Grecja i Kreta: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Grecji. Zweryfikowane ostatnio we wrześniu 2017.

Dojazd: W teorii można samochodem, przynajmniej do części kontynentalnej. Przez lata najpopularniejszym środkiem transportu były autokary, obecnie najwygodniej samolotem. Tanie linie latają do wielu miejsc w Grecji, podobnie jest z czarterami.

Wiza: Strefa Schengen, niepotrzebna.

Baza noclegowa: Rozbudowana. Mają  zarówno typowe ośrodki wypoczynkowe, jak i masę innych miejsc noclegowych o bardzo zróżnicowanym standardzie.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic szczególnego, choć warto zwrócić uwagę na to, że występują tam czasami komary tygrysie przenoszące dengę i gorączkę Zachodniego Nilu. Ryzyko zarażenia się jest niewielkie, ale nie zerowe.

Waluta: Euro (EUR). Choć co pewien czas słychać o możliwości powrotu do drachmy. Sami Grecy jednak się do tego nie palą.

Płatności kartą i bankomaty: Kartą powinniśmy móc zapłacić w większości sklepów, restauracji czy hoteli. Jednak wiele wejściówek czy biletów można kupić jedynie za gotówkę.

Bankomaty powszechne w miastach. Jednak ze względu na potencjalnie niestabilną sytuację gospodarczą, warto mieć zapas gotówki.

Napiwki: Doliczane do rachunku.

Internet: Wifi niby jest, ale w wielu miejscach w Grecji bywa w ogóle problem z siecią telefoniczną czy Internetem. Trzeba brać pod uwagę to, że Grecja jest bardzo różnorodna i różnie rozwinięta. Inaczej jest na Krecie, inaczej na mniejszych wyspach, inaczej w Atenach a jeszcze inaczej gdzieś w górach.

Telefony: Unia Europejska, formalnie roamingu brak, ale trzeba pamiętać, że dzwoniąc na lokalne numery płaci się jak za międzynarodowe. Na wyspach (np. na Krecie) w wielu miejscach nie ma zasięgu.

Język: Grecki, ale osoby pracujące w turystyce (także w restauracjach, czy sklepach) płynnie mówią po angielsku. Poza turystyką może być problem z językami obcymi.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Jest wiele lokalnych linii autobusowych. Na Krecie np. KTEL. Zapewniają one dość wygodne połączenie. Podobnie jest z promami. Minusem tych sieci są najczęściej sztywne godziny połączeń, często dostępne np. raz dziennie. Dotyczy to zwłaszcza połączeń do oddalonych miejsc, do których uczęszczają turyści. W ten sposób niestety tworzy się na miejscu sztuczny tłok. Dla Greków taka sytuacja jest oczywiście wygodna i pod tym względem organizacja jest na bardzo dobrym poziomie.

Gdyby ktoś chciał samodzielnie podróżować, to pozostaje samochód. Np. na Krecie ruch w miarę spokojny, często nawet dość leniwy. Grecy jeżdżą samochodami na spacery poruszając się z prędkością 30-40 km na godzinę, co może powodować korki. Oczywiście nie można takiego zachowania spodziewać się np. w Atenach.

Oznaczenia i drogowskazy: Miejsca oblegane przez turystów dość dobrze oznaczone, także w łacińskiej transkrypcji. Nie zawsze drogowskazy są na same ważne punkty, ale na np. pobliskie hotele, które podkradają nazwę.

Jedzenie wegetariańskie: Chyba najsłynniejsza jest sałatka grecka i ser feta. Ale mają tu tego więcej. Dużo potraw jest opartych na cieście i serze. Trochę to przypomina skrzyżowanie kuchni włoskiej z bardziej wschodnią.

Ludzie: Spokojni, dobrze nastawieni do turystów, ale nie nachalni. Co ważniejsze, obecnie w turystyce naprawdę pracowici.

Bezpieczeństwo:  Stosunkowo bezpiecznie. Wbrew wielu doniesieniom o problemach z imigrantami, Grecy doskonale zdają sobie sprawę jak to wpłynęłoby na turystykę, więc problemy mają pod kontrolą. Np. na Krecie, gdzie niby wg mediów jest wielu imigrantów problem nie był zauważalny.

Klimat: Śródziemnomorski. Najlepszy okres kwiecień – czerwiec (ciepło, ale jeszcze znośnie). Najgorzej jest w sierpniu, raz ze względu na upał, dwa: Grecy mają wtedy wakacje.

Informacja turystyczna i mapy: Dużo tego nie ma, bo zbyt wiele firm żyje z turystyki. Jest masa wycieczek objazdowych, rejsów i innych atrakcji. Najłatwiej więc pytać kogoś na przykład z obsługi hotelu.

Szlak Grecja
Informacje praktyczne
Share Button

Pałac króla Minosa w Knossos i labirynt minotaura

Nieopodal Heraklionu znajduje się jeden z ciekawszych historycznie antycznych pałaców, czyli Knossos (gr. Κνωσός). W dodatku nie chodzi tu tylko o historię starożytnej Grecji, ale również bardziej nowożytną. To miejsce, które zdefiniowało współczesną archeologię. Popełniono tu pewne błędy, ale dzięki nim wiele się nauczyliśmy.

Stanowisko archeologiczne w Knossos

Kompleks pałacowy w Knossos jest jedną z pozostałości po kulturze minojskiej, odkrytej u schyłku XIX wieku, a lepiej poznanej dopiero w XX wieku, w dużej mierze dzięki wykopaliskom sir Arthura Evansa, tyleż słynnego co kontrowersyjnego archeologa. Niektórzy nazywają go prawdziwym Indianą Jonesem i coś w tym jest. Wrócimy do niego.

Knossos

Kultura minojska powstała na Krecie w 5 tysiącleciu p.n.e i rozwijała się do połowy XV wieku p.n.e, kiedy to została wyparta przez kulturę mykeńską. Minojczycy słynęli z ceramiki, miast pozbawionych fortyfikacji i pisma linearnego A. Na jego podstawie kultura mykeńska opracowała pismo linearne B i dzięki temu, że zapisywano nim archaiczny język grecki, udało się je odczytać i zrozumieć. Sens zapisków sporządzonych w piśmie linearnym A pozostaje nieznany. Warto dodać, że wczesne osadnictwo na terenie Knossos datuje się na 7 millenium p.n.e.

Knossos

Fragment ruin pałacu w Knossos został odkryty w 1878 roku, ale z uwagi na ówczesne grabieże osmańskiego rządu, odkrycie to zatajono. Zresztą później Turcy również nie byli zainteresowani badaniami tego miejsca. Interesował się nim za to Heinrich Schliemann, czyli odkrywca Troi. Chciał nawet odkupić ten teren, ale zaproponowano mu zaporową cenę. Choć było go stać, odmówił. Dopiero w 1899 roku archeolog sir Arthur Evans mógł rozpocząć wykopaliska na dużą skalę i z prawdziwego zdarzenia. Historia wykopalisk jest dobrze opisana na tablicach na terenie pałacu, jest też opowiadana szeroko przez przewodników. Tak naprawdę, więcej można się dowiedzieć o tych pracach i samym sir Evansie, niż o kulturze minojskiej i pałacu…

Knossos

Kompleks budynków pałacowych powstawał na przestrzeni 600 lat od 2000 do 1400 r. p.n.e, kiedy to popadł w ruinę i ostatecznie został zburzony. Mimo licznych przebudów i rozbudów, pałac jest zaskakująco spójny i jednorodny. Do dziś zachowały się głównie fundamenty i obrysy ciasno zabudowanych ścian, ale wiadomo, że część budynków była piętrowa. Niewielka część kompleksu jest dostępna dla zwiedzających, ale większość można zobaczyć przynajmniej z góry. W czasach świetności pałac liczył koło 1300 pomieszczeń, mogło tu mieszkać kilkanaście tysięcy osób.

Pozostałości pałacu

To, co uderza na obszarze pałacu, to dość frywolna i niekoniecznie udana rekonstrukcja. Na początku XX wieku renowacje historyczne dopiero raczkowały, ale nawet wtedy praca Evansa spotkała się z krytyką. Przez to ten pałac nie jest dziś wpisany na listę UNESCO, za to jest intrygującym zapisem rozwoju archeologii. Co właściwie zrobił Evans? Po pierwsze warto podkreślić, że był raczej amatorem niż zawodowcem, w dodatku bogatym. Mógł się bawić w archeologię. Stwierdził, że dobrze byłoby pałac udostępnić zwiedzającym. W XIX turystyka zaczynała się rozwijać, ludzie coraz częściej podróżowali i oglądali zabytki. Więc stworzenie historycznego parku to strzał w dziesiątkę. Tyle że same ruiny nie były zbyt atrakcyjne, przynajmniej wówczas, dziś jest trochę większa świadomość, choć niestety nie powszechnie. Trzeba było zatem je odbudować, przynajmniej w pewnej części. I to jest właśnie ten największy problem. Obecnie, przynajmniej na Zachodzie, ustalone są standardy jak odrestaurowywać takie miejsca, jak odróżnić to co jest oryginalne, od tego co dobudowano. Za czasów Evansa jeszcze takie zalecenia i reguły nie istniały. Łatwo zatem się domyśleć, iż zaczęto budować nowe Knossos, tak by przyciągało ludzi, niekoniecznie było zgodne z historią. Trzeba podkreślić, że nie taki był cel. Ekipa Evansa stawiała pewne hipotezy, czasem bardziej na podstawie przeczucia niż źródeł i w ten sposób odbudowywała pałac. Ówczesny stan wiedzy spowodował wiele błędów. Choćby takich, że sam Evans widząc malowidło ustalał, gdzie ono mogło się znajdować, na zasadzie gdzie najlepiej obecnie wygląda. Nie dbano także o to, by dało się odróżnić część dobudowaną, od oryginalnej. Używano materiałów nieznanych starożytnym Grekom, budowlom nadawano inny kształt, jednocześnie starając się  odtworzyć to najlepiej jak się da. Dziś pewnie uznano by to za dewastację, ale wtedy wszystko raczkowało. Niemniej jednak właśnie dzięki tej działalności Knossos wygląda jak wygląda.

Knossos

Ale to także dzięki Evansowi to miejsce funkcjonuje do dziś, pomimo jego subiektywnych decyzji. Jest on także odkrywcą kultury minojskiej. Poświęcił wiele lat na badania archeologiczne tego miejsca, a co ważniejsze jego praca, choć może być dziś oceniana kontrowersyjnie, mocno rozbudowała tak wiedzę, jak i metodologię.

Knossos

Warto jeszcze zwrócić uwagę na rolę Knossos w mitologii greckiej. Przede wszystkim ten o minotarze i labiryncie. Patrząc na pałac Knossos, czy jeszcze lepiej jego makietę w muzeum archeologicznym w Heriaklionie, skojarzenie z labiryntem nasuwa się samo. Oczywiście w zamierzeniu to nie był labirynt, tylko ściany pałacu i korytarze, ale ludzie zrozumieli to inaczej. Dodatkowo u minojczyków bardzo popularny był kult byka i tworzenie malowideł, figurek i innych rzeczy związanych z tym zwierzęciem. W ten sposób narodziła się historia o minotaurze uwięzionym w labiryncie. Minotaur był synem żony króla Minosa Pazyfae oraz byka zesłanego przez Posejdona. Byk miał zostać złożony w ofierze, ale Minos słowa nie dotrzymał. Posejdon okrutnie się zemścił, rzucił urok na Pazyfae i ta zapałała miłością do zwierzęcia. Minotaur był okrutną i krwiożerczą bestią, więc Minos pokonawszy Ateny domagał się by przesyłali mu w ofierze co 9 lat (lub co rok w innej wersji) po siedmiu młodzieńców i siedem panien. Wpuszczano je do labiryntu (zaprojektowanego przez Dedala), a minotaur ich pożerał. Z Aten wysłano więc Tezeusza, by pokonał bestię. Musiał jeszcze wyjść z labiryntu, w czym pomogła mu córka Minosa Ariadna, darując mu nić.

Pozostałości dawnego pałacu

Knossos znajduje się właściwie na przedmieściach Heriaklionu. Można tu bez problemu podjechać samochodem, jest duży parking, jak i autobusami. Linie KTEL nie tylko łączą Knossos z największym miastem Krety, ale da się tu dotrzeć także z innych miejsc, choćby z Chanii. Sam park archeologiczny możemy zwiedzać z przewodnikiem lub samodzielnie. Można też kupić bilet łączony z muzeum archeologicznym w Heriaklionie i to jest bardzo dobry pomysł, gdyż większość starożytnych pozostałości właśnie tam się dziś znajduje.

Knossos

Choć sam pałac w Knossos jest stosunkowo niewielki, należy się liczyć z tłumami odwiedzających, kolejkami i oczekiwaniem przed niektórymi z obiektów. Niemniej jednak jest to jeden z najważniejszych zabytków Krety i zdecydowanie warto poświęcić na niego czas. Przed wizytą warto się też przygotować na to, co można tu zobaczyć. To nie jest rozległy pałac, ale jednocześnie ważne miejsce z punktu widzenia historii odkryć.

Pozostałości po „labiryncie”
Szlak Grecja
Pałac Minosa w Knossos i labirynt minotaura Balos
Share Button

Troja

Przy okazji Malty wspominaliśmy o filmie „Troja” Wolfganga Petersena z 2004, który tam kręcono (a także pewne sceny w Maroko). Dziś zajmiemy się prawdziwą Troją (gr. Τροία, tur. Truva czasem Troya), a dokładniej tym, co po niej zostało. To jedno z najbardziej znanych antycznych, a jednocześnie zaginionych miast. Nawet po tysiącach lat wciąż inspiruje, nie tylko producentów z Hollywood, zatem jest tu coś magicznego. Zresztą nie tylko filmowców, warto wspomnieć choćby o Danie Simmonsie i jego powieści „Ilion”, niby dziejącej się na Marsie, ale jednocześnie będącej rekreacją wojny trojańskiej. Ilion to inna nazwa tego miasta.

Ruiny amfiteatru w Troi

„Iliada” Homera to starogrecki poemat z VII lub VIII wieku przed naszą erą, opowiadający historię upadku Troi, miasta, które przez setki lat obrosło legendą i zaginęło. „Iliada” (i w mniejszym stopniu inne źródła kształtujące mit) opisuje dzieje wojny trojańskiej, oblężenia i zdobycia jej za pomocą podstępu, czyli konia trojańskiego. Duża rolę w tej opowieści odgrywają tak bogowie, jak i greccy herosi, jest też oczywiście miłość, co sprawia, że historia ta jest ponadczasowa. Właśnie dlatego kino w końcu po nią sięgnęło, zresztą nie raz. Ale zanim to zrobiło, „Iliada” i tak była jedną z tych legend, które żyły własnym życiem i były znane w różnej formie. Nawet jeśli ktoś nie czytał, to najogólniej znał przebieg tych zmagań, w szczególności to co najważniejsze, czyli w tym wypadku konia trojańskiego. Przez setki lat zastanawiano się, na ile ta historia w ogóle jest prawdziwa, albo w jakiej części. Nie można było tego zrobić bez odnalezienia legendarnej Troi. Zresztą zanim udało się to dopiero Heinrichowi Schliemannowi, niektórzy uznawali to miejsce za mit. Schliemann określił i odnalazł lokację, w której znajdowała się mityczna Troja. A jak się potem okazało, znajdowało się tu dziewięć miast z różnych okresów. Zatem kolejne Troje upadały, zapominano o nich, a potem albo odbudowywano albo wręcz budowano na nowo. Troja Homerowska to prawdopodobnie szósta lub siódma z kolei. Po niej były co najmniej dwie. Zaś sama historia odkrycia Troi przez Schliemanna  jest wielce interesująca, jeśli ktoś chciałby bardziej zgłębić ten temat, to polecamy książkę C.W. Cerama „Bogowie, groby i uczeni”.

Troja

Miasta tu budowane powstawały zarówno w czasach greckich jak i rzymskich.  Rzymianie nazywali to miasto Illium. Ostatnie założono w czasach Oktawiana Augusta, upadło już w czasach bizantyjskich. Obecnie znajduje się tu stanowisko archeologiczne, oczywiście udostępnione zwiedzającym.

Fragmenty chronione przed słońcem

Troja położona jest na wzgórzu Hisarlık, niedaleko cieśniny Dardanele w azjatyckiej części współczesnej Turcji. Jadąc trzeba kierować się na wieś Tevfikiye. Wpisany w 1998 na listę UNESCO obiekt jest tłumnie odwiedzany przez wiele wycieczek objeżdżających tę część wybrzeża. Będąc w Turcji można spróbować tu dotrzeć samemu lub znaleźć wycieczkę albo do tego miejsca, albo mająca Troję na swojej liście.

Troja

Prawdę mówiąc na samą Troję nie potrzeba wiele czasu. To co pozostało, nie jest tak ekscytujące jak inne tureckie zabytki antyku. Troja jest zwyczajnie mniejsza. To co naprawdę jest ciekawe, to możliwość porównania sobie fragmentów zabudowy pochodzących z różnych okresów historycznych. Tu faktycznie da się dostrzec warstwy. Jednak, to co jest wymowne i intrygujące dla archeologów, raczej nie będzie budzić większego entuzjazmu zwiedzających. Troje nie są najlepiej zachowane, to raczej pozostałości fundamentów zabudowań i bezładnych gruzów.

Troja

Opiekunowie Troi doskonale zdają sobie sprawę, że trudno jej równać się choćby z Efezem. Przygotowano więc jeszcze jedną atrakcję. Drewnianego konia, w którym można się schować. Dla wielu, w szczególności dzieci, może to być największa atrakcja tego miejsca. A już na pewno ta najbardziej wyczekiwana. Troja bez konia wiele traci.

Koń trojański

Troja ma dziś przede wszystkim pewną magiczną aurę mitu, który wokół niej wyrósł. To sprawia, że bez wątpienia jest to miejsce, które warto zobaczyć na własne oczy, ale potem jej czar raczej pryska. Jeśli ktoś chce zobaczyć dobrze zachowane antyczne ruiny Turcji, z pewnością znajdzie ciekawsze, choćby w Efezie.

Koń trojański
Szlak turecki
Troja Pamukkale
Share Button

Florencja, gdzie Robert Langdon spotyka Hannibala Lectera

Florencja (wł. Firenze) to ukochane miasto Hannibala Lectera. Są tu wspaniałe muzea i zabytki, czyli sztuka wysoka w najlepszej formie. To też jeden z ważniejszych ośrodków włoskiego renesansu. Tu tworzyli między innymi Michał Anioł, Leonardo Da Vinci czy Dante Alighieri.

Widok na Florencję, wspominany przez Lectera (z Forte Di Belvedere)

Pierwsze osadnictwo sięga jeszcze czasów Etrusków. Zburzone przez Rzymian, a następnie odbudowane na rozkaz Juliusza Cezara. Największy rozwój przypadł na okres renesansu. Obecnie jest to stolica Toskanii i ważne centrum turystyczne Italii.

Pałac Vecchio w tle

Hannibal Lecter ukochał to miasto jeszcze na kartach powieści Thomasa Harrisa. Przeniesiono to do kina. W „Milczeniu owiec” (1991) Jonathana Demme, doktor Lecter wspomina tylko o miejscu, z którego jest doskonały widok na katedrę i panoramę miasta. Pokazuje też agentce Starling namalowany przez siebie obraz. Tę panoramę najlepiej  oglądać albo z fortu obronnego Forte di Belvedere, albo ogrodów Boboli (wpisanych na listę UNESCO). Ogrody te pojawiły się także w filmie „Inferno” (2016) Rona Howarda (na motywach powieści Dana Browna), ale do tego jeszcze wrócimy. Do fortu wstęp jest darmowy, ale trzeba pobrać bilet.

Kopie dzieł przed pałacem

Lecter jako doktor Fell pracował początkowo w Pałacu Capponi, ale potem dostał posadę w Pałacu Vecchio (Palazzo Vecchio). To dawna siedziba rady miejskiej Florencji, obecnie jest tu muzeum. Zaś na zewnątrz na słynnym Piazza della Signoria wystawiono kilka dzieł sztuki, w tym kopię słynnego Dawida Michała Anioła. Oryginał stał tam przez 369 lat, obecnie znajduje się w muzeum przy Akademii Sztuk Pięknych (swoją drogą inna kopia jest wystawiona w Kopenhadze). Pałac, jak i plac jest bardzo dobrze widoczny w „Hannibalu” (2001) Ridleya Scotta, jak również we wspomnianym „Inferno”.

Nowsza sztuka

Jednym ze zdecydowanie najbardziej charakterystycznych miejsc Florencji jest Ponte Vecchio, czyli słynny zabudowany most. Nie odgrywa on właściwie żadnej istotnej roli w „Hannibalu” czy „Inferno”, ale jednocześnie musi pojawić się na ekranie w tle, przynajmniej na jedno ujęcie, byśmy byli pewni, że filmowcy ukazują prawdziwe miasto. Most ten ma jeszcze jeden bardzo istotny wpływ na pop-kulturę. To zdecydowanie najbardziej znana na świecie, istniejąca konstrukcja tego typu. Właśnie ona najprawdopodobniej zainspirowała George’a R.R. Martina, gdy tworzył Volantis. Zaś jak wiemy, w „Grze o tron” Volantis zostało nakręcone w Kordobie.

Ponte Vecchio

Ponte Vecchio czyli dosłownie Stary Most lub most Złotników powstał w 1335-1345. Wcześniej istniały tu inne mosty. Pierwszy, jeszcze drewniany, pochodził z czasów rzymskich. Od XIII wieku na moście królują sklepy, początkowo z rybami i mięsem, potem rozgościli się tu garbarze, a następnie przejęli wszystko rzemieślnicy, jubilerzy i złotnicy. Dziś prócz biżuterii można też kupić tu rozmaite pamiątki. W 1565 wykonano nadbudowę, która łączyła pałac Vecchio i pałac Pittich korytarzem. Ów korytarz w „Inferno” wykorzystuje Robert Langdon, ale jak to zwykle bywa z Brownem i jego adaptacjami, rzecz się rozchodzi o szczegóły. Korytarz został uszkodzony podczas II wojny światowej. Cofający się Niemcy zniszczyli wszystkie inne mosty we Florencji, Vecchio ocalało tylko dlatego, że nie zdążono zdetonować ładunków, jednak w tej zawierusze połączenie przestało istnieć. W teorii może i dałoby się odbudować przejście między pałacami Pittich i Vecchio, ale na razie nic takiego się nie stało. Jednak jakimś cudem Langdonowi udało się skorzystać ze zniszczonego korytarza, ot licentia poetica.

Przejście przez Ponte Vecchio

Pałac Pittich (Palazzo Pitti) to obecnie największy kompleks muzealny we Florencji. Znajdują się tu zarówno dzieła sztuki współczesnej, jak i klasyków. Nam szczególnie do gustu przypadło malowanie ścian i sufitów udające rzeźbienia, wspaniale wykonane freski iluzjonistyczne, czyli tak zwane grisaille. Natomiast w pałacu Pittich pojawia się oczywiście Robert Langdon, wchodzi tu przez wspomniany ogród Boboli, a następnie przez most Vecchio przechodzi do pałacu.

Pałac Pittich

Kolejnym ważnym punktem na mapie Florencji jest katedra Matki Boskiej Kwietnej (Duomo Santa Maria del Fiore), ze swoją wspaniałą fasadą, wieżą i bardzo charakterystycznym sklepieniem, czasem nazywanym mianem kopuły, choć w sprawie tej definicji istnieją pewne wątpliwości w literaturze. W każdym razie od niej właściwie odmierza się początek renesansu w architekturze. To widok, który tak bardzo utkwił Hannibalowi w pamięci, że malował go będąc w więzieniu. Trzeba przyznać, że sama katedra robi bardzo duże wrażenie z zewnątrz, w środku natomiast pozostawia pewien niedosyt. Zarówno na wieżę, jak i kopułę można wejść. Obok znajduje się także muzeum, w którym znajdziemy wiele oryginalnych dzieł sztuki, obecnie zastąpionych kopiami.

Katedra

Przy katedrze znajduje się też baptysterium. Jest ono imponujące nie tylko na zewnątrz, ale i w środku. Nic dziwnego, że to właśnie tu wszedł Langdon, a nie do samej katedry. Samą katedrę zaczęto budować jeszcze w 1294 roku. Ostatecznie ukończono ją po prawie 600 latach. Ostateczny projekt fasady zaakceptowano dopiero w 1871 roku.

Widok na kopułę katedry

Z kościołów odwiedzonych i studiowanych przez Lectera warto wymienić też bazylikę mniejszą Santa Croce. Pracę nad nią rozpoczęto jeszcze w 1294 roku, konsekracja nastąpiła w roku 1443. Na szczególną uwagę, nie tylko Hannibala, zasługują tu kaplice przylegające do naw. To właśnie tutaj także odbywa się koncert.

Wnętrze baptysterium

W filmowym „Hannibalu” bardzo charakterystyczna i łatwa do rozpoznania jest też fontanna Porcellino przedstawiająca dzika. Film niestety jej nie pomógł, choć rozsławił. Obecnie jest zawalona straganami i dość ciężko do niej dotrzeć.

Kopuła baptysterium

Początkową scenę z „Inferno” na wieży nagrywano po części w Badia Fiorentina. Choć oczywiście jest to mocno wspomagane przez komputerowe efekty.

Bazylika mniejsza Santa Croce

Warto też wspomnieć o serialu „Hannibal”. Tam także znalazło się kilka scen mających uwiarygodnić akcję we Florencji. Są tam zarówno wspomniane już miejsca, jak i kilka innych. Choćby plac Della Republica, galeria Uffizi, czy most Trójcy Świętej (Ponte Stanta Trinita), a także plac przed bazyliką Santa Maria Novella, znajduje się on blisko głównej stacji kolejowej. Tam też znajduje się apteka, z której z kolei skorzystał filmowy Lecter.

Porcellino

Mapka miasta jest rozdawana za darmo w punkcie informacyjnym naprzeciwko dworca. Trzeba wziąć numerek i poczekać w kolejce. Mapy te są reglamentowane i wydawane w ograniczonej ilości. Na samym mieście również znajdują się mapy i tablice informacyjne, jednak tam orientacja nie jest ustawiona wg linii północ-południe, co z jednej strony lepiej wskazuje kierunek, z drugiej niestety utrudnia orientację.

Bazylika Santa Maria Novella

Trzeba pamiętać, że bogactwo Florencji przede wszystkim znajduje się w muzeach. To właśnie w nich można spędzić kilka dni, obcując z wielkimi twórcami włoskiego renesansu i nie tylko. A na zewnątrz największe tłumy są przy katedrze i moście, zasłużenie.

Okolice filmowego mieszkania Haniballa Lectera
Szlak włoski
Florencja Piza
Szlak filmowy
Florencja, czyli Langdon spotyka Lectera
Park Narodowy Fiordland (Władca, Obcy i nie tylko)
Share Button

Przylądek Roca

Najdalej wysuniętym na zachód krańcem kontynentalnej Europy jest przylądek Roca (port. Cabo da Roca) w Portugalii, który znajduje się na terenie Parku Narodowego Sintra-Cascais. Skalisty brzeg ma wysokość do prawie 140 metrów. To wyjątkowo spokojne i malownicze miejsce. Słynny portugalski poeta Luís Vaz de Camões opisał je słowami: „Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”. Wyrwany z kontekstu fragment może nie powala, ale jednocześnie dość dobrze oddaję istotę tego miejsca. Pewnie dlatego, jest tak często cytowany, nawet na materiałach promujących to miejsce.

Krzyż na przylądku
Latarnia morska

Poza oczywiście samym faktem, że to koniec kontynentalnej Europy, jest to przy odpowiedniej pogodzie, miejsce idealne na spokojny spacer. Można cieszyć się oceanem i klifami. Okolica jest porośnięta głównie przez sukulent Carpobrotus edulis, rdzennie pochodzący z Afryki Południowej.

Widok na ocean

W okolicy przylądka znajdują się trzy rzeczy. Pierwsza najbardziej widoczna to latarnia morska. Druga to monument z krzyżem. Na nim znajduje się fragment poematu Camoesa. Co ciekawe w bardzo wielu miejscach w sieci krzyż jest „usunięty”. Pokazywane są tylko fragmenty dolne monumentu. Trzecia rzecz, to kamień z napisem „koniec Europy”, znajduje się trochę dalej od monumentu i można go nie zauważyć.

Wybrzeże

Przy głównej części przylądka znajdują się barierki nad klifami. Ale jak się odejdzie dalej, to można samemu podejść do krawędzi, a nawet spróbować sobie zejść. Na to oczywiście trzeba sobie zaplanować trochę więcej czasu. Samo zachwycanie się tym dość pięknym miejscem raczej nie zajmuje długo. Godzina z pewnością wystarczy. Prawda jest taka, że jeśli ktoś chciałby to tylko zaliczyć i cyknąć sobie fotkę na krańcu Europy, bez problemu zrobi to w piętnaście minut. Gorzej oczywiście ze zdjęciem monumentu, bo wokół niego nieustannie kręcą się jacyś turyści.

Przylądek Roca

Do przylądka można dojechać oczywiście samochodem, ale kursują tu też autobusy lokalne z Sintry i Cascais. Dokładnie linia 403. Do Sintry i Cascais można dojechać z Lizbony pociągiem w ramach biletów na metro i koleje lokalne. Bilety autobusowy w Sintrze można kupić na przykład całodniowy. To bilet typu hop on hop off i działa także na linie dowożące do pałaców. Ewentualnie można skorzystać z taksówek, tuktuków czy innych form bardziej indywidualnego transportu.

Trasa spacerowa
Szlak portugalski
Przylądek Roca Sintra
Share Button

Gruzja: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Gruzja. Zweryfikowane w sierpniu 2017.

Dojazd: LOT lata do Tbilisi, Wizzair do Kutaisi, to chyba najlepsze połączenia. Można szukać też innych linii z przesiadkami. Dotarcie w inny sposób raczej wymaga więcej czasu.

Wiza: Formalnie nie jest to kraj strefy Schengen, ani Unii Europejskiej, ale bardzo chciałby być. By podkreślić swoją europejskość, Gruzini nie wymagają od członków UE paszportów, wystarczy dowód osobisty. Jednak zwłaszcza jakbyśmy chcieli z Gruzji jechać do Azerbejdżanu czy Armenii, to paszport będzie konieczny.

Baza noclegowa: Rozbudowana ze względu na dużą liczbę pensjonatów. To chyba najlepsze, co można wybrać do spania w Gruzji. Właściciele bardzo często są zaangażowani w przyjmowanie gości, gościnność jest cechą Gruzinów. Czasem potrafią zorganizować dodatkowe atrakcje, jak np. degustację domowego wina (istnieją pensjonaty połączone z winiarniami), czy jakiś innych przysmaków. Można ich szukać na Booking.com.

Szczepienia wymagane: Wymaganych brak. Zalecane WZA, WZB itp.

Choroby: WZA – „choroba brudnych rąk”, więc raczej nic specjalnego. Wodę z kranu i miejskich źródeł można bezpiecznie pić.

Waluta: Lari (GEL).

Płatności kartą i bankomaty: Bankomaty dostępne w większych miastach. Płatności kartą, bywają, choćby na większych stacjach benzynowych. Jednak nie jest to standard, należy mieć ze sobą pieniądze.

Napiwki: 10 % doliczane do rachunku.

Internet: W zależności od lokalu, hotelu różnie. Czasem jest wifi, a czasem nie, albo w ogóle nie działa. Dość łatwo i tanio jest kupić kartę SIM, która ma np. 2 GB LTE do wykorzystania przez 2 tygodnie. Da się to zrobić choćby na lotnisku. Pozwala to w łatwy sposób uniezależnić się od Wifi.

Telefony: Roaming dość drogi, kraj poza Unią.

Język: Gruziński, powszechnie znany jest też rosyjski (choć niekoniecznie przez najmłodsze pokolenie). Z angielskim bywa różnie. Powoli staje się popularniejszy, ale potrzeba na to jeszcze wielu lat.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Koleje, czy autobusy średnio rozwinięte. Najłatwiej podróżować marszrutkami, których jest tu mnóstwo i stanowią podstawowy środek transportu, tak w miastach, jak i poza nimi. Jazda samochodem także możliwa, w Tbilisi bardziej wymagająca, ale w pozostałych częściach kraju jest łatwiej. Choć dziko jak na europejskie standardy, ale nie tak strasznie jak np. w krajach arabskich. Policji dużo, ale najczęściej łapią Rosjan. Na trasie podstawowy problem to zwierzęta na drodze.

Oznaczenia i drogowskazy: Na drogach prawie zawsze oznaczenia mają transliterację łacińską. Samo oznakowanie średnie. Nie raz nie ma informacji, gdzie skręca szlak na rozdrożu. Lepiej jest w okolicach Mestii, gdzie faktycznie dość mocno starają się rozwijać turystykę.

Jedzenie wegetariańskie: Kuchnia gruzińska jest dość tłusta, oparta tak na mięsie jak i na serach, pełna potraw mącznych, więc można sobie coś wybrać. Z lokalnych rzeczy bez problemu można znaleźć placki – chaczapuri, także w wersji wegetariańskiej, czy gruzińskie pierożki – chinkali. Te najczęściej są z mięsem, ale bywają też np. z ziemniakami czy serem. Są także dania z czerwonej fasoli. To także kraina win, czasem można się załapać na wine tour lub degustację z przydomowych winnic.

Ludzie: O Gruzinach mówi się bardzo wiele dobrego. Przede wszystkim lubią Polaków i to widać. Są też bardzo gościnni i pomocni. Niektórzy piszą o zapraszaniu na uczty i częstowaniu alkoholem. Zdarzają się takie sytuacje, ale w normalnym życiu aż tak dobrze nie jest. Choć częstowanie alkoholem nam się przydarzyło, ale to był pojedynczy przypadek. Przede wszystkim jednak Gruzini są bardzo pomocni, nawet jeśli nie znają języka (z angielskim jest słabo), to starają się jakoś dogadać i pomóc.

Bezpieczeństwo: Pomijając przejścia dla pieszych, najbardziej niebezpieczne są góry, gdzie zarówno można czasem natknąć się na żmije, czy pół dzikie psy, jak i zrobić sobie coś na szlaku. Niestety ratownictwo górskie jest słabo rozwinięte, więc lepiej przy cięższych podejściach mieć trochę większą grupę. Zaś w niektórych rejonach Gruzji psy pasterskie są dość niebezpieczne, więc jeśli widzimy stado owiec, kóz czy nawet krów, lepiej je omijać szerokim łukiem. Może się zdarzyć tak, że zaatakują nas psy, zanim zauważy to pasterz. W miastach również chodzą pół dzikie psy, ale te zazwyczaj niebezpieczne nie są i zwyczajnie żebrzą.

Klimat: Zróżnicowany ze względu na urozmaiconą rzeźbę terenu: mamy tu zarówno wysokie góry, morskie wybrzeże, jak i wyżyny; raczej podzwrotnikowy z mocno odczuwalną piętrowością klimatyczną.

Informacja turystyczna i mapy: Choć Gruzja jest turystyczna, to jednak kwestie informacyjne muszą być tam jeszcze rozbudowane. Najlepiej wygląda to w okolicach Mestii, gdzie faktycznie stawia się na rozwój turystyki. W większych miastach (jak np. Tbilisi) można bez problemu kupić wiele wycieczek od małych firm, czy osób prywatnych. Wszystko zorganizują. O Gruzji jest też mnóstwo literatury, a także cały portal poświęcony Kaukazowi – Kaukaz.pl.

Ciekawe? Jeśli tak, przejrzyj szlak gruziński.

Szlak gruziński
Informacje praktyczne
Share Button

Skalne miasto Wardzia

Jedną z bardziej charakterystycznych atrakcji Gruzji jest skalne miasto Wardzia (ang. Vardzia, gruz. ვარძია). Obecnie w dużej części są to wydrążone jaskinie, do zwiedzania jest ponad 250 komnat na trzynastu poziomach. W czasach najlepszej świetności komnat było przeszło 3 tysiące, a poziomów aż 19. Mogło tu mieszkać nawet 60 tysięcy osób.

Wardzia

Początki Wardzi sięgają czasów króla Jerzego III. W XII wieku zaczął budować tu fortecę, a przy okazji drążyć w skale tufowej. Miasto zlokalizowane nad brzegiem rzeki Kury (Mtkwari) wewnątrz masywu Wyżyny Eruszeckiej ukończyła słynna królowa Tamara. Zresztą według legendy, to od niej pochodzi nazwa tego miejsca. Gdy jeszcze jako kilkuletnia dziewczynka zgubiła się na budowie, a ówczesny król i jej wuj, szukał jej, młoda Tamara krzyknęła: „War dzia”, co oznacza „Jestem, wujku”.

Widok z dołu

To właśnie królowa Tamara (lub Tamar w innych tłumaczeniach), założyła tu klasztor. Mieszkało tu prawie 2000 mnichów. Niestety w 1283 roku miasto zostało mocno zniszczone przez trzęsienie ziemi. Zawaliło się 2/3 miasta. Wtedy funkcjonował tu tylko klasztor. Ostatecznie padło w 1551 roku, gdy Gruzję najechali Persowie. Następnie przez lata zapomniano o tym miejscu. Dawne mury zostały zniszczone, a duża część skał zapadła się. Gdyby nie głęboko wydrążone komnaty, niewiele by zostało do zobaczenia. Ogrom Wardzi wciąż jednak jest zauważalny. Na jej zwiedzenie potrzeba co najmniej kilku godzin.

Wardzia

Od 1985 roku, gdy ustanowiono tutaj rezerwat-muzeum z klasztorem. To miejsce odżyło wraz z uzyskaniem przez Gruzję niepodległości. Początkowo zamieszkała tu grupa mnichów, a potem otwarto je dla zwiedzających. W środku działa już cerkiew, choć podczas naszej wizyty wciąż była remontowana (odnawiane są freski).  Sami mnisi zajęli sobie niewielką część, reszta jest dostępna dla turystów. Próbowano też zabezpieczyć i remontować to miejsce, acz w pewien sposób w nie ingerując. Zwiedzanie jest dość bezpieczne dzięki szeregowi barierek, schodków czy drabinek, a czasem też betonowych wylewek, choć nie widać ich zbyt dużo. Całość została dostosowana do potrzeb turystycznych. Cerkiew jest miejscem świętym, dlatego warto pamiętać o odpowiednim stroju. Dodatkowo cała Wardzia znajduje się na wstępnej liście UNESCO.

Poszczególne ścieżki się rozgałęziają, trudno obejść wszystko

Wardzia jest bardzo różnorodna. Część komnat jest dość spora, ale w wielu miejscach trzeba przeciskać się przez wąskie tunele. Dlatego nie można tu wchodzić z dużymi plecakami, te należy zostawić przy kasach (bądź w samochodzie, jeśli nim się przyjechało). Ale poza komnatami i tunelami jest też wiele tarasów i przejść. Zaś z daleka skalne miasto przypomina trochę gigantyczne mrowisko bądź termitierę.

Wardzia

Komnaty także są dość różnorodne. W niektórych znajdziemy freski bądź inne zdobienia. W okolicy jest też mnóstwo jaskółek. Niektóre z ich gniazd można zobaczyć z bliska.

Wnętrza cerkwi

Do Wardzi najłatwiej dojechać marszrutką z Achalcyche, ewentualnie taksówką. No i oczywiście samochodem. Parking jest dość duży, darmowy. Przy nim zlokalizowana jest restauracja.

Cerkiew z zewnątrz

Wardzia na tle innych skalnych miast prezentuje się dobrze. Jest tu dość dużo do zobaczenia, warto na nią poświęcić czas.

Wardzia

Ciekawe? Jeśli tak, przejrzyj szlak gruziński.

Szlak gruziński
Skalne miasto Wardzia
Share Button

Longmen, czyli Groty Dziesięciu Tysięcy Buddów

W roku 2000 na listę światowego dziedzictwa UNESCO wpisano chińskie Groty Dziesięciu Tysięcy Buddów i Jaskinie Smoczych Wrót (chiń. upr. 龙门石窟). Nazwa mówiąca o dziesięciu tysiącach jest oczywiście myląca, bo Buddów jest znacznie więcej . Wynika z mnóstwa małych i dużych wyrzeźbionych w skale posągów. Wydawało się, ze trudno je zliczyć, początkowo uznano, że 10 tysięcy to dobry szacunek. Weryfikacji udało się dokonać po raz pierwszy w latach 1915-1916, wówczas naliczono przeszło 97 tysięcy figur Buddy. Jak się okazało popełniono błędy. Późniejsze ponowne, ale też dokładniejsze liczenie wykazało, że jest ich 142289. To dość imponująca liczba.

Groty Longmen

Posągi mają różną wielkość. Kilka jest potężnych, mierzą nawet do 17 m wysokości, ale wiele z nich jest naprawdę bardzo małych, wielkości paznokcia (jakieś 2,5 cm). Wykuto je w 2345 jaskiniach, większość z nich to płaskorzeźby. Dodatkowo w okolicy znajduje się przeszło 2,5 tysiąca stell i inskrypcji. Kiedyś istniało tu także wiele pagód. Wapienne skały i jaskinie, w których wykuto rzeźby ciągną się wzdłuż rzeki Yi He, sprawiając, że okolica wygląda bardzo interesująco.

Małe rzeźby

Rzeźby zaczęły powstawać w jaskiniach Longmen około roku 494, wraz z przeniesieniem przez cesarza Xiaowena stolicy do Luoyang (odległe około 12 kilometrów). Podobizny Buddów miały najczęściej znaczenie wotywne, ich wielkość miała związek chociażby z zamożnością składającego wota. W każdym razie ilość płaskorzeźb się powiększała, a proces ten trwał do IX wieku.

Wiele małych rzeźb

Groty te najłatwiej porównać ze skalnymi miastami. Choć oczywiście nie jest to ani fenomen naturalny, ani miejsce, gdzie mieszkali ludzie. Jednak zwłaszcza z daleka, groty w których rzeźbiono figurki wyglądają jak miasto wykute w skale.

Skały i kolejne rzeźby

Obecnie najlepiej jest tu dojechać bezpośrednio z Louayangu. Spod dworca kolejowego kursuje bezpośrednia linia autobusowa – 81. Można też próbować dojechać samochodem czy taksówką, ew. znaleźć inną wycieczkę.

Groty i rzeźby

Przy tak wielkiej ilości rzeźb właściwie nie da się obejrzeć dokładnie wszystkich. Jednak jest to wielce interesujące miejsce, warte zobaczenia, lub raczej skosztowania.

Wielkie rzeźby
Inne mistyczne miejsca znajdziesz na szlaku religijnym
Longmen, czyli Groty Dziesięciu Tysięcy Buddów
?
Więcej na szlak chińskim
Longmen, czyli Groty Dziesięciu Tysięcy Buddów ?
Share Button

Zaanse Schans, czyli skansen z wiatrakami

Jest kilka rzeczy, które kojarzą się mocno z Holandią. Są to oczywiście tulipany, malarstwo, chodaki, kanały, ale także wiatraki, czyli taki niderlandzki miszmasz. Nie wszystko da się oczywiście zobaczyć w jednym miejscu, ale jest kilka interesujących lokacji, które warto zahaczyć. Jedno z nich to Zaanse Schans, czyli położony nieopodal Amsterdamu skansen wiatrakowy. To idealne miejsce na wycieczkę z miasta na mniej więcej pół dnia.

Zaanse Schans z oddali

W obecnym Zaanse Schans wiatraki zaczęto stawiać na początku XVII wieku, początkowo w celu osuszenia okolicznego terenu pod uprawy. Później zaczęto wykorzystywać te wiatraki jako młyny, tartaki i inne podobne. Dziś zostało ich tu kilka. Znajdują się tuż nad wodą, więc w pogodny, zwłaszcza wiosenny dzień to bardzo piękny widok, a co ważniejsze wiele z nich jest nie tylko czynna i działająca, ale otwarta dla zwiedzających.

Stare budynki w skansenie

Faktem jest, że to obecne działanie ma bardziej charakter edukacyjny i rekreacyjny, a nie przemysłowy. Ale o to właśnie chodzi. Zwłaszcza, że spacerując między kolejnymi wiatrakami i wchodząc do środka mamy okazję obserwować wiele różnych funkcji. Jeden z nich jest wyposażony w maszynerię tartakową. Da się zobaczyć, jak deski powoli zsuwają się pod piły, zaś te pracują same w zmiennym tempie, zależnym od wiatru.

Wiatrak

Inny wiatrak z kolei służył do mielenia, a potem mieszania farb. Przygotowano proszek, który nadawał im barwę. Nie wszystko oczywiście działa tak jak kiedyś, więc czasem pojawiają się tu pomoce filmowe, które tłumaczą działanie. W wiatrakach też zgromadzono wiele eksponatów pochodzących z epoki, w końcu to skansen.

Wiatraki

Nie mogło też zabraknąć miejsca, w którym produkowana jest czekolada. Żarna wiatraków mieliły ziarna kakaowca. Można zobaczyć też formy, w których zastyga słodycz. No i jeszcze można się napić (kupić) kakao. To ostatnie jest tu szczególnie popularne i dostępne w większości wiatraków.

Czekolada

Przede wszystkim jednak, te wiatraki wciąż pracują. Obserwując je z różnych poziomów, wchodząc do nich, lub przyglądając się z pewnej odległości, doskonale widać jak wiatr wpływa na ich pracę. To bardzo pouczające doświadczenie.

Wiatraki

Zaanse Schans to jednak nie tylko wiatraki. W skansenie znajduje się jeszcze kilka innych budynków, chyba jeszcze mocniej obleganych przez turystów. Można kupić tu choćby ser, zobaczyć zwierzęta. Znajduje się tu także muzeum.

Mielenie ziarn. farb itp.

Sam spacer po Zaanse Schans jest darmowy. Nie ma żadnych biletów, to zwyczajnie teren spacerowy. Za wstęp do wiatraków trzeba płacić, za każdym razem z osobna. Najczęściej bilet kosztuje około 2 Euro. Powoduje to niestety, że cena takiej wycieczki rośnie dość szybko. Szczęśliwie można je także zwiedzać w ramach karty miejskiej czyli np. I AmSterdam. Wejście do każdego jest wliczone w kartę.

Holenderskie wiatraki

Dojazd z Amsterdamu jest możliwy na kilka sposobów. Oczywiście można kupić sobie wycieczki, których jest tu mnóstwo. Parking i przystanek znajduje się blisko muzeum, przy części skansenu ze zwierzętami, ale bez wiatraków. A że są tam jeszcze miejsca do siedzenia, to właśnie powoduje, iż przebywa tu tak sporo ludzi. Z Amsterdamu można tu także dojechać autobusem numer 391. Staje on tuż obok dworca kolejowego, ale uwaga: ta linia nie jest objęta darmowym transportem w ramach wspomnianej karty I AmSterdam.

Zaanse Schans

W teorii trochę ciut szybszy, ale trochę droższy dojazd jest możliwy koleją. Jedzie się wtedy na stację Zaanse Schans lub Koog-Zaandijk z Amsterdam Centraal. W każdym razie podczas naszej wizyty, trasa kolejowa była remontowana, więc musieliśmy przejechać i przesiąść się w Zaandam. Co oczywiście wydłużyło czas. Dużym plusem przyjazdu pociągiem jest dojście do Zaanse Schans z dworca. Mija się po drodze fabrykę czekolady, a jej zapach zaś unosi się w powietrzu, to bardzo intrygujące i klimatyczne przeżycie.

Poldery

Zaanse Schans to jedna z najbardziej malowniczych i charakterystycznych atrakcji Holandii. Miejsce, do którego przy dobrej pogodzie trzeba się wybrać, by przespacerować się pośród słynnych, niderlandzkich wiatraków.

Skansen
Chodaki w skansenie

Jeśli Cię to zainteresowało, zobacz inne wpisy o Holandii.

Szlak holenderski
Zaanse Schans Keukenhof, ogród tulipanów
Share Button

Tanzania: Podsumowanie

Dzika Afryka, w szczególności sawanna od wielu lat była miejscem do którego chcieliśmy dotrzeć. Zwłaszcza Serengeti, ale nie tylko. Początkowo myśleliśmy nad różnymi rozwiązaniami, ale rozważaliśmy przede wszystkim wyjazd do Kenii. W grę wchodziło nawet nasze polskie biuro, ale bardziej preferowane jedno z mniejszych, które szyje raczej wycieczki na miarę. Trochę baliśmy sami się organizować wyjazdu do Afryki. Pojawiały się różne trudności po drodze, w tym także cena. Z roku na rok Kenia była przekładana na lepsze czasy. W dodatku sprawa z zamachami nie rokowała zbyt dobrze (choć powiedzmy sobie szczerze, dotyczy to północy kraju, nie południa, zresztą kto by dziś o tym w ogóle pamiętał). Nikt nie wiedział wówczas, w którym kierunku to pójdzie. W tym momencie pojawiła się pewna alternatywa, czyli Tanzania, i tak już zostało. Nie dość, że Serengeti właściwie w większości znajduje się właśnie tam, to jeszcze jest kilka innych wspaniałych miejsc, jak Ngorongoro, Zanzibar, a także jezioro Malawi (Niasa). Decyzja zapadła, a ponieważ od pomysłu do realizacji minęło kilka lat, bogatsi o doświadczenia zdecydowaliśmy się tylko na pomoc lokalnego biura przy realizacji samego safari. A tak właściwie to nawet dwóch biur.

Zachód słońca w Mikumi

Dzień 1: Przylot

Do Dar Es Salaam polecieliśmy Turkishem z Pragi przez Istambuł. Wylądowaliśmy tam koło trzeciej w nocy i od razu mieliśmy do czynienia z przedziwnym, niesamowitym organizacyjnie lotniskiem. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że panuje tu bałagan i prowizorka, ale w gruncie rzeczy to się sprawdzało. Wiza, odebranie bagaży, a potem próba wypłacenia pieniędzy z bankomatu, by nie płacić dolarami zbytnio. Bankomatów było kilka, ale dział jeden. Na samym lotnisku chyba najbardziej w pamięć zapada pani rozdająca paszporty z pieczątkami. Wyglądało to bardzo szkolnie, ale polskich nazwisk nawet nie próbowała czytać. Dalej już łatwiej taksówką do hotelu. W budynku nawet na piątym piętrze były kraty w oknach, a przed wejściem stał ochroniarz z karabinem. Cóż Dar Es Salaam raczej wygląda niepokojąco.

Lobo w Serengeti

Już rano po śniadaniu wróciliśmy na lotnisko by polecieć linią PrecisionAir do Arushy. Tam nas odebrali przedstawiciele organizatora safari. Lotnisko w Arushy wygląda przecudownie, jest jak z wyobrażeń o Afryce, włącznie z rozdawaniem bagaży jak na targu i wyciąganiem ich ręcznie (przez obsługę) z samolotu. Po załatwieniu formalności i krótkim spacerze odwieziono nas do hotelu, gdzie mogliśmy spokojnie odpocząć po podróży. Przydało się.

Słonie w Tarangire

Dzień 2: Tarangire

Po śniadaniu zaczęliśmy właściwą przygodę. Pierwsze safari. Zapoznaliśmy się z naszym przewodnikiem i kucharzem. Kucharza zostawiliśmy w ośrodku w którym mieliśmy nocować tej nocy. Tym razem czekała nas już noc pod namiotami, ale na to się pisaliśmy. Z przewodnikiem zaś pojechaliśmy zwiedzać nasz pierwszy afrykański park narodowy, czyli Tarangire. Park pełen słoni i innych zwierząt, niesamowite przeżycie na początek. Pod wieczór powrót do ośrodka, ochłonięcie z wrażeń i spanie. Ognisk nie ma, więc właściwie można kłaść się wcześniej, by rano wcześniej wstać.

Ngorongoro

Dzień 3: Ngorongoro

Po śniadaniu spakowaliśmy wszystko. No dobra, większość zrobili przewodnik z kucharzem i pojechaliśmy do Ngorongoro. Już po wjeździe na teren obszaru chronionego przejeżdżaliśmy przez las mglisty. Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym. Znów wyrzuciliśmy kucharza z rzeczami, sami zaś zjechaliśmy do krateru. Pierwsze z wielkich, ważnych miejsc w Afryce. Potem powrót na camping pod wieczór. Tu akurat nocowało bardzo wiele osób, było dość tłoczno. ze względu na wysokość także zimno, ale bardziej przewodnikowi i kucharzowi, niż nam. Do wielkiej piątki brakuje nam już tylko lamparta i nosorożca.

Dzień 4: Serengeti

Z Ngorongoro pojechaliśmy do chyba najważniejszego miejsca na północy Tanzanii, czyli Serengeti. Po drodze zahaczyliśmy klasyczną wioskę Masajów. Ci za 50 USD oczywiście zatańczą i pokażą wszystko, w pewien sposób urocze, w pewien przerażające. W Parku już oczywiście standardowo odwieźliśmy kucharza do obozu, sami zaś zwiedzaliśmy w tym czasie ten zdecydowanie najbardziej znany park narodowy. Faktycznie jest tu zdecydowanie więcej ludzi niż w Tarangire, ale warto było to zobaczyć. No i bardzo ciekawa atrakcja, noc w pod namiotami w Serengeti. Zwłaszcza, gdy pod obóz podchodzą lwy. Dopiero rano to sobie uzmysłowiliśmy.

Brama do Serengeti

Dzień 5: Serengeti-Lobo

Właściwie to nie wyjeżdżaliśmy z parku. Zwiedzanie było podzielone na dwie części. Do południa dalej jeździliśmy z przewodnikiem i szukaliśmy zwierząt, po lunchu zaś udaliśmy się na północ do Lobo. Tam też nocowaliśmy. To dalej Serengeti, ale już bardziej górzyste i inaczej porośnięte. Znów jednak mieliśmy tę samą atrakcję spania pod namiotami w Parku. Tym razem w obozie grasowały małpy, a przy ubikacjach w nocy hieny. Zaś z piątki zostało nam już tylko znalezienie nosorożca. Niestety dalej raczej szanse zerowe.

Dzień 6: Serengeti – Natron

W Serengeti mieliśmy wykupione 48 godzin. To dużo, ale trzeba było wyjechać. Rano jeszcze trochę mogliśmy popatrzeć na park, potem ruszyliśmy w kierunku jeziora Natron. Po drodze zwiedziliśmy współczesną wioskę Masajów, zupełnie inne klimaty niż w tradycyjnej. Tym razem spaliśmy w kempingu prowadzonym przez Masajów, oni zaś zaprowadzili nas do kanionu. Na wyprawę nad jezioro było jednak za gorąco.

Flamingi nad jeziorem Natron

Dzień 7: Natron

Wcześnie z rana wybraliśmy się nad jezioro Natron, zanim się powietrze nagrzało. Kolejne ciekawe przeżycie. O tym jeziorze narosło wiele mitów, dlatego chcieliśmy je zobaczyć. Przeżyliśmy. Tak zabójcze to ono nie jest. Potem musieliśmy wyjechać z terenów Masajów i nocowaliśmy niedaleko Arushy.

Małpy w PN Jezioro Manyara

Dzień 8: Jezioro Manyara

Ostatni dzień naszego safari to jezioro Manyara. Mogliśmy jeszcze raz zobaczyć, trochę inny park narodowy, wciąż jednak to ta sama wspaniała Afryka. Potem odstawiono nas na lotnisko i PrecisionAir wróciliśmy do Dar Es Salaam. Nocowaliśmy w ośrodku, jak się okazało, prowadzonym przez Armię Zbawienia. W każdym razie wart polecenia, zwłaszcza gdy szuka się noclegu na ostatnią chwilę. Mają zapas i można przyjechać bez rezerwacji (Mgulani). Zaś my mogliśmy w końcu wyspać się w łóżku, nie w namiocie.

Słonie pijące wodę w Mikumi

Dzień 9: Mikumi

Rankiem przyjechał po nas kolejny uzgodniony wcześniej przewodnik. Zabrał nas, już bez kucharza, do parku narodowego Mikumi. To było krótsze, bo tylko ograniczone do jednego parku, safari, droższe w przeliczeniu na dzień, ale też na innych warunkach. Znów spaliśmy w parku narodowym, ale tym razem już w domkach, z łóżkiem i normalną łazienką, zaś jedzenie przygotował nie nasz kucharz, a zwykła obsługa. Zarówno przewodnik jak i właściciel biura bardzo nam pomogli w organizacji dalszej części wojaży. Przede wszystkim dlatego, że firmy transportowe niekoniecznie muszą mieć strony internetowe. Natknęliśmy się na „martwe”. Pomogli nam sprawdzić rozkład i zaplanować przejazd. Wracając jednak do Mikumi, to niestety był nasz ostatni park narodowy. Też piękny, inny, a jeszcze jeździliśmy samochodem tak o zachodzie jak i wschodzie słońca. To niezapomniane przeżycia, zwłaszcza gdy widzimy jak zwierzęta się budzą, czy hipopotamy wracają do wody.

Dzień 10: Mikumi – Kyela

Rankiem kończyliśmy Mikumi, właśnie wtedy załapaliśmy się na poranek w parku, jeszcze przed śniadaniem. Potem zabraliśmy swoje rzeczy i jeszcze ostatni przejazd po parku, a następnie przewodnik odwiózł nas na autobus do Kyeli. Organizacyjnie zakupili nam wcześniej bilety i dogadali się z kierowcą, że złapią nas przy parku narodowym. Dalej już właściwie musieliśmy radzić sobie sami. Przejazd do Kyeli lokalnym autobusem to niesamowite przeżycie, które zajęło nam cały dzień (choć niekoniecznie chcemy je w przyszłości powtarzać). W Kyeli również mieliśmy już załatwiony nocleg, a co najważniejsze przewodnika, który nas dowiózł do hotelu. To był zdecydowanie najlepszy nocleg w całej naszej wojaży. Nowy ośrodek o wysokim standardzie, no i przystępnych cenach, bo to kurort dla Tanzańczyków, a nie białych. Zresztą jako biali byliśmy tam atrakcją. Przynajmniej na początku, włącznie ze zdjęciami.

Jezioro Malawi

Dzień 11: Jezioro Malawi

Kolejny dzień mieliśmy na cieszenie się jeziorem Niasa (Malawi). Trzeba było tylko dopiąć sprawy związane z powrotem do Dar Es Salaam. Nocleg dalej w tym samym miejscu.

Dzień 12: Kyela – Dar Es Salaam

Jeszcze przed świtem zaczęliśmy podróż powrotną do Dar Es Salaam, lokalnym transportem. Powtórka z rozrywki, tyle że tym razem dłużej, no i mogliśmy poznać lokalną muzykę popularną. Wróciliśmy do Mgulani, czyli hotelu prowadzonego przez Armię Zbawienia.

Tanzańskie bezdroża

Dzień 13: Dar Es Salaam – Zanzibar

W kilku miejscach dowiadywaliśmy się jak wygląda sprawa transportu na Zanzibar. Miejsca VIPowskie podobno da się kupić bez problemu. Są droższe, ale wciąż cena jest znośna. A jak ich nie będzie to powinny być miejsca zwykłe dostępne. Nie zawsze. Akurat wyruszyliśmy w drogę w dniu święta narodowego połączonego z długim weekendem i jednocześnie w tym czasie pojawiło się tam wielu muzułmanów, którzy tu coś świętowali. Efekt był taki, że mieliśmy problem z promem. Ostatecznie popłynęliśmy trochę innym niż zamierzaliśmy, wcześniej zwiedzając sobie dzielnicę portową Dar Es Salaam. A już po południu Stone Town (Kamienne Miasto), gdzie też nocowaliśmy w hotelu.

Plaża na Zanzibarze

Dzień 14: Zanzibar – Prison Island

Zaczęliśmy dzień od wyprawy na Prison Island, wyspę żółwi. Potem całą resztę dnia spędziliśmy zwiedzając dalej Kamienne Miasto, w tym kwatery niewolników, coś co naprawdę trzeba zobaczyć, bardzo pouczające. Po kolacji, gdy było ciemno wróciliśmy do hotelu, gdzie zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się na lotnisko. Wpierw PrecisionAir do Dar Es Salaam, tam zaś czekaliśmy na Turkisha i zaczęła się podróż do domu.

Changuu (Prison Island)

Podsumowując. Do Tanzanii pojechaliśmy głównie ze względu na przyrodę. Ta nas nie rozczarowała, wręcz przeciwnie. Wciąż jesteśmy zachwyceni jej pięknem. Każdy z tych parków, choć były inne, tak naprawdę był niesamowity. Reszta kraju, no może z wyjątkiem Dar Es Salaam, również robi niesamowite wrażenie. To kraj, do którego z pewnością chciałoby się wrócić, ale czy to będzie możliwe, zobaczymy.

No i jeszcze garść informacji praktycznych.

Jeśli zainteresował Cię ten wpis, przeczytaj inne o Tanzanii.

Szlak tanzański
Tanzania podsumowanie
Share Button

U styku filmu i podróży