Wai-O-Tapu i Waimangu Volcanic Rift Valley

Jedną z największych atrakcji Nowej Zelandii jest strefa wulkaniczna Taupo (Taupo Volcanic Zone), czyli obszar czynny geotermalnie, z bajecznie kolorowymi wodami oraz mniej przyjemnymi zapachami. Najbardziej znanym miejscem w tej strefie jest Park Wai-o-tapu Thermal Wonderland. Zdecydowanie zasłużenie.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Park cudów termalnych Wai-o-Tapu

Waiotapu to w języku Maori „święte wody”. Ten park geotermalny leży na skraju kaldery Reporoa, powstałej w wyniku erupcji wulkanicznej 230 tysięcy lat temu. Gorące źródła wskazują, że obszar ten jest aktywny: ostatnia hydrotermalna podziemna eksplozja miała miejsce w 2005 roku, w jej wyniku powstał 50-metrowy krater.

Krajobraz Wai-o-Tapu
Krajobraz Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Park Wai-o-tapu Thermal Wonderland jest prywatnym przedsięwzięciem działającym od 2012 roku, choć turystycznie to miejsce jest znane od lat 30 XX wieku. Zresztą wiele podobnych parków jest zarządzanych prywatnie, z dobrymi efektami dla środowiska, turystyki i oczywiście dla gospodarki.

Dym i ślady siarki (nosem też się ją czuje)
Dym i ślady siarki (nosem też się ją czuje)
Szczudłak zwyczajny (Himantopus himantopus)
Szczudłak zwyczajny (Himantopus himantopus)

Dojazd, bilety i ciekawostki

Baseny, źródła, rozlewiska, gejzery mają tutaj swoje malownicze nazwy, by wspomnieć choćby Paletę artysty, Basen z szampanem (słomkowożółty kolor wody i mnóstwo maleńkich bąbelków), Dom diabła. Wszystko robi niesamowite wrażenie. To bardzo piękne miejsce, zresztą występujące na pocztówkach i w albumach z Nowej Zelandii. Widoki rzeczywiście zachwycają. Między różnymi rozlewiskami czasem przechodzi się po drewnianych kładkach, czasem zaś po kamieniach. Wszystko jednak jest przygotowane pod turystów, tak by było bezpieczne i stosunkowo łatwo dostępne.

Gorące błota
Gorące błota
Jezioro za którym zbudowano elektrownię geotermalną
Jezioro za którym zbudowano elektrownię geotermalną

Jak do wielu innych miejsc, także i tu można zarezerwować bilety przez internet, co w sezonie może być dobrą opcją. Ale jeszcze lepszą jest wybranie się tu z samego rana, póki nie ma wielu innych turystów. Przybywa ich tu multum, także będących na wycieczkach objazdowych. Z myślą o wielu turystach o różnych możliwościach czasowych i różnej kondycji, w parku wyznaczono trzy trasy. Pierwszą, najkrótszą trzeba przejść. Jak się ma więcej czasu można przejść drugą, która jest rozwinięciem pierwszej. A jak mamy jeszcze więcej czasu to jest też trzecia, zawierająca także dwie poprzednie. Łatwo się domyślić, że zorganizowane grupy najczęściej nie mają tyle czasu, by spokojnie zobaczyć wszystkie trzy. Więc tłoczno jest na pierwszej. Przypominamy, że nawet mając wydrukowaną rezerwację i tak trzeba w kasie odebrać bilet, co jest dość typowe dla wielu atrakcji w kraju Kiwi.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-O-Tapu - basen szampański
Wai-O-Tapu – basen szampański

Gejzer Lady Knox

Bilet do Wai-o-tapu upoważnia także do obejrzenia jeszcze jednej atrakcji, gejzeru Lady Knox. Znajduje się on bardzo blisko Parku, ale ma swój osobny parking. W teorii powinni sprawdzać tam bilety, w praktyce przy tej ilości ludzi (a byliśmy jeszcze przed szczytem sezonu), wpuszczali tam za darmo, bez szczegółowej kontroli, co najwyżej z wyrywkową. Z daleka pokazaliśmy świstek, nikt nawet nie patrzył, co to jest.

Gejzer Lady Knox
Gejzer Lady Knox

Lady Knox wybucha codziennie około 10:15 (przynajmniej jak byliśmy taki był rozkład). Gejzer pluje wodą na 10 do 20 metrów. Wokół jest zbudowany mały amfiteatr, z którego można go obserwować. Dlaczego gejzer ma rozkład? Czy to znaczy, że jest sztuczny? Cóż, jeśli ma być atrakcją turystyczną, to turyści muszą wiedzieć. kiedy przyjechać. Gejzery w tym miejscu w większości zanikły. Lady Knox też już nie jest tak aktywna, jak kiedyś. Jest w stanie wybuchać raz na dobę, więc stosując pewne sztuczki da się to usystematyzować. Gejzer przez większość czasu zbiera pod powierzchnią ziemi wodę, ale sama erupcja jest wywoływana przez człowieka. Prowadzący pokaz wrzuca do środka pewne substancje chemiczne, które przyśpieszają zachodzące w gejzerze procesy, w efekcie po paru minutach następuje wybicie wody, a po kolejnych paru minutach gejzer się uspokaja i zaczyna zbierać siły na następny dzień.

Wulkaniczna dolina Waimangu
Wulkaniczna dolina Waimangu

Dolina wulkaniczna Waimangu

Pewnym uzupełnieniem Wai-o-tapu jest kolejna znajdująca się blisko atrakcja, ale wymagająca już osobnych biletów. Waimangu Volcanic Rift Valley to rezerwat nieopodal Rotoruy pełen geotermalnych cudów i dziwów. Nie jest już tak ikoniczny jak Wai-o-tapu, ale również wart uwagi.

Parujące jezioro w Waimangu Volcanic Valley
Parujące jezioro w Waimangu Volcanic Valley

Miejsce to powstało po erupcji wulkanu Tarawera w 1886 roku, który zniszczył Białe i Różowe Tarasy, mineralną formację skalną uznawaną za światowej klasy cud przyrodniczy, a podobny do tureckich Pamukkale. Na skutek erupcji Tarawery zmieniła się nieco linia Jeziora Rotomahana i Tarasy znalazły się częściowo pod wodą, częściowo pod warstwą skał wyrzuconych przez wulkan. Co więcej, po erupcji powstał gejzer Waimangu, aktywny w latach 1901 – 1904, a który zupełnie zanikł w 1908 roku. Waimangu był wówczas największym gejzerem świata, tryskającym wodą na wysokość nawet 460 metrów!

Parująca jezioro w Waimangu
Parująca jezioro w Waimangu

Wybuchał co 5-6 godzin i wyrzucał z siebie czarną wodą pomieszaną ze skałami i błotem. Waimangu w języku Maori znaczy właśnie „czarna woda” i gejzer dał nazwę całej okolicy, od tamtej pory chętnie odwiedzanej przez turystów.

Waimangu Volcanic Valley
Waimangu Volcanic Valley

Nawet brak wielkiego gejzeru nie umniejsza niezwykłości tego miejsca. O ile Wai-o-tapu zachwyca niesamowitymi zbiornikami wodnymi, o tyle w Waimangu Volcanic Valley mamy okazję obserwować geotermalne cuda w bardziej zielonym otoczeniu, czyli głównie wśród drzew. Te gorące wody nie są może tak okazałe, ale wciąż są to przepiękne widoki i w dodatku tak różne od tego, co widzieliśmy wcześniej.

Gorące źródła - Waimangu Volcanic Valley
Gorące źródła – Waimangu Volcanic Valley

Dojazd i bilety

Do Waimangu nie rezerwowaliśmy wcześniej biletów. Przyjechaliśmy i kupiliśmy. Warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Parking tutaj jest dużo mniejszy niż przy Wai-o-tapu. Druga rzecz, to spacer po wulkanicznej dolinie można sobie przyśpieszyć jadąc w jedną (lub w dwie) strony autobusem. Można też przepłynąć się statkiem, ale już za dodatkową opłatą. Bilet można kupić też przez internet.

Kolorowe jeziorka w Wai-o-Tapu
Kolorowe jeziorka w Wai-o-Tapu

Cuda geotermalne to z pewnością jedna z najważniejszych i najbardziej charakterystycznych atrakcji Nowej Zelandii, taki tutejszy crème de la crème. To pozycja obowiązkowa do zobaczenia i z pewnością warta poświęconego czasu i pieniędzy. Interesująca, piękna i nietypowa. Nic dziwnego, że tak popularna.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Wai-O-Tapu Hokitika
Share Button

Japan Rail Pass i podróżowanie po Japonii

O podróżowaniu po Japonii napisano dość sporo, ale dołożymy do tego kolejną cegiełkę. Z prostej przyczyny: przemieszczanie się po Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest wcale tak trudne, jak się wydaje w pierwszym momencie, ale też nie tak łatwe jak wydaje się w drugim. Niemniej jednak jest to do ogarnięcia.

Shinkansen
Shinkansen

Problemy z komunikacją?

Na początek małe dementi. Japonia nie ma świetnej komunikacji zbiorowej. Zwłaszcza, gdy patrzymy na nią kompleksowo. Pomiędzy dużymi miastami kursują szybkie i bardzo szybkie pociągi, a w obrębie aglomeracji są rozbudowane sieci metra. Jednak już poza dużymi ośrodkami miejskimi komunikacja publiczna działa słabo. Na przykład do wioski lisków autobus jeździ dwa razy w tygodniu. Jedyną alternatywą jest własny samochód lub dość droga taksówka. Jak się przekonaliśmy, autobusy w innych rejonach nie są zbyt punktualne (wyobrażaliście to sobie o Japonii?), a czasem trudno odnaleźć odpowiedni przystanek i wyczytać z niego trasę i rozkład.

Perfekcyjna organizacja i podporządkowanie na dworcu
Perfekcyjna organizacja i podporządkowanie na dworcu w Tokio

Wolny rynek w praktyce

W przeciwieństwie do europejskiego modelu komunikacji zbiorowej, ta w Japonii nie jest regulowana na przykład przez samorządy miejskie, jest całkowicie prywatna i działa na zasadach czysto kapitalistycznych. Fajnie? Z punktu widzenia okazjonalnego użytkownika (na przykład turysty) niekoniecznie: trasy i zejścia do metra należą do różnych firm, często nie są ze sobą bezpośrednio połączone, a jeśli tak, to trzeba uważać, do pociągu której firmy się wsiada (dobra, akurat to raczej jest bardzo dobrze oznaczone). Podobnie jest z pociągami, autobusami i promami. Oczywiście każde przedsiębiorstwo ma własne taryfy opłat i własne bilety.

Dopiero kilka lat temu wprowadzono kartę pre-paid, która działa na większości obszaru Japonii na większości środków komunikacji, oprócz pociągów, które mają Rail Pass. Większości nie znaczy wszystkich i zawsze trzeba się pilnować. Właśnie wolny rynek może powodować pewne zagubienie, zwłaszcza gdy ma się dwa przystanki obok siebie, tyle że różnych linii. Z tego właśnie powodu metro w Tokio jest też tak rozbudowane.

Ale na szczęście nie jest tak źle. Pomijając miejsca rzadziej uczęszczane, jak choćby wspomniana Zao Fox Village oraz Okinawę, transport po Japonii jest raczej prosty do ogarnięcia, trzymając się kilku reguł. Zaś przy takich przypadkach jak te dwa wymienione (czyli każde mniej uczęszczane miejsce dalej od głównych aglomeracji), to zdecydowanie najlepszym wyborem jest samochód. Uwaga: tu obowiązuje ruch lewostronny, ale jednocześnie na ulicach panuje duży spokój. Zupełnie inaczej niż w wielu innych państwach azjatyckich.

Shinkansen
Shinkansen

Reguła nr 1: Internet

Do poruszania się po Japonii bardzo przydaje się Internet. Można kupić sobie kartę SIM z dostępem do sieci i korzystać z niej z telefonu lub tabletu. W każdym razie bardzo przydadzą się nam dwie strony:

Hyperdia (dostępna także wersji jako mobilna aplikacja)

Japan-Guide.com

Pierwsza to nic innego jak wyszukiwarka połączeń. Pociągi jeżdżą bardzo punktualnie, choć zdarzają się tam pewne problemy, ale to jest normalne. Hyperdia potrafi wskazać najbliższe połączenia, a także miejsca, gdzie należy się przesiąść. Często nawet ze wskazaniem peronu. To bardzo pomocne.

Japan-Guide.com natomiast to serwis informacyjny, który ma świetnie opisane atrakcje Japonii razem z danymi o otwarciach, czy wskazówkami dojazdu. Te dwie strony rozwiązują większość problemów transportowych. Zwłaszcza, że Hyperdia umożliwia na przykład ograniczenie wyszukiwania do Japan Rail, na którą obowiązuje Japan Rail Pass.

W sieci można korzystać jeszcze z jednej przydatnej rzeczy, czyli map Google’a. Jak się już kupi kartę SIM i ma własny internet, to GPS bywa tam bardzo przydatny, ale co ważniejsze działa bardzo dobrze.

Typowy japoński krajobraz zza okna pociągu
Typowy japoński krajobraz zza okna pociągu

Shinkanseny

Po japońskiej wyspie Honsiu podróżowaliśmy głównie koleją. Japan Rail Pass ważny przez okres jednego tygodnia (ciągiem) sprawił, że podróż była tańsza, zwłaszcza szybkimi pociągami Shinkansen. Japonia jest pierwszym krajem, który zaczął pracować nad koleją wielkich prędkości. Już w latach 40. XX wieku zaczęto planować budowę Nowej Głównej Linii (bo to oznacza słowo „shinkansen”), która miała połączyć Tokio z Shimonoseki. Wojna jednak udaremniła te plany.

W Japonii jest bardzo dużo zieleni
W Japonii jest bardzo dużo zieleni


Pierwszą linię kolei dużych prędkości uruchomiono dopiero w 1959 roku (u nas wtedy kursowały jeszcze parowozy, francuskie TGV ruszyło w 1981 roku), choć oficjalne otwarcie nastąpiło dopiero 5 lat później z okazji Igrzysk Olimpijskich w Tokio. Pierwsze pociągi osiągały zawrotną prędkość 200 km/h (średnia prędkość Pendolino na trasie Wrocław-Warszawa to 160 km/h w 2018 roku, maksymalna 200 km/h na odcinku 80 km), zaś obecnie najszybsze z nich osiągają prędkość 300 km/h!

Angielska nazwa pociąg-pocisk (bullet train) nawiązuje do aerodynamicznej stylistyki lat 30. pierwszych pociągów serii 0, które kursowały aż do 2008 roku. My najczęściej jechaliśmy pociągami serii E6 z charakterystycznymi, dość zabawnymi nosami. Podróż Shinkansenami to klasa sama w sobie! Pociąg wygodny, miejsca dużo, płatny serwis urozmaicony, prędkość zawrotna. Choć najwięcej emocji dostarczało stanie na stacji, przez którą pocisk tylko „przelatywał” bez zatrzymywania!

Shinkansen
Shinkansen

Japan Rail Pass

I tu dochodzimy do najciekawszego. Turyści mogą kupić słynną Japan Rail Pass (działa trochę podobnie jak karta Interrail). Dzięki temu można poruszać się praktycznie dowolnie Shinkansenami i innymi pociągami (a także autobusami i promami) należącymi do Japan Rail, nie licząc małych ograniczeń.

Mamy trzy rodzaje Japan Rail – 7 dniowy, 14 dniowy i 21 dniowy (zarówno w wersji podstawowej jak i na Green Class czyli Premium, są też zniżki dla dzieci). Oba można kupić na JRPass.com lub Japan-Rail-Pass.com – działają podobnie, mają inne ceny, ale przy porównaniu z wysyłką to pierwsze wyszło nam taniej. Uwaga: Przez Internet kupujemy voucher, który jest przysyłany nam kurierem. Nie kupimy w ten sposób Japan Raila Passa. Vouchera nie wysyłają do Japonii i tam nie można go kupić.

Tramwaj w Osace
Tramwaj w Osace

Voucher ma ważność 90 dni. Realizują po okazaniu wizy (trzeba mieć wizę turystyczną) na lotnisku. Zatem trzeba pamiętać, by voucher zamówić w odpowiednim czasie. Kosztuje on ponad 200 Euro (wersji tygodniowej), ale dość szybko się zwrócił (o ile korzysta się z Shinkansenów, inaczej może nie mieć sensu).

Na lotnisku podczas wymiany vouchera na Japan Rail Pass ustalamy pierwszy dzień obowiązywania karty. I tu znów ważna uwaga – JR Pass działa 7 lub 14 lub 21 dni pod rząd. Nie ma przerwy w środku. Odbiór jest formalnością, osoby z obsługi są bardzo pomocne, jeśli ktoś miałby problem z wypełnieniem wniosku o JR Pass.

Monorail w Naha
Monorail w Naha

JR Pass w praktyce

JR Pass daje nam możliwość korzystania z Shinkansenów i innych kolei Japan Rail. Nie działa na linie konkurencji (np. gdy z Nagano jechaliśmy do Yunadaki, trzeba było kupić bilety osobne). Jeśli jedziemy zwykłym pociągiem, to przy wejściu na peron, przy bramkach zawsze znajduje się budka z człowiekiem w środku. Wystarczy mu pokazać JR Pass i nas przepuszcza. Analogicznie jest przy wyjściu. Tam nie ma miejscówek.

Shinkanseny to tutejsze ekspresy. Tu mamy wagony typu Green Car (pierwsza klasa, można sobie dodatkowo dopłacić) oraz wagony z miejscówkami. Najlepiej jest podejść do kasy, pokazać Japan Rail Pass i dostaje się bilet z miejscówką. Nic nie trzeba płacić. Minus jest taki, że za każdym razem trzeba iść do okienka po bilet, ale to zazwyczaj idzie szybko. Część Shinkansenów ma też wagony bez miejscówek i są one „awaryjne” gdyby wszystkie miejscówki się wyprzedały. Tam obowiązuje zasada kto pierwszy, ten lepszy.

Lotnisko na wyspie obok Osaki
Lotnisko na wyspie obok Osaki

Na peronach mamy namalowane miejsca, w których są wejścia do poszczególnych wagonów. Pociągi są świetnie zsynchronizowane, więc stają tam gdzie powinny. Cenowo JR Pass opłaca się, gdy podróżujemy Shinkansenami. Jeśli korzystamy głównie z pociągów lokalnych, najczęściej taniej jest kupić zwykłe bilety.

Samolot linii ANA malowany w R2-D2
Samolot linii ANA malowany w R2-D2

Samoloty

Alternatywą wobec JR Pass może być samolot. Zwłaszcza, jeśli planujemy zrobić trasę Tokio – Kioto / Osaka i z obu miejsc robić co najwyżej małe wycieczki. Oprócz dwóch konkurujących ze sobą linii ANA i Nippon, w Japonii działają low-costy. Przede wszystkim Peach Airlines i JetStar Japan. Ten drugi ma lepszy standard. Kupując z odpowiednim wyprzedzeniem bilety, mogą się one okazać korzystniejsze cenowo niż JR Pass. Oczywiście w przypadku Okinawy samolot zdaje się koniecznością.

Lotnisko lowcostowe w Naha (terminal w dawnym magazynie)
Lotnisko lowcostowe w Naha (terminal w dawnym magazynie)

Karty prepaidowe i bilety okresowe

Tu dochodzimy do kolejnego istotnego elementu, czyli kart prepaidowych. W przypadku, gdy mamy kilka różnych linii operujących na tym samym obszarze, niezależnie czy mówimy o kolei, metrze czy autobusach, można użyć kart typu Pasmo Card lub Suica. Typu, bo w Japonii jest pełna konkurencja, więc standard niby jest jeden, ale wydawców tych kart już zdecydowanie więcej. To nastręcza jeden problem. Karty można zwrócić, ale tylko tam, gdzie działa firma, która je wydała. Efekt jest taki, że kupując Pasmo Card w Tokio, możemy jej bez problemu używać w kilku innych częściach Japonii, ale w Osace już nie możemy jej oddać, by dostać z powrotem kaucję i niewykorzystane środki. Więcej o podziałach kart można przeczytać na Japan-Guide.

Jak działają te karty? Jak sama nazwa wskazuje. W automacie należy ją doładować (niestety tylko gotówką), a potem płaci się za każdy przejazd. Nie działa to w sposób inteligentny jak Oyster w Londynie, więc karty te sprawdzają się jak przemieszczamy się tylko trochę środkami komunikacji różnych firm.

Magazyny obok terminala lowcostwoego w Naha
Magazyny obok terminala lowcostwoego w Naha

Jeśli jednak mamy możliwość, by kupić lokalny bilet – nawet na jedną firmę, najczęściej będzie to bardziej ekonomiczny wybór. Przykładowo, w Kioto kupując bilet autobusowy jednej z linii, zwrócił się nam w ciągu pół dnia. Gdybyśmy korzystali tam z Pasmo, zapłacilibyśmy o wiele więcej. Jeśli możemy bazować na lokalnych biletach okresowych, najczęściej jest to najbardziej zyskowna opcja. Zwłaszcza, że czasem upoważniają do zniżek na niektóre atrakcje (np. na Okinawie).

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Osoby pracujące w transporcie, np. na dworcach, zawsze bardzo dobrze mówią po angielsku. O ile zwykli Japończycy mają z tym problem, o tyle tam zawsze można liczyć na pomoc.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
JR Pass i podróżowanie Yunadaka
Share Button

Tunezja: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Tunezji. Zweryfikowane ostatnio w 2011.

Uwagi ogólne: Tunezja to kraj składający się z dwóch odrębnych części. Pierwsza jest północ, gdzie znajdziemy choćby ślady rzymskich zabytków. Północ obecnie jest centrum biznesowym i turystycznym Tunezji, na wybrzeżu Morza Śródziemnego jest też dużo kurortów. Jeśli ktoś chce zobaczyć pustynie, musi udać się na południe. Ta część kraju  jest dużo bardziej dzika i naturalna.

Dojazd: Najlepszy sposób to samolot. Na północy jest kilka lotnisk, gdzie latają czartery z Polski.

Wiza: Formalności wcześniejsze nie są potrzebne, można ją dostać na lotnisku od ręki, 90-dniową. Paszport konieczny. Obowiązuje opłata wyjazdowa.

Baza noclegowa: Turystycznie rozbudowane jest przede wszystkim wybrzeże Morza Śródziemnego. Tam nie ma problemów z hotelami i noclegami. Gorzej jest w głębi lądu, gdzie wielu turystów nie dociera, a jeśli już jadą, to korzystają z wycieczek zorganizowanych. W takich wypadkach większe hotele mogą znajdować się na peryferiach. Uwaga: w Tunezji jest obowiązek meldunkowy, ale hotele wypełniają go za nas. Szukać można bez problemu na Booking.com.

Szczepienia wymagane: Brak. Zaleca się szczepienia na WZW A i B.

Choroby: Nic szczególnego. Ze względu na niski poziom higieniczno-sanitarny, należy mieć na uwadze możliwość zatrucia pokarmowego.

Susa (Sousse) - plaża
Susa (Sousse) – plaża

Waluta: Dinar Tunezyjski (TND). Uwaga, formalnie nie powinno się wywozić tej waluty z Tunezji, choć „przeszmuglowanie” drobnych to nie jest jakiś wyczyn.

Płatności kartą i bankomaty: W dużych miastach, w szczególności na północy, jest całkiem sporo bankomatów. Większe sklepy i restauracje, czy hotele akceptują karty płatnicze. Na południu zaś liczy się głównie gotówka.

Napiwki: Są oczekiwane, praktycznie za każdą usługę. Zwykle niewielkie, około 1-2 TND za wniesienie bagażu czy sprzątnięcie pokoju w hotelu. Zdarza się, że wymuszają, choć nie jest to aż tak dokuczliwe jak bywa czasem w Egipcie czy Maroko.

Internet: Jeśli nie trafimy do hotelu czy restauracji, która udostępnia wifi, zostają kawiarenki lub zakup lokalnej karty SIM z pakietem internetowym.

Telefony: Roaming dostępny. Zasięg telefonów w różnych częściach kraju ograniczony.

Język: Formalnie arabski, przechodzący  w berberyjski. Z zachodnich języków przede wszystkim francuski. Angielski głównie na północy, gdzie jest dużo turystów.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Samochód lub  samochód z kierowcą to chyba najlepsza opcja poruszania się po kraju.

Oznaczenia i drogowskazy: Średnio lub słabo.

Jedzenie wegetariańskie: Jeśli chodzi o jedzenie wegetariańskie, to jest podobnie jak w Maroko. Bardzo popularnym daniem tutaj jest bagietka z harissą. Harissa to ostra pasta z czosnku i papryki, bardzo popularna w Tunezji (a także Libii czy Armenii).

Kwestia alkoholu jest dość ciekawa. Formalnie jest to kraj islamski, więc dostęp do niego jest utrudniony. O ile na północy, w części gdzie są kurorty, tego utrudnienia się specjalnie nie odczuwa, o tyle na południu bywa już trudniej, ale tam też jest bogata infrastruktura turystyczna. Warto wspomnieć, że w Tunezji wytwarza się lokalne wina.

Ludzie: Gdy my byliśmy w Tunezji, bardzo mocno było widać podział na pracującą północ (głównie w turystyce) i biedne, ale też trochę leniwe południe. Na północy na turystach się zarabia, zatem można spotkać się zarówno z dobrą obsługą, jak i domaganiem się pieniędzy. Na południu zaś albo odbierają turystów jako ciekawostkę, albo neutralnie, albo zło konieczne. Choć też jak nadarzy się okazja, to czasem chcą coś opchnąć.

Pustynia na południu Tunezji
Pustynia na południu Tunezji. Przy okazji polecamy grupę o znakach drogowych.

Bezpieczeństwo: To temat rzeka, który dość trudno zmieścić w krótkim akapicie. Ostatnie lata w Tunezji nie należały do najłatwiejszych, dodatkowo wojna domowa w Libii powoduje napływ uchodźców, a co z tym idzie także różnych problemów, w tym natury kryminalnej. Niestety wśród ludzi szukających schronienia często pojawiają się inni, którzy próbują żerować na ludzkiej krzywdzie (niekoniecznie muszą to być uchodźcy). Dlatego lepiej unikać na wszelki wypadek bliskich okolic granicy libijskiej.

Drugi problem to oczywiście zamachy terrorystyczne. Jest on najbardziej głośny, zwłaszcza, że niektóre z nich mają miejsca w kurortach. Są widowiskowe, zapadają w pamięć, ale jednocześnie są rzadkie. Władze starają się im zapobiegać, jest to w ich interesie. Nie ma obecnie wzmożonego poziomu takich zamachów, ale istnieje pewne ryzyko.

Największe ryzyko to jednak sytuacja polityczna. Po 2011 niby doszło do zmiany władzy, ale jak to bywa w takich przypadkach, nie wszyscy na tym skorzystali. Stąd niestety w Tunezji (ale nie tylko tam) istnieje ryzyko ponownych zamieszek. W takich przypadkach najlepiej jest unikać dużych miast jak Tunis i trzymać się raczej kurortów.

My z powodów bezpieczeństwa wynajęliśmy samochód z lokalnym kierowcą z firmy Sahel Voyages. Byli w kontakcie z kierowcą i pozwoliło to nam uniknąć niespokojnych terenów (blokad, czy podpalenia fabryki). Natomiast  program ustalaliśmy sami. Jeśli ktoś chce podróżować po Tunezji, to wynajęcie takich biur to obecnie chyba najlepsza opcja.

Klimat: Zróżnicowany. Na wybrzeżu śródziemnomorski, w północnej części kraju podzwrotnikowy przejściowy między morskim i kontynentalnym, zaś na południu skrajnie suchy zwrotnikowy o charakterze kontynentalnym. Najlepszy okres na podróżowanie to wiosna – marzec-maj lub jesień (wrzesień-październik). W lecie robi się gorąco. Jeśli komuś zależy bardziej na wypoczynku nad morzem to lato też jest dobre.

Informacja turystyczna i mapy: Lokalnie nie ma co liczyć na rozbudowaną informację turystyczną (o ile w ogóle znajdziemy). W sieci jest kilka stron, jak np. DiscoverTunisia.com.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tunezyjski
Praktycznie
Share Button

Kartagina, ślad jednak pozostał

Starożytnych miast, wokół których powstały nowe, istniejące do dziś ośrodki, odwiedziliśmy już wiele. Dobrze zachowanych, mniej. Jedne jak Akropol w Atenach są częścią miasta. Inne jak Volubilis znajdują się poza obrzeżami (w tym wypadku Maulaj Idris). Jeszcze inne stanowią ciekawą atrakcję znajdującą się w granicach metropolii. Tak było ze Splitem i Salone. Dokładnie tak samo jest z Kartaginą i Tunisem. Kartagina (łac. Karthago, Carthago, fen. Qrt-ḥdšt, arab.قرطاج czasem też Kartadż lub Kartago) jest znana nam z historii i fascynującej mitologii. I wbrew obiegowej opinii przetrwała do dziś, choć niekoniecznie tamta Kartagina.

Stanowisko archeologiczne
Stanowisko archeologiczne

Kartagina historycznie i legendarnie

Kartagina została założona przez Fenicjan z Tyru jako kolonia w Afryce w IX wieku przed naszą erą. Według jednej z legend założyła ją Dydona, zwana początkowo Elisszą lub Elissą, kapłanka bóstwa El. Po tym jak Pigmalion zabił jej męża, Acherbasa, uciekła wraz z bogatymi Fenicjanami z Tyru. Wpierw wylądowała na Cyprze, gdzie do jej grupy dołączyły młode dziewczyny, a następnie trafiła do Afryki. Tam spotkała Numidyjczyków, do których należała ta ziemia. Elissa zaczęła negocjacje. Uzgodniła, że dadzą jej tyle ziemi, ile obejmie skóra wołu. Wywołało to wśród tubylców rozbawienie, więc się zgodzili. Ona zaś pocięła skórę na bardzo wąskie kawałki (inne źródła sugerują, że na rzemienie) i w ten sposób mogła otoczyć dość spory obszar. To właśnie tam wzniesiono Byrsę, czyli akropol Kartaginy. Byrsa to po fenicku zamek, a po łacinie skóra. Dziś Byrsa to nie tylko nazwa dawnej cytadeli, ale również wzgórza.

Kartagina
Kartagina

Tubylcy nadali Elissie imię Dydona, co znaczy „wędrowniczka”. Była pierwszą królową Kartaginy, od 814 roku przed naszą erą. Jej legenda została uwieczniona choćby w „Eneidzie” Wergiliusza. W każdym razie nie jest to jedyna legenda o założeniu Kartaginy. Grecy twierdzą, że miasto to założyli Zorus i Karchedon. Zorus to Tyr po starogrecku, a Karchedon – Kartagina.

Widok na Kartaginę
Widok na Kartaginę

Kartagina, co znaczy tyle, co Nowe Miasto, początkowo była niezależnym państwem-miastem. Po czasu upadku Fenicji  jej znaczenie wzrosło, bo przejęła nadzór nad innymi koloniami fenickimi. W VII wieku przed naszą erą Kartagina stała się już imperium ścierającym się z Grekami, a potem Etruskami i Rzymem. Warto dodać, że Kartagina początkowo była monarchią, ale przerodziła się później w republikę, czyli podobnie jak początkowo Rzym.

Kartagina
Kartagina

Wojny punickie

Oczywiście my dziś najbardziej znamy historię Kartaginy z okresu wojen punickich. Mianem Punijczyków Rzymianie określali Fenicjan (Poeni). Zdecydowanie najbardziej znany epizod pochodzi z okresu II wojny punickiej, kiedy to Hannibal, dowódca wojsk kartagińskich, realnie zagroził Rzymowi. Uzbrojony między innymi w słonie bojowe rozpoczął marsz z Nowej Kartaginy (zbudowanej na terenie obecnej Hiszpanii) i zmierzał do Italii.

Ruiny Kartaginy
Ruiny Kartaginy

Jeśli chodzi o słonie, to w Kartaginie próbowano oswajać słonie afrykańskie. To dość trudna sztuka, ale czasem się udawała. Częściej korzystano albo ze słoni indyjskich, albo ze słoni leśnych (bliskich krewnych słoni afrykańskich). Słonie zginęły z powodu zimy, ale zagrożenie z jego strony było tak duże, że Rzymianie mieli nawet powiedzenie „Hannibal u bram” (Hannibal arte portas), oznaczające niebezpieczeństwo. III wojna punicka była inwazją Rzymian na Kartaginę. Miasto zdobyto, zniszczono, ziemię przeorano, a według legend wszystko posypano solą, by nic tu nie wyrosło. 90% mieszkańców wymordowano, resztę wzięto do niewoli.

Ślady bizantyjskie
Ślady bizantyjskie

Odrodzenie Kartaginy

Kartagina odrodziła się kilkadziesiąt lat później już jako kolonia rzymska. Początkowo pod nazwą Colonia Iunonia, ale Cezar przywrócił jej pierwotną nazwę. Miasto kwitło w prowincji Africa Proconsularis, jednocześnie konkurując z Utyką. Wraz z upadkiem Rzymu Kartagina została zajęta wpierw przez Wandali, później Bizancjum. Stała się ważnym ośrodkiem chrześcijańskim, aż do podboju w 697 przez Hasana Ibn Numana. W czasach arabskich miasto opustoszało i popadło w zapomnienie.

Kartagina
Kartagina

Od XIX wieku trwały tu pracę archeologiczne. Dziś Kartagina jest udostępniona do zwiedzania, choć wciąż znajduje się tu czynne stanowisko archeologiczne. Najstarsze znalezione fragmenty zabudowań pochodzą z VIII wieku przed naszą erą, ale większość zabytków pochodzi z czasów rzymskich i bizantyńskich. Resztki murów sugerują, że liczyły one 32 kilometry długości. Do zwiedzania jest Byrsa, resztka akropolu, łaźnie Antoniusza Piusa, pozostałości po teatrze rzymskim oraz muzeum. Obok znajduje się Katedra św. Ludwika, czyli tak zwane Acropolium, obecnie dekonsekrowana i pełniąca rolę muzeum.

Trochę dalej znajduje się jeszcze jedna interesująca pozostałość po Kartaginie fenickiej, stary port punicki. Niestety także z niego wiele nie zostało. Ostały się jeszcze pozostałości po dzielnicy portowej.

Dawny port fenicki
Dawny port fenicki

Tunis, okolice i Kartagina w filmie

Kartagina pojawia się także w kinie. W tutejszym amfiteatrze kręcono kilka ujęć do „Żywotu Briana” Monty Pythona. Stanowisko archeologiczne znajduje się na liście UNESCO od 1979 (wpisano ją razem z Al-Dżem i medyną Tunisu, były to pierwsze tunezyjskie wpisy na tej liście). Przed zwiedzaniem warto sprawdzić szczegóły na stronach: www.patrimoinedetunisie.com.tn lub www.acropoliumcarthage.com.

Sidi Bou Said
Sidi Bou Said

Będąc w Kartaginie warto jeszcze odwiedzić pobliską Sidi Bou Said. Błękitne miasto Tunezji, które trochę przypomina marokański Rabat. Sidi Bou Said to dziś miejsce z kawiarniami i drobnym, lokalnym przemysłem. Tu wytwarzane są klatki dla ptaków (klimat trochę jak w Safi). Kartagina to dziś przedmieścia stolicy Tunezji. W teorii powinno się to także ładnie połączyć z Tunisem. Jednak od stycznia 2011 i arabskiej wiosny, nie zawsze może być to możliwe. My trafiliśmy na bardziej gorący sezon, więc z samej stolicy dość szybko się wycofaliśmy.

Gorący okres w Tunisie
Gorący okres w Tunisie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tunezyjski
Kartagina ?
Share Button

Split, pałac Dioklecjana, twierdza Klis i Meereen

Split, czyli po włosku Spalato to drugie największe miasto Chorwacji, a także ważny ośrodek przemysłowy i komunikacyjny. Zaś dzięki „Grze o tron” istotny również z powodu turystyki filmowej. To właśnie tu kręcono Meereen, największe miasto Zatoki Niewolniczej (późniejsza Zatoka Smoków). Sam Split może też poszczycić się bardzo ciekawą historią i wspaniałymi zabytkami. Są tu ciekawe, historyczne miejsce, eleganckie deptaki czy intrygujące zaułki. Warto też wyjechać poza centrum i zwiedzić najbliższą okolicę.

Rzymski amfiteatr w Solin
Rzymski amfiteatr w Solin

Split w czasach antycznych

Historia Splitu sięga czasów greckich: II lub III wieku przed naszą erą. Początkowo była to osada o nazwie Aspalathos. Rzymianie zmienili jej nazwę na Spalatum, oznaczającą pałac, bowiem na przełomie III i IV wieku cesarz Dioklecjan zbudował tutaj swój pałac na wzór warownego rzymskiego obozu. Warto jednak pamiętać, że Spalatum właściwie było tylko i wyłącznie cesarską rezydencją, małą osadą poza właściwym miastem.

Solin
Solin

Najstarsza dziś część miasta znajduje się poza Splitem, a dokładniej na jego przedmieściach. To niewielkie miasteczko Solin (łac. Salona) liczące około 19 tysięcy mieszkańców. Tam znajduje się kilka bardzo interesujących ruin z czasów rzymskich. Największą i najważniejszym zabytkiem Soliny są ruiny amfiteatru. Kupa kamieni ułożonych w półkręgu i parę zachowanych łuków. Jeśli chodzi o to, co dziś przetrwało, to bardziej przypomina Aquincum w Budapeszcie czy Kartaginę, niż choćby Pompeje, czyli raczej niewielkie stanowisko archeologiczne. Według niektórych informacji zwiedzanie jest płatne, ale ciężko nam było znaleźć miejsce, gdzie kupuje się bilety. Za to bez problemu dało się podejść do rzymskich zabytków.

W czasach rzymskich Solin nosił nazwę Salonae, która pochodzi (podobnie jak i nazwa współczesna) od wydobywanej w tym regionie soli. W I wieku było to najludniejsze i najbogatsze miasto Dalmacji, miejsce urodzenia cesarza Dioklecjana (urodzony ok. 240 r.). Dioklecjan prawdopodobnie w latach 295-305 wybudował rezydencję na brzegu Adriatyku w osadzie Spalatum (dziś obecny właściwy Split), jakieś 8 kilometrów od miasta. Zamierzał spędzić w niej emeryturę. To właśnie dzisiejszy Pałac Dioklecjana, jedna z najlepiej zachowanych rzymskich budowli w Chorwacji.

Katedra w Pałacu Dioklecjana
Katedra w Pałacu Dioklecjana

Split słowiański

W 614 roku przyszła na Salonae katastrofa. Miasto zostało złupione i zniszczone przez najazdy plemion słowiańskich i awarskich. Ocalała ludność zbiegła do Spalatum i schroniła się w obrębie murów przepastnej rezydencji cesarza Dioklecjana, wówczas od kilku wieków opuszczonej. Zdobyte przez najeźdźców miasto Salonae stało się ważnym ośrodkiem w średniowiecznej Chorwacji. Dzisiejszy Split stworzyli uchodźcy z pobliskiej Salony. Uciekinierzy znaleźli schronienie w murach porzuconego już wówczas pałacu Dioklecjana,  którego nie potrafili zdobyć najeźdźcy. Uchodźcy na osiedlenie tutaj musieli dostać specjalne pozwolenie od cesarza bizantyńskiego Konstantyna II.

Mury pałacu Dioklecjana
Mury pałacu Dioklecjana

Pałac był duży, zajmował prostokątny obszar o wymiarach 214×175 metrów. Zbudowano go z białego kamienia z Trogiru i wyspy Brač. Solidne mury zewnętrzne, wytyczone ulice i liczne zabudowania o różnej funkcji były nie tylko znakomitym tymczasowym schronieniem, ale i świetnym zalążkiem nowego miasta. Będący pod wpływami bizantyńskimi rzymscy chrześcijanie przemianowali świątynię Jowisza na kościół Maryi Dziewicy, sprowadzili szczątki biskupa z Salony, a jakiś czas później ustanowili katedrę św. Dominika jako nową siedzibę biskupa Salony. W tych warunkach wyewoluował z łaciny język dalmatyński, zwłaszcza, że dawna ludność rzymska mieszała się ze słowiańską.

Pałac Dioklecjana
Pałac Dioklecjana

Pałac Dioklecjana dziś

Pałac był właściwe małym, samowystarczalnym miastem. Oprócz rezydencji Dioklecjana znajdowały się tu magazyny, mury i wiele innych zabudowań, a w środku przecinały się dwie arterie. Warto pamiętać, że brama południowa (zwana też Brązową) wychodziła wprost do morza. Dziś linia brzegowa się cofnęła (podobne zjawisko miało miejsce w Efezie czy w Baku, acz z różnych przyczyn). Dziś jest to miejsce piękne, historyczne, ale miejscami zaniedbane i zniszczone przez mieszkańców (czy to jakimiś plastikowymi oknami, czy innymi niepasującymi elementami). W każdym razie trwają prace, by przywrócić pałacowi w miarę możliwości dawny wygląd. W roku 1979 Pałac Dioklecjana, rozumiany jako zabytek rzymski i stare miasto narosłe w obrębie murów pałacu zostało wpisane na listę UNESCO.

Perystyl
Perystyl

Trzeba też pamiętać, że pałac zmieniał się w czasie. Oryginalną Srebrną Bramę zamurowano w VI wieku, obecna pochodzi z lat 50. XX wieku i jest częścią odbudowy miasta w wyniku zniszczeń z czasów II wojny światowej. Podobne zmiany dotknęły Perystyl, kiedyś centralną część pałacu, w której cesarz przyjmował poddanych. Dziś pełni ona rolę kulturalnego centrum Splitu. Teren pałacu to dziś ponad 200 różnych budynków.

Podziemia Pałacu Dioklecjana
Podziemia Pałacu Dioklecjana

„Gra o tron” i Split

Warto wybrać się na zwiedzanie podziemi Pałacu Dioklecjana. Zawitała tutaj ekipa „Gry o tron”. To właśnie tutaj królowa Daenerys Targaryen zamknęła dwa swoje smoki, by nie wyrządzały szkód. Zresztą podziemia są wykorzystywane  kilkukrotnie w serialu jako lochy Meereen. Fragment podziemi Pałacu Dioklecjana w Splicie możemy zobaczyć bez płacenia za bilet wstępu. Można za to wydać pieniądze na pamiątki, bo to jeden wielki stragan. Cześć w której kręcono zdjęcia znajduje się w strefie muzealnej, wejście wymaga zakupu biletu. Plus jest jednak taki, że dzięki temu da się ominąć tłumy. Wycieczki przejdą i będzie spokojnie. W tej darmowej części takiego komfortu nie ma.

Podziemia Pałacu Dioklecjana
Podziemia Pałacu Dioklecjana

Dawny obszar pałacu to dziś przede wszystkim całe stare miasto. Szukając śladów „Gry o tron” warto też się przejść ulicą Papalićeva. Tu także kręcono kilka scen wewnątrz murów Meereen, choćby te z napisami na murach (grafitti) przeciw panom. Tu też warto dodać, że Split nie wykorzystuje swojej filmowej historii turystycznie. Owszem, znajdziemy sklep z pamiątkami z „Gry o tron” i innymi gadżetami filmowymi, ale raczej zwiedza się to na własną rękę. Nie ma lokalnych przewodników wskazujących, gdzie kręcono serial. Czasem tylko pojawiają się niewielkie grupy, które zakupiły wycieczkę objazdową po różnych lokacjach z serialu HBO. Dla nich Split jest tylko jednym z przystanków.

Wąskie uliczki Splitu (i Meereen)
Wąskie uliczki Splitu (i Meereen)

Stare miasto Splitu

Bardzo istotnym elementem dzisiejszego pałacu, choć już nie filmowym, jest katedra św. Dajuma. Wzniesiono ją w miejscu dawnego mauzoleum Dioklecjana. Jest to o tyle ciekawe, że cesarz ten słynął z prześladowania chrześcijan. Św. Dajuma, czyli biskup Salony był jedną z ofiar Dioklecjana. Do dziś raz w roku, 7 maja, jego szczątki są niesione w procesji po mieście. Sama katedra z powodu licznych przebudów jest dziś wypadkową różnych styli z dominacją stylu romańskiego, gotyckiego i neoromańskiego. Zaś zdobią tę katolicką świątynię medaliony pochodzą z okresu Dioklecjana . Katedrę można zwiedzać na bilecie łączonym z wejściem na wieżę i kryptami.

Stare Miasto w Splicie
Stare Miasto w Splicie

Pozostała historia Spalatum-Splitu była podobna do reszty Dalmacji: w X wieku miasto włączono w obręb Chorwacji, potem zostało podbite przez Węgrów. Jeszcze w średniowieczu w Splicie obowiązywało prawo przypominające rzymskie, a cudzoziemcy nie mogli osiedlać się w obrębie murów miejskich bez zgody większości obywateli. Następnym władcą Dalmacji i Splitu była Wenecja. W późnym średniowieczu większość obywateli miasta była już Chorwatami, a do używanych języków należał włoski. Split był ważnym miastem portowym w Dalmacji, rozwijającym się już poza obrębem murów pałacu Dioklecjana. Dalsza historia to Cesarstwo Austro-Węgier, wojny napoleońskie, Królestwo SHS (Serbów, Chorwatów i Słoweńców), Jugosławia i wreszcie od 1991 roku – wolnej Chorwacji. Rozpad Jugosławii wiąże się z pewnymi ofiarami i zniszczeniami, ale miasto nie ucierpiało znacznie w sposób bezpośredni.

Plac narodowy w Splicie
Plac narodowy w Splicie

Poza murami pałacu

Choć główne centrum zabytkowe Splitu to pałac Dioklecjana, to życie toczy się także za pałacem. Dość blisko znajduje się plac narodowy (Narodni trg) zwany także Pjacą. Pjaca to nic innego jak rynek, główny plac miejski, od początku istnienia pełnił rolę przestrzeni publicznej. Tu też znajduje się późnogotycki ratusz.

Pomnik biskupa Grzegorza z Ninu (Split)
Pomnik biskupa Grzegorza z Ninu (Split)

Tu także rozwijał się dawny Split, oczywiście ten poza murami pałacu. Dziś warto zwrócić uwagę przede wszystkim na targ rybny (w godzinach porannych), czy bardzo charakterystyczny budynek prokuratury na Placu Republikańskim. Życie turystyczne i nie tylko koncentruje się blisko promenady Riva. Tam jest wiele knajp, tereny spacerowe, no a wieczorami różne imprezy. Promenada to także dobre miejsce, by podziwiać porty i mariny z mnóstwem jachtów. Trochę dalej od centrum znajduje się plaża miejska – Bačvice.

Widok ze wzgórza Marjan
Widok ze wzgórza Marjan

Mając trochę czasu warto też wspiąć się na wzgórze Marjan. Nawet tylko kawałek. To dobry punkt widokowy, z którego można podziwiać Split. Inne charakterystyczne miejsca to choćby pomnik biskupa Grzegorza z Ninu, który w X wieku bronił języka starosłowiańskiego w liturgii. Ciekawe mogą być też muzea – w tym morskie i archeologiczne, o ile oczywiście ma się odpowiedni zapas czasu.

Widok na twierdzę Klis
Widok na twierdzę Klis

Twierdza Klis

Z „Grą o tron” wiąże się jeszcze jedno miejsce, które nie znajduje się w samym Splicie, ale tuż pod nim. To twierdza Klis, która także gra Meereen, czyli największe miasto Zatoki Niewolniczej Essos. To tu nagrywano przede wszystkim ujęcia ukazujące ogrom miasta, jego zdobycie, przemowy Daenerys, czy scenę, gdy khaleesi skazuje na śmierć jednego z mieszkańców miasta (byłych niewolników), oskarżonego o popełnienie morderstwa. W sumie do tej części zamku filmowcy wracali wielokrotnie. Pełni ona rolę zarówno „rynku” Meereen jak i miejsca na piramidzie, skąd obserwuje się miasto i ocean. Piramida, jak i cała okolica, oczywiście zostały wygenerowane komputerowo. Od szóstego sezonu Meereen nagrywano w Hiszpanii.

Twierdza Klis
Twierdza Klis

Wizyta Matki Smoków to w historii twierdzy Klis zaledwie epizod o niewielkim znaczeniu. Historia tej fortecy sięga czasów rzymskich, gdy nosiła ona nazwę Kleisa – „klucz”. Dziś również określa się ją mianem „kluczem Dalmacji”, podkreślając jej znaczenie militarne i historyczne. Przechodziła ona kolejno w ręce potęg władających tą krainą: Chorwatów, Węgrów, Wenecjan, Turków, Francuzów i Austriaków. Obecnie twierdza znów jest chorwacka.

Twierdza Klis
Twierdza Klis

Historia twierdzy Klis

Najważniejsze walki o twierdzę toczyły się w XVI wieku, podczas walk Turków osmańskich z Węgrami o panowanie na tym obszarze Adriatyku. Twierdza Klis była granicznym posterunkiem między należącą do Wenecji Dalmacji z miastem Split (odkupione od Węgrów) a tureckim miastem Klis. W 1648 roku wojska weneckie odbiły twierdzę z rąk tureckich. Budowla przeszła wówczas gruntowną renowację, przebudowę (dawny meczet zastąpiono kościołem św. Wita) i umocnienie. Twierdza, którą dziś możemy swobodnie zwiedzać, pochodzi głównie z tych weneckich i późniejszych austriackich przebudów. Ostatni raz militarnie twierdza Klis była wykorzystana podczas II wojny światowej, gdy stacjonowały tutaj włoskie i niemieckie oddziały wojskowe.

Twierdza Klis - Meereen
Twierdza Klis – Meereen

Twierdza należy do najważniejszych zabytków Chorwacji, choć może tego nie widać: nie ma wielkiego muzeum, rozbudowanej informacji turystycznej i tym podobnych udogodnień, jak zresztą w wielu chorwackich zabytkach. Jest tu za to salka poświęcona udziałowi twierdzy w serialu „Gra o tron”. Nieopodal znajdziemy płatny parking, a ciut dalej nieliczne miejsca, gdzie da się zatrzymać za darmo.

Twierdza Klis - miejsce z którego przemawiała Daenerys
Twierdza Klis – miejsce z którego przemawiała Daenerys

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak chorwacki
Split Trogir
Szlak filmowy
Split
Skellig Michael
Share Button

Wąwóz Samaria, najdłuższy wąwóz Europy

O wąwozie Samaria (grec. Σαμαριά) krążą dwie opinie. Warto, bo piękny, albo nie warto, bo są piękniejsze, a ten jest zbyt turystyczny. My przychylamy się do tej pierwszej, zdecydowanie warto, ale najlepiej wtedy, gdy nie ma tu zbyt wielu ludzi. Czyli nie w szczycie sezonu i tak rano jak się tylko da, wtedy naprawdę można napawać się tym cudownym, a przy tym bardzo różnorodnym miejscem. Jest to jedna z najciekawszych całodniowych wycieczek na Krecie.

Wejście do wąwozu
Wejście do wąwozu

Najdłuższy wąwóz Europy

Nazwa wioski jak i wąwozu Samaria brzmi dość znajomo. Oczywiście kojarzy się to z Samarią w Izraelu i Samarytanami, ale tym razem nie o to chodziło. Brakuje bezpośrednich biblijnych konotacji, ale są pośrednie. Nazwy pochodzą od stojącej tu cerkwi Osia Maria (Błogosławionej Marii) z XIV-wiecznymi freskami.

Początek trasy
Początek trasy

Wąwóz Samaria to najdłuższy suchy wąwóz w Europie, jednocześnie nie będący rzecznym. Dla turystów udostępniono ścieżkę o długości 16 km (+ 2,5 km do promu, ale można wziąć bus). Szlak zaczyna się na równinie Omalos na wysokości 1227 m. n.p.m. – tutaj należy się kierować, gdy jedzie się samochodem. Następnie schodzi się schodami w dół, początkowo aż na głębokość 600 m. n.p.m., a potem już łagodnie i stopniowo 16 kilometrów do morza. Po drodze mija się opuszczoną wioskę Samarię.

Zabezpieczenia przed kamieniami
Zabezpieczenia przed kamieniami

Szlak

Mniej więcej co 20 do 90 minut zorganizowane są miejsca postojowe. Wszystkie mają źródełka pitnej wody, większość także bezpłatne toalety. Niektóre z tych przystanków są niewielkie, inne dość duże, zaś pojedyncze mają nawet dodatkową infrastrukturę.

Szlak przez wąwóz Samaria
Szlak przez wąwóz Samaria

Zwłaszcza w górnej części szlaku – podczas schodzenia w dół – częste są znaki ponaglające do szybkiego przejścia z uwagi na możliwość spadania kamieni. Często mija się także budynki używane przez strażaków. Faktycznie istnieje tu pewne zagrożenie pożarowe. Samaria przyciąga wielu turystów, więc Grecy dobrze dbają o to miejsce.

Kamienie i zwalone drzewo
Kamienie i zwalone drzewo

Szlak w wąwozie Samaria przebiega wzdłuż to jednego to drugiego brzegu górskiego strumienia, który w związku z tym niejednokrotnie się przecina. Gdy tutaj byliśmy, stan wody był niski, więc przejście było bezpieczne, w dodatku dało się to zrobić najczęściej suchą stopą. Jednak zdarza się, że strumień zamienia się w rwący potok i przekraczanie go jest zdecydowanie bardziej problematyczne. Gdzieniegdzie można zauważyć liny dla przytrzymywania się. Trzeba jednak się liczyć z tym, że w czasie bardzo złych warunków wąwóz jest zamykany.

Jeden ze starych kościołów
Jeden ze starych kościołów

Strumień jest źródłem pitnej wody – stąd zwłaszcza bardziej w dole wąwozu pojawiają się znaki zabraniające moczenia stóp w wodzie. Tam mamy wiele mostków, a także kładek, byle tylko nie dotykać wody. Jeśli faktycznie butelkowana woda Samaria pochodzi stąd, to może warto respektować ten przepis.

Koza kri-kri
Koza kri-kri

Park Narodowy

Jednym z powodów utworzenia Parku Narodowego Wąwozu Samaria w 1962 roku była potrzeba ochrony siedliska endemicznej kozy agrimi, zwanej też kri-kri. Tylko na tym obszarze ten podgatunek kozy bezoarowej występuje w stanie dzikim. Ta dzika koza pojawiła się tutaj w okresie kultury minojskiej, a więc ok. 7 tysięcy lat temu, nie jest więc taki do końca endemiczny. Podczas okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej była jedynym solidnym źródłem pożywienia dla kryjących się w wąwozie partyzantów, stąd jej liczebność drastycznie spadła – do około 200 osobników.

Szlak przez wąwóz
Szlak przez wąwóz

Dziś żyje jakieś 2000 kóz w stanie dzikim. Są płochliwe, ale nam trzykrotnie udało się je wypatrzyć. Na jednym z postojów była trochę bardziej oswojona z turystami koza, która liczyła na jakieś smakołyki. Oczywiście dokarmianie kóz jest zabronione. Niemniej jednak zwierzęta te czyhają i nie raz porywają to co spadnie lub zwyczajnie wyjadają ze śmietników. Wypatrywanie ich jest dodatkową atrakcją tej przeprawy. Co ważniejsze, dość często się udaje.

Strumień do pokonania
Strumień do pokonania

Spacerując mamy okazję zobaczyć bardzo różnorodny krajobraz. Najpierw mamy ostre zejście w dół, potem spokojniejszą trasę lasem, na koniec zaś wąwóz faktycznie zwęża się i przechodzi się między skałami. Nawet w suchszym okresie, takim jak ten nasz, miejscami trzeba przejść przez wodę. Ale na szczęście są drewniane pomosty, o których już wspominaliśmy, więc trudno się zamoczyć.

Widok na góry
Widok na góry

Góry i wrota

Mamy okazję zobaczyć choćby Góry Białe – Lefka Ori – nazwa i kolor białe pochodzą od wapiennych skał, z których zbudowane jest to pasmo górskie. Najwyższy szczyt Gór Białych i drugi co do wysokości szczyt na Krecie to Pachnes, wznoszący się 2453 m n.p.m. Trasa przez wąwóz niestety go omija. Za to otaczają ją dwa inne szczyty, na północ – Melintaou (2134 m n.p.m) i na zachód – Volakias (2117 m n.p.m.).

Krajobraz wąwozu
Krajobraz wąwozu

Ale im głębiej schodzimy, im bliżej morza jesteśmy, tym bardziej chodzimy pośród skał, nie zalesionych gór. Najwęższe miejsce wąwozu Samaria: Żelazne Wrota. Skały tutaj oddalone są od siebie zaledwie o 3,5 metra. No i są przeciągi od morza. To też jedna z najbardziej charakterystycznych części wąwozu.

Most
Most

Powrót

Wąwóz Samaria kończy się na samym morzu przy miejscowości Ajia Rumeli (gr. Αγία Ρουμέλη). Tutaj można zażyć zasłużonego odpoczynku przy obiedzie w jednej z licznych restauracji, kupić koszulkę „Przetrwałem Samarię” (nie taki znowu wyczyn… we wrześniu nawet gorąco nie było). I tutaj przede wszystkim można złapać prom np. do Chora Sfakion, a tam autobus (skorelowany z promem, czekają na turystów), który zawiezie nas z powrotem do wejścia w Omalos, gdzie zostawiliśmy samochód. Tu jeszcze mała uwaga praktyczna.

Wąwóz Samaria
Wąwóz Samaria

Myśmy przyjechali samochodem do Omalosi zatrzymaliśmy się na jednym z przyhotelowych parkingów, a potem przeszliśmy do wejścia do wąwozu. Tam jest co prawda parking, ale nie wiedzieliśmy, czy powrotny KTEL się przy nim zatrzyma. Okazało się, że owszem, autobus staje zarówno w Omalos, jak i pod wejściem do wąwozu. Warto tam jechać od razu, bo z Omalos jest kawałek do przejścia. Promy w Ajia Rumeli chodzą w dwóch kierunkach, zaś Chora Sfakion to tylko jeden z przystanków. Autobusami KTEL można stamtąd dojechać np. do Chanii, więc da się tę wycieczkę zorganizować samodzielnie bez wypożyczenia samochodu. Grecy jeśli chodzi o dowożenie turystów są dość dobrze zorganizowani, ale mimo wszystko trzeba przewidzieć wystarczającą dużo czasu.

Samaria
Samaria

Do wąwozu przyjechaliśmy praktycznie na samo otwarcie (we wrześniu około 10:00), a zdążyliśmy z pewną rezerwą czasu na obiad i następnie na prom, a potem autobus do Omalos. Przejście z niewielkimi odpoczynkami i postojami na zdjęcia zabrało nam około 6 godzin. Warto mieć to na uwadze, bo późniejsze dotarcie do tego miejsca – np. koło 12:00 może uniemożliwić przejście całości. Natomiast po godzinie 15:00 można już zwiedzać jedynie 2 pierwsze kilometry, ciekawe ale zupełnie nie reprezentatywne. Wersję 2 km można zrobić od strony Ajia Rumeli i dojść do Żelaznych Wrót, co może być alternatywą dla osób o gorszej kondycji.

Jeszce jedno ujęcie wąwozu
Jeszce jedno ujęcie wąwozu

Dodatkowe uwagi

Tu jeszcze jedna uwaga. Bilet składa się z dwóch części: na wejście i na wyjście. Dzięki temu wiedzą, ile osób zostało na trasie. Nie można tu nocować, ale to także ważne, gdyby ktoś się zgubił lub został na trasie.

Żelazne Wrota
Żelazne Wrota

Żelazne Wrota
Żelazne Wrota

Decydując się na pełną trasę, trzeba być pewnym swoich sił. Trudno jest zawrócić, nie ma „wyjść ewakuacyjnych”, zwłaszcza gdzieś w środku. Ale wygodne obuwie i trochę prowiantu oraz buteleczka na wodę (mała, bo na trasie jest naprawdę wiele źródełek wybornej zimnej wody) to wszystko, co trzeba zabrać ze sobą. Dostaniemy radosną wyprawę wśród brzęczenia pszczół, pokrakiwań kruków, zapachu ziół i cyprysów, zapierających dech widoków, czasem zaś napotkamy kozy. Zdecydowanie warto!

Widok na Ajia Rumeli
Widok na Ajia Rumeli

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak grecki
Wąwóz Samaria Ateny
Share Button

Hajfa, bahaizm i Góra Karmel

Hajfa (hebr. חֵיפָה) a w szczególności, znajdująca się tuż przy tym mieście góra Karmel (hebr. הַר הַכַּרְמֶל) jest dość szczególnym miejscem w Izraelu, zwłaszcza wśród pątników. Tu krzyżują się drogi wyznawców judaizmu, katolicyzmu oraz bahaizmu (choć ten ostatni to już zdecydowanie bardziej Hajfa). Tereny te kiedyś zaś słynęły z wyznawców Baala.

Wejście do kościoła Stella Maris na górze Karmel
Wejście do kościoła Stella Maris na górze Karmel

Góra Karmel

Karmel po hebrajsku znaczy tyle co Boży Ogród, przynajmniej tak się powszechnie uważa. Tłumaczenie to rozpowszechnili także Karmelitanie. Inne źródła upatrują znaczenia nazwy w starohebrajskim określeniu roślinności porastającej tę okolicę, która oddziela morze od stepu, czy dalej pustyni. To właśnie to położenie i las stały się symbolem życia i płodności, a góra  uchodziła za świętą na długo przed Eliaszem, także wśród wyznawców innych religii (głównie wyznawców Baala).

Widok na Hajfę z góry Karmel
Widok na Hajfę z góry Karmel

Miejsce to uchodzi za jedno z najpiękniejszych w Ziemi Świętej, zwłaszcza gdy mówi się o lokacjach biblijnych. Masyw wznosi się na 546 metrów, znajduje się nad Morzem Śródziemnym, stąd jest przepiękny widok tak na wybrzeże jak i Hajfę. Niedaleko klasztoru znajduje się dobry punkt widokowy na miasto i Morze Śródziemne. Dziś Hajfa to największy port w Izraelu, miasto przemysłowe, ale z góry wygląda bardzo malowniczo.

Hajfa
Hajfa

Wyznawcy Baala i Eliasz

W Piśmie Świętym góra Karmel pojawia się parę razy (zwłaszcza jako wspomnienie),  ogromną rolę odgrywa w historii Eliasza. W Pierwszej Księdze Królewskiej mamy opis jak Eliasz zwalczał kult Baala, wprowadzony przez króla Achaba, za namową jego żony Jezabel. Eliasz zorganizował próbę bóstw. Na górze Karmel złożył ofiarę całopalną Jahwe, zaś kapłani Baala swojemu bogu. Zgromadzeni Izraelici obserwowali te zmagania, które miały doprowadzić do poznania prawdziwego Boga. Ponieważ to Jahwe dokonał cudu, kapłanów Baala stracono. Wtedy też skończył się głód i susza w Izraelu. Warto zauważyć, że zupełnie jest pominięta w Ewangeliach, brakuje tam nawet nawiązań do tej góry.

Ogrody przy świątyniach Bahá’i
Ogrody przy świątyniach Bahá’i

Tu też, według katolickiej interpretacji, prorok Eliasz zapowiedział Maryję, która wyda na świat Zbawiciela. Odwoływał się przy tym do suszy. Efektem tego był silny kult maryjny w tym miejscu jeszcze w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. I jak przed chrześcijaństwem miejsce to uchodziło za święte i osadnictwa prawie nie było, tak później zaczęło tu mieszkać wielu pustelników.

Hajfa
Hajfa

Klasztor Stella Maris

W XIII wieku założony został Zakon Matki Bożej z Góry Karmel, czyli Karmelitanów. Dziś znajduje się tu klasztor Karmelitanów bosych Stella Maris (czyli Gwieździe Morza). To właśnie tu przybywają pielgrzymki katolickie. Obecny klasztor pochodzi z XIX wieku, kościół zaś wzniesiono w latach 20. XX wieku.

Kościół Stella Maris na górze Karmel
Kościół Stella Maris na górze Karmel

W kościele Stella Maris znajduje się jeszcze jeden bardzo istotny punkt dla pielgrzymów, mianowicie tak zwana grota Eliasza. Ulokowana jest ona pod właściwym ołtarzem kościoła. Wewnątrz jest kolejny ołtarz oraz figura proroka Eliasza. Grota ta, podobnie jak inne w okolicy, były używane przez pustelników.

Grota Eliasza
Grota Eliasza

Z Hajfy do Stella Maris najłatwiej (nie licząc oczywiście samochodu) dotrzeć wykorzystując kolejkę liniową, którą można wjechać praktycznie na samą górę. Okolice góry Karmel są dziś rezerwatem biosfery, a obecnie także jest to Park Narodowy. Dodatkowo jest to obiekt z listy UNESCO, nie tylko z powodu walorów przyrodniczych, ale też śladów wczesnego osadnictwa.

Mauzoleum Baba
Mauzoleum Baba

Hajfa i bahaizm

Tereny te są bardzo ważne dla jeszcze jednej religii, bahaizmu. Założone w XIX wieku wyznanie czerpie z innych monoteistycznych religii, traktując zarówno Jezusa Chrystusa jak i Mohameta, a także Krisznę czy Abrahama jako swoich proroków. Ostatnim jest Bahá’u’lláh, założyciel tej religii. To on wskazał miejsce na zboczach góry Karmel, gdzie wybudowano mauzoleum Baba. Budowla (której niestety niewierni nie mogą zobaczyć w środku), jak i ogrody robią fenomenalne wrażenie. Warto jednak zatrzymać się w pobliżu, by choć na nią spojrzeć, oraz zobaczyć przepiękne ogrody.

Mauzoleum Baba w Hajfie
Mauzoleum Baba w Hajfie

Swoją drogą także w tym miejscu, w latach 30. XX wieku odkryto ślady kultury natufijskiej, która rozwijała się gdzieś między XV a IX tysiącleciem przed naszą erą i wynalazła między innymi rolnictwo. Wykopaliska prowadziła Dorothy Garrod, później ślady Natufijczyków znaleziono także w innych miejscach bliskiego wschodu.

Hajfa
Hajfa

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlaku religijny
Góra Karmel i Hajfa
?
Szlak izraelski
Góra Karmel i Hajfa
?
Share Button

Sprintem przez Kaukaz, czyli podsumowanie Gruzji i Azerbejdżanu

Właściwie to chcieliśmy nazwać tę relację Wyprawą Lodu i Ognia, ale choć udało się oba zjawiska zobaczyć, to jednak „sprint” przez Kaukaz oddaje dużo lepiej charakter tego wyjazdu. Pomysł na Gruzję chodził nam po głowach od kilku lat, ale jakoś zawsze była tym planem awaryjnym, a nie głównym. Jakby coś nie wyszło, to lecimy do Gruzji, świetnie, i tak odkładaliśmy to z roku na rok. Z różnych względów w końcu na nią padło, co wymagało przyśpieszenia planowania, zwłaszcza, że mieliśmy wyznaczone z góry ramy czasowe. Gdy jednak przechodzi się od szczegółów do ogółów, okazuje się, że ilość dni jest ledwo wystarczająca, zwłaszcza, że poza Gruzją chcieliśmy jeszcze zobaczyć coś więcej. Przez pewien czas myśleliśmy o Armenii i Azerbejdżanie, ale tę pierwszą skreśliliśmy bardzo szybko, głównie z powodu ograniczeń czasowych. Ten drugi kraj wygrał, ze względu na ciekawsze zjawiska do zobaczenia. Armenia kiedyś dostanie swoją szansę.

Krowy na drodze (Gruzja)
Krowy na drodze (Gruzja)

Planowanie i pierwsze kłopoty

No nic, plan się ułożył, 7 dni na Gruzję, 2 na Azerbejdżan i powinno być ok. W Azerbejdżanie najbardziej zależało nam na Baku i okolicach, czyli błotnych wulkanach, płonących skałach i petroglifach oraz zaratrusztiańskiej Świątyni Ognia. Jakoś wszystko udało się zgrać, oczywiście obopólnie uzgadniając, że miejscami będziemy musieli gnać. Upewniliśmy się z razem ze znajomymi, że wiemy na co się porywamy, zaś w piątek wieczorem byliśmy gotowi do odlotu i przygody, gdy zaczęły się pierwsze problemy… LOT z Warszawy do Tbilisi został odwołany, więc trzeba było go przebookować na kolejny dzień, czyli już na wstępie plan zaczyna się sypać.

Klasztor Cminda Sameba
Klasztor Cminda Sameba

Jednak i tak mamy więcej przysłowiowego szczęścia, niż rozumu, bo gdy pani z LOTu proponuje nam prawie całodzienny odpoczynek na Okęciu (bo ponoć pewny, że dolecimy), trochę kręcimy głowami. Lepiej już ten czas przesiedzieć w domu. Trzy późniejsze loty z Wrocławia do Warszawy w sobotę zostały potem odwołane lub opóźnione, co właściwie skutkowałoby wycięciem kolejnego dnia, jednak marudząc przy okienku lotu, udało się w piątek załatwić lot na sobotę przez Monachium. Tym razem żadnych dodatkowych opóźnień nie było. Musieliśmy tylko zrewidować plany i pędzić jeszcze bardziej, pomijając kilka rzeczy po drodze (niestety).

Po przylocie ogarnęliśmy samochód i szybko spać, bo czasu mało, zaległości już są, a wszystkiego i tak nadrobić się nie da.

Mccheta, Sobór katedralny Sweti Cchoweli
Mccheta, Sobór katedralny Sweti Cchoweli

Z Gruzją za pan brat

Zaczęliśmy od Mcchety z samego rana. Niestety nie całej. Pominęliśmy świadomie cerkiew Dżawari, licząc, że do niej jeszcze wrócimy w drodze powrotnej. Mccheta zrobiła na nas bardzo przyjemne wrażenie, taki niezobowiązujący początek. Dalej było już mocniej, kierunek na Kazbegi Gruzińską Drogą Wojenną. To jest dokładnie to, co chcieliśmy oglądać. Przepiękne widoki, z trzema głównymi przystankami (Ananuri, wapienne wodospady i jeszcze punkt widokowy), kilkoma mniejszymi, oczywiście podzielonymi tak, by nie za późno dotrzeć do Kazbegi. Tam zaś już mieliśmy pierwsze podejście pod górę, czyli wdrapanie się do klasztoru Cminda Sameba.

I tu faktycznie brakowało nam jednego dnia na porządny odpoczynek i aklimatyzację. Droga niezbyt długa, ale dała się nam we znaki, acz jak najbardziej satysfakcjonująca. Przepiękne widoki, szkoda, że sam Kazbeg był raczej za chmurami, ale nawet to nie odbiera nam radości jaką czerpiemy z oglądania tych cudownych miejsc własnymi oczami. Po drodze zaś pewni Gruzini proponowali nam nawet czaczę na spróbowanie (czyli tutejszą wódkę/bimber). Odmówiliśmy, biorąc pod uwagę zmęczenie, to ciężko byłoby nam dalej kontynuować potem podróż. Z klasztoru zaś wróciliśmy do wioski i tam w końcu spróbowaliśmy prawdziwego gruzińskiego jedzenia. Już wiemy, że to będzie wspaniały wyjazd.

Gruzińska droga wojenna
Gruzińska droga wojenna

Oryginalny plan był taki, by dotrzeć do Gori przed zachodem słońca, z powodu opóźnień dotarliśmy tam późno w nocy, zwłaszcza, że musieliśmy jeszcze przejechać przez lotnisko, by odebrać opóźnione bagaże (tak, przeloty tym razem nam wybitnie nie służyły). Niektórych rzeczy nie da się już nadrobić, niestety. Wśród wykreślonych w Gori znalazło się muzeum Stalina, choć prawdę mówiąc w tym wypadku nie do końca wiedzieliśmy, czy chcemy tam wchodzić. Dla nas to przede wszystkim zbrodniarz, dla Gruzinów wielki bohater. Te dwa oblicza są prawdziwe z pewnych punktów widzenia, więc obejrzeliśmy z zewnątrz jego dom i wagon, którym jechał do Jałty.

Muzeum i dom Stalina w Gori
Muzeum i dom Stalina w Gori

Weszliśmy też do cytadeli i zrobiliśmy krótką rundkę po mieście, a potem dwa skalne miasta. Uplisciche i Wardzia. Do pierwszego trafiliśmy jeszcze wcześnie, zanim pojawiło się tam dużo turystów. Było dość upalnie, ale to nic, na to liczymy. Drugie miasto oglądaliśmy po południu, gdy było już chłodniej, zresztą pogoda tam też się zmieniła. Pierwsze jest bardziej zbudowane wśród skał, drugie bardziej wydrążone, oba dość ciekawe i przypominające nam to, co widzieliśmy kilka lat temu w Kapadocji. Lubimy takie miejsca, więc jesteśmy bardzo zadowoleni.

Wardzia

Uplistsikhe
Uplistsikhe

Rzut oka na Morze Czarne i w góry

Do Batumi docieramy znów późno w nocy. Bez szans na wieczorną kąpiel w Morzu Czarnym. Samo Batumi jednak do nas nie trafia. Zresztą, co tu dużo mówić, wiedzieliśmy o tym od początku. Chcieliśmy trochę tu pochodzić i przede wszystkim dotknąć morza. Kończy się na zamoczeniu rąk i nóg oraz kilku fajnych lokacjach. No i oczywiście ulicy Lecha i Marii Kaczyńskich, zwłaszcza, że praktycznie obok mieliśmy nocleg. Okazuje się, że Kaczyński jest tu dość lubiany, i obok Jaruzelskiego to zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny Polak. Nie wiemy, który bardziej nas „cieszy”, ale jednak przynajmniej nas w pewien sposób kojarzą. Ślady Kaczyńskiego (z ulicą i popiersiem) są też w Tbilisi, ale nam już wystarczyło to w Batumi.

Swoją drogą faktycznie do Polaków są tu dość dobrze nastawieni. Rosjan niezbyt lubią, co podkreślają raz na jakiś czas (no i odradzają nam podróż do Armenii, bo tam „Putin rządzi, więc bieda straszna”). Czasem nawet w sklepach da się znaleźć polskie produkty, a ludzie dość często znają kilka polskich słówek. Ogólnie Gruzini są bardzo mili, otwarci i przyjacielscy, no i gościnni.

Batumi - Plac Europejski
Batumi – Plac Europejski

Z Batumi jedziemy do Mestii. Właściwie to przez te opóźnienia zastanawialiśmy się, czy nie wyrzucić tej części, ale szczęśliwie tego nie zrobiliśmy. Znów po drodze robimy wiele przystanków, bo widoki są przecudowne. Do Mestii docieramy wieczorem, ale tym razem faktycznie wieczorem, a nie w nocy. Kładziemy się szybko spać, bo rano chcemy jeszcze zrobić mały trekking. Po śniadaniu zaczynam od wyprawy na lodowiec. Turystów jeszcze prawie nie ma, ale widoki są niesamowite. Bardzo cieszymy się, że nie odpuściliśmy sobie tego. Potem droga do Kutaisi przez kanion Okatse. Co do niego mamy trochę mieszane odczucia. Z jednej strony fajnie się chodzi tak wśród drzew, ale samego kanionu jest dość niewiele. No i dojście do niego zajmuje więcej niż sama właściwa trasa, ale i tak jest to dość intrygujące.

Lodowiec Chalaadi koło Mestii
Lodowiec Chalaadi koło Mestii

Przed zachodem słońca docieramy do Kutaisi. Tu rundka po centrum, które ma swoje momenty, ale to nie jest to, co chcemy oglądać. Nie narzekamy na brak czasu. Następnego dnia zahaczamy o Gelati i ponownie Mcchetę, gdzie nadrabiamy zaległości. Dalej lotnisko za Tbilisi, gdzie oddajemy naszą Toyotę Land Cruiser Prado (był upgrade, z czego bardzo się cieszyliśmy) i na dworzec kolejowy. Pierwotnie mieliśmy zobaczyć sobie część stolicy, ale przez opóźnienia nie udało się tego zrobić. Chcieliśmy też wcześniej kupić bilety do Baku, lecz mieliśmy problemy ze stroną internetową, a potem nie było możliwości dotrzeć wcześniej na dworzec.

Kutaisi - fontanna Colchis
Kutaisi – fontanna Colchis

Na miejscu zaś dowiadujemy się, że wszystkie są wyprzedane. Nie tylko na ten dzień, ale też na kolejne i co ciekawe, szybciej rozchodzą się bilety na pierwszą niż na drugą, a nawet trzecią klasę. Zbierają się czarne chmury nad dalszą częścią, jednak lądujemy na dworcu autobusowym, skąd odjeżdżają autokary do Baku (około godziny 17:40). Phileas Fogg byłby z nas dumny, zdążyliśmy mając bardzo niewiele czasu w zapasie. Pociąg odjeżdżał po 19:00, więc oglądanie Tbilisi zostało na powrót. Jednak jesteśmy zadowoleni, że udało się połączenie znaleźć. Potem przejście graniczne i noc w autobusie. No i najważniejsze, od tego momentu wychodzimy z czasem na zero, nie musimy nic nadrabiać, czy pędzić ponad to, co sami zaplanowaliśmy.

Kanion Okatse
Kanion Okatse

Azerbejdżan

Lądujemy w Baku przed godziną piątą rano. Tyle, że dworzec autobusowy jest jakieś 7 km od centrum (gdzie odbieramy nasz nowy samochód). Od szóstej działa metro, więc sobie poczekamy. Według map Google’a, w metrze jest bankomat, niestety w praktyce go nie ma. Lari nie chcą, cinkciarzy czy banków w okolicy nie ma, ale Azerka pracująca na stacji metra stwierdziła, że jesteśmy gośćmi w ich kraju, więc do centrum możemy jechać za darmo. Wielu Azerów również okazuje się być bardzo pomocnych (czasem aż nadto!) i przyjacielskich, ale też zdecydowanie bardziej ciekawych, dlaczego przyjechaliśmy do ich kraju. Gruzini raczej traktują to już jako oczywistość, ich ojczyzna ma swoją reputację. Azerowie zaś są bardzo dumni ze swojego kraju, zaś Baku taki opisują jako drugi lub mały Dubaj (no na mikro Dubaj możemy się zgodzić).

Bulwar w Baku
Bulwar w Baku

Gdy już odebraliśmy samochód i kupiliśmy bilet na pociąg powrotny (udało się!), jedziemy w kierunku Gobustanu i Alat. Zaczynamy od wulkanów błotnych. Nie znając dokładnie drogi musieliśmy do nich trochę przejść, ale było warto. Bardzo ciekawa osobliwość geologiczna.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Następnie Gobustan i petroglify. To także robi wrażenie, choć chyba nie takie jak te wulkany. Dalej zaliczamy Morze, a właściwie Jezioro Kaspijskie, krótkim pobytem na plaży. Robimy zdjęcia szybom naftowym (te z Bonda), oglądamy meczet (acz ze względu na nabożeństwo nie wchodzimy do środka). Potem odnajdujemy nasz pensjonat, zrzucamy bagaże i dalej w drogę.

Park Narodowy Qobustan
Park Narodowy Qobustan

Plan był taki, by dotrzeć do Yanar Dag, czyli płonących skał tuż przed wieczorem. Tam czekamy, aż słońce zajdzie. Kolejna osobliwość, znów wielce intrygująca. Później zaś tylko wieczorny spacer po starym mieście Baku i widok z promenady.

Janar Dah
Janar Dah

Następny dzień w większości poświęcamy na stare miasto, z pałacem Szachów. Trochę włóczymy się po promenadzie, wjeżdżamy pod Płonące Wieże, jedziemy pod drugi najwyższy maszt z flagą na świecie (którego akuratnie nie było, bo poszedł do remontu). No i jeszcze zaratrusztiańska świątynia ognia. Azerbejdżan bardzo się nam podobał, jest różnorodny, ale w tej Petrorepublice widać ogromne różnice społeczne między biednym i bogatymi. Centrum jest bardzo odstawione, zaś na przedmieściach jeżdżą rozklekotane autobusy. No i okazuje się, że mając tyle czasu ile planowaliśmy, nie musimy nic nadrabiać, więc samo zwiedzanie jest dużo spokojniejsze. Dalej szybko, ale to już tempo, z którym się liczyliśmy i które nam odpowiada.

Most Metechi w Tbilisi nocą
Most Metechi w Tbilisi nocą

Wracając do Gruzji

Kolejną noc spędzamy w pociągu. Trzecia klasa, czyli taki „Azja Express”, albo raczej „Azja Kuszetka”. Dość intrygujące doświadczenie. Zostaje nam już ostatni dzień na Tbilisi. W większości czasu wystarcza. Też już bez spiny i pędzenia. Niektórych rzeczy, jak ogrodu botanicznego się nie uda zobaczyć (bo zabrakło kilku godzin na centrum wcześniej), ale poziom zadowolenia i tak jest wysoki. Stolica Gruzji jest ciekawa, choć po przepychu Baku trochę ciężko to docenić. Potrzebujemy na to kilku godzin.

Mccheta (Gruzja)
Mccheta (Gruzja)

Zaś z samego rana powrót do domu i kolejne przeboje z opóźnionym LOTem. Do Warszawy przybył lekko spóźniony (jakieś 30 minut), ale tam wszystko trwa, więc nie załapaliśmy się na lot do Wrocławia. I nagle powrót przesunął się o ponad 3 godziny.  Więc jeśli chodzi o LOT to przetestowaliśmy jak wygląda sprawa rozporządzenia Unijnego nr 261/2004, z sukcesem. Pismo przesłaliśmy przez stronę LOTu, zaznaczając okoliczności obu opóźnień, wyliczając czas i podkreślając brak pouczenia o wspomnianym rozporządzeniu.

Gruzja się nam bardzo podobała, zwłaszcza ta poza miastami. Ma wspaniałe i zróżnicowane oblicza. Azerbejdżan zaś na długo pozostanie u nas w pamięci, bo jest bardzo wyjątkowy. Jak zwykle w takich przypadkach trochę szkoda, że nie było więcej dni, ale bez wątpienia była to bardzo satysfakcjonująca podróż. Może o Gruzję jeszcze da się zahaczyć, gdy kiedyś zdecydujemy się na Armenię? Zwłaszcza, że kilka rzeczy nam niestety wypadło. Na Kaukaz na pewno wrócimy.

Flaga Azerbejdżanu
Flaga Azerbejdżanu

Kilka uwag na temat podróżowania po tych krajach samochodem znajdziecie tutaj.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Podsumowanie
Szlak azerski
Podsumowanie
Share Button

Tbilisi, serce współczesnej Gruzji

Stolica Gruzji, Tbilisi (gruz. თბილისი, przez pewien czas używano nazwy Tyflis) jest położona nad rzeką Kurą, która jak już pamiętamy przepływa przez wiele istotnych dla historii tego kraju miejsc. Tbilisi jest stolicą od ponad 1500 lat, choć z przerwami; to także ponad milionowa metropolia, w której zamieszkuje prawie 1/3 wszystkich mieszkańców kraju. Spośród wszystkich miast w całej Gruzji jest także najbardziej zróżnicowana, a co za tym idzie najciekawsza. Nowoczesność łączy się tu z dawną przeszłością, jak również z okresem sowieckim, tworząc niesamowitą mieszankę.

Widok na pałac prezydencki i okolice
Widok na pałac prezydencki i okolice

Historia Tbilisi

Osadnictwo na tych ziemiach datuje się na IV i III tysiąclecie p.n.e. Według legendy miasto założył dopiero król Wachtang I Gorgasali w V wieku. Polował on tu na bażanta, jednak tego schwycił sokół, znikając gdzieś ze zdobyczą. Oba ptaki znaleziono w gorącym źródle, już sparzone. To właśnie spowodowało, iż w okolicy tych źródeł król postanowił założyć miasto. Tbili po gruzińsku znaczy tyle co ciepły. Warto jednak wspomnieć, iż naukowcy datują powstanie miasta na IV wiek, czyli jakieś 100 lat przed Wachtangiem. Prawdą natomiast jest to, że Wachtang planował przenieść tu swoją stolicę, faktycznie uczynił to dopiero jego syn.

Balkony w Tbilisi
Balkony w Tbilisi

Jedno jest pewne, gorące źródła wciąż są obecnie w Tbilisi. W dzielnicy Abanotubani można wciąż skorzystać z tak zwanych bani, czyli tutejszych łaźni, także siarkowych. Zbudowane są pod ziemią, ale nawet z daleka widać ich charakterystyczne kopuły. Obecnie działa ich zaledwie kilka, kiedyś było kilkadziesiąt.

Kolejka linowa między twierdzą Twierdza Narikala a placem Europejskim
Kolejka linowa między twierdzą Twierdza Narikala a placem Europejskim

Twierdza Narikala

Są to zdecydowanie najstarsze fragmenty miasta. Ponad nimi wznoszą się ruiny twierdzy Narikala (gruz. ნარიყალა). Jej obecna nazwa pochodzi z czasów mongolskich, wywodzi się od słów Narin Qala, tłumaczonych jako „Mała Twierdza”.  Pierwsze mury pochodzą jeszcze z IV wieku, acz wielokrotnie były przebudowywane, niszczone i odbudowywane. W 1827 z powodu trzęsienia ziemi, część zabudowań runęła, więc je rozebrano. Oczywiście wkład w konstrukcję tego zamku miał też jeden z najsłynniejszych królów, czyli Dawid Budowniczy.

Twierdza Narikala
Twierdza Narikala

Dziś twierdza jest bardzo charakterystycznym miejscem górującym nad całą stolicą, dodatkowo ładnie oświetlonym. Można tam wejść drogą spod łaźni. Alternatywą jest też kolejka linowa z Placu Europejskiego. Wewnątrz twierdzy znajduje się kościół św. Mikołaja, odrestaurowany parę lat temu (jeszcze przed 2010). Przy odrobinie szczęścia przy cerkwi można zobaczyć ul. To norma, że do świątyni przylega małe poletko uprawne lub coś w tym stylu, dające utrzymanie popowi i jego rodzinie. Z murów zaś można podziwiać centrum miasta, jak również ogród botaniczny.

Matka Gruzja
Matka Gruzja

W okolicach twierdzy, na górze znajduje się jeszcze jedna rzecz. Rzeźba Kartwis Deda (gruz. ქართვლის დედა), czyli Matka Gruzja lub Matka Gruzinów. Zbudowano go za czasów radzieckich (w 1958) z okazji 1500-lecia miasta. Przedstawia 20-metrową kobietę witającą winem przyjaciół i straszącą mieczem wrogów. Posąg zbudowano z aluminium i dziś bardziej już chyba bardziej straszy i szpeci, ale jest to jeden z widocznych pomników poprzedniej epoki. Widać go z różnych części miasta.

Plac Wolności, z tyłu jest urząd miasta
Plac Wolności, z tyłu jest urząd miasta

Rustawelego i okolice

Plac Wolności, czyli Tawisuplebis Moedani (gruz. თავისუფლების მოედანი), a wcześniej plac Lenina. To dość istotne miejsce dla miasta, tu odbywają się zarówno uroczystości, jak i manifestacje. Do 1991 znajdował się tu pomnik Lenina, obecnie kolumna pozostała, a na niej umieszczono św. Jerzego. Stąd rozpoczyna się (bądź kończy, zależy jak patrzeć) Aleja Rustawelego, najdłuższa ulica w stolicy i jednocześnie najbardziej reprezentacyjna. To też główna arteria miasta, pełna neoklasycznych budynków z końca XIX i początku XX wieku.

Stary budynek parlamentu
Stary budynek parlamentu

Na Rustawelego znajdziemy Muzeum Narodowe, Operę, Teatr im. Szoty Rustawelego, Galerię. Mieści się tu też dawny budynek parlamentu, obecnie nie używany. Parlament zbiera się w Kutaisi. Jest to efekt ostatnich wojen.

Opera i balet
Opera i balet

Aleja kończy się na placu Rewolucji Róż, tam zaś widzimy już zdecydowanie bardziej nowe Tbilisi, wraz z drapaczami chmur.

W tym wysokim budynku znajduje się kasyno Jewel
W tym wysokim budynku znajduje się kasyno Jewel

Aleja Rustawelego
Aleja Rustawelego

Stare miasto

Między częścią alei Rustawelego a rzeką Kurą znajduje się urokliwe stare miasto. To doskonałe miejsce na spacer, ale też zdecydowanie bardziej turystyczne. Pełne restauracji, barów i sklepów z pamiątkami. Warto zwrócić uwagę na wieżę zegarową. Zapada w pamięć.

Stare Miasto Tbilisi
Stare Miasto Tbilisi

Stare miasto kończy się na placu króla Wachtanga Gorgasaliego. Znajduje się tam też zejście do bazaru. Kiedyś było ich sporo w Tbilisi, dziś właściwie pozostała nazwa, która ma przyciągać turystów. Centrum handlowe oczywiście jest.

Most Pokoju
Most Pokoju

Przez rzekę Kurę przechodzi kilka mostów, ale chyba najbardziej rzuca się w oczy nowoczesny i fantazyjny most Pokoju. Doskonale oświetlony w nocy.

Rzeźba na Placu Europejskim
Rzeźba na Placu Europejskim

Plac Europejski Sobór Trójcy Świętej

Po drugiej stronie znajdziemy już bardziej nowoczesne centrum z parkiem Rike i Placem Europejskim na czele. Jest tu choćby bardzo charakterystyczne centrum kultury, zaś na wzgórzu widać pałac prezydencki. Ta część jest zdecydowanie bardziej nowoczesna.

Sobór Trójcy Świętej
Sobór Trójcy Świętej

Tblisi to także wspaniałe cerkwie. Najbardziej w oczy rzuca się wielki i nowy Sobór Trójcy Świętej (Cmida Samaba). To jedna z największych prawosławnych świątyń na świecie (trzecia, gdy piszemy te słowa). Jeszcze trwają tam pewne prace wykończeniowe, ale już działa. Choć oczywiście religijnym centrum państwa pozostaje Mccheta, to jednak tu mamy sytuację bardzo podobną jak w Belgradzie z Soborem Sawy. Uzyskawszy niepodległość Gruzini zwrócili się ponownie ku religii, tu zaś odbudowują swoją tradycję. Zaczęli w 1995 wykorzystując do tego rocznicę 2 tysięcy lat chrześcijaństwa. Wkrótce zaczęły się jednak problemy z finansowaniem, więc prace przerwano, ruszyły dopiero w 2000. To nowy kościół, jednak bardzo tradycyjny, jeśli chodzi o architekturę, wierny gruzińskim zwyczajom. Tyle, że większy. Robi faktycznie wrażenie.

Sobór Trójcy Świętej
Sobór Trójcy Świętej

Świątynia Metechi

Nad rzeką Kurą wznosi się inna cerkiew – trzynastowieczna świątynia Metechi. Na tarasie znajduje się pomnik konny króla Wachtanga I Gorgasa postawiony w 1967, jest to bardzo charakterystyczne miejsce. Pierwotnie cerkiew ta była otoczona budynkami pałacowymi. Kompleks zbudowano w XIII wieku przetrwał spustoszenie dokonane przez Mongołów, mające miejsce wkrótce po ukończeniu prac. W XVII i XVIII wieku uzupełniono ubytki w ceglanych murach i dobudowano emporę, reszta jest w stanie z grubsza oryginalnym. W Gruzji to cieszy niezmiennie. Sam kościół został dość mocno zdewastowany przez lata komunizmu, pełnił między innymi rolę teatru młodzieżowego, ale też prochowni i więzienia. W 1937 rozebrano też budynki otaczające cerkiew. Obecnie jest restaurowany.

Świątynia Metechi
Świątynia Metechi

Świątynia Metechi nocą
Świątynia Metechi nocą

W starym mieście zaś można zobaczyć jeszcze dwie interesujące świątynie. Pierwsza to katedrę Sioni. Znajduje się tam między innym replika krzyża świętej Niny. Obiekt jest dość duży, choć oczywiście nie tak jak nowy Sobór, a przy tym zadbany.

Katedra Sioni
Katedra Sioni

Bazylika Anczischati

Kolejną wartą zajrzenia świątynią jest bazylika Anczischati. Prawdopodobnie najstarsza świątynia w mieście, pochodząca jeszcze z VI wieku. Warto przypomnieć, że Gruzja jest drugim krajem, który przyjął chrześcijaństwo jako religię państwową (pierwszym była Armenia), stało się to w 337. Kościół ten jest świadectwem wczesnego chrześcijaństwa. Jej nazwa pochodzi od ikony acheiropietos, czyli wizerunku Nie-Ludzką-Ręką-Czynionego (jak choćby chusta św. Weroniki z Montepelo, całun turyński czy Matka Boska z Guadelupe). Cerkiew ta to trójnawowa bazylika – typowy układ dla wczesnochrześcijańskich kościołów. Jej wystrój zmieniał się przez wieku dość znacząco, niektóre ze zmian – dodatek kopuły i podniesienie posadzki – usunięto podczas dużej renowacji w latach 1958 – 1960. W czasach komunizmu zmieniona na muzeum rzemiosła, ale teraz znów zwrócona Gruzińskiemu Kościołowi Prawosławnemu. Nie jest tak okazała jak pozostałe, ale bez wątpienia z powodów historycznych warto tu zajrzeć. Warto przypomnieć, że do 1989 odprawianie nabożeństw było tam zakazane.

Bazylika Anczischati
Bazylika Anczischati

W stolicy Gruzji jest też kilka polskich akcentów. Oczywiście ulica i skwer Lecha Kaczyńskiego, ale znaleźliśmy także polską kuchnię w restauracji o nazwie Warszawa. Nie skosztowaliśmy, woleliśmy smakować gruzińskie dania.

Wieża telewizyjna, kolejny punkt widokowy
Wieża telewizyjna, kolejny punkt widokowy

W Tbilisi dość łatwo jest też zauważyć rozwarstwienie. Pewne budynki są odnowione, inne bogate i nowoczesne, ale tuż obok nich stoją niedofinansowane rudery. Piękne historycznie, ale jednocześnie zaniedbane. Tego jest całkiem sporo. Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to balkony. Zwłaszcza w starszej części miasta jest wiele różnych. To także dość charakterystyczne dla miasta.

Kościół św. Mikołaja
Kościół św. Mikołaja

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Tblisi
Share Button

Rotorua, czyli turystyczne centrum Nowej Zelandii

Choć w Nowej Zelandii jest wiele fascynujących miejsc, turystyczne serce tego kraju bije w miejscowości Rotorua. Tu przybywa najwięcej odwiedzających, zarówno tych, którzy chcą poznać tutejszą fascynującą naturę (stąd blisko choćby do  źródeł geotermalnych), jak i takich, którzy szukają zabawy. Już dojeżdżając do Rotoruy rozbawił nas Zombieland. Tak, tego typu atrakcji jest w okolicy kilka, może to nie Disneyworldy (Orlando się kłania), ale zawsze. Zresztą Kiwi też potrzebują mniej wyszukanych rozrywek. Oprócz tego, Rotorua to także ważny ośrodek kultury maoryskiej. To wszystko sprawia, iż miasto to jest dużym i istotnym ośrodkiem turystycznym antypodów, który trudno pominąć.

Geotermalne zjawiska w Parku Kuirau
Geotermalne zjawiska w Parku Kuirau

Maoryska Rotorua

Nazwa maoryska to Te Rotorua-nui-a-Kahumatamomoe. Samo „Rotorua” znaczy tyle, co drugie jezioro. Wiąże się z tym historia wodza Maorysów imieniem Ihenga. Był on odkrywcą i odkrył to wielkie jezioro jako drugie. Zadedykował je na cześć swojego wuja Kahumatamome, a że nazwa ta jest dość trudna do zapamiętania przez turystów, została Rotorua.

Wejście do Eat Streat (czyli Food Court)
Wejście do Eat Streat (czyli Food Court)

Samo miasto, położone w kalderze wulkanicznej, nad jeziorem Rotoura i nieopodal wulkanu Tarawera, jest także pełne zjawisk geotermalnych. Nie trzeba się stąd ruszać. Do najbardziej odczuwalnych, i to dosłownie, należą gorące źródła siarkowe. Do 1886 roku działało tutaj sanatorium z gorącymi źródłami, jednak po pamiętnej erupcji wulkanu Tarawera temperatura wód wzrosła tak, że najczęściej jest zbyt wysoka, by móc się w nich kąpać.

Kuirau Park
Kuirau Park

Źródeł nie trzeba szukać daleko. W samym centrum znajduje się Park Kuirau, tam za darmo można sobie obejrzeć gorące źródła, bulgoczące błota, a nawet parujące rozlewisko. Trudno je nazwać stawem, czy jeziorem, niemniej jednak robi  wrażenie. Zwłaszcza dzięki parze wodnej, przez którą przebijają  promienie słońca. Wszystko jest ogrodzone, by nikt sobie nie zrobił krzywdy, ale po pomostach można przejść także przez sam środek parujących wód. Przy dobrej pogodzie, słonecznej i wietrznej robi to fenomenalne wrażenie.

Jezioro Rotorua jest pełne ptactwa i czasem samolotów
Jezioro Rotorua jest pełne ptactwa i czasem samolotów

Haka i wioska Maorysów

Do Rotoruy przybyliśmy z dwóch powodów. Pierwszy to baza wypadowa do jednej z największych atrakcji kraju, parku Wai-o-tapu, który znajduje się około 30 km stąd. Drugi to właśnie kultura maoryska. W Rotorzue mamy kilka maoryskich wiosek, a w nich pokazy kulturowe. Niestety miejscowość jest na tyle popularna, że warto sobie zarezerwować taki pokaz wcześniej. Liczyliśmy na to, że zobaczymy coś wieczorem (skoro byliśmy jeszcze przed sezonem), niestety wszystkie miejsca były już wyprzedane. Szczęśliwie udało się załatwić wejście do Te Puia, które łączy wioskę maoryską z innymi atrakcjami. Przyjechaliśmy tam z samego rana, by na kupić bilet. O ile do samego Te Puia można wejść i siedzieć ile się chce, na pokaz tańca i śpiewu są wejściówki godzinowe. Więc uwaga praktyczna: na pokaz lepiej sobie załatwić bilety wcześniej, w sezonie nawet na tydzień czy dwa. Bez problemu nabędziemy je przez internet. Te Puia też ma swoją stronę.

Maorysi tańczący hakę
Maorysi tańczący hakę

Maoryska wioska znajduje się w parku Whakarewarewa, w skrócie Whaka. Właściwie jest to dawna maoryska forteca – Te Puia, istniejąca od 1325 roku. Nigdy  jej nie zdobyto podczas bitwy. Jej mieszkańcy od wieków wykorzystywali obecność źródeł geotermalnych do ogrzewania, leczenia i nawet gotowania potraw. Dziś gości turystów na rozmaitych pokazach, w tym także jest okazja, by zobaczyć słynną maoryską hakę. Haka to tradycyjny taniec, wykonywany niegdyś przez wojowników przed bitwą, dziś bardziej się kojarzy z wydarzeniami sportowymi. Warto też zauważyć, że akurat Te Puia jest dość mocno turystyczna. Pokaz kulturowy nie trwa zbyt długo, a w dodatku turyści są wciągani do zabawy. Takie są reguły gry.

Skansen maoryski
Skansen maoryski

Uwspółcześniony marae
Uwspółcześniony marae

Pokaz odbywa się w tradycyjnym maoryskim domu spotkań zwanym marae. Oczywiście został on dostosowany do przyjmowania turystów, jest tu wiele miejsc do siedzenia, zaś całe przedstawienie odbywa się na scenie. Niemniej jednak właśnie okolice marae z zewnątrz to takie najbardziej tradycyjnie, charakterystyczne zabudowania maoryskie, jakie mogliśmy zobaczyć. Da się tu zobaczyć także, jak wygląda tradycyjne rzemiosło maoryskie.

Gejzer Pōhutu
Gejzer Pōhutu

Gejzery i wulkany błotne

W centrum terenu parku Whaka i twierdzy Te Puia znajduje się kompleks gejzerów – Geyser Flat. Jest to wzniesienie powstałe przez osadzanie substancji mineralnych wyrzucanych z gejzerów. A tych jest kilka, połączone są one w skomplikowany system, gdzie gejzery mają wpływ jeden na drugi, a ich erupcje są powiązane. Aktywność ich zmieniała się na przestrzeni lat w zależności od aktywności wulkanicznej i poziomu wód. Jeden z tych gejzerów jest obecnie największym w Nowej Zelandii (). Faktycznie robi bardzo dobre wrażenie.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Znajdziemy tu też baseny z błotem i inne podobne atrakcje, w tym wulkany błotne, acz nie tak okazałe jak te w Alat. Czyli taki geotermalny park w mniejszej skali. Jeszcze jedną atrakcją tego centrum jest możliwość obejrzenia ptaków kiwi. Niestety jak to wszędzie bywa, tylko w nocnym środowisku. W każdym razie dla samego gejzeru Pohutu warto się tu wybrać.

Te Puia (Rotorua)
Te Puia (Rotorua)

Las sekwojowy

Jest jeszcze mała dodatkowa atrakcja niedaleko Rotoruy – las sekwojowy z zawieszonymi ścieżkami. Sekwoje kalifornijskie zostały sprowadzone na początku XX wieku i miały zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na surowiec drzewny. Dziś Nowa Zelandia jest jednym z największych producentów surowca drewnianego. Metodą prób i błędów zaszczepiano obce gatunki i okazało się, że właśnie sekwoja kalifornijska dobrze znosi tutejszy klimat i glebę. Przy tym rośnie szybciej i na mniejszą wysokość niż „u siebie”, przez co drewno ma mniejszą gęstość i twardość. Sposób zarządzania lasami pod cele gospodarcze wygląda inaczej niż u nas: na potrzeby człowieka wycina się całe nasadzone lasy i na ich miejsce dokonuje nowych nasadzeń całego lasu.

Treewalk między sekwojami
Treewalk między sekwojami

W obrębie Rotoruy znajduje się też maoryska dzielnica Ohinemutu. Na pierwszy rzut oka wygląda dość normalnie, bardzo nowodzelandzko. Właściwie gdybyśmy nie wiedzieli, to nie zwrócilibyśmy uwagi, nie licząc kilku wyróżniających się budynków i ozdób. Dopiero dokładniejsza eksploracja zdradza sekrety tego miejsca. Jednak to nie jest muzeum. Samo miasteczko jest dość typowe, nie wyróżniające się. Owszem mamy tu nawet ulicę z knajpami, czy prężnie działające biuro informacji turystycznej, ale to miejsce ratują dodatkowe atrakcje. No może z wyjątkiem spaceru nad brzegiem jeziora, ten potrafi obronić się sam.

Ścieżka między sekwojami od dołu
Ścieżka między sekwojami od dołu

Jeśli szukamy noclegu, to mamy w czym wybierać. Cześć hoteli oferuje możliwość kąpania się w gorących źródłach. Inne zaś oferują kuchnię hangi (maor. hāngī). To tradycja przywieziona z Polinezji. Tam jedzenie zawijano w liście, gotowano/pieczono na gorących kamieniach zakopanych w jakiś dołach. Obecnie hangi trochę się zmieniło, więcej tu choćby folii aluminiowych czy normalnych przyrządów kuchennych, zaś do gotowania wykorzystuje się gorące źródła.

Ohinemutu
Ohinemutu

Zagłębie turystyczne Nowej Zelandii

Warto zauważyć, że z Rotoruy wyruszają wycieczki do innych ciekawych miejsc, w tym Hobbitonu czy Tongariro. Prawie wszystko da się stąd zorganizować, na tym polega magia turystycznego ośrodka.

Rotorua: Te Puia
Rotorua: Te Puia

Przez Rotoruę wiedzie wiele wycieczek przez Nową Zelandię, tak tych zorganizowanych, jak i na własną rękę. Trudno się dziwić. To miejsce żyje z turystyki, a jednocześnie ma bardzo wiele atrakcji skierowanych do różnych odbiorców. Łączy w sobie cechy kurortu, muzeum, skupiska atrakcji wymyślnych przygotowanych przez człowieka, jak i przyrodniczych. Więc każdy pewnie znajdzie tu coś dla siebie.

Gejzer w Te Puia
Gejzer w Te Puia

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Rotorua
Share Button

U styku filmu i podróży