Krobielowice

W ramach małego uzupełnienia wpisu o Waterloo, warto jeszcze na chwilę przyjrzeć się Polsce, a dokładniej Dolnemu Śląskowi. Niedaleko Wrocławia znajdują się Krobielowice. To właśnie tu mieszkała rodzina marszałka Bluchera.

Pałac Blucherów w Krobielowicach

Zdecydowanie najważniejszym obiektem, który obecnie został po Blucherach, to pałac w Krobielowicach, czyli pałac Blucherów. Obecnie jest to prywatny hotel, więc zwiedzanie go z pewnością jest możliwe, ale najczęściej jest płatne. Bliskość Wrocławia definiuje modus vivendi  działalności biznesowej. Ta nie jest tyle nastawiona na turystów, co raczej imprezy, czy to konferencje, szkolenia, czy czasem integracje.

Okolice pałacu

Sam pałac spokojnie można obejść i obejrzeć z zewnątrz. Przed nim znajdziemy charakterystyczną starą bramę.

Brama

Ale to nie koniec pozostałości po Blucherach. Niedaleko pałacu znajduje się także grobowiec rodzinny marszałka. Niestety został zrabowany przez Sowietów w trakcie II wojny światowej. To co z niego zostało, to obecnie zabytek. Droga jest dość nieszczęśliwie ułożona, zakręca, więc jest to także miejsce wielu wypadków. Miejscowi pół-żartem pół-serio mówią, że liczne wypadki tutaj są zemstą marszałka za sprofanowanie grobowca.

Bażant na polach

To co poza pozostałościami po Blucherach można robić w Krobielowicach, to przede wszystkim spacerować. Znajdują się one na szlaku parku krajobrazowego Doliny Bystrzycy. Zatem można przejść się lasem, dojść do wody. To także tereny rekreacyjne, są tu pola golfowe i jeziora, w których wędkarze łowią ryby.

Grobowiec Blucherów

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak polski
Krobielowice ?
Share Button

Waterloo

Angielski historyk, Edward Sheparda Creasy jest autorem zestawienia 15 najważniejszych bitew w historii ludzkości. Starć, które zmieniły świat. Żyjący w XIX wieku Brytyjczyk jako ostatnią na swojej liście umieścił bitwę pod Waterloo. Nie bez powodu.

Kopiec, muzeum i lew

Belgia stała się niepodległym państwem, konglomeratem kilku różnych regionów(niekiedy nieprzyjaznych sobie nawzajem) dopiero w 1830 roku. Powstanie katolickiej Belgi(i przy okazji protestanckiej Holandii) jest po części ukoronowaniem rosnącej świadomości narodowej, a po części efektem nowego porządku europejskiego, który ustalono podczas kongresu wiedeńskiego 1815 roku. Sam kongres to odpowiedź na rewolucję francuską i wojny napoleońskie, które przeobraziły ówczesną Europę. Nie byłoby jednak obrad kongresu wiedeńskiego, gdyby nie było Waterloo. A dokładniej klęski Napoleona z 18 czerwca 1815.

Miejsce bitwy pod Waterloo

To właśnie w tym miejscu siły sprzymierzone pokonały Napoleona. Przeciw niemu stanęło dwóch dowódców, Brytyjczyk, książę Wellington i Prusak marszałek Blucher (swoją drogą mieszkający nieopodal Wrocławia, ale do tego tematu wrócimy niebawem). Wokół geniuszu wszystkich trzech narosły mity. Prawda jednak jest dużo bardziej okrutna i bolesna. Plan Wellingtona polegał na tym, by jak najbardziej przedłużyć starcie z Napoleonem, by wykrwawić jak najbardziej Francuzów i jednocześnie nie paść samemu do czasu, gdy od tyłu zaatakują ich Prusacy. Jak łatwo zgadnąć, była to jedna z najbardziej krwawych bitew tamtych czasów. Wellington i Blucher zostali okrzyknięci i zapamiętani jako wielcy dowódcy. Wellington nawet co roku świętował to zwycięstwo razem ze swoimi oficerami.

Mundury w muzeum

Miejsce klęski Napoleona, ostatniej bitwy lotu orła – jak bywa nazywane 100 dni Napoleona – to zielone pole, nad którym góruje Kopiec Lwa. Monument ten powstał niedługo po bitwie, w latach 1824 – 26 jako symbol zwycięstwa wojsk sprzymierzonych.

Panorama bitwy

Dziś na miejscu znajduje się ciekawe muzeum. Zaczynamy od wejścia do budynku, tam możemy zarówno obejrzeć mundury żołnierzy, ich broń, jak również zapoznać się z różnymi informacjami. Są to zarówno opisy przyczyn wojny, sytuacji geopolitycznej tamtego okresu, a potem jej przebieg (godzinowy), zaś dalej konsekwencje.

Wejście na szczyt kopca

W muzeum znajdują się jeszcze dwie rzeczy. Pierwsza to kino 3D, gdzie mamy okazję zobaczyć panoramiczny film ukazujący chaos na polu bitwy. 3D powiedzmy sobie wprost, jest już dziś trochę zacofane, ale tu nie chodzi o efekty. Drugie szczególne miejsce to panorama bitwy, czyli obraz w rotundzie, zgodnie z wymogami epoki.

Pola bitwy, widok z kopca

Następnie wychodzimy z muzeum i wchodzimy na kopiec. W sezonie podobno ze szczytu można oglądać okolicę za pomocą okularów VR, niestety podczas naszej wizyty nie było tej atrakcji. Kopiec można obejść, a następnie można się przejść polem do farmy. Przejść lub przejechać. Kursują tu specjalne busy, które łączą oba miejsca, ale uwaga, nie zatrzymują się na polu. Czy pole jest bardzo istotne? Trudno stwierdzić. Dzięki tablicom wiemy, w którym miejscu stali Francuzi, a w którym Brytyjczycy.

Mapa rozmieszczenia wojsk

Na koniec zostaje jeszcze do zwiedzenia farma, na której także odbywała się bitwa.

Pobliska farma

Do Waterloo najlepiej dojechać z Brukseli pociągiem do stacji Braine-l’Alleud, a następnie się przejść. Bliżej niż z samego miasteczka i stacji Waterloo.

Krowy na farmie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak belgijski
Waterloo Brugia
Share Button

Christchurch

Czasem można spotkać się ze stwierdzeniem, że cała Nowa Zelandia jest przepiękna. O ile możemy się z tym zgodzić, gdy mowa o naturze, o tyle trudno powiedzieć to o wielu miastach. Raczej są nieciekawe, ale jedno jest szczególnie paskudne. Mowa oczywiście o Christchurch. Czyli dziś najbrzydszy fragment kraju Kiwi, dalej będzie już tylko lepiej.

Zabytkowe i mniej zabytkowe budynki

To największe miasto Wyspy Południowej, trzecie co do wielkości w całym kraju. Pierwsze ślady osadnictwa na terenie obecnego Christchurch datuje się na około 1250 rok. Maorysi nazywali to miasto Otautahi. Zaś europejskie korzenie miasta sięgają 1856 roku, kiedy przyznano prawa miejskie – jest to pierwsze miasto z takim dekretem w Nowej Zelandii. Nazwa wywodzi się od Christ Church College w Oxfordzie.

Centrum

Spacer po nim wywarł na nas przykre wrażenie z trzech powodów. To miasto jest po prostu nieładne. Architektura nowoczesna jest nieudolna, bez stylu. Architektura krajobrazu nie istnieje. Budynki starsze, bardziej klasyczne, stoją jak plomby, gorzej niż w Dreźnie. Na zdjęciach może tego nie widać, bo wielu koszmarków nie fotografowaliśmy. Zresztą tę nijakość da się dostrzec także w wielu innych miejscowościach. Dobry przykład to choćby ratusz wyglądający jak jakiś tani biurowiec. Prawdopodobnie, gdyby to było tylko to, Christchruch nie wyglądałoby tak jak wygląda i nie zajęło niechlubnego miejsca na naszej liście.

New Regent Street

Drugi problem to autentyczność, której tu brakuje. Jeśli wybierzemy się do centrum, w szczególności na New Regent Street, to odniesiemy wrażenie, że trafiliśmy do jakiegoś Disneylandu lub innego miejsca tego typu. W Orlando, czy Las Vegas jest wiele dziwnych, kolorowych i cepelnianych budowli, ale tworzą pewien styl. Może niezbyt gustowny, ale tam te miejsca są autentyczne w swój własny sposób. Tak się tam buduje, tak się tam żyje. Przeniesienie tego stylu do centrum Christchurch zwyczajnie się nie sprawdza. W połączeniu z ogólną bylejakością architektoniczną, owszem wyróżnia się, ale  negatywnie.

Christchurch – dzielnica handlowa

Zresztą to samo widać,  gdy popatrzy się choćby na tramwaje. Te są tu wybitnie turystyczne. To raczej jeżdżące restauracje (tyle, że jak wiele rzeczy w Nowej Zelandii, niezbyt często czynne). Ale znów: wyglądają jak z zupełnie  innej bajki, trochę jak z San Francisco. Jednocześnie nie jest to poważny środek lokalnego transportu, tylko znów kolejne udawanie czegoś. To w całości powoduje wrażenie niezbyt strawnego miszmaszu i skutkuje naszymi negatywnymi opiniami na temat tego miejsca.

Tramwaj – restauracja

Jest też trzeci czynnik: zaniedbanie, ale z tego Kiwi można w pewien sposób wytłumaczyć. Tu istotnym faktem, który bezsprzecznie ma wpływ na to, co dziś widzimy, jest seria trzęsień ziemi, która nawiedziła miasto w latach 2010 – 2013. W najbardziej tragicznym z nich zginęło 185 osób. Od tego czasu wiele budynków wzmacnia się, by były bardziej odporne na trzęsienia ziemi. Co ważniejsze, pomimo tych trzęsień, które powtarzają się co jakiś czas, miasto jest odbudowywane.

Katedra

Jednym ze zniszczonych w 2011 roku budynków była anglikańska katedra (zdekonsekrowana), wybudowana w latach 1864 – 1904. Sam budynek w stylu angielskim wygląda dość interesująco, ale niestety, z powodu trzęsień ziemi jest w pewnej części zniszczony i tak zostawiony. To właśnie robi bardzo negatywne wrażenie. Brakuje jakiejkolwiek informacji, co tu się stało. Próba umocnienia i buldożer, który zniszczył fragment, wyglądają dość niepokojąco. Zresztą to nie jest jedyny budynek, który wygląda w ten sposób. W centrum jest tego trochę, jak również wzmacnianych gmachów. Rzecz godna pochwały, ale znów wizualnie to nie pasuje. Natomiast jeśli dodamy pstrokate bezguście obok, to można się trochę załamać.

Ratusz

To, co jest ważne, że choć samo Christchruch wygląda trochę jak koszmar minionego lata w całości, to znajdziemy tu wiele drobnych miejsc, które samodzielnie dają radę. Jest i wieża zegarowa, jak w wielu miastach w tej części świata. Jest nowoczesna architektura, jak choćby Galeria Sztuk Pięknych, która się broni, oraz ratusz, który się nie broni. Znajdziemy też wiele postkolonialnych budowli. Słynny jest również ogród botaniczny. Całkiem przyjemny jako park, w dodatku darmowy. Można tam sobie wejść i spokojnie odpoczywać. Prawdopodobnie jest to najciekawsza, a już na pewno najładniejsza atrakcja w samym mieście.

Galeria sztuki

Christchurch jako całość sprawia takie dość nieprzyjemne wrażenie. Miasta bez polotu, bez pomysłu, kopiującego różne rzeczy, a jednocześnie zniszczonego przez kataklizm. Minie jeszcze wiele lat, nim stanie na własne nogi. Może wtedy będzie wyglądać lepiej, ale obecnie zdecydowanie warto sobie je odpuścić. W Nowej Zelandii jest dużo ciekawszych i ładniejszych miejsc. To ma tylko jedną zaletę: lotnisko. Może jednak warto na nie przyjechać wprost z trasy? Szkoda tracić inne wspaniałości kraju Kiwi.

Bardziej klasyczny budynek w angielskim stylu
Przykładowy dom

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Christchurch Paihia
Share Button

Baku, czyli James Bond, „Przedwiośnie” i szklane domy

Azerowie czasem nazywają swoją stolicę małym Dubajem. Baku (azer. Bakı) w niezwykły sposób łączy ze sobą historię, przemysł naftowy i nowoczesność. Idealnie ukazuje różne oblicza petrorepubliki, a co ważniejsze, miasto znalazło swoje odbicie w kulturze, klasycznej jak i popularnej. Choć my małym Dubajem tego miasta byśmy nie nazwali, choć widać tu pieniądze, to jednak jest tu dużo więcej niż tylko przepych.

Baku to przykład różnorodnej architektury

Baku położone jest na Półwyspie Apszerońskim, które charakteryzuje się bardzo kontynentalnym, bardzo suchym klimatem – jest to najbardziej suche miejsce w Azerbejdżanie. O jego wyjątkowości nie decyduje jednak klimat, a zasoby naturalne – przede wszystkim ropa naftowa i gaz ziemny. Stolica i największe miasto Azerbejdżanu to także pierwszy port nad Morzem Kaspijskim – to z kolei jest największym jeziorem świata, w dodatku słone między innymi przez brak odpływów.

Szyby naftowe na James Bond Oilfield

Pierwsza osada na terenie dzisiejszego Baku pochodzi z II wieku, a w XII wieku pochodzą pierwsze perskie zabudowania. Wtedy też pojawia się nazwa Badkube, co w języku perskim oznacza „uderzenia wiatru”. Stąd pochodzi współczesna nazwa Baku, a etymologia nazwy dobrze oddaje charakter tego wietrznego obszaru.

Tak zwane James Bond Oilfield

Wirtualne zwiedzanie zaczniemy od Jamesa Bonda i filmu „Świat to za mało”. Jego akcja częściowo dzieje się w Baku, to tu Electra King ma swoje szyby naftowe, a Valentin Żukowski kasyno. Choć rezydencje ukazane w filmie faktycznie znajdują się w Azerbejdżanie, więcej zdjęć nagrano w miejscowości Neftçala. Za to wykorzystano szyby naftowe znajdujące się blisko meczetu Bibi Heybat (w dawnej zatoce Bibi-Ejbat, osuszonym fragmencie Morza Kaspijskiego). Gdy kręcono kolejne przygody 007, większość z tych szybów była już nieczynna. Powstawały przez prawie 100 lat i utrzymanie ich stało się nieopłacalne. Oczywiście w filmie całe pole naftowe działa (widać to także w czołówce). Jednak od tamtego czasu wiele się zmieniło. Dziś szyby są czynne na nowo, odnowione, nowocześniejsze. Właściwie można do nich podjechać bez większego problemu i zobaczyć je z bliska. Nie ma tan nawet ogrodzenia, czy płotu.

Meczet Bibi Heybat

Szybów oczywiście w Baku jest więcej. Można się na nie natknąć w wielu miejscach na przedmieściach, ale to właśnie te nad Morzem Kaspijskim (lub jeziorem) są zdecydowanie najbardziej rozpoznawalne i charakterystyczne. Wykorzystano je w jeszcze jednym filmie, którego zdjęcia powstały jakiś rok po Bondzie. To „Przedwiośnie” Filipa Bajona. W Baku nakręcono kilka scen, ale szyby i okolica są najbardziej rozpoznawalne. Da się tam też zauważyć minaret z Bibi Heybat.

Marriott – nowoczesny szklany dom

Film to oczywiście adaptacja powieści Stefana Żeromskiego, dziejącej się w czasach współczesnych autorowi, czyli XIX wieku. Jest to o tyle istotne, że Baku wtedy stanowiło jedno z najważniejszych miejsc związanych z handlem i wydobyciem ropy. Szacuje się, że w pewnym momencie kontrolowano stąd 20% światowego rynku, czyniąc z miasta nieformalną stolicę biznesu naftowego. Oczywiście te czasy już dawno przeminęły, choć kraj nadal czerpie profity z nafciarstwa.

Ogniste wieże nocą

Warto przy tej okazji wspomnieć o polskich wątkach w Baku, bo to Polak – geolog i inżynier Witold Zglenicki – jako pierwszy wydobył ropę z morskiego dna pod sam koniec XIX wieku. Dzięki niemu zaczęto na przemysłową skalę wydobywać ropę naftową w Baku, konstruował platformy wiertnicze, szyby, ropociągi. Inny inżynier – Paweł Potocki – również miał znaczący wpływ na rozwój przemysłu naftowego w Baku. W 1922 roku stworzył śmiały projekt osuszenia fragmentu morza, by móc wydobywać ropę. Od 1910 roku zaś nadzorował osuszanie zatoki Bibi-Ejbat. Nazwiskami Potockiego i Zglenickiego nazwano ulice Baku. Obecnie działa tutaj Polonia. Także Alfred Nobel dorobił się fortuny właśnie na wydobyciu ropy w Baku.

Ogniste wieże w dzień

„Przedwiośnie” to także powieść słynąca z idei szklanych domów. Dziś jest ich naprawdę sporo w Baku. Jest tu wiele nowoczesnych wieżowców, ale jeden jest szczególny, to obecnie symbol stolicy. Chodzi oczywiście o Ogniste wieże (ang. Flame Towers), które wznoszą się ponad miastem. W nocy są dobrze oświetlone. Swoją drogą nawet zejścia do stacji metra w centrum są szklane.

Ogniste wieże widoczne z zabytkowego centrum

Pozostając w temacie ognia, na przedmieściach można zwiedzić świątynię ognia Atəşgah. Kiedyś wykorzystywaną zarówno przez zaratusztrian, jak i hinduistów. Ci drudzy raczej byli gośćmi. Świątynię wznieśli wyznawcy zaratusztrianizmu i to oni się nią opiekowali i rozbudowywali przez wszystkie lata. Początkowo znajdowała się w miejscu, gdzie występował gaz ziemny, dzięki czemu dało się utrzymać wieczny ogień. W późniejszych czasach kapłani podpięli się pod gazociąg, który działa do dziś. Obecnie świątynia bardziej pełni rolę muzeum i atrakcji turystycznej, acz czasem jest wykorzystywana do modlitw.

Ateszgah

Świątynia ognia Ateszgah to pięciokątny kompleks, gdzie centrum obszernego dziedzińca zajmuje czworoboczny budynek ołtarza. W jego środku płonie wieczny ogień (od lat 70. XX wieku, gdy powstało tu muzeum, doprowadzany gazociągiem), a na starych ilustracjach widać, że z czterech „kominów” w narożnikach ołtarza także wznoszą się płomienie.

Ateszgah

Budynek otaczający dziedziniec to połączone pomieszczenia o różnej funkcji: cele dla mnichów, pomieszczenia o funkcji mieszkalnej, sakralnej, przechowywanie i przygotowywanie pożywienia.

Pałac Szirwanszachów

Baku znalazło się na liście UNESCO ze względu na trzy rzeczy: zabytkowe centrum, Basztę dziewiczą oraz Pałac Szirwanszachów. Historyczne centrum nosi nazwę İçəri Şəhər (Miasto Wewnętrzne lub Iczeri-Szecher). Otoczone jest starym murem. Ruch samochodowy wewnątrz jest ograniczony, a wjazd płatny. Bramy są dość wąskie, ale da się przez nie przejechać. Warto jednak zwrócić uwagę, że płatne parkingi trochę dalej oddalone od samego starego miasta są zdecydowanie tańsze.

Wnętrza pałacu

Centrum jest bardzo malownicze i zadbane. Pełne kramów, restauracji, wąskich uliczek, w których dość łatwo się zgubić. Znajduje się tam jeden z symboli miasta, czyli Baszta Dziewicza (azer. Qız Qalası). Nazwa nawiązuje do legendy. Otóż podobno jeden z szachów zbudował ją swojej wybrance. Ta, gdy się dowiedziała, że ów szach jednocześnie jest jej ojcem, rzuciła się z wieży do morza. Dziś oczywiście wylądowałaby co najwyżej na bruku. Morze (jezioro) Kaspijskie ma obecnie niższy poziom niż kilkaset lat temu, więc znajduje się dalej od wieży. Obecna baszta pochodzi z XII wieku, ale pierwotna jest dużo starsza. Najstarsza stojąca w tym miejscu powstała prawdopodobnie w gdzieś w VIII-VII wieku p.n.e. Nie znana jest też jej funkcja. Jedne wersje mówią o wieży świątyni zoroastriańskiej, inne o obserwatorium astronomicznym, zaś jeszcze inne o obronie. Być może wszystkie były prawdziwe w pewnym okresie. Dziś baszta przyciąga turystów stanowiąc bardzo charakterystyczny punkt widokowy.

Baszta Dziewicza

Pałac szachów Szyrwanu (azer. Şirvanşahlar sarayı) może nie jest ani tak charakterystyczny, ani tak rzucający się w oczy, ale z pewnością to miejsce warte zobaczenia. Zaczęto go budować w XV wieku, to też był najlepszy okres dla tego obiektu. Później zaczęły się grabieże tureckie i nie tylko. Używano go wówczas jako koszarów. W XIX wieku Rosjanie planowali wręcz wyburzenie go, by postawić tu sobór Aleksandra Newskiego. Szczęśliwie wojska rosyjskie także stacjonowały w tym miejscu, więc wyburzenie przeciągnęło się na tyle, że ostatecznie uratowało pałac przed zniszczeniem. Obecnie obiekt jest muzeum, chętnie odwiedzanym przez turystów. Ze względu na wzniesienia, zamiast jednego dziedzińca mamy trzy, które znajdują się względem siebie kilka metrów niżej. Zwiedzanie najlepiej zacząć od pałacu, będącego głównym budynkiem. Ma on dwa piętra. Zachowało się tam 16 komnat, większość z nich we względnie oryginalnym stanie, lub przynajmniej dość dobrze przywróconym. Oprócz pałacu w obiekcie znajduje się kilka innych budowli, jak meczet, łaźnie czy mauzoleum.

Grobowce obok Baszty

Wokół historycznego centrum znajduje się bardziej turystyczne centrum, z drogimi sklepami, restauracjami i życiem nocnym. Dalej zaś mamy promenadę nad brzegiem morza. O ile sam bulwar wygląda bardzo ładnie, nawet gdy w tle widzimy platformy, czy pływające hotele, o tyle woda jest raczej odpychająca. Głównie ze względu na osadzającą się na kamieniach przy brzegu ropę. Bulwar jest doskonałym miejscem na spacer, zarówno w dzień, jak i w nocy, gdy widać wspaniałe oświetlenie miasta.

Plaża Shikhov

Trochę dalej na południe od centrum miasta znajduje się plaża Shikhov (azer. Şıxov çimərliyi). To zdecydowanie widok wart zobaczenia. Jako plaża jest to miejsce bardzo nieciekawe, zwłaszcza, że obok wysypywany jest gruz. Ale widok ludzi kąpiących się na tle platform wiertnicznych jest naprawdę wyjątkowy.

Morze i ropa przy bulwarze

W Baku jest bardzo wiele atrakcji dla różnych odbiorców. Dalej przy bulwarze znajdziemy choćby tutejszą wersję Wenecji, czyli pływanie po jakiś kanałach. Nie wygląda to dobrze, ale chętni i tak się znajdują. Ciekawie zaś prezentuje się budynek muzeum dywanów. Powstaje tu też wiele nowych drapaczy chmur. Konstruktorzy starają się by, były coraz to wymyślniejsze. Jeden z projektów to Gmach Półksiężyca, który w sieci jest nazywany Gwiazdą Śmierci. Będzie ciekawie wyglądać, gdy zostanie już ukończony.

Kryształowy Hol (Crystal Hall) zbudowany na potrzeby Eurowizji

Z dziwnych rzeczy, warto wspomnieć o drugim najwyższym maszcie z flagą na świecie. Zbudowano go w 2010 roku, wówczas liczył 162 metry wysokości, no i oczywiście był pierwszy. Nie długo: kilka miesięcy później w Duszambe (Tadżykistan) postawiono jeszcze wyższy. Podczas naszej wizyty w Baku masz był zdemontowany, kto wie, może właśnie go ponownie podwyższają.

Wąskie uliczki starego miasta

Przy tych wszystkich atrakcjach to miasto wciąż żyje i mieszkają tu także biedniejsi ludzie. Nawet autobusy w centrum wyglądają lepiej, niż te na peryferiach. Bardzo mocno widać tu różnice w dochodach. Ale to mniej wykwintne Baku również jest interesujące. Można się natknąć choćby na tradycyjne piekarnie (chleb wypieka się tu tak samo jak w Gruzji).

Jeden z wielu meczetów

Baku jest przepiękne, zadbane i interesujące. To miasto, które szczyci się jednym z najgłębszych linii metra na świecie. To miejsce kontrastów, wielkich pieniędzy, ale też wielu wpływów kulturowych i długiej historii.

Mury starego miasta

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak azerski
Baku Wulkany błotne
Szlak filmowy
Baku (Bond)
Dubaj (MI)
Szlaku religijny
Baku
?
Share Button

Wiatraki w Kinderdijk

Znajdując się w depresji i na terenach zalewowych, Holendrzy od wielu lat starali się wyrwać morzu jak najwięcej ziemi. Całkiem skutecznie. Potrzebowali do tego dobrego narzędzia do kontrolowania poziomu wód na polderach, by móc odprowadzić jej nadmiar. Dzięki temu uzyskali ziemię, na której można było sadzić uprawy. Zaś w XVII wieku używano w tym celu wiatraków, czyli taniej i skutecznej metody. Pozostałości po jednym takim polderze zostały w Kinderdijk. Obecnie jest to muzeum/skansen, od 1997 roku wpisany na listę UNESCO.

Kinderdijk
Kinderdijk

Dziś w Kinderdijk znajduje się 19 zachowanych wiatraków. Do zwiedzenia tak naprawdę są dwa, z tym, że w tym drugim jedynie można zobaczyć parter. W dodatku wszystkie wiatraki są już nieczynne. W Zaanse Schans wiatr nadal wprawiał je w ruch, tu wszystko jest zablokowane. W dodatku obecne Kinderdijk jest cieniem tego miejsca sprzed lat. W szczytowym okresie znajdowało się tu 150 wiatraków. To co zostało do dziś i tak nadal kwalifikuje się na ich największe skupisko.

Wiatrak
Wiatrak

Pompy wiatrowe zostały stopniowo wyparte przez pompy parowe, spalinowe, a w końcu elektryczne. Wiatraki wyszły z użytku w latach 40. XX wieku. Kinderdijk znalazło się na liście UNESCO także ze względu na pompy. Te, które zbudowano tu kiedyś, dziś również mają wartość historyczną, muzealniczą, Holendrzy zaś walczą z poziomem wody w bardziej zorganizowany sposób.

Wiatraki
Wiatraki

Przy wejściu do Kinderdijk znajduje się kasa biletowa. Sam wstęp na ten teren jest darmowy. Zresztą blisko mieszkają tu ludzie, są normalne domy, zatem to miejsce spacerowe. Bilety kupuje się na wejście do wiatraków, na statek oraz muzeum z pompami.

Wiatrak
Wiatrak

Spacerem można dojść do dwóch wiatraków. Jednak, by lepiej zobaczyć całą okolicę można skorzystać z łodzi, która kursuje między kasą, dwoma wiatrakami i stacją pomp. Działa to na zasadzie hop on – hop off.

Wnętrze wiatraku
Wnętrze wiatraku

Pierwszy wiatrak jest dość klasyczny. W środku znajdziemy wyposażenie domu typowej rodziny, która w nim mieszkała. Przy drugim znajduje się mały ogródek, są tam między innymi kury, można też napić się czekolady, jednak w samym wiatraku mamy okazję zobaczyć jedynie parter, czyli znów część mieszkalną.

Kinderdijk
Kinderdijk

W dawnej stacji pomp obecnie znajduje się interaktywne muzeum, gdzie puszczany jest film prezentujący historię Kinderdijk i wykorzystania wiatraków. Po projekcji można chwilę zostać, by przyjrzeć się pompom. Niestety ta dość interesują część nie jest właściwie prezentowana. Jest bo jest.

Perkoz
Perkoz

Dość problemowe jest dotarcie do Kinderdijk. Chyba najwygodniej jest jechać samochodem (ew. rowerem), wtedy podjeżdża się wprost pod sam skansen. Z Rotterdamu można się tu dostać zarówno autobusem (linia 90 i 93 z Rotterdamu do Utrechtu), jak i tramwajem wodnym, łączącym Rotterdam z Drodchtem. I tu uwaga praktyczna. Kursują dwie linie, jedna staje przy Kinderdijk, druga nie. Staje właściwe po przeciwnej stronie kanału. W linii prostej jest to bardzo blisko, dałoby się spokojnie dojść na piechotę, gdyby tylko były mosty w okolicy. Podobno w lecie jeździ tu też jakiś autobus, ale byliśmy trochę wcześniej (o porannych godzinach). Między Kinderdijk a tą przystanią kursuje prom, jednak nie jest on skorelowany wprost z linią tramwajową, a co jeszcze bardziej istotne, przede wszystkim później zaczyna działać. Zatem jeśli ktoś chciałby popłynąć tam tramwajem wcześnie rano i  pospacerować po okolicy, to musi koniecznie płynąć linią, która kursuje raz na dwie godziny i zatrzymuje się przy Kinderdijk.

Kinderdijk
Kinderdijk

Pomijając wszystko inne, Kinderdijk to bardzo malownicze i spokojne miejsce. Zdecydowanie bardziej oddalone od miast niż Zaanse Schans, stąd jest tu zdecydowanie mniej turystów. To dobra lokacja, by napawać się nieczynnymi obecnie wiatrakami. Ceny biletów i ew. aktualne sugestie dojazdu można sprawdzić na oficjalnej stronie.

Skansen wiatraków
Skansen wiatraków

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak holenderski
Kinderdijk Rotterdam
Share Button

Kazbegi lub raczej Stepancminda

Jedną z najczęściej odwiedzanych przez podróżnych z Polski (i nie tylko) miejsc w Gruzji jest miejscowość Stepancminda (gruz. სტეფანწმინდა), wciąż lepiej znana i kojarzona pod swoją starą nazwą Kazbegi (gruz. ყაზბეგი). Oryginalna i zarazem obecna nazwa upamiętnia świętego Szczepana. Kazbegi zaś pochodzi Gabriela Kazbegiego, lokalnego przywódcę, który wspierał Rosję. Nazwę Kazbegi nadano, gdy Gruzja była republiką w Związku Radzieckim, do oryginalnej powrócono w 2006 roku.

Droga do Cminda Sameba
Droga do Cminda Sameba

Stepancminda czy też Kazbegi znajduje się praktycznie na samym końcu Gruzińskiej Drogi Wojennej, 12 km od rosyjskiej granicy, gdzie znajduje się przejście graniczne. Jest to zdecydowanie mała mieścina, będąca raczej potencjalną bazą wypadową, jeśli ktoś zdecyduje się na wysokogórską wspinaczkę. Stepancminda położona jest na wysokości 1750 m n.p.m. Stąd rozpoczyna się często wspinaczkę na jeden z pięciotysięczników Kaukazu, czyli Kazbek (5047 m n.p.m, najwyższym szczytem Gruzji jest Szchara – 5193 m n.p.m), lub na wycieczki w głąb Wąwozu Darialskiego. Te wyprawy wymagają już pewnego doświadczenia i przygotowania.

Droga do Cminda Sameba
Droga do Cminda Sameba

Większość odwiedzających to Stepancmindę raczej kieruje się do klasztoru Trójcy Świętej, czyli Cminda Sameba nieopodal wioski Gergeti. Znajduje się on jakieś 2 km od Kazbegi, na wysokości 2170 metrów To bardzo charakterystyczne miejsce, ze względu na górujące w tle szczyty, w tym Kazbek, jeśli dobrze popatrzymy i sprzyja nam widoczność. Z tego miejsca pochodzi wiele pocztówek i zdjęć folderowych. By zrobić je samemu, trzeba mieć szczęście do pogody. Chmury niestety potrafią trochę zepsuć widok. Szczęśliwie na żywo i tak wygląda to niesamowicie.

Kazbeg za chmurami
Kazbeg za chmurami

W samym monastyrze nie wolno było robić zdjęć, tylko na zewnątrz. Ten zbudowany w XIV wieku kościół jest świętym miejscem Gruzinów. Tutaj w okresie zagrożenia wojną w XVIII wieku z Mcchety przeniesiono święte relikwie, w tym krzyż św. Nino. W czasach sowieckich aktywność religijna była zakazana, ale kościół stanowił atrakcyjny punkt widokowy dla turystów górskich.

Cminda Sameba
Cminda Sameba

Z Kazbegi na szczyt prowadzą dwa szlaki piesze. Niestety oba są dość słabo oznaczone, jeśli w ogóle. Miejscami trzeba kierować się bardziej na wyczucie, starając dotrzeć na szczyt. Zważywszy na wysokość i czasem dość strome podejście, trasy te nie są oblegane. Większość osób korzysta z innych środków transportu, czyli przede wszystkim marszrutek, które zawożą podróżnych z miejscowości pod prawie sam klasztor (lub z powrotem). Można oczywiście próbować przejechać samemu tę drogę, ale raczej jest ona ciężka, wyboista, z koleinami, słabo oznaczana i wymagająca doświadczenia.

Widok z Cminda Sameba
Widok z Cminda Sameba

Sam klasztor niczym nie zaskakuje. To gruziński standard. Bardzo charakterystyczna zabudowa, raczej stonowany wystrój. To co naprawdę jest tu przepiękne to widoki, z olbrzymimi szczytami w tle. Dlatego warto choć w jedną stronę przejść się na własnych nogach, by to wszystko zobaczyć.

Widok z Cminda Sameba
Widok z Cminda Sameba

Do Kazbegi można dojechać autokarem, marszurtką (odjeżdżają z Tbilisi ze stacji Didube) czy nawet taksówką albo własnym samochodem. Pomijając samo wejście/wjazd na szczyt, Gruzińska Droga Wojenna jest bardzo dobrą trasą komunikacyjną, no i ładną.

Cminda Sameba
Cminda Sameba
Cminda Sameba
Cminda Sameba

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Kazbegi Gori
Share Button

Węgry: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Węgry. Zweryfikowane w lipcu 2017.

Dojazd: Samochód, autobus (np. Polski Bus), można też się posiłkować samolotem do Budapesztu (np. WizzAir, który ma tam główną bazę). Prężnie rozwija się tam też LOT, wchodząc w rolę narodowego przewoźnika.

Wiza: Strefa Schengen, niepotrzebna.

Baza noclegowa: Rozbudowana, w szczególności w okolicach Budapesztu jak i Balatonu. Można szukać np. na Booking.com.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic szczególnego.

Waluta: Forint Węgierski (HUF).

Płatności kartą i bankomaty: Płatności kartą dość popularne, ale znajdzie się kilka miejsc, gdzie bywa z nimi problem. Na przykład przy zakupie wejściówek do niektórych świątyń czy muzeów lub przy zakupie jedzenia na ulicy. W większości restauracji i barów da się zapłacić kartą, ale nie jest to jeszcze standard.

Bankomaty powszechne.

Napiwki: Doliczane do rachunku. Standardowo koło 10-15%, częściej 10%.

Internet: Wifi powszechne.

Telefony: Unia Europejska, formalnie brak opłat roamingowych.

Język: Węgierski, ale znajomość angielskiego rozpowszechniona, zwłaszcza tam gdzie przybywają turyści.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Mają rozwiniętą sieć kolejową, jak również przewozy autokarowe – Volánbusz. Poruszanie się samochodem bardzo podobne do innych krajów z regionu.

Oznaczenia i drogowskazy: Nawet w centrum Budapesztu oznaczenia stanowią pewien problem. Niby są, ale raczej jest ich niewiele, czasem się urywają. Lepiej jest więc często polegać na mapie czy GPS.

Jedzenie wegetariańskie: Lokalna kuchnia ma tu do zaoferowania choćby leczo (które jest tu sosem, nie samym daniem), także w wersji wegetariańskiej. Lub z jedzenia ulicznego jest np. lagosz z serem. Największy problem w ogóle z kuchnią węgierską jest taki, że obecnie ma się wrażenie, jakby się jej trochę wstydzili, więc znalezienie jej może nastręczać pewne trudności. Wyjątkiem oczywiście są zupy gulaszowe, ale to już jedzenie mięsne.

Ludzie: Zajęci sobą, raczej spokojni, ale też masowo bawiący się w parkach czy na placach.

Bezpieczeństwo: Obecnie nie ma tu większych problemów. Oczywiście trzeba uważać na ewentualną drobną przestępczość.

Klimat: Umiarkowany ciepły z cechami klimatu kontynentalnego na większości obszaru kraju.

Informacja turystyczna i mapy: Tego niestety nie ma za dużo. Mapę Budapesztu można dostać na lotnisku, ale właściwie na tym to się kończy.

Szlak węgierski
Informacje praktyczne
Share Button

Budapeszt

Nad brzegami Dunaju leżą stolice czterech krajów. Trzy – Wiedeń, Bratysławę i Belgrad, już opisaliśmy, teraz kolej na ostatnią, czyli Węgry i Budapeszt (węgr. Budapest).

Wesołe miasteczko i diabelski młyn
Wesołe miasteczko i diabelski młyn

Choć powszechnie mówi się, iż jest to połączenie dwóch miast, faktycznie Budapeszt to konglomerat trzech głównych miast: Obudy, Budy i Pesztu. Obuda oznacza Starą Budę, czyli to tak naprawdę jest najstarsza część Budapesztu, obejmująca wszystkim obszar dawnej rzymskiej osady wojskowej Aquincum. W 1873 roku Buda (i stara część – Obuda) i Peszt zostały połączone w jedno miasto: Budapeszt.

Aquincum
Aquincum

Aquincum oznacza prawdopodobnie „bogactwo wód”. Była to najbardziej na północny-wschód wysunięta rzymska osada, która w dodatku graniczyła bezpośrednio z terenami plemion barbarzyńskich. Założone w 19 roku n.e początkowo jako wojskową osadę, która następnie przekształciła się w niemałe miasto, posiadające własny amfiteatr, łaźnie miejskie, brukowane ulice, obiekty sakralne, a wodę rozprowadzały akwedukty. W 410 roku miasto poddano Hunom, potem Awarom, by wreszcie plemię Madziarów wprowadziło się tutaj w 896 roku. Dziś można podziwiać ruiny miasta, zrekonstruowany dom malarza i liczne artefakty. Nas szczególnie urzekły cegły i dachówki z autentycznymi odciskami palców osoby, która te rzeczy wyrabiała. Warto zwrócić też uwagę na nowożytną kopię rzymskich organów z piszczałkami. Co ciekawe, ten instrument bywa wykorzystywany na koncertach. Dawne Aquincum to obecnie muzeum. Pozostałości rzymskie nie są duże. Trochę oddalone od ścisłego centrum, ale spokojnie da się tu dojechać pociągiem miejskim.

Zamek królewski
Zamek królewski

Buda to górzysty i w dużej części zalesiony obszar, tutaj mieści się zamek królewski i przez długi czas to właśnie Buda była stolicą Węgier. Wzgórze Zamkowe i okolice, choć urokliwe, to jednak widać, że jeszcze mocno niedofinansowane. Budynki są bardzo ładne, ale też w większej części zaniedbane, ulegające niszczeniu. Te fragmenty, które zostały odrestaurowane, robią za to duże wrażenia – ale nadal to tylko fragmenciki. Wewnątrz Zamku Królewskiego jest muzeum, choć patrząc na okolicę, to najlepiej będzie to zobaczyć dopiero za kilka lat.

Baszta rybacka
Baszta rybacka

Za to zupełnie inaczej prezentuje się pobliska Baszta rybacka. To jeden z tych zabytków Budapesztu, które zachwycają nie tylko same w sobie, ale także stopniem ich zadbania.
Wybudowana na przełomie XIX i XX wieku w stylu neoromańskim jako upamiętnienie znajdujących się tutaj niegdyś murów miejskich. Nazwa „rybacka” wzięła się stąd, że za obronę tego obszaru murów odpowiadali właśnie rybacy. Obecnie jest świetnie zachowana, odrestaurowana i oświetlona.

Kościół św. Macieja
Kościół św. Macieja

Kościół Macieja obok Baszty Rybackiej nosi wezwanie Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny, zaś jego bardziej popularna nazwa – Macieja (nie świętego!) – wzięła się od króla Macieja Korwina. Od XIII wieku, kiedy to sięgają początki budowli, rosło jego znaczenie i wkrótce stał się kościołem koronacyjnym królów węgierskich i najbardziej prestiżowym kościołem do wszelkich uroczystości. Jego dzieje są bardzo burzliwe, jak i sama historia kraju. Przejęty przez Turków i przekształcony w meczet, poważnie uszkodzony przez działania kolejnych wojen i pożary. Obecny styl to XIX-wieczna przebudowa. Podczas II wojny światowej Niemcy używali wnętrza kościoła jako szpital wojskowy i kuchnię polową, zaś Armia Radzicka – stajnię i latryny. Pomimo nieprzychylnego stosunku władz sowieckich do Kościoła katolickiego, odbudowa kościoła Macieja została sfinansowana przez państwo i dziś widzimy głównie efekt prac zakończonych w latach 60 XX wieku. Kościół zdecydowanie wart zwiedzenia, ale trzeba pilnować godzin otwarcia dla turystów – te są mocno ograniczane.

Wzgórze Gellerta
Wzgórze Gellerta

Bardziej na południe Budy znajduje się Wzgórze Gellerta, obowiązkowy punkt dla turystów w Budapeszcie. Stąd rozpościera się piękny widok na to naddunajskie miasto. Ale przez wiele lat cieszyło się złą sławą: jego nazwa pochodzi od imienia biskupa, który na początku XI wieku rzekomo tutaj został zabity przez pogan. Pewnikiem na wzgórzu zbierały się czarownice i inne złe moce. Potem było to miejsce znane z wysokiej przestępczości.
Nas nie spotkało nic złego, wręcz przeciwnie.

Pomnik wolności na wzgórzu Gellerta
Pomnik wolności na wzgórzu Gellerta

Pomnik Wolności na górze Gellerta to kobieta trzymająca w dłoniach liść palmowy. Upamiętnia wszystkich tych, którzy polegli walcząc o niepodległość Węgier. Pierwotnie pomnik ten był poświęcony „wyzwoleńczej” Armii Radzieckiej, ale po ’89 roku usunięto komunistyczne symbole. Obok mieści się austriacka Cytadela założona po upadku węgierskiej Wiosny Ludów. Dziś, wraz z naddunajskimi bulwarami i wzgórzem zamkowym znajduje się na liście UNESCO.

Skalny kościół
Skalny kościół

Z ciekawych rzeczy, na górze Gellerta, gdzieś w połowie drogi na szczyt, znajduje się Skalna Kaplica. Kościółek ulokowany w częściowo naturalnej, częściowo wydrążonej jaskini.
Są tutaj także polskie akcenty.

Skalna kaplica
Skalna kaplica

Węgrzy na stolicę najczęściej skrótowo mówią Peszt. Jest to największa część miasta i najgęściej zaludniona, tutaj mieści się parlament węgierski. Jest to jeden z największych i z pewnością najpiękniejszych budynków parlamentów narodowych. Budynek powstał w latach 1886 – 1904. Można go oczywiście zwiedzać, jak się trafi na odpowiednie godziny, ale bilety najlepiej rezerwować wcześniej, zwłaszcza jeśli interesuje nas przewodnik anglojęzyczny.

Parlament nocą
Parlament nocą

W Budapeszcie można natknąć się na liczne przecudowne pomniki. Jest na przykład „Gruby policjant”, Ronald Reagan i nasz fawory – porucznik Columbo i jego pies basset. Jest też pomnik butów nad brzegiem rzeki. Poruszający, bo upamiętniający węgierskich Żydów rozstrzelanych nad brzegiem Dunaju podczas II wojny światowej.

Pomnik Holokaustu
Pomnik Holokaustu

Pamięć Holocaustu jest w Budapeszcie mocno kultywowana, podobnie jak pozostałości po dawnej społeczności żydowskiej. Wielka synagoga jest największą synagogą w Europie i trzecia na świecie. Zbudowano ją w połowie XIX wieku, ale podczas II wojny światowej kolaborujący z Niemcami strzałokrzyżowcy (sprawcy węgierskiego holocaustu) wysadzili ją w powietrze. Została odbudowana w przeciągu trzech lat i w 1996 ponownie otwarta dla wiernych i zwiedzających. Nie dziwi więc, że sama synagoga, jej krużganki, dziedziniec i muzeum są w dużej części świątynią pamięci holocaustu. Synagogę można zwiedzać, oczywiście poza żydowskimi świętami. I naprawdę warto poświęcić na nią trochę czasu, to przepiękny budynek. Ciekawostką jest to, że koegzystują tu różne odłamy judaizmu.

Wielka Synagoga
Wielka Synagoga
Wielka Synagoga w Budapeszcie
Wielka Synagoga w Budapeszcie

Innym interesującym obiektem sakralnym jest bazylika św. Stefana.
Ten ogromny budynek budowany z przerwami w latach 1848 – 1905 borykał się z wieloma kłopotami budowlanymi. Wynikało to z niestabilnego, bagnistego gruntu, na jakim kościół jest posadowiony. Dodatkowo pierwotna kopuła miała wadę konstrukcyjną, co spowodowało jej zawalenie. Ale dziś stoi i cieszy oko. Wnętrze jest bardzo bogate, a do ciekawostek należy relikwia: zmumifikowana prawa ręka św. Stefana.

Bazylika św. Stefana
Bazylika św. Stefana

Warto wspomnieć o miejskiej zieleni, której w Budapeszcie nie brakuje. Jednym z miejsc dla wielkomiejskiej rekreacji jest dunajska Wyspa Małgorzaty. Nam szczególnie do gustu przypadła zagroda ze zwierzętami – filia czy też żywa reklama tutejszego ZOO.

Bazylika św. Stefana
Bazylika św. Stefana

Innym obszarem zielonym godnym spaceru jest park miejski Varosliget.
Czas powstania datuje się na połowę XVII wieku, kiedy pole bitewne po potyczkach z Turkami zalesiono na rozkaz Marii Teresy. Wkrótce stało się to miejsce wycieczkowe bogatych mieszczan. Na terenie parku mogą zaskoczyć wybudowane niby-zamki, niby-fortece. Jest to wspomnienie wystawy z okazji 1000-lecia Węgier, kiedy to zbudowano w parku atrapy różnych zabytków kraju. Tak spodobały się zwiedzającym, że część z nich potem wybudowano jako stały element parku. Oprócz tego znajduje się tutaj ZOO, wesołe miasteczko i jedna ze słynnych pesztańskich łaźni. Aż żal, że nie był czasu na małe SPA.

Varosliget
Varosliget

Łaźnie są nie tylko w Peszcie. W całym mieście jest ich wiele, oferują nie tylko SPA, ale przede wszystkim unikalną okazję do zobaczenia zabytkowych, acz wciąż używanych budynków. Niestety to jedna z tych atrakcji, na którą trzeba poświęcić trochę więcej czasu i nie da się jej zobaczyć z zewnątrz.

Varosliget
Varosliget

Tuż przy parku Varosliget znajduje się inne bardzo charakterystyczne miejsce, plac Bohaterów. Stąd do centrum ciągnie się Andrássy út, a przy niej zarówno zabytkowe budynki, jak i muzea, czy ambasady. To dość reprezentacyjna ulica miasta. W 2002 została wpisana z okolicą na listę UNESCO, jako uzupełnienie i rozszerzenie naddunajskich bulwarów.

Plac bohaterów
Plac bohaterów

Chodząc po ulicach można natknąć się na ciekawostki w stylu plac Kalwina z kostkami brukowymi z postulatami Marcina Lutra, czy mobilna księgarnia.

Pomnik anonima w Varosliget
Pomnik anonima w Varosliget

Połączenie obu miast zostało uwiecznione na kameralnej rzeźbie z personifikacją obu miast, ukazującą pierwszy stały most łączący dwa miasta: Budę i Peszt. Dziś jednak mamy jeszcze dwa inne, bardzo charakterystyczne i rozpoznawalne mosty. Przede wszystkim Most łańcuchowy i most wolności.

Widok na most łańcuchowy
Widok na most łańcuchowy

Most łańcuchowy jak i parlament są widoczne w „Mission: Impossible – Ghost Protocol” J.J. Abramsa. Na potrzeby filmu wykonano kilka ujęć ogólnych, większość scen rozgrywających się w Budapeszcie nagrano w Pradze.

Centralna hala targowa
Centralna hala targowa

W stolicy Węgier nie mogło zabraknąć papryki i salami! Najładniejsze bodaj stoiska z madziarskimi specjałami są w Centralnej Hali Targowej. Ten największy zadaszony plac targowy w mieście powstał u schyłku XVIII wieku. Zwraca uwagę wykorzystanie stali w konstrukcji zadaszenia – wówczas było to bardzo nowoczesne rozwiązanie. To czego brakuje najbardziej to dostępności kuchni węgierskiej. Pewne rzeczy da się znaleźć, ale najwięcej niestety jest restauracji serwujących dania z innych części świata.

Wnętrza centralnej hali targowej
Wnętrza centralnej hali targowej

Prawdę mówiąc spędziliśmy trochę czasu szukając lagoszy, czyli węgierskich zapiekanek. Udało się nam je znaleźć przypadkiem, niedaleko cukierni Gerbeaud, uchodzącej za najsłynniejszą w całym mieście. Jej sława ściąga tu wielu turystów, zaś jak się okazało okolice to dobre miejsce na znalezienie czegoś z węgierskiej kuchni, także tej bezmięsnej.

Gruby policjant
Gruby policjant

Budapeszt nas zaskoczył. Pozytywnie. Spodziewaliśmy się, że jeden weekend jest wystarczający, by zwiedzić stolicę Węgier. Otóż nie, weekend nie wystarcza, by nacieszyć się Budapesztem. Nie zobaczyliśmy wszystkiego, co chcieliśmy, a mocno nadwyrężyliśmy nogi. Cztery dni byłyby już lepszym wyborem, a ze dwa dodatkowe, by zażyć relaksu w miejskich łaźniach. Przejść przez miasto można, ale jest tu wiele zakamarków do zobaczenia, w tym podziemi. Na to potrzeba trochę więcej czasu niż weekendowy citybreak.

Pomnik porucznika Colombo
Pomnik porucznika Colombo

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak węgierski
Budapeszt
Share Button

Laguna i plaża Balos

Krystalicznie czysta, błękitna woda, kolorowy piasek i cudowne skały no, i oczywiście wspaniała plaża. Laguna Balos to nie tylko jedna z największych i najbardziej rozpoznawalnych atrakcji Krety, ale również ikona turystycznej całej Grecji. Przepiękne miejsce, będące jednym z najczęściej fotografowanych. Nie bez powodu.

Droga do Balos
Droga do Balos

Laguna Balos (ang. Balos Lagoon, grec. Λιμνοθάλασσα Μπάλος) uchodzi za jedną z najpiękniejszych plaż (ang. Balos Beach, grec. Παραλία Μπάλος) na Krecie. Trzeba przyznać, że coś w tym jest. Plaża jest piaszczysta, ale znajdują się tu także skały. Piasek ma kilka kolorów, nie tylko złoty, miejscami nawet jest różowy. Złoto-różową plażę tworzą łachy piachu nanoszone między kamienne półwyspy, a okoliczne wody są płytkie do kostek lub tak głębokie, że cumują tutaj jachty i promy. Ale Balos to przede wszystkim piaszczysta plaża i płytka, ciepła woda, więc przy dobrym słońcu jest to istny raj dla plażowiczów. Nam jednak bardziej niż leżakowanie do gustu przypadło myszkowanie między skałami. Były tutaj drobne rybki, ukwiały, kraby, krewetki i wciśnięte w otworki w skale ślimaki. Na niedalekich wzgórzach, przez które musieliśmy przejść, natknąć się można na jaszczurki. Pszczoły pracowicie latają między kwiatami tymianku – miód tymiankowy jest słynnym wyrobem greckim. Miejsce cudowne, tak do wypoczywania, jak i zwiedzania.

Kozy
Kozy
Kozy
Kozy

Wstęp na samą plażę jest bezpłatny, płaci się tylko za wjazd na teren parku krajobrazowego. Na plaży można wynająć leżak, parasol, są darmowe przebieralnie i toalety, ale uwaga: nie ma ich tam dużo. Infrastruktura nie jest rozbudowana, dzięki czemu to miejsce nie traci swego naturalnego charakteru. Poza sezonem należy mieć własny prowiant, jeśli planuje się dłuższe leżakowanie. W trakcie sezonu natomiast należy się liczyć z niedogodnościami. Mała ilość toalet, przebieralni, czy śmietników przy dużej ilości ludzi może trochę odczarować to miejsce. Ludzie naprawdę przybywają tu w olbrzymiej ilości i delektują się wodą, leżakami, piaskiem. W sezonie, zwłaszcza w późniejszych godzinach, to bardzo tłumne miejsce.

Droga do Balos (już do przejścia)
Droga do Balos (już do przejścia)

Samo dotarcie do tego miejsca jest nie lada atrakcją. Właściwie są dwa podstawowe sposoby, pierwszy o statek. Wpierw trzeba jednak dotrzeć do miejscowości Kissamos, skąd odpływa codziennie prom (w szczycie sezonu dwa razy dziennie). Dociera do plaży, a turyści mają wystarczająco dużo czasu, by nacieszyć się tym miejscem. Można też próbować dopłynąć tu np. z Chanii, jeśli wynajmie się jacht lub inny środek transportu, ale to już zdecydowanie droższa wyprawa.

Widok na plażę
Widok na plażę

Statek z Kissamos ma dodatkową atrakcję. Można się zatrzymać na wyspie Gramvousa (gr. Γραμβούσα), którą widać z Balos.

Laguna Balos
Laguna Balos

Alternatywą jest wypożyczenie samochodu i uwaga, ostatni odcinek to droga szutrowa. Co ciekawe, można tam znaleźć nawet przydrożną kapliczkę, popularną w różnych krajach prawosławnych. KTELe tu nie dojeżdżają. Długo się jedzie na zachód Krety, a tam już kieruje na hotel Balos Beach. Znaków jest wiele, ale faktycznie kierują one do wspomnianego ośrodka, nie do interesującego nas miejsca. Trzeba jechać dalej, tam już droga nie ma praktycznie żadnych rozgałęzień. Na chwile należy zatrzymać się przy wjeździe na teren Natura 2000, zapłacić za wjazd (około 1 Euro). Droga nie jest zła, mimo, że brakuje asfaltu, czy czasem barierek. Jak się jedzie spokojnie, problemu nie będzie. Trzeba tylko uważać na pasące się kozy, które schodzą na jezdnię i czasem tam odpoczywają. Na końcu znajduje się parking, ale nie zawsze jest gwarancja, że się tam dojedzie. Wiele samochodów staje przy drodze, dalej trzeba przejść kawałek. W późniejszych godzinach ten sznur aut jest naprawdę spory.

Laguna Balos
Laguna Balos

Dojście do plaży to dla jednych (w tym nas) będzie atrakcja sama w sobie (konkurencyjna w stosunku do wyspy). Dla innych zbędny trud. W każdym razie wpierw trzeba pokonać pagórek, ale stamtąd rozpościerają się przepiękne widoki. Z góry Balos wygląda niesamowicie, tak pocztówkowo, warte jest to każdej niedogodności. Laguna jest oczywiście bardzo ładna, ale to właśnie z góry wygląda tak rewelacyjnie i cudownie, więc nawet jeśli ktoś przypłynie tu jachtem, dla samego widoku warto się wdrapać.

Plaża Balos
Plaża Balos
Laguna
Laguna

Drogę tę można pokonać też wynajmując lokalne taxi, czyli osiołka. Po drodze zaś mijamy jeszcze kozy i rzadziej owce. Ale to na Krecie częsty widok. Chodzą po drodze, czasem zaczepiają ludzi. Rada: lepiej przybyć tutaj dość wcześnie, póki plażowiczów nie ma zbyt wielu, a i zaparkować można bliżej.

Brzeg
Brzeg
Skały
Skały

Jeśli kogoś interesuje tylko plaża, to zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest statek. My jednak polecamy przejście przez wzniesienia lub chociaż cofnięcie się do nich. Nie jest trudne, a dodatkowo gwarantuje naprawdę niesamowite widoki, czyli oglądanie laguny Balos z góry. To miejsce zasłużenie cieszy się dobrą sławą. My może nie byliśmy w stanie spędzić tam całego dnia, bo plaże nas specjalnie nie interesują, zwłaszcza, gdy w okolicy są inne atrakcje, ale to z pewnością jest ta część Krety, którą szkoda byłoby sobie odpuścić. Plaży Balos naprawdę warto dać szansę. Ten widok z góry to naprawdę coś wspaniałego, a przy słonecznej pogodzie naprawdę jest na co patrzeć.

Laguna
Laguna

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak Grecja
Plaża i laguna Balos Wąwóz Samaria
Share Button

Wellington i Weta Cave

Wellington, stolica Nowej Zelandii, to miasto trzecie pod względem wielkości, zamieszkane przez niecałe 200 tyś. osób. Pięknie położone, acz niezbyt urodziwe, miasto które dopiero musi napisać swoją historię. Filmowo jednak ma niesamowitą atrakcję. Znajduje się tu studio efektów specjalnych – Weta Workshop, a co jeszcze lepsze, można je zwiedzać.

Centrum Wellington
Centrum Wellington
Centrum Wellington
Centrum Wellington

Ale zaczniemy od samego Wellington. Oprócz nizin, są i góry, niedaleko las deszczowy, cieśniny Porirua Basin, Hutt Valley i Cooka – dzieląca Wyspę Południową od Północnej – sprawiają że Wellington, jeśli chodzi o położenie, przypomina San Francisco. Faktycznie mamy tu zatoki, wzniesienia, brakuje tylko wielkiego, charakterystycznego mostu.

Budynek przy parlamencie
Budynek przy parlamencie

Nazwa Wellington pochodzi od zwycięscy bitwy pod WaterlooArthura Wellesley’a – który został obdarowany tytułem księcia Wellington. Maoryska nazwa miasta brzmi Te Whanga-nui-a-Tar i oznacza „Wielki port Tara”, odwołując się bezpośrednio do tutejszego portu.

Parlament czyli Beehive
Parlament czyli Beehive

Zabytków jest tu niewiele, podobnie jak i ładnych budynków. Acz znajdzie się kilka charakterystycznych, szukać ich należy w dwóch miejscach. Pierwsze to centrum z parlamentem. Budynek jest bardzo specyficzny. Nazywają go ulem – Beehive, zaiste wygląda trochę jak jakaś pasieka.

Doki
Doki

Druga istotna historycznie część ciągnie się od dawnych doków, aż do monumentu upamiętniającego ofiary wojen światowych, jest też boisko do krykieta, na które można wejść. Sam monument to dobry przykład architektury dawnych kolonii, która nieudolnie próbuje udawać historyczną, europejską zabudowę. Właśnie takie budowle nas odrzucają. Za to z pewnością na uwagę zasługuje sam port.

Tablica upamiętniająca Polaków
Tablica upamiętniająca Polaków

Stoją tam okręty wojenne, a liczne tablice opowiadają o udziale Nowej Zelandii w wojnie. Zaskakuje, ale i cieszy wątek polski. Tym więcej cieszy, że ujęto w opisie dostanie się Polski pod okupację ZSRR. Jest to związane z historią polskich dzieci, które podczas II wojny światowej zostały ewakuowane na antypody. Gdy wojna się skończyła, a zaczął okres komunizmu, dzieci zostały w Nowej Zelandii, stając się wartościowymi obywatelami.

Doki
Doki

Wellington ma też dwa punkty widokowe znajdujące się na wzniesieniach. Pierwszy, przyciągający turystów, to okolice ogrodu botanicznego. Dodatkową atrakcją jest winda, czy raczej coś jakby tramwaj miejski – wagonik szynowy wiodący na jedno ze wzgórz. Niestety stamtąd same widoki nie są zbyt ciekawe, choć darmowy ogród jest ciekawy do oglądania.

Widok z okolic ogrodu botanicznego
Widok z okolic ogrodu botanicznego

Drugi to góra Victoria (Mt Victoria). Jest o tyle interesujące miejsce, że znajduje się nie z boku Wellington, a w samym centrum. Na zachodzie widzimy tę, główną, najstarszą część z dokami, ale miasto rozciąga się jeszcze na wschodzie i na południu. Widać tam też więcej zatok, oceanu i gór, a także jest to dobry punkt widokowy do wypatrywania samolotów lądujących na lotnisku. W każdym razie jak tu byliśmy mocno wiało na samym szczycie, co akurat dziwne nie jest. Wellington ze względu na swoje położenie należy do najbardziej wietrznych miast na świecie. Silny wiatr występuje tam średni przez ok. 230 dni w roku.

Góra Wiktorii i gościniec z Władcy
Góra Wiktorii i gościniec z Władcy

Góra Victoria jest istotna także z filmowego punktu widzenia. To jedna z lokacji „Drużyny Pierścienia” Petera Jacksona. To tutaj kręcono sceny na gościńcu, gdzie hobbici ukrywają się przed nazgulem. Prawdę mówiąc w jednym miejscu nawet jest miejsce, gdzie się można schować za konarami, tak specjalnie dla turystów.

Róża wiatrów na Górze Victoria
Róża wiatrów na Górze Victoria
Weta Cave

To zaś prowadzi nas do głównej atrakcji, którą chcieliśmy zobaczyć w tym mieście, czyli Weta Cave. Jaskinia Wety, czyli część firmy, w której Weta Workshop oferuje wycieczki po studio z przewodnikiem. Z pewnością było warto.

Rzeźba reklamująca Wetę
Rzeźba reklamująca Wetę

Weta Workshop to firma zajmująca się tworzeniem dekoracji, rekwizytów, strojów i efektów specjalnych do filmów, mieszcząca się w dzielnicy Miramar. Założona w 1987 roku ogromny sukces i światowy rozgłos zdobyła dzięki tytanicznej pracy poświęconej „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona (wcześniej pracowali z nim przy „Martwicy mózgu”), a potem wrócili do „Hobbita”. O ile różnie można oceniać te filmy jako całość, o tyle wkład Wety jest naprawdę niesamowity, zaś możliwość  poznania bliżej sposobu ich pracy, czy w pewien sposób dotknięcia ich dzieł to naprawdę spora atrakcja.

Wejście do Weta Cave
Wejście do Weta Cave

Nazwę Weta przyjęła od grupy owadów endemicznych dla Nowej Zelandii, a przypominających świerszcze. Niektóre z nich są gigantyczne jak na robale – o wadze 40 g (więcej niż np. wróbel). Warto przypomnieć, że w kraju Kiwi nie było ssaków (poza fokami i nietoperzami), więc nie było szczurów. Wety wyewoluowały i zajęły ich miejsce w ekosystemie. Weta – to nazwa maoryska, która oznacza boga wszelkiej szkaradności. Gdy kręcono „Martwicę mózgu” nazwa ta wszystkim się spodobała i tak już dziś zostało.

Troll przy wejściu
Troll przy wejściu

W samej Wecie niestety nie można robić zdjęć, oprócz miejsc dla tego wydzielonych, a to ze względu na prawa majątkowe wytwórni, dla których rekwizyty są robione.
Weta oprócz rekwizytów filmowych robi także repliki dla fanów (bardzo drogie), figurki, gry. To właśnie tam można robić zdjęcia. Przed wejściem jest wystawionych też kilka trolli, tak by turyści mieli uciechę.

Bronie z Władcy
Bronie z Władcy

Zabawę zaczynamy w Weta Cave. Wokół nie ma dedykowanego parkingu, ale w okolicznych uliczkach jest dość miejsca. Czasu jest dużo, więc na swoją wycieczkę czekamy w sklepie. Są tam też małe wystawy. Do wyboru jest kilka wycieczek, w tym nocna. Więcej na stronie Wety – WetaWorkshop.com. Myśmy wybrali dwie. Podstawową po studio oraz wejście na plan serialu „Thunderbirds Are Go!”.

Zbroje z Władcy
Zbroje z Władcy

Pani, która oprowadzała nas po dostępnych częściach studio, opowiadała krótko historię Wety i jej najważniejsze produkcje, jak wygląda praca przy przykładowych strojach, pokazywała miniatury i wspominała „megatury” (bigatures), czyli wielkich rozmiarów makiety. Ogromnie pouczająca i ciesząca wycieczka. Oprócz znanych nam produkcji, o których przyjemnie było dowiedzieć się nowych rzeczy, poznaliśmy także ich rodzimą (endemiczną, jak wszystko tutaj) produkcję-remake „Thunderbirds Are Go!”. I chociaż do tej pory zupełnie tego nie znaliśmy, fajnie było zobaczyć, nad czym studio pracuje aktualnie. Zwłaszcza, że miniatury i megatury wykonane na potrzeby produkcji robią wrażenie. Swoją drogą, to „Thunderbirds” to niezła ciekawostka: serial powstały na zasadzie animacji poklatkowej modeli i miniatur, dziś wzbogacony o animowane komputerowo postaci. To nas zachwyciło, bo widzieliśmy makiety i elementy, które są obecnie używane w produkcji. No i jeszcze historie w stylu żartów w tle. W każdym odcinku znajduje się wyciskacz do cytrusów, gdzieś umieszczony. Tylko dlatego, że te wszystkie miniatury powstają z przedmiotów codziennego użytku, dopiero w złożeniu nadaje się im inne znaczenie. Gdy podczas oryginalnej projekcji wyciskacz nie spodobał się jednemu z widzów, napisał on list do telewizji z protestem. Skończyło się na tym, że wyciskacz stał się stałym elementem każdego odcinka, ta tradycja jest zachowana do dziś.

Broń z Avatara
Broń z Avatara

Wycieczka po głównej części Wety to raczej przejście przez magazyn. Jest tu wiele przedmiotów, które pozostały po produkcji „Władcy Pierścieni” czy „Hobbita”, ale też filmów Neila Blomkampa („Dystrykt 9”, „Chappi”), „Avatara” Jamesa Camerona, „King Konga”, a nawet Narnii czy „Królestwa Niebieskiego” Ridleya Scotta. Dowiedzieliśmy się także, jaki wpływ na rekwizyty w „Hobbicie” miały zmiany producentów. Ponieważ firmy się nie dogadały, więc wszystko tworzono na nowo, w dodatku tak, by nie naruszyć praw. Stąd różnice w wyglądzie.

Uruk-hai
Uruk-hai

Wizyta w Weta Cave nas zachwyciła. To jedno z tych miejsc, gdzie powstaje magia kina, gdzie można zobaczyć pewne sztuczki, to bardzo interesująca i pouczająca wycieczka. Zaś Wellington? Cóż, spać gdzieś trzeba. Ale Weta mocno podnosi atuty tego miasta. Na koniec ta sama uwaga, co w przypadku Auckland. Transport lokalny jest, ale do poruszania się między bardziej oddalonymi częściami miasta wskazany jest samochód.

Droga na lotnisko
Droga na lotnisko

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Wellington
Szlak filmowy
Wellington (Weta)
Share Button

U styku filmu i podróży