Kazbegi lub raczej Stepancminda

Jedną z najczęściej odwiedzanych przez podróżnych z Polski (i nie tylko) miejsc w Gruzji jest miejscowość Stepancminda (gruz. სტეფანწმინდა), wciąż lepiej znana i kojarzona pod swoją starą nazwą Kazbegi (gruz. ყაზბეგი). Oryginalna i zarazem obecna nazwa upamiętnia świętego Szczepana. Kazbegi zaś pochodzi Gabriela Kazbegiego, lokalnego przywódcę, który wspierał Rosję. Nazwę Kazbegi nadano, gdy Gruzja była republiką w Związku Radzieckim, do oryginalnej powrócono w 2006 roku.

Droga do Cminda Sameba
Droga do Cminda Sameba

Stepancminda czy też Kazbegi znajduje się praktycznie na samym końcu Gruzińskiej Drogi Wojennej, 12 km od rosyjskiej granicy, gdzie znajduje się przejście graniczne. Jest to zdecydowanie mała mieścina, będąca raczej potencjalną bazą wypadową, jeśli ktoś zdecyduje się na wysokogórską wspinaczkę. Stepancminda położona jest na wysokości 1750 m n.p.m. Stąd rozpoczyna się często wspinaczkę na jeden z pięciotysięczników Kaukazu, czyli Kazbek (5047 m n.p.m, najwyższym szczytem Gruzji jest Szchara – 5193 m n.p.m), lub na wycieczki w głąb Wąwozu Darialskiego. Te wyprawy wymagają już pewnego doświadczenia i przygotowania.

Droga do Cminda Sameba
Droga do Cminda Sameba

Większość odwiedzających to Stepancmindę raczej kieruje się do klasztoru Trójcy Świętej, czyli Cminda Sameba nieopodal wioski Gergeti. Znajduje się on jakieś 2 km od Kazbegi, na wysokości 2170 metrów To bardzo charakterystyczne miejsce, ze względu na górujące w tle szczyty, w tym Kazbek, jeśli dobrze popatrzymy i sprzyja nam widoczność. Z tego miejsca pochodzi wiele pocztówek i zdjęć folderowych. By zrobić je samemu, trzeba mieć szczęście do pogody. Chmury niestety potrafią trochę zepsuć widok. Szczęśliwie na żywo i tak wygląda to niesamowicie.

Kazbeg za chmurami
Kazbeg za chmurami

W samym monastyrze nie wolno było robić zdjęć, tylko na zewnątrz. Ten zbudowany w XIV wieku kościół jest świętym miejscem Gruzinów. Tutaj w okresie zagrożenia wojną w XVIII wieku z Mcchety przeniesiono święte relikwie, w tym krzyż św. Nino. W czasach sowieckich aktywność religijna była zakazana, ale kościół stanowił atrakcyjny punkt widokowy dla turystów górskich.

Cminda Sameba
Cminda Sameba

Z Kazbegi na szczyt prowadzą dwa szlaki piesze. Niestety oba są dość słabo oznaczone, jeśli w ogóle. Miejscami trzeba kierować się bardziej na wyczucie, starając dotrzeć na szczyt. Zważywszy na wysokość i czasem dość strome podejście, trasy te nie są oblegane. Większość osób korzysta z innych środków transportu, czyli przede wszystkim marszrutek, które zawożą podróżnych z miejscowości pod prawie sam klasztor (lub z powrotem). Można oczywiście próbować przejechać samemu tę drogę, ale raczej jest ona ciężka, wyboista, z koleinami, słabo oznaczana i wymagająca doświadczenia.

Widok z Cminda Sameba
Widok z Cminda Sameba

Sam klasztor niczym nie zaskakuje. To gruziński standard. Bardzo charakterystyczna zabudowa, raczej stonowany wystrój. To co naprawdę jest tu przepiękne to widoki, z olbrzymimi szczytami w tle. Dlatego warto choć w jedną stronę przejść się na własnych nogach, by to wszystko zobaczyć.

Widok z Cminda Sameba
Widok z Cminda Sameba

Do Kazbegi można dojechać autokarem, marszurtką (odjeżdżają z Tbilisi ze stacji Didube) czy nawet taksówką albo własnym samochodem. Pomijając samo wejście/wjazd na szczyt, Gruzińska Droga Wojenna jest bardzo dobrą trasą komunikacyjną, no i ładną.

Cminda Sameba
Cminda Sameba
Cminda Sameba
Cminda Sameba

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Kazbegi Gori
Share Button

Węgry: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Węgry. Zweryfikowane w lipcu 2017.

Dojazd: Samochód, autobus (np. Polski Bus), można też się posiłkować samolotem do Budapesztu (np. WizzAir, który ma tam główną bazę). Prężnie rozwija się tam też LOT, wchodząc w rolę narodowego przewoźnika.

Wiza: Strefa Schengen, niepotrzebna.

Baza noclegowa: Rozbudowana, w szczególności w okolicach Budapesztu jak i Balatonu. Można szukać np. na Booking.com.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic szczególnego.

Waluta: Forint Węgierski (HUF).

Płatności kartą i bankomaty: Płatności kartą dość popularne, ale znajdzie się kilka miejsc, gdzie bywa z nimi problem. Na przykład przy zakupie wejściówek do niektórych świątyń czy muzeów lub przy zakupie jedzenia na ulicy. W większości restauracji i barów da się zapłacić kartą, ale nie jest to jeszcze standard.

Bankomaty powszechne.

Napiwki: Doliczane do rachunku. Standardowo koło 10-15%, częściej 10%.

Internet: Wifi powszechne.

Telefony: Unia Europejska, formalnie brak opłat roamingowych.

Język: Węgierski, ale znajomość angielskiego rozpowszechniona, zwłaszcza tam gdzie przybywają turyści.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Mają rozwiniętą sieć kolejową, jak również przewozy autokarowe – Volánbusz. Poruszanie się samochodem bardzo podobne do innych krajów z regionu.

Oznaczenia i drogowskazy: Nawet w centrum Budapesztu oznaczenia stanowią pewien problem. Niby są, ale raczej jest ich niewiele, czasem się urywają. Lepiej jest więc często polegać na mapie czy GPS.

Jedzenie wegetariańskie: Lokalna kuchnia ma tu do zaoferowania choćby leczo (które jest tu sosem, nie samym daniem), także w wersji wegetariańskiej. Lub z jedzenia ulicznego jest np. lagosz z serem. Największy problem w ogóle z kuchnią węgierską jest taki, że obecnie ma się wrażenie, jakby się jej trochę wstydzili, więc znalezienie jej może nastręczać pewne trudności. Wyjątkiem oczywiście są zupy gulaszowe, ale to już jedzenie mięsne.

Ludzie: Zajęci sobą, raczej spokojni, ale też masowo bawiący się w parkach czy na placach.

Bezpieczeństwo: Obecnie nie ma tu większych problemów. Oczywiście trzeba uważać na ewentualną drobną przestępczość.

Klimat: Umiarkowany ciepły z cechami klimatu kontynentalnego na większości obszaru kraju.

Informacja turystyczna i mapy: Tego niestety nie ma za dużo. Mapę Budapesztu można dostać na lotnisku, ale właściwie na tym to się kończy.

Szlak węgierski
Informacje praktyczne
Share Button

Budapeszt

Nad brzegami Dunaju leżą stolice czterech krajów. Trzy – Wiedeń, Bratysławę i Belgrad, już opisaliśmy, teraz kolej na ostatnią, czyli Węgry i Budapeszt (węgr. Budapest).

Wesołe miasteczko i diabelski młyn
Wesołe miasteczko i diabelski młyn

Choć powszechnie mówi się, iż jest to połączenie dwóch miast, faktycznie Budapeszt to konglomerat trzech głównych miast: Obudy, Budy i Pesztu. Obuda oznacza Starą Budę, czyli to tak naprawdę jest najstarsza część Budapesztu, obejmująca wszystkim obszar dawnej rzymskiej osady wojskowej Aquincum. W 1873 roku Buda (i stara część – Obuda) i Peszt zostały połączone w jedno miasto: Budapeszt.

Aquincum
Aquincum

Aquincum oznacza prawdopodobnie „bogactwo wód”. Była to najbardziej na północny-wschód wysunięta rzymska osada, która w dodatku graniczyła bezpośrednio z terenami plemion barbarzyńskich. Założone w 19 roku n.e początkowo jako wojskową osadę, która następnie przekształciła się w niemałe miasto, posiadające własny amfiteatr, łaźnie miejskie, brukowane ulice, obiekty sakralne, a wodę rozprowadzały akwedukty. W 410 roku miasto poddano Hunom, potem Awarom, by wreszcie plemię Madziarów wprowadziło się tutaj w 896 roku. Dziś można podziwiać ruiny miasta, zrekonstruowany dom malarza i liczne artefakty. Nas szczególnie urzekły cegły i dachówki z autentycznymi odciskami palców osoby, która te rzeczy wyrabiała. Warto zwrócić też uwagę na nowożytną kopię rzymskich organów z piszczałkami. Co ciekawe, ten instrument bywa wykorzystywany na koncertach. Dawne Aquincum to obecnie muzeum. Pozostałości rzymskie nie są duże. Trochę oddalone od ścisłego centrum, ale spokojnie da się tu dojechać pociągiem miejskim.

Zamek królewski
Zamek królewski

Buda to górzysty i w dużej części zalesiony obszar, tutaj mieści się zamek królewski i przez długi czas to właśnie Buda była stolicą Węgier. Wzgórze Zamkowe i okolice, choć urokliwe, to jednak widać, że jeszcze mocno niedofinansowane. Budynki są bardzo ładne, ale też w większej części zaniedbane, ulegające niszczeniu. Te fragmenty, które zostały odrestaurowane, robią za to duże wrażenia – ale nadal to tylko fragmenciki. Wewnątrz Zamku Królewskiego jest muzeum, choć patrząc na okolicę, to najlepiej będzie to zobaczyć dopiero za kilka lat.

Baszta rybacka
Baszta rybacka

Za to zupełnie inaczej prezentuje się pobliska Baszta rybacka. To jeden z tych zabytków Budapesztu, które zachwycają nie tylko same w sobie, ale także stopniem ich zadbania.
Wybudowana na przełomie XIX i XX wieku w stylu neoromańskim jako upamiętnienie znajdujących się tutaj niegdyś murów miejskich. Nazwa „rybacka” wzięła się stąd, że za obronę tego obszaru murów odpowiadali właśnie rybacy. Obecnie jest świetnie zachowana, odrestaurowana i oświetlona.

Kościół św. Macieja
Kościół św. Macieja

Kościół Macieja obok Baszty Rybackiej nosi wezwanie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zaś jego bardziej popularna nazwa – Macieja (nie świętego!) – wzięła się od króla Macieja Korwina. Od XIII wieku, kiedy to sięgają początki budowli, rosło jego znaczenie i wkrótce stał się kościołem koronacyjnym królów węgierskich i najbardziej prestiżowym kościołem do wszelkich uroczystości. Jego dzieje są bardzo burzliwe, jak i sama historia kraju. Przejęty przez Turków i przekształcony w meczet, poważnie uszkodzony przez działania kolejnych wojen i pożary. Obecny styl to XIX-wieczna przebudowa. Podczas II wojny światowej Niemcy używali wnętrza kościoła jako szpital wojskowy i kuchnię polową, zaś Armia Radzicka – stajnię i latryny. Pomimo nieprzychylnego stosunku władz sowieckich do Kościoła katolickiego, odbudowa kościoła Macieja została sfinansowana przez państwo i dziś widzimy głównie efekt prac zakończonych w latach 60 XX wieku. Kościół zdecydowanie wart zwiedzenia, ale trzeba pilnować godzin otwarcia dla turystów – te są mocno ograniczane.

Wzgórze Gellerta
Wzgórze Gellerta

Bardziej na południe Budy znajduje się Wzgórze Gellerta, obowiązkowy punkt dla turystów w Budapeszcie. Stąd rozpościera się piękny widok na to naddunajskie miasto. Ale przez wiele lat cieszyło się złą sławą: jego nazwa pochodzi od imienia biskupa, który na początku XI wieku rzekomo tutaj został zabity przez pogan. Pewnikiem na wzgórzu zbierały się czarownice i inne złe moce. Potem było to miejsce znane z wysokiej przestępczości.
Nas nie spotkało nic złego, wręcz przeciwnie.

Pomnik wolności na wzgórzu Gellerta
Pomnik wolności na wzgórzu Gellerta

Pomnik Wolności na górze Gellerta to kobieta trzymająca w dłoniach liść palmowy. Upamiętnia wszystkich tych, którzy polegli walcząc o niepodległość Węgier. Pierwotnie pomnik ten był poświęcony „wyzwoleńczej” Armii Radzieckiej, ale po ’89 roku usunięto komunistyczne symbole. Obok mieści się austriacka Cytadela założona po upadku węgierskiej Wiosny Ludów. Dziś, wraz z naddunajskimi bulwarami i wzgórzem zamkowym znajduje się na liście UNESCO.

Skalny kościół
Skalny kościół

Z ciekawych rzeczy, na górze Gellerta, gdzieś w połowie drogi na szczyt, znajduje się Skalna Kaplica. Kościółek ulokowany w częściowo naturalnej, częściowo wydrążonej jaskini.
Są tutaj także polskie akcenty.

Skalna kaplica
Skalna kaplica

Węgrzy na stolicę najczęściej skrótowo mówią Peszt. Jest to największa część miasta i najgęściej zaludniona, tutaj mieści się parlament węgierski. Jest to jeden z największych i z pewnością najpiękniejszych budynków parlamentów narodowych. Budynek powstał w latach 1886 – 1904. Można go oczywiście zwiedzać, jak się trafi na odpowiednie godziny, ale bilety najlepiej rezerwować wcześniej, zwłaszcza jeśli interesuje nas przewodnik anglojęzyczny.

Parlament nocą
Parlament nocą

W Budapeszcie można natknąć się na liczne przecudowne pomniki. Jest na przykład „Gruby policjant”, Ronald Reagan i nasz fawory – porucznik Columbo i jego pies basset. Jest też pomnik butów nad brzegiem rzeki. Poruszający, bo upamiętniający węgierskich Żydów rozstrzelanych nad brzegiem Dunaju podczas II wojny światowej.

Pomnik Holokaustu
Pomnik Holokaustu

Pamięć Holocaustu jest w Budapeszcie mocno kultywowana, podobnie jak pozostałości po dawnej społeczności żydowskiej. Wielka synagoga jest największą synagogą w Europie i trzecia na świecie. Zbudowano ją w połowie XIX wieku, ale podczas II wojny światowej kolaborujący z Niemcami strzałokrzyżowcy (sprawcy węgierskiego holocaustu) wysadzili ją w powietrze. Została odbudowana w przeciągu trzech lat i w 1996 ponownie otwarta dla wiernych i zwiedzających. Nie dziwi więc, że sama synagoga, jej krużganki, dziedziniec i muzeum są w dużej części świątynią pamięci holocaustu. Synagogę można zwiedzać, oczywiście poza żydowskimi świętami. I naprawdę warto poświęcić na nią trochę czasu, to przepiękny budynek. Ciekawostką jest to, że koegzystują tu różne odłamy judaizmu.

Wielka Synagoga
Wielka Synagoga
Wielka Synagoga w Budapeszcie
Wielka Synagoga w Budapeszcie

Innym interesującym obiektem sakralnym jest bazylika św. Stefana.
Ten ogromny budynek budowany z przerwami w latach 1848 – 1905 borykał się z wieloma kłopotami budowlanymi. Wynikało to z niestabilnego, bagnistego gruntu, na jakim kościół jest posadowiony. Dodatkowo pierwotna kopuła miała wadę konstrukcyjną, co spowodowało jej zawalenie. Ale dziś stoi i cieszy oko. Wnętrze jest bardzo bogate, a do ciekawostek należy relikwia: zmumifikowana prawa ręka św. Stefana.

Bazylika św. Stefana
Bazylika św. Stefana

Warto wspomnieć o miejskiej zieleni, której w Budapeszcie nie brakuje. Jednym z miejsc dla wielkomiejskiej rekreacji jest dunajska Wyspa Małgorzaty. Nam szczególnie do gustu przypadła zagroda ze zwierzętami – filia czy też żywa reklama tutejszego ZOO.

Bazylika św. Stefana
Bazylika św. Stefana

Innym obszarem zielonym godnym spaceru jest park miejski Varosliget.
Czas powstania datuje się na połowę XVII wieku, kiedy pole bitewne po potyczkach z Turkami zalesiono na rozkaz Marii Teresy. Wkrótce stało się to miejsce wycieczkowe bogatych mieszczan. Na terenie parku mogą zaskoczyć wybudowane niby-zamki, niby-fortece. Jest to wspomnienie wystawy z okazji 1000-lecia Węgier, kiedy to zbudowano w parku atrapy różnych zabytków kraju. Tak spodobały się zwiedzającym, że część z nich potem wybudowano jako stały element parku. Oprócz tego znajduje się tutaj ZOO, wesołe miasteczko i jedna ze słynnych pesztańskich łaźni. Aż żal, że nie był czasu na małe SPA.

Varosliget
Varosliget

Łaźnie są nie tylko w Peszcie. W całym mieście jest ich wiele, oferują nie tylko SPA, ale przede wszystkim unikalną okazję do zobaczenia zabytkowych, acz wciąż używanych budynków. Niestety to jedna z tych atrakcji, na którą trzeba poświęcić trochę więcej czasu i nie da się jej zobaczyć z zewnątrz.

Varosliget
Varosliget

Tuż przy parku Varosliget znajduje się inne bardzo charakterystyczne miejsce, plac Bohaterów. Stąd do centrum ciągnie się Andrássy út, a przy niej zarówno zabytkowe budynki, jak i muzea, czy ambasady. To dość reprezentacyjna ulica miasta. W 2002 została wpisana z okolicą na listę UNESCO, jako uzupełnienie i rozszerzenie naddunajskich bulwarów.

Plac bohaterów
Plac bohaterów

Chodząc po ulicach można natknąć się na ciekawostki w stylu plac Kalwina z kostkami brukowymi z postulatami Marcina Lutra, czy mobilna księgarnia.

Pomnik anonima w Varosliget
Pomnik anonima w Varosliget

Połączenie obu miast zostało uwiecznione na kameralnej rzeźbie z personifikacją obu miast, ukazującą pierwszy stały most łączący dwa miasta: Budę i Peszt. Dziś jednak mamy jeszcze dwa inne, bardzo charakterystyczne i rozpoznawalne mosty. Przede wszystkim Most łańcuchowy i most wolności.

Widok na most łańcuchowy
Widok na most łańcuchowy

Most łańcuchowy jak i parlament są widoczne w „Mission: Impossible – Ghost Protocol” J.J. Abramsa. Na potrzeby filmu wykonano kilka ujęć ogólnych, większość scen rozgrywających się w Budapeszcie nagrano w Pradze.

Centralna hala targowa
Centralna hala targowa

W stolicy Węgier nie mogło zabraknąć papryki i salami! Najładniejsze bodaj stoiska z madziarskimi specjałami są w Centralnej Hali Targowej. Ten największy zadaszony plac targowy w mieście powstał u schyłku XVIII wieku. Zwraca uwagę wykorzystanie stali w konstrukcji zadaszenia – wówczas było to bardzo nowoczesne rozwiązanie. To czego brakuje najbardziej to dostępności kuchni węgierskiej. Pewne rzeczy da się znaleźć, ale najwięcej niestety jest restauracji serwujących dania z innych części świata.

Wnętrza centralnej hali targowej
Wnętrza centralnej hali targowej

Prawdę mówiąc spędziliśmy trochę czasu szukając lagoszy, czyli węgierskich zapiekanek. Udało się nam je znaleźć przypadkiem, niedaleko cukierni Gerbeaud, uchodzącej za najsłynniejszą w całym mieście. Jej sława ściąga tu wielu turystów, zaś jak się okazało okolice to dobre miejsce na znalezienie czegoś z węgierskiej kuchni, także tej bezmięsnej.

Gruby policjant
Gruby policjant

Budapeszt nas zaskoczył. Pozytywnie. Spodziewaliśmy się, że jeden weekend jest wystarczający, by zwiedzić stolicę Węgier. Otóż nie, weekend nie wystarcza, by nacieszyć się Budapesztem. Nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy, a mocno nadwyrężyliśmy nogi. Cztery dni byłyby już lepszym wyborem, a ze dwa dodatkowe, by zażyć relaksu w miejskich łaźniach. Przejść przez miasto można, ale jest tu wiele zakamarków do zobaczenia, w tym podziemi. Na to potrzeba trochę więcej czasu niż weekendowy citybreak.

Pomnik porucznika Colombo
Pomnik porucznika Colombo

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak węgierski
Budapeszt
Share Button

Laguna i plaża Balos

Krystalicznie czysta, błękitna woda, kolorowy piasek i cudowne skały no, i oczywiście wspaniała plaża. Laguna Balos to nie tylko jedna z największych i najbardziej rozpoznawalnych atrakcji Krety, ale również ikona turystycznej całej Grecji. Przepiękne miejsce, będące jednym z najczęściej fotografowanych. Nie bez powodu.

Droga do Balos
Droga do Balos

Laguna Balos (ang. Balos Lagoon, grec. Λιμνοθάλασσα Μπάλος) uchodzi za jedną z najpiękniejszych plaż (ang. Balos Beach, grec. Παραλία Μπάλος) na Krecie. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Plaża jest piaszczysta, ale znajdują się tu także skały. Piasek ma kilka kolorów, nie tylko złoty, miejscami nawet jest różowy. Złoto-różową plażę tworzą łachy piachu nanoszone między kamienne półwyspy, a okoliczne wody są płytkie do kostek lub tak głębokie, że cumują tutaj jachty i promy. Ale Balos to przede wszystkim piaszczysta plaża i płytka, ciepła woda, więc przy dobrym słońcu jest to istny raj dla plażowiczów. Nam jednak bardziej niż leżakowanie do gustu przypadło myszkowanie między skałami. Były tutaj drobne rybki, ukwiały, kraby, krewetki i wciśnięte w otworki w skale ślimaki. Na niedalekich wzgórzach, przez które musieliśmy przejść, natknąć się można na jaszczurki. Pszczoły pracowicie latają między kwiatami tymianku – miód tymiankowy jest słynnym wyrobem greckim. Miejsce cudowne, tak do wypoczywania, jak i zwiedzania.

Kozy
Kozy
Kozy
Kozy

Wstęp na samą plażę jest bezpłatny, płaci się tylko za wjazd na teren parku krajobrazowego. Na plaży można wynająć leżak, parasol, są darmowe przebieralnie i toalety, ale uwaga: nie ma ich tam dużo. Infrastruktura nie jest rozbudowana, dzięki czemu to miejsce nie traci swego naturalnego charakteru. Poza sezonem należy mieć własny prowiant, jeśli planuje się dłuższe leżakowanie. W trakcie sezonu natomiast należy się liczyć z niedogodnościami. Mała ilość toalet, przebieralni, czy śmietników przy dużej ilości ludzi może trochę odczarować to miejsce. Ludzie naprawdę przybywają tu w olbrzymiej ilości i delektują się wodą, leżakami, piaskiem. W sezonie, zwłaszcza w późniejszych godzinach, to bardzo tłumne miejsce.

Droga do Balos (już do przejścia)
Droga do Balos (już do przejścia)

Samo dotarcie do tego miejsca jest nie lada atrakcją. Właściwie są dwa podstawowe sposoby, pierwszy o statek. Wpierw trzeba jednak dotrzeć do miejscowości Kissamos, skąd odpływa codziennie prom (w szczycie sezonu dwa razy dziennie). Dociera do plaży, a turyści mają wystarczająco dużo czasu, by nacieszyć się tym miejscem. Można też próbować dopłynąć tu np. z Chanii, jeśli wynajmie się jacht lub inny środek transportu, ale to już zdecydowanie droższa wyprawa.

Widok na plażę
Widok na plażę

Statek z Kissamos ma dodatkową atrakcję. Można się zatrzymać na wyspie Gramvousa (gr. Γραμβούσα), którą widać z Balos.

Laguna Balos
Laguna Balos

Alternatywą jest wypożyczenie samochodu i uwaga, ostatni odcinek to droga szutrowa. Co ciekawe, można tam znaleźć nawet przydrożną kapliczkę, popularną w różnych krajach prawosławnych. KTELe tu nie dojeżdżają. Długo się jedzie na zachód Krety, a tam już kieruje na hotel Balos Beach. Znaków jest wiele, ale faktycznie kierują one do wspomnianego ośrodka, nie do interesującego nas miejsca. Trzeba jechać dalej, tam już droga nie ma praktycznie żadnych rozgałęzień. Na chwile należy zatrzymać się przy wjeździe na teren Natura 2000, zapłacić za wjazd (około 1 Euro). Droga nie jest zła, mimo, że brakuje asfaltu, czy czasem barierek. Jak się jedzie spokojnie, problemu nie będzie. Trzeba tylko uważać na pasące się kozy, które schodzą na jezdnię i czasem tam odpoczywają. Na końcu znajduje się parking, ale nie zawsze jest gwarancja, że się tam dojedzie. Wiele samochodów staje przy drodze, dalej trzeba przejść kawałek. W późniejszych godzinach ten sznur aut jest naprawdę spory.

Laguna Balos
Laguna Balos

Dojście do plaży to dla jednych (w tym nas) będzie atrakcja sama w sobie (konkurencyjna w stosunku do wyspy). Dla innych zbędny trud. W każdym razie wpierw trzeba pokonać pagórek, ale stamtąd rozpościerają się przepiękne widoki. Z góry Balos wygląda niesamowicie, tak pocztówkowo, warte jest to każdej niedogodności. Laguna jest oczywiście bardzo ładna, ale to właśnie z góry wygląda tak rewelacyjnie i cudownie, więc nawet jeśli ktoś przypłynie tu jachtem, dla samego widoku warto się wdrapać.

Plaża Balos
Plaża Balos
Laguna
Laguna

Drogę tę można pokonać też wynajmując lokalne taxi, czyli osiołka. Po drodze zaś mijamy jeszcze kozy i rzadziej owce. Ale to na Krecie częsty widok. Chodzą po drodze, czasem zaczepiają ludzi. Rada: lepiej przybyć tutaj dość wcześnie, póki plażowiczów nie ma zbyt wielu, a i zaparkować można bliżej.

Brzeg
Brzeg
Skały
Skały

Jeśli kogoś interesuje tylko plaża, to zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest statek. My jednak polecamy przejście przez wzniesienia lub chociaż cofnięcie się do nich. Nie jest trudne, a dodatkowo gwarantuje naprawdę niesamowite widoki, czyli oglądanie laguny Balos z góry. To miejsce zasłużenie cieszy się dobrą sławą. My może nie byliśmy w stanie spędzić tam całego dnia, bo plaże nas specjalnie nie interesują, zwłaszcza, gdy w okolicy są inne atrakcje, ale to z pewnością jest ta część Krety, którą szkoda byłoby sobie odpuścić. Plaży Balos naprawdę warto dać szansę. Ten widok z góry to naprawdę coś wspaniałego, a przy słonecznej pogodzie naprawdę jest na co patrzeć.

Laguna
Laguna

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak Grecja
Plaża i laguna Balos Wąwóz Samaria
Share Button

Wellington i Weta Cave

Wellington, stolica Nowej Zelandii, to miasto trzecie pod względem wielkości, zamieszkane przez niecałe 200 tyś. osób. Pięknie położone, acz niezbyt urodziwe, miasto które dopiero musi napisać swoją historię. Filmowo jednak ma niesamowitą atrakcję. Znajduje się tu studio efektów specjalnych – Weta Workshop, a co jeszcze lepsze, można je zwiedzać.

Centrum Wellington
Centrum Wellington
Centrum Wellington
Centrum Wellington

Ale zaczniemy od samego Wellington. Oprócz nizin, są i góry, niedaleko las deszczowy, cieśniny Porirua Basin, Hutt Valley i Cooka – dzieląca Wyspę Południową od Północnej – sprawiają że Wellington, jeśli chodzi o położenie, przypomina San Francisco. Faktycznie mamy tu zatoki, wzniesienia, brakuje tylko wielkiego, charakterystycznego mostu.

Budynek przy parlamencie
Budynek przy parlamencie

Nazwa Wellington pochodzi od zwycięscy bitwy pod WaterlooArthura Wellesley’a – który został obdarowany tytułem księcia Wellington. Maoryska nazwa miasta brzmi Te Whanga-nui-a-Tar i oznacza „Wielki port Tara”, odwołując się bezpośrednio do tutejszego portu.

Parlament czyli Beehive
Parlament czyli Beehive

Zabytków jest tu niewiele, podobnie jak i ładnych budynków. Acz znajdzie się kilka charakterystycznych, szukać ich należy w dwóch miejscach. Pierwsze to centrum z parlamentem. Budynek jest bardzo specyficzny. Nazywają go ulem – Beehive, zaiste wygląda trochę jak jakaś pasieka.

Doki
Doki

Druga istotna historycznie część ciągnie się od dawnych doków, aż do monumentu upamiętniającego ofiary wojen światowych, jest też boisko do krykieta, na które można wejść. Sam monument to dobry przykład architektury dawnych kolonii, która nieudolnie próbuje udawać historyczną, europejską zabudowę. Właśnie takie budowle nas odrzucają. Za to z pewnością na uwagę zasługuje sam port.

Tablica upamiętniająca Polaków
Tablica upamiętniająca Polaków

Stoją tam okręty wojenne, a liczne tablice opowiadają o udziale Nowej Zelandii w wojnie. Zaskakuje, ale i cieszy wątek polski. Tym więcej cieszy, że ujęto w opisie dostanie się Polski pod okupację ZSRR. Jest to związane z historią polskich dzieci, które podczas II wojny światowej zostały ewakuowane na antypody. Gdy wojna się skończyła, a zaczął okres komunizmu, dzieci zostały w Nowej Zelandii, stając się wartościowymi obywatelami.

Doki
Doki

Wellington ma też dwa punkty widokowe znajdujące się na wzniesieniach. Pierwszy, przyciągający turystów, to okolice ogrodu botanicznego. Dodatkową atrakcją jest winda, czy raczej coś jakby tramwaj miejski – wagonik szynowy wiodący na jedno ze wzgórz. Niestety stamtąd same widoki nie są zbyt ciekawe, choć darmowy ogród jest ciekawy do oglądania.

Widok z okolic ogrodu botanicznego
Widok z okolic ogrodu botanicznego

Drugi to góra Victoria (Mt Victoria). Jest o tyle interesujące miejsce, że znajduje się nie z boku Wellington, a w samym centrum. Na zachodzie widzimy tę, główną, najstarszą część z dokami, ale miasto rozciąga się jeszcze na wschodzie i na południu. Widać tam też więcej zatok, oceanu i gór, a także jest to dobry punkt widokowy do wypatrywania samolotów lądujących na lotnisku. W każdym razie jak tu byliśmy mocno wiało na samym szczycie, co akurat dziwne nie jest. Wellington ze względu na swoje położenie należy do najbardziej wietrznych miast na świecie. Silny wiatr występuje tam średni przez ok. 230 dni w roku.

Góra Wiktorii i gościniec z Władcy
Góra Wiktorii i gościniec z Władcy

Góra Victoria jest istotna także z filmowego punktu widzenia. To jedna z lokacji „Drużyny Pierścienia” Petera Jacksona. To tutaj kręcono sceny na gościńcu, gdzie hobbici ukrywają się przed nazgulem. Prawdę mówiąc w jednym miejscu nawet jest miejsce, gdzie się można schować za konarami, tak specjalnie dla turystów.

Róża wiatrów na Górze Victoria
Róża wiatrów na Górze Victoria
Weta Cave

To zaś prowadzi nas do głównej atrakcji, którą chcieliśmy zobaczyć w tym mieście, czyli Weta Cave. Jaskinia Wety, czyli część firmy, w której Weta Workshop oferuje wycieczki po studio z przewodnikiem. Z pewnością było warto.

Rzeźba reklamująca Wetę
Rzeźba reklamująca Wetę

Weta Workshop to firma zajmująca się tworzeniem dekoracji, rekwizytów, strojów i efektów specjalnych do filmów, mieszcząca się w dzielnicy Miramar. Założona w 1987 roku ogromny sukces i światowy rozgłos zdobyła dzięki tytanicznej pracy poświęconej „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona (wcześniej pracowali z nim przy „Martwicy mózgu”), a potem wrócili do „Hobbita”. O ile różnie można oceniać te filmy jako całość, o tyle wkład Wety jest naprawdę niesamowity, zaś możliwość  poznania bliżej sposobu ich pracy, czy w pewien sposób dotknięcia ich dzieł to naprawdę spora atrakcja.

Wejście do Weta Cave
Wejście do Weta Cave

Nazwę Weta przyjęła od grupy owadów endemicznych dla Nowej Zelandii, a przypominających świerszcze. Niektóre z nich są gigantyczne jak na robale – o wadze 40 g (więcej niż np. wróbel). Warto przypomnieć, że w kraju Kiwi nie było ssaków (poza fokami i nietoperzami), więc nie było szczurów. Wety wyewoluowały i zajęły ich miejsce w ekosystemie. Weta – to nazwa maoryska, która oznacza boga wszelkiej szkaradności. Gdy kręcono „Martwicę mózgu” nazwa ta wszystkim się spodobała i tak już dziś zostało.

Troll przy wejściu
Troll przy wejściu

W samej Wecie niestety nie można robić zdjęć, oprócz miejsc dla tego wydzielonych, a to ze względu na prawa majątkowe wytwórni, dla których rekwizyty są robione.
Weta oprócz rekwizytów filmowych robi także repliki dla fanów (bardzo drogie), figurki, gry. To właśnie tam można robić zdjęcia. Przed wejściem jest wystawionych też kilka trolli, tak by turyści mieli uciechę.

Bronie z Władcy
Bronie z Władcy

Zabawę zaczynamy w Weta Cave. Wokół nie ma dedykowanego parkingu, ale w okolicznych uliczkach jest dość miejsca. Czasu jest dużo, więc na swoją wycieczkę czekamy w sklepie. Są tam też małe wystawy. Do wyboru jest kilka wycieczek, w tym nocna. Więcej na stronie Wety – WetaWorkshop.com. Myśmy wybrali dwie. Podstawową po studio oraz wejście na plan serialu „Thunderbirds Are Go!”.

Zbroje z Władcy
Zbroje z Władcy

Pani, która oprowadzała nas po dostępnych częściach studio, opowiadała krótko historię Wety i jej najważniejsze produkcje, jak wygląda praca przy przykładowych strojach, pokazywała miniatury i wspominała „megatury” (bigatures), czyli wielkich rozmiarów makiety. Ogromnie pouczająca i ciesząca wycieczka. Oprócz znanych nam produkcji, o których przyjemnie było dowiedzieć się nowych rzeczy, poznaliśmy także ich rodzimą (endemiczną, jak wszystko tutaj) produkcję-remake „Thunderbirds Are Go!”. I chociaż do tej pory zupełnie tego nie znaliśmy, fajnie było zobaczyć, nad czym studio pracuje aktualnie. Zwłaszcza, że miniatury i megatury wykonane na potrzeby produkcji robią wrażenie. Swoją drogą, to „Thunderbirds” to niezła ciekawostka: serial powstały na zasadzie animacji poklatkowej modeli i miniatur, dziś wzbogacony o animowane komputerowo postaci. To nas zachwyciło, bo widzieliśmy makiety i elementy, które są obecnie używane w produkcji. No i jeszcze historie w stylu żartów w tle. W każdym odcinku znajduje się wyciskacz do cytrusów, gdzieś umieszczony. Tylko dlatego, że te wszystkie miniatury powstają z przedmiotów codziennego użytku, dopiero w złożeniu nadaje się im inne znaczenie. Gdy podczas oryginalnej projekcji wyciskacz nie spodobał się jednemu z widzów, napisał on list do telewizji z protestem. Skończyło się na tym, że wyciskacz stał się stałym elementem każdego odcinka, ta tradycja jest zachowana do dziś.

Broń z Avatara
Broń z Avatara

Wycieczka po głównej części Wety to raczej przejście przez magazyn. Jest tu wiele przedmiotów, które pozostały po produkcji „Władcy Pierścieni” czy „Hobbita”, ale też filmów Neila Blomkampa („Dystrykt 9”, „Chappi”), „Avatara” Jamesa Camerona, „King Konga”, a nawet Narnii czy „Królestwa Niebieskiego” Ridleya Scotta. Dowiedzieliśmy się także, jaki wpływ na rekwizyty w „Hobbicie” miały zmiany producentów. Ponieważ firmy się nie dogadały, więc wszystko tworzono na nowo, w dodatku tak, by nie naruszyć praw. Stąd różnice w wyglądzie.

Uruk-hai
Uruk-hai

Wizyta w Weta Cave nas zachwyciła. To jedno z tych miejsc, gdzie powstaje magia kina, gdzie można zobaczyć pewne sztuczki, to bardzo interesująca i pouczająca wycieczka. Zaś Wellington? Cóż, spać gdzieś trzeba. Ale Weta mocno podnosi atuty tego miasta. Na koniec ta sama uwaga, co w przypadku Auckland. Transport lokalny jest, ale do poruszania się między bardziej oddalonymi częściami miasta wskazany jest samochód.

Droga na lotnisko
Droga na lotnisko

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Wellington Christchurch
Szlak filmowy
Wellington (Weta)
Baku (Bond)
Share Button

Sintra

To bardzo niezwykłe i malownicze miejsce w Portugalii. Sintra znajduje się dość blisko Lizbony, można tu spokojnie przyjechać pociągiem z Lizbony i spędzić cały dzień. Ale to może być mało. Ze stacji Rossio w stolicy Portugalii jeździ to mniej więcej co 20-30 minut (w zależności od pory dnia i roku) pociąg podmiejski. Bilety są wliczone w ramach Lisbon Card. Można też kupić osobno.

Zamek Maurów w Sintrze
Zamek Maurów w Sintrze
Poruszanie się po Sintrze

Po Sintrze można poruszać się na trzy sposoby. Pierwszy to oczywiście piechota. Może do dalszych miejsc jak Zamek Maurów czy Pałac Pena zajmie to trochę czasu, ale przy bliższych pałacach może być to dobre rozwiązanie. Drugi to na bogato, czyli zatrzymywać tuktuki czy inne środki transportu indywidualnego, te powiozą nas za odpowiednią cenę gdzie chcemy. Trzeci to bilet dzienny na lokalne linie autobusowe. Pozwala on jeździć nimi bez limitu. Dowozi do najważniejszych pałaców i zamku Maurów, natomiast korzystając z linii do Cascais można zatrzymać się na przylądku Roca.

Zamek Maurów w Sintrze
Zamek Maurów w Sintrze

Sintra wydaje się niepozorna, ale warto pamiętać, że jeden dzień to zdecydowanie za mało na wszystko. W lecie, gdy jest więcej turystów, są tu zwyczajnie kolejki. W zimie z kolei transport lokalny działa trochę na pół gwizdka. Mieliśmy dużo większe plany na zwiedzanie Sintry, ale właśnie rozbiliśmy się o autobusy. Dużym problemem lokalnej komunikacji, w szczególności w kierunku Pałacu Pena i Zamku Maurów jest to, że trzeba wjechać na górę dość wąskimi i zawijającymi się drogami. Niewiele brakuje, by zrobiły się tam korki, które w najlepszym razie blokują ruch autobusowy na długie minuty. Rozkład niby jest, ale nie ma się co do niego przyzwyczajać. Myśmy mieli prawie 45 minutowe opóźnienie, bo coś… Niestety to właśnie sprawia, że nagle tego czasu na Sintrę jest dużo mniej. A że nie zawsze wiadomo kiedy pojawi się następny autobus, to nawet nie wiadomo czy nie lepiej iść na piechotę.

Mur zamku Maurów
Mur zamku Maurów
Zamek Maurów

Na poważnie udało się nam zająć dwoma największymi atrakcjami. Pierwszy to Zamek Maurów (port. Castelo dos Mouros). to bardzo malownicze i dobrze zachowane miejsce. Sam zamek, zbudowany jak nazwa wskazuje przez Maurów, nigdy właściwie nie był oblegany. Był to zamek obserwacyjny, nie obronny. Dopiero chrześcijanie przerobili go na twierdzę. Obecnie jest uznawany za jeden z pomników narodowych. Bardzo ładnie komponuje się też z naturą. Rozbudowano także część informacyjną. Jest kilka pomieszczeń, gdzie można poczytać trochę o historii. Ponadto wywieszono też historyczne flagi portugalskie z różnych okresów. Zaś jeśli chodzi o sam mur, to przypomina on nam Chiński Mur. Z prostej przyczyny, podobnie jak tamten, ten bardzo fajnie faluje na wzgórzach.

Pałac Pena widoczny z zamku Maurów
Pałac Pena widoczny z zamku Maurów
Pałac Pena

Największym „skarbem” Sintry jest Pałac Pena (port. Palácio Nacional da Pena). To naprawdę przedziwna budowla, pochodząca z okresu romantyzmu i przez niego naznaczona. Choć cały krajobraz Sintry znajduje się na liście UNESCO, Pałac Pena ma tam osobne miejsce. Jest to jeden z najważniejszych pomników i symboli Portugalii, to bardzo rozpoznawalne miejsce, używane także przez rodziny królewskie czy prezydentów. Wizualnie jednak pozostawia trochę mieszane wrażenie. Jest pewnym miksem różnych stylów, przypomina wręcz miejscami park rozrywki. Ale to dość wierny obraz epoki w której powstawał, gdy w architekturze łączono pewną nostalgię z egzotyką. Tak właśnie wyglądał tam romantyzm XIX wieku, zresztą pałac ten uchodzi za jeden z najważniejszych obiektów architektonicznych tej epoki na świecie.

Pałac Pena
Pałac Pena

Wokół Peny znajdują się też ogrody, czy raczej Park Pena. Choć oczywiście nie w klasycznym tego słowa znaczeniu. To raczej las, który częściowo zmodyfikowano. Czy to budując choćby domki dla kaczek, czy nawet rozkładając instalację imitującą pajęczynę. To idealne miejsce spacerowe.

Pałac Pena
Pałac Pena

W Sintrze do zobaczenia jest zdecydowanie więcej. Nam nie udało się zrealizować jeszcze dwóch miejsc, czyli Quinta da Regaleira i Pałacu Narodowego. Może innym razem. Sintra nas zwyczajnie zaskoczyła, spodziewaliśmy się, że jednodniowy wypad z Lizbony wystarczy na to miejsce. Błędnie, trzeba będzie wrócić.

Pałac Pena
Pałac Pena

Zaś filmowo warto wspomnieć, że tu kręcił swoje „Dziewiąte wrota” Roman Polański.

Domek dla kaczek w parku przy pałacu Pena
Domek dla kaczek w parku przy pałacu Pena

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak portugalski
Sintra
Share Button

Janar Dah (Yanar Dag)

Już w XIII wieku słynny podróżnik Marco Polo pisząc o Półwyspie Apszerońskim wspominał o płonących skałach, miejscach w których ulatnia się gaz ziemny i płonie wiecznym ogniem. To coś, co bez wątpienia wpłynęło na kształt religii zaratrusztiańskiej. Dziś takich miejsc w Azerbejdżanie już prawie nie ma. Jedno powstało przez przypadek. Mowa oczywiście o Janar Dah / Yanar Dag (azer. Yanar Dağ), co znaczy tyle co „płonąca góra”.

Yanar Dag
Yanar Dag

Marco Polo nazwał takie zjawiska płomieniami znikąd. Geologicznie jednak ma to wytłumaczenie. Po pierwsze kiedyś w tej części świata znajdowały się olbrzymie złoża gazu i ropy. Po drugie piaskowce, które się nad nimi znajdują miały szczeliny, przez które wydobywały się etan i propan ulegając samozapłonowi. Stąd płonące skały i wieczne ognie, które były częstą osobliwością w całym Azerbejdżanie. Oczywiście do momentu, gdy zaczęto przemysłowo wydobywać ropę.

Yanar Dag
Yanar Dag

Z czasem większość naturalnych miejsc, w których ulatniał się gaz, zgasła. Janar Dah powstało w połowie lat 50. XX wieku przez przypadek. Podobno jeden pasterz wrzucił do szczeliny niedopałek papierosa i zapłonął ogień, który tli się do dziś.

Yanar Dag
Yanar Dag

Rozpadlina mierzy do 10 metrów szerokości. Zmienia się z czasem. W jednych miejscach przygasa, w innych się rozpala, ale obecnie utrzymuje się w miarę jednolitym kształcie już prawie 70 lat. Przez zdecydowaną większość tego czasu nikt się nim nie zajmował. Szczęśliwie przetrwało to do dziś. Obecnie budzi zainteresowanie turystów, więc nawet gdyby zgasło, z pewnością zostałoby na nowo zapalone.

Janar Dah
Janar Dah

Turystyka to nowość w Azerbejdżanie. Jeszcze kilka lat temu do Janar Dah dało się wejść za darmo. Bramka z kasą była otwarta przez kilka godzin, zaś potem nikt tego nie pilnował. Wokół zaś znajdowało się między innymi śmietnisko. Obecnie okolica się zmieniła. Przy wejściu jest całkiem duży parking. Wejściówka jest płatna, a po śmieciach nie ma ani śladu. Formalnie miejsce powinno być czynne do 20:00, ale najbardziej spektakularnie wygląda po zachodzie słońca, gdy wszystko się ściemnia. Więc obecnie pilnują tam interesu. Można zostać dłużej, ale oczywiście trudniej wejść za darmo.

Janar Dah o zmierzchu
Janar Dah o zmierzchu

Janar Dah znajduje się niedaleko Baku. Dokładniej w wiosce Mehemmedi. Można tu dojechać autobusami 217 i 147 (jeżdżą od dwóch różnych stacji metra), ale bez wątpienia najwygodniejszy sposób dotarcia to samochód (ewentualnie taksówka). Parking jest darmowy.

Yanar Dag o zmierzchu
Yanar Dag o zmierzchu

Płonące skały zostały wykorzystane w filmie „Świat to za mało” z bondowskiego cyklu. To właśnie jedną z nich do ręki wziął terrorysta Renard. Scena oczywiście nie była nagrywana w Janar Dah, choć kilka ujęć do filmu faktycznie kręcono w Azerbejdżanie.

Płonący gaz ziemny
Płonący gaz ziemny

Warto dodać, że poza wrażeniami wizualnymi, stojąc odpowiednio blisko można też poczuć ulatniający się gaz. No i oczywiście gorąco. Po zmroku zaś da się dostrzec charakterystyczny, niebieskawy kolor płonącego gazu.

Janar Dah
Janar Dah

W sąsiedztwie Janar Dah, czyli „płonącej góry” są Yanar Bulaq – „płonące strumienie”. Są to zwykłe strumyki wody, do których dostaje się nafta. Przezroczysta cienka warstwa utrzymuje się na powierzchni wody, ale gdy przyłożyć zapałkę – ulega podpaleniu. I jest płonący strumień.

Janar Dah
Janar Dah

Janar Dah to bez wątpienia jedno z ciekawszych miejsc, nie tylko w Azerbejdżanie. Taki geologiczny ewenement, któremu w miarę możliwości warto się przyjrzeć bliżej.

Janar Dah
Janar Dah

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
Janar Dah Baku
Share Button

Podróżowanie po Nowej Zelandii

Kraje rozwinięte można podzielić na dwa podstawowe rodzaje. Na takie, gdzie rozbudowany jest transport publiczny oraz takie, gdzie stawia się na samochody. Czasem jest coś pomiędzy, ale zazwyczaj dominuje jeden typ. Nowa Zelandia należy właśnie do tych drugich. Jest rozległa, stosunkowo mało zaludniona, jednocześnie zamknięta, więc turyści korzystają co najwyżej z samochodów już znajdujących się na wyspach. To pozwala dość dobrze zaplanować i zapanować nad komunikacją.

Widok ze Scenic View - Wyspa Północna
Widok ze Scenic View – Wyspa Północna
Samoloty lokalne

Owszem, są tu linie kolejowe (kilka, choć np. na Południowej Wyspie mają one bardziej charakter wycieczkowy niż transportu), linie autobusowe, ale też dobrze rozwinięta jest sieć połączeń lotniczych. Poza Air New Zealand można skorzystać z oferty np. taniej linii – JetAir. Jednak jeśli chcemy samemu zwiedzać zakamarki kraju kiwi, to najlepszy do tego będzie samochód.

JetStar - tania linia
JetStar – tania linia
Samochód

Do wypożyczenia potrzebne jest międzynarodowe prawo jazdy (uznają obie konwencję genewską i wiedeńską, a nawet tłumaczenie prawa jazdy na angielski), oraz oczywiście w celu weryfikacji także i nasze (polskie). W teorii można próbować wynająć samochód jedynie na polskim dokumencie, zresztą są wypożyczalnie, które to załatwią. Warto się zorientować wcześniej, choć samo wyrobienie międzynarodowego prawa jazdy to koszt ok. 40 PLN. W teorii, gdy zatrzyma nas policja, mogą wymagać.

Plaża - Wyspa Północna
Plaża – Wyspa Północna

Na drogach w Nowej Zelandii obowiązują cztery podstawowe zasady. Po pierwsze to ruch lewostronny. To może nastręczać pewne problemy, zwłaszcza wynikające z przyzwyczajenia, w szczególności na pustych drogach łatwo się zapomnieć. Faktycznie jest on przyczyną sporej liczby wypadków powodowanych przez turystów na drogach.

Przejazd przez Coromandel Forest Park
Przejazd przez Coromandel Forest Park

Druga zasada to zapięte pasy. Tego tu wymagają i tyle.

Krowy przy drodze
Krowy przy drodze

Trzecia to maksymalna prędkość wynosząca 100 km na godzinę, także na autostradach. Więcej nie można. W terenie zabudowanym – 50. Policja patroluje różne bezdroża i czasem łapie za szybką jazdę. Natomiast ograniczeń nie ma wszędzie tam, gdzie powinny być. W niektórych miejscach, choćby przy zakrętach, pojawiają się znaki z sugerowaną prędkością (np. 35 km/h przy dozwolonych 100). Zdrowy rozsądek wskazuje, by się do tych sugestii przynajmniej w jakimś stopniu stosować.

Znak sugerujący prędkość (nie nakaz)
Znak sugerujący prędkość (nie nakaz)

Czwarta zasada to nieprzekraczanie żółtych linii. Owszem są też białe linie ciągłe, ale żółte są „mocniejsze”, bardziej kategoryczne. Blokują też możliwości parkowania.

Droga przez las okolice Rotoruy
Droga przez las okolice Rotoruy

Poza większymi miastami, gdzie w centrach mamy płatne parkingi, w większości miejsc parkuje się za darmo. Dotyczy to także różnych atrakcji turystycznych. Im popularniejsza, tym należy spodziewać się większego parkingu. Byliśmy jeszcze na początku sezonu i z parkowaniem raczej problemu nie było.

Bydło przy drodze
Owce przy drodze

Drogi nowozelandzkie są dość kręte miejscami, mają jedną niedogodność, o której warto pamiętać. Mosty w wielu miejscach są jednopasmowe. To znaczy, że trzeba czasem puścić tych z naprzeciwka. Dłuższe mosty posiadają mijanki. Podobne utrudnienia mogą pojawić się przy tunelach.

Znak: uwaga na kiwi
Znak: uwaga na kiwi

Za to mniejsze miasta zwykle przelatuje się z prędkością 100 kph lub tylko trochę mniejszą, więc średnia prędkość jest większa niż w Polsce. Jest wiele ostrych zakrętów, więc szaleństwo i tak nie jest tutaj wskazane.

Okolice Queenstown
Okolice Queenstown

Choć Nowa Zelandia to kraj pastwisk, krów i owiec (w szczególności Północna Wyspa), to zwierzęta te nie szlajają się po drogach. Czasem są znaki informacyjne, by zgłosić wałęsające się bydło, ale to nie ono jest problemem, a dzikie zwierzęta. O ile w okolicach gniazdowania kiwi jest sporo znaków,by uważać (w nocy, kiwi są nocne), o tyle po drodze bardzo często widać zwierzęta futerkowe, które rozjechano. Nimi się tu nikt nie przejmuje. Przybyły wraz z ludźmi i nie są mile widziane. Niestety na ich ciałach żerują ptaki i te często też widać rozjechane na drogach. Za rozjechanie futrzaka kary nie ma, wręcz przeciwnie, Kiwi są przekonani, że to dobry uczynek.

Przewóz koni
Przewóz koni

Krów i owiec jest po drodze naprawdę sporo na mijanych pastwiskach. Warto przypomnieć, że to kraj, w którym bydła jest więcej niż ludzi (4,5 miliona). Z danych za 2015 rok owiec mają tu około 30 milionów, krów 10 milionów (z tego 6,5 miliona mlecznych) oraz niecały milion jeleni. Je również spotyka się w hodowlach.

Centrum Nelson
Centrum Nelson

Bardzo charakterystycznym miejscem są punkty widokowe, czyli tak zwane scenic view. Można tam zaparkować i zrobić kilka zdjęć. Jest ich sporo, choć niestety po drodze mija się wiele miejsc, w których takie punkty by się przydały. W każdym razie zatrzymywanie się na nich to dość istotny element podróżowania po Nowej Zelandii.

Mijanka na moście
Mijanka na moście

Zazwyczaj nie ma problemu ze stacjami benzynowymi. Ale zdarzają się – zwłaszcza na Południowej Wyspie w parkach narodowych – dość spore np. 100 i więcej kilometrowe odcinki pozbawione stacji i ogólnie szerszej cywilizacji. Dlatego lepiej nie jechać tam na pustawym baku.

Zatoki przy Picton
Zatoki przy Picton
Przeprawa promowa

Dość istotny jest transport między wyspami. Kursuje prom między Wellington na Picton, wykorzystywany często przez turystów, którzy chcą zobaczyć obie wyspy. Są dwie duże sieci, na wszelki wypadek warto zarezerwować sobie ten prom wcześniej. Przy wypożyczaniu samochodu warto jednak zweryfikować, czy dana firma pozwala nam na opuszczenie wyspy. Nie wszystkie na to pozwalają, ale nawet jeśli nie ma obostrzeń, warto się z nimi skontaktować w tej sprawie. Bo czasem okazuje się, że faktycznie samochodu nie możemy wywieść poza wyspę, a musimy go zostawić przed promem, a na drugiej wyspie odebrać inny. Myśmy dowiedzieli się o tym dopiero na miejscu, przy wypożyczaniu samochodu. Poproszono nas o podanie daty płynięcia i tyle. W terminalu oddaliśmy bilet opłacony na samochód, prosząc o zwrot (dało się bez problemu załatwić) oraz zostawiliśmy kluczki do samochodu. Okazało się, że tak to właśnie działa, tylko nikt nam o tym nie powiedział. Prom wyruszał rano, więc oddanie samochodu we wskazanym miejscu nie było możliwe, bo tam nikogo nie było. Nie wiedzieliśmy, gdzie zostawić kluczyk. Pojechaliśmy pod właściwy terminal, licząc, że tam uda się coś zrobić i dało się. Standardowa procedura, samochód zostawiamy na parkingu, kluczyk oddajemy przy nadawaniu bagażu i tyle.

Wellington z promu
Wellington z promu

Po drugiej stronie w Picton odwieźli nas do terminalu, tam poszliśmy odebrać drugi samochód. Dalej problemu nie było.

 Rejs na Południową Wyspę jest długi, bo trwa aż 3 godziny. Prom jest bardzo wygodny, jest w nim oczywiście bar, dobrze działające wi-fi, a nawet sale kinowe! U nas bujało całkiem nieźle, nawet się coś stłukło w kuchni. Widoki za burtą są ciekawe, zróżnicowane – raz jesteśmy na wodach tak szerokich, że jakby na otwartym morzu, by potem wpłynąć w wąski przesmyk pomiędzy poszarpanymi skałami.

Nowa Zelandia z lotu ptaka
Nowa Zelandia z lotu ptaka

Planując przejazd samochodem warto wcześniej zweryfikować swoje trasy i obostrzenia wypożyczalni. Niektóre zabraniają przejazdów pewnymi drogami, np. Ninety Mile Beach. Ale ta droga ma więcej wspólnego z off-roadem, niż zwykłą trasą. Druga rzecz, choć większość tras jest darmowa, istnieje dosłownie kilka, przez które przejazd jest płatny.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Podróżowanie po Nowej Zelandii
Share Button

Mccheta, duchowa stolica Gruzji

Jedno z najstarszych miast Gruzji i jej duchowa stolica. Mccheta / Mtskheta (gruz. მცხეთა) rozwijała się gdzieś w pierwszym tysiącleciu p.n.e., ale ślady osadnictwa pochodzą epoki brązu, czyli gdzieś między 2000 a 3000 lat p.n.e. Pierwotne miasto zostało zrównanie z ziemią przez Pompejusza. Przełom er to także okres, w którym Mccheta była stolicą ówczesnej Gruzji. Dopiero w VI wieku przeniesiono ją do Tbilisi. Ale to właśnie do Mcchety dotarła święta Nino, sprowadzając tu chrześcijaństwo. Do dziś miasto to jest najważniejszym z miejsc gruzińskiego prawosławia. Od 2014 roku nazywana jest też Świętym Miastem.

Droga do soboru katedralnego
Droga do soboru katedralnego

Obecnie jest to niewielkie miasto nad rzeką Kurą. Mieszka tu jakieś 10 tysięcy mieszkańców. To jednak jest siedziba Gruzińskiego Prawosławnego Kościoła Apostolskiego, miejsce pielgrzymek, oraz punkt obowiązkowy dla wielu wycieczek. W dodatku wpisany na listę UNESCO. Głównie za sprawą dwóch świątyń. Niestety są one zagrożone wykreśleniem, ze względu na postępujące niszczenie starych murów.

Muzeum przy soborze
Sobór katedralny Sweti Cchoweli

Pierwsza z nich to kościół katedralny, Sweti Cchoweli (gruz. სვეტიცხოვლის საკათედრო ტაძარი). Formalnie został wybudowany w XI wieku, ale wcześniej w tym miejscu znajdowała się inna świątynia chrześcijańska (jakoby z IV wieku). Z tej poprzedniej budowli przetrwała chrzcielnica i fundamenty. Istniejąca do dziś budowla zwraca uwagę swoją kopułowo-krzyżową konstrukcją, centralna na planie krzyża greckiego, wykonaną z kamienia i na zewnątrz raczej skromnie dekorowaną, charakterystyczną dla całej architektury sakralnej Gruzji. Wewnątrz ściany pokryte były freskami, z których część udało się odsłonić po XIX-wiecznych przeróbkach. Znajdujące się w środku ikony są kopiami, oryginały umieszczono w muzeum. Mur obronny z wieżami pochodzi z XVIII wieku.

Wejście do Sweti Cchoweli
Wejście do Sweti Cchoweli

Według legendy pewien żyd z Mcchety, niejaki Eliasz, przebywał w Jerozolimie podczas ukrzyżowania Chrystusa. Wrócił do swego miasta z szatą Jezusa, którą dał swojej siostrze imieniem Sydonia. Tę pochowano wraz z relikwią, zaś o miejscu pochówku zapomniano. Aż do czasu, gdy w Gruzji przebywała święta Nino. Wówczas wznoszono pierwszą świątynię, jednak pojawił się problem z kolumną. Dzięki modlitwie świętej, kolumna przeniosła się w miejsce pochówku Sydonii. Nazwa Sweti Cchoweli znaczy tyle, co życiodajna kolumna. Mit ten zaś bardzo ładnie obrazuje próbę powiązania długiej historii Gruzji z chrześcijaństwem. Obecnie w Gruzji te tradycje znów są ważne, a nowa narodowa świątynia została wybudowana (choć jeszcze nie całkiem ukończona) w stolicy kraju.

Sweti Cchoweli
Sweti Cchoweli

Katedra jest główną świątynią Gruzińskiego Kościoła Prawosławnego. Tu odbywały się koronację królów. Jest to także wzorcowy budynek. Wiele innych cerkwi buduje się w jego stylu. Ta uchodzi za jedną z najładniejszych, najlepiej rozpoznawalnych i bez wątpienia jest jedną z największych.

Wnętrze Sweti Cchoweli
Wnętrze Sweti Cchoweli
Monastyr Dżwari

Drugi bardzo charakterystyczny monastyr Mcchety to Dżwari (ang. Jvari, gruz. ჯვარი, ჯვრის მონასტერი), czyli monastryr krzyża. Jest starszy, pochodzi z VI wieku, oddalony od centrum, wzniesiony na wzgórzu w miejscu, w którym król Mirian już po nawróceniu pod wpływem świętej Nino, postawił pierwszy krzyż w Gruzji. Monastyr zbudowano nad królewskim krzyżem. W środku wciąż znajduje się drewniany krzyż, choć zapewne już któryś z kolei, szczątki oryginalnego podobno wciąż są trzymane, gdzieś w świątyni. To miejsce uchodzi za jedno z najświętszych w całym kraju. Przybywają tu nie tylko turyści, ale też wielu gruzińskich pielgrzymów. Warto dodać, że to co widzimy dziś to druga świątynia. Powstała jakieś 40 lat po pierwszej. Po tej oryginalnej pozostały jedynie resztki zabudowań. Ta obecna została umieszczona na liście stu najbardziej zagrożonych zabytków świata. Co ciekawe, to kościół wzorcowy, budowniczowie kolejnych na całym Kaukazie wzorowali się właśnie na nim.

Monastyr Dżwari
Monastyr Dżawari

Ze wzgórza, na którym znajduje się ten monastyr, rozciąga się wspaniały widok na całą Mcchetę. Stare miasto jest tu niewielkie, bardzo nastawione na turystów, z masą sklepików i kramów. Niemniej jednak wąskie, brukowane uliczki są bardzo urokliwe.

Monastyr Dżwari
Monastyr Dżwari

Uwaga praktyczna. Kobiety mogą wejść do świątyń tylko w chustach na głowie. Niby można je dostać przed wejściem (wielorazowego użytku), ale można też podróżować z własną.

Turystyczne centrum Mcchety
Turystyczne centrum Mcchety

Do Mcchety dość łatwo jest dojechać z Tblisi marszrutką. Szczerze warto tu się zatrzymać na trochę, choćby dla samych tych dwóch świątyń. Zaś jak jest więcej czasu można też skorzystać z lokalnych szlaków winnych.

Mccheta i rzeka Kura, widok z monastyru Dżwari
Mccheta i rzeka Kura, widok z monastyru Dżwari

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Inne podobne miejsca znajdziesz na szlaku religijnym
Mccheta
?
Szlak gruziński
Mccheta
Share Button

Czechy: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Czech. Zweryfikowane ostatnio w czerwcu 2017.

Dojazd: Zależy od części kraju, ale zdecydowanie najwygodniej samochodem. Owszem są busy, nawet pociągi (ale np. z Wrocławia do Pragi nie ma bezpośredniego, trzeba z przesiadkami).

Wiza: Strefa Schengen, niepotrzebna.

Baza noclegowa: Wystarczająca. Co prawda w niektórych miejscach (np. okolice Czeskiej Szwajcarii) lepiej się posiłkować oddalonymi o np. 15 km miejscowościami, ale da się coś znaleźć. W okolicach letnich weekendów i różnych świąt może być trudno o wolne miejsca. Można szukać na np. Booking.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic szczególnego.

Waluta: Korona czeska (CZK). W niektórych miejscach blisko granicy akceptują albo Złotówki, albo Euro.

Płatności kartą i bankomaty: W porównaniu z Polską płatności kartą nie są szeroko rozpowszechnione. W wielu miejscach się da płacić, ale nie wszędzie. Lepiej jest mieć ze sobą gotówkę.

Bankomaty powszechne.

Napiwki: Uznaje się je wręcz za oczywiste, są wyczekiwane, ale najczęściej nie są doliczane do rachunku.

Internet: Wifi powszechne, także w restauracjach.

Telefony: Unia Europejska, formalnie opłat roamingowych brak, ale firmy telekomunikacyjne szukają jak to sobie odbić.

Język: Czeski. W niektórych częściach lepiej znany jest niemiecki czy rosyjski, niż angielski. Można próbować mówić po polsku, czasem wygodniej dla rozmówców niż angielski. Zdarzają się przypadki, że sami o to proszą.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Coraz lepiej rozbudowana jest sieć kolejowa, jak również autostradowa, a co za tym idzie także autobusowa. Czechy jednak mają jeden istotny problem, kraj jest dość Prago-centryczny. Transport ze stolicą jest rozbudowany, ale do szybkiego podróżowania między różnymi częściami kraju najlepiej nadaje się samochód. Część dróg jest płatna za pomocą winiet, warto zweryfikować trasę pod tym kątem. Może się zdarzyć, że na trasie naszego wyjazdu płatny jest tylko niewielki fragment, który łatwo wyminąć. Ogólnie dobrze jest założyć, że dotyczą one autostrad oznaczonych literą D. To dość dobre przybliżenie. Szczegóły lepiej sprawdzić sobie wcześniej w sieci np. tutaj.

Winiety można kupić np. na stacjach benzynowych tuż za naszą granicą. Są trzy rodzaje: 10-dniowa, miesięczna i roczna.

Oznaczenia i drogowskazy: Raczej średnio zorganizowane. Są, bo są, jednak mapa/GPS daje więcej pewności. Oczywiście zależy to od miejsca.

Jedzenie wegetariańskie: Z lokalnych na pewno można kupić smażony ser z frytkami. Występuje dość powszechnie. Trudniej znaleźć knedle bez mięsa, ale też się da.

Warto przypomnieć, że jeszcze kilka lat temu, przed tak zwaną rewolucją piwną, prawie „obowiązkowym” elementem kosztowania czeskiej kuchni, były ich piwa. Koncerny wypadały dość dobrze w porównaniu z tymi z innych krajów, ale czasy się zmieniły, choć dla wielu piwo czeskie jest nadal synonimem dobrego.

Prócz piwa, Czechy słyną też z mocniejszych alkoholi, jak choćby ziołowa Beherowka .

Ludzie: W teorii mają żal do Polaków o interwencję w Czechosłowacji, czyli tak zwaną Operację „Dunaj” z 1968 roku. Czasem się o tym przypomina, ale w kontaktach z ludźmi dziś już się tego nie czuje. Jest biznes. Niektóre części Czech żyją z Polaków i to widać.

Bezpieczeństwo: Jak większość Europy Wschodniej, to raczej bezpieczny obszar. Owszem, warto zachować zdrowy rozsądek i tyle.

Klimat: Umiarkowany ciepły, na terenach górskich ostry.

Informacja turystyczna i mapy: Tego niestety nie ma za dużo. Czasem przy atrakcjach, jak w Czeskiej Szwajcarii dostaniemy bardziej folder reklamowy, niż typową mapkę.

Szlak czeski
Praktycznie
Share Button

U styku filmu i podróży