Al-Ajn, miasto-oaza na pustyni

Al-Ajn (arab. العين‎, ang. Al Ain) po arabsku znaczy tyle co źródło, czasem jest też określane mianem miasta ogrodów. Ciekawostka: w pustynnych krajach semickich jest to popularna nazwa miasta, które wyrosło wokół oazy. Znajduje się blisko granicy z Omanem, więc samo w sobie jest dość dobrym miejscem na rozpoczęcie wizyty w tym kraju.

Wzgórze Al Nagfa i dobry punkt widokowy
Wzgórze Al Nagfa i dobry punkt widokowy

Al-Ajn, pałac muzeum i miasto szejka Zajida

Choć osadnictwo na tym istnieje od jakiś 4 tysięcy lat, historycznie trudno mówić o konkretnej dacie założenia. W każdym razie jeden z towarzyszy proroka Mohameda, Ka‘ab Bin Ahbar przyjechał tutaj i próbował nawracać lokalne ludy. Został i zbudował osadę w oazie, nie pierwszą i nie ostatnią. Dziś najstarsza zabudowa to forty z przełomu XIX i XX wieku.

Pałac Muzeum
Pałac Muzeum

Al-Ajn to drugie co do wielkości miasto emiratu Abu Zabi, czwarte w ZEA. Jest to miasto narodzin szejka Zajida ibn Sultan Al Nahyan (1918-2004), założyciela i pierwszego przywódcy Zjednoczonych Emiratów Arabskich, stąd jest bardzo ważne historycznie. W końcu XIX lub początku XX wieku wraz z rozwojem państwowości arabskiej, nabrała rozpędu historia miasta. Powstały słynne forty, dziś mocno (aż za mocno) zrewitalizowane. To też najważniejsze zabytki miasta, położone w samym jego centrum. Choć dziś oczywiście bardziej istotne jest tu chyba wspominanie pamięci szejka Zajida.

Oaza Al-Ajn (Al Ain Oasis)
Oaza Al-Ajn (Al Ain Oasis)

Najważniejszy dla mieszkańców Emiratów, zabytek to pałac-muzeum (Al Ain Palace Museum). To właśnie jeden z fortów. Drugi to Al Jahili Fort, może już nie tak dostojny, ale też bardzo podobny. Świetnie odnowione i bardzo podobne miejscami, jakby częściowo robione były z tej samej formy. W każdym razie kształt fortu (i wież pałacu) jest bardzo rozpoznawalny w ZEA i można się na niego natknąć w różnych miejscach. To jeden z narodowych symboli.

Al Jahili Fort
Al Jahili Fort

Oaza Al-Ajn

Al Ain Oasis to największa oaza na obszarze miasta, znajdująca się na liście UNESCO. Za jej znaczenie dla formowania kultury i za podziemny system nawadniający – falaj. Zwiedzanie oazy trochę rozczarowuje: spaceruje się wybrukowaną aleją, po bokach są wysokie mury, nie wchodzi się za bardzo pomiędzy palmy, brakuje informacji. Oaza jest tuż przy pałacu, właściwie to jego część. Tyle że nie ma tu biletów, nie jest też zamykany w dni muzealne.

Al Jahili Fort
Al Jahili Fort

Sama oaza raczej nie robi dobrego wrażenia. Można nawet zacząć zastanawiać się, jakim cudem trafiło to na listę UNESCO? Czy tylko z powodu szejka Zajida? Słowo klucz w tym wypadku to właśnie tradycyjny falaj. Ten system budowania irygacji znany jest tu od prawie 3000 lat.

Wnętrza centrum handlowego Bawadi Mall
Wnętrza centrum handlowego Bawadi Mall

Centrum miasta można obejrzeć ze wzgórza Al Nagfa. To słynny punkt widokowy, znajdujący się niedaleko fortów. Niestety to nie jest ani Dubaj, ani Abu Zabi, więc nie robi to już takiego wrażenia.

Targ wielbłądów
Targ wielbłądów

Targ wielbłądów

Jednak to nie zabytki ściągnęły naszą uwagę na Al-Ajn. W pewnym sensie odpowiada za to centrum handlowe Bawadi Mall, choć oczywiście w porównaniu z dubajskimi, to szkoda na nie marnować czasu. Jedna fontanna w środku i brak turystów, kupują zaś jedynie Arabowie z rodzinami. Prawdziwy kruczek tkwił w lokalizacji tego centrum. Tuż za nim znajduje się tradycyjne targowisko, na którym handluje się zwierzętami. To chcieliśmy zobaczyć.

Targ wielbłądów w Al-Ajn
Targ wielbłądów w Al-Ajn

Z samego rana, jeszcze przed śniadaniem, wybraliśmy się na pobliski targ wielbłądów, bo tak go się najczęściej określa. Oczywiście handlują też innymi zwierzętami, przede wszystkim kozami i owcami, ale to wielbłądy ściągają tu zarówno kupców jak i odwiedzających. Sprzedają tutaj tylko wielbłądy jadalne, to znaczy przeznaczone na konsumpcję. Nie było zwierząt wyścigowych.

Targ wielbłądów w Al-Ajn
Targ wielbłądów w Al-Ajn

To ostatni taki targ w Emiratach. Raczej zanikają już w tej formie. Ten powoli staje się też atrakcją turystyczną, co pewnie sprawi, że przetrwa w jakiejś formie. Idąc z samego rana można zobaczyć, jak to wyglądało naprawdę. Sprzedawcy pozwalają bez problemów robić zdjęcia, czasem sami chcą pozować. Klientów też nie ma zbyt wielu, może przyjdą później. Są zagrody, są zwierzęta i tyle. Natomiast w późniejszych godzinach przybywają tu turyści, najczęściej ze zorganizowanych wycieczek. Wstęp dla nich na targ jest płatny (ale nie jest to oficjalnie zorganizowane, więc bywa różnie). Sprzedawcy chcą też zarabiać na zdjęciach. Za to można sobie cyknąć fotki siedząc na wielbłądach, czy przebierając się w kolorowe stroje. Robi się z tego taka atrakcja turystyczna, w takim bardziej cepelianym znaczeniu.

Sam targ też nie jest dobrym miejscem dla osób wrażliwych. Nie ma tu jakiejś krwi, czy rzeźników, ale w tych krajach nie dba się zbytnio o zwierzęta i traktuje się je czasem dość brutalnie.

Targ wielbłądów
Targ wielbłądów

Ogród zoologiczny

Ale to nie koniec oglądania zwierząt w Al-Ajn. Nie udało nam się zobaczyć arabskich oryksów na wolności (ani w jordańskim rezerwacie, który akurat był nieczynny z powodu remontu), więc musieliśmy się posiłkować tutejszym ogrodem zoologicznym.

Safari w zoo
Safari w zoo

A jest to specjalne zoo. Zacznijmy od tego, że jeden z ojców założycieli, a potem prezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich – szejk Zayed bin Sultan Al Nahyan był światłym człowiekiem z wizją. Nie tylko pchnął rozwój gospodarki i kultury tej części Półwyspu Arabskiego, ale także zainteresował się ochroną przyrody, w tym ochroną zagrożonych gatunków zwierząt – rzadko się to zdarza w świecie arabskim. Na jego zlecenie powstał w Al-Ajn ogród zoologiczny. W roku 1968 otwarto placówkę, której jednym z ważniejszych celów było i nadal jest, odtworzenie populacji oryksa arabskiego (Oryx leucoryx). Ze względu na niekontrolowane polowania, w 1970 roku uznano gatunek za wymarły na wolności.

Oryksy arabskie
Oryksy arabskie

Dzięki staraniom prywatnych hodowców (do których należał szejk Zayed) i ogrodów zoologicznych, w tym Al-Ajn, w 2011 roku populację oryksa na Półwyspie szacuje się na około tysiąca osobników. W zoo jest zdjęcie szejka Zayeda wypuszczającego oryksa na wolność. Nie tylko oryks arabski jest objęty programem reintrodukcji, ale także oryks szablorogi (Oryx dammah), który niegdyś występował w Afryce Północnej, dziś jest wymarły w stanie dzikim. W Tunezji, Maroko czy Senegalu próbuje się odtwarzać gatunek.

Pustynia obok zoo
Pustynia obok zoo

Oryksy i safari

Zoo w Al-Ajn jest bardzo dobrze przemyślane. Ma doskonale zachowaną równowagę pomiędzy ochroną gatunków i dobrym samopoczuciem zwierząt na wybiegach (nie do pomyślenia na targu), a satysfakcją zwiedzających, dodatkowymi atrakcjami i walorami edukacyjnymi. Wybiegi są naprawdę obszerne i urozmaicone, otoczone dość wysoką zielenią, dzięki czemu zwierzęta nie są bardzo wyeksponowane: dość, by je spokojnie obserwować, a jednocześnie by zwierzęta nie czuły się otoczone. Do dodatkowych atrakcji oprócz pokazów karmienia należy możliwość kupienia wycieczki safari na teren afrykańskiego wybiegu. Jedzie się samochodami terenowymi i robi zdjęcia, dokładnie jak na przykład na safari w Tanzanii czy Kenii. Po co ruszać się poza wygodny Półwysep? Duże centrum edukacyjne oferuje różne warsztaty, konferencje i pokazy. Prawdę mówiąc, nie spodziewaliśmy się tak świetnego ogrodu zoologicznego. Ten zaś jest naprawdę godny polecenia.

Oryks arabski
Oryks arabski

I co najważniejsze, to faktycznie jedno z najważniejszych centrów rozmnażania oryksów. Stąd pomysł na wizytę tutaj. Oryksy zaś można zobaczyć nawet bez wchodzenia do zoo. Przed wejściem, jak się jedzie na olbrzymi parking, jest wybieg, gdzie chodzą te wspaniałe zwierzęta. Parking oczywiście jest darmowy, ale jak ktoś chce to jest i wersja płatna typu valet czy VIP.

Orksy arabskie
Orksy arabskie

Al-Ajn niestety nie jest tak popularne wśród turystów jak Dubaj, więc gorzej wygląda tu kwestia poruszania się komunikacją zbiorową po samym mieście. Zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem jest samochód: albo własny, albo taksówka. Z parkowaniem większych problemów nie ma.

Oryks szablorogi
Oryks szablorogi

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak emiracki
Al-Ajn Podróżowanie po ZEA
Share Button

Wulkany błotne Gobustanu niedaleko Alat

Mniej znaną, jak również częściej występującą w różnych miejscach świata, geologiczną osobliwością Azerbejdżanu są wulkany błotne (azer. palcik vulkanar). Można je znaleźć w Gobustanie, niedaleko od Parku Narodowego (trzeba jechać bardziej na południe). Póki co, jest to atrakcja całkowicie darmowa. Jedyny problem to dotarcie do niej. Bez samochodu, czy taksówki (i to nie każdej) nie ma szans, w dodatku trzeba liczyć się z przejściem kilku kilometrów, jeśli nie znajdzie się właściwej drogi.

Pustynny krajobraz Azerbejdżanu
Pustynny krajobraz Azerbejdżanu

Wulkany błotne i inne zjawiska

Zjawisko to jest wielce interesujące. Naukowo związane jest z erupcjami gazu ziemnego, który wybija się z głębin, a następnie przechodzi przez piasek, ił, lub żwir, miesza to z wodą, czego efektem są właśnie wulkany błotne. Są to niewielkie stożki, które bulgoczą błotem z mniejszym lub większym natężeniem. Jednocześnie nie ma tu charakterystycznych dla normalnych wulkanów procesów zmieniających środowisko. Co więcej to błoto, wzbogacone o substancje organiczne, jest chłodne. Nie parzy. Więc można śmiało wsadzać w nie ręce.

Jezioro
Jezioro

Wulkany tego typu dzielą się na dwa rodzaje. Bardziej wybuchowe i bardziej wylewne. W Gobustanie mamy do czynienia z tymi drugimi. Istotne jest też to, że zjawisko to może mieć charakter okresowy. Szczęśliwie w Azerbejdżanie występuje stale.

Wulkany błotne z daleka
Wulkany błotne z daleka

Wulkan błotny w okolicach Alat

Gdy już dotrzemy do wulkanów, to można obserwować kilka stożków na różnym etapie rozwoju. Cześć jest już przyschniętych i dogasających. Inne bulgoczą dość mocno, wydając przy tym charakterystyczny dźwięk. Jak się podejdzie bliżej, to nawet chlapią. Jeszcze inne są na wczesnym etapie tworzenia się. Wyglądają jak niewielkie błotne naleciałości.

Wulkan błotny z bliska
Wulkan błotny z bliska

Oprócz wulkanów można tu także zobaczyć dość płytkie zbiorniki z rozwodnionym błotem, które także bulgoczą.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Jak wspominaliśmy wcześniej, atrakcja jest darmowa. Turystów jest tu bardzo niewielu. Mało kto o tym w ogóle wie, jeszcze mniej osób tu przyjeżdża. W Azerbejdżanie zarabiają na tym co najwyżej taksówki. Choć przy wjeździe do Parku Narodowego poinformowano nas, że jest takie kuriozum w okolicy, to jednak w praktyce nie ma tu żadnego oznakowania. Nic.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Jak dojechać

By dojechać do wulkanów z Baku czy Parku Narodowego Gobustanu, należy kierować się na miejscowość Alat (azer. Ələt). Tam pojechać zgodnie z drogowskazem na Şpal Zavodu, przejechać linię kolejową i kierować się na północ, a potem wspiąć na górę. Gdzieś też jest dojazd już bardziej bezpośrednio pod wulkany, niekoniecznie oznaczony, ale znany przez taksówkarzy. Można też w Alat skorzystać z GPSa, podjechać w miarę blisko drogą do wulkanów, a dalej przejść już do nich na piechotę. Teren jest otwarty. Może trzeba będzie przejść przez tory kolejowe lub rurociąg, ale poza tym jest to właściwie pustynia. Takie rozwiązanie jest dobre, gdy ma się samochód z niskim podwoziem, bo niestety sam dojazd drogami szrutowymi może być problemowy. Jeśli chce się oszczędzić nóg, warto poszukać trasy, która prowadzi bliżej stożków lub skorzystać z taksówki.

Stożek wulkanu
Stożek wulkanu

Wulkany błotne to naprawdę bardzo ciekawe zjawisko. Zaś te kopczyki, przypominające trochę mrowiska czy termitiery z pewnością są warte niedogodności wyprawy. Obok Janar Dah to bez wątpienia jedno z najbardziej zapadających w pamięć miejsc Azerbejdżanu.

Widok z wulkanu
Widok z wulkanu
Widok na Morze Kaspijskie
Widok na Morze Kaspijskie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
Wulkany błotne PN Gobustan
Share Button

Malmö, między Danią a Szwecją

Malmö to trzecie co do wielkości miasto w Szwecji, kiedyś mocno przemysłowe, dziś pełni bardziej rolę zaplecza dla Kopenhagi. To zdecydowanie bardziej europejski i wielokulturowy ośrodek, niż szwedzka prowincja. Dzięki mostowi nad Sundem, ma bardzo dobrą komunikację ze stolicą Dani, a gdy do tego doda się jeszcze lotnisko z tanimi lotami, także do Polski, miasto okazuje się być dobrą bazą wypadową. Zwłaszcza, że jest trochę tańsze niż Kopenhaga. Warto jednak poświęcić mu trochę więcej czasu, by poczuć trochę szwedzkiej kultury.

Stortorget w Malmö
Stortorget w Malmö

Malmö – zabytkowe centrum

Głównym punktem miasta jest oczywiście rynek (Stortorget). Bardzo szwedzki, surowy w pewien sposób. Ratusz (Malmö rådhus) trochę się wyróżnia. Nieopodal znajduje się także kościół św. Piotra (Sankt Petri kyrka). Po centrum można pochodzić, choć nie należy do dużych.

Kościół św. Piotra
Kościół św. Piotra

Jednym z symboli miasta jest gryf. Jego rzeźba znajduje się na placu Gustawa Adolfa (Gustav Adolfs torg). Warto o niej wspomnieć z jednego powodu. Jest to kolejne miejsce na świecie, gdzie dość niepozorny pomnik zostaje rozsławiony i dzięki zdjęciom wygląda może nie na duży, ale przynajmniej średni. Na miejscu zaś dość łatwo go przeoczyć, bo zaiste jest drobniutki.

Gryf jest dużo mniejszy niż na zdjęciach promocyjnych
Gryf jest dużo mniejszy niż na zdjęciach promocyjnych

Malmöhus i muzeum techniki

Trochę bardziej w kierunku morza znajduje się zamek Malmöhus. Twierdza pochodzi z XVI wieku, wówczas była siedzibą duńskich władców. W 1658 roku został przejęty przez Szwedów, wpierw ufortyfikowano go, a następnie zamieniono w więzienie. To dobrze obrazuje historię tego terenu, który nieustannie znajdował się na zmianę pod duńskimi i szwedzkimi wpływami. Dziś dość dobrze je łączy. Warto zauważyć, że jest to najstarszy zamek renesansowy w całej Skandynawii. Kilkadziesiąt lat temu przekształcono go w muzeum regionu, sztuki i historii naturalnej. Można więc go spokojnie obejść wokół, wejść na dziedziniec. Reszta to już w miarę nowoczesne muzeum. Zaś wokół zamku mamy rekreacyjne tereny zielone ze starym wiatrakiem.

Zamek Malmöhus
Zamek Malmöhus

Jeśli chodzi o muzea, to Malmö ma jedno, które szczególnie warto polecić. Muzeum Techniki. Owszem jest wiele takich, większych i bogatszych ośrodków w różnych miejscach na świecie, ten jednak ma w swoich zbiorach okręt podwodny, którą można zwiedzić od środka. Jeśli ktoś się interesuje takimi rzeczami, to koniecznie powinien tu zajrzeć.

Łódź podwodna w muzeum techniki
Łódź podwodna w muzeum techniki

Bałtyk i cieśnina Öresund

Jeszcze bliżej morza znajduje się obecnie najbardziej charakterystyczna budowla i symbol miasta. HSB Turning Torso, czyli wysoki na 190 m wieżowiec. Ukończono go w 2005 roku. Choć przyciąga wzrok turystów, to jednak jest to przede wszystkim budynek mieszkalny, bez tarasu widokowego. Co prawda na górnych piętrach można wynająć sale konferencyjne, ale to dość drogi sposób na oglądanie okolicy. Szwedzi przede wszystkim pragną zachować spokój osób tu mieszkających i warto to uszanować.

Turning Torso
Turning Torso

Dalej już mamy tylko plażę przy bałtyckiej cieśninie Öresund. To kolejne idealne miejsce spacerowe i rekreacyjne, choć trzeba pamiętać, że północ nawet latem raczej nie sprzyja wygrzewaniu się w słońcu na piasku. Można stąd podziwiać także słynny most nad Sundem (duń. Øresundsbroen, szw. Öresundsbron). Słowo most jest tu trochę na wyrost, bo cała konstrukcja jest wspomagana tunelami, a także sztuczną wyspą. Przeprawa liczy sobie 15,9 km i jest to najdłuższy „most” na świecie łączący dwa państwa. Właśnie on zmienił oblicze współczesnego Malmo, sprawił, że już nie tylko geograficznie jest bliższe Kopenhagi. Zaś możliwości swobodnego przemieszczania się, osiedlania i pracy, spowodowały, iż dziś jest to istotne zaplecze duńskiej stolicy.

Most nad Sundem
Most nad Sundem

Pociągi między Malmö a Kopenhagą kursują dość często. Można też przez przeprawę przejechać się autobusem, przy okazji podziwiając most. Lotnisko w Malmö de facto pełni też rolę low-costowego portu lotniczego stolicy Danii, zatem można dość łatwo połączyć zwiedzanie tych miast.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak szwedzki
Sztokholm Malmö
Share Button

Park Narodowy Tongariro, czyli Mordor

„Nikt po prostu nie wchodzi do Mordoru” mówi filmowy Boromir (Sean Bean) w „Drużynie pierścienia” Petera Jacksona. Nie jest to do końca prawda, do Mordoru jest wejść dość łatwo, w dodatku nie ma nawet biletów. Przynajmniej jeśli mówimy o miejscu, w którym kręcono Mordor (i Górę Przeznaczenia), czyli Parku Narodowym Tongariro.

Tongariro - początek Apline Crossing
Tongariro – początek Apline Crossing

Park Narodowy Tongariro

Tongariro to jeden z najstarszych parków narodowych na świecie i pierwszy w Nowej Zelandii. Założono go w 1887 roku; znajduje się także na liście UNESCO. Tongariro to obszar wulkanicznej aktywności, obejmujący trzy aktywne wulkany: Ruapehu, Ngauruhoe i Tongariro. Osiągają one wysokości odpowiednio 2797, 2291 i 1978 m.n.p.m. Te wulkany są cały czas aktywne, ostatnia poważna erupcja w 2012 roku była dziełem Tongariro. Okolica jest nieustannie monitorowana przez sejsmologów. Zresztą na terenie parku mamy informację o ewentualnej drodze ewakuacyjnej, czy tak zwanych bezpiecznych miejscach.

Powulkaniczne skały "Mordoru"
Powulkaniczne skały „Mordoru”

To dość duży i zróżnicowany park posiadający wiele większych i mniejszych szlaków. Najbardziej słynny z nich to Tongariro Alpine Crossing. Określa się go mianem jednej z najlepszych 1-dniowych pieszych tras, to oczywiście jeden z nowozelandzkich Wielkich Szlaków (The Great Walk), choć tu uwaga, wlicza się to całą Pętlę, nie tylko Alpine Crossing. Trasa wiedzie z jednej strony Parku Narodowego Tongariro na drugą i liczy jakieś 19,5 kilometra. Po drodze podziwia się kratery wulkanów zalane wodą i surowe otoczenie.

W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin
W Nowej Zelandii dbają by nie niszczyć roślin

Jak zacząć

Przejście jest długie i trochę wymagające, więc jest to trasa w jedną stronę. Po obu stronach wejścia na szlak znajdują się parkingi (darmowe). Jeden w Ketetahi, drugi w Mangatepopo. W tym pierwszym można zaparkować auto tylko do czterech godzin, czyli szlaku się nie przejdzie. Drugi był sugerowany jako miejsce, gdzie można zostawić samochód, przejść, a w Ketetahi wsiąść do busa (płatnego) i wrócić do miejsca, w którym zostawiło się swój pojazd. Podczas naszej wizyty także w tym miejscu wprowadzono czterogodzinne ograniczenie. Pilnują tego, ale nie wiemy jak restrykcyjnie. W każdym razie przed parkingiem w Mangatepopo znaleźliśmy lokalne reklamy prywatnych, płatnych parkingów z dowózką w obie strony. Wiele osób korzysta z dojazdu zorganizowanego przez różne firmy, np. z okolic Taupo. Podwożą pod jedno wejście i odbierają na drugim.

Ścieżka jest wytyczona
Ścieżka jest wytyczona

Nie tylko aktywność wulkaniczna jest tu problemem. Klimat jest dość kapryśny i jak to w wysokich górach, pogoda może zmienić się z godziny na godzinę. Gdy pogoda jest zła, nie kursują shuttle busy, co utrudnia przejście pełnym szlakiem. Można wtedy tylko zrobić sobie kawałek (mieszcząc się w czterech godzinach). Nam niestety pogoda pokrzyżowała plany przejścia przez Alpine Crossing, ale na szczęście jest jeszcze kilka innych miejsc w parku.

Krajobraz "Mordoru"
Krajobraz jak z „Mordoru”

Tongariro, czyli Mordor

Jednak zostańmy jeszcze przy szlaku, bo jest bardzo interesujący filmowo. Choćby Mount Ngautuhoe (2291 m. n.p.m.). Wulkan ten, którego ostatnia erupcja miała miejsce w 1977 roku, w filmie „Władca Pierścieni: Powrót króla” odegrał rolę Góry Przeznaczenia, gdzie do Szczelin Zagłady Frodo miał cisnąć Pierścień. Przy dobrych warunkach i odpowiednio zagospodarowanym czasie można na niego wejść. Zdjęcia kręcono w 2000.

I z "Willow"
I jak  z „Willow”

Tongariro „zagrało” Mordor we „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona. Surowy krajobraz, skąpa roślinność wysokogórska, ślady świeżych erupcji wulkanicznych i te ostre, poszarpane stożki. Czy jest lepsze miejsce na Krainę Cienia? Patrząc na film widzi się kształty, klimat, ale nie zawsze kolory. Jackson w Mordorze użył wielu filtrów i efektów komputerowych, więc trzeba się trochę wpatrzeć, ale klimat jest. Cóż, same skały i granie może wyglądają tu posępnie, ale nie tak mrocznie jakby chcieli tego filmowcy. Bo kwitnący i kolorowy Mordor nie napawa nas przecież grozą.

Tongariro
Tongariro

Zupełnie inaczej sprawa się ma z filmem „Willow” Rona Howarda (wyprodukowanym przez George’a Lucasa). Ten także był kręcony w tym parku, zresztą blisko miejsc, gdzie potem nagrywano Mordor. W „Willow” jednak nie używano filtrów, więc dość dobrze oddaje klimat tego miejsca, w szczególności gór, a już zwłaszcza w pochmurny dzień, na jaki trafiliśmy. Tongariro u Howarda to okolice zamku Bavmordy. Zdjęcia kręcono wiosną 1987.

Ścieżka w Tongariro
Ścieżka w Tongariro

Poza Tongariro Alpine Crossing

Odchodząc zaś od Alpine Crossing. Nieopodal Whakapapa Village znajduje się wodospad Tawhai. Tutaj kręcono sceny z Gollumem w świętej sadzawce, w której złapał sobie rybkę i beztrosko tłukł ją o kamień podśpiewując.

Wodospad Tawhai
Wodospad Tawhai

To także obszar, na którym żyją kiwi. Można się tu natknąć na znaki przypominające, by uważać w nocy. Za to dużo łatwiej zobaczyć znaki informujące o obecności tych ptaków.

Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)
Wodospad Tawhai (tu się kąpał Gollum)

Inne trasy wewnątrz parku nie są już tak słynne. Nie przechodzi się blisko wulkanów, ale i tak są bardzo ładne. Położone niżej, częściej idzie się wśród drzew, więc nawet przy silnym i porywistym wietrze nie są zamykane. Spokojnie można przejść kawałkiem Pętli Północnej Tongariro (Tongariro Northern Circuit). Jej częścią jest wspominany Alpine Crossing. Cała pętla to mniej więcej 3-4 dni wędrówki. Nawet fragmenty tej ścieżki są ciekawe, pełne wodospadów, grani i różnej roślinności.

Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai
Okolice Tawhai

Tongariro jest słynne także jako idealne miejsce dla narciarzy. Sprawia to, że baza hotelowa już w samym parku jest dość mocno rozbudowana i mówimy tu głównie o hotelach wyższej klasy, z saunami i masą innych atrakcji, a co za tym idzie droższymi. Niemniej jednak, jak to bywa w Nowej Zelandii, choć restauracje czy bary są, godziny ich otwarcia są dość krótkie, więc czasem trzeba wybrać między jedzeniem, a zwiedzaniem okolicy. A tras spacerowych, pomijając tę główną, jest tu bardzo dużo. Swoją drogą trasy narciarskie też wykorzystano w filmach Jacksona.

Wodospad Taranaki
Wodospad Taranaki

Ochrona przyrody

Władze Parku mają pewien dwugłos jeśli chodzi o „Władcę Pierścieni”. Dziś wykorzystują go w rozreklamowaniu tego miejsca, ale przy kręceniu wystąpiły pewne problemy. Omyłkowo filmowcy dostali zgodę na wprowadzenie tam sprzętu, który nie powinien wjechać do parku. Ostatecznie wyrządzili trochę szkód, które w 2005 naprawiła specjalna ekipa. Dyrekcja była zła na ekipę Jacksona, ale dziś umiejętnie czerpie z tego zysk.

Taranaki Falls
Taranaki Falls

Ten park zrobił na nas fenomenalne wrażenie. Bardzo żałujemy, że nie przeszliśmy całego Tongariro Alpine Crossing z powodu złych warunków pogodowych, ale i tak większość dnia spędziliśmy na nogach. Trochę marznąć, ale też podziwiając przepiękne widoki. W każdym razie jest bardzo konkretny powód, by tu jeszcze wrócić.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
PN Tongariro PN Abel Tasman
Szlak filmowy
PN Tongariro
Dubrownik
Share Button

Salisbury: Old Sarum i Magna Carta

Niewielkie i pozornie mało interesujące Salisbury to bez wątpienia jeden z niedocenionych skarbów Anglii. Słynie głównie z tego, że znajduje się w okolicy Stonehenge, więc to tu przyjeżdżają pociągi z turystami prosto z Londynu i przesiadają się na autobus. Ale naprawdę warto przyjrzeć się temu miasteczku trochę dłużej. Salisbury spełnia wszelkie wyobrażenia o angielskim średniowiecznym mieście: zabudowa, targ, tętniące życiem ulice i górująca nad tym wszystkim katedra.

Staroangielskie kamienice
Staroangielskie kamienice

Old Sarum

Jego historia sięga czasów neolitycznych. Osadnictwo na wzgórzu zwanym obecnie Old Sarum datuje się na jakieś 3000 lat p.n.e. Niestety poza nielicznymi śladami, niewiele zostało do dziś z tamtego okresu. Znaleziska archeologiczne wskazują bardzo dokładnie to miejsce, tyle że kolejne okresy wiążą się z jego rozbudową i przebudową . Wraz z podbojem rzymskim, wybudowano tu nowe miasto zwane Sorbiodunum. Znów jednak pozostałości po nim również się na ogół nie zachowały.

Old Sarum
Old Sarum

Nazwa Old Sarum zaczęła być używana w średniowieczu. Na wzgórzu zbudowano zarówno katedrę jak i zamek, służący swemu czasu Wilhelmowi Zdobywcy. Jednak i tamte budowle nie przetrwały do dziś. Obecnie w Old Sarum można właściwie tylko podziwiać małe pozostałości fundamentów i resztki ścian, tak zamku jak i dawnej katedry. Część terenu dostępna jest dla spacerowiczów, sam zamek jest płatny.

Old Sarum
Old Sarum

Tak zwane New Sarum powstało w średniowieczu w niewielkim oddaleniu od wzgórza. Głównie za sprawą Kościoła, który potrzebował nowego miejsca na katedrę: miejscowi biskupi weszli bowiem w konflikt z włodarzami, więc wynieśli się poza Sarum. Szukając pieniędzy postanowili zbudować targ dla kupców, dalej rozbudowa potoczyła się sama. Z czasem Nowe Sarum zmieniło się w żyjące miasto, a w XX wieku przemianowano jego nazwę na Salisbury.

Katedra w Salisbury
Katedra w Salisbury

Katedra w Salisbury

Praktycznie od początku osady zaczęto budować katedrę. To monumentalny budynek z najwyższą wieżą kościelną w całej Anglii. Iglica mierzy jakieś 123 m, ma też najstarszy działający do dziś zegar w Europie (od 1328 r.), największe katedralne krużganki oraz zachowany oryginalny średniowieczny dźwig. Budowa rozpoczęła się w 1200 roku, a główna część została ukończona w 1258. To rzadki przykład jednolitego stylistycznie budynku – wczesnego gotyku. Oczywiście szybkie tempo budowy w znacznej mierze przyczyniło się do zachowania jednolitego stylu, ale wpływ miało także oderwanie Kościoła Anglii od Kościoła rzymskokatolickiego i uznanie gotyku za styl narodowy Anglii w budownictwie zarówno sakralnym jak i świeckim. Przy okazji – gotyk w Anglii nigdy nie został porzucony, budowle w tym stylu wznoszono aż do XX wieku. Świątynia należy dziś do anglikanów, ale też rozsławia to miasto, może nie tak mocno jak Stonehenge, jednak wciąż. Pojawia się zarówno w malarstwie, jak i literaturze, a za nią także czasem w filmie. Dwa najbardziej znane dzieła to „Wieża” Williama Goldinga oraz „Filary Ziemi” Kena Folletta (miniserial kręcono między innymi w tej katedrze).

Wnętrza Katedry
Wnętrza Katedry
Katedra
Katedra

Magna Carta

W małej kaplicy z boku katedry wystawiona jest Magna Carta (lub w innym nazewnictwie Magna Charta Libertatum). To wielka karta swobód i przywilejów panów feudalnych podpisana przez króla Jana bez Ziemi. Filmową historię podpisania tej karty przedstawił Ridley Scott w „Robin Hoodzie”. Do dziś pozostały zaledwie cztery oryginalne kopie (z tego jedna prawie spalona i niemal nieczytelna), jedna z nich jest właśnie wystawiona w katedrze. Karta ta w pewien sposób jest prekursorem późniejszych konstytucji, jest więc bardzo istotna dla Brytyjczyków. Została też wpisana na listę UNESCO – Pamięć Świata. Można ją obejrzeć w kaplicy za darmo, ale jest pilnowana, nie da się jej fotografować. Umieszczono ją w specjalnym przyciemnionym namiocie, by nie niszczyło jej światło słoneczne.

Magna Carta - schowana przed światłem i aparatami
Magna Carta – schowana przed światłem i aparatami

Pomijając najważniejsze zabytki, już sam spacer po starym mieście Salisbury jest dość ekscytujący. Mamy tu możliwość obserwowania budynków, które pochodzą z późnego średniowiecza, czy renesansu, a także późniejszych, zachowujących styl. Wygląda to bardzo staroangielsko. To miejsce bez wątpienia warte odwiedzenia, zwłaszcza jeśli ktoś wybiera się do Stonehenge.

Zabytkowe centrum Salisbury
Zabytkowe centrum Salisbury

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak brytyjski
Salisbury ?
Share Button

Oman: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Omanu. Zweryfikowane ostatnio w styczniu 2018.

Uwagi ogólne: Kraj  Półwyspu Arabskiego bez wielkich zasobów ropy, przez to ma się wrażenie, że jest bardziej naturalny i poukładany. Nie ma wielkich inwestycji, ale jest wspaniała i bardzo unikalna przyroda.

Dojazd: Najlepszy sposób to samolot.  Niestety nie ma co liczyć na tanie linie, chyb, że przez Dubaj.

Wiza: Myśmy załapali się jeszcze na wydawaną od ręki przy przylocie/wjeździe, 90-dniową z możliwością wielokrotnego przekraczania granicy. Paszport konieczny. Obecnie wdrożono system e-wiz, o które trzeba się ubiegać przed przyjazdem. Wcześniej obowiązywała też promocja, że dostając wizę w Dubaju i wjeżdżając do Omanu z emiratu Dubaj wizę otrzymywało się za darmo. W każdym innym przypadku była płatna.

W przypadku przyjazdu z krajów objętych ryzykiem żółtej febry, weryfikowane są szczepienia.

Obecnie o wizę można się ubiegać na: evisa.rop.gov.om.

Przepisy celne:  Można wwieźć 2 litry (ale nie więcej niż 2 butelki) alkoholu (nie dotyczy muzułmanów). Wwiezienie niektórych leków wymaga przedstawienia recepty / potwierdzenia od lekarza (oczywiście w języku angielskim).

Baza noclegowa: Nie tak rozbudowana jak w Emiratach, ale wciąż duża. Niestety raczej przeważają hotele i ośrodki wyższe cenowo. Można szukać na Booking.com.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Podobnie jak w ZEA istnieje ryzyko zarażenia się MERS.

Waluta: Rial (OMR).

Płatności kartą i bankomaty: W dużych miastach karty raczej bezproblemowo akceptowane. Bankomaty także są. Gdy się wyjdzie jednak już poza miasto,  nie zawsze są czytniki kart, także na stacjach benzynowych. To samo dotyczy niektórych zabytków czy atrakcji, im dalej od dużego miasta tym większa szansa, że trzeba płacić gotówką. Bardzo podobnie jak w ZEA.

Napiwki: Formalnie brak, nie są oczekiwane. Jednak wiele usług wykonują tutaj osoby z Indii, Pakistanu i innych krajów, więc nie protestują, gdy się go zostawia. Bardzo podobnie jak w ZEA.

Internet: W hotelach i restauracjach problemu nie ma. Choć oficjalnie istnieje pewna cenzura sieci.

Telefony: Roaming dostępny. Zasięg telefonów bardzo dobry, także na pustyni.

Język: Formalnie arabski, ale angielski jest tu bardzo istotny. Raz, wielu pracowników pochodzi spoza Omanu, więc to podstawowy język komunikacyjny. Dwa, sam arabski ma dialekty, więc jest problem jeśli ktoś zna np. afrykańską wersję. Znów, bardzo podobnie ja w ZEA.

Gniazdka elektryczne: Jak w Wielkiej Brytanii.

Wtyczka typu brytyjskiego
Wtyczka brytyjska

Samochody i transport: Po kraju zdecydowanie najłatwiej jest się poruszać samochodem. Drogi są dobre, benzyna dość tania. Najlepiej podróżować samochodem albo wynajętym samodzielnie albo z kierowcą/przewodnikiem. Zwłaszcza ten drugi typ podróżowania jest bardzo popularny w Omanie. Uwaga, nie działa tu nawigacja Google’a. Można ściągnąć mapę Google’a i wyznaczyć trasę, ale funkcja nawigacji nie działa. Jest to spowodowane umowami z rządem Omanu, który chciałby, aby używano lokalnych GPSów. Alternatywą jest np. oprogramowanie Sygic, mniej popularne, więc Oman ich nie ściga.

Oznaczenia i drogowskazy: Średnio lub słabo. Pod tym względem to kraj wciąż mało rozwinięty, bardziej stawiający na taksówki. Znów pod względem rozwoju bardzo podobnie do ZEA.

Jedzenie wegetariańskie: Mało jedzenia lokalnego. Ale jest wiele knajp z innych rejonów świata.

Ludzie: Podział na dwa typy obywateli nie jest tak widoczny jak w ZEA, ale też jest. Da się to dostrzec w większych miastach. Bardziej na prowincji mamy przewagę Arabów. Ludzie spokojni, przychylni, przyjacielscy, acz najczęściej zdystansowani.

Prawo i obyczaje: To kraj muzułmański. Alkohol, niektóre leki, narkotyki, seks przed- i pozamałżeński, nadmierne odsłanianie ciała przez kobiety (poza ośrodkami turystycznymi), czy nawet fotografowanie osób bez zezwolenia nie są tu mile widziane. Największy rygor panuje przy zwiedzaniu meczetów, poza nimi jest trochę spokojniej. Są miejsca, gdzie bez problemu da się nawet robić zdjęcia ludziom.

Bezpieczeństwo: Podobnie jak ZEA, Oman to dość bezpieczny kraj, jeśli chodzi o terroryzm czy drobną przestępczość.

Klimat: Klimat zwrotnikowy suchy, z przewagą cech klimatu kontynentalnego, również na wybrzeżu. Dobry sezon na wyjazd to nasza zima. Jest wtedy ciepło, ale nie upalnie.

Informacja turystyczna i mapy: Z tym jest raczej ciężko. Nawet gorzej niż w ZEA. Promowany sposób podróżowania to wynajęcie kierowcy-przewodnika, który nam wszystko pokaże/opowie. Często nawet w zabytkach UNESCO brakuje podstawowych opisów.

Szlak omański
Praktycznie
Share Button

Wadi Bani Khalid, kanion w Omanie

Wadi to formacja geologiczna: wąwóz, często głębokie wyschłe koryto rzeki. Opisywaliśmy je przy okazji Jordanii (Wadi Mujib, Wadi Rum – acz to inny przypadek). Będąc w Omanie postanowiliśmy zobaczyć podobne miejsce. Zwłaszcza, że Wadi Bani Khalid (arab. وِلَايَـة وَادِي بَـنِي خَـالِـد), obok Wahiba Sands to zdecydowanie jedna z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji tego kraju. Przybywa tu wiele wycieczek z Maskatu, zarówno tych zorganizowanych, jak i samodzielnych (jak my).

Dojście do kanionu
Dojście do kanionu

Wadi Bani Khalid

Wadi Bani Khalid broni się doskonale samo. Jest popularne, bo przyciąga dwa typy turystów. Jednych, którym wystarczy trochę wody do pluskania, oraz drugich, skorych do przejścia się kanionem.

Wadi Bani Khalid
Wadi Bani Khalid

Bardzo turystycznym miejscem jest wioska Muqil nieopodal wejścia do kanionu. System nawadniających kanałów i woda spływająca z góry tworzą grupę basenów o krystalicznie czystej wodzie. Raczej ciepłej. Obecny kształt tych basenów to efekt działalności człowieka. Wstęp jest darmowy, są ratownicy i kawiarenka, ławeczki, śmietniki, tylko… obowiązuje zgodny z prawem szariatu strój kąpielowy (zakryte ramiona), a kobiety i mężczyźni powinni kąpać się osobno (powinni, tak nas informowano, ale nikt nie gonił za koedukacyjną kąpiel). Kwestie stroju kobiecego są dość mocno egzekwowane, choć w sposób ideologiczny. Nie ma problemu w spodzie przypominającym stringi, o ile ramiona są zakryte koszulą. W teorii są dwa zejścia do osobnych jeziorek, jedno dla mężczyzn, drugie dla kobiet. Ale ponieważ można przepłynąć z jednego do drugiego, to żadnych interwencji nie widzieliśmy.

Sztuczne jezioro - kąpielisko
Sztuczne jezioro – kąpielisko

Kanion

Za terenem turystycznym rozciąga się właściwy kanion. Woda też jest, ale to już nie jest miejsce modyfikowane przez ludzi, więc warto pamiętać o głębokości, ta może być dla  miejscami zdradziecka. Oczywiście wewnątrz kanionu również można się kąpać. Tam jednak obowiązuje turystyczna wolna amerykanka, mężczyźni i kobiety kąpią się razem, nie obowiązują też surowe reguły dotyczące strojów. No i nie ma ratowników.

Wąwóz
Wąwóz
Widok z wąwozu, kąpielisko w tle
Widok z wąwozu, kąpielisko w tle

Dla nas ciekawsza była dalsza część wadi, bo bardziej dziko. Właściwie za tym miejscem, obleganym przez miłośników koedukacyjnej kąpieli, robi się dużo puściej, ciszej i można  obcować z naturą. Idzie się w górę potoku, gdzie jest bardzo malowniczo, urokliwie i jest to teren nieskażony przez człowieka. Z głębokiej wody robi się właściwie strumień (nie licząc pory deszczowej), który czasem trzeba przekraczać. Jak daleko się ciągnie – trudno powiedzieć, zwłaszcza że jeden wąwóz płynnie przechodzi w drugi. Jednym z punktów do zwiedzania w Wadi Bani Khalid jest jaskinia z petroglifami. Jednak ponieważ to jest naprawdę ciasne i ciemne miejsce, zrezygnowaliśmy. Ale był też drugi powód.

Kanion
Kanion

To dobry moment, by pamiętać o bezpieczeństwie. Podróżujemy we dwójkę, więc gdy oddaliliśmy się na tyle, że przestaliśmy widywać innych ludzi,  postanowiliśmy zawrócić. Skręcenie kostki czy inny uraz to nie jest coś, co chcemy wynieść z wadi. Natomiast jeśli chodzi o rzeczoną jaskinię, to różne rzeczy na jej temat można wyczytać w sieci. Pewnie przy większej ekipie wchodzących byśmy zaryzykowali, ale samodzielnie, tym razem sobie odpuściliśmy. Zwłaszcza, że jest to całkowicie niestrzeżone miejsce. No i innych turystów również nie było zbyt wielu. Niestety w takich miejscach najlepiej się trzymać innych grup, tak na wszelki wypadek.

Skały i woda
Skały i woda

Jaskinia jest również nieoznaczona, jak zresztą praktycznie cały szlak przez Wadi Bani Khalid. Idzie się przed siebie i szuka drogi między zwaliskami kamieni i przez strumienie.. Czasem trzeba ściągnąć buty i przejść przez wodę, sama frajda, acz nie tak intensywna jak w jordańskim Wadi Mujib. Trekking w kanionach to jest to, co naprawdę nam się podoba. A tych wadi w Omanie jest naprawdę wiele, można tam spędzić całe tygodnie jeżdżąc z jednego do drugiego.

Wadi Bani Khalid
Wadi Bani Khalid

Góry Al Hajar

Przypatrując się skałom można zauważyć, że góry Al Hajar to głównie wapienie z okresu kredy i skały magmowe. Czasem widać skamieniałego jeżowca, albo coś w tym stylu. Jest tu trochę skamielin.

Strumienie do przejścia
Strumienie do przejścia

Zaś w okolicy, już zjeżdżając z gór Al Hajar można wypatrzyć połacie pustyni Sharquia, bardziej znanej jako Wahiba. Właśnie dlatego te dwa miejsca są łączone przez operatorów wycieczek, są naprawdę blisko, a przy tym są niesamowite.

Wąwóz
Wąwóz

Wadi Bani Khalid to miejsce chętnie odwiedzane przez turystów, ale większość z nich jest dowożona przez miejscowych przewodników. Samemu trudno tutaj trafić, znaki drogowe w pewnym momencie się urywają. Myśmy sprytnie pojechali za samochodem z turystami. Droga w całości jest dość dobra, nie ma żadnych offroadów czy potrzeby jechania po żwirze lub piasku. Ruch turystyczny jak na Oman jest całkiem spory, więc łatwo się podłączyć (niestety większość tych ludzi zostaje w pierwszej części). Parking jest darmowy (na mapach Google oznaczony jako Wadi Bani Khalid parking area). Dużo tam wylanego betonu, ale potem droga do tej części turystycznej wygląda trochę na dziką.

Kanion
Kanion

Wadi Bani Khalid to naprawdę piękne i urokliwe miejsce. Idealne do spokojnego odpoczynku przed lub po wypadzie na pustynię, jak również do eksploracji. Sam wąwóz jest krótszy niż np. Samaria na Krecie, ale przy tym trochę trudniejszy, gdyż wymaga miejscami wspinaczki.

Skały, głazy i strumienie
Skały, głazy i strumienie
Czasem konieczna jest wspinaczka
Czasem konieczna jest wspinaczka

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Wadi Bani Khalid Ras Al-Jinz
Share Button

Batumi, kurort nad Morzem Czarnym

Stolica autonomicznej Republiki Adżarskiej, czyli Batumi (gruz. ბათუმი) jest dość dobrze kojarzona w Polsce. Przede wszystkim z czasów komunizmu. Była to wówczas, może trudno powiedzieć by popularna, ale w każdym razie znana i w pewien sposób prestiżowa riwiera bloku wschodniego. A jeszcze rozsławiły ją u nas Filipinki śpiewając o herbacianych polach, zaś po wielu latach cover znalazł się w repertuarze Natalii Lesz. Wraz z upadkiem ZSRR skończyły się uprawy herbaty, zaś plaże nad Morzem Czarnym musiały mierzyć się z konkurencją. Co łatwe nie było, nie tylko ze względu na infrastrukturę. W wielu miejscach mamy tu raczej czarne kamieniste wybrzeże, które nie przyciąga odpoczywających tak jak drobny złoty piasek.

Plaża nad Morzem Czarnym
Plaża nad Morzem Czarnym

Historia Batumi

Dość trudno określić, kiedy w ogóle powstało to miasto. Na pewno pierwotnie znajdowała się tu grecka kolonia, później przejęta prze Rzymian. Ci zbudowali tu fortecę o nazwie Batys. Po Rzymianach przyszli Arabowie, po nich w końcu Gruzini. Nazwa Batumi pojawia się w XI wieku. Czy wtedy zaczęło rozwijać się miasto czy wcześniej? Na ile było samodzielne, a na ile raczej wspierało fortecę i port? Trudno stwierdzić także dlatego, że okolice przechodziły z rąk do rąk. W ciągu ostatnich wieków władali nim Rosjanie, Brytyjczycy, Imperium Ottomańskie, ZSRR czy w końcu niepodległa Gruzja. Wpływów kulturowych jest tu wiele, a historia dość skomplikowana. Rozwój Batumi jest związany z linią kolejową z Baku, a także ropociągiem. W XIX wieku Baku było jednym z najważniejszych producentów ropy, więc stolica Adżarii pełniła rolę portu przeładunkowego. Turystycznie zaś rozwijała się w dwóch falach, wpierw jako kurort Układu Warszawskiego, a potem już w XXI w. Dopiero ta ostatnia zmiana bardzo zmieniła charakter tego miasta.

Dziwaczne budynki
Dziwaczne budynki

Cały region Adżarii znajduje się bardzo blisko Turcji. Zresztą jest to ta część Gruzji, gdzie islam jest dość mocno obecny, czy nawet dominujący. Jednak w Batumi w ogóle tego nie widać, to dość zróżnicowana i otwarta miejscowość ściągająca wciąż wielu turystów, niezależnie od zawartości ich portfela. Są tu zarówno nowoczesne, mniej lub bardziej fantazyjne hotele, jak i te pochodzące z poprzedniej epoki, oraz oczywiście mnóstwo domostw, które także chętnie przyjmują podróżnych.

Batumi
Batumi

Kaczyńscy, Ali i Nino

Większość życia turystycznego koncentruje się na promenadzie. Zresztą jej przedłużeniem jest ulica Lecha i Marii Kaczyńskich (nazwa zapisana także po polsku).

Ulica Lecha i Marii Kaczyńskich
Ulica Lecha i Marii Kaczyńskich

Na uwagę zasługuje też pomnik Ali i Nino. To postaci tutejszej wersji historii Romea i Julii. Powieść „Ali i Nino” napisał Kurban Said, została wydana także w Polsce, choćby przy okazji jej adaptacji filmowej z 2016 roku. Ali to muzułmanin z Azerbejdżanu, zaś Nino gruzińska chrześcijanka. Podział społeczny prowadzi do nieszczęśliwej miłości. Właściwie jest to bardziej instalacja niż klasyczny pomnik. Delikatnie się przesuwa, robiąc bardzo ciekawe wrażenie.

Ali i Nino
Ali i Nino

Pomnik ten znajduje się na bulwarze Batumi, centralnym miejscu życia turystycznego. Stąd można zarówno wziąć wycieczkę statkiem po morzu, jak również podziwiać wieżowce z Wieżą Gruzińskiego Alfabetu na czele. To też jest swoisty pomnik. Obok wznosi się także Batumi Tower wysoka na 200 metrów. Bulwar także jest bardzo ciekawy, bo różnorodny. Z jednej strony jest tu wiele „atrakcji” wprost z kurortu, włącznie z kopiami chińskich lwów, ale przy tym znajdzie się choćby kilka interesujących fontann, czy mini-zoo. Ogólnie wiele budynków przypomina jarmarczny styl znany choćby z Orlando.

Wieża Alfabetu (po prawej)
Wieża Alfabetu (po prawej)

Warto także zwrócić uwagę na okolicę Placu Europejskiego. Tam znajdziemy kilka interesujących budynków. Z często polecanych atrakcji w Batumi jest także delfinarium, diabelski młyn i ogród botaniczny.

Plac Europejski
Plac Europejski

Na koniec jeszcze jedno: będąc w Batumi warto spróbować adżarskiej kuchni. Chyba najbardziej znane danie to chaczapuri po adżarsku, czyli z sadzonym jajkiem. Bardzo pożywne (i bez mięsa).

Hotel w kształcie Koloseum
Hotel w kształcie Koloseum

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Batumi Kanion Okatse
Share Button

Jordańskie top 10 (albo top 5)

Zbliża się moment, w którym Jordania będzie miała u nas swoje pięć minut dzięki lotom RyanAira z Warszawy i Krakowa do Ammanu. Dobry moment, by uwzględnić Jordanię w swoich planach wyjazdowych. Choć ją zarówno opisywaliśmy, jak i podsumowaliśmy, to jeszcze może warto ją ocenić subiektywnie. Poniżej lista top 10 atrakcji Jordanii, ale podzielona na dwie kategorie. Jordania Top 5 rzeczy oczywistych i osobno nieoczywistych.

Zaczynamy od oczywistych.

Miejsce 5. Morze Martwe.

W sumie to raczej niewielkie jezioro, współdzielone z Izraelem. Jeśli ktoś nie miał okazji tam spróbować w nim pływać, to można zrobić to w Jordanii. Ciekawe uczucie. Zasolenie sprawia, że ciężko się po tym pływa, ale leżenie w wodzie to już inna sprawa. Trzeba tylko uważać na oczy.

Morze Martwe od strony jordańskiej
Morze Martwe od strony jordańskiej

Razem z Morzem Martwym należy wymienić też rzekę Jordan. To w niej Jan Chrzciciel ochrzcił Jezusa. Oblegana przez pątników, w szczególności w Betanii za Jordanem. To podobno to właśnie strona jordańska jest tą bardziej właściwą. Zaś miejsce o tyle istotne, że od tej rzeki pochodzi nazwa całego kraju.

Rzeka Jordan
Rzeka Jordan

Miejsce 4. Góra Nebo.

Dla wielu miejsce może nie tak oczywiste, ale jednak. Góra Nebo to miejsce pielgrzymkowe. Według wierzeń to właśnie tu Mojżesz spojrzał na Izrael, a potem umarł. Gdzieś tu go pochowano. Dlatego przybywają tu licznie pątnicy. No i da się spojrzeć na Izrael. Znajduje się tu słynny krzyż z miedzianym wężem. To oczywiście nawiązanie do wędrówki Żydów przez pustynię. Zniecierpliwieni nie okazywali Panu wdzięczności, więc ten zesłał na nich węże. Węże kąsały Żydów, część z nich pomarło. Mojżesz zaś zgodnie z bożym nakazem przygotował miedzianego węża. Umieścił go na palu. Ci, którzy spojrzeli na niego, zostali uzdrowieni. Ten krzyż właśnie nawiązuje do tej historii.

Góra Nebo
Góra Nebo

Miejsce 3. Amman.

Stolica, największe miasto w kraju i co tu dużo mówić, mieszka tu zdecydowana większość obywateli. Gwarne, ale też stare. Kiedyś nosiło nazwę Filadelfia, ale to było w czasach Dekapolis. Pozostały tu pewne antyczne zabytki. Warto też przejść się przez tutejsze targowiska, coś niesamowitego. W centrum Ammanu są też miejsca bardziej turystyczne, ba bez problemu można kupić alkohol. Czyli dla każdego coś się znajdzie.

Medyna w Ammanie
Medyna w Ammanie

Miejsce 2. Wadi Rum.

Wadi Rum to z kolei najbardziej znana pustynia jordańska, ze wspaniałymi formacjami skalnymi. Obok Petry chyba najczęściej odwiedzane miejsce w Jordanii. Zasłużenie. Filmowo zaś – to najczęściej Mars, ale kręcili tu także „Łotra 1” czy „Prometeusza”,  „Marsjanina” oraz oczywiście „Lawrence’a z Arabii”. Niesamowite miejsce.

Wadi Rum
Wadi Rum

Miejsce 1. Petra.

Symbol Jordanii, najbardziej znany zabytek. No i wspaniała lokacja z „Indiany Jonesa” czy „Transformerów”. Nieoczywista za to jest możliwość odwiedzenia Petry nocą, warto się skusić na tę klimatyczną wycieczkę.

Skarbiec w Petrze
Skarbiec w Petrze

Subiektywne top 5 nieoczywistych atrakcji jest ciekawsze, również warte rozważenia.

Miejsce 5. Zamki pustynne.

Zamki pustynne to w sumie dość znane miejsca i promowane w Jordanii, głównie dlatego, że to zdecydowanie najważniejsze zabytki stworzone przez mieszkających tu Arabów. Warto przekonać się, jak to wygląda na własne oczy. Choć jak się porówna ze starszymi zabytkami (rzymskie, nabatejskie, ba nawet krzyżowców) to wygląda to biednie. Ale daje to ogląd na kulturę i historię – niektórych z zamków zatrzymywał się słynny T.E. Lawrence, o czym lokalni przewodnicy chętnie opowiadają.

Qasr al-Azraq
Qasr al-Azraq

Miejsce 4. Madaba.

Właściwie warto tu się zatrzymać ze względu na wczesnochrześcijańskie mozaiki. Jeśli nie bezpośrednio w Madabie, to w pobliskim Umm Al-Rasas. Te mozaiki pochodzą z okresu bizantyjskiego, a że są dość dobrze zachowane, to może warto rozważyć krótką wizytę. Jeśli nie mozaiki, to jest to dobra baza wypadowa, miasto z hotelami, blisko lotniska, ale nie tak zapchane jak Amman.

Mozaika w Madabie
Mozaika w Madabie

Miejsce 3. Rezerwat Dana.

Dana to największy rezerwat biosfery w Jordanii. 308 km  kwadratowych. Wspaniałe widoki, z pewnością podpasują miłośnikom górskich wędrówek. Ponieważ to teren rozległy i różnorodny, uwaga praktyczna: warto poświęcić temu miejscu więcej czasu.

Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Miejsce 2. Dżarasz

Dżarasz czyli antyczna Gereza. Choć najbardziej znane antyczne miasto w Jordanii to Petra, Dżarasz to miejsce, na które także warto zwrócić uwagę. Jest bardzo dobrze zachowany, a przy tym nielicznie odwiedzany. Miejsce mogłoby konkurować śmiało z tureckim Efezem. Wielka szkoda, że nie jest na liście UNESCO. Podobna jest też Pella, tej jednak nie widzieliśmy. Znajdowała się zbyt blisko syryjskiej granicy, więc może innym razem.

Dżarasz
Dżarasz

Miejsce 1. Wadi al-Mujib.

Wadi Mujib to wyjątkowa atrakcja. Kanioning, który sprawił nam wiele radości. Zwłaszcza, że trzeba iść między skałami, wspinać się trochę, czasem pływać, a najczęściej idzie się po kolana w wodzie. Frajda niesamowita. Uwaga dla planujących: atrakcja ta jest otwarta od kwietnia do października, z wyjątkiem ramadanu. Ale w Jordanii jest jeszcze kilka bardzo podobnych kanionów (może z mniejszą ilością wody), które można znaleźć i samodzielnie przejść. Wszystko w okolicy Morza Martwego.

Wadi Mujib
Wadi Mujib

Z perspektywy czasu do wielu z tych miejsc bardzo chętnie by się wróciło.

Jeśli ten wpis był inspirujący polub go, udostępnij, albo skomentuj.

Szlak jordański
Jordania Top 10 / 5
Share Button

Przylądek Reinga, daleka północ na Antypodach

W Nowej Zelandii jest wiele przepięknych i malowniczych miejsc. Jednym z bardziej charakterystycznych i popularnych wśród turystów jest przylądek Reinga (Cape Reinga) na półwyspie Aupouri (Aupouri Peninsula). To piękne miejsce ma też maoryską nazwę – Te Rerenga Wairua. Jest ona bardzo ważna ze względu na wiele podań dotyczących tej lokacji, ale oprócz interesujących opowieści, jest także przecudowna przyrodniczo.

Cape Reinga
Cape Reinga

Przylądek Reinga (Cape Reinga)

Dodatkowo to najbardziej wysunięty na północ punkt Nowej Zelandii. Tutaj znajduje się latarnia morska i słup ukazujący kierunki i odległości do reszty świata. Wszędzie daleko, co tu dużo mówić. Ale już jadąc do przylądka natrafiamy na napisy, które nas dość mocno rozbawiły. „Daleka północ” (far north), tak właśnie Kiwi określają to miejsce. Zważywszy, że nieprędko będziemy tak daleko na południu, to ta nazwa nas zwyczajnie bawi.

Nowozelandzka daleka północ
Nowozelandzka daleka północ

Cape Reinga jest także świętym miejscem Maorysów i tu nakłada się kilka różnych opowieści. Najważniejsza to ta, od której miejsce wzięło nazwę w ich języku. Otóż według legend i wierzeń, po śmierci Maorysa jego dusza wędruje właśnie tutaj, na samą północ kraju. Następnie wspina się na wykrzywione, 800-letnie drzewo Pohutukawa, które rośnie na samym skraju półwyspu, by z niego skoczyć wprost do oceanu i dalej wrócić do pradawnej ojczyzny, Hawaiki. Warto też dodać, że okolica była bardzo ważna ze względu na pochówki Maorysów. To z pewnością utrwaliło ten mit.

Reinga
Reinga

Maorysi wierzą także, że przypłynęli do Nowej Zelandii na wielorybie. Legendarnych miejsc lądowania jest kilka, czasem wymienia się też ten przylądek. Ale gdzie rzeczywiście wylądował pierwszy Maorys – Kupe, który sprowadził swój lud do tego kraju? Według ogólniejszych wierzeń miało to miejsce w Hokianga Harbour. Może nie był to Kupe, a maoryscy osadnicy, ale tę wersję zdają się potwierdzać badania naukowców. Wracając do legendy, Kupe nazwał wówczas tę ziemię Aotearoa, co znaczy Ziemia Długiej Białej Chmury.

Latarnia morska
Latarnia morska

Między morzem a oceanem

Ale to nie koniec wierzeń powiązanych z tym miejscem. Jest jeszcze jedno, związane z tym, że styka się tu Ocean Spokojny i Morze Tasmana. Bardzo dobrze widać to na błękicie wód. Różnica między nimi jest zaskakująco wyraźna. W dodatku z jednej strony jest spokojniej (zazwyczaj), a z drugiej szaleją wiatr i fale. Więc według Maorysów, jest to miejsce, w którym wody oceanu dzielą się na męskie i żeńskie, a następnie opływają Nową Zelandię.

Przylądek Reinga - rozdzielone wody Morza Tasmana i Oceanu Spokojnego
Przylądek Reinga – rozdzielone wody Morza Tasmana i Oceanu Spokojnego

Ostatnia sprawa to kwestia pływania w wodzie. Z przylądka widać skały, czy może jakieś niewielkie wyspy. Dopłynięcie do nich swego czasu również związane było z wchodzeniem w dorosłość.

 

Przylądek Reinga
Przylądek Reinga

Zostawmy jednak wierzenia. Na Cape Reinga prowadzi malownicza droga. Wokół mamy możliwość podziwiać bardzo ciekawą florę i faunę, w tym kilka endemicznych gatunków. Dodatkowo spacerując już po okolicy, możemy natknąć się na wiele tablic informacyjnych.

Wydmy Te Paki
Wydmy Te Paki

Wydmy Te Paki

Nieopodal Cape Reinga znajdują się gigantyczne wydmy Te Paki, największe wydmy w Nowej Zelandii. I chociaż nie dorównują marokańskim wydmom na Saharze (jak Erg Chebbi, nie mówiąc już o Wahiba Sands w Omanie), to jednak przez chwilę można poczuć się jak na najprawdziwszej pustyni. Tylko starzy wyjadacze jak my zauważą różnicę – piasek jest bardziej ubity, bo ma większą wilgotność i pomimo lekkiego wiatru, nie wzbija się tak w górę.

Wydmy Te Paki
Wydmy Te Paki

Dojazd zarówno do przylądka jak i wydm jest bezproblemowy. Prowadzi tu autostrada nr 1. Przy Cape Reinga jest całkiem spory parking, plus bardzo wiele tablic informacyjnych. Niedaleko są także kempingi, na których można się rozbić. Wydmy są trochę bardziej dzikie, droga nie jest już w całości asfaltowa, no i by się dostać na piasek, trzeba przejść przez dość szeroki, acz płytki strumień. Zresztą przy wydmach parking jest też o wiele mniejszy.

Trasa dojazdowa
Trasa dojazdowa

Przylądek znajduje się dziś na liście tymczasowej UNESCO. Kiedyś pewnie trafi na właściwą. W każdym razie jest to przepiękne miejsce przyrodniczo, jak i ważne kulturowo. Nic dziwnego, że przyjeżdża tu tyle osób. My także daliśmy się oczarować temu miejscu.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Przylądek Reinga
Share Button

U styku filmu i podróży