Noratus, stary cmentarz i ormiańskie chaczkary

Nad jeziorem Sewan znajduje się jeszcze jedna, niecodzienna atrakcja Armenii. To cmentarz w Noratus (orm. Նորատուս, czasem spotyka się też pisownie Norduz i Noraduz), największe skupisko chaczkarów w Armenii i obecnie zapewne także na świecie. Dziś to również stanowisko archeologiczne.

Współczesna część cmentarza Noratus
Współczesna część cmentarza Noratus

Cmentarz Noratus

Wspomniany wcześniej przy okazji Wagharszapatu cmentarz w Starej Julfie (też Culfa, Dżulfa), zbrodniczo zniszczony przez Azerów, był największym poza Armenią (choć w eksklawie) zbiorem chaczkarów. Natomiast w Noratus znajduje się największe na obecnym obszarze Armenii skupisko chaczkarów i właściwie największe dziś istniejące w ogóle. Są one także częściowo odnawiane, gdyż ucierpiały z powodu działalności wandali.

Stelle na cmentarzu Noratus
Stelle na cmentarzu Noratus

Przypomnijmy: chaczkar to kamienna stela z płaskorzeźbą krzyża ormiańskiego, z którego rozwidlonych końców rozpoczynają się florystyczne ornamenty. Chaczkary stawiano dla upamiętnienia ważnego wydarzenia, jako wotum, na rozstajach dróg, przy świątyniach i cmentarzach, wreszcie jako kamień lub płyta nagrobna.

Chaczkary
Chaczkary

Chaczkary

Sama tradycja rzeźbienia kamienia dla wymienionych celów pochodzi jeszcze z czasów królestwa Urartu, a więc z VII wieku przed naszą erą. Po przyjęciu chrześcijaństwa w 301 roku, dokomponowano krzyż grecki i te nowe chaczkary chrześcijańskie częściej były drewniane. Znana nam dzisiaj forma pojawia się w przedziale V do VII wieku, gdy krzyż przybiera obecną wydłużoną formę krzyża skrzydlatego, czyli właśnie z dekoracyjnymi rozwidlonymi wierzchołkami, a głównym materiałem rzeźbiarskim staje się czerwony tuf wulkaniczny. Największy rozkwit sztuki rzeźbienia chaczkarów przypada na wieki XII – XIV i to w tym okresie ostatecznie ukształtował się kanon, niewiele zmieniany po dziś dzień.

Chaczkary na cmentarzu Noratus
Chaczkary na cmentarzu Noratus

Na cmentarzu w Noratus znajduje się ponad 800 stel nagrobnych. Najstarsze z nich pochodzą z IX wieku, a najnowsze mają dość świeże daty pochówków. Dziś jest to miejsce chętnie odwiedzane przez turystów: przy cmentarzu widzieliśmy autokary. Natomiast infrastruktura turystyczna jest tu stosunkowo niewielka. Jedynie coś przy najstarszej części cmentarza. Spokojnie można tu znaleźć miejsce parkingowe, darmowe. Zwiedza się za darmo. Przy wejściu można spotkać tylko staruszki sprzedające lokalne wyroby rzemieślnicze.

Zauważyliśmy, że w Armenii cmentarze najczęściej nie są w żaden sposób ogrodzone, a na cmentarz w Noratus wjechaliśmy bezpośrednio z drogi. W którymś momencie po prostu zaczęliśmy mijać nagrobki po obu stronach. Jedynie ta najstarsza część była odgrodzona. Warto też dodać, że cmentarz w Noartus jest do dziś używany. Więc oprócz naprawdę starych chaczkarów są tu także nowe nagrobki. Acz w tym wypadku raczej się one nie mieszają, cmentarz się rozrasta. Natomiast w przypadku części z nich widać, że Ormianie starają się pielęgnować tradycję.

Cmentarz Noratus
Cmentarz Noratus

Legenda cmentarza Noratus

Z cmentarzem wiąże się też legenda. Pochodzi ona z czasów podbojów mongolskich, gdy dowodził nimi Timur Chromy. Jego państwo miało swoją stolicę w Samarkandzie. W roku 1387 najechał na Armenię. I tu zaczyna się ludowa opowieść. Otóż gdy armia Timura zbliżała się do Noratus, chłopi postawili hełmy na chaczkarach i oparli na nich miecze. Zwiadowcy mongolscy widząc z daleka dużą, uzbrojoną i karną armię, jakoby się wycofali.

Chaczkar
Chaczkar

W wiosce Noratus poza cmentarzem można zobaczyć też kościół św. Grzegorza z X wieku. Natomiast wiele osób udaje się tu nad brzeg jeziora Sewan. Tu jest spokój i natura, nie ma tego turystycznego zgiełku jaki, panuje wśród plaż w mieście Sewan. Dzieli je jakieś 40 kilometrów, ale różnica jest naprawdę ogromna. Na nas ten cmentarz i okolica zrobiły fenomenalne wrażenie.

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak armeński
NoratusGoris

Sidi Bouhlel, kanion z „Gwiezdnych Wojen”

W Tunezji jest miejsce, które powszechnie nazywa się mianem kanionu „Gwiezdnych Wojen” (Star Wars Canyon). George Lucas kręcił tu trzy filmy. Formalnie miejsce nazywa się Sidi Bouhlel (arab. سيدى بحلال), acz nazwa ta to imię marabuta, a nie samego kanionu. To bardzo ciekawa, acz trochę wymagająca lokacja.

Sidi Bouhlel i marabut
Sidi Bouhlel i marabut

Kanion Sidi Bouhlel

Nazwa marabut kojarzy się nam przede wszystkim z afrykańskim ptakiem z rodziny bocianowatych. Marabuty widzieliśmy choćby w Parku Narodowym Mikumi. Natomiast słowo to także występuje w islamie i oznacza świętego, pobożnego męża, przywódcę duchowego otoczonego czcią. Grobowce takich osób także nazywa się marabutami, te zaś są rozsiane po różnych krajach islamskich. W Tunezji widzieliśmy marabuta także na Dżerbie.

Kanion Gwiezdnych Wojen
Kanion Gwiezdnych Wojen
Sidi Bouhlel i „Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja”
Sidi Bouhlel i „Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja”

„Gwiezdne Wojny” i Sidi Bouhlel

To właśnie marabut nazywa się Sidi Bouhlel. Kanion obok bywa nazywany kanionem Sidi Bouhlel lub właśnie wspomnianym kanionem „Gwiezdnych Wojen”. Jednak filmowa historia tego miejsca jest trochę dłuższa. Zaczęło się od adaptacji „Małego księcia” z 1974 roku. Dwa lata później pojawił się tu George Lucas i nakręcił część scen na Tatooine, przede wszystkim te, które znajdują się między skałami, czyli choćby z R2-D2 i Tuskenami. Warto dodać, że potem, przy „Powrocie Jedi”, dokrętkach i „Wersji specjalnej” posiłkowano się Doliną Śmierci.

Tu kręcono Tatooine i Indianę Jonesa
Tu kręcono Tatooine i Indianę Jonesa

Indiana Jones i inne filmy

Lucas wrócił tu kilka lat później razem ze Stevenem Spielbergiem, kręcąc „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”. W okolicach Tawzar kręcono zarówno sceny okolic Kairu w Egipcie, jak i te na Morzu Egejskim (Grecja). To właśnie w w tym kanionie nakręcono bardzo istotną scenę, w której Indiana Jones grozi zniszczeniem Arki Przymierza. Kanion więc udaje krajobraz niezidentyfikowanej greckiej wyspy, mapa morza jest zniekształcona, więc powyżej Krety ciężko jednoznacznie wskazać, która to wyspa.

Ciekawa rzeźba ścian wąwozu
Ciekawa rzeźba ścian wąwozu

Po raz kolejny do kanionu filmowcy wrócili pod wodzą Anthony’ego Minghelli, który kręcił „Angielskiego pacjenta” (na motywach powieści Michaela Ondaatje). To oskarowe dzieło powstawało też w innych częściach Tunezji, także tam, gdzie wcześniej kręcono „Gwiezdne Wojny”.

Sidi Bouhlel i „Poszukiwacze Zaginionej Arki”
Sidi Bouhlel i „Poszukiwacze Zaginionej Arki”

George Lucas wrócił tu jeszcze w 1997, gdy powstawało „Mroczne widmo”. W kanionie tym razem nagrywano tylko kilka ujęć, które wykorzystano potem do zmontowania scen wyścigu podracerów. Miejsce to stało się Żebraczym kanionem na Tatooine.

Kanion w Tunezji
Kanion w Tunezji

Zwiedzanie Sidi Bouhlel

Jest to lokacja dość trudna do kręcenia: przeniesienie sprzętu, ustawienie go jest dość wymagające, a temperatury są tu bardzo wysokie. nas podczas naszego pobytu było tu czterdzieści parę stopni. Co prawda sucho, więc da się wytrzymać (ba nawet i 58 wytrzymaliśmy w Biszapur), ale choć pot z człowieka nie leci, to jednak taka temperatura daje się we znaki, zwłaszcza gdy przebywa się tu dość długo.

Widok na wąwóz Sidi Bouhlel
Widok na wąwóz

Druga rzecz, to trudność w rozpoznaniu miejsc filmowych. Zwłaszcza, że GPS może tu trochę wariować. Natomiast zdecydowanie czuje się tu klimat kanionów na Tatooine. I nawet bez „Gwiezdnych Wojen” warto to zobaczyć. Warto pamiętać, że przynajmniej obecnie nie jest to miejsce turystyczne. Wąwóz jest otwarty, ale nie ma tu żadnej infrastruktury. Samemu należy zadbać tak o bezpieczeństwo jak i wystarczające ilości wody. Nawet parking jest dość umowny, przynajmniej nie trzeba za nic płacić.

Tunezyjski kanion Gwiezdnych Wojen
Tunezyjski kanion Gwiezdnych Wojen

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tunezyjski
Sidi Bouhlel
Dżerba
Szlak filmowy
Sidi BouhlelBarcelona

Kanion Sapadere, wąwóz w górach Turcji

Niedaleko Alanyi na tureckiej riwierze znajduje się malowniczy kanion Sapadere. To idealne miejsce na krótką, kilkugodzinną wycieczkę, podczas której można zapomnieć, że jest się na wybrzeżu i poczuć świeżość górskiej bryzy. Wąwóz w górach Taurus został dobrze przygotowany pod turystów, więc nie powinno to być wyzwanie.

Wejście do kanionu Sapadere
Wejście do kanionu Sapadere

Kanion Sapadere

Trasa jest stosunkowo krótka, w dodatku tym razem nie jest to kanioning (canyoning) . Wszędzie chodzi się po kładkach, z których można zejść w wyznaczonych miejscach, po to by móc się zamoczyć w wodzie lub nawet wykąpać. Wytyczony szlak mierzy jakieś 800 metrów długości (z tego 350 to ścieżka na kładkach) i kończy się na wodospadzie Uçan Şelalesi (tur. „latający wodospad”). Prawdę mówiąc przejście nie tylko nie jest trudne, ale przez to, że jest dostosowane do rodzin z małymi dziećmi, bywa monotonne. Szczęśliwie widoki wynagradzają, a i trasa jak wspominaliśmy długa nie jest.

Kanion Sapadere
Kanion Sapadere

Wodospad jest stosunkowo niewielki, a przy tym dość mocno oblegany. To jedno z miejsc, gdzie ludzie próbują się trochę zanurzyć w zimnej wodzie, choć po drodze były jeszcze lepsze miejscówki. Nasz kontakt z chłodną wodą zakończył się co najwyżej na moczeniu nóg, ale chętnych do tureckiego morsowania nie brakowało. Odważni zażywają orzeźwiających kąpieli. Krystalicznie czysta woda jest naprawdę lodowata.

Wodospad na szlaku
Wodospad na szlaku

Kanion jako atrakcja

Sapadere to stosunkowo nowa atrakcja na mapie Turcji. Dla turystów udostępniono go w 2008 roku, po części z powodu dużego zainteresowania licyjskim kanionem Saklikent. Tam jednak w dużej części szlak jest naturalny. Tu pomysł podchwycono, ale i zmodyfikowano. Wszystko jest zdecydowanie bardziej dostępne. Każdy może spokojnie przejść do końca, nie ma żadnych niebezpieczeństw czy wymagającego wspinania. Jak wspominaliśmy, to idealna atrakcja dla rodzin z dziećmi. W upalne lato z pewnością dla wielu osób to i tak może być pewne wyzwanie, choć powietrze tu jest w miarę chłodne. My się trochę czuliśmy jak w Bastei, ciut za łatwo. Bardziej nam podchodzą takie miejsca jak Wadi Mujib czy Wadi Bani Khalid.

Zwiedzanie kanionu
Zwiedzanie kanionu

Natomiast ta trasa pozwala cieszyć się pięknem przyrody, kanionem, skałami czy strumieniem Sapadere z jego niewielkimi wodospadami po drodze. Największy jest na końcu. Gdzieniegdzie znajdują się odgałęzienia trasy, choćby drabinki, dzięki którym można zejść do wody, by popływać lub zwyczajnie ją podziwiać. Niestety nawet w tych basenach w lecie woda za ciepła nie jest.

Wodospad Sapadere
Wodospad Sapadere

Zwiedzanie Sapadere

Przy wejściu znajduje się średniej wielkości parking, przy którym znajdują się budki z jedzeniem i piciem. Druga czasem działa w połowie trasy. Są też toalety. Zwiedzanie kanionu powinno zająć coś około godziny. Więcej zajmie dojazd. Bez problemu można tu dotrzeć samodzielnie samochodem, ale lepiej pojawić się rano, potem może być problem z parkowaniem czy wyjechaniem.

Szlak w kanionie
Szlak w kanionie

Kanion Sapadere to popularne miejsce na wypady z oddalonej o jakieś 40 km Alanyi, więc tam można sobie kupić wycieczkę, która zawiezie nas do kanionu. Transportu lokalnego nie ma, więc bez samochodu zdani jesteśmy na organizatorów wycieczek. A tu jest w czym wybierać, widzieliśmy kilka, które woziły ludzi z głośną muzyką w samochodach z otwartym dachem były też autobusowe. Zazwyczaj te wycieczki poza kanionem oferują też wizytę w pobliskich jaskiniach lub inne atrakcje. My poprzestaliśmy na samodzielnym zwiedzaniu. Jako dodatkowa atrakcja przyrodnicza owszem spodobało się nam, ale lepsze wrażenia mieliśmy z intensywnego zwiedzania Saklikent czy Köprülü.

Rozlewisko za kanionem
Rozlewisko za kanionem

Jeśli uważasz wpis za pomocny lub interesujący polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Kanion SapadereFetyie

Albania: Informacje praktyczne

Albania kompendium wiedzy, czyli informacje praktyczne. Albanię odwiedziliśmy ostatnio w maju 2021 roku, wtedy też weryfikowaliśmy informacje na miejscu.

Albania: Informacje podstawowe

Uwagi ogólne: Dziwny kraj, doświadczony przez historię. W czasach komunistycznych bardzo mocno wyizolowany i popadający w pewnego rodzaju paranoję, czego efektem jest duża liczba bunkrów, ale też złe opinie w krajach byłej Jugosławii (uważają, że Albania jest biedna i zacofana). Polska i szerzej międzynarodowa nazwa kraju – Albania – wywodzi się z greckich i rzymskich przekazów historycznych. Natomiast sami mieszkańcy nazywają swój kraj Shqipëri (Shqipëria), co pochodzi od słowa Shqipoj oznaczającego mówić wprost, otwarcie, czy bez zbędnych ceregieli. Oddaje ona dość mocno ducha Albanii, gdzie ludzie niezbyt przejmują się dziś tym, co jest, przyjmują raczej wszystko jak leci i robią swoje. Z boku wygląda to trochę jak olewactwo czy bylejakość. Jednocześnie jest to kraj biedny, miejscami zacofany, znajdujący się we wpływach tureckich, co nie podoba się części obywateli, a przy tym pełny kontrastów, które widać choćby na ulicach, gdzie najnowsze drogie samochody mijają furmanki. No i dużo się tu buduje choćby nowych świątyń.

Klimat: Albania mieści się w podzwrotnikowej strefie klimatycznej typu śródziemnomorskiego na nizinach, gdzie jest na ma dostęp do ciepłego morza. Jednak wysokie góry (ponad 2000 m.n.p.m.) dają wyraźnie odczuć klimat górski. Ogólnie można kraj podzielić na ciepłą część zachodnią nad morzem, gdzie mogą występować susze i pożary oraz chłodny obszar górski. Zimą można natrafić na spore opady śniegu i mróz z prawdziwego zdarzenia. Znaczne są różnice między nizinami a górami, a ponieważ drogi przebiegają często przez pasma górskie, w ciągu dnia można wielokrotnie odczuć zmianę klimatu i należy być przygotowanym na każdą ewentualność pogodową. Do plażowania najlepszy jest czas od późnej wiosny do końca lata, ewentualnie także wczesna jesień.

Język: Albański, ale w turystyce przynajmniej próbują angielskiego lub rosyjskiego. Dość dużo osób zna tu włoski, więc znajomość włoskiego lub choćby hiszpańskiego może być pomocna.

Baza noclegowa: Bez problemu można znaleźć hotele i inne noclegi. Poza riwierą warto skorzystać z pensjonatów. Tam mieliśmy najlepsze śniadania i możliwość poznania ludzi.

Strefa czasowa: Jak w Polsce.

Albania: Transport

Dojazd: Samolotem. Można dostać ciekawe loty, także czarterowe do Tirany. Póki co nie latają tam jednak tanie linie. Dojazd samochodem także możliwy, zwłaszcza gdyby chcieć to połączyć z Chorwacją czy Czarnogórą lub Macedonią Północną.

Samochody i transport: Drogi są darmowe, ale ich stan pozostawia wiele do życzenia. I nie chodzi tu tylko o nawierzchnię, a rozplanowanie. W wielu miejscach sprawiają wrażenie jakby wylano asfalt na istniejące drogi z czasów rzymskich, bez ich prostowania. Z tego powodu sieć dróg krajowych jest wąska, kręta, przez to często zakorkowana. Przejechanie małych odległości zajmuje sporo czasu. Pasma górskie nie pomagają, brakuje tuneli. W efekcie czasem między dwoma miejscowościami, które są oddalone od siebie 20 kilometrów, najkrótsza droga to ponad 60 kilometrów i jakieś dwie godziny jazdy. Stan ten powoli się poprawia, drogi są budowane, ale potrzeba wielu lat na zmianę stanu rzeczy.

W przypadku transportu zorganizowanego najlepiej działają marszrutki (tu pod nazwą furgon), ale znów tylko między pewnymi, głównymi punktami. Inaczej jesteśmy zadni na samochód.

Swoistą ciekawostką i dodatkową atrakcją jest przeprawa promowa przez jezioro Koman. Pozwala ona zaoszczędzić dużo czasu po krętych drogach, ale przede wszystkim jest technicznym rozwiązanie, które upodobali sobie turyści.

Uber: Brak.

Albania: Prawo

Wiza: Nie jest potrzebna. Wjazd na paszport.

Przepisy celne: Standardowe, przy wjeździe niespecjalnie się czymkolwiek przejmowano.

Prawo i obyczaje: W teorii jest to kraj muzułmański, formalnie bardziej ateistyczny, ale z powodu wieloletniej izolacji raczej oczekują większego stonowania ubioru czy zachowania. Więc nawet nie do końca sami przestrzegają rygorów w świątyniach. Niemniej jednak nie zaleca się zbytniej „frywolności”.

Dni wolne: Sobota, niedziela.

Drony: Niektóre źródła sugerują, że właściwie nie ma praw dotyczących dronów w Albanii. W każdym razie należy trzymać się standardowych ograniczeń.

Bezpieczeństwo w Albanii

Szczepienia wymagane: Brak. Warto jednak standardowo być zaszczepionym na wirusowe zapalenie wątroby, odnowić obowiązkowe szczepienia (takie jak tężec, błonica, krztusiec). Ponieważ z wyjazdami do Albanii często wiążą się wycieczki po górach i lasach, dobrze byłoby zaszczepić się na kleszczowe zapalenia mózgu i wściekliznę.

Choroby: W teorii nic istotnego, ale występuje tam gruźlica i kleszczowe zapalenie mózgu. Problemem jest także rozprzestrzeniony wirus HIV z powodu przygodnych kontaktów seksualnych.

Bezpieczeństwo kryminalne i polityczne: Przestępczość niska, ale trzeba uważać na typowe oszustwa, na przykład zawyżony rachunek w knajpach, czy nagle rosnące ceny wycieczek.

Bezpieczeństwo naturalne: Przede wszystkim związane z górami, tu wiadomo pogoda bywa zwodnicza. Dodatkowo można natknąć się na puszczone samowolnie psy pasterskie. Niestety także na szlakach turystycznych. Latem należy śledzić na bieżąco informacje związane z pożarami.

Albania i bunkry (Wlora)
Albania i bunkry (Wlora)

Albania: Płacenie

Waluta: Lek (ALL) składający się ze 100 qindarek, ale tylko teoretycznie, gdyż najmniejsza moneta to 1 Lek (bardzo rzadka). Czytaliśmy, że jeszcze kilka lat temu ceny podawano czasem w formie sprzed denominacji (1:10), ale my z niczym takim się już nie spotkaliśmy.

Płatności kartą i bankomaty: Bankomaty są (uwaga – nierzadko nieczynne), płatności kartą słabo rozpowszechnione, jeszcze częściej nie akceptowane. Za dużo trafia tu do własnych kieszeni, więc rozliczane paragony i potwierdzenia szybko się tu nie przyjmą.

Napiwki: W restauracji zwyczajowo 10-15%, ale nie naciskają

Prąd i komunikacja w Albanii

Internet: Kupiliśmy internet w karcie Vodafone, działał bez problemu. W większości hoteli też działało wifi.

Telefony: Roaming dostępny.

Telefon alarmowy: 112.

Gniazdka elektryczne: Jak u nas.

Kuchnia albańska

Jedzenie wegetariańskie: Dużego problemu nie ma, choć tradycyjna kuchnia znów niewiele oferuje. Jest bardziej oparta na mięsie i rybach, ale też są bardzo silne wpływy włoskie (pizzy jest sporo, i nie jest traktowana jako włoszczyzna, tylko jako bardziej lokalne danie) oraz greckiej (można znaleźć na południu bezmięsną musakę). Trochę też tureckiej baklawy.

Alkohol: Mimo że jest to kraj formalnie muzułmański, to z dostępnością właściwie nie ma problemów. Lokalnie produkują wina, a także rakiję.

Dostępność barów i restauracji: W większych miejscowościach turystycznych, czy w Tiranie bez problemu. Poza nimi raczej pojedyncze ośrodki. Jadąc samochodem można się posiłkować przydrożnymi barami dla kierowców.

Kultura Albanii

Religia: W praktyce w większości są ateistami. Formalnie 60% to muzułmanie, 10 % katolicy, 7 % prawosławni (ale widać ich zdecydowanie bardziej, sprawiają wrażenie jakby było ich więcej). Warto wspomnieć o Bektaszytach. Bektaszijja lub Bektaszyci to synkretyczny odłam islamu, który łączy zaratusztrianizm, szamanizm, chrześcijaństwo i islam. W Islamie byli uznawani za heretyków. W Albanii cierpieli z powodu prześladowań wszelkich religii, dziś ruch ten się odradza.

Ludzie: Spotkaliśmy się z dwoma typami ludzi. Jednymi traktującymi nas jak gości, bardzo pomocnymi i usłużnymi. Stąd najlepsze śniadania jakie mieliśmy były właśnie w pensjonatach, gdzie nie tylko domowe, świeże jedzenie, ciasta, czasem rakija, ale też gość musi wyjść syty. I drugimi, którym to wszystko jedno, podobnie jak to, jakie usługi oferują (w przypadku pracy w branży turystycznej). Wynika to w dużej mierze z poprzedniego systemu, który doceniał bierność i to tutaj niestety jest mocno widoczne. Bylejakość niestety jest zmorą tego kraju. Tu mamy odwrotność Armenii, gdzie brakuje zasobów, a nie brakuje chęci. Tu zasoby są, ale chęci już niekoniecznie.

Toalety: Zazwyczaj typ europejski, acz zdarzały się tureckie.

Drażliwe tematy: Sąsiedzi: w szczególności do Turcji mają stosunek niejednoznaczny. Są od niej uzależnieni i na nią zdani, ale niekoniecznie za nią przepadają. Trzeba bowiem wiedzieć, że Albańczycy to dumny naród, który chętnie podkreśla swoje dokonania w historii, może nieco dodając im znaczenia, a jednocześnie jest to biedny kraj, od stuleci podległy mocarstwom i uzależniony od sąsiadów. Podobnie problematyczne mogą być relacje z Włochami, których wpływy ekonomiczne są bardzo widoczne. Sami Albańczycy twierdzą natomiast, że skolonizowali sporą część Sycylii (żyje tam faktycznie etniczna grupa, która wywodzi się od albańskich osadników) i chyba na tym należy poprzestać.

Drugi trudny temat to kwestia narkotyków, mafii i przestępczości. Za granicą często się mówi o Albanii w tym kontekście i gościnnym ludziom sprawia to przykrość. Trzeci zaś dotyczy prawa zwyczajowego, czyli Kanun Leki Dukagjiniego. Jednym z jego elementów jest obowiązek krwawej zemsty – Gjakmarrja. Według pewnych informacji jest ona jeszcze praktykowana w niektórych częściach kraju, ale raczej nie jest to temat, którym się szczycą. Jasną stroną prawa zwyczajowego jest honorowe zachowanie Albańczyków podczas II wojny światowej, kiedy Żydzi szukali tutaj schronienia przed Niemcami. Albańczycy czuli się związani swoim prawem i choć mogli czuć do Żydów niechęć z powodów religijnych, nie wydawali ich nazistom.

Turystyczny niezbędnik

Oznaczenia i drogowskazy: O ile oznaczenia drogowe są jeszcze całkiem dobre, o tyle już na szlakach jest problem. Często wszystkie są oznaczone kolorem czerwonym i znalezienie właściwej drogi na skrzyżowaniu szlaków może sprawić problem.

Informacja turystyczna i mapy: W Llogarze centrum turystyczne sprawiało solidne wrażenie. W Valbone nie potrafili nawet powiedzieć, gdzie są szlaki, bo poza noclegami i jedzeniem nie wiedzieli nic więcej. Czyli zależy jak się trafi, lepiej przygotować się we własnym zakresie.

Gdzie szukać informacji: Internet lub przewodniki, Albania niby próbuje stawiać na turystykę, ale też im się jakby nie chciało. Kręci się, bo kręci. Strona Albania.Al jest pełna niedziałających linków.

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak albański
Informacje praktyczne

Berat, miasto muzeum z tysiącem okien

Stosunkowo niewielkie miasteczko w Albanii, Berat (alb. Berati), jest jednym z unikalnych i najbardziej zapadających w pamięć miejsc tego kraju. Czymś co ze względu na średniowieczną zabudowę naprawdę warto zobaczyć. Dodatkowo jest to miasto z listy UNESCO, a przede wszystkim jeden z najważniejszych punktów na turystycznej mapie tego kraju. Całkowicie zasłużenie, w końcu to miasto-muzeum.

Widok na Berat z zamku
Widok na Berat z zamku

Historia Beratu

Berat jest położony przy masywie górskim Tomori. Słynie z pięknie zachowanej starówki z czasów osmańskich. Jej położenie sprawia, że Berat bywa nazywany „miastem tysiąca okien” lub „okien nad oknami”, głównie za sprawą dość gęstej zabudowy. Na liście UNESCO znajduje się od 2008 roku, ale jako rozszerzenie Gjirokastry, wpisanej w 2005 roku. Miasta te są oddalone od siebie, ale często oba nazywane są miastami-muzeami. Są pewne podobieństwa, więc pewnie dlatego łatwiej było dopisać Berat jako rozszerzenie.

Zamek w Beracie nocą
Zamek w Beracie nocą

Berat: Zamek

Zdecydowanie najważniejszą atrakcją miasta jest Zamek w Berat. Pierwszą cytadelę zbudowano tu jeszcze w IV wieku przed naszą erą, w czasach Illirów. W II wieku przed naszą erą zajęli go Rzymianie, a następnie w wyniku podziału przypadł Bizancjum. Był rozbudowywany w V i VI wieku, ale w końcu zdobyli go Bułgarzy w 860 roku. Bizancjum odbiło go w 1018 roku. Później krótko władali nim Normanowie, a od XIII wieku Despotat Epiru (jedno z państw, które wyłoniło się z Bizancjum). Wówczas też doszło do gruntownej przebudowy cytadeli. Większość zabudowań pochodzi właśnie z tego okresu. Potem zamek przejął Despotat Valony, a następnie Turkowie.

Domy wewnątrz zamku
Domy wewnątrz zamku

Dziś z zamku pozostały częściowo mury, brama i kilka ruin innych budowli, a także domy wewnątrz zamku. Znajdują się w nich zajazdy, pensjonaty, a przede wszystkim mieszkają ludzie. Zwiedza się raczej ruiny, jak choćby minaret pozostały po Czerwonym Meczecie (XV wiek). Z kolei z Białego Meczetu (XVI wiek) ostały się tylko obrysy ścian. Lepiej prezentują się świątynie prawosławne, te nawet jeśli się nie zachowały, to zostały odtworzone, przede wszystkim Cerkiew Św. Trójcy (1302 – 1326), albo Najświętszej Marii Panny z Blacharne (oryginalny pochodził z IV-V wieku, obecny to raczej XV wiek) lub św. Teodora (XVI wiek na ruinach antycznego kościoła). Jest tu także Muzeum Ikon Onfurego znajdujące się w katedrze Zaśnięcia Najświętszej Marii Panny. To najbardziej znany albański artysta piszący ikony. W czasie pandemii jednak muzeum i cerkwie były częściej zamknięte niż otwarte. Chodząc po Beracie z pewnością wyróżnia się też olbrzymia głowa Konstantyna.

Most Gorica (Berat)
Most Gorica (Berat)

Berat i świątynie

Wróćmy jeszcze do świątyń. Tu warto wspomnieć, że I sekretarz Albanii, Enver Hoxha po 1967 roku rozpoczął proces ateizacji i wymazywania kulturowej spuścizny religii. Dziś wielu Albańczyków jest ateistami, ale pokłosie tego procesu to niszczenie i zaniedbanie tych bizantyjskich cerkwi. Obecnie wciąż trwa trud ich rewitalizacji. Zanim jednak doszło do ateizacji część świątyń została uznana za religijne zabytki kulturowe Albanii (w czasach komunizmu). Po części to sprawiło, że nie zburzono ich kompletnie. Natomiast przy dobrej pogodzie z zamku widać na górach napis NEVER. Było kiedyś Enver, ale Albańczycy zmienili, by pokazać, co myślą o swoim byłym dyktatorze.

Uliczki zamku w Berat
Uliczki zamku w Berat
Sobór św. Demitriusza (Berat)
Sobór św. Demitriusza (Berat)

Zamek w Beracie został uwieczniony na awersie monety 10 LEK. Zwiedzać go można płacąc za bilet lub unikając tej opłaty. W tym drugim przypadku są dwa sposoby. Pierwszy to uniknięcie opłaty przez wejście na teren zamku przez inne niż główne wejście. Od starówki prowadzi tu ścieżka na górę, której nikt nie pilnuje. Drugi sposób to wynajęcie noclegu w zamku. Jak wspominaliśmy jest tam normalne miasteczko i pensjonaty. Przyjechaliśmy wieczorem, zatrzymaliśmy się przed zamkiem i poszliśmy na piechotę do naszego noclegu. Powiedziano nam, że nie należy się przejmować znakiem zakaz wjazdu, a pod pensjonatem jest miejsce parkingowe dla gości. Rano już z wnętrza zamku rozpoczęliśmy właściwe zwiedzanie. Tym sposobem uniknęliśmy opłaty. Warto dodać, że bilet nie jest jakoś drogi, więc na siłę nie ma co kombinować.

Zamek Berat
Zamek Berat

Pensjonaty w Beracie

Tu warto zareklamować pensjonat, w którym spędziliśmy nocleg. To Guest House Vasili. Normalnie raczej nie piszemy o noclegach (wybierając najczęściej jeden w danym mieście mamy małe porównanie), ale tu warto zrobić wyjątek. Pensjonat prowadzi starsze małżeństwo i pomaga im syn oraz sąsiad (który robi za tłumacza). Starają się, by wizyta w ich domu była bardziej jak gościna, więc pomijając wspaniały widok na zamek, to zostaliśmy przywitani samodzielnie pędzoną rakiją i domowymi powidłami.

Miasto-muzeum Berat
Miasto-muzeum Berat

Przy poczęstunku gospodarze pytali nas o plany w Albanii, a także o sytuację z pandemię w naszym kraju, trochę zaznajomili nas z historią ich ojczyzny. Był to miło spędzony wieczór. Śniadanie też było dużo lepsze niż te hotelowe. W Albanii udało nam się jeszcze spędzić jeden nocleg w pensjonacie w Valbonë. W tym kraju, podobnie jak w Gruzji czy Armenii te pensjonaty nie są jeszcze skomercjalizowane w dużej części, dzięki czemu jest szansa na zobaczenie unikalnego domowego klimatu.

Cerkiew św. Teodora w Beracie
Cerkiew św. Teodora w Beracie

Dachy Beratu

Pomijając zamek, w Berat największe wrażenie robią dachy oraz osmańska architektura starego miasta (zwanego Mangalem). Można je spokojnie podziwiać z cytadeli, ale również podejść do rzeki Osum (lub przez nią przejść). Po drugiej stronie widok jest podobny, ale już mniej oszałamiający. To dzielnica Gorica, architektura jest niby ta sama, ale już nie tak intensywna, domy są usytuowane w większej odległości od siebie. Na rzece znajduje się kładka oraz stary most Gorica. Ten pochodzi z 1780 roku, a jeszcze wcześniej był tu stary most drewniany. Tuż przy starym mieście mamy budynek meczetu Kawalerów, nazwa pochodzi od młodych mężczyzn, którzy w tej okolicy przesiadywali. Przy rzece znajduje się także niewielka promenada.

Dachy Beratu
Dachy Beratu

Berat: Centrum

W oczy rzucają się też nowe budynki, jak Uniwersytet Beratu (prywatny) lub Sobór św. Demitriusza (Dymitra). To całkiem nowa katedra prawosławna. Wzniesiono ją w latach 2002 – 2014. To największy kościół chrześcijański w Beracie. Warto wspomnieć, że właśnie stąd pochodzi tak zwany Codex Beratinus, czyli rękopis Nowego Testamentu pochodzący z VI wieku. Obecnie znajduje się on w Tiranie. Berat spokojnie zwiedzimy w ciągu jednego dnia, nawet nie całego.

Berat
Berat

Do pochodzenia przy starym mieście i po zamku wystarczy kilka godzin. Wejście do świątyń (o ile są czynne) zajmie nam trochę więcej czasu. Do Beratu transportem publicznym najłatwiej dotrzeć z Durres i Tirany. Natomiast sama miejscowość może być dobrym punktem wypadowym do zwiedzenia kanionu Osumi czy Parku Narodowego Tomor. Berat o mało nie został lokacją filmową w „Most nad rzeką Driną” Emira Kustoricy, produkcja filmu z Johnnym Deppem jednak nie doszła do skutku.

Wąskie uliczki w zamku
Wąskie uliczki w zamku

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak albański
BeratBłękitne Oko

U styku filmu i podróży