Archiwum kategorii: Natura

Wodospad Iguazú (Iguaçu), „Misja” i cud natury

Na granicy Brazylii i Argentyny znajduje się jeden z największych wodospadów świata – Wodospad Iguazu (hiszp. Cataratas del Iguazú, port. Cataratas do Iguaçu). To miejsce, które robi niesamowite wrażenie. Gdy żona prezydenta Stanów Zjednoczonych Franklina Delano Roosvelta, Eleonor Roosvelt zobaczyła na własne oczy ten wodospad, podobno powiedziała tylko „moja biedna Niagara”. Iguazu to nie tylko wspaniałe miejsce, ale także lokacja filmowa. By w pełni móc zobaczyć ten wodospad, należy go oglądać z obu stron. W tym wypadku nawet dumni ze swojego kraju Brazylijczycy często potwierdzają, że ta argentyńska strona robi zdecydowanie większe wrażenie.

Ostronos w Iguazu
Ostronos rudy, czyli koati (Nasua nasua)

Fenomen Iguazu

Widowiskowy zespół wodospadów Cataratas do Iguaçu położony na granicy Brazylii (20% wodospadu na swoim terytorium) i Argentyny (80% wodospadu u siebie). Dokładniej na rzece Iguaçu, która jest lewym dopływem Parany. Nazwa w języku guarani brzmi Yguasu i oznacza wielką wodę. Wodospady te znajdują się przed ujściem Iguaçu do Parany, na skraju płaskowyżu Planalto Meridional. Obszar został uformowany w wyniku gigantycznej erupcji wulkanu, która miała miejsce jakieś 130 milionów lat temu, a dziś jest tutaj twarde bazaltowe podłoże, po którym płynie Iguaçu. Naukowcy rozważali też teorię o procesach tektonicznych związanych z rozstawaniem się kontynentów Afryki i Ameryki Południowej. Wówczas również mógł powstać ten uskok, byłby jednaj o jakieś 70 milionów lat starszy.

Wodospad Iguazú (strona argentyńska)
Wodospad Iguazú (strona argentyńska)

Indiańskie legendy o powstaniu Iguazu

Indianie Guarani (należą oni do grupy Tupi), rdzenni mieszkańcy tej okolicy mają oczywiście swoją własną historię. Według nich, pewne bóstwo miało poślubić piękną kobietę o imieniu Naipí. Ona miała jednak innego wybranka serca: Tarobá, dzielnego wojownika. I jak to w takich opowieściach bywa, uciekła wraz z kochankiem w canoe. Niedoszły boski małżonek wpadł w gniew i rozdzielił rzekę na dwoje, tworząc wodospad, w który wpadli uciekinierzy i zostali skazani na spadanie w nieskończoność siedząc w czółnie. Do dziś wersji tej historii zachowało się kilka. Czasem imiona bohaterów brzmią Naipu i Toroba. W jednej z wersji dziewczyna miała być oddana w ofierze bóstwu M’boi (olbrzymiemu wężowi), tam też na koniec Naipu została zamieniona w skałę, a Toroba w palmę. Zaś wersja bardziej szczęśliwa dla kochanków mówi o tym, że Naipu utraciła wzrok, Toroba zaś wznosił modły do bogów, zaś pierwszą rzeczą, którą zobaczyła dziewczyna, był właśnie ta niesamowita katarakta.

Gardziel Diabła (Iguazu, Argentyna)
Gardziel Diabła (Iguazu, Argentyna)

Odkrycie wodospadu Iguazu

Dla Europejczyków wodospad odkrył hiszpański konkwistador Álvar Núñez Cabeza de Vaca w 1541 roku. Tutaj zresztą przebiegał spór o wpływy terytorialne Portugalii i Hiszpanii. Został on zarysowany w niezapomnianym filmie Rolanda Joffé z 1986 roku – „Misja”. Do samego filmu jeszcze wrócimy. Natomiast Iguazu znajduje się nie tylko w dwóch krajach, ale również w dwóch parkach narodowych. Ze strony brazylijskiej jest to Parque Nacional do Iguaçu, który wraz z argentyńskim Parque Nacional Iguazú zostały wpisane w połowie lat 80. na listę UNESCO.

Wodospad Iguaçu, czy raczej kompleks wodospadów, ma długość 2 kilometrów i składa się z niemal 300-stu progów skalnych. Tworzą się w ten sposób bajeczne kaskady, którymi średnio przepływa 1 756 metrów sześcienny wody na sekundę! Ryk spadającej wody słychać z odległości 20-stu kilometrów. Największa z kaskad to Diabla Gardziel (lub Diabelska Gardziel), po hiszpańsku Garganta del Diablo. Woda spada tutaj z wysokości 82 metrów i podobnej szerokości. Tędy przechodzi granica Brazylii z Argentyną.

Diabelska gardziel
Diabelska gardziel

Strona brazylijska (Iguaçu)

Podziwianie wodospadu Iguaçu wiąże się z przejściem niedługiej trasy, która jest nieustannie zraszana przez niesioną wiatrem wodę. Ludzi jest tutaj naprawdę wielu, w tym wycieczki, co utrudnia dotarcie do tarasów i mostków widokowych. Widok takiej niesłychanej naturalnej formacji wynagradza wszystko! Tarasy są tutaj sprytnie zaaranżowane: wodospad można podziwiać bardziej z góry lub niemal z poziomu kotła. Dużą atrakcją jest możliwość przejścia drewnianym pomostem i obejrzenia wodospadu z różnych stron.

Szlak po stronie argentyńskiej (Iguazu)
Szlak po stronie argentyńskiej (Iguazu)

Po przejściu przez kasę biletową zostajemy obszukani przez lokalnych ochroniarzy. Są nimi ostronosy rude (Nasua nasua), zwane też koati. Niech Was nie zwiedzie jego pluszowe physis. Ten pokrewny szopom zwierzak jest drapieżnikiem o naprawdę mocnych szczękach i ostrych zębach. Potrafi pogryźć za batonik lub kanapkę! Będziemy mogli go zobaczyć po stronie argentyńskiej. Blisko wodospadu do robienia zdjęć używaliśmy kamery GoPRO ze względu na jej wodoodporną obudowę. Tutaj naprawdę było mokro. W spadającą wodę można wpatrywać się naprawdę długo, jest w niej coś hipnotyzującego!

Diabelska gardziel (Iguazu)
Diabelska gardziel

Ułatwienia i dodatkowe atrakcje

Strona brazylijska jest dość dobrze zorganizowana i zdecydowanie bardziej turystyczna. Po przejściu przez bramę kierujemy się do autobusów, które przewożą nas bliżej wodospadu. Są trzy przystanki. Pierwszy na którym wysiadają ci, którzy chcą skorzystać z dodatkowo płatnej atrakcji, czyli oglądania wodospadu z poziomu wody na pokładzie pontonu. Drugi to miejsce, gdzie zaczyna się właściwy szlak. Trasa długa nie jest, niezbyt wymagająca, ale jest tu trochę schodów do pokonania. Trzeci zaś to albo przystanek powrotny albo ten dla leniwych lub osób mających problemy z poruszaniem się. Tu znajduje się winda, którą można zjechać na dolny poziom i zobaczyć najważniejszą cześć.

Największy problem strony brazylijskiej to ilość ludzi, którzy znajdują się na szlaku, nie rozchodzą się, przez co czasem trzeba czekać i to trwa. Oprócz windy są tu także schody, gdy próbowaliśmy się do nich dopchać (idąc z dołu), musieliśmy przeciskać się przez kolejkę turystów czekających na windę. Po minięciu wejścia do windy dalej już było przyjemnie i luźno.

Park Narodowy Iguazú
Park Narodowy Iguazú

Jeśli chodzi o łodzie czy rafting, można z nich też skorzystać ze strony argentyńskiej, ale zauważyliśmy, że po brazylijskiej jakby było tego więcej. Można wykupić sobie rejs łodzią motorową do kotła wodospadu, tak blisko spadającej wody, jak się tylko da. Albo co fajniejsze – rafting. Niestety taki spływ działa do pewnej godziny i ponieważ wcześniej tego nie widzieliśmy i zbytnio gonił nas czas, to przegapiliśmy tę atrakcję. Szkoda, może kiedyś. Poza raftingiem można tu też wynająć przejażdżkę (mini safari) po dżungli lub załapać się na lot helikopterem.

Wodospad Iguazu - Argentyna
Wodospad Iguazu – Argentyna

Strona argentyńska (Iguazú)

Zgadzamy się z tymi Brazylijczykami, którzy twierdzą, że strona argentyńska robi większe wrażenie. Przypomnijmy, że Argentyna ma prawie 80% powierzchni wodospadów i właśnie z powodu wielkości zwiedzanie terenu parku jest bardziej urozmaicone, a turyści są bardziej rozproszeni. I jest i po prostu mniej, zwłaszcza jeśli chodzi o wycieczki. Owszem, przy Diabelskiej Gardzieli spotkamy wiele osób, ale potem szlaki są dłuższe, dziksze i ludzie tak nie przeszkadzają.

Widoki ze strony argentyńskiej (Iguazu)
Widoki ze strony argentyńskiej

Pierwsza ciekawa rzecz to przejazd kolejką turystyczną. Pełni ona rolę podobną jak autobus po stronie brazylijskiej. Tu mamy jednak tylko dwa istotne przystanki: pierwszy to szlaki, drugi Gardziel. W tym wypadku warto zacząć od tego drugiego (i ostatniego), a potem przejechać się do pierwszego. My podczas jazdy zostaliśmy zagadnięci przez kilku młodych Argentyńczyków, którzy poczęstowali nas yerbą. Ten krótki wypad do Argentyny sprawił, że chętnie tam kiedyś wrócimy, ludzie sprawiali wrażenie bardziej otwartych i gościnnych niż Brazylijczycy.

Po wyjściu z pociągu czekały na nas ostronosy. Zawsze głodne, zawsze stadem.

Diabelska gardziel (Iguazu)
Diabelska gardziel

Gardziel Diabła

Największa z kaskad to Diabelska Gardziel, po hiszpańsku Garganta del Diablo. Wodospad ma wysokość 82 metry i podobną szerokość. Tędy przechodzi granica Brazylii z Argentyną, ale to też wspaniały punkt obserwacyjny. Droga do Gardzieli Diabła wiodła drewnianymi pomostami zamocowanymi tuż nad poziomem szeroko rozlanych wód rzeki Iguazu. Nie było tutaj zbyt wielu ludzi, więc spacer był dużo spokojniejszy, można było nacieszyć się oszałamiającym krajobrazem. Gardziel oczywiście robi olbrzymie wrażenie. Zaś do przejścia mamy kilka szlaków – krótki Circuito Superior, dłuższy Circuito Inferior (normalnie jego częścią jest prom, którym przepływamy na wyspę i oglądamy wodospad z innej strony, niestety promy były w naszym przypadku chwilowo zamknięte) oraz Macuco, czyli prowadzący przez las deszczowy.

Iguazú
Iguazú

Park narodowy Iguazu w Argentynie jest duży, naprawdę można dobrze pochodzić i cieszyć się przepiękną przyrodą. Urzekają nie tylko wielkie wodospady, ale także wiele mniejszych, do tego dochodzi las deszczowy i całkiem sporo różnych zwierząt. Pomijając oczywiście ostronosy, jest dużo ptaków, trochę żółwi, małp i kajmanów. Oprócz tego pająki i piękne motyle, które chętnie siadały na ludziach. Przyciągał je pot – chętnie pobierały sól ze spoconych dłoni. Zwiedzający podawali sobie motyle z ręki do ręki, a na koniec trafiały do dzieci. Są także boleśnie kąsające mrówki. Trzeba na nie uważać. Żeńska część naszej wyprawy postanowiła napełnić butelkę wodą z poidełka. Nie zwróciła uwagi, że wokół chodziło dużo czarnych mrówek. Po chwili były na stopach, na nogach, nawet pod ubraniem. I tak przez kilka godzin sypała mrówkami.

Alternatywna forma zwiedzania wodospadu
Alternatywna forma zwiedzania wodospadu

Uwaga na dzikie zwierzęta

Wracając jednak do ostronosów, tych jest dużo po obu stronach wodospadu i żebrzą u turystów. Wbrew nazwie, te szpiczaste nochale wcale nie są ostre. Są ruchliwe i raczej miękkie, ale to nie znaczy, że zwierzęta te są całkowicie bezpieczne. Tablice ostrzegawcze przed nimi są po obu stronach parku. Nie tylko napisy, ale też zdjęcia, co potrafią zrobić. Widzieliśmy z jaką siłą zatrzaskuje się zębata paszcza na woreczku z prowiantem i uwierzcie, nie chcielibyście, by była to Wasza ręka.

Wodospad Iguazú
Wodospad Iguazú

O tym, że kajman może być niebezpieczny chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Ale tu występuje jeszcze jedno zwierzę, którego akurat nie dane było nam uświadczyć i raczej unika miejsc pełnych ludzi, acz czasem zdarza mu się pojawić na szlaku. To jaguar. Szanse na spotkanie go są niewielkie, ale jednocześnie są znaki i opisy, które mówią jak się zachować. Jest nawet krótki poradnik, co zrobić gdyby przypadkiem się go zobaczyło, warto go przyswoić, bo jest dobry także w przypadku spotkania wielu innych drapieżników:

Wodospady Iguaçu - widok ze strony brazylijskiej
Wodospady Iguaçu – widok ze strony brazylijskiej


– nie biec! Ucieczka uruchomi tryb polowania
– nie kucać! Będziesz wyglądał w sam raz na jeden kęs
– nie zbliżać się, by zrobić zdjęcie! Lepiej kupić teleobiektyw
– nie karmić! Bo oprócz ręki, zje i resztę
– można obserwować, ale z dystansu
– należy trzymać się w grupie.

Iguaçu
Iguaçu

Muzeum po stronie brazylijskiej

W części argentyńskiej mamy też więcej miejsc z jedzeniem oraz małe muzeum. W nim zobaczyliśmy eksponaty związane z kulturą Guarani i eksploracją wodospadów, oraz oczywiście biotopem. Naszą uwagę przykuło czółno, dobrze nam znane z filmu „Misja”. Guarani nadal żyją w tej części Brazylii i Argentyny, a także w pobliskim Paragwaju i dalszej Boliwii. Warto wspomnieć, że to oni jako pierwsi zaczęli używać yerba mate.

Iguaçu
Iguaçu

Wodospad Guairá (nieistniejący)

Warto dodać, że w pobliżu, przy granicy Brazylii i Paragwaju, istniał jeszcze większy wodospad Guairá, którego średni przepływ wody był największy na świecie i wynosił 13 309 metrów sześciennych na sekundę. To prawie osiem razy więcej niż w Iguaçu! Szum spadającej wody niósł się na odległość 32 kilometrów. Aż do 1982 roku wodospad Guairá był dużą atrakcją turystyczną. W 1982 roku zbudowano zaporę na rzece Parana – wówczas największą na świecie, dziś prześciga ją tylko Zapora Trzech Przełomów. Poziom wody został wyrównany, progi zalane, zaś przepływ wody wykorzystano do wytwarzania prądu w elektrowni wodnej.

„Misja” i wodospad Iguazu
„Misja” i wodospad Iguazu

Iguazu i „Misja”

Co ważne – na rzece i wodospadach Iguaçu i na rzece Paraná po stronie brazylijskiej, argentyńskiej i najmniej paragwajskiej, kręcono film Roland Joffé „Misja”: z 1983 roku z poruszającą muzyką Ennio Morriconiego. Film opowiada o misji jezuitów w XVII wieku na terenach zamieszkanych przez Guarani. Nawracając plemię na wiarę katolicką, chcieli ich uchronić tym samym przed łowcami niewolników. Tu warto pamiętać, że misje jezuickie nawracały Indian na katolicyzm, ale jednocześnie nie poddawano ich europeizacji, wręcz przeciwnie: zachęcano ich do zachowywania własnych tradycji. Jednocześnie w tle rozgrywa się spór polityczny między Portugalią i Hiszpanią o wpływy na tym obszarze, a także o status Indian i ich ziem.

Trasa po stronie brazylijskiej
Trasa po stronie brazylijskiej

Wiele scen w filmie „Misja” była kręcona na wodospadach w Argentynie. Możemy je zobaczyć jako tło w czołówce filmu. Gardziel Diabła jest także w scenach z obroną misji u Indian Guarani, gdzie z krawędzi spada canoe wojowników. Co ważniejsze, tutaj lokacja ta gra samą siebie.

Iguaçu
Iguaçu
„Moonraker”, czyli James przed wodospadem Iguazu
„Moonraker”, czyli James przed wodospadem Iguazu

Iguazu i „Moonraker” (James Bond, 007)

Wodospad Iguazu oraz rzeki Iguazu i Parana znalazły się także w filmie „Moonraker”.Pościg łodziami motorowymi odbywa się na wodach tych rzek, zresztą baczny widz zauważy, że wciąż płyną tą samą drogą. Wreszcie do Gardzieli Diabła wpada motorówka z Buźką na pokładzie. Jak wiemy, ten szczęśliwie przeżył. James Bond jak zwykle miał dodatkowy gadżet, który pozwolił mu przelecieć nad wodospadem. Plenery związane z pościgiem na wodzie nagrywano najpierw w Manaus (Amazonka), potem na rzece Parana (warto pamiętać, że to było jeszcze przed budową tamy), a dopiero na koniec mamy rzekę i wodospad Iguazu. A żeby było ciekawiej, te piramidy w dżungli, które widzimy w filmie, to gwatemalski Tikal. Ujęcia z rzeki oczywiście trudno odnaleźć przez zmieniającą się roślinność. W Gardzieli Diabła widać, że podczas kręcenia filmu było więcej wody.

„Moonraker”, czyli James Bond przelatujący nad wodospadem Iguazu
„Moonraker”, czyli James Bond przelatujący nad wodospadem Iguazu
Iguaçu
Iguaçu

Iguazu i Indiana Jones

Kolejna wielka produkcja wykorzystująca te wodospady to „Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki”. Akcja filmu dzieje się w Amazonii, bohaterowie wyruszają z peruwiańskiego Iquitos w kierunku wybrzeża, ale filmowcy tam nie dotarli. Zdjęcia na rzece kręcono właśnie w Iguazu, choć w montażu zmieniono trochę kolejność. Indiana Jones i jego ekipa przepływają przez trzy katarakty (czwartą widać w tle), w tym Gardziel Diabła, która w filmie stanowi ostatnią przeprawę. Gdyby naprawdę tak spływać wodospadem w dół, byłaby pierwszą do pokonania. Ale fakt, jest największa, a emocje w kinie trzeba stopniować, więc zwyczajnie to zamieniono.

Wodospad Iguazú
Wodospad Iguazú
„Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” oraz wodospad Iguazu
„Indiana Jones i Królestwo Kryształowej Czaszki” oraz wodospad Iguazu

Iguazu i inne filmy

Wodospad pojawił się także w marvelowskiej „Czarnej panterze”. Tam jednak zdjęcia zostały komputerowo poprawione i pełni tylko rolę tła w fikcyjnym afrykańskim państwie Wakanda. Noszą nazwę Warrior Falls. Iguazu widać też w filmie „Miami Vice” Michaela Manna. Też są tylko i wyłącznie dekoracją. Przy nich znajduje się willa bossa narkotykowego Montoyi. Doskonale widać tu Diabelską Gardziel, a całość udaje Paragwaj.

Park Ptaków
Park Ptaków

Park Ptaków w Foz do Iguaçu

Blisko wejścia do brazylijskiego parku narodowego, w odległości którą dość łatwo pokonać pieszo, znajduje się jeszcze jedna atrakcja. Parque das Aves, czyli Ogród ptaków. Jest to rodzaj ogrodu zoologicznego, w którym opieką otacza się ptaki z atlantyckiego lasu deszczowego. Park narodowy Iguaçu jest częścią tego niesłychanie ważnego, ale i bardzo zagrożonego obszaru leśnego. Słowo opieka jest tu dość istotne, bowiem w Parque das Aves znajdują schronienie ptaki zagrożone utratą siedlisk, a także ptaki odzyskane z niewoli: przemytu, czy nielegalnego posiadania. Stąd poza lokalnym ptactwem można tu czasem zobaczyć choćby afrykańskie papugi żako.

Monstera
Monstera

Parque das Aves powstawał od końca 1993 roku jako rezultat wieloletniej pasji małżeństwa Anna-Sophie Helene i Dennisa Croukamp. W listopadzie 1993 roku kupili oni 16-sto hektarową działkę zaraz przy Parku Narodowego Iguaçu i rozpoczęli budowę. Co ważne, postanowili na tej działce nie ścinać żadnego drzewa, ale każde z nich włączyć w tworzone woliery i wybiegi. Pierwszy opierzony mieszkaniec, odzyskany z niewoli, przeprowadził się tutaj w 1994 roku, tym samym rozpoczynając działalność ośrodka.

Tukan toko / Tukan wielki (Ramphastos toco)
Tukan toko / Tukan wielki (Ramphastos toco)

Zwiedzanie Parku Ptaków

Droga zwiedzania w Parku Ptaków wygląda właśnie na taki fragment lasu deszczowego, dzięki czemu mamy relaks i naukę w jednym. Obecnie w Parque das Aves znajduje się ponad 1300 osobników z ponad 130 gatunków ptaków atlantyckiego lasu deszczowego. Około połowy z nich pochodzi z przemytu, nielegalnej hodowli i odzysku od nieodpowiedzialnych właścicieli. Ze względu na stan niektórych nie da się ich łatwo zwrócić naturze. Tu mają dobrą opiekę i warunki choć trochę udające te naturalne. Bardzo lubimy tego rodzaju miejsca, w którym możemy zapoznać się fauną i florą danego obszaru. Jest to bardzo pouczające, a widząc tak fajnie zrealizowany ogród ptaków, tym bardziej nam się podoba.

Park Ptaków
Park Ptaków

Ptaków jest tu mnóstwo, choćby tukany toko, te najbardziej kojarzone. Inny z rodziny tukanów, jakiego zobaczyliśmy, to arasari czarnogłowy. Brzydszy kuzyn. Mogliśmy też próbować zrobić zdjęcia kolibrom, te nie dość, że małe, ukryte w kwiatach to jeszcze szybko się ruszają. W Parque das Aves są nie tylko ptaki, ale również kilka gadów znalazło tutaj mieszkanko. Jest także motylarnia. No i papugi. Nie może też braknąć ar, w tym można zobaczyć arę błękitnoskrzydłą, zielonoskrzydłą, araraunę i arę modrą. W Parqe das Aves była duża woliera, w której ary latały swobodnie i można było pośród nich spacerować Szczególne wrażenie robiły niskie przeloty grupy tych pięknych ptaków! Na koniec z arami można było zrobić sobie zdjęcie, oczywiście stojąc pod drzewem na którym siedzą.

Ara araruna
Ara araruna (Ara ararauna)

Jak dotrzeć i poruszać się w okolicy Iguazu

Od strony brazylijskiej dobrą bazą wypadową jest miejscowość Foz do Iguaçu. Są dwa sposoby dostania się do niej z Rio de Janeiro: albo autobusem, ale jest to długa podróż albo samolotem. My skorzystaliśmy z tej drugiej opcji. Lotnisko znajduje się stosunkowo blisko Parku Narodowego i to jest problem, gdyż jest dalej od miasta. Zostaje nam transport lokalny, czyli autobusy albo taksówki. W teorii Uber, w praktyce licząc na niego mocno się zawiedliśmy. Bez problemu działa w samym Foz, ale okolice lotniska lub jeszcze bardziej parku nie są lubiane przez kierowców, więc ich tutaj nie ma za wielu.

Iguaçu
Iguaçu

Mając więcej czasu w Foz można przejść przez most na rzece Parana i zobaczyć Paragwaj, a dokładniej Ciudad del Este. Główna alejka za mostem jest dość mocno turystyczna i żyje z tego, że ludzie przechodzą na drugą stronę. Druga popularna miejscówka to monument na granicy Paragwaju, Argentyny i Brazylii, w miejscu gdzie Iguazu łączy się z Paraną. Analogiczne atrakcje są po stronie argentyńskiej i paragwajskiej. Trzeci to tama, ale tam już trzeba dojechać. Po stronie argentyńskiej znajduje się miejscowość Puerto Iguazú, acz przejście graniczne pozwala właściwie pominąć to miasteczko i pojechać wprost do rezerwatu. Natomiast mając więcej czasu w Argentynie można spróbować wybrać się do pozostałości po dawnych jezuickich misjach, jak choćby San Ignacio Mini.

Ara zielonoskrzydła (Ara chloropterus)
Ara zielonoskrzydła (Ara chloropterus)

Zwiedzanie wodospadu Iguazu

Na zwiedzanie części argentyńskiej potrzeba 5 do 7 godzin (ten czas może się jeszcze wydłużyć, gdy otwarta będzie cała trasa). Jak doliczy się dojazd to właściwie prawie całodniowa wyprawa. Owszem, jeśli ktoś chce zobaczyć tylko Diabelską Gardziel to może ten czas skrócić. Z Foz do Iguaçu kursuje tu autobus do Puerto Iguazú i tam można się przesiąść, ale również można wynająć kierowcę w agencji lub taksówkarza. W przypadku autobusu należy liczyć się z tym, ze trzeba wysiąść na granicy i zabrać się kolejnym tej samej linii.

Cześć brazylijska powinna zająć nam 2 do 3 godzin. Idealnie można ją połączyć z Parkiem Ptaków (od niego warto zacząć, bo potem przyjeżdżają wycieczki i robi się tłoczno). Tu też spokojnie można rozważyć rafting. Znów jednak trzeba brać poprawkę na dojazd. Warto odwiedzić strony parków (argetnyński, brazylijski) w celu weryfikacji godzin otwarcia, cen biletów, względnie sprawdzenia dodatkowych atrakcji. Przez pewien czas w obu parkach działała zniżka na wejście do tego samego parku następnego dnia (bilet był 50%), można też było zwiedzać park w nocy.

Iguaçu
Iguaçu

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak argentyński
Wodospad Iguazu
Szlak brazylijski
Wodospad IguazuSão Paulo
Szlak filmowy
Wodospad IguazuParyż

Maranjab, Aran va Bidgol i Nuszabad, okolice Kaszanu

Choć sam Kaszan jest bardzo atrakcyjnym miastem, to warto też trochę czasu poświęcić na jego okolice. Zarówno te dalsze jak Kom czy Abjane, ale przede wszystkim bliższe, czyli dwa miasteczka przyległe do Kaszanu – Aran va Bidgol i Nuszabad oraz pustynię Maranjab.

Roślinność na pustyni Marandżab
Roślinność na pustyni Marandżab

Pustynia Maranjab

Nieopodal Kaszanu znajduje się pustynia Marandżab. Jest to popularne miejsce na jednodniową wyprawę. Takie wycieczki organizują hotele. My spróbowaliśmy przejechać się tam samodzielnie. Po doświadczeniu z Wahiba Sands wydawało się nam to zadanie do wykonania. Wiedzieliśmy, że większa część drogi będzie wiodła przez raczej płaską pustynię i szosą – taką trasę zaproponowała nam nawigacja. Szosa to jednak słowo nieco na wyrost. Natomiast problemem okazało się coś innego. Stacje benzynowe, które w tej części nie były zbyt gęsto rozmieszczone (właściwie to ich nie było). Zaś nasz samochód IKCO Samand trochę palił, a jego wskaźnik pozostałej benzyny zaczął nam szaleć i trudno było nam polegać na jego odczytach.

Pustynia Maranjab (oklice Kaszanu, Iran)
Pustynia Maranjab (oklice Kaszanu, Iran)

Wydmy okazały się być dalej, niż sądziliśmy, a właściwie to rozciągały się znacznie poza punkt oznaczony na naszej mapie. Zaś widmo tego, że przy tym spalaniu możemy utknąć gdzieś wśród piachu, skutecznie nas zniechęciła. No i to, że droga okazała się trudniejsza niż myśleliśmy, a nasz samochód nie miał podwyższonego podwozia. Jak się doda problemy z zasięgiem, to trzeba było sobie odpuścić. Tu warto przypomnieć to, co nieraz pisaliśmy o pustyniach. Pomijając takie jak Liwa, większość z nich wygląda jak Yuma czy Erg Chebbi, czyli wydmy i ten niesamowity obszar luźnego piasku znajdują się na dość ograniczonym terenie. Z Maranjab jest dokładnie tak samo. Duża część pustyni to płaski teren porośnięty sucholubnymi krzewami i trawami.

Ksar na pustyni Maranjab
Ksar na pustyni Maranjab

Diuny Maranjab i karawanseraje

Nie zobaczyliśmy co prawda diun pustyni Maranjab, ale za to trafiliśmy na opuszczony karawanseraj. Liczył on pewnie ze 200 lat, jak nie więcej. Był dość obszerny, tradycyjnie na planie prostokąta z dość masywnymi murami zewnętrznymi i wieżami, które służyły do obserwacji i w razie konieczności – obrony.

Minaret meczetu w Aran o Bidgol
Minaret meczetu w Aran o Bidgol

Karawansarajów było w sumie więcej, także jeden nieopuszczony. Najpewniej jest to baza dla turystów do dalszego wypadu na diuny – te, do których nie dojechaliśmy. I tu warto pamiętać, że wyprawa na Maranjab, w tym właśnie wydmy, to jedna z popularniejszych wycieczek jednodniowych z Kaszanu, tak zorganizowanych przez hotele czy biura jak taksówkarzy, którzy znają lepiej drogę. Sama pustynia niby nie znajduje się daleko od miasta, bo jakieś 60 km, ale rozciąga się i jest różnorodna. Cześć z niej to wydmy, część to typowy nieużytek, przez który brnęliśmy, a część to okresowe, słone jezioro. Natomiast warto pamiętać, że Maranjab to pustynia w dużej części faktycznie żywa i porośnięta roślinami, które są odporne na duże zasolenie. Tym samym przypomina wiele z krajobrazu tunezyjskiego. Za to pustynię w Iranie przynajmniej częściowo odbiliśmy sobie przy Varzaneh.

Aran o Bidgol
Aran o Bidgol

Aran o Bidgol

Pustynia Maranjab zaczyna się przy miejscowości Aran o Bidgol (lub Aran va Bidgol / Aran wa Bidgol, per. آران و بيدگ, Ārān va Bīdgol lub Ārān-o-Bīd Gol). Kiedyś Aran i Bidgol były dwiema miejscowościami, ale zlały się w jedną. Wioski te znajdowały się blisko Kaszanu, a przede wszystkim żyły dzięki jedwabnemu szlakowi. Dziś miejscowość słynie z produkcji dywanów, zaś turystycznie z wypraw na pustynię, czy jazdy na wielbłądzie.

Meczet Hilala ibn Alego
Meczet Hilala ibn Alego

Znajduje się tu przepiękny meczet, który naprawdę warto zobaczyć. To meczet Imamzada Mohammeda Al Awsata, znanego także jako meczet Hilala ibn Alego (lub Helala Alego). Powstał on w okresie rządów dynastii seldżuckiej, a więc w XI wieku. Wierzy się, że został tutaj pochowany Hilal ibn Ali, czyli jeden z synów Alego ibn Taliba, który to wziął udział w bitwie pod Karbalą w 680 roku przeciwko sunnitom. Ali z kolei był kuzynem i spadkobiercą Proroka Mahometa. Babką Hilala była najstarsza córka Proroka, Zainat ibnt Mohamet.

Lustrzane zdobienia meczetu
Lustrzane zdobienia meczetu

Meczet jest przepiękny, mozaika z miliona ceramicznych płytek w harmonizujących ze sobą kolorach i sklepiania przypominające stalaktyty, wykończone mozaiką z lustra, która skrzy się w ostrych promieniach słońca. Zwiedzanie go jest darmowe. Nie ma tu przewodnika, zwyczajnie się wchodzi. Przed wejściem wiszą specjalne stroje dla kobiet.

Żyrandol w meczecie
Żyrandol w meczecie

Nuszbad

Niedaleko znajduje się kolejna niewielka miejscowość (około 11 tysięcy mieszkańców) – Nuszabad (per. نوش آباد, Nūshābād, Noshābād, ang. Nushabad). Przyciągnęła nas tu jedna rzecz: podziemne miasto.

Zejście do podziemnego miasta Nuszbad
Zejście do podziemnego miasta Nuszbad

Nuszabad powstało w czasach Imperium Sasanidów (224 – 651 r., ostatnia dynastia przed podbojami arabskimi). Pierwotnie podobno była tutaj studnia, z której wody podczas postoju zaczerpnął szach. Woda była niezwykle czysta i zimna i tak zasmakowała władcy, że ten nakazał wokół studni wybudować miasto, które nazwał w języku średnioperskim Anuszabad – „miasto zimnej smacznej wody”.

Komnata w Nuszbad
Komnata w Nuszbad

Z czasem Imperium Sasanidów poddało się arabskim podbojom. W niespokojnych czasach ludzie musieli się gdzieś schronić, by nie paść ofiarą ataków i napadów. Zdesperowani mieszkańcy przez lata wybudowali sieć podziemnego miasta, które dawało możliwość schronienia i ucieczki. Podziemne tunele łączyły się ze sobą i umożliwiały przejście przez całe miasto bez wychodzenia na powierzchnię. Zejście do podziemi znajdowały się zarówno w niektórych domach, jak i na miejskim placu oraz poza ówczesnym Nuszabad, dając drogę ucieczki. Podziemne miasto to nie tylko tunele, ale także pomieszczenia dla mniejszych i większych grup mieszkańców, studnie wodne, studnie powietrzne zapewniające wentylację i spiżarnie.

Nuszbad, podziemne miasto w Iranie
Nuszbad, podziemne miasto w Iranie

Zwiedzanie podziemnego miasta

Podziemne Nuszabad odkryto przypadkiem jakieś dwadzieścia lat temu podczas wykopywania studni. Od tamtej pory zbadano około czterech kilometrów kwadratowych tuneli na trzech poziomach. Czynne są dwa wejścia, oba obramione ejwanami. W każdym z nich można kupić bilet wstępu, który upoważnia do zwiedzania – niestety tylko pierwszego poziomu! – z przewodnikiem.

Nuszbad, okolice Kaszanu
Nuszbad, okolice Kaszanu

O ile samo podziemne miasto jest czymś bardzo ciekawym, to organizacja pozostawia raczej przykre wrażenie. Przewodniczka, która z nami była, za bardzo nie mówiła po angielsku i nie potrafiła nam przekazać wiedzy. Do zwiedzania dostępny jest tylko jeden poziom, co czyni zwiedzanie mało ciekawym i krótkim. Najgorsze na koniec: przewodnik wypuszcza nas tym drugim wejściem, około 500 metrów dalej (kierunkowskazów nie ma). Choć Nuszabad uchodzi za jedno z większych podziemnych miast na świecie, to jednak w porównaniu z Kapadocją, to co jest udostępnione wypada zwyczajnie blado.

Właściwie są tu dwa wejścia, no i oba były osobno biletowane. Zaś w środku faktycznie chodzenia z przewodnikiem było może na dwadzieścia minut. Tym samym Nuszabad pozostawia raczej niedosyt. Natomiast gliniane chatki w okolicy, nie są tak piękne jak odległy o 5 km Kaszan.

Okolice Nuszabad (nad ziemią)
Okolice Nuszabad (nad ziemią)

Zwiedzanie pustyni Maranjab i okolic Kaszanu

Ze wspomnianych miejsc zdecydowanie najtrudniejsza i najbardziej czasochłonna jest pustynia Marandżab. Jeśli chcemy nacieszyć się wydmami, to dojazd tam i z powrotem zajmie większą część dnia (jak nie cały). Pozostałe atrakcje nie zajmują wiele czasu, zaś trasy w podziemnych miastach są zwyczajnie małe. Pewnie drugi raz nawet byśmy się tam nie wybierali.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak irański
Maranjab

Atol Laamu, rajski resort na Scarif (Malediwy i „Łotr 1”)

Na Malediwach spędziliśmy dwa dni na wyspie Gan w atolu Laamu (ang. Laamu Atoll), którego oficjalna nazwa brzmi Haddhunmath. Lotnisko znajduje się na niezamieszkanej wyspie Kadhdhoo, gdzie lądują lokalne malediwskie linie. Atol Laamu przyciągnął nas ze względu na dwie rzeczy. Po pierwsze nie są to do końca resortowe Malediwy (przynajmniej na razie), czyli bardziej lokalne (niestety z dobrodziejstwem inwentarza). Po drugie to właśnie tu kręcono film „Gwiezdne Wojny. Historie. Łotr 1” i planetę Scarif, a przynajmniej jej część.

Baresdhoo, Atol Laamu, Malediwy
Baresdhoo, Atol Laamu, Malediwy

Atol Laamu i Malediwy

Republika Malediwów to państwo wyspiarskie, położone na archipelagu wysp Malediwy na Oceanie Indyjskim, jakieś 500 kilometrów na południowy zachód od Indii. Kraj ten składa się z około 1300 wysp koralowych, które tworzą 26 naturalnych atoli. Są one pochodzenia wulkanicznego – tutaj znajduje się grzbiet podmorskiego pasma wulkanicznego Chagos-Laccadive, od dawna nieaktywnego

„Łotr 1” bitwa o Scarif (lokacja: Malediwy, atol Laamu)
„Łotr 1” bitwa o Scarif (lokacja: Malediwy, atol Laamu)

Słowo „atol” to określenie wyspy utworzonej przez warstwy koralowców wokół centralnej depresji, czyli laguny, która jest zamknięta lub połączona z morzem. Aby powstał atol, najpierw na wodach oceanicznych powstaje wyspa wulkaniczna. Przy sprzyjających warunkach płytkie, ciepłe wody przybrzeżne zaczynają zasiedlać koralowce. Jednocześnie na skutek ruchów tektonicznych, stożek wulkanu stopniowo się zapada. Dzieje się to powoli, a działalność wulkaniczna ustaje, więc koralowce nie niepokojone narastają kolejnymi warstwami – ich grubość może sięgać nawet kilku kilometrów ponad skałę wulkaniczną.

Stożek zapada się całkowicie pod wodę, a dzięki erozji tworzy się piasek, który osadzany na wewnętrznej stronie laguny tworzy szerokie plaże i osadza się na zwapnionych koralowcach. Powstałe wyspy z czasem porastają rośliny. Te z kolei obumierając, budują warstwy gleby zdatne do zasiedlenia przed kolejne gatunki flory. Wody wewnętrzne atolu, czyli laguna, są płytkie i przez to cieplejsze od głębokich wód zewnętrznych.

Plaże na Malediwach (Atol Laamu)
Plaże na Malediwach (Atol Laamu)

Plaże i rafa koralowa na Laamu

Atole występują prawie wyłącznie na wodach Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku, niewiele jest ich na Atlantyku. Największe atole tworzą archipelag Malediwów. Słowo „atol” pochodzi z języka divehi, który jest używany na Malediwach. Upowszechnił je Karol Darwin przy okazji opisywania sposobu powstawania tych formacji geologicznych.

Plaża na wyspie Baresdhoo
Plaża na wyspie Baresdhoo

Jak wspomnieliśmy, atole powstają dzięki kolejnym warstwom koralowców, które tworzą same wyspy. Nie powinno więc dziwić, że rafa koralowa jest jedną z atrakcji dla nurków. Niestety w miejscu, w którym byliśmy, ta rafa była w dużej mierze martwa i zniszczona. Nie wiemy, jak jest w reszcie wyspiarskiego kraju. Choć ogólnie nurkowie porównujący te rafy z Morzem Czerwonym (Hurgada czy Ejlat) raczej są nimi rozczarowani.

Malediwska rafa, atol Laamu
Malediwska rafa, atol Laamu

Atol Laamu (Malediwy) śladem „Łotra 1”

Nasz hotel (Nazaki Residences) nie był typowy dla katalogu wczasów all inclusive na Malediwach, ale oferował jedną rzecz, która zdecydowała o takim, a nie innym wyborze – wycieczka śladami filmu „Rogue One – A Star Wars Story”. Wystarczyło. Sceny do filmu „Łotr 1” na Malediwach kręcono w 2015 roku na przełomie pory suchej i deszczowej. Nagrywano tutaj sceny finałowej bitwy na imperialnej planecie Scarif. Ujęcia do filmu kręcono na kilku wyspach w atolu Laamu (Gan i Baresdhoo). Ta pierwsza była bazą, tu też kręcono wiele scen z powietrza. Druga – która jest częścią naszej wycieczki – była dobrym miejscem do kręcenia scen bitewnych.

„Łotr 1”, sceny w dżungli kręcono na wyspie Baresdhoo na Malediwach
„Łotr 1”, sceny w dżungli kręcono na wyspie Baresdhoo na Malediwach

Warto jednak pamiętać, że więcej z nich, bardziej wymagających, kręcono w Wielkiej Brytanii w bazie RAF Bovingdon. Zabawne, że to samo miejsce „zagrały” kraje o tak skrajnie odmiennym klimacie. Tu jedna uwaga, gdy tam lecieliśmy tylko Nazaki się reklamowało taką wycieczką, stąd wybór padł na nich. Niestety mówiąc delikatnie zrobili to na odwal się.

Dżungla na wyspie Baresdhoo
Dżungla na wyspie Baresdhoo

Kręcenie „Łotra 1”

Zdjęcia na Malediwach zaczęto w grudniu 2015 roku, a więc dopiero na początku sezonu turystycznego. W bazie lotniczej Bovingdon kręcono już od sierpnia, więc Malediwy w „Łotrze 1” to tak naprawdę tylko dodatki. Chcąc nie chcąc, z kalendarza wynika wprost, że większość ujęć powstało w Wielkiej Brytanii.

Atol Laamu, Malediwy
Atol Laamu, Malediwy

Z głównej obsady na Malediwach byli obecni Felicity Jones (Jyn Erso), Alan Tudyk (K-3S0) i Diego Luna (Cassian Andor). Statystami byli żołnierze malediwskiej armii, nie bardzo mający pojęcie, w czym biorą udział (no oprócz tego, że w jakimś filmie). To mniej więcej oddaje wiedzę tutejszej ludności o „Gwiezdnych Wojnach”. Warto dodać, że Tudyk pływał sobie po oceanie i próbował dotknąć rekina wielorybiego. My próbowaliśmy dotknąć płaszczki.

Miejsce budowy przyszłego hotelu
Miejsce budowy przyszłego hotelu

Główne zdjęcia na Baresdhoo powstały na południowym krańcu wyspy. Ze Scarif tak naprawdę niewiele zostało. Niedawny plan filmowy został zaorany pod budowę nowego hotelu. Takie zmiany tutaj zachodzą niestety szybko. Udało się za to złapać klimat imperialnej planety i trochę widoków. Zdjęcia kręcono też na innych wysepkach atolu, acz w większości nie znalazły się one w finalnym filmie. Pierwsza z nich to Holhurahaa (zwana czasem Huraa, choć to może być mylące, bo właściwa Huraa znajduje się blisko Male) i towarzysząca jej Kudarah. Tu między innymi powstało słynne zdjęcie promocyjne ze szturmowcami brodzącymi po wodzie. Druga to Kudafushi, gdzie nagrywano końcówkę filmu, zainspirowała też plakaty filmowe.

Płaszczka
Płaszczka

Atol Laamu: Wycieczka na lokacje

Nasz przewodnik z hotelu (i przyuczający się do tej roli Lankijczyk) wskazał nam miejsca, gdzie mniej więcej byli filmowcy, ale nie potrafił powiedzieć nic więcej. Właściwie to miejsce, gdzie był rozbity obóz, zresztą trudno na tej małej wysepce znaleźć inny, bardziej dogodny punkt. Przewodnik nie miał także przygotowanych kadrów z filmu do porównania, wiedział tylko, że tu kręcono gdzieś jakiś film. „Wycieczka na Scarif” okazała się raczej chwytem marketingowym – skutecznym w naszym przypadku – niż przemyślaną wycieczką. I tak lepsze to niż nic.

Plaża na Malediwach
Plaża na Malediwach

Wiąże się to wprost z tym, że na jednej z wysp w atolu, czyli na Baresdhoo, kręcono „Gwiezdne Wojny”. Ten hotel to podchwycił. Okazało się, że można w ten sposób się rozreklamować, więc lądujemy na tej wyspie. I tu uwaga praktyczna: jeśli ktoś będzie wybierał się na Laamu, nie musi wybierać resortu, który oferuję wycieczkę śladami „Gwiezdnych Wojen”, wystarczy dopytać, czy wylądują na Baresdhoo. Praktycznie każdy oferuje pływanie z lądowaniem na jednej z wysp atolu, więc można spokojnie wskazać tą konkretną. Obecnie wiemy, że inne hotele, w tym Six Senses Laamu nie tylko mogą taki wyjazd zorganizować, ale jednocześnie poważniej do niego podchodzą. Jeśli nawet nie mają takiej wycieczki w ramach oferty, przed rezerwacją warto dopytać. Dla porównania wycieczka w Dubrowniku to coś co można polecić fanom, w tym wypadku sugerujemy spróbować szczęścia u konkurencji lub wynająć łódź z przewodnikiem i uzgodnić listę wysp zamiast dodatkowych aktywności.

Scarif w „Łotrze 1”
Scarif w „Łotrze 1”

Wycieczka śladami „Gwiezdnych Wojen” na Malediwach to tylko część większego planu zwiedzania, albo raczej na odwrót, dodatek do standardowego pakietu – island hopping. Podobne wycieczki (bez lądowania na wyspie z „Łotra 1”) występują także na innych atolach. To standardowa wyprawa, a podczas trwającego kilka godzin wypadu mamy możliwość zanurkować na rafie koralowej (snoorkling) i eksplorować niewielką wysepkę atolu Laamu, gdzie czeka nas lunch. Można też łowić ryby, z których dostaniemy posiłek. Nasi organizatorzy robili mnóstwo tego typu wycieczek, różnica polegała więc na doborze wysp, niczym innym.

Oryginalna roślinność
Oryginalna roślinność

Nasi przewodnicy nałowili ryby na żyłkę – samo łowienie też miało być atrakcją, ale podziękowaliśmy. Potem ryba wylądowała na ognisku i póki myszkowaliśmy po wysepce, został przygotowany dla nas obiad (no, dla mięsożernej części nas). Do popicia woda ze świeżo zerwanego kokosa.

Lokalna roślinność
Lokalna roślinność

Malediwy, czy to ekologiczny raj?

Przyjechaliśmy na rajskie wyspy z wiedzą o proekologicznym nastawieniu rządu. I jak to wyglądało w praktyce? Poza Baresdhoo wylądowaliśmy też na wyspie Gasfinolhu, gdzie mieliśmy lunch oraz nieprzyjemność pochodzenia po plaży niczyjej. Czyli niesprzątanej. O ile jeszcze jedna wyspa, cóż smuci, ale to trochę za mało, by ocenić całość, po wycieczce postanowiliśmy się przejść przez wyspę Gan.

Dżungla na bezludnej wyspie (Malediwy, Atol Laamu)
Dżungla na bezludnej wyspie (Malediwy, Atol Laamu)

Widzieliśmy całe sterty śmieci na plażach, na poboczu drogi, dzikie wysypisko na wolnej działce, no i śmieci walające się za każdym płotem. Posprzątane jedynie tereny należące do hoteli. Turysta, który przyjedzie do hotelu resortowego nic z tego nie zobaczy, ale poza hotelami jest dramat. Ogranicza się użycia foliowych torebek, wprowadza opłaty recyklingowe, zakazuje używania plastikowych sztućców i patyczków do uszu w krajach Unii Europejskiej. Działanie z pewnością i słuszne, ale to nie plastikowe butelki i piankowe japonki z krajów Unii lądują w Oceanie Indyjskim. Większość ze śmieci, które trafiają do oceanów, spływa rzekami Azji i Afryki, a tam nie ma limitów na tworzywa sztuczne. Lokalni mieszkańcy niestety dokładają tu swoje.

Krab na Malediwach
Krab na Malediwach

Plaże wysp w atolu Laamu są zawalone śmieciami, głównie tworzywami sztucznymi. Jesteś na wczasach na Malediwach, rajskie wyspy i te sprawy. Pływasz łódką po atolu, grillujesz świeżo złowioną rybę. I nawet nie masz ochoty spacerować po plaży, bo pełno na niej śmieci! Zdecydowana większość tego to produkcja własna, bo atole są dość zamknięte. Zrobiło to na nas bardzo, ale to naprawdę bardzo złe wrażenie. Odczucie estetyki to jedno, ale strach pomyśleć o biednych morskich stworzeniach, które to zjadają, zaplątują się w foliowe siatki i linki.

Plaża i wyrzucone śmieci
Plaża i wyrzucone śmieci

Wyspa Gan na atolu Laamu

Sama wyspa Gan także nie robi pozytywnego wrażenia. Dróg jest stosunkowo niewiele (w sumie na całym Malediwach jest ich 88 km). Na Gan mamy auta, skutery i motocykle z konwencjonalnymi silnikami spalinowymi i pustkę. Tak naprawdę poza hotelem nie ma tutaj zupełnie nic, tyko prywatne domki pracowników hoteli. O ile hotele dają radę, o tyle domy to często zaniedbane rudery i wszędzie walają się śmieci. Gan jest największą wyspą na całych Malediwach. Miasteczko tutaj jednak wygląda jak jedna wielka wieś, niestety brudna i zaniedbana. O ile stan budynków można tłumaczyć przez słabą sytuację materialną, to robienie wokół siebie wysypiska wytłumaczyć się już nie da.

Plaża przy naszym hotelu, wyspa Gan, Atol Laamu
Plaża przy naszym hotelu, wyspa Gan, Atol Laamu

Fauna Malediwów nie jest zbyt różnorodna, ale można wypatrzyć to i owo. Podobnie jak na Sri Lance, tak i na Malediwach jest dużo owocożernych nietoperzy – rudawek wielkich. Szkoda, że owocożerne, bo komary latają tutaj chmarami i jak na Cejlonie nie ma ich praktycznie wcale, tak tutaj pożerają nas żywcem

Okolica za hotelem, wyspa Gan
Okolica za hotelem, wyspa Gan

Swoją drogą najwyższy „szczyt” Malediwów wznosi się na nieco ponad 2 metrów ponad poziom morza. Wobec tego jest to jeden z trzech krajów najbardziej zagrożonych podnoszeniem poziomu wód. W 2007 Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimaty przy ONZ przewidywał, że jeśli tak dalej pójdzie jak idzie, to do 2100 roku poziom oceanów wzrośnie o 53 centymetry. Będzie to oznaczało konieczność opuszczenia większości z około 200 zamieszkanych wysp Malediwów. Wobec tego rząd Malediwów szczególnie głośno mówi o konieczności ograniczenia emisji CO2 i zawrócenia zmian klimatu. Do 2020 roku Malediwy mają być krajem o zerowej emisji CO2. Jakoś tego nie widzimy…

Widok na atol Laamu z hotelowej plaży
Widok na atol Laamu z hotelowej plaży

Na koniec jeszcze jedna rzecz. Na atolu Laamu można obejrzeć (o ile się tam dotrze), także starożytne ruiny buddyjskie – Gamu Haiytheli i Munbaru. Niestety nie były one dostatecznie strzeżone i zostały dość mocno zdewastowane przez lokalnych wandali. Zresztą w hotelu też raczej do nich nas zniechęcali. Nie było tego w standardowej ofercie, a reszta raczej nie nadaje się do oglądania.

Zarośnięta plaża na Gasfinolhu
Zarośnięta plaża na Gasfinolhu

Jak dotrzeć na atol Laamu

Trochę problemowe jest dotarcie na atol Laamu. Nie ma tu międzynarodowego lotniska, Kadhdhoo obsługuje tylko ruch lokalny na przykład z Male. Przeloty z Male są dość drogie, zaś alternatywą są albo tanie promy, albo drogie szybkie łodzie. Tanie promy mają ten problem, że czeka nas podróż z wieloma przesiadkami, więc zajmuje to dużo czasu i może nie wyjść finansowo wcale tak dobrze. Ostatnią alternatywą jest transfer organizowany przez hotel, to nic innego jak przelot i to w naszym przypadku Maledivian. Cały myk polega na tym, że ceny dla turystów są dużo wyższe niż dla obywateli. Więc jeśli załatwiamy przelot przez hotel, oni dostają dużo lepszą cenę i jeszcze na niej zarabiają, a turysta leci za cenę normalnie dla niego niedostępną.

Więcej zdjęć z atolu Laamu znajdziecie tutaj.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak malediwski
Atol LaamuPodsumowanie
Szlak filmowy
Atol Laamu

Wąwóz Topolia i skalna świątynia Agia Sophia na Krecie

Będąc na Krecie koniecznie chcieliśmy zobaczyć któryś z tamtejszych wąwozów. Oczywiście padło na największy, czyli Samarię. Tam spędziliśmy praktycznie cały dzień. Ale po drodze z Balos zaliczyliśmy jeszcze jeden wąwóz – Topolię, między miejscowościami Topolia i Kutsamatados, łącząc go z wykutą w jaskini świątynią Agia Sophia. Jak się okazało, to miejsce, które przyciąga wiele wycieczek z Polski.

Droga przez wąwóz Topolia
Droga przez wąwóz Topolia

Wąwóz Topolia: Dojazd

Duże wrażenie robi już sam przejazd krętymi drogami wzdłuż wąwozu Topolia. Wąwóz oczywiście najlepiej zwiedzać z dołu. Z różnych przyczyn (tak czas, jak i chęci oglądania różnych rzecz), oglądaliśmy go z góry, zatrzymując się na punktach widokowych. Zresztą był on niejako dodatkową atrakcją.

Agia Sophia (Wąwóz Topolia
Agia Sophia (Wąwóz Topolia

Jaskinia Agia Sophia

Główna to jaskinia Agia Sophia, czyli Bożej Mądrości. Znajduje się tutaj kapliczka o tej samej nazwie. Niewielka, ale robiąca bardzo pozytywne wrażenie.

Jaskinia Agia Sophia
Jaskinia Agia Sophia

Już w czasach neolitycznych ta obszerna pełna nacieków skalnych jaskinia była miejscem kultu. Nazwa Agia Sophia może być nawiązaniem do bazyliki Hagia Sophia w Konstantynopolu (obecnie Istambuł), skąd mają pochodzić ikony przywiezione tutaj po poddaniu Konstantynopola Turkom Osmańskim.

Ołtarz Agia Sophia
Ołtarz Agia Sophia

Mitologiczne aspekty wąwozu Topolia

Jest to miejsce intrygujące, z którym wiążą się ciekawe legendy, a jaskinie pozostają niezbadane do końca.

Jaskinia Agia Sophia w wąwozie Topolia
Jaskinia Agia Sophia w wąwozie Topolia

Jedna z legend mówi o dwóch mnichach, którzy ukrywali się tutaj podczas okupacji weneckiej. W rozpaczliwym geście, dla zdobycia przychylności okupanta względem miejscowej ludności, ci dwaj mnisi poświęcili swoje życia i polecili przesłać władzom weneckim swoje głowy. Dwa bezgłowe szkielety znaleziono pochowane w jaskini.

Agia Sophia
Agia Sophia

Oczywiście są też wcześniejsze mity związane z tym miejscem, nie tyle jaskinią, co całą okolicą. Podobno razem z nimfami i elfami mieszkała tu bogini Britomartis, córka Zeusa. Co ciekawe bogini urodziła się w innym wąwozie, czyli wspomnianej Samarii. Wpadła w oko królowi Minosowi, który postanowił uczynić z niej swoją kochankę, a ta uciekając przed nim rzuciła się w morze. Zaś w samej Topolii nie raz odpoczywał Talos, uczeń i siostrzeniec słynnego mitycznego Kreteńczka – Dedala, twórcy labiryntu w Knossos i ojca Ikara.

Wąwóz Topolia (Kreta, Grecja)
Wąwóz Topolia (Kreta, Grecja)

Zwiedzanie Agii Sophii

Kościół/jaskinia jest otwarta codziennie, a wstęp bezpłatny. Agia Sophia funkcjonuje jako miejsce kultu, ale uroczystości odprawia się tylko dwa razy w roku: na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Przy wejściu zbierają cegiełki na naprawy. Jest też zajazd, no i wielu turystów z Polski, więc obsługa zdążyła załapać już parę słów.

Wąwóz Topolia
Wąwóz Topolia

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak grecki
TopoliaJezioro Kourna

Pańska skała, bazaltowa formacja w Czechach

Pańska skała (cz. Panská skála) zwana czasem też Varhany to najstarszy rezerwat geologiczny w Czechach i jeden z najstarszych w Europie, założony w 1878 roku. Jest on stosunkowo niewielki, jednak tu przyjeżdża się nie po to by długo spacerować, a po to by zobaczyć dokładnie jedną rzecz. Czyni to Pańską skałę idealnym miejscem, na krótki postój. Sama formacja przypomina trochę bazaltowe organy, a jej wygląd jest dość niecodzienny.

Pańska Skała
Pańska skała, czyli kamienne organy

Pańska skała: Powstanie

Sama Panská skála to formacja wulkaniczna, powstała aż 30 milionów lat temu z magmy pochodzącej z głębokości większej niż 30 km, a zastygłej w kominie wulkanicznym. Działanie wiatru, deszczu, entropii i tych wszystkich erozyjnych czynników oraz odkrywki bazaltu doprowadziły do odsłonięcia tej formacji. Jako że bazalt jest bardzo twardą skałą, ostre kształty bazaltowych słupów są do dziś świetnie zachowane. Podobną naturalną formę można zobaczyć na plaży Reynisfjara na Islandii.

Bazaltowe słupy
Bazaltowe słupy

Zwiedzanie rezerwatu

Wrażenie robi precyzyjna geometria form i ogrom tej formacji, aż trudno uwierzyć, że to całkowicie naturalny twór. Obok znajduje się też małe jeziorko, co pozwala na zrobienie ciekawych zdjęć. Pochodzenie tego oczka wodnego nie jest naturalne, to pozostałości po dawnym kamieniołomie.

Bazaltowa formacja (Pańska Skała, Czechy)
Bazaltowa formacja (Pańska skała, Czechy)

Zwiedzenie skały, a nawet wdrapanie się na nią nie zajmuje wiele czasu. Na upartego da się to zobaczyć w 15 minut, bo dużo do zobaczenia tu nie ma. Jest skała, którą można obejść, ewentualnie wdrapać się na nią i to wszystko. Natomiast to bardzo intrygująca, naturalna konstrukcja.

Skała z bliska
Skała z bliska

Pańska skała: Dojazd

Najłatwiej kierować się na miejscowość Kamenický Šenov, a stamtąd dojechać do właściwego miejsca. Znajdziemy tu także niewielkie tablice informacyjne, które mogą poszerzyć naszą wiedzę o miejscu, o ile oczywiście rozumiemy czeski. Nie ma wyznaczonych szlaków, ale bez problemu dostrzeżemy ścieżki. To nie jest miejsce, w którym można się zgubić.

Góra Pańskiej Skały
Góra Pańskiej skały

Wejście na samą skałę jest darmowe. Jedynie przed nią trzeba zapłacić za parking. Jest automat, więc można przyjechać praktycznie o każdej porze.

Bazaltowa formacja
Bazaltowa formacja
Widok na skałę i jeziorko
Widok na skałę i jeziorko

Pańska skała to bardzo intrygujące miejsce, przy którym warto się zatrzymać, jeśli jest się w okolicy. Skała zapada w pamięć. Ale jednocześnie stoi sobie w polu, więc nie ma tu praktycznie żadnej infrastruktury turystycznej. Tak więc, jeśli ktoś nie fascynuje się geologią, a bardziej interesują go ciekawe formacje i zjawiska, to lepiej dodać sobie to miejsce jako przystanek przy okazji większej wycieczki. Zwłaszcza jeśli jedziemy zobaczyć Czeską Szwajcarię, która znajduje się dość blisko.

Panorama Pańskiej Skały
Panorama Pańskiej skały

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak czeski
Pańska skałaŚcieżka w koronach drzew