym. Można tu też odbyć przyjemny spacer wzdłuż alei starych cedrów.

Droga do świątyni Hakone
Droga do świątyni Hakone

Szintoistyczna świątynia w Hakone (choć znów to kompleks chramów – Hakone, Soga, Kuzyryu) jest położona w lesie nieopodal brzegu Jeziora Ashinoko. W wodzie stoi intensywnie czerwona tori, wyróżniająca się na tle wiecznozielonych lasów.
Świątynia w obecnym miejscu istnieje od połowy XVII wieku, była popularna wśród samurajów. Na koniec zostaje wsiąść już do autobusu i potem pociągu i ewentualnie zostaje do zwiedzenia Odawara ze swoim zamkiem, jeśli został na to jeszcze czas.

Wejście do świątyni Hakone
Wejście do świątyni Hakone

Trasa Hakone to faktycznie przyjemny spacer na cały dzień. Z pewnością byłoby ciekawiej, gdyby dało się podejść pod gorące źródła, ale tak jak warunków pogodowych, tak też wulkanicznych nie da się zaplanować.

Świątynia Hakone
Świątynia Hakone

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Hakone

Wodospad Kamieńczyka, Narnia, Szrenica i Szklarka

Wodospad Kamieńczyka, zwany z niemiecka Zackelfall, zaś po polsku czasem wodospad Kamieńczyk, znajduje się w Karkonoskim Parku Narodowym i jest to najwyższy wodospad w Sudetach. Oficjalnie jest wpisany w rejestr pomników przyrody, ale jeszcze ciekawsza jest jego filmowa, a dokładniej narnijska historia.

Wąwóz Kamieńczyka, czyli Narnia
Wąwóz Kamieńczyka, czyli Narnia

Narnia i Wodospad Kamieńczyka

W lipcu 2007 ekipa filmu „Opowieści z Narnii: Książę Kaspian” ponownie zawitała do Polski. Pierwszy film kręcono między innymi w dolinie Dunajca, na jeziorze Siemanówka w Tatrach i w pewnym stopniu Błędnych Skałach (Góry Stołowe), a także poza Polską, między innymi we Flock Hill, Adrspaskim Parku Narodowym, czy w Czeskiej Szwajcarii. Zatem nie dziwi, że Andrew Adamson podjął decyzję o powrocie do Polski. Polska raczej była dodatkiem do Nowej Zelandii, Czech i Słowenii, natomiast z wyścigu odpadły Chiny, Irlandia i Argentyna.

Wodospad Kamieńczyka
Wodospad Kamieńczyka
Wąwóz Kamieńczyka
Wąwóz Kamieńczyka

Sceny przy wodospadzie można dość łatwo rozpoznać. Jest to fragment filmu, w którym rodzeństwo Pevensie wchodzi do lasu i idzie wzdłuż kanionu szukając Aslana. Jedynie Łucja go widziała, reszta szukała przejścia na drugą stronę.

Wąwóz Kamieńczyka
Wąwóz Kamieńczyka

Kamieńczyk, potok, wąwóz i wodospad

Potok Kamieńczyk spada z wysokości 27 metrów, jest podzielony na trzy kaskady. Woda dalej płynie wąwozem Kamieńczyka. Środkowa kaskada w pewnym momencie rozdziela się po półkach skalnych. Strumień przy wodospadzie jest szeroki na kilkanaście metrów, ale szybko zwężą się do jakiś trzech. Znajduje się tam też kocioł eworsyjny. Sam kanion ma długość 100 metrów i wysokość jakieś 30-35 metrów.

Wodospad Kamieńczyka
Wodospad Kamieńczyka

Środkowa kaskada kryje w sobie jeszcze jedną tajemnicę. Znajduje się za nią sztucznie wykuta przez Walończyków grota. Walonowie z Belgii wydobywali tu kiedyś ametysty i pegmatyt. Wodospad sam w sobie jest atrakcją turystyczną udostępnioną do zwiedzania już od 1890. Dziś wejściówka nad wodospad jest dodatkowo płatna (pomimo biletu do Parku Narodowego). Całość jest ogrodzona, tak by trudno było się dobrze przyjrzeć okolicy. Natomiast wchodząc na obszar wodospadu wszyscy dostają kaski na głowę, na wypadek spadających odłamków. Wodospad znajduje się  na szlaku czerwonym i czarnym ze Szklarskiej Poręby na Szrenicę.

Wodospad Szklarka
Wodospad Szklarka

Wodospad Szklarka i Szklarska Poręba

Wybierając się do Kamieńczyka należy udać się do Szklarskiej Poręby. Wówczas warto poświęcić jeszcze trochę czasu na Wodospad Szklarki i Szrenicę. Zaczniemy od wodospadu, który jest trochę poza miastem. Szklarka (niem. Kochelfall) ma 13,3 metrów wysokości, jednocześnie jest to szeroki i dużo łatwiej dostępny wodospad. Przed nim znajduje się parking, skąd krótkim spacerem docieramy do głównej atrakcji mijając po drodze schronisko „Kochanówka”. Warto dodać, że kiedyś istniała tu możliwość regulowania przepływu wody. Ze Szklarskiej najłatwiej dotrzeć tu albo zielonym szlakiem wzdłuż rzeki Kamienna albo czarnym szlakiem.

Szrenica zimą
Szrenica zimą
Szrenica zimą
Szrenica zimą

Szrenica

Nad okolicą wznosi się mierzący 1362 metry szczyt górski Szrenicy (niem. Reifträger). To doskonałe miejsce do podziwiania Karkonoszy, zarówno po polskiej, jak i czeskiej stronie. Na górze znajduje się schronisko „Szrenica”. Można tu wejść szlakiem czerwonym lub czarnym ze Szklarskiej Poręby lub zielonym z Jakuszyc. Istnieje też wyciąg, który podwozi nas pod prawie sam szczyt. Potem zostaje kawałek do przejścia czarnym szlakiem. Góra jak i pobliska Hala Szrenicka słynie też z doskonałych, jak na Polskę, warunków narciarskich.

Trasa na Szrenicę
Trasa na Szrenicę
Szlak na Szrenicę
Szlak na Szrenicę

Wąwóz Kamieńczyka i Szklarska: Dojazd

Sama Szklarska Poręba to bardzo przyjemne miasteczko. Łatwo znaleźć tam nocleg, czy jedzenie, a także inne dodatkowe atrakcje, jak Krucze Skały, czy historyczne wille. Dodatkowo jest też Aquapark, czy dinopark. Z Wrocławia stosunkowo łatwo dojechać tu za pomocą Kolei Dolnośląskich.

Hala Szrenicka
Hala Szrenicka
Szrenica
Szrenica

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak polski
Wodospad Kamieńczyka
Szlak filmowy
Wodospad Kamieńczyka