Tbilisi, serce współczesnej Gruzji

Stolica Gruzji, Tbilisi (gruz. თბილისი, przez pewien czas używano nazwy Tyflis) jest położona nad rzeką Kurą, która jak już pamiętamy przepływa przez wiele istotnych dla historii tego kraju miejsc. Tbilisi jest stolicą od ponad 1500 lat, choć z przerwami; to także ponad milionowa metropolia, w której zamieszkuje prawie 1/3 wszystkich mieszkańców kraju. Spośród wszystkich miast w całej Gruzji jest także najbardziej zróżnicowana, a co za tym idzie najciekawsza. Nowoczesność łączy się tu z dawną przeszłością, jak również z okresem sowieckim, tworząc niesamowitą mieszankę.

Widok na pałac prezydencki i okolice
Widok na pałac prezydencki i okolice

Historia Tbilisi

Osadnictwo na tych ziemiach datuje się na IV i III tysiąclecie p.n.e. Według legendy miasto założył dopiero król Wachtang I Gorgasali w V wieku. Polował on tu na bażanta, jednak tego schwycił sokół, znikając gdzieś ze zdobyczą. Oba ptaki znaleziono w gorącym źródle, już sparzone. To właśnie spowodowało, iż w okolicy tych źródeł król postanowił założyć miasto. Tbili po gruzińsku znaczy tyle co ciepły. Warto jednak wspomnieć, iż naukowcy datują powstanie miasta na IV wiek, czyli jakieś 100 lat przed Wachtangiem. Prawdą natomiast jest to, że Wachtang planował przenieść tu swoją stolicę, faktycznie uczynił to dopiero jego syn.

Balkony w Tbilisi
Balkony w Tbilisi

Jedno jest pewne, gorące źródła wciąż są obecnie w Tbilisi. W dzielnicy Abanotubani można wciąż skorzystać z tak zwanych bani, czyli tutejszych łaźni, także siarkowych. Zbudowane są pod ziemią, ale nawet z daleka widać ich charakterystyczne kopuły. Obecnie działa ich zaledwie kilka, kiedyś było kilkadziesiąt.

Kolejka linowa między twierdzą Twierdza Narikala a placem Europejskim
Kolejka linowa między twierdzą Twierdza Narikala a placem Europejskim

Twierdza Narikala

Są to zdecydowanie najstarsze fragmenty miasta. Ponad nimi wznoszą się ruiny twierdzy Narikala (gruz. ნარიყალა). Jej obecna nazwa pochodzi z czasów mongolskich, wywodzi się od słów Narin Qala, tłumaczonych jako „Mała Twierdza”.  Pierwsze mury pochodzą jeszcze z IV wieku, acz wielokrotnie były przebudowywane, niszczone i odbudowywane. W 1827 z powodu trzęsienia ziemi, część zabudowań runęła, więc je rozebrano. Oczywiście wkład w konstrukcję tego zamku miał też jeden z najsłynniejszych królów, czyli Dawid Budowniczy.

Twierdza Narikala
Twierdza Narikala

Dziś twierdza jest bardzo charakterystycznym miejscem górującym nad całą stolicą, dodatkowo ładnie oświetlonym. Można tam wejść drogą spod łaźni. Alternatywą jest też kolejka linowa z Placu Europejskiego. Wewnątrz twierdzy znajduje się kościół św. Mikołaja, odrestaurowany parę lat temu (jeszcze przed 2010). Przy odrobinie szczęścia przy cerkwi można zobaczyć ul. To norma, że do świątyni przylega małe poletko uprawne lub coś w tym stylu, dające utrzymanie popowi i jego rodzinie. Z murów zaś można podziwiać centrum miasta, jak również ogród botaniczny.

Matka Gruzja
Matka Gruzja

W okolicach twierdzy, na górze znajduje się jeszcze jedna rzecz. Rzeźba Kartwis Deda (gruz. ქართვლის დედა), czyli Matka Gruzja lub Matka Gruzinów. Zbudowano go za czasów radzieckich (w 1958) z okazji 1500-lecia miasta. Przedstawia 20-metrową kobietę witającą winem przyjaciół i straszącą mieczem wrogów. Posąg zbudowano z aluminium i dziś bardziej już chyba bardziej straszy i szpeci, ale jest to jeden z widocznych pomników poprzedniej epoki. Widać go z różnych części miasta.

Plac Wolności, z tyłu jest urząd miasta
Plac Wolności, z tyłu jest urząd miasta

Rustawelego i okolice

Plac Wolności, czyli Tawisuplebis Moedani (gruz. თავისუფლების მოედანი), a wcześniej plac Lenina. To dość istotne miejsce dla miasta, tu odbywają się zarówno uroczystości, jak i manifestacje. Do 1991 znajdował się tu pomnik Lenina, obecnie kolumna pozostała, a na niej umieszczono św. Jerzego. Stąd rozpoczyna się (bądź kończy, zależy jak patrzeć) Aleja Rustawelego, najdłuższa ulica w stolicy i jednocześnie najbardziej reprezentacyjna. To też główna arteria miasta, pełna neoklasycznych budynków z końca XIX i początku XX wieku.

Stary budynek parlamentu
Stary budynek parlamentu

Na Rustawelego znajdziemy Muzeum Narodowe, Operę, Teatr im. Szoty Rustawelego, Galerię. Mieści się tu też dawny budynek parlamentu, obecnie nie używany. Parlament zbiera się w Kutaisi. Jest to efekt ostatnich wojen.

Opera i balet
Opera i balet

Aleja kończy się na placu Rewolucji Róż, tam zaś widzimy już zdecydowanie bardziej nowe Tbilisi, wraz z drapaczami chmur.

W tym wysokim budynku znajduje się kasyno Jewel
W tym wysokim budynku znajduje się kasyno Jewel
Aleja Rustawelego
Aleja Rustawelego

Stare miasto

Między częścią alei Rustawelego a rzeką Kurą znajduje się urokliwe stare miasto. To doskonałe miejsce na spacer, ale też zdecydowanie bardziej turystyczne. Pełne restauracji, barów i sklepów z pamiątkami. Warto zwrócić uwagę na wieżę zegarową. Zapada w pamięć.

Stare Miasto Tbilisi
Stare Miasto Tbilisi

Stare miasto kończy się na placu króla Wachtanga Gorgasaliego. Znajduje się tam też zejście do bazaru. Kiedyś było ich sporo w Tbilisi, dziś właściwie pozostała nazwa, która ma przyciągać turystów. Centrum handlowe oczywiście jest.

Most Pokoju
Most Pokoju

Przez rzekę Kurę przechodzi kilka mostów, ale chyba najbardziej rzuca się w oczy nowoczesny i fantazyjny most Pokoju. Doskonale oświetlony w nocy.

Rzeźba na Placu Europejskim
Rzeźba na Placu Europejskim

Plac Europejski Sobór Trójcy Świętej

Po drugiej stronie znajdziemy już bardziej nowoczesne centrum z parkiem Rike i Placem Europejskim na czele. Jest tu choćby bardzo charakterystyczne centrum kultury, zaś na wzgórzu widać pałac prezydencki. Ta część jest zdecydowanie bardziej nowoczesna.

Sobór Trójcy Świętej
Sobór Trójcy Świętej

Tblisi to także wspaniałe cerkwie. Najbardziej w oczy rzuca się wielki i nowy Sobór Trójcy Świętej (Cmida Samaba). To jedna z największych prawosławnych świątyń na świecie (trzecia, gdy piszemy te słowa). Jeszcze trwają tam pewne prace wykończeniowe, ale już działa. Choć oczywiście religijnym centrum państwa pozostaje Mccheta, to jednak tu mamy sytuację bardzo podobną jak w Belgradzie z Soborem Sawy. Uzyskawszy niepodległość Gruzini zwrócili się ponownie ku religii, tu zaś odbudowują swoją tradycję. Zaczęli w 1995 wykorzystując do tego rocznicę 2 tysięcy lat chrześcijaństwa. Wkrótce zaczęły się jednak problemy z finansowaniem, więc prace przerwano, ruszyły dopiero w 2000. To nowy kościół, jednak bardzo tradycyjny, jeśli chodzi o architekturę, wierny gruzińskim zwyczajom. Tyle, że większy. Robi faktycznie wrażenie.

Sobór Trójcy Świętej
Sobór Trójcy Świętej

Świątynia Metechi

Nad rzeką Kurą wznosi się inna cerkiew – trzynastowieczna świątynia Metechi. Na tarasie znajduje się pomnik konny króla Wachtanga I Gorgasa postawiony w 1967, jest to bardzo charakterystyczne miejsce. Pierwotnie cerkiew ta była otoczona budynkami pałacowymi. Kompleks zbudowano w XIII wieku przetrwał spustoszenie dokonane przez Mongołów, mające miejsce wkrótce po ukończeniu prac. W XVII i XVIII wieku uzupełniono ubytki w ceglanych murach i dobudowano emporę, reszta jest w stanie z grubsza oryginalnym. W Gruzji to cieszy niezmiennie. Sam kościół został dość mocno zdewastowany przez lata komunizmu, pełnił między innymi rolę teatru młodzieżowego, ale też prochowni i więzienia. W 1937 rozebrano też budynki otaczające cerkiew. Obecnie jest restaurowany.

Świątynia Metechi
Świątynia Metechi
Świątynia Metechi nocą
Świątynia Metechi nocą

W starym mieście zaś można zobaczyć jeszcze dwie interesujące świątynie. Pierwsza to katedrę Sioni. Znajduje się tam między innym replika krzyża świętej Niny. Obiekt jest dość duży, choć oczywiście nie tak jak nowy Sobór, a przy tym zadbany.

Katedra Sioni
Katedra Sioni

Bazylika Anczischati

Kolejną wartą zajrzenia świątynią jest bazylika Anczischati. Prawdopodobnie najstarsza świątynia w mieście, pochodząca jeszcze z VI wieku. Warto przypomnieć, że Gruzja jest drugim krajem, który przyjął chrześcijaństwo jako religię państwową (pierwszym była Armenia), stało się to w 337. Kościół ten jest świadectwem wczesnego chrześcijaństwa. Jej nazwa pochodzi od ikony acheiropietos, czyli wizerunku Nie-Ludzką-Ręką-Czynionego (jak choćby chusta św. Weroniki z Montepelo, całun turyński czy Matka Boska z Guadelupe). Cerkiew ta to trójnawowa bazylika – typowy układ dla wczesnochrześcijańskich kościołów. Jej wystrój zmieniał się przez wieku dość znacząco, niektóre ze zmian – dodatek kopuły i podniesienie posadzki – usunięto podczas dużej renowacji w latach 1958 – 1960. W czasach komunizmu zmieniona na muzeum rzemiosła, ale teraz znów zwrócona Gruzińskiemu Kościołowi Prawosławnemu. Nie jest tak okazała jak pozostałe, ale bez wątpienia z powodów historycznych warto tu zajrzeć. Warto przypomnieć, że do 1989 odprawianie nabożeństw było tam zakazane.

Bazylika Anczischati
Bazylika Anczischati

W stolicy Gruzji jest też kilka polskich akcentów. Oczywiście ulica i skwer Lecha Kaczyńskiego, ale znaleźliśmy także polską kuchnię w restauracji o nazwie Warszawa. Nie skosztowaliśmy, woleliśmy smakować gruzińskie dania.

Wieża telewizyjna, kolejny punkt widokowy
Wieża telewizyjna, kolejny punkt widokowy

W Tbilisi dość łatwo jest też zauważyć rozwarstwienie. Pewne budynki są odnowione, inne bogate i nowoczesne, ale tuż obok nich stoją niedofinansowane rudery. Piękne historycznie, ale jednocześnie zaniedbane. Tego jest całkiem sporo. Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to balkony. Zwłaszcza w starszej części miasta jest wiele różnych. To także dość charakterystyczne dla miasta.

Kościół św. Mikołaja
Kościół św. Mikołaja

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Tblisi Podsumowanie
Share Button

Rotorua, czyli turystyczne centrum Nowej Zelandii

Choć w Nowej Zelandii jest wiele fascynujących miejsc, turystyczne serce tego kraju bije w miejscowości Rotorua. Tu przybywa najwięcej odwiedzających, zarówno tych, którzy chcą poznać tutejszą fascynującą naturę (stąd blisko choćby do  źródeł geotermalnych), jak i takich, którzy szukają zabawy. Już dojeżdżając do Rotoruy rozbawił nas Zombieland. Tak, tego typu atrakcji jest w okolicy kilka, może to nie Disneyworldy (Orlando się kłania), ale zawsze. Zresztą Kiwi też potrzebują mniej wyszukanych rozrywek. Oprócz tego, Rotorua to także ważny ośrodek kultury maoryskiej. To wszystko sprawia, iż miasto to jest dużym i istotnym ośrodkiem turystycznym antypodów, który trudno pominąć.

Geotermalne zjawiska w Parku Kuirau
Geotermalne zjawiska w Parku Kuirau

Maoryska Rotorua

Nazwa maoryska to Te Rotorua-nui-a-Kahumatamomoe. Samo „Rotorua” znaczy tyle, co drugie jezioro. Wiąże się z tym historia wodza Maorysów imieniem Ihenga. Był on odkrywcą i odkrył to wielkie jezioro jako drugie. Zadedykował je na cześć swojego wuja Kahumatamome, a że nazwa ta jest dość trudna do zapamiętania przez turystów, została Rotorua.

Wejście do Eat Streat (czyli Food Court)
Wejście do Eat Streat (czyli Food Court)

Samo miasto, położone w kalderze wulkanicznej, nad jeziorem Rotoura i nieopodal wulkanu Tarawera, jest także pełne zjawisk geotermalnych. Nie trzeba się stąd ruszać. Do najbardziej odczuwalnych, i to dosłownie, należą gorące źródła siarkowe. Do 1886 roku działało tutaj sanatorium z gorącymi źródłami, jednak po pamiętnej erupcji wulkanu Tarawera temperatura wód wzrosła tak, że najczęściej jest zbyt wysoka, by móc się w nich kąpać.

Kuirau Park
Kuirau Park

Źródeł nie trzeba szukać daleko. W samym centrum znajduje się Park Kuirau, tam za darmo można sobie obejrzeć gorące źródła, bulgoczące błota, a nawet parujące rozlewisko. Trudno je nazwać stawem, czy jeziorem, niemniej jednak robi  wrażenie. Zwłaszcza dzięki parze wodnej, przez którą przebijają  promienie słońca. Wszystko jest ogrodzone, by nikt sobie nie zrobił krzywdy, ale po pomostach można przejść także przez sam środek parujących wód. Przy dobrej pogodzie, słonecznej i wietrznej robi to fenomenalne wrażenie.

Jezioro Rotorua jest pełne ptactwa i czasem samolotów
Jezioro Rotorua jest pełne ptactwa i czasem samolotów

Haka i wioska Maorysów

Do Rotoruy przybyliśmy z dwóch powodów. Pierwszy to baza wypadowa do jednej z największych atrakcji kraju, parku Wai-o-tapu, który znajduje się około 30 km stąd. Drugi to właśnie kultura maoryska. W Rotorzue mamy kilka maoryskich wiosek, a w nich pokazy kulturowe. Niestety miejscowość jest na tyle popularna, że warto sobie zarezerwować taki pokaz wcześniej. Liczyliśmy na to, że zobaczymy coś wieczorem (skoro byliśmy jeszcze przed sezonem), niestety wszystkie miejsca były już wyprzedane. Szczęśliwie udało się załatwić wejście do Te Puia, które łączy wioskę maoryską z innymi atrakcjami. Przyjechaliśmy tam z samego rana, by na kupić bilet. O ile do samego Te Puia można wejść i siedzieć ile się chce, na pokaz tańca i śpiewu są wejściówki godzinowe. Więc uwaga praktyczna: na pokaz lepiej sobie załatwić bilety wcześniej, w sezonie nawet na tydzień czy dwa. Bez problemu nabędziemy je przez internet. Te Puia też ma swoją stronę.

Maorysi tańczący hakę
Maorysi tańczący hakę

Maoryska wioska znajduje się w parku Whakarewarewa, w skrócie Whaka. Właściwie jest to dawna maoryska forteca – Te Puia, istniejąca od 1325 roku. Nigdy  jej nie zdobyto podczas bitwy. Jej mieszkańcy od wieków wykorzystywali obecność źródeł geotermalnych do ogrzewania, leczenia i nawet gotowania potraw. Dziś gości turystów na rozmaitych pokazach, w tym także jest okazja, by zobaczyć słynną maoryską hakę. Haka to tradycyjny taniec, wykonywany niegdyś przez wojowników przed bitwą, dziś bardziej się kojarzy z wydarzeniami sportowymi. Warto też zauważyć, że akurat Te Puia jest dość mocno turystyczna. Pokaz kulturowy nie trwa zbyt długo, a w dodatku turyści są wciągani do zabawy. Takie są reguły gry.

Skansen maoryski
Skansen maoryski
Uwspółcześniony marae
Uwspółcześniony marae

Pokaz odbywa się w tradycyjnym maoryskim domu spotkań zwanym marae. Oczywiście został on dostosowany do przyjmowania turystów, jest tu wiele miejsc do siedzenia, zaś całe przedstawienie odbywa się na scenie. Niemniej jednak właśnie okolice marae z zewnątrz to takie najbardziej tradycyjnie, charakterystyczne zabudowania maoryskie, jakie mogliśmy zobaczyć. Da się tu zobaczyć także, jak wygląda tradycyjne rzemiosło maoryskie.

Gejzer Pōhutu
Gejzer Pōhutu

Gejzery i wulkany błotne

W centrum terenu parku Whaka i twierdzy Te Puia znajduje się kompleks gejzerów – Geyser Flat. Jest to wzniesienie powstałe przez osadzanie substancji mineralnych wyrzucanych z gejzerów. A tych jest kilka, połączone są one w skomplikowany system, gdzie gejzery mają wpływ jeden na drugi, a ich erupcje są powiązane. Aktywność ich zmieniała się na przestrzeni lat w zależności od aktywności wulkanicznej i poziomu wód. Jeden z tych gejzerów jest obecnie największym w Nowej Zelandii (). Faktycznie robi bardzo dobre wrażenie.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Znajdziemy tu też baseny z błotem i inne podobne atrakcje, w tym wulkany błotne, acz nie tak okazałe jak te w Alat. Czyli taki geotermalny park w mniejszej skali. Jeszcze jedną atrakcją tego centrum jest możliwość obejrzenia ptaków kiwi. Niestety jak to wszędzie bywa, tylko w nocnym środowisku. W każdym razie dla samego gejzeru Pohutu warto się tu wybrać.

Te Puia (Rotorua)
Te Puia (Rotorua)

Las sekwojowy

Jest jeszcze mała dodatkowa atrakcja niedaleko Rotoruy – las sekwojowy z zawieszonymi ścieżkami. Sekwoje kalifornijskie zostały sprowadzone na początku XX wieku i miały zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na surowiec drzewny. Dziś Nowa Zelandia jest jednym z największych producentów surowca drewnianego. Metodą prób i błędów zaszczepiano obce gatunki i okazało się, że właśnie sekwoja kalifornijska dobrze znosi tutejszy klimat i glebę. Przy tym rośnie szybciej i na mniejszą wysokość niż „u siebie”, przez co drewno ma mniejszą gęstość i twardość. Sposób zarządzania lasami pod cele gospodarcze wygląda inaczej niż u nas: na potrzeby człowieka wycina się całe nasadzone lasy i na ich miejsce dokonuje nowych nasadzeń całego lasu.

Treewalk między sekwojami
Treewalk między sekwojami

W obrębie Rotoruy znajduje się też maoryska dzielnica Ohinemutu. Na pierwszy rzut oka wygląda dość normalnie, bardzo nowodzelandzko. Właściwie gdybyśmy nie wiedzieli, to nie zwrócilibyśmy uwagi, nie licząc kilku wyróżniających się budynków i ozdób. Dopiero dokładniejsza eksploracja zdradza sekrety tego miejsca. Jednak to nie jest muzeum. Samo miasteczko jest dość typowe, nie wyróżniające się. Owszem mamy tu nawet ulicę z knajpami, czy prężnie działające biuro informacji turystycznej, ale to miejsce ratują dodatkowe atrakcje. No może z wyjątkiem spaceru nad brzegiem jeziora, ten potrafi obronić się sam.

Ścieżka między sekwojami od dołu
Ścieżka między sekwojami od dołu

Jeśli szukamy noclegu, to mamy w czym wybierać. Cześć hoteli oferuje możliwość kąpania się w gorących źródłach. Inne zaś oferują kuchnię hangi (maor. hāngī). To tradycja przywieziona z Polinezji. Tam jedzenie zawijano w liście, gotowano/pieczono na gorących kamieniach zakopanych w jakiś dołach. Obecnie hangi trochę się zmieniło, więcej tu choćby folii aluminiowych czy normalnych przyrządów kuchennych, zaś do gotowania wykorzystuje się gorące źródła.

Ohinemutu
Ohinemutu

Zagłębie turystyczne Nowej Zelandii

Warto zauważyć, że z Rotoruy wyruszają wycieczki do innych ciekawych miejsc, w tym Hobbitonu czy Tongariro. Prawie wszystko da się stąd zorganizować, na tym polega magia turystycznego ośrodka.

Rotorua: Te Puia
Rotorua: Te Puia

Przez Rotoruę wiedzie wiele wycieczek przez Nową Zelandię, tak tych zorganizowanych, jak i na własną rękę. Trudno się dziwić. To miejsce żyje z turystyki, a jednocześnie ma bardzo wiele atrakcji skierowanych do różnych odbiorców. Łączy w sobie cechy kurortu, muzeum, skupiska atrakcji wymyślnych przygotowanych przez człowieka, jak i przyrodniczych. Więc każdy pewnie znajdzie tu coś dla siebie.

Gejzer w Te Puia
Gejzer w Te Puia

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Rotorua Wai-O-Tapu
Share Button

Japonia: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Japonii. Zweryfikowane ostatnio w kwietniu 2018.

Uwagi ogólne: Japonia to kraj o bardzo bogatej historii, unikalnej kulturze, który odcisnął swoje piętno tak na świecie, jak i nowoczesnej technologii czy w popkulturze (włącznie z dziwacznymi zjawiskami). Jednocześnie wciąż bardzo zamknięty i rozwijający się po swojemu. Przez to w niektórych aspektach przodują, w innych zaś podejście Japończyków może budzić zdziwienie czy niedowierzanie. To kraj, który sto lat temu był synonimem zacofania i produkcji badziewia, dziś przoduje w nowoczesnych technologiach. Japonia to kraj, który pobudza wyobraźnię. Odległy, egzotyczny, zupełnie inny od tego, co znamy. Na temat Japonii i jej mieszkańców krąży wiele sprzecznych ze sobą historii, a poznawanie tej kultury jest bardzo interesujące.

Dojazd: Właściwie tylko samolot. LOT ma dość dobre połączenia, ale czasem taniej jest korzystając czy to z tureckich, czy chińskich linii lub jeszcze innych.

Wiza: Turystyczną uzyskuje się po przylocie. Raczej formalność.

Przepisy celne: Oprócz raczej standardowych ograniczeń dotyczących ilości wwożonego alkoholu i waluty, należy zwrócić uwagę na zakaz wwożenia materiałów o treściach pornograficznych. Nie wolno wwozić produktów zwierzęcych (mięso, nabiał) i żywych roślinnych (kwiaty, owoce, nasiona), co jest częstym zakazem w krajach pozaeuropejskich i zwłaszcza wyspiarskich. Dozwolona jest ograniczona ilość leków (2-miesięczny zapas) i paraleków, warto mieć ze sobą receptę w języku angielskim.

Co oczywiste, bezwzględnie zakazane są narkotyki i środki stymulujące i tutaj uwaga – lista środków psychoaktywnych obejmuje chociażby pseudoefedrynę, w która w Polsce jest składnikiem wielu popularnych leków złożonych na objawy przeziębienia (np. Gripex) i ból zatok (np. Ibuprom zatoki, Sudafed). Na liście nie ma kodeiny (w lekach złożonych u nas dostępna bez recepty, np. Antidol, Solpadeina), ale są inne opioidy, a ze względu na możliwe działanie psychoaktywne, lepiej tego nie brać do Japonii, by w razie szczegółowej kontroli nie narazić się na kłopoty.

Baza noclegowa: Bardzo rozbudowana i różnorodna. Należy liczyć się z tym, że w normalnych hotelach jest dość mało miejsca w pokojach. Oprócz nich znajdziemy tu kilka bardziej japońskich typów noclegów. Na szczególną uwagę zasługują ryokany, czyli tradycyjne pensjonaty w stylu japońskim. Raczej są drogie, ale warto choć raz spróbować. Inny japoński wynalazek to hotele kapsułowe. Te mają jeszcze mniejszą powierzchnię, gdyż są w formie pojedynczego łóżka. Najczęściej jednak przyjmują tylko osoby jednej płci. Szukając samodzielnie noclegów można natknąć się na hotele godzinowe, te czasem bywają dość atrakcyjne cenowo. Służą Japończykom jako miejsce schadzek, więc trzeba się liczyć z ewentualnymi hałasami z pokoju obok w środku nocy. Oczywiście są też apartamenty czy hostele. Hotele bez problemu można znaleźć np. przez Booking.com.

Szczepienia wymagane: W zależności od czasu i rejonu pobytu, warto rozważyć szczepienie na japońskie zapalenie mózgu. Nie jest to szczepienie obowiązkowe, ale zalecane. Warto natomiast, jak wszędzie, mieć odnowione szczepienia z okresu dzieciństwa.

Choroby: Komary roznoszą japońskie zapalenie mózgu, choroba ta występuje na wszystkich wyspach poza Hokkaido, głównie od maja do października. Nie ma ryzyka zarażenia w obszarze dużych aglomeracji miejskich. Choroba ma wysoką śmiertelność (nawet 30%) i duże ryzyko powikłań neurologicznych (50%), więc należy chronić się przed ukąszeniami komarów. Acz częsta nie jest.

Waluta: Jen (JPY).

Płatności kartą i bankomaty: Z płatnościami kartą, w szczególności w standardach VISA, MasterCard bywają całkiem spore problemy. Podobnie jest z pobieraniem pieniędzy z bankomatów, ale to można dość łatwo rozwiązać, bo bankomaty są dostępne w sklepach (np. w sieci 7-Eleven). W sieciówkach problemu z wypłatą pieniędzy nie ma. Tam też nie ma problemów z płatnościami kartą. Natomiast w wielu innych miejscach (restauracje, transport, ale też atrakcje) należy liczyć z trudnościami lub koniecznością posiadania gotówki.

Napiwki: Traktowane są jako obraźliwe. Jednocześnie czasem można spotkać się z dodatkową opłatą za nakrycie.

Internet: Problemu nie ma, dostępny dość powszechnie. Można bez problemu kupić kartę SIM na lotnisku, dzięki czemu ma się praktycznie stały dostęp do sieci. Jest to bardzo przydatna opcja.

Telefony: Roaming dostępny. Zasięg telefonów dobry.

Język: Japoński, z angielskim bywa różnie, w wielu miejscach słabo. Obecnie jednak nie są już niechętni w używaniu z powodów ideologicznych. Można wtedy spotkać się z tabliczkami po angielsku, gdzie wskazują jakieś konkretne zdanie. Są komunikatywni. Angielskim bardzo dobrze posługują się w wszystkich centrach turystycznych, informacji kolejowej, lotniczej itp.

Gniazdka elektryczne: Typ japoński. Formalnie bardzo podobny do amerykańskiego, ba nawet w niektórych miejscach działają amerykańskie wtyczki. Różnica polega na tym, że amerykańskie są trzybolcowe, a japońskie tylko dwu. Trzybolcowe czasem można spotkać, ale lepiej się nastawić na osobną przejściówkę.

Wtyczka typu japońskiego
Wtyczka typu japońskiego

Samochody i transport: Poza miastami jeździ się dość spokojnie, wręcz leniwie. Miasta są duże, ale ludzie też raczej jeżdżą spokojnie. W Japonii Uber ma problem z zaistnieniem, istnieje pewna alternatywa, choć nie cenowa. Aplikacja JapanTaxi. Cały wpis o transporcie po Japonii pojawi się niebawem.

Oznaczenia i drogowskazy: Raczej dość dobrze, choć czasem trzeba nauczyć się znajdować znaki. W przypadku dużych miast i wielu bodźców reklamowych, może nie być to na początku takie proste. Generalnie trasy są dość dobrze oznaczone, często też zaplanowane.

Jedzenie wegetariańskie: Prawdopodobnie jeden z najgorszych krajów dla wegetarian. Kuchnia oparta o owoce morza. Wiele potraw wykorzystuje bulion rybny, więc jeśli ktoś ryb nie je, musi się liczyć z problemami. Słabo też jest z dostępnością świeżych owoców i warzyw

Innym problemem mogą być stosunkowo niewielkie porcje, jakie jedzą Japończycy, co powoduje nagle zwiększenie, budżetu jeśli chcemy się najeść. Tu dla turystów z Zachodu istnieje jedno bardzo dobre rozwiązanie: knajpy godzinowe. Przychodzi się i je przez godzinę tyle, ile się może. Można też korzystać ze sklepów typu 7-Eleven, gdzie sprzedaje się niedrogie ciepłe posiłki typu bułki na parze lub różne dania do odgrzania na miejscu.

Za to bardzo dobre są napoje herbaciane. Matcha, czyli sproszkowana japońska herbata, jest wykorzystywana w wielu produktach (np. ciastkach czy lodach).

Ludzie: Dość intrygujący. Z jednej strony cisi i uporządkowani, przestrzegający reguł, nie narzucający się. Zawsze stoją w kolejce, nie przepychają się (poza metrem w niektórych miastach), handlowcy nie są natarczywi (w tym także taksówkarze). Raczej spokojni i zamknięci w sobie. Z drugiej pełni skrywanych emocji. Wejście do wielu barów jest interesujące, gdy obsługa krzyczy na powitanie na widok gościa.

Pewnym kuriozum są japońskie ubikacje. Bardzo zaawansowane technologicznie. Automaty mają opcje podmywania, a także często kilka innych przycisków (np. do podgrzewania deski, albo wydawania jakiś dźwięków). Ubikacje są dostępne też w sklepach typu 7-Eleven (za darmo).

Prawo i obyczaje: Nic szczególnego. Choć warto pamiętać o ściąganiu butów przed wejściem do czyjegoś domu lub ryokanu oraz większości świątyń (w tych ostatnich najczęściej przypominają o tym znaki).

Bezpieczeństwo: Bardzo bezpieczny kraj, mała przestępczość pospolita. Kiedyś problemem była Jakuza w okolicach Tokio, ale już sobie z nią poradzono.

Na Okinawie trzeba uważać na żmije habu. Więcej przy okazji opisu Okinawy.

Klimat: Dość różnorodny, bo Japonia jest rozległa: na południu występuje klimat zwrotnikowy, w środkowej części kraju podzwrotnikowy, a na północy umiarkowany ciepły. Na to nakłada się klimat monsunowy. Ze względu na monsuny najlepszy okres do odwiedzenia to wiosna lub jesień. Ale do niektórych miejsc, jak na przykład wspinaczka na Fudżi trzeba wybrać się latem. Groźniejsze od zmiennej pogody są w Japonii zjawiska związane z budową geologiczną, skutkujące częstymi trzęsieniami ziemi i falami tsunami oraz możliwymi erupcjami wulkanów. W wielu miejscach są symbole przedstawiające drogę ewakuacji na wypadek tsunami i bezpieczne miejsca w razie trzęsienia ziemi.

Informacja turystyczna i mapy: Turystyka jest dość istotna w Japonii, stąd wszystkie centra informacyjne są bardzo dobrze zorganizowane, łatwo dostępne i anglojęzyczne. Można dostać wiele map czy broszur informacyjnych. O stronach pomocnych będzie we wpisie o podróżowaniu.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Praktycznie
Share Button

Himeji, zamek z Bonda i Kurosawy

Filmowa Japonia kojarzy się przede wszystkim z trzema nurtami. Pierwszy to oczywiście anime (i hentai). Podróżniczo raczej manga/anime i pochodne nie są zbyt inspirujące. Drugi nurt to filmy Kaiju sygnowane przede wszystkim przez wytwórnię TOHO, czyli Godzilla i przyjaciele (więcej będzie przy okazji opisu Tokio). Trzeci to Akiro Kurosawa. Jedną z lokacji do jego dwóch filmów jest zamek w Himeji (jap. 姫路市), ale to miasto odegrało także istotną rolę w kinie amerykańskim, choćby w Bondzie. (Choć warto przypomnieć, że Bond to oczywiście brytyjska produkcja).

Zamek Himeji (Himeji-jō)
Zamek Himeji (Himeji-jō)

Himeji – Zamek Białej Czapli

Himeji znajduje się 50 kilometrów od Kobe (tego od słynnej wołowiny), trochę dalej od Kioto czy Osaki. Przejeżdża tędy linia shinkansenów, więc jest to bardzo dobry i popularny przystanek na trasie Kioto – Hiroszima. Zwiedzenie głównej atrakcji nie zajmuje dużo czasu, w sam raz by wyjść i rozprostować nogi.

Zamek Białej Czapli
Zamek Białej Czapli

Tą atrakcją jest zamek Himeji-jo (jap. 姫路城) jest znany również jako Shirasagi-jō, czyli Zamek Białej Czapli, a to przez dumne, wyniosłe mury o barwie czystej bieli. Pierwszą twierdzę na dwóch wzgórzach nad Himeji wybudowano w 1333 roku. Dekadę później fort rozbudowano, a dwa wieku później stał się już sporym zamkiem. Następna znacząca rozbudowa miała miejsce w 1581 roku za rządów drugiego zjednoczyciela państwa, Toyotomity Hideyoshiego. To on wybudował trzykondygnacyjną główną warownię, która została podwyższona o trzy kolejne piętra przez daimyō (pana feudalnego) Ikeda Teramusa w pierwszej dekadzie XVII wieku. Dostał on zamek Himeji od szoguna Tokugawy Ieyasu za zasługi wojenne, po czym ochoczo zabrał się do rozbudowy siedziby. Ostatnia rozbudowa miała miejsce w drugiej dekadzie XVII wieku z inicjatywy kolejnego pana na zamku, Hondy Tadamasa.

Ogrody i przejścia zamkowe
Ogrody i przejścia zamkowe

Ostatni taki zamek w Japonii

Zamek Himeji w takiej formie, w jakiej go obecnie podziwiamy, jest liczącym 400 lat kompleksem. Jest to jeden z dwunastu zachowanych oryginalnych zamków w Japonii. Ominęły go pożary, trzęsienia ziemi, wojny (nigdy nie musiał się bronić). Nawet uniknął pożogi II wojny światowej, choć miasto Himeji zostało doszczętnie zbombardowane i strawione przez ogień, zamek się ostał nienaruszony. Co więcej, amerykański samolot zrzucił bombę na dziedziniec zamku, ale jakimś cudem nie wybuchła.

Mury obronne, wykorzystane przez Kurosawę jak i w Bondzie
Mury obronne, wykorzystane przez Kurosawę jak i w Bondzie

Krótko po zniesieniu szogunatu i feudalizmu, zamek został wystawiony na licytację. Kupił go przedsiębiorca, który chciał zamek zburzyć, by zagospodarować wzgórza. Na szczęście koszt rozbiórki był zbyt wysoki i tak zamek został ocalony. Dziś to jeden z najbardziej znanych zamków i symboli Japonii. Jeden z najlepiej zachowanych w formie bliskiej do pierwotnej. Stąd także jego popularność.

Zamek Himeji
Zamek Himeji

Himeji, Bond, Lucas, Coppola i Kurosawa

Zamek Białej Czapli wystąpił w filmie o Jamesie Bondzie – „Żyje się tylko dwa razy” z 1967 roku. Na głównym dziedzińcu odbywały się treningi ninja, pojawiają się też ujęcia z zamkowych murów. Ale Bond to taka ciekawostka, Himeji jest tam tylko tłem, uwierzytelniającym akcję w Japonii. Prawdziwe filmowe życie tegoż zamku wiąże się z Akiro Kurosawą.

Zamek Himeji
Zamek Himeji
Wnętrza zamkowe
Wnętrza zamkowe

Kurosawa to wielki mistrz japońskiego kina, który odbił swe piętno na światowej kinematografii. Jak to czasem bywa z legendami, pod koniec pracy twórczej był lepiej odbierany za granicą, niż w rodzimym kraju. W efekcie jeden z jego filmów, „Sobowtór” („Kagemusha”) z 1980 został wyprodukowany za amerykańskie pieniądze, przez dwóch jego wielkich fanów – George’a Lucasa i Francisa Forda Coppolę. Kurosawa wrócił tu jeszcze raz, by nakręcić film „Ran” w 1985 roku. W obu przypadkach wykorzystuje fakt, iż zamek w Himeji ostał się w miarę oryginalnej zabudowie. Zarówno w Bondzie jak i Kurosawy, bardzo łatwo rozpoznać sceny, tak na dziedzińcu, jak i przede wszystkim przy dość charakterystycznych murach obronnych.

Widok z zamku
Widok z zamku

Zwiedzanie zamku

Zwiedzanie głównej warowni zamku Himeji jest możliwe. Wejścia są biletowane, obowiązuje brak obuwia (jak w domach japońskich). Drewniane podłogi wygładzone przez czas są bardzo przyjemne dla bosych stóp! Dostaje się torbę na buty, z którą przechodzi się przez wnętrza. Główna wieża jest wysoka na 31,5 metra, ale ponieważ stoi na wzgórzu i dodatkowo na postumencie, wysokość nad poziomem morza wynosi 92 metry i zdaje się górować nad okolicą. Budynek liczy sobie sześć drewnianych kondygnacji, zwężających się ku górze. Na szczycie jest niewielka świątynka szintoistyczna. Cały kompleks zamku Himeji wpisany jest na listę UNESCO. Dodatkową atrakcją z pewnością są osoby przebrany ze ninja czy wojowników, z którymi nieodpłatnie można sobie zrobić zdjęcia.

Po fosie przy zamku można pływać wynajętą łodzią
Po fosie przy zamku można pływać wynajętą łodzią
Ogród Koko-en
Ogród Koko-en

Ogród japoński Koko-en

Zamek Himeji jest popularny jeszcze z jednego powodu: jest to wyjątkowo malownicze miejsce na hanami, czyli podziwianie sakury. Byliśmy tutaj w połowie kwietnia i wiśnie w znakomitej większości już przekwitły. Nie przeszkadzało to jednak, by podziwiać ogród u podnóża zamku, Koko-en. Ogród ten powstał w 1992 roku w miejscu dawnej zachodniej rezydencji pana feudalnego. Podzielony jest na pięć tematycznych części: sadzawka, ogród bonsai, bambusowy, iglasty i kamienny. Bilet do zamku można kupić w wersji łączonej z ogrodem, zresztą znajduje się on praktycznie przy murach. Jak typowy ogród japoński, przede wszystkim liczy się tu kompozycja oddająca pewien pejzaż.

Bonsai w ogrodzie Koko-en
Bonsai w ogrodzie Koko-en

Samuraje i szoguni

Himeji jest raczej niewielką miejscowością, zwłaszcza jak na japońskie standardy. W centrum poza zamkiem nie ma innych atrakcji. Do zamku można dojść na piechotę z dworca kolejowego lub dojechać autobusem. To drugie może być ciekawe, jeśli zechcemy wybrać się do drugiej największej atrakcji tegoż miasta, czyli na górę Shosha. Co ciekawe, to miejsce jest jeszcze bardziej filmowe, niż sam zamek. Tyle że są to głównie japońskie produkcje kostiumowe oraz „Ostatni samuraj” Edwarda Zwicka.

Widok na dziedziniec zamkowy
Widok na dziedziniec zamkowy

To dobry moment na małą dygresję o samurajach i szogunach. Samuraj to nic innego jak japoński wojownik, odpowiednik naszego rycerza. Choć słowo to jest nadużywane na zachodzie. Pierwotnie samurajowie to było określenie gwardii przybocznej dostojników lub niektórych ich sług. Rycerzy zaś nazywano mianem bushi. W okresie Yamato (VII i VIII wiek) zaczęli stanowić w Kraju Kwitnącej Wiśni grupę społeczną. Nigdy jednak nie przekraczali 10%. Z czasem zaczęli mieć przywileje, tytuły i tak dalej. Dopiero po restauracji Meiji doszło do formalnego zlikwidowania warstwy samurajów w 1871 roku. Tę kwestię pamiętamy z „Ostatniego samuraja”. Terminem Rōnin określało się samurajów bezpańskich. Zarówno tych, którzy stracili swego pana, jak i tych, którzy szukali pracy (byli rycerzami najemnymi).

Zamek Białej Czapli
Zamek Białej Czapli

Szogun

W takim razie kim właściwie jest szogun? Słowo shōgun, które należy transliterować raczej jako siogun (w angielskiej pisowni to shogun i przez filmy wersja z sz się upowszechniła), jest stopniem wojskowym w japońskiej armii i znaczy tyle co generał, zwierzchnik sił zbrojnych, naczelny wódz, tym samym przywódca samurajów. Tymczasową funkcję szoguna pierwszy raz powołano na czas wojny w 794 roku, a po jej zakończeniu w 811 roku funkcja została zniesiona. Przywrócono funkcję szoguna dopiero na końcu XII wieku, ten urząd objął z rąk cesarza Yoritomo Minamoto. Stał się on siódmym szogunem, ale jako pierwszy uznał ten tytuł za dożywotni i co ważne – dziedziczny. Jest to więc początek szogunatu, który bardziej zaczął przypominać możnego pana feudalnego, niż dowodzącego wojskami.

Zamek Himeji w całej okazałości
Zamek Himeji w całej okazałości

Władza szogunów został bardzo wzmocniona przez rody Ashikaga i Tokugawę. Wraz z pierwszym szogunem Kamakura, tworzą trzy główne szogunaty, które następowały po sobie w historii. Od pierwszej połowy XIV wieku szoguni sprawowali realną władzę w Japonii kosztem cesarza, a ustrój społeczny przypominał europejski feudalizm z jasno zaznaczoną drabiną społeczną. Szogunat został zniesiony w 1868 roku w wyniku restauracji cesarskiej władzy. Swoją drogą, w języku japońskim odpowiednikiem słowa „szogunat” jest bakufu.

Miejsca do oglądania hanami
Miejsca do oglądania hanami

Engyō-ji i „Ostatni Samuraj”

Wracając jednak do świątyni: na ogół japońskie świątynie shinto i buddyjskie są bardzo skomercjalizowane i to aż do przesady. Czasem przed świątynią ciągną się alejki, gdzie można kupić wszystko: samurajskie miecze, koszulki z Godzillą, grillowane ośmiornice, dewocjonalia i pocztówki. Bogom można rzucić jakiś grosz do skarbony, ostatecznie to świątynia, ale co innego jest ważne. Natomiast Engyō-ji na Górze Shosha to zupełnie inna sprawa. Jest to jedno z ważnych miejsc pielgrzymkowych i rzeczywiście: w wagoniku kolejki wiozącej nas na górę, byli buddyjscy pielgrzymi. Jak wszystkie inne świątynie, które widzieliśmy w Japonii, są piękne, to jednak najczęściej nie czuje się wiary i duchowości, tak ta wyróżnia się skupieniem. Więcej tu było pątników niż turystów.

Wjazd na górę Shosha
Wjazd na górę Shosha
Buddyjskie ozdoby
Buddyjskie ozdoby

Kompleks został założony w 966 roku i choć wielokrotnie przebudowywany i odnawiany, można tu poczuć tysiąc lat historii. Ze względu na surowy wygląd świątyń, które nie są bogato zdobione, ani malowane, a także przez brak widocznych elementów nowoczesności, Engyō-ji jest chętnie wykorzystywane w filmach, zwłaszcza kostiumowych. Tutaj kręcono część scen z wioski w filmie „Ostatni samuraj” (2009) Edwarda Zwicka z Tomem Cruisem (naprzemiennie z lokacjami w Nowej Zelandii), filmy Kurosawy i liczne japońskie produkcje historyczne. W świątyni jest nawet krótki przewodnik po najnowszych filmach, niestety większości dla nas nieznanych.

Engyō-ji
Engyō-ji
Engyō-ji
Engyō-ji

Dojazd i przemieszczanie się po Himeji

Do świątyni dojeżdża się miejskim autobusem. Przy dworcu znajduje się centrum turystyczne, tam można kupić bilet łączony, który uprawnia do przejazdu autobusem do zamku, stamtąd pod górę i z powrotem na dworzec. Dodatkowo w bilecie wliczono też wjazd kolejką linową na górę. Bilet pozwala na pojechanie wpierw do zamku, potem na górę i to bardzo dobre rozwiązanie, by zwiedzić całe Himeji, które jest bardzo wyjątkowym miejscem.

Miejsce znane z „Ostatniego Samuraja”
Miejsce znane z „Ostatniego Samuraja”
Engyō-ji
Engyō-ji

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Himeji Podróżowanie
Szlak filmowy
Himeji
Split
Szlaku religijny
Himeji
Góra Karmel
Share Button

Antwerpia, miasto Rubensa

Gdy tylko przybyliśmy do Antwerpii (nied. Antwerpen), już na wstępie olbrzymie wrażenie robi dworzec kolejowy, z jego wielopoziomowymi peronami i wspaniałym holem. Pociągi odjeżdżają z różnych poziomów, co fajnie się obserwuje z góry, ale starsza część budynku robi wręcz oszałamiające wrażenie. Podobnie jak wiele innych miejsc w tym mieście, gdzie mamy mnóstwo ciekawych rzeczy do odkrywania. Portowa Antwerpia ma dziś dużo więcej do zaoferowania niż tylko przemysłowe dzielnice.

Dworzec kolejowy
Dworzec kolejowy

Bogate miasto Antwerpia

Wynika to z dwóch rzeczy. Po pierwsze w porównaniu z bliską Holandią, w szczególności z Amsterdamem, architektura – ta historyczna – jest bogatsza i bardziej urozmaicona. Poniekąd nie tylko z powodu zamożności miasta i jego mieszkańców, ale także z uwarunkowań religijnych i wynikających stąd tradycji oraz przekonań architektonicznych. Kraje historycznie katolickie, a do takich należy Belgia, mają bardziej ozdobną architekturę, natomiast protestancka (dawniej, obecnie więcej jest katolików) Holandia to typ bardziej powściągliwej i skromniejszej (pozornie) architektury. Przemieszczając się między jednym, a drugim państwem te różnice są bardzo interesujące, ciekawe i zauważalne. Zwłaszcza jak Antwerpia jest pierwszym etapem podróży z Holandii.

Budynki przypominające Brukselę
Budynki przypominające Brukselę

Drugi powód różnorodności Antwerpii to właśnie wspomniana wcześniej zamożność. W XVI wieku było to największe i najbogatsze miasto handlowe Europy. Tu też założono pierwszą na świecie giełdę. Dzięki szerokiemu ujściu rzeki Skalda było to dobrze ulokowane miasto portowe. Z jednej strony nie odsłonięte, z drugiej  okręty mogły tu swobodnie wpływać.

Widok na katedrę Najświętszej Marii Panny
Widok na katedrę Najświętszej Marii Panny

Samo miasto jest różnorodne. Ocalały tu także starsze budynki, zaś tak zwane plomby w centrum zazwyczaj nie wadzą tak strasznie, choć wiele z nich powstało wkrótce po wojnie, co ma wpływ na architekturę. Nas jednak interesuje starsza zabudowa. Warto choćby udać się do twierdzy Het Steen, która wnosi się nad rzeką Skaldą. Samą fortecę można zwiedzić. Jej mury są otwarte praktycznie całą dobę i stanowią doskonałe miejsce spacerowe.

Zamek Het Steen
Zamek Het Steen

Nieopodal rozciągają się porty lub pozostałości po nich. Czasem mamy specjalnie pozostawione stare zabudowania czy żurawie, co robi klimat i przyciąga turystów. Ciekawe jest też to, że pod Skaldą można przejść tunelem, tak by ograniczać budowę blokujących okręty mostów.

Antwerpia
Antwerpia

Odcięte dłonie

W Antwerpii jest pełno odciętych dłoni, oczywiście nie prawdziwych, ale pojawiają się jako rzeźby, dekoracje, elementy elewacji, fontanny. Związana jest z nimi legenda i powstanie nazwy miasta, które znaczy „rzucać dłoń”. Otóż, miastem rządził twardy władca-olbrzym Druon Antigoon, który od przepływających Skaldą statków żądał wysokiego myta. Gdy ktoś nie płacił, wówczas odcinał mu dłoń i wrzucał do rzeki. Złego włodarza pokonał dzielny rzymski żołnierz Silvius Brabo. Przed zabiciem Druona, Silvius obciął olbrzymowi dłoń i cisnął ją do Skaldy, a jakże. W XIX wieku na głównym placu Antwerpii stanęła fontanna Brabo, a odcięta dłoń to symbol miasta.

Pomnik odciętej dłoni
Pomnik odciętej dłoni

Sam plac, czyli główny rynek (Grote Markt) to kilka bardzo interesujących budynków, te już przypominają trochę architekturę holenderską, ale też mocno przypomina to rynek brukselski. Sam ratusz także jest bardzo ładny i interesujący. Zaś blisko znajduje się gotycka katedra Najświętszej Marii Panny (katolicka) z charakterystyczną wysoką wieżą.

Uniwersystet
Uniwersystet

Dom Rubensa i muzeum Van Den Bergh

Będąc w Antwerpii warto też chwilę poświęcić na sztukę. Takim miejscem godnym uwagi jest muzeum Mayera van den Bergha. Van den Bergh był kolekcjonerem zafascynowanym głównie sztuką średniowieczną i nowożytną (m.in. malarstwo XIV – XVIII w.) przeważnie obszaru Flandrii, Walonii, Brabancji. Kolekcję otworzono dla szerokiej publiki w domu kolekcjonera niedługo po jego śmierci, na początku XX wieku. Do najważniejszych dzieł wystawionych tutaj należy „Szalona Gocha” Petera Bruegla Starszego, niestety podczas naszej wizyty pojechała na renowację.

muzeum Mayera van den Bergha
muzeum Mayera van den Bergha

Muzeum Van den Bergh ma bilet łączony z innym bardzo ważnym miejscem miasta, domem Rubensa, choć w sumie to już bardziej muzeum. Jeśli porównywać to z warsztatem Rembrandta z Amsterdamu, to niestety wypada to gorzej, właśnie dlatego, że niewiele zachowało się z oryginalnego charakteru. Niemniej jednak dość dobrze oddaje to epokę i warunki, w jakich Peter Rubens tworzył, ale to raczej typowa ekspozycja w podobnych miejscach. Można też oglądać niektóre z jego dzieł, choć obrazów Rubensa warto też poszukać w kościołach.

Dom Rubensa
Dom Rubensa

Mapę miasta można dostać już na dworcu w informacji turystycznej, ale trzeba o nią poprosić.  Antwerpia to doskonałe miejsce na spacer po starym mieście, które jest tu dość różnorodne. Jest wiele miejsc, gdzie można skosztować słynnych belgijskich frytek, można też się natknąć na dzielnicę czerwonych latarni (blisko centrum, acz w przeciwieństwie do amsterdamskiej pozbawiona tłumów gapiących się turystów). No i jeszcze wielbiciele sztuki będą ukontentowani.

Ratusz, Grote Markt i fontanna Brabo
Ratusz, Grote Markt i fontanna Brabo

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak belgijski
Antwerpia Gandawa
Share Button

Mestia, górna Swanetia i lodowiec Chalaadi

Wśród gruzińskich zabytków UNESCO jest jeden szczególny. To Górna Swanetia wpisana ze względu na wspaniałą naturę, jak i pewne elementy kulturowe. Stolicą tego regionu jest Mestia (gruz. მესტია), stanowiąca doskonałą bazę wypadową do zwiedzania okolic.

Charakterystyczne wieże w Mestii
Charakterystyczne wieże w Mestii

Górna Swanetia i Mestia

Poza naturalnymi walorami Górnej Swanetii, region dostał się na listę UNESCO z powodu licznych zabytkowych cerkwi oraz baszt obronnych. Te drugie wznoszą się w wielu miejscowościach, bardziej nawet na zasadzie przydomowej zabudowy, niż wspólnych obwarowań. Wynika to wprost z kultury Swanów, czyli lokalnego ludu, z odrębną kulturą i językiem podobnym do gruzińskiego. Jeszcze w średniowieczu ważne dla nich były rody i klany, zaś bardziej niż zewnętrznych wrogów, którzy mogli najechać ziemię, obawiali się konkurentów. Stąd każda zamożniejsza i bardziej znacząca rodzina budowała basztę rodową, czyli dom i twierdzę jednocześnie. Nie tylko by bronić się przed sąsiadami, ale czasem aby się przed nimi popisać. Wiele z tych budowli przetrwało do dziś. Najczęściej stoją na podwórku obok domu, obory i innych zabudowań. To sprawia, że widoki są tu dość wyjątkowe. Baszty znajdują się także w samem Mestii. Nie trzeba ich szukać daleko.

Mestia - dojazd i widok na góry
Mestia – dojazd i widok na góry

Mestia właściwie składa się z kilku wsi położonych blisko siebie. Obecnie straciła już swój dawny charakter, stając się prężnym centrum turystycznym. Stąd da się zorganizować wiele wycieczek po okolicy, tak wędrując samodzielnie, jak i wynajmując konia, samochód, przewodnika. Inwestycje w turystykę są coraz większe i jest to bardzo zauważalne. To ta część Gruzji, w której szlaki są całkiem dobrze oznaczone. W mieście mamy też muzeum i kilka innych atrakcji, ale powiedzmy sobie wprost, tu zdecydowanie lepiej wybrać się na górską wycieczkę.

Okolice Mestii
Okolice Mestii

Zmienia się także droga dojazdowa. Obecnie jest remontowana, przebudowana, tak by ułatwić dotarcie turystom. Jednak wciąż jest to bardzo ciekawa trasa do przejechania, nie tylko ze względu na widoki. O podróżowaniu po Gruzji samodzielnie już pisaliśmy. Tu poza krowami, dochodzą przede wszystkim ostre zakręty, brak barierek (ale te powoli powstają). Droga w większości już jest asfaltowa, choć jeszcze niedawno była to zwykła szrutówka.

Droga na lodowiec
Droga na lodowiec

Lodowiec Chalaadi

Mając zdecydowanie za mało czasu na chodzenie po okolicy, wybraliśmy się na lodowiec Chalaadi. Wpierw trzeba było pojechać z Mestii do rzeki, tam jest mały parking przed szlakiem (ok. 11 km, głównie zwykłą drogą). Przejść przez wiszący most, a następnie iść prostą trasą na lodowiec.

Droga na lodowiec
Droga na lodowiec

Faktycznie, szlak był bardzo dobrze oznaczony. Znaki namalowane są dość często, więc trudno się zgubić. Jednak na tym właściwie pomóc się kończy, bo w większości droga nie jest w żaden sposób uporządkowana. Jest bardzo dzika, czasem trzeba skakać po kamieniach, przeprawiać się przez błoto. To jest właśnie w tym wszystkim najpiękniejsze, bo bardzo naturalne.

Lodowiec Chalaadi z daleka
Lodowiec Chalaadi z daleka

Sam lodowiec, z którego wypływa rzeka, to bez wątpienia wspaniały widok. Rano jeszcze nie ma tu wielu ludzi, więc można to spokojnie obejrzeć. Warto jednak pamiętać, że zwłaszcza w dalszej części, gdzie chodzi się po niezbyt stabilnych kamieniach i skalnych odłamkach, łatwo o skręcenie nogi czy inny drobny wypadek. Więc lepiej wybrać się na taką wyprawę w ciut większej ekipie, a już z pewnością nie w pojedynkę.

Okolice lodowca Chalaadi
Okolice lodowca Chalaadi

Do Mestii latają także samoloty, ale niestety nie regularnie. Zwłaszcza w zimie, gdy są problemy z pogodą, nie ma co na nie liczyć. Za to bez problemu znajdziemy marszrutkę, która tu dojedzie, nie mówiąc o mnóstwie wycieczek.

Lodowiec Chalaadi
Lodowiec Chalaadi
Lodowiec Chalaadi
Lodowiec Chalaadi

Bez wątpienia jest to ta część Gruzji, która zasługuje na więcej czasu. Obecnie Mestia i okolice przeobrażają się. Gruzini chcą, by to była taka nowa, tańsza Szwajcaria. Są na dobrej drodze. Może więc warto zobaczyć ten region wcześniej, zanim w pełni zostanie przerobiony na turystyczną atrakcję.

Okolice lodowca Chalaadi
Okolice lodowca Chalaadi
Droga na lodowiec jest miejscami kamienista i niezbyt stabilna
Droga na lodowiec jest miejscami kamienista i niezbyt stabilna

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Mestia
Share Button

Park Narodowy Gobustan / Qobustan i petroglify

Jednym z dwóch (przynajmniej obecnie) miejsc z listy UNESCO w Azerbejdżanie jest Park Narodowy Gobustanu (azer. Qobustan Milli Parkı), w niektórych miejscach opisywany u nas także jako Park Narodowy Qobustan lub Rezerwat Petroglifów Gobustan. Pomijając kwestię transkrypcji i nazewnictwa to jedno i to samo miejsce. Nazwa Park jest chyba bardziej trafna, ale to bez wątpienia lokacja znajdująca się pod ścisła ochroną.

Park Narodowy Gobustan i muzuem
Park Narodowy Gobustan i muzuem

Petroglify

Prehistoryczne petroglify to liczące sobie przeszło 12 tysięcy lat naskalne rysunki, choć najstarsze mają podobno nawet 40 tys. lat! Przedstawiają zarówno zwierzęta, jak i czasem ludzi, czy prymitywne przedmioty. Większość z nich powstało wewnątrz jaskiń, lub w bardzo bliskim ich sąsiedztwie. Dziś wszystko się zawaliło, pozostały skały, ale wiele z tych petroglifów przetrwało. Zresztą cała okolica była wielokrotnie zalewana, a potem znów zamieniała się w pustynię. Jaskinie nie miały szans przetrwać, skały i petroglify szczęśliwie tak.

Qobustan - skały
Qobustan – skały

Oprócz naskalnych rysunków znaleziono tutaj inne ślady bytności człowieka: narzędzia, skorupy, pochówki. Ciekawym znaleziskiem była łacińska inskrypcja rzymska wykuta między 84 a 96 rokiem naszej ery. Jest to najdalej na wschód wysunięty dowód na pobyt wojsk rzymskich.

Petroglify w Gobustanie
Petroglify w Gobustanie

Sam rezerwat duży nie jest. Trasa swobodnym krokiem powinna zająć około godziny i jest to raczej niewymagająca przechadzka. Petroglify są w różnym stanie. Jedne dość łatwo rozpoznać i dostrzec, inne trzeba odszukać.

Qobustan i petroglify
Qobustan i petroglify

Góra, na której znajduje się rezerwat, to także dobry punkt widokowy na okolicę. Widać tam zarówno Morze Kaspijskie (lub jezioro, jak kto woli), jak i pustynne wzniesienia, czy szyby naftowe.

Ślady wczesnych ludzkich działań
Ślady wczesnych ludzkich działań

Gobustan – muzeum i park narodowy

Przed wjazdem na teren rezerwatu znajduje się małe, nowoczesne muzeum ukazujące historię tego miejsca, ślady pierwszego osadnictwa. Można się tam też nauczyć czytać, czy może rozpoznawać petroglify. Wiele z nich jest łatwych do skojarzenia, ale są też trudniejsze. Znajomość kształtów może się przydać już na szlaku, wtedy łatwiej rozróżnić, które z nich to dzieło ludzi, a które natury. Muzeum jest zrobione z pomysłem, zdecydowanie zasługuje na uwagę.

Gobustan - petroglify
Gobustan – petroglify

Bilety kupuje się przy muzeum (i od niego warto zacząć zwiedzanie). Parkingi są zarówno przy muzeum, jak i przy samym wejściu do rezerwatu. Dojazd może być problemowy, bo niestety nie ma co liczyć na zorganizowany transport. Zostaje albo wynająć samochód, albo wziąć taksówkę (np. z Baku). Na GPSie dość łatwo znaleźć to miejsce, opierając się na samych oznaczeniach drogowych można trochę pobłądzić.

Widok na morze Kaspijskie
Widok na morze Kaspijskie

Obszar parku oczywiście jest większy niż tylko rezerwat. Ale to właśnie ten ostatni przyciąga najwięcej turystów (choć nie ma ich tu wcale tak wielu). W innych częściach parku, czy okolicach Gobustanu można natknąć się choćby na wulkany błotne, podobne do tych, które już opisywaliśmy. Samo zwiedzanie parku zaś przypomina Göreme w Kapadocji, gdzie także pośród skał znajdowały się ślady dawnych ludzkich siedzib.

Gobustan / Qobustan
Gobustan / Qobustan

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
PN Gobustan Podsumowanie
Share Button

Auckland, największe miasto Nowej Zelandii

Auckland to największe miasto Nowej Zelandii, jednocześnie stolica biznesowa, naukowa i kulturalna, ale nie polityczna. W aglomeracji mieszka prawie 1,5 miliona osób, co stanowi około 1/4 wszystkich mieszkańców kraju. Przy czym jakieś 40% populacji miasta to imigranci z Chin, Korei Południowej, Indii, Filipin, Południowej Afryki, Wielkiej Brytanii i wysp Polinezji, tworzą barwną, wielokulturową i wielosmakową (jeśli chodzi o lokalne restauracje) mieszankę. To zupełnie inna Nowa Zelandia niż reszta kraju, bardziej miejska.

Posąg krasnoluda na lotnisku AKL
Posąg krasnoluda na lotnisku AKL

Auckland od Maorysów do dziś

Miasto znajduje się u podnóża wygasłego wulkanu Eden, pomiędzy morzem Tasmana i Oceanem Spokojnym (przesmyk Tamaki). To też największy hub lotniczy w Nowej Zelandii, co czyni to miasto popularnym miejscem rozpoczynania lub kończenia przygody z tym krajem. Już na lotnisku czujemy się filmowo. Wystawiono tu kamienne posągi krasnoludów z „Władcy Pierścieni”.

Wieża telewizyjna
Wieża telewizyjna

Miasto ma dwie nazwy maoryskie. Ākarana to tłumaczenie z angielskiego, właściwa nazwa to Tāmaki-makau-rau oznacza tyle, co żyzna kraina otoczona ze wszystkich stron wodą. Maorysi osiedlili się w tym miejscu około roku 1350. W 1832 sprzedali tę ziemię Josephowi Brooksowi Wellerowi. Od tego momentu oficjalnie istniała tu osada wielorybników. Wcześniej Europejczycy zapewne też tu mieszkali. W lutym 1840 roku gubernator Nowej Zelandii William Hobson zdecydował wybudować tu nową stolicę, wtedy właśnie założono miasto. Wówczas stolicą kolonii było Okiato (obecnie Russell), które Hobson uznawał jedynie za tymczasową stolicę. Budowę nowego miasta wsparły też lokalne plemiona moaryskie, jako znak dobrej woli. Auckland było stolicą tej brytyjskiej kolonii do 1865 roku (wtedy przeniesiono ją do Wellington), choć tu ciekawostka, prawa miejskie otrzymało dopiero w 1871 roku. Hobson odpowiada też za nazwę angielską. Wybrana została by uczcić George’a Edena, wicekróla Indii i hrabiego Auckland.

Ratusz
Ratusz

Pomijając powyższy akapit, Auckland nie ma długiej czy zawiłej historii, a co za tym idzie zabytków. Jest kilka miejsc, które bez wątpienia wyróżniają się od reszty, ale jak w innych miastach Nowej Zelandii, warto sobie przypomnieć, że do tego kraju jedzie się dla natury.

Centrum Auckland
Centrum Auckland

Centrum biznesowe Nowej Zelandii

Większość budynków, które wpadają w oko, pochodzi jeszcze z czasów kolonialnych, głównie z przełomu XIX i XX stulecia. Są one bardzo angielskie. Nowe budowle niestety najczęściej są bezpłciowe, nijakie. Wygląda to tak, jakby miasta rozwijały się w latach 70. czy 80. i dalej kontynuowały ten styl, nie patrząc na to, co dzieje się na świecie. Pięknie wygląda choćby stary budynek terminala promów przy porcie. Zresztą, ta część miasta ma swój klimat. Widać stąd ładną panoramę na wieżowce. Lepiej już chyba wygląda jedynie z powietrza, ewentualnie  w nocy, gdy jest jakoś oświetlone. Zaś sam port z przeróżnymi jachtami jest naprawdę klimatyczny, no i wewnątrz można się kąpać. Jest specjalne zejście do wody i ludzie to wykorzystują.

Nowozelandzkie drapacze chmur
Nowozelandzkie drapacze chmur

Drapacze chmur do najwyższych nie należą, ani też do jakiś wyszukanych. Chyba najlepiej określić to słowem, że to nie jest architektura, a zabudowania. Podobnie sprawa wygląda z wieżą telewizyjną, punkt dość charakterystyczny, wybijający się z reszty wysokością i kształtem.

Stary terminal promowy
Stary terminal promowy

Usilne próby szukania własnego stylu widać także choćby w katedrze. Obok klimatycznej, małej, angielskiej, jest i nowa. Ta starsza wygląda interesująca, nowa to eksperyment. Jest też bardzo nadęty War Memorial upamiętniający udział Nowej Zelandii w I wojnie światowej, choć ten i tak wygląda lepiej niż podobny w Wellington. Czyli kloc zbudowany w nieudolnej wersji stylu neoklasycznego, ma być duży i monumentalny, szczegóły wykonania istotne nie są. Niestety takie podejście jest dość częste przy tego typu budowlach czy to w Stanach, czy właśnie Nowej Zelandii. Miasta nie ratuje też główna ulica Queen Street. Parę sklepów, czasem znajdzie się coś ładnego. Choćby ratusz. Konkluzja jest prosta: Auckland nie jest interesującym miejscem do zwiedzania zabytków architektury. Nie ta część świata.

Nowoczesna katedra
Nowoczesna katedra

Zoo i parki

Jest coś ciekawego do zobaczenia w Auckland poza portem? Parki. W centrum oczywiście króluje Albert’s Park, zdecydowanie najciekawszy. Wokół War Memorial też jest duży zielony teren, no i w samym centrum bardzo wiele mniejszych obszarów zielonych. Bardziej na obrzeżach znajduje się ogród botaniczny, a trochę bliżej miejsce, które było naszą pierwszą atrakcją odwiedzoną w Nowej Zelandii. To ogród zoologiczny.

Memoriał wojenny
Memoriał wojenny

Nowa Zelandia to jedna wielka ciekawostka zoologiczna i botaniczna. Właśnie z tego względu pierwszym naszym punktem zwiedzania miało być Zoo w Auckland. Tutaj też mamy największe szanse zobaczyć kiwi czy hatterię, czy masę innych zwierząt na które można się natknąć, ale niekoniecznie jest to tak łatwe i możliwe. Kiwi, rzadziej hatterię, da się zobaczyć w kilku miejscach w Nowej Zelandii. To dość popularna atrakcja, tak więc jeśli nie tu, to na centrum kiwi albo coś w tym stylu można się natknąć jeżdżąc po kraju.

Modrzyk ciemny
Modrzyk ciemny

Warto podkreślić, że naturalnie występują tu tylko dwa rodzaje ssaków: foki i nietoperze. Waleni nie liczymy, bo nie ma ich na lądzie. Wszystkie inne: szczury, oposy, króliki, owce, krowy, psy, koty, ludzie, pojawiły się tutaj za sprawą tych ostatnich. Pierwsi ludzie – polinezyjscy Maorysi – przypłynęli na południową wyspę około 1280 roku (naszej ery oczywiście) i zaczęli kolonizować wyspy. To oni przywieźli ze sobą pierwsze obce gatunki zwierząt.

Węgorz nowozelandzki
Węgorz nowozelandzki

Żywe skamieniałości

Pierwszy biały człowiek – Holender o nazwisku Abel Tasman – odkrył ten ląd w połowie XVII wieku. Gdy wraz z załogą zszedł na ląd, został zaatakowany przez tubylców, opuścił więc wyspę. Nie wiemy, może już on zawlókł jakieś europejskie zwierzęta. Ponownie dla Europy Nowa Zelandia (nazwana tak przez Tasmana) została odkryta przez Jamesa Cooka w 1769 roku. Wtedy zaczyna się historia krwawych wojen i podboju kraju przez ludzi i zwierzęta. Człowiek i przywleczone przez niego obce gatunki flory i fauny doprowadziły do zagłady wielu lokalnych gatunków, a kolejne są zagrożone do dziś.

Nie ma już potężnych strusi moa: te największe współczesne ptaki osiągały nawet 3,6 metra wysokości! Maorysi zabijali je dla mięsa i gatunek wymarł pod koniec XIV lub już w XV wieku. Na moa polowały siejące grozę orły Haasta. Osiągały rozpiętość skrzydeł ponad 2,5 metra, wagę aż 10 kg. Gdy ich główne źródło pokarmu było przetrzebione, z głodu polowały na ludzi. Ludziom się to nie spodobało i już w XV wieku orły Haasta bezpowrotnie zniknęły z nieboskłonu. Wymarł także kurobród różnodzioby (przez Maorysów nazywany Huia), niestety ta lista jest znacznie  dłuższa.

Hatteria
Hatteria

Za to do dziś żyje hatteria lub tuatara jak tu na nią mówią. Ta żyjąca skamielina choć przypomina jaszczurkę, więcej ma wspólnego z dinozaurami. Żyją tylko dwa przedstawiciele swego rodzaju – hatteria i hatteria niespodziana, oba występują obecnie na mniejszych wyspach Nowej Zelandii. Zobaczenie jej w naturze jest dość ciężkie. Tu w zoo dało się im dość dobrze przyjrzeć. Wprawne oko dostrzeże różnice w ogonie, czaszce (w końcu jest tam miejsce na trzecie oko) w porównaniu do zwykłych jaszczurek. I choć ogólnie przyjęło się uważać, że to kiwi jest największą atrakcją zoologiczną tego kraju, to właśnie ten gad jest zdecydowanie najciekawszym gatunkiem. To naprawdę jest żywa skamieniałość. Zagrożona wymarciem, szczęśliwie jednak chroniona.

Kiwi można zobaczyć tylko w ciemnych pawilonach
Kiwi można zobaczyć tylko w ciemnych pawilonach

Gdzie zobaczyć kiwi

No i oczywiście kiwi. Te zabawne nieloty, po których Zelandczycy sami siebie nazywają, są nocnymi stworzeniami. Za pomocą długich dziobów i silnych łap rozgrzebują ściółkę leśną w poszukiwaniu pokarmu: bezkręgowców i nasion. W orientowaniu się w przestrzeni pomagają im wibrysy u nasady dzioba oraz znakomity węch i słuch, wzrok natomiast mają słaby. Populacji czterech podgatunków kiwi zagrażają psy – nie tylko te zdziczałe, ale i udomowione, puszczane samopas – oraz szczury (polinezyjski i europejski), które wybierają wysokoenergetyczne jajka z gniazd.

Kiwi są ptakami nocnymi, więc wszędzie, gdzie można je oglądać, wystawiane są w nocnych pawilonach. W wielu obowiązuje całkowity zakaz robienia zdjęć, w pozostałych (jak w zoo w Auckland) zakaz używania lampy błyskowej. By zrobić im zdjęcie, trzeba mieć trochę szczęścia. Nam udało się załapać na czyjąś lampę. Kiwi jest bardzo charakterystycznym ptakiem, wyglądającym bardzo sympatycznie, w dodatku kojarzonym z tym krajem. Pewnie dlatego Nowozelandczycy sami siebie określają mianem kiwi. Zresztą ochrona tych ptaków jak i chwalenie się nimi jest tu dość częste.

Nestor kaka
Nestor kaka

Nowa Zelandia to przede wszystkim kraj ptaków, więc w zoo jest ich bardzo wiele. Mamy olbrzymie woliery, mnóstwo lokalnej roślinności, tabliczek z informacjami. Wizyta tu to bardzo pouczająca i ciekawa atrakcja.

Port w Auckland
Port w Auckland

Do zoo z pewnością warto się wybrać. Będzie dobrym uzupełnieniem odwiedzanej natury w tym kraju. Bo o ile rośliny się nie przemieszczają, by zobaczyć wiele z tych fascynujących zwierząt zwyczajnie trzeba mieć szczęście. A reszta Auckland? Cóż, Nowozolendczycy też muszą gdzieś żyć i pracować, a turyści skądś zaczynać swą przygodę lub ją kończyć. Natomiast w jednym Auckland doskonale wpisuje się w resztę kraju: najlepiej poruszać się po nim samochodem. Transport lokalny jest, z lotniska do centrum nawet dość dobrze zorganizowany, ale jeśli chcemy skakać po różnych częściach miasta, auto okaże się nieodzowne.

Widok na centrum z portu
Widok na centrum z portu

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Auckland
Share Button

Siena, średniowieczna perła Toskanii i Bond

We Włoszech jest wiele charakterystycznych miast. Takich, których architektura, cegły, czy kolory pozostają w pamięć i wyróżniają się na tle innych. Siena zaś wyróżnia się bardzo mocno. Zabytkowe centrum, wpisane oczywiście na listę UNESCO, to bardzo szczególna podróż, jakby nie tylko do Italii, ale też w przeszłość, wprost do średniowiecza.

Widok na Piazza del Campo
Widok na Piazza del Campo

Średniowieczna Siena i James Bond

To co rzuca się w oczy, to fakt, że budynki najczęściej nie mają tu tynku. Są ceglane. Wciąż widoczne jest tu dawne ustawienie uliczek, robi to fenomenalne wrażenie. Prawda jest taka, że to jest jedno z tych miast, na które przeznaczyliśmy zdecydowanie za mało czasu. Tu samo błądzenie jest niesamowite. Ciasna średniowieczna zabudowa to przyjemne miejsce do spacerów, a za każdym niemal rogiem otwiera się nowy interesujący widok.

Siena - Piazza del Campo
Siena – Piazza del Campo

Nas do Sieny ściągnął  James Bond i „Quantum of Solance”. Akcja filmu działa się na Piazza del Campo, czyli głównym, bardzo charakterystycznym, przypominającym trochę muszlę lub amfiteatr rynkiem. Ten amfiteatr jest tu o tyle istotny, że właściwie dziś nikt nie wie dokładnie, dlaczego to miejsce ma taki kształt. Jedna z teorii mówi właśnie, że kiedyś znajdował się tu rzymski amfiteatr, na ruinach którego powstał rynek.

Piazza del Campo
Piazza del Campo

Oprócz budynków mieszkalnych, znajduje się tu też charakterystyczny ratusz Palazzo Pubblico z dzwonnicą Torre del Mangia. Natomiast dwa razy w roku w tym miejscu odbywają się wyścigi konne Palio di Siena, zresztą widoczne w Bondzie. Zdjęcia na placu realizowano w dwóch turach, raz podczas Palio, a potem ekipa filmowa wróciła tu kilka miesięcy później.

Katedra
Katedra

Katedra i Medyceusze

Drugim bardzo istotnym zabytkiem Sieny jest katedra. Znajduje się ona blisko głównego rynku. Trzeba przyznać, że robi ona znów fenomenalne wrażenie. Mocno kontrastuje z resztą miasta. Ma ozdobną fasadę przy głównym wejściu, jednocześnie w środku jest trochę bardziej stonowana, acz wciąż robiąca duże wrażenie. Bardzo charakterystycznym elementem jest kampanila, czyli biało-czarna dzwonnica. Te kolory są także wykorzystane wewnątrz katedry. Jest też w środku ciekawsza i bogatsza niż choćby słynna katedra we Florencji, dlatego ta sieneńska robi wielkie wrażenie.

Wnętrze katedry
Wnętrze katedry

No i pośrednio pojawiła się także w Bondzie. Choć raczej jej komputerowa wersja, która w filmie niby była odrestaurowywana. Walkę na dzwonnicy czy część pościgu kręcono w studio. Widać jednak tą charakterystyczną czarno-białą fasadę, czy zdobienie kolumn.

Fragment twierdzy Medyceuszy
Fragment twierdzy Medyceuszy

Ciekawym miejscem jest też twierdza Medyceuszy. Jej rola została obecnie zmieniona, ale to dobre miejsce widokowe, z którego widać całe miasto, w tym także charakterystyczne dachy, również pokazane w Bondzie.

Wąskie uliczki Sieny
Wąskie uliczki Sieny

Historia Sieny

Jeśli chodzi o historię miasta to sięga ona czasów Etrusków. Według legendy założyli je synowie Remusa – Senio i Aschio uciekający przed Romulusem. Od V wieku była to siedziba biskupstwa. Przez wiele lat miasto też konkurowało z Florencją, która ostatecznie podporządkowała sobie Sienę w 1473 roku. Miasto rozsławiła też święta Katarzyna ze Sieny.

Siena
Siena

Siena ma raczej dobre oznaczenia turystyczne, ale jednocześnie nie przyciąga tak wielu osób. Nie udało się nam znaleźć darmowych mapek, ale można sobie poradzić bez nich. Jest tutaj też czysto i niezbyt tłocznie. No i ciekawą rzeczą jest dworzec kolejowy. Perony znajdują się na zupełnie innym poziomie niż główne wejście, więc wiąże się to z długą jazdą schodami ruchomymi.

Piękne, średniowieczne uliczki Sieny
Piękne, średniowieczne uliczki Sieny

Z Bondowych miejsc prócz placu, w filmie pojawiają się krótkie ujęcia kościoła świętego Józefa, czy klasztoru św. Augusta. Reszta to kilka uliczek, które da się wypatrzeć. Natomiast filmowo stacja kolejowa w Sienie pojawia się w „Ukrytych pragnieniach” Bernardo Bertolucciego. Kręcono tu także „Romeo i Julię” Franco Zeffirelliego (z 1968) a także „Dekameron” Davida Lelanda.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak włoski
Siena Etna
Szlak filmowy
Siena
Share Button

Kutaisi i monastyr Gelati

Drugie pod względem wielkości miasto w Gruzji to Kutaisi (gruz. ქუთაისი). Obecnie znajduje się tu między innymi siedziba parlamentu. Zlokalizowane prawie w samym centrum Gruzji, stąd łatwo pojechać zarówno w góry (w okolice Mestii), nad Morze Czarne, bardziej na południe czy wschód do Tbilisi. A jeśli dodamy, że z Polski latają tam tanie linie, to jest to naprawdę dobra baza wypadowa. Zwłaszcza, że nawet bliskie okolice mają wiele do zaoferowania. Swoją drogą miasto obecnie jest siedzibą parlamentu gruzińskiego i tym samym drugą stolicą.

Okolice centrum - Kutaisi
Okolice centrum – Kutaisi

Kutaisi – historia miasta

Centrum Kutaisi nie jest tak interesujące jak choćby Tbilisi. Szczęśliwie znajdzie się tu kilka punktów wartych zobaczenia, ale nie ma co na to wszystko poświęcać wiele czasu. Jak wspominaliśmy, bliższe i dalsze okolice miasta są zdecydowanie ciekawsze.

Teatr Lado-Alex Meschiszwili
Teatr im. Lado-Alex Meschiszwili (zaczął działać w 1859, ten budynek pochodzi z 1955).

Miasto znajduje się nad rzeką Rioni, nadbrzeże i koryto są dość interesujące, ze względu na zabudowania, jak i oświetlone mosty. Na północnym brzegu wznosi się górująca nad miastem katedra Bagrati. Stamtąd mamy bardzo dobry widok na starą część Kutaisi. Niestety jak w wielu miejscach w Gruzji, tak i tu widać wieloletnie braki i niedofinansowanie.

Czerwony most nad rzeką Roni
Czerwony most nad rzeką Roni

To miejsce ma też mitologiczne znaczenie (mity greckie się kłaniają). Jazon i Argonauci przyjechali do mitycznego Ai w Kolchidzie w poszukiwaniu złotego runa. To właśnie dzisiejsze Kutaisi w Gruzji, a zamiast złotego barana (lub stosu monet) raczej znajdziemy tutaj poradziecki przemysł.

Chleb wypiekany w tradycyjnym gruzińskim piecu
Chleb wypiekany w tradycyjnym gruzińskim piecu. Przyczepia się go do ściany, a potem, gdy upiecze odrywa. W Kutaisi (jak i w wielu miejscach w Gruzji) jest wiele tradycyjnych piekarni. Czasem można zobaczyć jak wypiekany jest ten chleb.

Jest jeszcze jeden radziecki aspekt o którym warto wspomnieć. W 1945 roku w obozach pracy w Kutaisi sowieci zamknęli aresztowanych w Wilnie Polaków (przeważnie żołnierzy AK). Zostali oni zmuszeni do pracy w fabrykach, kamieniołomach i przy budowie dróg.

Katedra Bagrati
Katedra Bagrati lub Bagrata (w zależności od transkrypcji)

Katedra Bagrata

Sama katedra Bagrata (Zaśnięcia Bogurodzicy) historycznie była trochę większa, niż to co przetrwało do dziś. Można wokół niej zobaczyć pozostałości po nawach, ale też dawnego zamku. Świątynia zaś ma znów mocno zauważalny gruziński styl. Katedra została wpisana na listę UNESCO, ale nie samodzielnie, raczej jako część większego kompleksu z monastyrem Gelati. Jednak z powodu prac rekonstrukcyjnych wykreślono ją z tej listy, uznając, że zmiany były zbyt znaczące. Zbudowana na przełomie X i XI wieku uchodzi za reprezentatywny przykład gruzińskiej kultury i architektury z jej złotego okresu. Obecny wygląd to efekt rekonstrukcji z 2012, której sprzeciwiało się UNESCO.

Wnętrza katedry
Wnętrza katedry

Istotnym punktem miasta jest plac centralny (plac Agmaszenebeli). Znajduje się tam bardzo charakterystyczna fontanna Colchis, stanowiąca jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Kutaisi. Są na niej fantazyjne zwierzęta, konie, barany, tygrysy. Może nawet baran Chrysomallosa o złotym runie. Wygląda dziś trochę przaśnie, ale warto wrócić do niej w nocy, gdy jest interesująco oświetlona. Na placu znajdziemy także kilka mocno wyróżniających się budynków z Państwowym Teatrem Dramatycznym im. Lado-Alex Meschiszwilego na czele. Obok zaś mamy park miejski.

Fontanna Colchis nocą
Fontanna Colchis nocą

Monastyr Gelati

Największa atrakcja miasta znajduje się poza nim. To monastyr Gelati (gruz. გელათის მონასტერი) zlokalizowany w miejscowości Imeretia. Jest on bardzo ważny dla Gruzinów, znajduje się na liście UNESCO, także z powodów historycznych. Został ufundowany przez króla Dawida Budowniczego w 1106 roku. Według legendy monarcha sam brał udział w pracach, a potem został tu pochowany. Zresztą nie tylko on, słynna i wciąż bardzo dobrze wspominana królowa Tamara także ma gdzieś tu swój grób. Przynajmniej tak się przyjęło uważać, dowodów nie ma, ale według zapisków historycznych pochowano ją w sekretnym miejscu. Pochowano ją w 1213.

Brama do monastyru Gelati
Brama do monastyru Gelati

Monastyr składa się z trzech kościołów – głównego Maryi Dziewicy oraz dwóch mniejszych – św. Mikołaja i św. Jerzego. Jest tu także dawny budynek akademii i dzwonnica. Całość otoczono murem. Wciąż trwają tu prace remontowe, które mają przywrócić miejscu dawny blask. We wnętrzu monastyru Gelati zachowały się freski, datowane na wieki od XII do XVII, z tego samego przedziału czasowego pochodzą też manuskrypty sporządzone przez uczonych, filozofów, teologów i pisarzy.

Monastyr Gelati
Monastyr Gelati

Monastyr Gelati przez wieki stanowił serce gruzińskiej kultury i oświaty: nazywano go nawet drugim Konstantynopolem czy nowymi Athos (klasztor w Grecji).

Wnętrza klasztoru
Wnętrza klasztoru

Do Gelati z Kutaisi najłatwiej dojechać marszrutką, ewentualnie taksówką, jeśli nie dysponuje się własnym samochodem. Od katedry Bagrati jest mniej więcej 10 kilometrów, więc jak ktoś ma czas może się spokojnie przejść. Samo Kutaisi jest obecnie dość dobrze połączone tanimi liniami z Polską, więc to idealne miejsce na początek (i koniec) przygody z Gruzją.

Ciekawy budynek w centrum Kutaisi
Ciekawy budynek w centrum Kutaisi

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Kutaisi
Share Button

U styku filmu i podróży