Meknes

Jeszcze jedna z dawnych stolic Maroka i jednocześnie kolejny zabytek na liście UNESCO. Znów głównie dzięki medynie. Dziś już trochę zapomniane. Położone dokładnie gdzieś między Rabatem a Fezem idealnie nadaje się jako miejsce krótkiego odpoczynku Przed dalszą trasą.

Jedna z bram

To co najbardziej charakterystyczne i zapadające w Meknesie, to bramy do medyny. I właściwie na tym można skończyć. Prezentują się bardzo ładnie. Niektóre z nich, jak choćby Bab el-Mansour (Bab Mansour, Brama Mansura) uchodzą za symbol tego kraju. Owszem jest wiele podobnych bram, ta należy do jednej z najbardziej typowych. Jest duża i robi wrażenie.

Bab el-Mansour

Dość ciekawym miejscem są też pozostałości dawnego zamku. Znajdują się tu zarówno ogrody, jak i kilka innych budowli, w tym więzienie dla chrześcijan. Nazwa brzmi strasznie, ale na szczęście jest tylko historyczna. Kiedyś przetrzymywano tu porwanych niewolników chrześcijańskich, zanim zostali sprzedani. Obecnie można zwiedzać ten budynek. Niestety podczas ramadanu może być z tym problem.

Meknes

Jak w wielu innych miastach Maroka, tak i tu znajduje się pałac królewski. W końcu to jedna z czterech cesarskich stolic. Podobnie jak w innych miejscach, tak i tu można co najwyżej podejść do bramy wejściowej do pałacu i zrobić sobie zdjęcie. Za to bez większych problemów da się zajrzeć do części ogrodów królewskich, gdzie znajduje się między innymi pole golfowe.

Mury blisko pałacu królewskiego

Reszta zaś cóż, nie wyróżnia się na tle Maroka. Przybywa tu wielu turystów, przejazdem, ale to dokładnie kolejny suk z wielu. Historycznie bardzo istotna, dlatego trafiła na listę UNESCO, ale dziś niekoniecznie. Zresztą widać, że miasto najlepszy okres ma już za sobą. Grunt, że jest tu spokojnie, a turyści raczej nie są nagabywani.

Meknes ciut dalej od centrum
Szlak marokański
Essaouira Meknes Ajt Bin Haddu
Share Button

Jak wygląda tanzańskie safari?

Zanim zajmiemy się przeglądem parków narodowych w Tanzanii (przynajmniej tych, które odwiedziliśmy), warto przyjrzeć się samemu safari. Co to jest, to chyba mniej więcej każdy wie, ale z czym to się już dokładnie je, niekoniecznie.

Lotnisko w Arushy

Samo słowo safari to w języku suahili znaczy tyle co podróż. Nam kojarzy się przede wszystkim ze zwiedzaniem sawanny i lasów równikowych i szukaniem tam zwierząt.

Lotnisko w Arushy

Sposobów podróżowania jest kilka, choć nie we wszystkich parkach dozwolony jest każdy. Najpopularniejszy to tak zwany game drive, czyli oglądanie przyrody z samochodu. Najczęściej są to pojazdy 4×4 z przewodnikiem-kierowcą, który jest wyposażony w CB Radio i który dość dobrze zna teren. O ile znalezienie jakiś zwierząt najczęściej nie stanowi problemu, o tyle te rzadsze stanowią większą atrakcję, więc przewodnicy starają się na bieżąco wymieniać informacjami jak coś zobaczą. Standardowo też mijające samochody zatrzymują się, a kierowcy wymieniają między sobą kilka zdań, informując gdzie co wypatrzyli. Turyści zaś siedzą sobie w samochodzie (lub stoją, bo dach najczęściej się podnosi) i mogą oglądać czy robić zdjęcia. Większość samochodów przewozi zaledwie kilka osób, najczęściej dwie, większe do sześciu. Takie zwiedzanie jest zorganizowane dla małej grupy, wtedy każdy ma czas by zobaczyć to co chciał. Oczywiście na ile pozwoli szczęście w znajdywaniu zwierząt. Czasem zdarzają się większe busiki czy ciężarówki z dużą grupą turystów. Tam niestety safari nie jest już tak spersonalizowane.

Okolice Arushy

Samochody nie powinny wyjeżdżać poza ustalone drogi, choć oczywiście istnieje możliwość zakupienia pakietu off-road, ale nie jest to ani tanie, ani takie proste. Wyjeżdżanie poza drogę jest karalne, więc przewodnicy najczęściej boją się tego robić. Oczywiście z wyjątkami takimi jak omijanie innych samochodów czy jakiegoś błota, ale wtedy i tak trzymają się blisko drogi. W bardzo rzadkich przypadkach przewodnicy potrafią się dogadać i zjechać z drogi, oczywiście pod warunkiem, że robią to wszyscy solidarnie z okolicy.

Nocleg pod namiotami w budżetowym safari

Inny sposób zwiedzania to tak zwane walking safari, czyli chodzące. Nie jest możliwe we wszystkich parkach, w dodatku również nie pójdziemy gdzie chcemy. Ścieżki może nie są wydeptane, ale są ustalone. Najczęściej turystom towarzyszą wtedy rangerzy z bronią tak na wszelki wypadek, choć w większości przypadków są to tereny, gdzie zazwyczaj nie ma niebezpiecznych zwierząt. Pewną formą tego safari jest też podglądanie ptaków.

Nocleg w lodge (Mikumi)

W Seolus Game Reserve jest możliwość płynięcia łodzią i oglądania przyrody z wody.

Serengeti

Najdroższą formą zwiedzania sawanny jest samolot lub balon. Na Serengeti trzygodzinny lot balonem to minimum 500 USD od osoby. Można też przelecieć się awionetką, te jednak najczęściej są wykorzystywane nie tylko do oglądania przyrody, ale też jako środek transportu, np. z Zanzibaru. Małe lotniska znajdują się w kilku parkach.

Płachta na muchy tse-tse w Tarangire (jak jest tam dużo much to są one wywożone daleko)

Najczęstsza forma to jednak game drive, w końcu do parku trzeba dojechać. Tu są dwa podstawowe rodzaje usług, co jest związane z kosztami i sposobem spania. W niektórych przypadkach, np. na Serengeti, śpi się w rezerwacie. Albo są to lodge’e, czyli najczęściej małe domki z łóżkiem, prysznicem, czasem nawet telewizorem. Oczywiście tu też jest zróżnicowany standard i koszty. Przy takim wyborze zazwyczaj podróżuje się tylko z kierowcą-przewodnikiem, no i jest możliwość wyboru obiadu z menu. Alternatywą są tak zwane budget safari. Wtedy organizator poza samochodem dostarcza też namioty, śpiwory, zapasy jedzenia oraz kucharza. Kucharz najczęściej zostaje w obozie i przygotowuje wszystko, zaś w tym czasie w dzień jeździ się z przewodnikiem. Ubikacje i toalety są publiczne. W Tanzanii najczęściej jest tam czysto, starają się to sprzątać, ale przy większych campingach może być brudno ze względu na dużą liczbę osób używających.

Słonie w Tarangire

Większość północnych safari, czyli przede wszystkim Serengeti, Ngorongoro, Tarangire, jezioro Manyara i tak dalej rozpoczyna się w okolicach Arushy. Do Arushy można dotrzeć albo za pomocą autobusu z Dar Es Salaam (jeżdżą z dworca Ubungo). Podróżowanie autobusami może być ciężkie, zwłaszcza ze względu na znikome oznaczenia na dworcu Ubungo w Dar Es Salaam. Przejazd trwa prawie cały dzień. Alternatywą są tanie linie samolotowe jak Precision Air czy Fast Jet. Z odpowiednim wyprzedzeniem bez problemu można znaleźć bilet za mniej niż 40 USD. Przelot trwa około 1,5 godziny.

Lwy na drodze w Ngorongoro

Lotnisko w Arushy wygląda jak takie modelowe, filmowe afrykańskie lotnisko. Jest płyta, są samoloty, budynki zaś są minimalne, do tego stopnia, że czeka się na samoloty siedząc na świeżym powietrzu pod daszkiem. Proces pakowania i rozdawania bagaży jest ręczny. Po wylądowaniu ktoś przyciąga wózek z bagażami, a następnie są one wyjmowane i rozdawane. Podobnie wygląda podróż autobusem i obsługa na dworcach, ale lotnisko jest zdecydowanie bardziej ułożone.

Gnu w Ngorongoro

Szukanie safari w Arushy jak najbardziej jest możliwe, ale niekoniecznie wychodzi to taniej. Bez problemu znajdziemy naganiaczy, którzy zaprowadzą nas do znajomych, podobnie jest w hotelach. Natomiast ciężko znaleźć miejsce, gdzie można by spokojnie przejść od organizatora do organizatora i porównać oferty cenowo. To już można spokojnie załatwić przed wyjazdem używając strony https://www.safaribookings.com/. Ceny tam podawane są raczej orientacyjne i mogą się zmienić. Można je także przez Internet negocjować. Zaleta ustawienia sobie wcześniej safari jest też taka, że przedstawiciele organizatora odbiorą nas na lotnisku/dworcu, a także są nas w stanie tam odstawić, a przede wszystkim czasowo dograć się do naszych możliwości. To pozwala także na samodzielne ułożenie programu.

Podmokłe Serengeti

Nie tylko Arusha jest dobrą bazą wypadową na północy. Drugie lotnisko turystyczne znajduje się w Moshi. Stamtąd bliżej jest na Kilimanjaro, ale dalej do zachodnich parków narodowych. Z Dar Es Salaam zaś najpopularniejsze kierunku to Mikumi i Selous.

Serengeti

Niestety należy pamiętać o tym, że safari w Tanzanii to raczej droga impreza. W wersji budżetowej i tak trzeba się liczyć z kwotą rzędu 150-200 USD za dzień od osoby. Lepszy standard to często 300 USD i więcej. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie. Pierwsza to chęć ograniczenia wstępu do parków narodowych. Rząd ustawił ceny trochę zaporowe. Druga sprawa to popyt. Przyjeżdża dużo turystów amerykańskich, którzy mają znacznie lepsze zaplecze finansowe i to często pod nich ustawiony jest rynek. Choćby sklepy z pamiątkami i rękodziełami Masajów mają ceny astronomiczne w porównaniu z oczekiwaniami finansowymi samych  Masajów. Trzeba też pamiętać, że ceny można negocjować. Im dłuższa wyprawa i im więcej osób jedzie, tym łatwiej wywalczyć zniżkę.

Obóz w Serengeti z termitierą, góralką (w tle) i mangustką.

Kwoty orientacyjne podane przez nas zawierają wliczone inne koszty, jak choćby napiwek. Ten może być sprawą sporną, także ze względu na Amerykanów. Organizator naszego safari powiedział, że kucharzowi należy dać 7-10 USD za dzień od samochodu, a przewodnikowi 10-15 USD. Sam przewodnik zaś sugerował, że kucharzowi należy się 15 USD, a jemu 25 USD. Tu znów trudno się dziwić takim oczekiwaniom, skoro na Serengeti Amerykanie potrafią dać 10 USD napiwku osobie sprzątającej toalety (widzieliśmy coś takiego). Z drugiej strony takie 40 USD za dzień dość mocno podwyższa koszt wyjazdu, więc trzeba to samemu wypośrodkować.

Małpy w parku jeziora Manyara

Kolejna rzecz to fakt, że na safari bardzo często obiecują możliwość zobaczenia wielkiej piątki. Wielka piątka Afryki (Big Five of Africa) to pięć dużych zwierząt afrykańskich uchodzących za symbol. Czasem określane są mianem najrzadszych, a czasem mianem najgroźniejszych. Nazwa jednak pochodzi od polowań. Te zwierzęta uchodzą za najtrudniejsze do upolowania, gdy się poluje chodząc. Owszem również mogą być niebezpieczne, niejednokrotnie są, ale warto pamiętać, że najniebezpieczniejsze istoty w Afryce to komary i muchy tze-tze. Do wielkiej piątki zalicza się słonia afrykańskiego, bawoła afrykańskiego, lamparta, lwa i nosorożca czarnego. Bawoły i lwy występują w miarę często w większości parków. Populacja słoni jest ograniczona do kilku miejsc. Lamparta udało się nam zobaczyć tylko na Serengeti. Nosorożce są dość mocno przetrzebione. Występują na Ngorongoro i w Serengeti, ale nie widziano ich podczas naszego pobytu. Gwarancje zobaczenia wielkiej piątki, w szczególności lamparta i nosorożca zazwyczaj są składane trochę na wyrost. Organizatorzy się zarzekają, że to się uda, przewodnicy już pierwszego dnia potrafią popatrzeć na nas z politowaniem i powiedzieć, że gwarancji nie ma.

Słonie w parku jeziora Manyara

Istnieje jeszcze coś takiego jak small five lub little five. Tę jeszcze trudniej znaleźć. To mniejsze zwierzęta, które w jakiś sposób nawiązują do wielkiej piątki. Jest to mrówkolew, żółw lamparci, sorkonos (angielska nazwa to elephant shrew), bawolik czerwonodzioby oraz jeden z rohatyńców (zwany po angielsku rhino beetle). Znalezienie jej w całości jest prawdopodobnie jeszcze trudniejsze, więc jest to traktowane bardziej jako ciekawostka.

Szlak tanzański
Jezioro Malawi (Niasa) Tanzańskie safari
Serengeti
Share Button

Essaouira i „Gra o tron”

Al-Sawira lub Essaouira, a jeszcze wcześniej Mogador, w zależności, kto którą nazwę preferuje, to dość malownicze miejsce, rozsławione ostatnio „Grą o tron”. Tu właśnie kręcono część zdjęć z Daenerys, które odbywają się w Astaporze. Pozostałe sceny kręcono w Warzazat.

Fragmenty budowli wykorzystanych w Grze o tron

W Essaouirze Astapor widzimy głównie od strony oceanu. Częściowo na murach, po których spacerują Deanerys z Jorahem. Tam widzieli ukrzyżowanych niewolników. Niestety akurat podczas naszej wizyty mury były niedostępne dla zwiedzających, gdyż poddawano je renowacji. Normalnie stanowią dodatkową atrakcję, z której można spoglądać tak na ocean jak i na medynę.

Widok z muru na ocean

Kręcono tu także część scen z handlarzem niewolników, panem Kraznysem, tym który miał na sprzedaż Nieskalanych. Niestety znajdują się one w części bezpośrednio związanej z wejściem na mur, więc odbiliśmy się od niej.

Mury
Przy murach miejskich kręcono wnętrza Astapor

Pewną namiastką jest mur przy samym porcie nad bramą Porte de la Marine, która wprowadza nas w medynę. Tu dało się wejść (za drobną opłatą). Zbudowany jest w podobny sposób, ale nie było go już w filmie, przynajmniej z góry. Stanowił za to tło. Między medyną a portem jest pewien placyk, gdzie zbudowano scenę przedstawiającą port Astapor. Tu doszło do próby zamachu na Deanerys i tu objawił się sir Barristan Selmy. Tym razem dało się tu wejść, ale przebudowa trwała, więc nie wygląda to w żaden sposób filmowo. Niestety takie czasem są uroki zwiedzania żywych lokacji, nie zawsze można dotrzeć do informacji o trwających remontach, nie mówiąc już o planowanych.

Aktualnie remontowana część, gdzie kręcili fragmenty targu niewolników

Gdzie twórcy „Gry o tron” znaleźli to miejsce? Możliwe, że w innym hollywoodzkim hicie, kręconym w Maroko. Mowa oczywiście o „Królestwie niebieskim” Ridleya Scotta. Zwłaszcza, że serial wykorzystuje prawie te same miejsca, z tym, że ustawienie kamery jest już inne. U Scotta była to zarówno Mesyna (Włochy) skąd wypływali Krzyżowcy, jak i wąskie uliczki Jerozolimy czasów Baldwina (Izrael).

Mury miejskie

Sama Al-Sawira znajduje się na liście UNESCO, ze względu na unikalną medynę. Nie chodzi tylko o mur i morze, ale podobnie jak w Marrakeszu kulturę niematerialną, czyli w tym wypadku muzykę uzdrowicieli Gnaoua. Podobnie jak w Marrakeszu, tak i tu, w ramadan nie dało się nic takiego usłyszeć. Miejscowość znajduje się w miarę blisko Agadiru, skąd przybywają tu prawie codziennie wycieczki. Nie na długo, ale zwłaszcza przy wejściu tłum ludzi jest prawie cały czas. Chodzenie po medynie nawet w upalny dzień jest bardzo przyjemne, ze względu na świeżą, oceaniczną bryzę.

Medyna
Medyna

Nas jednak najbardziej zainteresował port. Z jednej strony widzieliśmy łodzie, wszystkie ładnie pomalowane na niebiesko, w podobny wzór. Z drugiej targ rybny, gdzie rybacy sprzedawali to, co złowili. Z murenami, krabami, rekinami i masą ryb na czele. Część z nich pakują w lód i wysyłają dalej, część zaś jest kupowana na miejscu. Wszędzie zaś kręcą się koty i latają mewy liczące na to, że coś im spadnie. To bardzo interesujące i klimatyczne miejsce, a co najważniejsze nie turystyczne. Nawet części osób nie podobało się chodzenie tu z aparatem, zwłaszcza, że byliśmy tu jedynymi turystami. Odległość od medyny jest bardzo niewielka, więc szkoda sobie ten port odpuścić, zwłaszcza gdy tętnił życiem.

Port z charakterystycznymi niebieskimi łodziami
Targ rybny ze świeżymi produktami
Szlak marokański
Góry Atlas Essaouira Meknes
Szlak filmowy
Pustynia Erg Chebbi, Merzouga i Erfud Essaouira i „Gra o tron” Ajt Bin Haddu, czyli James Bond spotyka Maximusa
Share Button

Góry Atlas

Maroko ma bardzo zróżnicowany krajobraz. Są plaże, są pustynie, ale są też góry, w dodatku takie, na których da się zimą pojeździć na nartach, bo jest śnieg.

Pasące się krowy

Atlas dzieli się na kilka pasm. Za Tangerem rozpościerają się góry Rif. Na południe od Fezu Atlas Średni, jeszcze dalej Atlas Wysoki i Antyatlas. My przede wszystkim przedzieraliśmy się przez Atlas Średni i częściowo też Wysoki.

Chaty pasterzy

Pierwsza przeprawa to droga z Fezu do Warzazatu. Całkiem przyjemna, jechaliśmy głównie krajowymi drogami N, więc ich stan był bardzo dobry. Trasa okazała się dużo łatwiejsza niż się spodziewaliśmy. Malownicza i różnorodna. Okolice Irfane bardzo mocno przypominały polskie Sudety. Dalej mijaliśmy zielone stepy pełne pasterzy z  trzodami. Dopiero koło Al-Raszidijji (Errachidia) widzieliśmy bardzo wyraźnie formacje skalne, no i oazy, gdzie rosły daktyle. To doliny rzek Dades i Draa, tej okolicy poświęcimy osobny wpis.

Druga przeprawa przez Atlas była jeszcze ciekawsza. Droga z Warzazatu do kaskad Ouzoud już nie prowadziła drogami N, a R. Te znajdowały się w dużo gorszym stanie. Podróż nimi była trochę ekstremalna. Nie zawsze miały nawierzchnię, czasem jedynie utwardzoną ziemię. Czasem nawierzchnia była uszkodzona przez częste tutaj osuwiska skalne. Nie zawsze było miejsce, by minąć samochód z na przeciwka. No i nie zawsze były barierki, które dawałyby złudne poczucie bezpieczeństwa nad przepaścią. Właściwie ich brak tutaj zdaje się być przemyślany. Prawda jest taka, że jak samochód wypadnie z drogi, mała szansa, że barierka go zatrzyma. Raczej zostanie staranowana i będzie trzeba ją naprawiać, więc jest całkowicie zbędna.

Owce i kozy poza trasą

Trasa ta jest nie tylko ekscytująca ze względu na góry, ale też ludność tu mieszkającą. To Maroko nieturystyczne, a osady są oddalone od wielkich miast. To spokojna wieś. Budynki są zaś bardzo ciekawie usytuowane, tak by gdy przyjdą deszcze, przetrwały podtopienia.

Kozy na trasie

To też jedna z nielicznych części Maroko, gdzie na drogach nie ma patroli policyjnych. W teorii można tu przekraczać prędkość, ale nawet ta dozwolona często nie jest maksymalną osiągalną. Drogi są w takim stanie, że lepiej jechać wolniej. A fakt braku policji powoduje, że pasterze nie przejmują się zbytnio i ich zwierzęta potrafią zająć drogę. Coś, co było dość powszechne w Jordanii, a wydawać by się mogło nie do pomyślenia w innej części Maroka.

Lokalny transport

O ile przejazd na trasie Fez – Warzazat był przyjemny i ciekawy, o tyle właśnie ta krótsza trasa Warzazat – Ouzoud dostarczyła nam zdecydowanie więcej wrażeń. Po takiej jeździe można wyjść z samochodu i odetchnąć. Ale trzeba pamiętać, że jeśli cokolwiek stanie się tam z samochodem, to możemy utknąć na dość długo, zwłaszcza, że nie zawsze jest tam zasięg telefonii komórkowej. No i sam ruch jest raczej znikomy. W razie awarii znikąd pomocy. Wybierając się w te strony, warto rozważyć wynajęcie auta 4×4 lub SUV, a nie najtańszego kompaktu, właśnie ze względu na możliwość uszkodzenia zawieszenia lub kół.

 

Szlak marokański
Fez Góry Atlas Essouira
Share Button

Wezuwiusz

To jeden z dwóch najbardziej znanych włoskich wulkanów. Uchodzi za ten groźniejszy, gdyż jest uśpiony. Etna jest aktywna prawie cały czas, ale jej erupcje nie są gwałtowne. Wezuwiusz zaś wygląda na spokojną górę, ale jak już się obudzi, to nikt nie wie, jakie szkody może wyrządzić. W historii już zniszczył choćby Pompeje czy Herkulanum.

Wezuwiusz

Wezuwiusz to też doskonała atrakcja turystyczna. Przybywa tu bardzo wiele osób i co ważniejsze, jest to w miarę bezpieczne. Dziś dzięki nowoczesnym technikom jesteśmy w stanie przewidzieć większość potencjalnych erupcji z niewielkim wyprzedzeniem. Wystarczy jednak, by zamknąć ruch turystyczny.

Krater

Na Wezuwiusz najłatwiej dostać się z Neapolu koleją Circumvesuviana kierując się na Sorrento. Trzeba wysiąść na stacji Ercolano. Stamtąd wiedzie prosta droga do Herkulanum, ale tym razem nie to jest nasz cel. Tuż przy stacji znajduje się mały kiosk, gdzie sprzedawane są bilety na Express Vesuvio. Kursuje tu kilka autobusów i busików, które spod dworca zawożą nas pod szczyt krateru. Koszt to około 20 euro. W zamian poza dowozem w obie strony mamy też bilet wstępu oraz mniej więcej półtorej godziny czasu na górze. Czy to dużo, czy mało? Zależy. Standardowe wejście to krótki, nie wymagający tężyzny fizycznej spacerek. Można podziwiać tak krater wulkanu jak i widoki z góry na Zatokę Neapolitańską i całą metropolię. Wtedy czasu jest aż nadto. Jednak oczywiście za dodatkową opłatą, można też się wybrać na wycieczkę nad wysoką krawędzią. Tam liczba turystów jest już ograniczona, kosztuje to więcej, a przede wszystkim zajmuje czas. Jak ktoś chce, to za niewielkie pieniądze można też zwiedzać z przewodnikiem. My sobie odpuściliśmy przewodnika.

Krater (zarośnięty zielenią)

My wybraliśmy wersję krótszą. Zależało nam bardziej na tym, by zobaczyć sam wulkan i widok z góry. Wezuwiusz nie jest bardzo wysoki, ma 1281 m nad poziomem morza. W porównaniu z Etną jest naprawdę dość dostępnym miejscem. Ostatni wybuch miał miejsce w 1944 roku. Widać to po samym kraterze, wewnątrz którego rosną nawet drzewka. Czasem da się wyczuć siarkę albo zobaczyć niewielkie kłęby dymu. Przypominają one bardziej dym dogasającego ogniska, niż wydobywający się z wulkanu.

Urządzenie monitorujące aktywność

Z góry widać też zastygłe rzeki lawy. To bardzo interesujące jak przyroda zajmuje te miejsca.

ścieżka
ścieżka

Ze względu na wysokość warto zabrać ze sobą coś ciepłego do nakrycia. Wiatr może być nieprzyjemny.

Zaschnięta rzeka lawy

Przed wyprawą na Wezuwiusza warto sobie trochę poczytać o wulkanach. To może być bardzo pouczająca wycieczka. Jeśli jednak to pierwszy odwiedzany wulkan, to mimo wszystko warto zastanowić się nad przewodnikiem. Zwłaszcza, że jest to miejsce stosunkowo dostępne, bezpieczne i w miarę tanie.

Widok na zatokę neapolitańską

Na koniec jeszcze jedna informacja praktyczna. Dość łatwo zaplanować wycieczkę na Wezuwiusz, ale może się okazać, że z powodu złych warunków atmosferycznych autobusy nie będą kursować.  Również czas przejazdu bywa zmienny. Jest uzależniony od liczby autobusów. Uliczki są dość wąskie, więc gdy pojawiają się zagraniczne autokary z turystami, czasem dochodzi do przestojów. Lokalni kierowcy są raczej doświadczeni, inni mają problemy, więc niechcący potrafią zablokować płynność ruchu. Więc wybierając się na Wezuwiusza warto mieć w zapasie czas oraz ewentualną alternatywę.

Szlak włoski
Caserta Wezuwiusz Herkulanum
Share Button

Fez

Jedna z dawnych stolic Maroka, dziś najbardziej słynie z garbarni skór Chouwara, która jest wizytówką miasta. Poza nią Fez (arab. فاس) to przede wszystkim medyna, bardzo rozległa i kręta, przez to unikalna w Maroko.

Garbarnia Chouwara

Sama medyna jest na tyle duża, że podzielona jest na dwie różniące się części. Pierwsza, zachodnia, jest turystyczna. Jest kolorowa, więcej tam się sprzedaje, bardziej tłoczna, ale przede wszystkim tłumnie zwiedzana. To jedno z tych miejsc na świecie, gdzie część turystyczna bardziej nam się podobała niż znajdująca się obok lokalna. Oczywiście nie jest tak, że w tej zachodniej części sprzedaje się tylko przedmioty pod turystów. Tu jest wszystko: są ubrania, jest mięso (rzeźnik), jedzenie, warsztaty rzemieślnicze. Wszystko można oglądać. Nawet w ramadan bez problemu znajdzie się tu restaurację, gdzie w dzień podadzą jedzenie, niezależnie od godziny. Jednak najważniejszy jest tu klimat. Byliśmy w Fezie w okresie niesprzyjającym turystom: raz ramadan, dwa ludzie boją się przyjeżdżać. To powoduje, że w miejscach turystycznych panuje presja, by jednak złapać kogoś z zachodu i na nim zarobić. W tej części miasta mieliśmy wiele incydentów, gdy przewodnik lub handlarz oferował swoje usługi. Ale zwykłe „dziękuję” najczęściej wystarczyło. Czasem zamienienie zdania lub dwóch i można było pójść samemu. Tu jeszcze przybywają inni turyści, więc lepiej spróbować szczęścia z kimś innym, niż tracić siły nadaremno.

Garbarnia Chouwara

Druga część medyny, wschodnia niestety wygląda inaczej. Przede wszystkim tam  dociera więcej turystów, a ze względu na garbarnię to wciąż część, która chce żyć z pieniędzy gości. Jednak poza garbarniami i sklepami wokół nich, właściwie nie ma tu wiele do oglądania. Są islamskie zabytki, z uniwersytetem i medresami na czele, ale wstęp najczęściej tylko dla muzułmanów. Efekt jest taki, że w okresie, w którym przybyliśmy, zwiedzanie tej części było bardzo nieprzyjemne. Przewodnicy przyczepiają się i ciężko jest się ich pozbyć. Najłatwiej, gdy dwóch potrafi pokłócić się o potencjalne zyski. Zresztą w tej części widać też mniej służb mundurowych. Niestety w tej części zaczepiający nas ludzie byli dość natarczywi, natrętni i nieustępliwi, a co gorsza roszczeniowi. To dość mocno uprzykrza zwiedzanie tej części Fezu.

uliczki medyny

Sama garbarnia robi bardzo interesujące wrażenie. Wchodzimy do niej zazwyczaj przez któryś ze sklepów. Mają one tarasy widokowe. Oczywiście przewodnicy mają swoje zaufane sklepy z których jest „najlepszy” widok. W niektórych z nich można dostać liść mięty lub coś innego, co zabije zapach, zanim wyjdzie się na taras. Stamtąd można podziwiać kadzie i poczuć garbarnię. To przede wszystkim amoniak, da się wytrzymać. Ciekawie zaś obserwuje się ludzi pracujących w pocie czoła i jednocześnie potrafiących wejść do tych kadzi.

Słynny zegar hydrauliczny (nie działa już)

My zaczęliśmy zwiedzanie medyny od garbarni, a potem przeszliśmy na zachód. To faktycznie pozwoliło odpocząć od zaczepiających. Warto dodać, że są dwa rodzaje przewodników w Fezie. Pierwsi to licencjonowani. Można ich znaleźć przy zachodnich wejściach, ale też bez problemu zamówić przez hotel czy riad. Za nich ktoś ponosi odpowiedzialność. Reszta to samozwańcy, którzy raz liczą na pieniądze, dwa ciągną nas do sklepów. Oczywiście licencjonowani robią to samo, ale tam przynajmniej wiadomo, jak to działa. Ci samozwańcy czasem udają przyjaciół, lub mówią o chęci szlifowania języka, ale  oczywiście oczekują zapłaty, choć niższej niż licencjonowani przewodnicy . Uliczki w medynie są na tyle wąskie i kręte, że dość łatwo się jest tam zgubić. Nie ma dokładnych mapek, tylko dość ogólne. Jest tam za to kilka punktów, które można zobaczyć po drodze, więc dla większości osób wybór przewodnika jest dobrym rozwiązaniem. My poradziliśmy sobie bez, tłumacząc nawet jednemu, że nie chcemy go powołując się na jedną z legend o Fezie. Podobno zgubienie się w medynie, a następnie odnalezienie się przynosi szczęście. Zadziałało, choć samo zgubienie nie wyszło. Główne ulice są oznaczone, są też wskazywane kierunki. Znaki znajdują się ponad głowami, ale jak już jeden się wypatrzy, resztę znaleźć jest dużo łatwiej znaleźć.

Medyna

W samej medynie znajduje się między innymi uniwersytet islamski, oraz medresy, czyli szkoły koraniczne. Jedną z nich można zobaczyć od środka (tylko dziedziniec). Medresa Bou Inania znajduje się już we zachodniej części medyny. Na jej zewnętrznej fasadzie znajduje się resztka dawnego zegara hydraulicznego, który wskazywał tu czas. Jednak, gdy się zepsuł, nikt nie potrafił go potem naprawić, dziś pozostały tylko resztki. No i jak to ma miejsce w całym Maroku, do medyn prowadzą bardzo ładnie zdobione bramy. Najbardziej znana z nich to Bab Bou Jeloud, pod którą pojawia się masa wycieczek. To część Fezu, która tętni życiem, nawet w okresie mniej turystycznym. Cały obszar medyny znajduje się na liście UNESCO.

Na medynie

Poza medyną w Fezie znajduje się kolejny pałac królewski, który można oglądać z zewnątrz. Przy nim znajduje się też dawna dzielnica żydowska, tak zwana mellah. To nazwa z arabskiego oznaczająca sól, którą handlowali żydzi. Po nich pozostała trochę inna zabudowa, oraz dużo sklepów z biżuterią i nie tylko. Pałac i dzielnica znajdują się na zachód od medyny, to miejsca tłumnie odwiedzane przez turystów, więc zwiedza się je bardzo spokojnie. W Fezie jest też dzielnica andaluzyjska.

Medyna

Fez pewnie odebralibyśmy inaczej, gdyby nie nastawienie niektórych ludzi i traktowanie nas jak chodzące bankomaty, pełne euro. Niestety spaliśmy blisko wschodniej części medyny, więc potęgowało to uczucie dyskomfortu. Problem zaś polega na tym, że przy takiej liczbie zaczepiających, łatwo jest odrzucić prawdziwą pomoc, nawet osoby z naszego riadu, która na nas czekała. Ale niestety nie jesteśmy w stanie (ani chętni!) dać każdemu 20 euro za wskazanie drogi. W przypadku nocowania w medynie lub tuż przy niej chyba najlepiej jest zadzwonić do swojego riadu (do hoteli łatwiej dotrzeć), powiedzieć gdzie się jest i poprosić o pomoc w dotarciu. Najczęściej zrobią to bardzo chętnie i jeszcze podpowiedzą wiele rzeczy.

Brama Bab Bu Dżelud
Pałac królewski
Szlak marokański
Pustynia Erg Chebbi, Merzouga i Erfud Fez Góry Atlas
Share Button

Portugalia praktycznie

Informacje praktyczne nt. Portugalii. Zweryfikowane w styczniu 2017.

Dojazd: Ze względu na odległość najwygodniejszy jest samolot. Od niedawna zaczęły latać tam Ryanair i Wizzair z kilku miast Polski.

Wiza: Strefa Schengen, niepotrzebna.

Baza noclegowa: Różny standard. Część Portugalii jest nastawiona na ruch turystyczny, wczasowo wypoczynkowy (np. Madera). Lizbona czy Porto natomiast są dość mocno oblegane, będąc atrakcją turystyczną, co niestety odbija się w średniej cenie hoteli. W Fatimie zaś mamy do wyboru także domy pielgrzyma.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic szczególnego.

Waluta: Euro.

Płatności kartą i bankomaty: O ile płatności kartą są bardzo popularne i dostępne w wielu miejscach, tylko nieliczne wymagają płatności gotówkowych, o tyle pojawia się czasem problem z VISĄ czy MasterCardem (i rzadszymi standardami). Portugalia ma swój własny system płatniczy i część terminali, zwłaszcza starszych, nie akceptuje VISY/MasterCarda. Wtedy zostaje tylko gotówka. Takim miejscem, gdzie było to uciążliwe to stacje autobusowe Rede Expressos.

Bankomaty za to na szczęście działają normalnie. Są też bardziej rozbudowane urządzenia, pełniące rolę placówek i e-banku. Czasem czekanie przy takim w kolejce może się dłużyć, bo ludzie załatwiają tu przelewy i nie tylko. Bankomaty na szczęście nie mają problemów z VISĄ czy MasterCardem.

Napiwki: W Portugalii nie ma takiego zwyczaju. Obsługa normalnie wliczona w cenę, ale nie jako dodatkowa pozycja. Więc nikt nie czeka na napiwek, Portugalczycy również nic nie zostawiają. Choć turystom czasem się zdarza.

Internet: Wifi jest dostępne, można nawet łączyć się z autobusów Rede Expressos.

Telefony: UE, roaming działa normalnie.

Język: Portugalski, oczywiście przy obsłudze ruchu turystycznego angielski.

Gniazdka elektryczne: Normalnie jak w Polsce.

Samochody i transport: Autostrady są płatne, podobnie jak przejazdy przez duże mosty. Natomiast nie ma żadnych ograniczeń i trudności w poruszaniu się samochodem.

Między Lizboną a Porto kursują linie lotnicze, pociągi i autobusy. Dość dobrze jest rozwinięta sieć tych ostatnich w Portugalii kontynentalnej. Bilety można kupić na stronie www.rede-expressos.pt.

Oznaczenia i drogowskazy: Turystycznie dobrze jest oznaczona Lizbona. Inne miejscowości niestety gorzej. Czasem trzeba iść na czuja, lub posiłkować się mapami czy GPSami.

Słynne portugalskie ciasteczka

Jedzenie wegetariańskie: Niestety kuchnia portugalska w dużej mierze oparta jest na rybach. To jedno z trzech państw na świecie, gdzie spożycie ryb jest największe. Dodatkowo jedzą też mięso. Znalezienie czegoś portugalskiego, bezmięsnego niestety jest bardzo trudne. Trzeba się posiłkować albo sałatkami, albo kuchnią włoską. Przy odrobinie szczęścia można spróbować bezmięsnej feijoada, czyli fasoli z ryżem i nie tylko. Jednak najczęściej danie to i tak jest przygotowywane z mięsem.

Na słodko bardzo popularne są tu ciastka zwane Pastel de Nata. W oryginale to oczywiście Pastel a właściwie to Pasteis de Belem, czyli ciasteczka z Belem (dzielnica Lizbony). Można je kupić praktycznie w jednym miejscu. Pastel de Nata, to przepis „prawie” ten sam. Występują powszechnie w całej Portugalii i są dużo tańsze, a przede wszystkim nie trzeba stać po nie w długiej kolejce.

Ludzie: Sami z siebie spokojni i nie reagują zbytnio na turystów. Nie są też zbyt natarczywi. Jednocześnie w razie potrzeby pomocni. Nawet jeśli nie znają angielskiego.

Bezpieczeństwo: Europejski standard. Czasem lepiej mieć otwarte oczy i zachować zdrowy rozsądek.

 Klimat: Śródziemnomorski.

Informacja turystyczna i mapy: Usługi turystyczne są tu dość mocno rozbudowane, więc także biura informacyjne są rzetelne i raczej powszechne. Możemy się spodziewać darmowych map w różnych miejscach. Są też karty zniżkowe.

Gdzie szukać informacji: Dużo przewodników i bogaty internet. O samej stolicy dużo dowiedzieliśmy się z http://infolizbona.pl/.

Szlak portugalski
Praktycznie Fatima
Share Button

Fatima

W tym roku obchodzimy setną rocznicę objawień fatimskich. Miały one miejsce od 13 maja 1917 do 13 października 1917. Zanim jednak rozpoczną się tam wielkie uroczystości może warto przyjrzeć się samej Fatimie.

Nowy Kościół Trójcy Przenajświętszej z zewnątrz

Nim Matka Boża objawiła się Franciszkowi, Hiacyncie i Łucji dos Santos Fatima była tylko zwykła portugalską wioską, niewiele oferującą do zobaczenia. Obecnie trochę się rozrosła, w centrum zaś znajduje się sanktuarium oraz cała baza do obsługi pielgrzymów.

Centrum konferencyjne

Tu warto dodać jedną rzecz, Fatima bardzo mocno wyróżnia się od wielu innych miejsc kultu tym, że jest bardzo dobrze zorganizowana. Noclegi dla pielgrzymów oczywiście są, podobnie jak sklepy z dewocjonaliami czy jakieś restaurację. Z tego żyje współczesna miejscowość. Ale cała ta infrastruktura nie przytłacza właściwego miejsca, znajduje się trochę z boku. Jest zauważalna, ale jednocześnie nie nachalna, a przede wszystkim bardzo łatwo ją ominąć.

Pomnik Jana Pawła II

Druga rzecz, która mocno wyróżnia Fatimę to brak „cepelii”, niestety dość charakterystycznej dla wielu znanych obiektów sakralnych, które rozwijały się na przestrzeni setek lat. Całość jest zachowana raczej w jednorodnym stylu, a przede wszystkim jest dość surowa.

Kaplica Objawień

Najważniejsze miejsce to oczywiście Kaplica Objawień. Z dachem, ale jednocześnie otwarta. Tu najczęściej odbywają się msze. Tu też znajduje się najbardziej „klasyczna” figura Matki Boskiej Fatimskiej.

Bazylika

Dwa największe budynki to bardzo różne od siebie świątynie. Bazylika Matki Boskiej Różańcowej w Fatimie, ukończona w 1953 roku. Jest jeszcze w miarę klasyczna, ale też dość ascetyczna. Wewnątrz znajdują się groby trojga dzieci. Te znów, są estetyczne, zauważalne, ale to nie one są centrum świątyni. Wokół zaś mamy park, w którym można odpocząć i kontentować.

Wnętrza

Naprzeciwko bazyliki znajduje się Kościół Trójcy Przenajświętszej, konsekrowany w 2007 roku z okazji 90-lecia objawień. To jeszcze bardziej ciekawy budynek, bardzo nowoczesny, akustyczny i intrygujący. Z zewnątrz można mieć wątpliwości, co to jest, w środku znikają natychmiast. Nie przytłacza, a przy tym bardzo dobrze akcentuje to co najważniejsze. W samym Sanktuarium Fatimskim strefa sakrum jest świetnie ukazana. To nie choćby Jerozolima, czy Betlejem, gdzie konflikty między chrześcijanami powodują, że czasem gubi się powaga i istota tegoż miejsca. A przy jednoczesnym wyrugowaniu handlu dewocjonaliami z przestrzeni sakralnej Fatima sprawia bardzo niesamowite, pozytywne wrażenie, sprzyja skupieniu się i rozmyślaniom.

Grób Franciszka

Z Lizbony (ale też Porto) najlepiej dojechać do Fatimy autobusem. Rede Expressos kursuje na trasie Lizbona – Porto zatrzymując się właśnie tylko w Fatimie po drodze, przysłowiowy rzut beretem od sanktuarium. Można tu także dojechać pociągiem, ale stacja znajduje się w dalszej odległości.

Droga krzyżowa
Szlak religijny
Nazaret Fatima ?
Szlak portugalski
Praktycznie Fatima Lizbona
Share Button

Pustynia Erg Chebbi, Merzouga i Erfud

Erg to pustynia piaszczysta, z przemieszczającymi się dzięki wiatrowi wydmami i lotnym piaskiem. To coś, co najbardziej powszechnie kojarzy się z pustynią,  przede wszystkim Saharą, ale Sahara jest bardzo zróżnicowana. Ta największa, piaszczysta część znajduje się w Algierii. Reszta jest zdecydowanie bardziej kamienista, mniej filmowa. Co nie oznacza, że nie pojawia w ogóle.

Diuna

Nic dziwnego, że marokańska pustynia, oddalona o kilka godzin od Warzazatu przyciąga filmowców. Zwłaszcza, że nie trzeba przenosić się daleko, by robić zdjęcia zarówno w typowym ergu, jak i hamadzie. Hamada zaś to pustynia płaska, kamienista.

Pustynia piaszczysta

Wpierw jednak zajmiemy się tą częścią bardziej piaszczystą. W Maroko znajdują się dwa duże ergi, jeden z nich jest w okolicy Merzougi, to Erg Chebbi, który zwiedzaliśmy. Jest on bardzo popularny wśród turystów, właśnie dlatego, że to typowa pustynia piaszczysta. Taka z wyobrażeń. Obecnie to też spory biznes. Turyści przyjeżdżają do Merzougi, gdzie najczęściej dostają pokój w hotelach czy hostelach. Mogą tam spokojnie zostawić rzeczy, z wyjątkiem tych najbardziej potrzebnych, a następnie przesiadają się na wielbłądy. Ta pustynia nie jest duża, ale wielbłądy też nie są szybkie, też ponadto muszą krążyć, by nie zapadać się na wydmach. Tutejszy pomysł na przemysł turystyczny wygląda tak, że wielbłądami jedzie się do obozu na pustyni, tam się je kolację i nocuje, a rano wraca do hotelu  na odświeżający prysznic i śniadanie. Na pustyni zaś jedną z dodatkowych atrakcji jest sandsurfing, o ile ktoś potrafi. To bez wątpienia bardzo ciekawa alternatywna wycieczka.

Wielbłądy

Uwaga praktyczna jest taka, że wiele z tych wyjazdów jest organizowanych z Warzazatu (lub nawet z Marrakeszu). Związane jest to z przejazdem przez doliny Draa i Dades, ale niestety najczęściej są to przejazdy turystyczne. Dużo jeżdżenia, niewiele chodzenia, za to długie przystanki w restauracjach. Więc jeśli ktoś ma własny transport, to  lepiej Draa i Dades zrobić samemu, zaś wyjazdu na pustyni poszukać w Merzoudze (lub w Zaghurze lub jeszcze dalej w M’hamid jeśli wybierzemy Erg Chigaga).

Zachód słońca

Filmowo oba ergi sąd dość mocno wykorzystywane, w końcu w Maroko trudniej znaleźć taką bardziej typowo wyglądającą pustynię. Więc mamy tu ujęcia zarówno z „Mumii” (1999), jak i „Lawrence’a z Arabii” (1962).

Cienie wielbłądów

Tuż przy Merzoudze znajduje się Erfoud (Arfoud), kolejna wioska, wokół której rozciąga się hamada. Na niej zaś znajdziemy dawny krater wulkaniczny, już dawno wygasły. On zaś także jest miejscem lubianym przez filmowców. W „Mumii” jest starożytnym miastem Hamunaptra, zwłaszcza, że wybudowano przy nim specyficzną bramę. W „Lawrencie z Arabii” Davida Leana także odgrywa swoją rolę.

Wielbłąd

Ostatnio zaś pojawił się tu James Bond (Daniel Craig) w „SPECTRE” (2015). Organizacja WIDMO (SPECTRE) ma tu swoją siedzibę. Co prawda wg słów Blofelda jest to krater uderzeniowy, ale to bardziej pasowało do scenariusza.

Pustynia z góry

Warto też zwrócić uwagę na to, że w okolicy krateru Erfoud dość łatwo znaleźć skamieniałości. Najczęściej są to amonity, czasem też trylobity. Wiele podobnych (no i podróbek) można zakupić w Maroko, tu można też samemu coś znaleźć. Władze pozwalają na wywóz, pod warunkiem, że nie przekroczymy liczby 10 sztuk.

Krater widoczny w Bondzie
I z drugiej strony, jak w Lawrencie

Do krateru Erfoud da się dojechać, jeśli mamy samochód z napędem na 4 koła. Inaczej trzeba tu dojść od drogi. Widać go, wzniesień nie ma, więc jest to łatwa, acz kamienista droga. Do samego krateru także da się wjechać, ale tam już trzeba być sprawniejszym kierowcą.

Coś dla poszukiwaczy skamieniałości
Szlak marokański
Tanger (James Bond) Pustynia Erg Chebbi, Merzouga i Erfud Fez
Szlak filmowy
Tanger (James Bond) Pustynia Erg Chebbi, Merzouga i Erfud Essaouira i „Gra o tron”
Share Button

Peterhof

Nieopodal Sankt Petersburga tuż nad Zatoką Fińską znajduje się miejscowość Peterhof (ros. Петергоф), a w niej carski pałac. Męski, jak można go w skrócie określić. To odpowiednik rosyjskiego Wersalu, założony jeszcze przez Piotra I, mniej więcej w tym samym czasie, gdy budowano Petersburg. Dziś pałac wraz z ogrodami jest jedną z najbardziej znanych atrakcji Rosji, a spośród rzeszy innych wyróżnia go duża liczba pomysłowych fontann.

Peterhof

Z Sankt Petersburga można tu dojechać przede wszystkim pociągiem/elektriczką z dworca Bałtyckiego lub wodolotem, który ma przystań blisko Pałacu Zimowego. Każdy z tych transportów ma swoje plusy i minusy. Wodolot pozwala rzucić okiem na sam Petersburg i fragment Zatoki Fińskiej, to duża frajda, ale jeśli chcemy kupić bilety w dwie strony to należy kupować je zbiorczo, decydując się od razu na godzinę powrotu. Druga sprawa, ogród przy głównym wejściu znajduje się w strefie darmowej. Można do niego wyjść, ale powrót oznacza konieczność ponownego zakupienia biletu. Dobrym rozwiązaniem jest więc transport mieszany, w jedną stronę pociągiem, w drugą wodolotem. W teorii da się też pociąg zastąpić autobusami i maszrutkami, ale to zdecydowanie wydłuża czas podróży.

Peterhof

Pierwszy bilet, który trzeba kupić to bilet do ogrodów. Potem na każdy z pawilonów należy kupić kolejny. Największe zainteresowanie jest oczywiście pałacem. Tu ilość wejść jest limitowana, trzeba odstać swoje w kolejce, ale jeszcze czasowo jest to jak najbardziej akceptowalne. Sam pałac robi wrażenie. Jest bogaty jak na Rosję przystało, ale też dość mocno stara się nadążać za zachodnioeuropejskimi standardami, jednocześnie nikt tu nie oszczędzał na zdobieniach. Tu jedna mała uwaga, ogrody w zimie są dostępne za darmo, ale nie działają wtedy fontanny.

Druga strona fontann

Dużo większą atrakcją są różne fontanny porozrzucane po parku. Każda jest inna, wiele jest bardzo pomysłowych. Niektóre to kamienie, na które się nadeptuje i wtedy leje się woda. Samo odkrywanie różnych fontann to duża atrakcja. Niektóre są choćby stylizowane na drzewa, dość niepozorne. Inne wręcz przeciwnie.

Fontanna w parku

Dość nietypową atrakcją jest grota, oczywiście sztuczna, w której car mógł się poczuć jak w jaskini. Zwiedzanie groty łączy się ze zwiedzaniem fontann od kulis. Widzimy rury, którymi doprowadzana jest woda. To bardzo pouczająca wycieczka. Jednocześnie nie tak oblegana jak sam pałac. Oczywiście dodatkowo płatna.

Fontanna w parku

Peterhof to jeden z symboli carskiej Rosji. Nie bez szkód przetrwał II wojnę światową. Na wystawie można zobaczyć, jak mieszkańcy Petersburga i okolic starali się ratować cenne eksponaty i jak potem wszystko odbudowywano. Dziś robi bardzo duże wrażenie. Nie tylko sam Wielki pałac i ogrody, ale też duże fontanny tuż przy głównym dziedzińcu, zwane Wielką Kaskadą. Będąc w Petersburgu i mając czas, warto sobie zagospodarować dzień na tę podmiejską wycieczkę.

Fontanna w parku
Szlak rosyjski
Sankt Petersburg Peterhof Carskie Sioło
Share Button

U styku filmu i podróży