Lodowiec Vatnajökull, Svínafellsjökull i wodospad Svartifoss

Największy lodowiec na Islandii i jeden z największych w Europie to Vatnajökull. Nazwa znaczy tyle, co lodowiec jezior. Dziś to także olbrzymi park narodowy, jak również źródło większości rzek na Islandii, no a przy jęzorach znajdują się lodowe jeziora. Pod czaszą lodu zaś leży uśpiony wulkan. Co jeszcze ciekawsze, lodowiec wykorzystywano nieraz w kinematografii. Park zaś figuruje na liście UNESCO od 2019 roku.

Vatnajökull to największy lodowiec na Islandii
Vatnajökull to największy lodowiec na Islandii

Lodowiec Vatnajökull

Sam park narodowy  liczy sobie 12 000 km², co czyni go drugim największym w Europie. W wielu przewodnikach, jak również źródłach islandzkich, bywa określany jako największy. Wynika to z tego, że największy europejski park narodowy – rosyjski Jugyd Wa – znajduje się na Uralu, gdzie przebiega granica między Europą a Azją, więc pierwszeństwo zależy od przyjętych kryteriów. Choć prawda jest taka, że Islandczycy również nagięli swoje.

Jezioro lodowe Svínafellsjökull
Jezioro lodowe Svínafellsjökull

Jednym z częściej wybieranych miejsc na samodzielny kontakt z parkiem jest Skaftafell ze względu na dużą bazę turystyczną. Można tu spokojnie zaparkować samochód, zjeść coś, czy przenocować na biwaku. Aż do 2008 roku był to osobny park narodowy, dopiero wówczas połączono całą okolicę lodowca w jeden wielki: lodowiec plus parki Skaftafell i Jökulsárgljúfur – tam znajduje się między innymi wodospad Dettifoss. Zwłaszcza ten drugi park nie jest bezpośrednio przylegający, łączy go jedynie rzeka, to właśnie to naginanie po islandzku.

Lodowiec Vatnajökull w oddali
Lodowiec Vatnajökull w oddali

Szlaki z Skaftafell do wodospadu Svartifoss

Wracając jednak do Skaftafell, dziś to właśnie stąd prowadzą szlaki. Tu okolica jest piękna, acz jeszcze mało lodowa. Zwłaszcza latem jest to łagodna, górska przechadzka pośród bujnej (jak na Islandię) roślinności.

Droga do Svínafellsjökull (lodowiec Vatnajökull)
Droga do Svínafellsjökull (lodowiec Vatnajökull)

Główny szlak (oznakowany jako S2) wiedzie nas do wodospadu Svartifoss (po polsku znaczy tyle co czarny wodospad). Strumień wody jest niewielki, ale w tle mamy bazaltowe organy, czyli niesamowite kolumny skalne. Coś podobnego można zobaczyć w czeskiej Pańskiej skale, acz bez wodospadu oraz na plaży Reynisfjara nieopodal Vik. Skalna formacja oczywiście jest pochodzenia wulkanicznego, tu jeszcze się zakręca po łuku. Stała się między innymi inspiracją dla kościoła Hallgrímskirkja w Reykjaviku. Wiele osób wykorzystuje sobie właśnie to miejsce jako cel wędrówki, natomiast jak ktoś zamierza dłużej przebywać w parku, to szlaków jest zdecydowanie więcej. Wodospad liczy sobie 20 metrów wysokości.

Wodospad Svartifoss
Wodospad Svartifoss

Trasa czasami wiedzie przez drewniane lub metalowe kładki z barierkami. Czasem zaś trzeba podejść pod górkę. Można też zboczyć w boczne drogi i dojść do innych, mniejszych wodospadów jak Magnúsarfoss czy Hundafoss. To opcja, nad którą warto się zastanowić, bowiem sam trekking do wodospadu Svartifoss długi nie jest, około godziny w obie strony (plus czas na widoczki).

Wodospad Svartifoss w parku narodowym Vatnajökull
Wodospad Svartifoss w parku narodowym Vatnajökull

Skaftafell to także duży kamping z infrastrukturą turystyczną. Były tu budki do opłaty za parking, ale coś z nimi było nie tak i nie działały. W Visitor’s Center poza jedzeniem można kupić pamiątki i gadżety, jak również zapoznać się z kilkoma opisami całego Vatnajökull. Acz warto zauważyć, że tu wciąż koncentrują się w wielu miejscach na dawnym obszarze parku. Natomiast z pewnością jest to idealne miejsce, by dokładnie przejrzeć szlaki przed wyruszeniem w trekking.

Svínafellsjökull
Svínafellsjökull

Svínafellsjökull

Trochę dalej znajduje się Svínafellsjökull. To właściwie jest jęzor lodowca, który można oglądać w miarę z bliska. Łatwo do niego nie podejdziemy, ale i tak należy do najbardziej osiągalnych, oczywiście po warunkiem, że pewna odległość jest satysfakcjonująca. Po drodze znajduje się małe jezioro lodowe, a dopiero za nim rozpościera się właściwy lodowiec. To właśnie ta wspomniana odległość, którą ciężko przebyć. Niemniej jednak i tak znajdujemy się na tyle blisko jęzora, by móc go spokojnie podziwiać.

Lodowiec Vatnajökull
Lodowiec Vatnajökull

Filmy i lodowiec Vatnajökull

Lód tutaj jest dość brudny i szary, nie wygląda tak atrakcyjnie jak Jökulsárlón, ale ten jego obcy klimat inspirował filmowców. Najbardziej znane sceny tu nagrywane pochodzą z filmu „Interstellar” Christophera Nolana. To jest lodowa planeta Manna. Zdjęcia faktycznie nagrywano na lodzie. Nie jest to jedyny film Nolana kręcony w tym miejscu. Wcześniej zbudował tu wioskę w Butanie, którą pojawiła się w filmie „Batman: Początek”.

Lodowiec Vatnajökull
Lodowiec Vatnajökull

Lodowiec Svínafellsjökull posłużył też jako plener w serialu „Gra o tron”. W drugim sezonie tutaj nagrywano fragmenty znajdujące się za murem.

„Intestellar” i lodowiec Vatnajökull (Islandia) udający obcą planetę.
„Intestellar” i lodowiec Vatnajökull (Islandia) udający obcą planetę.

Co więcej na Islandii są wycieczki, które organizują krótki trekking po lodowcu. W takich przypadkach oczywiście wszystko najlepiej załatwić wcześniej. W teorii można by spróbować wejść samemu, ale jeśli nie mamy doświadczenia, jest to nie zalecane. Zresztą na podobnej zasadzie działają wycieczki do jaskiń lodowych, o których wspominaliśmy przy okazji Jökulsárlón. Są one rozrzucone na całym obszarze lodowca Vatnajökull.

Lodowiec Vatnajökull
Lodowiec Vatnajökull

Lodowiec i Park Vatnajökull zagrał też w filmie „Sekretne życie Waltera Mitty” (2013) Bena Stillera. Tam jego okolice udawały Nepal (Himalaje) i Afganistan. Zdjęcia kręcono także w pobliskim Höfn, które z kolei udawało stolicę Grenlandii – Nuuk. Kilka ujęć z Islandii, w tym właśnie tego lodowca i okolic pojawiło się w „Prometeuszu” Ridleya Scotta. Początkowa sekwencja jest kręcona na Islandii i zanim zaczyna się akcja na Dettifoss, mamy między innymi lodowiec.

Jezioro lodowe Svínafellsjökull przy lodowcu Vatnajökull
Jezioro lodowe Svínafellsjökull przy lodowcu Vatnajökull

Warto dodać, że byliśmy tylko z jednej strony lodowca, blisko dawnego parku Skaftafell i drogi numer 1. Odkrywanie całego Vatnajökull z pewnością zajmie dużo więcej czasu. My go zaledwie liznęliśmy.

Svínafellsjökull
Svínafellsjökull

Jeśli podobał Ci się wpis, śledź nas na Facebooku.

Szlak islandzki
Lodowiec VatnajökullReykjavik
Szlak filmowy
Lodowiec VatnajökullChantily

Kromlau, diabelski most, ogród azalii i rododendronów

Wśród atrakcji Saksonii niedaleko polskiej granicy, znajduje się pewien niepozorny park, na który warto zwrócić uwagę. To Park Azalii i Rododendronów w Kromlau (Kromlau Azalea and Rhododendron Park) we wsi Kromlau (serb.-łuż. Kromola). Jest to miejsce bardzo dobre na odpoczynek, czy to w trasie przez Niemcy, czy jako spokojny, niezobowiązujący weekendowy wypad. Leży na obszarze zbiorników powyrobiskowych Kromlau-Gablenz (Kromlau-Gablenzer Restseengebiet), jest też elementem krajobrazu Łuku Mużakowa.

Diabelski most w Kromlau (Most Diabła)
Diabelski most w Kromlau (Most Diabła)

Park rododendronów Kromlau

Parków czy ogrodów w Niemczech jest sporo, co więc sprawia, że akurat nad tym warto się zastanowić? Dwie rzeczy. Pierwsza to wspomniane azalie i rododendrony, zwłaszcza w okresie kwitnienia. Szczyt przypada na drugą połowę maja. Wówczas park jest najbardziej oblegany, ale też oferuje najwięcej. Przyjeżdżają tu całe autobusy z wycieczkami, które są oprowadzane przez przewodników. Na szczęście dość łatwo ich wyminąć, a teren jest na tyle duży, że pomijając kilka punktów, nie jest tu tłoczno i można spokojnie odpocząć. Tereny bez głównych atrakcji są raczej ciche i mało zatłoczone, nawet w sezonie. Powierzchnia całości to jakieś 200 hektarów, co czyni Kromlau jednym z największych w całej Saksonii.

Most Rakotza w Kromlau
Most Rakotza w Kromlau

Druga rzecz, na którą należy zwrócić uwagę, to pewien most, który pełni tu jedynie funkcję dekoracyjną. Wpierw jednak lepiej wspomnieć o historii tego miejsca. Zaczęło się od zachcianki Friedricha Herrmanna Rötschke, który w 1844 roku postanowił zbudować spory ogród w swoich posiadłościach. On i jego rodzina rozbudowywali go latami, a potem przejęli to kolejni właściciele. Rododendrony i azalie w Kromlau kazał zasadzić hrabia Friedrich Leopold von und zu Egloffstein w 1890 roku. Te przede wszystkim rosną w tak zwanym wąwozie różaneczników, no i są  jednym ze znaków rozpoznawczych tego miejsca.

Groty Niebo i Piekło
Groty Niebo i Piekło. To także pewne tradycyjne nazewnictwo dla dwóch bliskich, acz różnych grot, wykorzystano je choćby w Turcji w Cennet-Cehennem.

Po II wojnie światowej, były to wschodnie Niemcy, park znacjonalizowano i początkowo pozostawiono samemu sobie. Podupadł. Dopiero w latach 60. udostępniono go szerokiej publiczności i zaczęto renowację. Jest przykładem ogrodu angielskiego (sporo tu stawów i oczek wodnych), ale na jego terenie znajdują się dodatkowe atrakcje.

Ozdoby w parku w Kromlau
Ozdoby w parku w Kromlau

Diabelski most

Właśnie jedną z nich jest wspomniany most Rakotza (Rakotzbrücke), czyli diabelski most (Teufelsbrücke). Diabelski most to bardziej jak typ mostu, a konkretnie jego konotacja z miejscowymi legendami, a nie tłumaczenie nazwy (która brzmiałby Most Diabła). Przechodzi on przez jezioro Rakotz, ale właściwie od początku pełnił rolę bardziej ozdobną niż łączącą brzegi. Jezioro dość łatwo obejść, bo jest niewielkie. Natomiast z jego brzegów obserwuje się most i jego odbicie w wodzie. Jest skonstruowany tak, by nad powierzchnią znajdował się półokrąg, zaś dopełniający go drugi półokrąg był odbiciem w wodzie. To sprawia, że miejsce to nie tylko jest malownicze, ale sam most to znak rozpoznawczy Kromlau. Kojarzy się z jakąś baśnią czy magią. Malowniczy wizerunek można znaleźć w wielu folderach i to właśnie sprawia, że to miejsce przyciąga, także w czasie gdy azalie i rododendrony już przekwitły. Wówczas też jego zdjęcia zalewają Instagram i podobne serwisy.

Diabelski most w Kromlau
Diabelski most w Kromlau

Zbudowany jest on ze sztucznie uformowanych kolumn bazaltowych (prawdziwe konstrukcje tego typu opisywaliśmy choćby przy Pańskiej Skale). Kamienie sprowadzono z Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii. Most ma 7,4 metrów długości i promień wewnętrzny mierzący 2,4 metry. Wzniesiono go w 1860 roku i miał przypominać czasy rycerskie. Budowa trwała 10 lat. Most odnowiono w 2018 roku. Dziś jest ogrodzony, tak więc nawet nie można do niego podejść zbyt blisko. Jednak bez problemu można go podziwiać z  brzegów jeziora.

W parku jest sporo różnych, sztucznych skałek i wzniesień
W parku jest sporo różnych, sztucznych skałek i wzniesień

Różaneczniki, czyli azalia czy rododendron?

Warto dodać, że tak naprawdę zarówno rododendron i azalia to nic innego jak określenie rośliny znanej u nas pod nazwą Różanecznik. Grupa ta obejmuje ponad tysiąc gatunków, najwięcej z nich występuje w Azji, w szczególności w okolicy Himalajów (Chiny, Indie, Nepal). Podział na azalie i rododendrony jest bardziej zwyczajowy, lecz najczęściej wynika z jednej reguły. Rododendrony to rośliny zimozielone, czyli takie, które stare liście zrzucają stopniowo, zachowując zieleń przez cały rok. Azalie mają miększe liście, które najczęściej zrzucają na zimę.

Kwitnący różanecznik
Kwitnący różanecznik

Inne atrakcje parku

Do tego na terenie ogrodu znajdziemy oczywiście rododendrony i azalie, ale także dęby i wiele egzotycznych drzew. Park zdobią kamienne rzeźby w stylu rokoko. Stworzono też sztuczne groty – Niebo i Piekło. Jest też kilka punktów, do których można dotrzeć spacerując po parku: Staw Wielu Wysp, Staw Syren czy Dębowe Wzgórze także parę charakterystycznych budowli jak Dom Kawalerski (Kavalierhaus), czyli domek myśliwski w szwajcarskim stylu, czy pałacyk Kromlau, który już znajduje się poza terenem właściwego parku, po drugiej stronie ulicy. Obecnie w pobliżu pałacyku działa kawiarnia.

Kolej wąskotorowa do  ogrodu Mużakowskiego
Kolej wąskotorowa do ogrodu Mużakowskiego

Dojazd do Kromlau

Do Kromlau najlepiej dojechać samochodem. Jedzie się do Gablenz w dystrykcie Görlitz. Można go połączyć ze zwiedzaniem ogrodu Mużakowskiego (wpisanego na listę UNESCO). W tym wypadku warto pamiętać, że oba ogrody łączy kolejka wąskotorowa, zaś przejazd nią może być dodatkową atrakcją, zwłaszcza dla najmłodszych. Tu znajduje się stacja tej kolejki.

Muzeum obok parku
Muzeum obok parku

Zwiedzanie Kromlau

Poza okresem kwitnienia warto zastanowić się nad przyjechaniem tutaj w trakcie Zielonych Świątek. Wówczas obchodzone jest tu święto Kwiatów i Parku, które przybiera formę festynu. Widzieliśmy tu także ludzi jeżdżących konno, więc jest to miejsce dobre również na bardziej aktywny wypoczynek. Zwiedzanie jest darmowe, ale płaci się za wszystko inne. Przed parkiem znajduje się spory parking, płatny. Jak to w Niemczech, przede wszystkim wymagana jest gotówka (drobne monety). Szczęśliwie alternatywą jest możliwość zainstalowania aplikacji, pod którą można podpiąć kartę. Natomiast bliskość Polski (mniej niż 10 km do granicy) sprawia, że są tutaj nastawieni na polskich turystów. Wiele opisów na tabliczkach jest nie tylko po niemiecku, ale i po polsku (angielskich nie ma).

Na terenie parku jest też kilka ciekawych architektonicznie budynków
Na terenie parku jest też kilka ciekawych architektonicznie budynków

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak niemiecki
KromlauPoczdam

Caño Cristales, rzeka pięciu kolorów

Wśród przyrodniczych atrakcji Kolumbii jedna wyróżnia się naprawdę mocno, to rzeka Caño Cristales, co znaczy tyle co kryształowy kanał. Zwana bywa też rzeką pięciu kolorów bądź płynną tęczą. Wszystko za sprawą niezwykle ubarwionych roślin wodnych, które nią w niej rosną, nadając jej fragmentom bardzo wyrazisty, czerwony kolor. Ten, w zestawieniu z innymi naturalnie tu występującymi, sprawia że całość jest naprawdę przepiękna. Niektórzy piszą nawet, że to najpiękniejsza rzeka świata. A co jeszcze ważniejsze, jest mało popularna turystycznie.

Caño Cristales
Caño Cristales

Niezwykłe Caño Cristales

Za tym pięknem stoi niewielka wodna roślina z gatunku Macarenia clavigera. Jest to endemiczny wodorost, występujący jedynie tutaj, w dorzeczu Caño Cristales. Przypomina trochę glon albo algę, ale należy do rodziny zasennikowatych, rząd malpigiowców. Roślina ta normalnie ma kolor zielony, ale pod wpływem słońca robi się czerwona. Porasta dno Caño Cristales na tyle gęsto, że nadaje mu tę niezwykłą barwę. Jak do tego doda się kolor żółty (od dna rzeki), zielony (od innej roślinności, także lądowej), niebieski (od nieba) i czarny (od kamieni), to uzyskujemy pięć kolorów, wymieszanych przez przyrodę w niezwykły sposób.

Macarenia clavigera, czyli sprawca zamieszania
Macarenia clavigera, czyli sprawca zamieszania

Trzeba jednak pamiętać, że Macarenia clavigera, jak większość roślin, żyje okresowo. Zaczyna rozrastać się wraz z podnoszeniem się poziomu wody. Wówczas się zieleni, słońce zaś sprawia, że zmienia swój kolor na czerwony, dodatkowo poziom wody opada, a rzeka jest spokojniejsza. Te czerwone dywany można oglądać od końca lipca do początku listopada. Potem pod wpływem braku słońca rośliny te robią się czarne i zamierają. Jak to z roślinami bywa, daty mogą ulegać pewnym wahaniom, więc najbezpieczniejszy i najlepszy termin to wrzesień – październik.

Roślinność w części andyjskiej
Roślinność w części andyjskiej

Natura w Caño Cristales

Caño Cristales znajduje się na terenie Parku Narodowego Serranía de La Macarena. Serranía to z kolei pasmo górskie, niewielkie i dopiero się tu zaczynające. Graniczące z obszarem Amazonii oraz fragmentem sawanny zwanym tutaj Orinoko, głównie ze względu na podobieństwa jeśli chodzi o roślinność (sawanna). Do samej rzeki Orinoko jest stąd dość daleko. Natomiast rzeka, Guayabero, do której wpływa Caño Cristales, jest jednym z dorzeczy Orinoko, mimo że znajduje się w obszarze ekosystemu Amazonii. To wszystko może być trochę mylące, ale wynika wprost z tego, że graniczą tu trzy obszary: góry, dżungla i sawanna. Jednocześnie przechodzą między sobą płynnie, więc tu tej granicy się nie czuje.

Macarenia clavigera porasta rzekę Caño Cristales tworząc czerwone "dywany"
Macarenia clavigera porasta rzekę Caño Cristales tworząc czerwone „dywany”

Poza roślinnością teren jest też przepiękny z powodu geologii. Kwarcytowe skały uformowały się jakieś 1,2 miliarda lat temu. Natomiast potem teren kształtowała rzeka i erozja, odpowiedzialne za wgłębienia. W korycie rzeki można więc dostrzec kamienie i formacje skalne, rzeźba terenu sama w sobie miejscami jest niesamowita. Mówi się, że w Caño Cristales nie ma ryb, ale sami widzieliśmy kilka. Rzeka nie jest duża, licz 100 kilometrów długości i w najszerszym miejscu 20 metrów szerokości.

Legwan zielony (Iguana iguana, ang. Green iguana)
Legwan zielony (Iguana iguana, ang. Green iguana)

Raczkująca atrakcja turystyczna

Caño Cristales to obszar stosunkowo mało rozpropagowany turystycznie. Już pomijając kwestię miesięcy, w którym kwitnie Macarenia clavigera, co zdecydowanie ogranicza ruch turystyczny. Lokalni hodowcy bydła odkryli to miejsce dopiero w 1969 roku, szukając nowych terenów do wypasu zwierząt. Co więcej, warto pamiętać, że wojna domowa w Kolumbii trwała 52 lata, od 1964 do 2016 roku. Przez dużą część tego okresu tereny te były opanowane przez partyzantów, więc niedostępne. Stąd nadawało radio partyzantów, ludzie uprawiali tu dla nich kokę, wojsko trzymało się z daleka. Dopiero więc od niedawna można spokojnie przyjechać do Caño Cristales i oglądać te wspaniałości. Wojsko nadal jest obecne w La Macarenie, ale dla turystów nie ma to żadnego znaczenia.

Wodospady w Caño Cristales
Wodospady w Caño Cristales

Choć turystyka jest obecnie drugim głównym źródłem zarobku w regionie, jest stosunkowo mało rozwinięta. Nie ma tu tłumów turystów, zwiedzanie jest dość kameralne, co jest na plus. Pozostaje jeszcze jeden aspekt: na tych terenach znajdują się złoża ropy naftowej. Ich przemysłowe wydobycie to właściwie wyrok śmierci dla Caño Cristales. Po wyborach prezydenckich w 2022 roku, głównie dzięki staraniom obecnej wiceprezydent, ochrona tutejszej przyrody wydaje się być priorytetem w najbliższych latach. Podczas naszego spaceru widzieliśmy miejsca, gdzie ropa delikatnie wypływała na powierzchnię.

Caño Cristales, czyli rzeka pięciu kolorów, albo tęczowa rzeka
Caño Cristales, czyli rzeka pięciu kolorów, albo tęczowa rzeka

Jak dotrzeć do Caño Cristales?

Caño Cristales znajduje się stosunkowo daleko od innych turystycznych centrów Kolumbii. Transport drogowy jest, ale ze względu na odległości i jakość dróg trwa bardzo długo. Najwygodniej jest tu dotrzeć drogą lotniczą, co wcale nie jest takie proste. Bazą wypadową do Caño Cristales jest niewielka miejscowość La Macarena. Tu latają jednak przede wszystkim czartery i wojskowa linia lotnicza Satena (nie znaleźliśmy jej w wyszukiwarkach lotów). Bilety na ich stronie też pojawiły się dopiero na kilka miesięcy przed wylotem. Przelot był z Bogoty. Warto jednak brać uwagę, że to raczej małe samoloty – ATRy. Ilość miejsc jest ograniczona, ale też pogoda może mieć wpływ na opóźnienia lotów, więc planując jakieś przesiadki na inne linie, trzeba o tym pamiętać. W Bogocie Satena lata z drugiego terminala (z pierwszego jeździ tu darmowy shuttle bus). Co ważniejsze, połączenie nie jest wykonywane codziennie, co wpływa na rytm pobytu.

Ropa, czyli zagrożenie dla Caño Cristales
Ropa, czyli zagrożenie dla Caño Cristales

W teorii na tym terenie jest wymagana szczepionka przeciw żółtej febrze. Żółte książeczki miały być sprawdzane, zarówno przed odlotem jak i po przylocie, ale u nas nikt tego nie weryfikował.

Niebo, zieleń, skały, woda i czerwone rośliny - Caño Cristales, Kolumbia
Niebo, zieleń, skały, woda i czerwone rośliny – Caño Cristales, Kolumbia

Organizacja wycieczki

Natomiast kolejnym problem jest już dotarcie do samego parku i zwiedzanie Caño Cristales. Ono jest ograniczone z powodu ochrony środowiska. Po pierwsze zwiedza się go z przewodnikiem, trasy są słabo oznaczone. Druga sprawa to limity, starają się kierować ludzi w różne części parku. Dziennie do parku może wejść 350 osób. To akurat ma sens. Zwiedzanie parku jest możliwe w godzinach 8:00 – 16:00. Tych ograniczeń jest więcej, wrócimy do nich niżej.

Nie całe Caño Cristales jest porośnięte czerwoną rośliną
Nie całe Caño Cristales jest porośnięte czerwoną rośliną

Niemniej jednak właściwie jesteśmy zdani na jakąś agencję, z którą trzeba zorganizować taką wycieczkę, przede wszystkim, by dostać przewodnika na miejscu. Kilka z nich znajduje się w samej La Macarenie. My skorzystaliśmy z oferty Cristales Aventura Tours (WhatsApp: +57 300 693 99 88), właścicielka jest Polką mieszkającą w Kolumbii, więc kontakt był bezproblemowy. Kolejną rzeczą, o której warto pamiętać planując przyjazd, to mieć trochę czasu w zapasie. To jest już strefa bliska równikowi i pogoda bywa tu trochę zmienna. Caño Cristales przepięknie wygląda przy słonecznej pogodzie. Przy deszczu, zwłaszcza obfitym, możemy przeoczyć wiele rzeczy. Przy wysokim poziomie wody nie widać kolorów. Razem z ograniczeniami na dolot, na Caño Cristales potrzeba poświęcić kilka dni. My zarezerwowaliśmy trzy. Pierwszego przylecieliśmy dość rano, czwartego wylatywaliśmy.

Ale są fragmenty, gdzie jest jej bardzo dużo
Ale są fragmenty, gdzie jest jej bardzo dużo

Tu też warto dodać, że Cristales Adventura Tours, dość dobrze poinformowało nas o tym, że nie podadzą nam szczegółowego programu. Całość była ustalana na miejscu, w miarę aktualnych możliwości (pogodowych i logistycznych – są wytyczne od dyrekcji parku, co można, a czego nie można robić danego dnia), ale głównym priorytetem było zobaczenie w tym czasie Caño Cristales. I to udało się załatwić znakomicie. Zresztą pomimo braku znajomości szczegółów, byliśmy bardzo zadowoleni tak z obsługi, jak i całej oferty, więc ją polecamy. Najbardziej przypominało to nasz wyjazd do Pantanalu, tam jednak obiecano nam sporo (dużo zwierząt), a gdy przyszło co do czego, to nie udało się spełnić oczekiwań. W tym wypadku zarządzanie oczekiwaniami było bardzo dobre. Obiecano nam tylko tyle: zrobimy wszystko, byście mogli zobaczyć Caño Cristales w najlepszym możliwym momencie i zagospodarujemy pozostały czas. Jednocześnie zapewnili nocleg, przewodnika, transport i wyżywienie.

Tukan białogardły (Ramphastos vitellinus culminatus , ang. Yellow-ridged toucan). Jest to podgatunek gatunku tukan żółtogardły (Ramphastos vitellinus, ang. Channel-billed toucan)
Tukan białogardły (Ramphastos vitellinus culminatus , ang. Yellow-ridged toucan). Jest to podgatunek gatunku tukan żółtogardły (Ramphastos vitellinus, ang. Channel-billed toucan)

Caño Cristales – przebieg wycieczki

Tak więc dalsza część opisu, aż do uwag ogólnych, dotyczy przebiegu naszej wycieczki, który może być trochę inny nawet z tym samym biurem. Zajmowano się nami od momentu wylądowania w La Macarenie, aż do momentu pakowania nas na samolot. Czy taka szeroka opieka była konieczna? Nie zawsze, sama La Macarena jest niewielką i bezpieczną miejscowością, ale też niewiele oferującą.

Sam środek Caño Cristales to przepiękne wodospady
Sam środek Caño Cristales to przepiękne wodospady

Nasz przewodnik, mówiący po angielsku i hiszpańsku, odebrał nas na lotnisku. Potem przeszliśmy do rejestracji, dostaliśmy opaskę na rękę, a następnie zaprowadził nas do biura parku, gdzie puszczono film informujący o zasadach zwiedzania. Filmik jest po hiszpańsku z angielskimi podpisami. Po jego obejrzeniu dostaliśmy drugą opaskę. Obie w teorii powinniśmy nosić do końca pobytu w Caño. Z czasem pospadały i o ile nie śmieciły, nikt nie zwracał na to uwagi. Następnie wróciliśmy na lotnisko po nasze bagaże. Lotnisko w La Macarenie jest dość proste i niezautomatyzowane, więc bagaże były wydawane ręcznie (trzeba pokazać dowód nadania).

Rzeka Guayabero
Rzeka Guayabero

Z lotniska udaliśmy się do naszego hotelu, gdzie zostawiliśmy bagaże, a potem nad rzekę Guayabero. La Macarena jest niewielka, więc ten spacer trwa tu tylko kilka minut. Natomiast o ile po miejscowości można się poruszać swobodnie, dotarcie do parku czy innych atrakcji wiąże się z koniecznością użycia transportu wodnego. Wsiedliśmy na łódź i popłynęliśmy na naszą pierwszą wyprawę. Jest to o tyle fajne, że choć łódź ma silnik, to jednak nie straszy mocno zwierząt, które są przy brzegu. Zatrzymywaliśmy się, by oglądać żółwie, kajmany, legwana czy ptaki. Na terenie samego parku poza ptakami udało nam się zobaczyć jeszcze małpy. W teorii zwierząt żyje tu więcej, jak na przykład: pekari, jaguary czy mrówkojady, ale raczej trzymają się z dala od ludzi.

Ryby w Caño Cristales
Ryby w Caño Cristales

Caño Cristalitos

W pierwszy, a więc niepełny dzień, podziwialiśmy Caño Cristalitos. To mniejsza rzeczka, ale porośnięta przez dokładnie tę samą roślinę. Widoki były więc podobne do tego, co nas dopiero czekało. Doskonałe wprowadzenie. Nacieszyliśmy się kolorem w strumieniu, by kolejnego dnia oglądać to samo w większej skali. Po drodze mieliśmy lunch, w miejscu gdzie hodowane były żółwie zwane u nas czasem terekaj (Podocnemis unifilis). To żółwie bokoszyjne, które występują w wielu państwach Ameryki Południowej na obszarze Amazonii i nie tylko. Ta hodowla ma je przywrócić naturze. Niestety część z nich jest wyłapywana i zjadana przez okolicznych mieszkańców.

Hodowla żółwi terekaj (Podocnemis unifilis, ang. Yellow-spotted river turtle)
Hodowla żółwi terekaj (Podocnemis unifilis, ang. Yellow-spotted river turtle)

Dojście do Caño Cristalitos to trekking na raczej otwartym terenie. Pamiętajmy, że to wciąż część andyjska. Jest więc trochę podejść, ale nie jakiś wymagających. Natomiast buty i ubranie należy dostosować do wędrówki. Całość jest porośnięta i tu mamy do czynienia z drugim gatunkiem endemicznym, tym razem lądowym. To roślina Vellozia tubiflora, która jest odporna na ogień, więc mogliśmy zobaczyć ślady pożarów z poprzednich sezonów. Samo Caño Cristalitos to także miejsce, gdzie można było odpocząć nad rzeką i się wykąpać. Kąpiele są dozwolone w tych źródłach. Następnie czekał nas trekking do rzeki i powrót do La Macareny.

Vellozia tubiflora, czyli roślina odporna na ogień
Vellozia tubiflora, czyli roślina odporna na ogień

Szlaki w Caño Cristales

Drugiego, czyli pierwszego pełnego dnia, mieliśmy właściwą wycieczkę do Caño Cristales. Całodniową. Zaczynając od przepłynięcia rzeką, następnie po wyjściu wsiedliśmy do aut terenowych i dojechaliśmy do właściwego wejścia do parku. Dalej czekał nas trekking z kilkoma przystankami. Pogoda dopisała wyśmienicie. Caño Cristales ma cztery odnogi, które się łączą. Zaczynaliśmy od tych mniejszych, by skończyć na głównym kanale. Widoki są naprawdę niesamowite. Zwłaszcza jak do tego jeszcze doda się piękną przyrodę i wodospady. Główna część to tak zwane „ósemki” wyrzeźbione kształty w skałach, które przypominają cyfrę 8.

Caño Cristales
Caño Cristales

Oczywiście było sporo chodzenia, był lunch, a także trzy miejsca, w których można się kąpać. Zazwyczaj są one dość płytkie i niewielkie, natomiast w głównym kanale Caño Cristales było sporo miejsca do pływania. I to jedyne miejsce na całym szlaku, gdzie widzieliśmy strażników, pełniących rolę ratowników.

Droga do Laguny Ciszy
Droga do Laguny Ciszy

Laguna Ciszy

Trzeciego dnia, po konsultacjach z nami, zaproponowano nam inną wyprawę. Mogliśmy wrócić do Caño Cristales, przejść je innym szlakiem i wylądować z powrotem przy głównym kanale. Zamiast tego wybraliśmy się do Laguny Ciszy (Laguna del Silencio). Wpierw była przeprawa przez rzekę, potem wsiedliśmy na konie i jechaliśmy ponad godzinę. Dalej był trekking przez dżunglę, krótki odpoczynek w miejscu, gdzie można było się wykąpać. Przepływała tam także Caño Cristales, ale już blisko ujścia. Jednak w tym miejscu rzeka nie była już tak kolorowa, brakowało wodorostów.

Lagunę Ciszy także pokonuje się łodzią
Lagunę Ciszy także pokonuje się łodzią

Dalej mieliśmy kolejny trekking przez dżunglę, bardzo przyjemny, z możliwością oglądania lokalnej fauny (głównie ptaki i małpy) i flory. To już jest typowa część amazońska, z bardzo charakterystyczną roślinnością. A potem doszliśmy do Laguny Ciszy, porośniętej drzewami przypominającymi namorzyny. Tam też był lunch, po nim płynięcie dalej, trekking, powrót na koniach i na łodziach do La Macareny.

Część trasy pokonaliśmy konno
Część trasy pokonaliśmy konno

Dodatkowe atrakcje

Wieczorem czekała nas kolejna niespodzianka, pokaz lokalnych tańców w La Macarenie. Nazywa się to Parranda Llanera i pod tą nazwą może występować także w innych miejscach Kolumbii. Choć ważna lokalnie, nie ma takiej tradycji jak tańce w Salvadorze. Bardziej przypominało wiejską potańcówkę, z którą impreza ma wiele wspólnego. Niemniej jednak warto zobaczyć lokalną kulturę.

Parranda Llanera, czyli pokaz lokalnych tańców i śpiewów w La Macarena
Parranda Llanera, czyli pokaz lokalnych tańców i śpiewów w La Macarena

Czwartego dnia samolot mieliśmy dość wcześnie rano, ale jeszcze dostaliśmy jedną, krótką wyprawę. Tym razem samochodem do części z roślinnością sawanny. Tu znajdował się dość wysoki budynek, weszliśmy którego szczytu mieliśmy obserwować wschód słońca. Na miejscu było śniadanie, potem powrót i zebranie się na samolot.

Ryby blisko ujścia Caño Cristales
Ryby blisko ujścia Caño Cristales

Warto dodać, że wszystkie aktywności zajmowały nam sporą część dnia, zaś przerwy były dość naturalne. Mieliśmy tak mniej więcej może 1,5 godziny do kolacji. Potem oczywiście było wolne, ale w tej części świata robi się ciemno blisko 18:00, więc i tak nie ma co robić. Pozostaje tylko wstać wcześnie. Zwiedzanie Caño Cristales nie jest wymagające kondycyjnie, ale trzeba wziąć pod uwagę, że może być trwający kilka godzin marsz.

Sajmiri
Sajmiri

La Macarena

Miasto La Macarena znajduje się w departamencie Meta. Jest to niewielka miejscowość, założona dopiero w listopadzie 1954. Choć oczywiście dziś jest bramą do Caño Cristales, zaplecze turystyczne jest stosunkowo niewielkie. Lotnisko, kilka hoteli, obsługa parku narodowego i jeszcze parę restauracji, najczęściej przyhotelowych. Są tu kościoły, główny park i właściwie nic szczególnego uwagi. To zdecydowanie nie jest kolorowe Guatape, raczej miejscowość, która jest bazą wypadową. Nic więcej, nie ma co szukać tu specjalnych atrakcji. Wspominaliśmy, że te tereny były okupowane przez partyzantów. W 2010 miasteczko „zasłynęło” z powodu znalezienia masowego grobu. Wojsko kolumbijskie twierdziło, że to ciała partyzantów, ale sprawa nigdy nie została wyjaśniona. Warto pamiętać, że wojna domowa to wciąż żywa i świeża historia.

Kościół w La Macarena
Kościół w La Macarena

Ważne informacje praktyczne

Natomiast warto wspomnieć jeszcze o pewnych rygorach i trudnościach. Na terenie Parku Narodowego obowiązuje całkowity zakaz używania środków chemicznych, jak wszelkich repelentów, kremów przeciwsłonecznych i kosmetyków kolorowych (makijaż). O ile w przypadku owadów nie było tu ich dużo, więc nie stanowiło to jakiejś sporej niedogodności, o tyle słońce praży tu dość mocno, a im lepsza pogoda do oglądania, tym jest gorzej. A kąpiele także nie pomagają. Rady są tu dwie. Po pierwsze uważać z wodą, nie przebywać w niej za długo. Po drugie korzystać z długich spodni, ale też koszuli z długim rękawem. To może uratować ręce. Można też kąpać się w ubraniu. Warto mieć nakrycie głowy zacieniające twarz, a nie tylko chustę.

Roślinność w części amazońskiej
Roślinność w części amazońskiej

Drugą istotną kwestią jest zakaz używania plastikowych butelek jednorazowych na wodę. Dozwolone są bidony, termosy, butelki wielorazowego użytku i butelki filtrujące, które zresztą sprzedają zarówno w hotelach, jak i lokalnych sklepów. My mogliśmy ją spokojnie napełnić w hotelu (za darmo, było poidełko, nie należy używać do tego wody z kranu). Ponieważ jednak upał i marsz wzmagają pragnienie, dużo lepszym rozwiązaniem jest posiadanie filtru turystycznego lub tabletek uzdatniających wodę i używanie wody z rzeki. My używaliśmy filtru Sawyer, za pomocą którego uzupełnialiśmy na postojach butelkę filtrującą. O ile przewodnicy nie zalecają jej pić niefiltrowanej, o tyle w tym przypadku nie mieli zastrzeżeń, a my nie odnotowaliśmy kłopotów. Inna sprawa, że ten przepis nie był tak surowo przestrzegany jak na przykład. miało to miejsce w Płaskowyżu Hortona. Ludzie wnosili butelki, co więcej w miejscach, gdzie był lunch też można było kupić napoje gazowane w plastykowych butelkach. Istotne jest, by po prostu nie śmiecić.

Wygrzewający się żółw
Wygrzewający się żółw

W przypadku samodzielnego organizowania wyjazdu warto pamiętać, o opłacie turystycznej. U nas była ona wliczona w cenę całej usługi. Ale jednocześnie przy wylocie lotnisko poprosiło o prowizję za wystawienie biletu.

Laguna Ciszy
Laguna Ciszy

Trzeba też pamiętać o butach do trekkingu, jest tu trochę do przejścia. Stroje kąpielowe zazwyczaj mieliśmy na sobie, nie ma tu miejsc do przebrania się. Można wziąć ręcznik nie tylko do wytarcia się, ale i do przebrania.

Wschód słońca w części sawannowej (Orinoko)
Wschód słońca w części sawannowej (Orinoko)

Caño Cristales w kulturze

Caño Cristales w pewien sposób pojawia się w filmie „Nasze magiczne Encanto”. Ta animacja Disneya jest popularna w różnych miejscach turystycznych w Kolumbii, gdyż stara się ją ukazać (w końcu tam dzieje się akcja). Caño widać właściwie w dwóch scenach. Pierwsza jest na początku filmu, gdy babcia Alma (wówczas młoda mama) ucieka z trójką dzieci, przechodzi przez wodę i to właśnie jest Caño, widać czerwone wodorosty. Tu dostaje swoją magiczną moc. Scena jest w nocy. Potem bliżej końca, tutaj babcia rozmawia ze swoją wnuczką, wówczas kolor wody widać dość dobrze. Natomiast roślinność okoliczna pochodzi z innych miejsc Kolumbii, wliczając w to palmy z doliny Cocora. Fakt, że palmy te rosną w górach, sprawia, iż geografia filmu jest mocno wymyślona. Niemniej jednak, jak pamiętamy, „glony” z Caño są na tyle endemiczne, a widoki unikalne, że to jest dokładnie to.

Sęp o wschodzie słońca
Sęp o wschodzie słońca

Dla nas Caño Cristales miało być najważniejszą częścią wyjazdu do Kolumbii. I było. Jest urokliwe, spokojne, przepiękne, takich widoków próżno szukać w innych miejscach. Przewyższyło nasze oczekiwania. To miejsce, które warto polecić każdemu, kto podróżuje by poznawać niesamowitą przyrodę.

Jeśli podobał Ci się wpis, śledź nas na Facebooku.

Szlak kolumbijski
Cano CristalesSalento

Park Narodowy Timanfaya, góry Ognia, wulkany i filmy

Zdecydowanie największą i najbardziej unikalną atrakcją kanaryjskiej wyspy Lanzarote jest Park Narodowy Timanfaya (hiszp. Parque Nacional de Timanfaya). Czasem używa się też nazwy Góry Ognia (Montañas del Fuego). Jego symbolem jest Diabeł, którego podobiznę widać przy wjeździe do parku. Unikalna wulkaniczna, nieziemska wręcz sceneria przyciąga nie tylko turystów, ale również filmowców, którzy znaleźli tu krajobrazy dosłownie nie z tej Ziemi. Mnóstwo kraterów, pola lawy, czarny pył i skały w różnych kolorach.

Pole lawowe w Timanfaya ciągnie się aż do oceanu
Pole lawowe w Timanfaya ciągnie się aż do oceanu

Powstanie obszaru wulkanicznego

Przy okazji Etny opisywaliśmy krótko różne stadia obszarów powulkanicznych, zwłaszcza te, które porastały mchami, a później powoli zanikały. Na Islandii przejeżdżaliśmy też przez porośnięte mchami pola lawowe Skaftareldahraun, ale tam podobnych miejsc jest zdecydowanie więcej. Timanfaya jest stosunkowo młoda i jeszcze w zdecydowanej większości nie miała szansy zarosnąć, zwłaszcza że tutejszy morski klimat raczej roślinności nie pomaga. Choć pewne porosty są, fauna i flora powoli odzyskuje tą ziemię i obecnie zamieszkuje go już ponad 100 gatunków. Naukowcy wykorzystują ten obszar do badań nad zjawiskami pojawiania się roślin i zwierząt w niegościnnym środowisku.

W centrum odwiedzających można zobaczyć jak wysuszone rośliny zapalają się pod wpływem temperatury
W centrum odwiedzających można zobaczyć jak wysuszone rośliny zapalają się pod wpływem temperatury

Większość dzisiejszego obszaru powstała w erupcjach z lat 1730 – 1736. Pierwsze wybuchy trwały przez 19 dni, dzień i noc, co sprawiło, że mieszkańcy porzucili okoliczne tereny. Wówczas to z około 300 kraterów wypłynęła lawa, która ukształtowała ten krajobraz. W 1824 roku doszło do kolejnej erupcji. W sumie lawa i pył pokrywa przynajmniej 1/4 wyspy, a co ważniejsze, nie pozostało tu nic poza wulkanami. Do dziś ziemia tutaj jest nagrzana w wielu miejscach, stąd właśnie skojarzenia z ogniem, piekłem, czy diabłem. Wystarczy pokopać trochę w ziemi i kilka centymetrów pod powierzchnią ma ona temperaturę 100 stopni Celsjusza. Na głębokości 10 metrów sięga ona nawet do 600 stopni.

Inny z eksperymentów termicznych to sztuczny "gejzer"
Inny z eksperymentów termicznych to sztuczny „gejzer”

Park Narodowy Timanfaya

Timanfaya została uznana za park narodowy w 1974 roku. Obecnie zajmuje on powierzchnię 51,07 kilometrów kwadratowych. Zaś od roku 1993 jest to także rezerwat biosfery UNESCO, głównie z powodów geologicznych. Jest to jednocześnie popularna i oblegana atrakcja wyspy, więc zwiedzanie nie jest niestety proste. Po pierwsze trzeba dojechać samochodem – to najwygodniejszy środek transportu. Alternatywą są wycieczki zorganizowane do parku (te można kupić też na Fuerteventurze, wówczas jest to zazwyczaj jednodniowy wypad). Nie ma tu zorganizowanego transportu. W każdym razie jadąc samodzielnie wjeżdża się na teren parku, mija znaki z diabełkiem, a potem posuwa się jedyną drogą naprzód. Po drodze jest budka z biletami. To pierwsze miejsce, gdzie robią się korki.

Krajobraz Timanfayi z autobusu
Krajobraz Timanfayi z autobusu

Potem jedzie się już do właściwego centrum dla odwiedzających i tu zaczynają się „schody”. Miejsce to nazywa się Islote de Hilario, na cześć pustelnika, który tu mieszkał. Zostały po nim zapiski, w których narzekał, że drzewo figowe, które tu zasadził, nie owocowało. Wracając jednak do trudności dla odwiedzających, z powodu dużego obłożenia, na drodze dojazdowej robią się korki i trzeba czekać, aż zwolnią się miejsca parkingowe. Tak więc najlepszą opcją jest przyjechanie tu wcześnie rano, co jest możliwe, o ile jedzie się z Lanzarote, a gdy jedziemy z Fuerty, trzeba liczyć się z korkami. Parking jest średniej wielkości, pierwszeństwo jednak mają busy z wycieczkami zorganizowanymi. Jednocześnie nie można tu wychodzić z samochodu, by obejrzeć okolicę. I akurat to jest dość ściśle przestrzegane w centrum parku, właśnie ze względu na wysokie temperatury, ale i delikatność pionierskiej fauny i flory.

Pola lawowe parku Timanfaya faktycznie wyglądają jak obca planeta
Pola lawowe parku Timanfaya faktycznie wyglądają jak obca planeta

Timanfaya: Centrum dla odwiedzających

Centrum to kilka atrakcji. W jednym miejscu można dotknąć nagrzanych kamieni wyciągniętych spod ziemi, w innym widać jak spalają się wrzucane do dołu fragmenty roślin. W jeszcze innym widzimy, jak wlewana jest woda do rury, a następnie ta woda odparowuje. Przypomina to trochę wybuch gejzeru. Wszystkie te eksperymenty są nadzorowane przez pracowników. Budynek centrum zaprojektował César Manrique Cabrera. Jego prace można oglądać w wielu miejscach Lanzarote, on też stworzył wzór symbolu parku – czyli diabła zwanego z hiszpańska El Diablo. El Diablo to także nazwa restauracji, która działa w centrum. Oferuje ona między innymi mięso z grilla, które jest pieczone z wykorzystaniem ciepła wulkanicznego. Sam piec przypomina studnię i można go zobaczyć (i zajrzeć do środka). Robi to wrażenie. Natomiast centrum przypomina geotermalne parki, takie jak choćby w Hveragerði.

Diabeł, symbol parku Timanfaya jest widoczny już przy wjeździe
Diabeł, symbol parku Timanfaya jest widoczny już przy wjeździe

Uprzywilejowanie wycieczek zorganizowanych widać też przy zwiedzaniu już samego parku. Ono odbywa się z autobusu (tak zwane „gaugua”) i jak wspominaliśmy, nie można wychodzić. Jedzie się tak zwaną Ruta de los Volcanes. Najpierw trzeba czekać, aż podstawią autobus, aż kierowca wróci (bo często wychodzi na przerwę), aż zbierze się dostateczna liczba chętnych. W teorii busy odjeżdżają co pół godziny, ale to nie jest tak ściśle przestrzegane. Tak więc zwłaszcza w wysokim sezonie trzeba się liczyć z koniecznością czekania w kolejce w pełnym słońcu. Tu warto pamiętać, że w normalnym sezonie park Timanfaya odwiedza jakieś 1,5 miliona turystów rocznie. To jeden z najchętniej odwiedzanych parków narodowych w całej Hiszpanii.

Pole lawowe
Pole lawowe

Nie jest to jakoś irytujące, po prostu tak jest, wycieczki zorganizowane mogą jechać swoimi busami, więc nie muszą czekać. Niestety przejażdżki nie można zrobić własnym samochodem. Co gorsza, busy podstawione przez park mają jeden zasadniczy mankament, mianowicie szyby są kolorowe. Niby chronią przed słońcem, trochę jak okulary, ale widoki – i zdjęcia – wychodzą nienaturalnie. Krajobraz jest przepiękny, ale te szyby dość mocno rzutują na odbiorze całości, niestety negatywnie. Przejażdżka trwa około 40-45 minut i jest tu przewodnik, który trochę opowiada o historii parku i wulkanach. Czytane są też zapiski z czasów erupcji wulkanu, wszystko po hiszpańsku, angielsku i niemiecku.

Park Narodowy Timanfaya
Park Narodowy Timanfaya

Zwiedzanie Timanfayi

Bilety oferowane można kupić zarówno do samego parku, jak i innych atrakcji Lanzarote (combo). Ta druga opcja się bardziej opłaca, gdy przyjeżdża się tu samemu i ma się samochód. Wówczas faktycznie można objechać kilka miejsc (szerszy opis tych atrakcji w ramach całej Lanzarote). Natomiast ważne jest to, że nie trzeba wszystkiego oglądać jednego dnia. Zresztą byłoby to dość trudne do wykonania.

Timanfaya to także kratery
Timanfaya to także kratery

W parku istnieje jeszcze drugie centrum na północy (Centro de Visitantes e Interpretación), gdzie znajdują się ekspozycje o wulkanach. Zaś na południu parku działa jeszcze jedna atrakcja (w miejscu Echadero de Cammellos), dodatkowo płatna – przejażdżka na wielbłądzie (Ruta de Camellos). Ilość osób zainteresowaną tą atrakcją może wybić jakikolwiek pomysł, by z niej skorzystać. Swoją drogą, z tego miejsca można też przejść się niewielki kawałek na pieszo. Dłuższa trasa, licząca 9 kilometrów, znajduje się na wybrzeżu w pobliżu El Golfo (tam jednak nie dotarliśmy z powodu remontu dróg).

W centrum dla odwiedzających znajduje się restauracja, gdzie mięso piecze się na naturalnym żarze
W centrum dla odwiedzających znajduje się restauracja, gdzie mięso piecze się na naturalnym żarze

Trekking w El Cuervo

Pomijając centrum dla odwiedzających, resztę głównej części parku Timanfaya zwiedza się z autobusu (lub samochodu dojeżdżając). Szczęśliwie na obrzeżach parku znajdują się miejsca trekkingowe. Nie są one już tak nieziemskie, jeśli chodzi o krajobraz, przypominają bardziej inne kratery wulkaniczne (choćby Wezuwiusza albo Kafli, acz tam wewnątrz było jezioro). Ale to dość dobra alternatywa, zwłaszcza jak chce się zobaczyć coś z tych wspaniałości w sposób bardziej aktywny. My wybraliśmy się na krótki trekking na wulkan El Cuervo (Volcan Del Cuervo). Przy drodze znajduje się niewielki parking, tym razem nie było jednak problemów z miejscem. Potem idzie szlak. Dojście do kaldery (Caldera de los Cuervos), zajmie może z pół godziny. Warto zabrać wodę, zwłaszcza w gorący dzień. Następnie wchodzi się do wnętrza krateru. Jest to całkiem przyjemny spacer. Podobnych miejsc trekkingowych w okolicy znajdziemy kilka.

Trekking w okolicy El Cuervo
Trekking w okolicy El Cuervo

Winiarnia w La Geria

Warto też zatrzymać się na chwilę w miejscowości La Geria, gdzie znajduje się winiarnia (Bodega La Geria). Już pomijając możliwość skosztowania trunku, jest dodatkowo płatna wycieczka oferująca możliwość obejrzenia kulis jego produkcji i piwnic. To co naprawdę zachwyca, to winnica. Krzewy są uprawiane na wulkanicznym terenie, w dołkach, często otoczonych kamieniami. Wygląda to niesamowicie i wyjątkowo. To jeden z najciekawszych i najbardziej rozpoznawalnych krajobrazów Lanzarote. Wulkaniczne gleby sprzyjają uprawie winorośli. Na terenie winiarni znajduje się sklep z winem (lokalny wyrób) oraz restauracja. Tu można skosztować także specjalność Kanarów, czyli ziemniaki ze skórkami gotowane w solonej wodzie – papas arrugadas (hiszp. pomarszczone ziemniaki).

Winnica w La Geria
Winnica w La Geria

Timanfaya: Filmy

Wulkaniczny charakter Parku Timanfaya sprawia, że to miejsce spodobało się filmowcom. Zwłaszcza jako sceneria filmów SF. Tutaj nagrywano sceny na odległej planecie w filmie „Mój własny wróg” (1985) Wolfganga Petersena. Ale też kilka scen z klasycznego filmu fantasy – „Milion lat przed naszą erą” (1966) Dona Chaffeya. Obraz ten zasłynął scenami, w których jaskiniowcy walczyli z dinozaurami. Kręcono tu także zdjęcia do odcinka „Kill the Moon” w 8 serii serialu „Doktor Who”. Na Lanzarote nagrywano odcinek „Planet of Fire” z 1984.

„Mój własny wróg” Petersena, Timanfaya udaje obcą planetę
„Mój własny wróg” Petersena, Timanfaya udaje obcą planetę
El Cuervo nie jest duży, ale można tu spokojnie pochodzić
El Cuervo nie jest duży, ale można tu spokojnie pochodzić

Do tego warto dodać jeszcze film hiszpański „Stranded” (2001), którego reżyserem jest pochodząca z Walencji María Lidón. Opowiada on historię pierwszej załogowej misji na Marsa. Timanfaya przypomina nie tylko wyobrażenie o obcej planecie, ale również samego Marsa, co wykorzystuje ESA. Ma tu teren do szkolenia astronautów. Swoją drogą, NASA na Czerwonej Planecie jeden z obszarów nazwała mianem Timanfaya.

Krater El Ceurvo
Krater El Ceurvo

W sieci można znaleźć informacje, że powstawała tu także „Planeta małp”. Jest to informacja nieprawdziwa, wynikająca w dużej mierze z pomylenia dwóch filmów. O ile w pierwszej „Planecie małp” (1968) Kanary były inspiracją dla scenografii, to całość kręcono w Stanach, blisko Wielkiego Kanionu. Natomiast „Planetę małp” (2010) Tima Burtona nagrywano wprawdzie na polach lawowych, tyle że na Hawajach.

Pole lawowe Timanfaya
Pole lawowe Timanfaya

Informacje praktyczne

Wybierając się tu, warto pamiętać o trzech rzeczach. Po pierwsze odpowiednie obuwie, po drugie zapas wody, a po trzecie ochrona przeciwsłoneczne. W tej części Lanzarote słońce praży dość mocno. Problematyczne jest stwierdzenie, ile czasu potrzeba na Timanfayę, głównie ze względu na konieczność czekania, czy to przy wjeździe, czy na autobus. Nam zajęło to jakieś cztery – pięć godzin, ale na faktyczne zwiedzanie potrzeba było może z połowę tego czasu. Do tego należy dołożyć trekking (w zależności czy się na niego zdecydujemy).

Z oceną Timanfayi mamy spory problem. To naprawdę piękne, zjawiskowe miejsce, które szkoda odpuścić będąc na Wyspach Kanaryjskich. Niestety organizacja i ilość turystów sprawiają, że to raczej masowe odhaczanie i masowa obsługa. Można trochę zobaczyć, ale wycieczka nie jest w pełni satysfakcjonująca, nawet ta na własną rękę. Z drugiej strony szkoda właśnie nie zobaczyć choć trochę. Park to jedna z tych atrakcji, którą lepiej się wspomina z czasem.

La Cuervo z góry
La Cuervo z góry

Jeśli podobał Ci się wpis, śledź nas na Facebooku.

Szlak hiszpański
TimanfayaGarajonay
Szlak filmowy
PN Timanfaya

Kolumbia: Informacje praktyczne

Kolumbia kompendium wiedzy, czyli informacje praktyczne. Kolumbię odwiedziliśmy we wrześniu-październiku 2022 roku, wtedy też weryfikowaliśmy informacje na miejscu.

Kolumbia: Informacje podstawowe

Uwagi ogólne: Kraj dość egzotyczny, o którym mało się w Polsce wie. Kolumbia kojarzy się przede wszystkim z Pablo Escobarem i kartelami narkotykowymi, czyli miejscem niebezpiecznym, oraz oczywiście kawą. Kolumbia jednak w ostatnich latach się zmieniła, skończyły się walki z partyzantami, rozbito kartele i mocno otworzono na turystykę, zwłaszcza, że jest tu niesamowita przyroda. Wciąż jest to jednak ziemia nieodkryta, acz organizuje się tu coraz więcej wycieczek zorganizowanych, jak i coraz częściej kierunek ten wybierają podróżujący na własną rękę.

Klimat: Kraj położony jest w strefie międzyzwrotnikowej w obrębie klimatu równikowego. Ze względu na ukształtowanie terenu wyróżnia się cztery piętra klimatyczne: z czego gorące to tereny położone na wysokości do 1000 m n.p.m. i obejmujące 80% kraju, kolejne to piętro umiarkowane, które obejmuje 10% powierzchni Kolumbii. Dla przykładu Cartagena de Indias to piętro gorące, zaś Bogota leży na piętrze z klimatem umiarkowanym. W większości kraju występuje pora deszczowa (maj – październik) i sucha (listopad – kwiecień), ale lepiej dokładnie sprawdzić to dla konkretnego miejsca. Szczyt sezonu to przede wszystkim grudzień – luty.

Język: Hiszpański, a właściwie jego lokalna wersja. Uwaga, różni się ona między regionami, np. w części karaibskiej była trudniejsza do zrozumienia (skracają wiele wyrazów). Angielski w obsłudze turystycznej, ale ograniczony. Popularne wycieczki są dostępne z pilotami angielskojęzycznymi i czasem w hotelach też da się porozumieć po angielsku, ale nie jest to norma. Natomiast większość ofert mniejszych biur czy obsługi hoteli wymaga znajomości hiszpańskiego.

Baza noclegowa: Zróżnicowana, dostępna często na portalach jak Booking.com, ale nie wszystkie obiekty wiedzą o jego istnieniu. Jest sporo mniejszych hoteli, których tam nie ma, więc wybór może być ograniczony (chyba że chodzimy i szukamy na miejscu). Oczywiście nie jest to problem przy miejscach turystycznych. Poziom hoteli jest różnorodny, np. w strefie kawy bez problemu można przespać się w uroczej hacjendzie, a nawet szukać noclegu na plantacji. Natomiast warto pamiętać o jednym: ciepła woda to nie jest standard w Kolumbii. W niektórych hotelach jej nie ma (jest tylko letnia albo zimna). Ważne jest to, by przed zarezerwowaniem hotelu zweryfikować dzielnice pod kątem bezpieczeństwa. Niektóre miejsca jak np. Park Tayrona oferują możliwości spania pod namiotami.

Strefa czasowa: Strefa czasowa -5 UTC. Nie zmieniają czasu na letni i zimowy, przy równiku ma to niewielki sens. Czyli względem Polski 7 godzin różnicy latem i 6 zimą.

Kolumbia: Transport

Dojazd: Najwygodniejszy oczywiście jest samolot. KLM ma połączenia z Amsterdamu z Bogotą i Cartageną, przy odpowiedniej promocji można polecieć z do jednego z tych miast, a wrócić z drugiego.

Samochody i transport: Nie jeździliśmy samodzielnie samochodem. Z tego co sprawdzaliśmy, może być wymagane międzynarodowe prawo jazdy, przede wszystkim przy wypożyczaniu samochodu. Nie używanie kierunkowskazów i robienie skrótów czy dziwnych manewrów na szosie to coś, z czym trzeba się liczyć. Drogi w Kolumbii są często płatne, a ich jakość mocno zróżnicowana. Warto pamiętać, że na drogach często zdarzają się progi zwalniające. O ile przejazd na krótkie dystanse nie jest specjalnie problemem, o tyle przy dłuższych, jak się doda jakość dróg i górzyste ukształtowanie terenu, najwygodniejszym środkiem transportu pozostaje samolot. Natomiast czytaliśmy również, że np. w Bogocie były ograniczenia w ruchu samochodowym. Co drugi dzień mogły wjeżdżać samochody z parzystą lub nieparzystą liczbą w tablicy rejestracyjnej. Ludzie najczęściej kupowali więc dwa samochody (tam dość łatwo je odpowiednio zarejestrować). Nie jesteśmy pewni, czy przepis wciąż obowiązuje.

I warto dodać, że transport lotniczy jest stosunkowo tani, działa tu kilka linii, więc jest spora konkurencja. W przelotach między głównymi miastami jest w czym wybierać. Swoje usługi oferują Avianca, LATAM, Viva, Satena (o tej linii więcej przy okazji Caño Cristales) i inne. Te wspomniane cztery testowaliśmy, bo udało nam się zakupić bilet. Próbowaliśmy też EasyFly, ale z polskimi kartami nie można było kupić biletu (nie próbowaliśmy przez pośrednika). Jeśli chodzi o bagaż podręczny, to na przelotach wewnętrznych obowiązuje zasada taka sama jak w Brazylii, czyli można zabrać ze sobą wodę.

Jeśli chodzi o autobusy, to też jest tu sporo linii i tras, to bardzo popularny sposób transportu. Bilety można kupić w kasie na dworcu. W teorii jest możliwość kupna ich online, ale znów przez stronę przewoźników nie dało się zapłacić naszymi kartami. Można używać pośredników (testowaliśmy Busbud i BookaWay). Wówczas wystarczy przed odjazdem zgłosić się w kasie wcześniej i dostać właściwy bilet. Trzeba jednak pamiętać o wspomnianej jakości dróg. W połączeniu ze sporą ilością samochodów, tworzą się tu korki, a opóźnienia autobusów mogą być całkiem spore. Działają tu także nocne połączenia, autobusy w których można spać. Acz nie są takiej jakości jak w Brazylii, czy Meksyku, niestety. Punktualność nocnych busów także nie jest ich mocną stroną. Spokojnie można liczyć na nawet kilku godzinne opóźnienie.

Uber: Działa w dużych miastach jak Bogota, Medellin, Cartagena. W sumie z tych trzech w Bogocie najdłużej się czekało, aż w ogóle ktoś odpowie. Jedna uwaga, Uber jest nielegalny w Kolumbii, więc kierowcy kombinują. Częstą opcją jest proszenie, by jeden z pasażerów jechał na przednim siedzeniu, by nie wyglądało to na usługę przewozową. Natomiast zaleca się, by korzystać z Ubera lub taksówek zamawianych telefonicznie czy przez aplikację, zamiast łapanych w mieście, z powodów bezpieczeństwa.

Kolumbia: Prawo

Wiza: Wystarczy paszport, by dostać 90 dniową wizę turystyczną. W teorii powinniśmy byli wypełnić elektroniczny formularz wjazdowy. Można go wypełnić wcześniej lub na lotnisku (jest tam QR kod z przekierowaniem). Próbowaliśmy wcześniej, ale się nie dało nic zrobić z powodu błędów na stronie. Odpuściliśmy, na miejscu nikt nie był zainteresowany, by to sprawdzać.

Innym obowiązkiem jest posiadanie biletu wyjazdowego, ale też tego nikt nie sprawdzał (może dlatego, że powinno to zrobić lotnisko wylotowe, a rezerwacja od razu była w obie strony).

Przepisy celne: Nic szczególnego.

Prawo i obyczaje: Najważniejsze są przepisy antynarkotykowe. Przemyt jest bardzo surowo karany, więc lepiej w ogóle ich unikać. Kolumbia wciąż stara się odciąć od historii z kartelami.

Dni wolne: Sobota, niedziela. Sklepy zazwyczaj czynne w niedzielę.

Drony: Formalnie należy mieć ukończony trening, oraz mieć zezwolenie urzędu na latanie. W praktyce w mniejszych, turystycznych miejscowościach nikt się tym nie przejmuje. W przypadku parków narodowych jednak tego zdecydowanie bardziej pilnują.

Vale de Cocora i Jeep Willys, Kolumbia
Vale de Cocora i Jeep Willys, Kolumbia

Bezpieczeństwo w Kolumbii

Szczepienia wymagane: Nic wymaganego, ale szczepienie przeciw żółtej febrze jest zalecane. W przypadku tropikalnych części kraju, może być wymagane przy wjeździe, zwłaszcza gdy przyjeżdżamy z krajów, gdzie febra występuje. Natomiast nie wiemy jak wygląda egzekwowanie tego, mieliśmy żółte książeczki, nikt nawet nie pytał (ale lecieliśmy z Europy).

Choroby: Oprócz febry, odnotowano tu także przypadki wirusa Zika, który groźnie jest przede wszystkim dla kobiet w ciąży. Największym zagrożeniem jest denga przenoszona przez komary, więc należy się chronić przed ukąszeniami. Warto też pamiętać o odświeżeniu standardowych szczepień, bo higiena w Kolumbii często ma zdecydowanie niższy standard niż u nas (czyli przede wszystkim szczepienia z WZW).

W niektórych rejonach wiejskich na wysokościach poniżej 1700 metrów n.p.m. występuje malaria. W zależności od gminy i departamentu ryzyko jest od wysokiego do niskiego. Malaria nie występuje natomiast w Bogocie, Medellin, ani w Cartagenie de Indias.

Bezpieczeństwo kryminalne i polityczne: To bardzo szeroki i skomplikowany temat. Polityczne zagrożenia wydają się być zażegnane. Wojna domowa się skończyła, partyzantów już nie ma. Ale mogą zdarzyć się protesty. No i czasem ciężko mówić o pełnej kontroli na terenach przygranicznych, co obecnie znaczy tyle, że mają problemy z uchodźcami z Wenezueli.

Kryminalnie zaś wygląda to podobnie jak w innych krajach Ameryki Łacińskiej, czyli znów skomplikowanie i różnorodnie. Duże miasta często mają spore fawele i inne dzielnice biedy. Jednocześnie potrafią przyciągać różnej maści ludzi, od narkomanów, po uchodźców. To jest mieszanka. Przy tym wszystkim jednak wciąż istnieją dzielnice spokojne i bezpieczne, które niekoniecznie są tożsame z centrum. Tak więc zwiedzając miasta należy zachować ostrożność (ale nie wpadać w panikę). W dzień często jest dużo policji, czasem nawet wojska, więc napady raczej się nie zdarzają, ale grasują kieszonkowcy. Istnieje takie kolumbijskie powiedzenie No dar papaya. Chodzi o to, by się nie wystawiać, by zachować ostrożność, ale też nie zwracać na siebie uwagi (np. biżuteria, kosztowny sprzęt, w tym aparaty fotograficzne, itp.).

Natomiast po zmierzchu wielu z tych miejsc lepiej unikać, bo policji już nie ma. Więc najlepiej wrócić taksówką/Uberem do hotelu. Taksówki należy zamawiać w aplikacji lub telefonicznie z powodu ryzyka porwań. Jednocześnie choćby w takim Medellin, w dzielnicach bardziej turystycznych, życie nocne ma się dobrze.

Wszystko zaś wygląda inaczej w miejscowościach bardziej turystycznych (centrum Cartageny) czy mniejszych miasteczkach typowo turystycznych (Salento), gdzie można spokojnie chodzić po centrum w późnych godzinach nocnych. Aparat na szyi w takim Salento także nie robi na nikim wrażenia. W tych mniejszych miejscowościach nauczyli się, że turystyka jest efektywniejszym sposobem wyciągania pieniędzy od przyjezdnych niż kradzież.

Podsumowując, w dużych miastach istnieją pewne ryzyka, należy bacznie obserwować sytuację wokół, nie nosić wszystkiego ze sobą i starać się nie zwracać na siebie uwagi oraz nie szukać kłopotów. W miejscach turystycznych i mniejszych miasteczkach można sobie pozwolić na dużo większą swobodę.

Natomiast warto pamiętać, że na informacje o braku bezpieczeństwa nakłada się wyobrażenie o Kolumbii, nieodzownie związane z historiami o Escobarze i kartelach. Turystów rokrocznie jest coraz więcej. Z drugiej strony dla wielu Kolumbijczyków Polska w ich wyobrażeniu jest krajem niebezpiecznym.

Bezpieczeństwo naturalne: Trzeba wziąć uwagę na pogodę, zwłaszcza na możliwe intensywne deszcze, które potrafią podmyć drogi i spowodować wiele innych szkód.

Drugi problem to komary. Na typowo turystycznych kierunkach nie ma zaleceń, by brać leki przeciw malarii, to jednak pogryzienia mogą być uciążliwe. Realne jest zagrożenie dengą i wirusem Zika. Warto więc zabezpieczyć się w preparaty przeciw owadom, ale uwaga: nie wszędzie można ich używać. Caño Cristales jest dobrym przykładem.

Kolumbia: Płacenie

Waluta: Peso (COP), oznaczane symbolem $. Dzieli się na 100 centavos. Z powodu inflacji jednak trudno znaleźć coś poniżej monety 100 peso.

Płatności kartą i bankomaty: Nie jest zbytnio rozpowszechniona. Można powiedzieć, że jest gdzieś tak w 50% infrastruktury. Czasem terminale nie działają, czasem zaś doliczają dodatkowe 5% prowizji za obsługę karty. W sieci zaś, jak wspominaliśmy przy transporcie, karty (niekolumbijskie) nie zawsze działają. Nie ma sposobów obejścia – jak PayPal. Za to bankomaty są, często jednak pobierają prowizję za wypłaty. Podobno bankomaty BBVA i Davivenda jej nie pobierają, ale te informacje niestety szybko się dezaktualizują.

Napiwki: Dobrowolne, niekonieczne. Mile widziane dla przewodników. Najczęściej się naprawdę starają, a ich podstawowe zarobki są niewysokie.

Prąd i komunikacja w Kolumbii

Internet: Korzystaliśmy z internetu w hotelach, nie było z tym problemu, a także kupiliśmy kartę SIM firmy Claro. Oczywiście zasięg był w miastach, niekoniecznie w naturze. Ale tam gdzie powinien, był dość dobry. Karty Claro można było kupić na lotnisku w Bogocie (ale już po przejściu odpraw i odbiorze bagaży, w strefie ogólnej). W miastach oferowano ją w wielu miejscach, w tym na ulicy.

Telefony: Roaming dostępny.

Telefon alarmowy: 123.

Gniazdka elektryczne: Potrzebna jest przejściówka, najczęściej gniazdka amerykańskie.

Wtyczka amerykańska

Kuchnia kolumbijska

Jedzenie wegetariańskie i lokalne specjały: Wiele zależy od miejsca, w którym się je. W miastach i miejscach turystycznych jest sporo różnych restauracji z kuchnią z innych regionów świata, a także ciekawą kuchnią kolumbijską. Jednak prawdziwa, albo raczej powszechna kuchnia kolumbijska do wykwintnych nie należy. Właściwie mogą jeść to samo na śniadanie, obiad i kolację. Ryż, fasolka, smażony platan, arepa (rodzaj bardzo suchego pieczywa z mąki kukurydzianej, pozbawionego smaku, o ile je się samodzielnie) i do tego mięso, choć zazwyczaj nie ma problemu, by zamienić je na jajko. Najczęściej są to różne wersje dania Bandeja Paisa. Kolumbijczycy nie używają przypraw, tylko soli, o pieprzu raczej nie słyszeli. Za to porcje są duże i sycące. Oni nie żałują sobie jedzenia.

Alkohol: Dostępny bez problemu. Kolumbia słynie z aguardiente (rodzaj wódki) z dodatkiem anyżu oraz z rumu, produkowanego przede wszystkim w karaibskiej części kraju. Najbardziej znane marki to „Ron Viejo de Caldas”, „Ron Tres Esquinas”, „Ron Medellín Añejo”.

Dostępność barów i restauracji: O ile w miejscach turystycznych nie ma z tym problemu, o tyle w centrum Bogoty zauważyliśmy, że wiele z nich zamyka się dość wcześnie. Już przed 18:00 mogą mieć zamkniętą kuchnię. Oczywiście przejście do części turystycznej miasta rozwiązuje ten problem.

Kulutura Kolumbii

Religia: Wygląda to dość podobnie jak w innych krajach Ameryki Łacińskiej, które odwiedziliśmy. Dominuje katolicyzm – w granicach 80-90% społeczeństwa. Jednocześnie wiara często jest bardziej żywa niż w Polsce, ale przy tym nie wyklucza oddawania się szamańskim praktykom, czy religii naturalnej. W Kolumbii zyskują za to na znaczeniu kościoły protestanckie.

Ludzie: Różni, najczęściej nieśpieszący się, ale pozytywnie nastawieni. Chętnie wdają się w dyskusję (na tyle na ile pozwala język), są zainteresowani turystami, pomocni.

Toalety: Typ europejski.

Drażliwe tematy: Pablo Escobar i kwestie narkotyków, ewentualnie wojna domowa. Warto pamiętać, że ludzie są podzieleni w ocenie tych wydarzeń czy postaci. Dla jednych Escobar to przestępca, inni doceniają jego wkład dla lokalnej społeczności, jeszcze inni widzą, że można na nim zarobić – popularne są na przykład T-shirty z wizerunkiem barona narkotykowego

Turystyczny niezbędnik

Oznaczenia i drogowskazy: Bywa różnie, prawdę mówiąc w zależności od okręgu. Niektóre atrakcje dość dobrze oznaczone, inne słabo. I to faktycznie jest bardziej w gestii władz lokalnych, niż popularności atrakcji.

Informacja turystyczna i mapy: Dość średnio i słabo. Prawdę mówiąc najwięcej pomagają tu agencje turystyczne i hotele. Kolumbia ma jeszcze sporo do nadrobienia w tej materii.

Gdzie szukać informacji: Oficjalna strona to colombia.travel.

Jeśli podobał Ci się wpis, śledź nas na Facebooku.

Szlak kolumbijski
Praktycznie

U styku filmu i podróży