Tiskie Ściany (Tiské stěny), Skalne Miasto Tisa

Tiskie Ściany (cz. Tiské stěny) to kolejne z czeskich skalnych miast. Tym razem trochę inne, bo jeszcze nie tak oblegane przez turystów. Mniej rozbudowane infrastrukturalnie, przez to sprawiające wrażenie bardziej pierwotnego. Znajduje się niedaleko Czeskiej i Saksońskiej Szwajcarii, w kierunku na Karlowe Wary. To idealne miejsce na spokojny, kilkugodzinny spacer. Czasem można spotkać się z błędną nazwą Tiskie Skały lub bardziej ogólną – Skalne Miasto Tisa.

Tiskie Ściany
Tiskie Ściany

Tiskie Ściany: Dojazd

Dojazd w tym przypadku najłatwiejszy jest samochodem. Trzeba dojechać do wsi Tisá. Tam znajdziemy parking, zarówno płatny przy barze, jak i darmowy trochę dalej. Oba jednak nie są wielkie. Nie ma tu tłumów, jednak przyjeżdża tyle ludzi, że mogą być problemy z zaparkowaniem. Miejscówka robi się coraz popularniejsza, więc warto podjechać tu bliżej poranku.

Niektóre przejścia bywają wąskie
Niektóre przejścia bywają wąskie

Przy wejściu do parku znajduje się budka z biletami. Jednocześnie nie ma tu bramek, więc bardziej wygląda to na dobrowolną dotację. Nie sprawdzaliśmy jak to jest weryfikowane. Jako bilet dostaliśmy pocztówkę z pieczątką, ale nikt tego dalej nie sprawdzał.

Czasami idzie się schodami
Czasami idzie się schodami

Zwiedzanie Tiskich Ścian

Tiskie Ściany to przede wszystkim piaskowce. Skały te w najwyższym punkcie mają 613 m n.p.m. Od strony południowej widać wysoką, liczącą do 70 m pionową ścianę. Do przejścia są dwa szlaki, które prowadzą wokół Małych i Dużych Ścian (Velkě stěny i Malě stěny). Chodzenie poza nimi jest surowo zabronione.

Tiskie Ściany (Tiské stěny, Czechy), kolejne wąskie przejście
Tiskie Ściany (Tiské stěny, Czechy), kolejne wąskie przejście

Skały są ponumerowane, tak by spokojnie można było między nimi chodzić. Jednak opisów, czy nawet nazw jest stosunkowo niewiele. Wygląda to tak, że jeszcze tuż przy wejściu, coś zrobiono, jednak dalej właściwie poza numerkami i oznakowaniem szlaków nie ma nic. Na początku zaś znajdziemy kilka tablic (po czesku, trochę mniej po niemiecku) z informacjami o okolicy, jak również lokalnej przyrodzie.

Przykład formacji skalnych w Tiskich Ścianach
Przykład formacji skalnych w Tiskich Ścianach

Całość jest porośnięta lasem. Szlak prowadzi nas w koło. Najpierw między skałami, widzimy je bardziej od dołu, czasem można się gdzieś wdrapać. Później już grzbietami. Podejścia nie są trudne, ale miejscami to bardziej wspinaczka lub wchodzenie po drabinie, niż spacer. Jeśli ktoś chciałby spróbować zabrać tam dziecko w wózku, to lepiej niech to przemyśli. Wejście do Tiskich Ścian jest płatne, ale podobnie jak w innych tego typu atrakcjach bilety można kupić jedynie w okresie letnim. W zimowym wchodzi się za darmo, na własne ryzyko.

Tiskie Ściany widziane z góry
Tiskie Ściany widziane z góry

Tiskie Ściany: Wspinaczka

Trzeba przyznać, że Tiskie Ściany to także doskonałe miejsce wspinaczkowe. Część przybywających przyjeżdża tu tylko w tym celu. Chodząc między skałami można się natknąć na grupy próbujące się na nie wdrapać, oczywiście z asekuracją. Odbywają się tu także sesje szkoleniowe.

Wejście do Tiskich Ścian
Wejście do Tiskich Ścian

Skalne miasto Tisa i „Narnia”

Tiskie ściany mają też swój mały filmowy epizod. Dokładniej w filmie „Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i stara szafa” (2005) Andrew Adamsona. Jak pamiętamy Adamson zachwycił się Górami Stołowymi i Błędnymi Skałami, jednak przy pierwszym filmie nie udało mu się tam nakręcić zdjęć, więc wykorzystał głównie studio wspomagając się kilkoma plenerami w Czechach. Tisa ma tu swój mały udział. Tu powstało między innymi wejście do domku fauna, pana Tumnusa oraz część ujęć skał w śniegu.

Skalne miasto Tisa / Tiskie Ściany w filmie „Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa” jako okolice domku pana Tumnusa.
Skalne miasto Tisa / Tiskie Ściany w filmie „Opowieści z Narnii: Lew, Czarownica i Stara Szafa” (Narnia) jako okolice domku pana Tumnusa.

Tiské stěny: Przyroda

Warto dodać, że poza pięknymi skałami, Tiskie Ściany to także teren objęty ochroną w ramach programu Natura 2000 (głównie z powodu ptactwa) i Obszaru Chronionego Krajobrazu Łabskie Piaskowce. To także jedna z najstarszych atrakcji turystycznych działających w Czechach. Pierwsze turystyczne opisy pochodzą z 1828. Na szlaku znajduje się też małe schronisko z restauracją.

Tiskie Ściany (Tiské stěny)
Tiskie Ściany (Tiské stěny)

To miejsce podobne do Skalnego Miasteczka Adršpach w okolicach Trutnova. Tylko że trochę bardziej dzikie, a na pewno mniej uczęszczane. Może i mniejsze, a przez to mniej widowiskowe, ale obcowanie z przyrodą, wspinanie się po skałach i rozległe widoki sprawiają dużo radości.

Tiskie Ściany (Tiské stěny)
Tiskie Ściany (Tiské stěny)

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak czeski
Tiskie ŚcianyPraga

Sri Lanka i Malediwy : Relacja i Podsumowanie

Łza Indii, Klejnot Oceanu Indyjskiego, Serendip, Cejlon, Sri Lanka. To tylko niektóre z nazw, którymi określano orientalną wyspę i starożytne królestwo. Nasza podróż do Olśniewającego kraju – to znaczą sanskryckie słowa Sri Lanka – miała miejsce na przełomie listopada i grudnia, trwała dwa tygodnie. Był to bardzo zajmujący okres, pełen rozmaitych atrakcji: starożytnych ruin ukrytych w dżungli, wiecznie zielonych lasów deszczowych, wykutych w skale świątyń, plantacji herbaty czy kolonialnych miast. Wyprawę do Krainy Rozkoszy (tak, to jeszcze jedno określenie Sri Lanki) planowaliśmy od kilku lat, głównie za sprawą Indiany Jonesa oraz „Mostu na rzece Kwai”, które tu kręcono. Ale nie tylko, bowiem jest tu dużo więcej miejsc, które nas przyciągały.

Ale zaczniemy od jednej z ciekawych historii związanych z Cejlonem: to etymologia angielskiego słowa „serendipity”, które oznacza dokonywanie niezwykłych odkryć w sposób niezamierzony, podczas dążenia do innego celu, może też oznaczać zdolność do dokonywania pożądanych odkryć przypadkowo. Na język polski można je przełożyć krótko jako „szczęśliwym trafem”, choć od kilku lat wzrasta niewielka na razie popularność spolszczonego słowa „serendypność”.

Okolice Elli, Sri Lanka
Okolice Elli, Sri Lanka

Starożytna perska nazwa Cejlonu, używana także przez Arabów brzmi Serendip lub Sarandib. W zachodniej kulturze znany jest przekład XIV-wiecznej bajki „Trzej książęta z Serendip” autorstwa cenionego perskiego poety i sufiego Amira Khusrowa. Prawdę powiedziawszy, była to tradycyjna bajka, znana co najmniej od XI-wieku, a wzorowana na życiu perskiego króla z V wieku, którą Amir ujął w piękne słowa i właśnie jego wersja dotarła w XVI wieku do Wenecji i dalej do zachodniego świata.

Jaka by nie była historia tej historyjki, bajka o trzech książętach z Serendip opowiada o tym, że mądry król bogatej wyspy Serendip miał trzech synów. Wysłał ich w podróż, by wykorzystali posiadaną inteligencję, spostrzegawczość i zdolność kojarzenia pozornie niezwiązanych faktów do dokonywania niespodziewanych odkryć oraz dochodzenia do zaskakujących, pouczających wniosków.

Baśń tę znał Horacy Walpole (1717 – 1797) i nawiązał do niej przez utworzenie neologizmu „serendipity” w liście do swojego przyjaciela. W ten sposób określił niespodziewane, zupełnie niezamierzone odkrycie cennego, a zdawałoby się, że zaginionego obrazu, dokonane przez owego przyjaciela. Później słowo to zostało nieco zapomniane, ale pojawiło się znów na początku XX wieku i zaczęło się popularyzować oraz zyskiwać odpowiedniki w innych językach. Swoją drogą samo słowo Serendip to także kalka językowa. Pochodzi od dawnego, tamilskiego określenia Sri Lanki jako Cerentivu, od Cheren Tivu, czyli „Wyspa Ćerów”. Ćerowie byli wówczas dynastią panującą, a ich ród wziął sobie nazwę prawdopodobnie od gór.

Cejlon leży już niedaleko od równika, stąd dla wygody można przyjąć, że dzień trwa mniej więcej od 6:30 do 18:30 (na równiku było to oczywiście równo 6-18). Na tej szerokości geograficznej zmierzch trwa krótko i szybko zapadają egipskie ciemności. Zwiedzanie jest możliwe tylko do około 18:00 – 18:30, a potem właściwie nie ma co robić. Wówczas jest czas na obiadokolację i wypoczynek. Jedna z najlepszych rzeczy tutaj to świeże soki owocowe i woda z kokosa. Oczywiście, gdy jesteśmy w miastach, czy tam gdzie jest turystyczna infrastruktura, godziny nas nie ograniczają.

Temperatura i duża wilgotność sprawiają, że człowiek się bardzo poci. Nic nie uzupełnia elektrolitów tak dobrze jak woda z kokosa. Po wypiciu zawartości warto poprosić sprzedawcę o przecięcie łupiny i odcięcie fragmentu, który służy jako łyżka. Tego miąższu nie ma wiele, ale jest wyborny!

Ale na razie skończmy z językami, geografią i popitką. Lecieliśmy katarskimi liniami z Warszawy do Kolombo z przesiadką w Dosze. Na lotnisku docelowym odebrał nas nasz kierowca, Malith Prasantha – Sri Lanka Driver – Malith Holidays (i strona SriLankaMalithHolidays). Towarzyszył on nam przez praktycznie całą podróż. Możemy go polecić z czystym sumieniem, bo wprowadził nasze plany i zamiary w życie bezbłędnie.

Jezioro Beira, Kolombo
Jezioro Beira, Kolombo

Przylot do Kolombo mieliśmy w godzinach popołudniowych, więc zanim wyszliśmy z lotniska już się ściemniło. Szczęśliwie znalazł nas tam nasz przewodnik-kierowca, tak jak było umówione. Przelot przez noc, zmiana strefy czasowej wpływały na nas tak, że właściwie chciałoby się powiedzieć tylko „Królestwo za łóżko”. W teorii zwiedzanie można było zacząć od Kolombo, jeszcze lepiej pierwszą noc ogarnąć sobie w Negombo, ale mając kierowcę to trochę szkoda na to czasu. My możemy kimać w samochodzie, podczas gdy on zrobi za nas istotną część trasy.

Z kierowcami na Sri Lance bywa różnie, nasz był bardzo uczciwy, dbający o klientów i godny polecenia. W kwestii hoteli, Malith jest gotów zaproponować sam, jak również w razie potrzeby jest w stanie się dostosować do nas, jeśli mamy jakieś rezerwacje. U nas skończyło się na tym, że to on nam dobierał hotele. Wiele z nich oferuje kierowcom, którzy przywożą ludzi, darmowy nocleg i wyżywienie. Dzięki temu oni mogą obniżać ceny przejazdu, ale odbija się to w hotelach. Ceny noclegów wybranych przez Malitha nie były najtańsze, ale też nie zaporowe. Prawda jest taka, że sami pewnie wybralibyśmy gorszy standard. Natomiast jedna rzecz była fajna, Malith miał swoją cenę, która po uzgodnieniu dla nas także była akceptowalna i ją negocjował, nawet jeśli hotel chciał więcej. Więc nie było żadnych niespodzianek i łatwo wszystko dopilnować.

Druga rzecz to sklepy. Wielu takich przewoźników ma swoich znajomych, którym podwozi klientów. Nawet w Tanzanii na safari spotkaliśmy się z czymś takim. U Malitha wszystko zależało od nas. Chcemy, to nam znalazł, nie chcemy, to nas po tym nie ciągał. Pewne rzeczy proponował – na przykład sklep z szafirami, mówiąc, że warto zobaczyć jak to wygląda i obejrzeć tam film i prezentację, ale mówił też, by nic tam nie kupować. Jakbyśmy bardzo chcieli to znajdzie nam gorzej wyglądający, a z lepszymi cenami. Zresztą w tym względzie dbał o nasze portfele, zapewniał, że może pomóc w negocjacjach i robił to. Natomiast w wielu miejscach przestrzegał nas, by nie brać przewodników, zwłaszcza tam, gdzie nie ma to sensu. Mówił wprost – jak się zgubicie to idźcie za ludźmi z innym przewodnikiem. Wielu innych kierowców podwożąc swoich klientów pod zabytki typu Dambulla czy Sigirija od razu „odsprzedaje” ich lokalnym przewodnikom. Jeśli ktoś ma potrzebę bycia prowadzonym za rączkę, to jest ok. Malith owszem dbał o nasze bezpieczeństwo, ale też dawał nam swobodę.

Ostatnia rzecz, to kwestia nietypowych miejsc, w których nie był. Nie miał problemu się do tego przyznać, natomiast poza naszymi wskazówkami, wydzwaniał też do znajomych przewodników, którzy lepiej znali dany teren, z prośbą o potwierdzenie. Za to starał się nam pokazywać różne ciekawostki i namawiał do próbowania lokalnych owoców: uczył nas jak się strząsa odpowiednio dojrzałe z drzewa, zapoznał nas także między innymi z tak zwanym „różanym jabłkiem”.

Thuparama, Anuradhapura
Thuparama, Anuradhapura

Prawda jest taka, że chwilę po wejściu do auta zasnęliśmy. Obudziliśmy się przed hotelem w Anuradhapurze. Oczywiście pierwszego dnia skończyło się na tym, że nawet już się nam jeść nie chciało. Prysznic, łóżko i do zobaczenia rano.

Mając kierowcę i przewodnika, trzeba się także do niego dopasować. Zwykliśmy wstawać dość wcześnie, więc wyjazd po ósmej rano był dla nas trochę nietypowy, ale ok. damy radę. Drugi dzień to w dużej mierze zwiedzanie Anuradhapury. Pierwsza stolica Sri Lanki to dość spory kompleks, w dodatku znajduje się tam mnóstwo wciąż używanych świątyń. Nasz przewodnik dobrze znał to miejsce, więc podwoził nas praktycznie pod wszystkie istotne zabytki, tam mieliśmy tyle czasu, ile potrzebowaliśmy. Cały dzień na Anuradhapurę to i mało (bo spokojnie da się tu dwa lub trzy dni przesiedzieć), ale też wystarczająco. To był nasz pierwszy kontakt ze Sri Lanką i już nam się podobało.

Wielki Budda w Aukana
Wielki Budda w Aukana

Tu znów powtarzaliśmy jazdę po zmierzchu. Jedyne, co wcześniej załatwiliśmy, to krótki przystanek przy Wielkim Buddzie. Potem wylądowaliśmy na noc w Sigiriyi. Jednak jej zwiedzanie było dopiero kolejnym etapem podróży. Następnego dnia zaczęliśmy od wyprawy do Polannaruwy

Ruiny pałacu, Polonnaruwa, Sri Lanka
Ruiny pałacu, Polonnaruwa, Sri Lanka

Druga stolica Sri Lanki jeśli chodzi o zwiedzanie jest trochę bardziej kompaktowa niż pierwsza, ale tu także przydał się nam przewodnik, który podwoził nas pod poszczególne części. Wiele osób wypożycza tu rowery. Zaczęliśmy od muzeum, a potem oglądaliśmy inne wspaniałe zabytki. Anuradhapura miała zdecydowanie inny charakter, głównie przez religijne rzeczy. Tu mieliśmy wrażenie odkrywania ruin pośród dżungli.

Jakby tego było mało, to jeszcze została nam jedna atrakcja, wejście na Lion’s Rock w Sigiriyi. Ten zabytek jest jeszcze bardziej kompaktowy i mniejszy, ale zdecydowanie najbardziej ikoniczny. No i najdroższy, jeśli chodzi o cenę biletów. Na Sri Lance nic innego go nie przebiło.

Pidurangala: Widok na Sigiriję
Pidurangala: Widok na Sigiriję

Kolejny dzień to dalsze odkrywanie Sigiriyi. Rankiem weszliśmy na Pidurangalę, skąd jest świetny widok na Lwią Skałę. Potem wybraliśmy się na wioskowe safari, a na koniec już na prawdziwe do Hurulu. Rozważaliśmy raczej na Minerię, ale pogoda sprawiła, że lepiej było pojechać do Hurulu. Znów w ogarnięciu tego pomógł nam kierowca. Celem były słonie, więc z okolicznych safari wskazał to, w którym słonie akurat na pewno były. Nam to pasowało.

Słonie indyjskie w Hurulu
Słonie indyjskie w Hurulu

Następnego dnia udaliśmy się do Kandy, ale dotarliśmy tam wieczorem. Droga w sumie nie była jakaś długa, ale na trasie zaplanowaliśmy kilka dodatkowych atrakcji. Pierwsza to skalne świątynie w Dambulli, kolejny zabytek z listy UNESCO. Ciekawe miejsce.

Dambulla, świątynia w jaskini
Dambulla, świątynia w jaskini

Drugi przystanek, a właściwie kilka, mieliśmy w miejscowości Matale. Słynie ona z ogrodów przyprawowych. To sklepy, wiedzieliśmy o tym, ale chcieliśmy coś takiego zobaczyć. Zatrzymaliśmy się także w małej, acz uroczej świątynce Nalada Gedige, no i słynnej świątyni hinduskiej.

Nalanda Gedige nieopodal Matale
Nalanda Gedige nieopodal Matale

Tu warto zrobić sobie krótką przerwę na małą dygresję. Obecnie na Sri Lance żyją dwa główne ludy: Syngalezi (ok. 81%) i Tamilowie (11%). Ważną mniejszością są także Maurowie (ok. 9 %), czyli muzułmanie. Za najbardziej pierwotną ludność wyspy uważa się lud Weddów – liczącą nieco ponad 2 tysiące osób społeczność, którą jeszcze na początku XX wieku uważano za jedną z najbardziej pierwotnych na świecie.

Głównymi wyznawcami hinduizmu na Sri Lance są Tamilowie. Mniejszość ta zamieszkuje głównie północną część Cejlonu. Jest to lud drawidyjski, a więc pochodzący z południowych Indii, posługujący się językiem tamilskim i wyznający hinduizm. Społeczeństwo jest uporządkowane na wzór systemu kastowego. Tamilowie żyjący w południowych Indiach nie mieli i nie mają skłonności separatystycznych, natomiast lankijscy Tamilowie od lat 70. XX wieku wikłali kraj w krwawy konflikt, by utworzyć oddzielne państwo tamilskie. Dopiero w 2009 roku zaprzestali działań wojennych.

Dziś Sri Lanka kojarzy się głównie z terrorystycznymi działaniami Tamilskich Tygrysów, a wzajemna niechęć jest mocno odczuwalna: niemal każdy w tym konflikcie ucierpiał.
Żeby było nieco bardziej skomplikowanie, na Sri Lance wyróżnia się Tamilów autochtonicznych, którzy podbili Cejlon w VII wieku n.e. i ustanowili swoje własne królestwo. Według niektórych źródeł, Tamilowie egzystowali na wyspie od czasów prehistorycznych i pochodzą od wpół mitycznego ludu Naga, czcicieli węży. Drugą grupę stanowią indyjscy Tamilowie, którzy przybyli na Sri Lankę głównie w czasach kolonialnych. Na mocy porozumień lankijsko-indyjskich z lat 60. XX wieku, 60% z tej społeczności została repatriowana do Indii, zaś reszta otrzymała lankijskie obywatelstwo.

Kandy, skała na której zamocowano wiszący most w Indianie Jonsie
Kandy, skała na której zamocowano wiszący most w Indianie Jonsie

Kandy zaczęliśmy zwiedzać nietypowo, od tamy Victoria. Formalnie rzecz biorąc jest ona poza Kandy. Jak się jeszcze dołoży fakt, że nie można dojechać tam prosto, a trzeba nadrobić kilkadziesiąt kilometrów, to trudno to nawet uznać za Kandy. Cóż. Tama była bardzo ważna ze względu na „Indianę Jonesa i Świątynię Zagłady”. To pierwsza lokacja filmowa na Sri Lance, uchodząca za dość trudną do zobaczenia. O ile na punkt widokowy przy tamie można wejść, o tyle miejsce, gdzie znajdował się słynny wiszący most ze „Świątyni Zagłady” nie jest wcale łatwo dostępne. Przekonaliśmy jednak strażników i nas wpuszczono. Pod wieczór dotarliśmy do Kandy, w sam raz, by zrobić sobie wieczorny spacer.

Kąpiel słoni w Pinnawala
Kąpiel słoni w Pinnawala

Na Kandy i okolicę zaplanowaliśmy trochę więcej czasu. Następnego dnia udaliśmy się do schroniska dla słoni, czyli słynnej lub niesławnej Pinnawali. Znów za profesorem Jonesem. Tam też kręcono kilka ujęć, trudno znaleźć dokładne miejsca, ale przynajmniej dotarcie poszło łatwo.

Potem udaliśmy się w okolice muzeum Herbaty Cejlońskiej, znów za Jonesem. Chcieliśmy znaleźć wioskę, którą wybudowano na potrzeby filmu. Byliśmy blisko, bardzo blisko. Gdybyśmy tylko mieli maczety, z pewnością po kilku godzinach karczowania znaleźlibyśmy właściwie kamienie. Ale maczet nie mieliśmy. Nie byliśmy też przygotowani na tak obfity deszcz, który nas złapał, ani tym bardziej na pijawki. Skończyło się ewakuacją do hotelu i pominięciem wieczornego wyjścia do Świątyni Zęba. Tylko tyle, by coś zjeść. Odpocząć po pijawkach i pójść spać. Pijawki ściągane w ilości kilkunastu – kilkudziesięciu z nóg pokrzyżowały nam trochę plan wieczornego podejścia do świątyni jak i wyjścia na pokaz kulturowy. Już nie mieliśmy na to siły .

Kitulgala: rafting na rzece Kelani
Kitulgala: rafting na rzece Kelani

Szczęśliwie mając własnego kierowcę można łatwo modyfikować plan. Świątynię Zęba oraz ogród botaniczny (tam kręcono „Most na rzece Kwai”) zobaczyliśmy kolejnego dnia. Zresztą to był dzień lokacji z filmu Leana, bowiem udaliśmy się na rafting na rzece Kelani w Kitulgala i przepłynęliśmy obok miejsca, gdzie zbudowano filmowy most. Pozostało po nim wspomnienie, ale zawsze.

Droga na Szczyt Adama
Droga na Szczyt Adama

Pod wieczór trafiliśmy pod Szczyt Adama. W sam raz, by się położyć i wstać po 2 w nocy, by rozpocząć kolejną wyprawę. Tym razem 5 tysięcy schodów pod górę. To było męczące. W każdym razie udało się dotrzeć na szczyt przed świtem, a potem zejść. Zjeść śniadanie w hotelu i pojechać do kolejnego miejsca.

Płaskowyż Hortona
Płaskowyż Hortona

Tym razem był to najzimniejszy fragment wyjazdu. Płaskowyż Hortona, kolejne kilkanaście kilometrów do przejścia. Nie udało się zobaczyć Krańca świata (ze względu na mgłę). Ale udało się przejść. Trasa bardzo przyjemna, a po wejściu po schodach na Adam’s Peak wręcz był to odpoczynek. Swoją drogą wiele osób odpoczywa dzień po Szczycie Adama, my odpoczęliśmy aktywnie.

Nuwara Elija, przedmieścia
Nuwara Elija, przedmieścia

Kolejny dzień to przykład tego, że znów nie wszystko się nam udaje, mimo starannego zaplanowania. Spaliśmy w Nuwura Elii, skąd mieliśmy pojechać pociągiem do Elli. To ta najbardziej malownicza trasa kolejowa na całym Cejlonie. Właściwie wiedzie ona z Kolombo, przez Kandy, ale ten ostatni fragment jest najbardziej urokliwy. Podobno, bo nie sprawdziliśmy. Przyjechaliśmy na dworzec, ludzie czekają, ale wszystko zgodnie z planem. Tyle że pan w kasie powiedział nam, że pociąg ma już jakieś 3 godziny opóźnienia. Wróciliśmy do Malitha z tą wątpliwością. Może da się coś poprzekładać. On poszedł po swojemu wybadać sprawę i… tak, okazało się, że pociąg ma trzy godziny opóźnienia, ale to rośnie i będzie rosło, dopóki nie naprawią torów i że może będzie wszystko działać jutro. Tego już nie zweryfikowaliśmy. Pojechaliśmy do Elli samochodem. I tu jeszcze jedna pochwała wobec naszego kierowcy i przewodnika. Wielu z nich zostawia ludzi na dworcu i czeka na nich w Elli. Nasz pożegnał się z nami, ale czekał w samochodzie, dopóki nie upewni się, że wsiądziemy do pociągu. Miał rację.

Pola herbaciane przy drodze na Mały Szczyt Adama (Ella)
Pola herbaciane przy drodze na Mały Szczyt Adama (Ella)

Więc dodatkowy czas wygospodarowaliśmy na krótki spacer po Nuwari Elyi, a potem już zgodnie z planem. W Elli najbardziej interesowała nas kolejna góra – Little Adam’s Peak. To bardzo przyjemny spacer z pięknymi widokami, ale po właściwym Szczycie Adama tu trudno się zmęczyć. W każdym razie to też miejsce, gdzie odkryliśmy bardziej turystyczną Sri Lankę, z naganiaczami, ludźmi chcącymi pieniądze za zdjęcia i tym podobnymi urokami. Weszliśmy na górę i pojechaliśmy do kolejnego punktu, ważnego dla nas, Lipton’s Seat. Tam oglądaliśmy bodaj najsłynniejsze pola herbaty Cejlonu. No i jeszcze wizyta w muzeum. Nocleg w Haputale.

Pola herbaciane Dambatenne
Pola herbaciane Dambatenne

Następnego dnia pozostała nam ostatnia duża atrakcja na Sri Lance. Las deszczowy Sinharaja. Wybraliśmy północną część. Mniej uczęszczaną. Dostaliśmy prywatnego przewodnika i chodziliśmy po lesie, a on nam pokazywał jak łatwo nie dostrzegamy zwierząt, obok których przechodzimy. Las przepiękny, ale czasem zwany też lasem pijawek. Więc znowu się na nie natknęliśmy, acz w podobnych ilościach. No i oczywiście psychicznie byliśmy już na nie przygotowani i wiedzieliśmy, czego wypatrywać. Potem już standardowo: my dogorywamy w samochodzie, a Malith prowadzi. Wieczór powitaliśmy już w Galle, w jego turystycznej części.

Paprocie w Sinharaja
Paprocie w Sinharaja

To już zupełnie inna Sri Lanka. Plaża, mnóstwo barów i restauracji i jeszcze więcej turystów. Zabawy wieczorne. Chwilę można się powłóczyć, ale to nie nasze klimaty. Prawdę mówiąc bardziej żałowaliśmy, że nie dało już rady wcisnąć obserwacji wielorybów, cóż to zostało do zobaczenia na Islandii.

Fort w Galle
Fort w Galle

Ostatni dzień objazdu Cejlonu rozpoczęliśmy dość wcześnie od wyjścia na plażę jeszcze przed śniadaniem, a potem zwiedzania fortu Galle i najbliższych okolic jak targ rybny. Czekała nas droga do Kolombo, a raczej Negambo, więc było to dzień mniejszych i większych przystanków.

Szlifowanie kamieni szlachetnych
Szlifowanie kamieni szlachetnych

Pierwszy z nich to kopalnia kamieni księżycowych (i sklep) w Meetiyagoda. Nie dało się wejść do samej kopalni, ale zobaczyć jak wygląda z zewnątrz i tak było ciekawe. Potem były dwa rozczarowania. Pierwsze to Madu Ganga i wodne safari w obszarze wpisanym na listę Ramsar, więc spodziewaliśmy się wszelakiego ptactwa. To jednak już cały czas ta „turystyczna” część Sri Lanki, więc po rzece wszystkie łodzie jeżdżą na silniku spalinowym. Wycieczka fajna, namorzyny też, ale zwierząt jak na lekarstwo. Ostatnia atrakcja to wylęgarnia żółwi morskich w Kosgoda. Też nam na tym zależało, ale także miejsce pozostawiało wiele do życzenia. Ciężko osądzać, bo jak zwykle są dwie strony medalu. Niemniej jednak Ras Al Jinz zdecydowanie bardziej do nas przemawiało.

Rzeczne safari na Madu Ganga
Rzeczne safari na Madu Ganga

Wieczorem wylądowaliśmy w Negambo i tu dobra rada, którą warto zapamiętać. Lotnisko w Kolombo jest praktycznie przy Negambo, łatwiej i szybciej dotrzeć tam z Negambo, niż przebijać się przez całe Kolombo. Rano pożegnaliśmy się z Malithem, już na lotnisku i rozpoczęliśmy kolejny, przedostatni etap naszej wyprawy.

Żółw w wylęgarni (Kosgoda)
Żółw w wylęgarni (Kosgoda)

Malediwy. I tu zaczniemy od dygresji o nazwie, która może pochodzić z tamilskich słów maalai i theevu, co razem oznacza Wieczorne Wyspy. Ładnie, prawda? Wszak położone są na zachód od Cejlonu i południowy-zachód od Indii. Być może etymologii nazwy należy szukać w języku syngaleskim, gdzie Maala Divaina oznacza Naszyjnikowe Wyspy. Podobnie brzmiące sanskryckie nazwy, na przykład Mahiladiva, oznaczają Girlandy Wysp. Obecna nazwa Republiki Malediwów w języku divehi brzmi Dhivehi Raa’jey. Malediwy tłumaczy się także jako Wyspy (podległe) Male (stolicy).

Malediwy z samolotu
Malediwy z samolotu

Powierzchnia lądowa Republiki Malediwów wynosi zaledwie 300 kilometrów kwadratowych (Polska dla porównania zajmuje 312 679 km2), ale za to rozciąga się w osi północ-południe na 820 kilometrów i wschód-zachód – 130 kilometrów (Polskę można wrysować w kwadrat o boku około 630 kilometrów). Kraj ten zamieszkuje 360 tysięcy osób. Jeśli porównać gęstość zaludnienia Malediwów i Polski, to ten pierwszy liczy 1321 osób/km2, zaś u nas zaledwie 123 osoby/km2.

I tu jest spory problem, bo doskonale zdajemy sobie sprawę, że dla wielu osób to raj na Ziemi i wyprawa marzeń, ale niekoniecznie dla nas. O ile Sri Lanka nas zachwyciła, o tyle Malediwy rozczarowały. Jak pewnie zdążyliście zauważyć, nie jesteśmy typem turysty, który spędza czas w luksusowych hotelach, wylegując się i czekając aż obsługa coś zrobi. A właśnie dla takich istnieją Malediwy. Prawdę mówiąc już nad jeziorem Malawi mieliśmy problem, by się odnaleźć w takim miejscu, tu nawet nie próbowaliśmy korzystać z resortów. Wybraliśmy bardziej dzikie i naturalne wyspy i tym razem nam to nie podeszło. Ze względu na przeloty nie kosztowało też dużo taniej niż jakiś wypasiony hotel w pobliżu Male, ale przyświecał nam inny cel.

Malediwy, Atol Laamu
Malediwy, Atol Laamu

Na rajski atol Laamu wybraliśmy się przede wszystkim dla lokacji z filmu „Gwiezdne Wojny: Łotr 1”. Udało się zaczerpnąć klimatu filmowego Scarif. Niestety, mnóstwo śmieci i zniszczona przyroda wywarły na nas zdecydowanie niekorzystne wrażenie, które przeważyło wszystko inne. Szali goryczy dopełnił fakt, że zabytków kultury – na przykład stanowisk archeologicznych z okresu dominacji buddyzmu na wyspach – właściwie nie dało się zobaczyć. Naczytaliśmy się ciekawych rzeczy o historii Malediwów, ale niewiele z tego udało nam się wypatrzyć. Także przyroda jest monotonna: wyspy, plaże i palmy, co nie jest złe, bo na Samoa sprawdzało się świetnie, ale brud powoduje, że nie chce się wychodzić poza plażę hotelową. Dla niektórych może raj, ale nie dla nas. O ile jeszcze część z pływaniem zrobiliśmy i to było ok. (choć więcej zabawy mieliśmy na raftingu), o tyle samodzielne chodzenie po wyspie Gan nie zajęło nam tyle czasu, ile planowaliśmy.

Siłą rzeczy wypad na Malediwy porównujemy z wypadem na Samoa, na który przylecieliśmy z Nowej Zelandii na podobnie krótki czas i niespodziewanie zabrakło nam dodatkowego dnia na zwiedzanie, tyle było do zobaczenia! Na Malediwach mieliśmy nadmiar czasu, a nie potrafimy wypoczywać leżąc plackiem.

Male widziane z lotniska
Male widziane z lotniska

Na Laamu spędziliśmy dwa noclegi, ostatni dzień Malediwów poświęciliśmy na Male. A że był to piątek, to w ogóle niewiele rzeczy było tam do zobaczenia. Trochę krajów muzułmańskich zwiedziliśmy, ale Malediwy pod niektórymi względami zdają się być bardziej konserwatywne i religijne niż kraje arabskie. W piątki w Male do czasu skończenia modlitw nie działają nawet stacje benzynowe. W czasie ramadanu w Maroko nie było takich obostrzeń. Nie to, żeby nam to jakoś przeszkadzało specjalnie, bo i tak chcieliśmy sobie tylko pochodzić po Male i zobaczyć Wielki Meczet Piątkowy (udało się wejść). Jednak w kilka godzin zobaczyliśmy wszystko, co chcieliśmy. I tu warto dodać, że wyspy z luksusowymi hotelami nie mają bardzo wielu ograniczeń, w tym często jest dostępny alkohol, no i są bardzo czyste.

Z ulgą przywitaliśmy powrót na Sri Lankę. Został nam ostatni fragment cejlońskiej układanki, Kolombo. Mówiąc wprost, nie nastawialiśmy się na wiele. Słyszeliśmy niepochlebne opinie o tym mieście, ale nam podeszło. Zwiedzanie zaczęliśmy od krótkiej wizyty w stolicy Sri Dźajawardanapura Kotte. Od lat 80. Kolombo de jure stolicą już nie jest, ale Kotte nie dość, że znajduje się w metropolii, to jeszcze tak prawdę mówiąc to właściwie dzielnica Kolombo. W Kotte oglądaliśmy budynek parlamentu i pływające wokół niego krokodyle.

Budynek Parlamentu w Kotte
Budynek Parlamentu w Kotte

Potem przyszedł czas już na właściwe Kolombo: z zabytkami, parkami, świątyniami czy centrum biznesowym. Zaś po dwóch noclegach w Kolombo przyszedł czas wyjazdu na lotnisko i powrotu do domu.

Wyjazd na Sri Lankę zaliczamy do bardzo udanych, głównie dlatego, że było bardzo różnorodnie i aktywnie (choć jak na nas i tak spokojnie). Naszym zdaniem ten wyspiarski kraj jest naprawdę warty odwiedzenia. Każdy znajdzie tam coś dla siebie: są zabytki starożytnej kultury, na wpół pochłonięte przez dżunglę, są rezerwaty o bardzo zróżnicowanych biotopach: od ujścia rzek przez lasy suche do rzadkich lasów mglistych i dziewiczych deszczowych. Kraj, w którym zawirowania historyczne odcisnęły swoje trwałe piętno. Wciąż żywe kontrowersje i nadzieje na lepszą przyszłość. Kontemplacyjny buddyzm i wielobarwny hinduizm, egzotyczne wydanie chrześcijaństwa i islamu. Spuścizna kolonializmu, wzgórza porośnięte herbacianymi krzewami. Długo by wymieniać wszystkie cudowności Cejlonu, z których wiele było zupełnie nieoczekiwanych. Zaś dobrze rozwinięta i zróżnicowana baza turystyczna sprawiają, że nawet niewprawiony turysta poczuje się tutaj pewnie.
Jeszcze raz dziękujemy naszemu niezrównanemu kierowcy, Malithowi Prasantha, którego możemy z całego serca polecić! Malediwy… cóż, niektóre miejsca nam nie podchodzą i trudno nam będzie się do nich przekonać. To co nas najbardziej cieszyło, to ciekawe widoki z samolotu. Wyspy wyglądały jak takie małe, urocze pantofelki.

Na koniec jeszcze dodatkowe informacje:

Malediwy praktycznie

Sri Lanka praktycznie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Podsumowanie
Szlak malediwski
Podsumowanie

Lipton’s Seat, najsłynniejsza plantacja herbaty Sri Lanki

Kto z nas nie słyszał, czy nie pił herbaty cejlońskiej? Dziś pola herbaciane na Sri Lance są jednym z najbardziej ikonicznych miejsc związanych z tym krajem. Przede wszystkim słynne jest jedno, znajdujące się w okolicy Lipton’s Seat. Czasem skrótowo jest opisywane też jako Lipton Seat. Odegrało ono bardzo istotną rolę w rozwoju przemysłu herbacianego na szafirowej wyspie. Dziś to także jedno z częściej fotografowanych miejsc na Sri Lance. Można je zobaczyć czasem na opakowaniach herbaty, a częściej w folderach reklamowych. Nas to nie dziwi, okolica jest naprawdę przepiękna.

Lipton’s Seat
Lipton’s Seat

Herbata cejlońska

Pierwsza eksportowa paczka cejlońskiej herbaty, wysłana w 1873 roku z Loolecondery do Londynu ważyła jakieś 10 kilogramów. Dziś Sri Lanka jest jednym z największych producentów herbaty na świecie, rocznie dostarczającym na rynek około 300-340 milionów ton liści, w większości czarnej herbaty. Przemysł herbaciany zatrudnia około miliona osób (z około 20-milionowej ludności), z czego gdzieś ¼ zatrudniona jest bezpośrednio na plantacjach. Przy zbiorze liści – na Sri Lance zawsze ręcznym – pracują przeważnie kobiety (najczęściej tamilskie), które dziennie zbierają 20-30 kilogramów liści.

Pola herbaciane przy Lipton’s Seat
Pola herbaciane przy Lipton’s Seat

Haputale i fabryka Dambatenne

Na początek należy się udać do miejscowości Haputale. Tam można zwiedzać fabrykę herbaty Dambatenne, ponoć największą w kraju, założoną w 1890 roku przez sir Thomasa Liptona. Wstęp nie kosztuje wiele, a w cenie jest przewodnik oprowadzający po fabryce i opowiadający, jak wygląda proces obróbki liści. Właściwie nie zmienił się on bardzo od końca XIX wieku. Zresztą większość fabryk herbaty, które mijaliśmy, miała już swoje lata, ale z drugiej strony to właśnie w tym tkwi ich urok.

Pola herbaciane fabryki Dambatenne
Pola herbaciane fabryki Dambatenne

Po zbiorze liści istotna jest szybka obróbka, która odbywa się w fabryce położonej niedaleko plantacji. Suszenie, fermentowanie, cięcie i rolowanie maszynowe odbywa się podobnie jak w latach 80. XIX wieku, gdy opracowano metody przetwarzania surowca i potrzebne do tego maszyny. We wnętrzu fabryki herbaty Dambatenne nie ma wielu możliwości wykonywania zdjęć. No może z drobnymi wyjątkami, kiedy przewodnik na to pozwoli.

Fabryka herbaty Dambatenne na Sri Lance (oryginalna fabryka Liptona)
Fabryka herbaty Dambatenne na Sri Lance (oryginalna fabryka Liptona)

Chyba najbardziej niesamowity w tym miejscu jest zapach: intensywny, herbaciany (pola z krzewami nie mają tego mocnego, specyficznego aromatu). W poszczególnych salach zapach jest zróżnicowany w zależności od etapu obróbki liści: od świeżego aromatu zieleni po typowy aromat czarnej fermentowanej herbaty, ale niezwykle świeży i orzeźwiający.

Przygotowanie herbaty
Przygotowanie herbaty

Rodzaje herbaty

Następnie liście są sortowane w zależności od wielkości ciętych liści i stopnia ich oczyszczenia. Kolejnym wyznacznikiem typu herbaty jest wysokość uprawy:

– wysoka (high-grown) powyżej 1200 m n.p.m,

– średnia uprawa (mid-grown) na wysokości od 600 – 1200 m n.p.m.

– uprawa niska (low-grown) poniżej 600 m n.p.m.

Suszenie herbaty w fabryce
Suszenie herbaty w fabryce

Za najbardziej wyszukane uważa się liście z upraw powyżej 2000 metrów nad poziomem morza, zaś najmocniejszy napar uzyska się z położonych nisko obszarów. Popularne jest tworzenie mieszanek, by uzyskać pożądany smak , aromat i moc naparu.

Pola herbaciane
Pola herbaciane

Główne rejony upraw to Nuwara Eliya, skąd pochodzi high-grown, Dimbula, Kandy, Uva i Południowa Prowincja z uprawami low-grown.

Widok na pola herbaty w okolicy Haputale (Sri Lanka)
Widok na pola herbaty w okolicy Haputale (Sri Lanka)

Lipton’s Seat i uprawa herbaty na Sri Lance

Uprawa herbaty zastąpiła kawę, ale jeszcze zanim na Cejlon zawitała kawa, Holendrzy eksperymentowali z masową uprawą cynamonu, który na wyspie jest rośliną rodzimą. Pierwsze naprawdę znaczące uprawy założono w 1767 roku na obszarze Kolombo, znanym dziś jako Cinnamon Gardens.

Malownicze wzgórza porośnięte herbatą.
Malownicze wzgórza porośnięte herbatą.

Po objęciu władzy nad Cejlonem przez Brytyjczyków, zakazano prywatnych upraw cynamonu, by chronić rządowy monopol. Jednak już w 1833 roku zarzucono uprawy tej aromatycznej przyprawy, gdyż okazało się to nie dość opłacalne. Wtedy właśnie zwrócono się ku kawie ze względu na sprzyjające warunki: łagodne stoki wzgórz, duża wilgotność, umiarkowane temperatury. Jak już wspomnieliśmy przy Elli, plantacje kawy poraziła choroba, która w niedługim czasie spowodowała wymarcie praktycznie wszystkich krzewów. Próbowano uprawiać także kakaowiec i chinowiec (jako surowiec chininy, ówcześnie leku na malarię), jednak nie przynosiło to oczekiwanych zysków.

Sir Thomas Lipton w miejscu, w którym zwykł siadywać. Obecnie Lipton’s Seat to pomnik.
Sir Thomas Lipton w miejscu, w którym zwykł siadywać. Obecnie Lipton’s Seat to pomnik.

Plantatorzy wreszcie zwrócili uwagę na herbatę, która miała podobne wymagania, co kawa, ale jest rośliną bardziej odporną. I to był strzał w dziesiątkę! Herbata została w skrzynkach Warda przeszmuglowana na Cejlon w 1824 roku z Chin i posadzona w Królewskim ogrodzie botanicznym w Paradeniya pod Kandy. Miała to być ciekawostka botaniczna raczej niż komercyjne wykorzystanie krzewów – takie nastawione na zysk eksperymentalne plantacje założono w prowincji Assam w Indiach. Kolejne cejlońskie sadzonki pochodziły właśnie stamtąd.

Lipton Seat trudno przeoczyć
Lipton Seat trudno przeoczyć.

Historia plantacji herbaty na Sri Lance

Pierwszą na Cejlonie plantację herbaty z prawdziwego zdarzenia założył sir James Taylor (urodzony w 1835 roku w Szkocji, zmarł w 1892 roku w Kandy) w Loolecondera w 1867 roku. Obejmowała ona początkowo 19 arów, ale była sukcesywnie powiększana. W 1872 roku w Loolecondera ruszyła fabryka herbaty z opracowanym przez sir Taylora urządzeniem do cięcia liści.

Plantacja herbaty Lipton’s Seat
Plantacja herbaty Lipton’s Seat

Jednym z problemów szybko rozrastających się plantacji było znalezienie odpowiednich pracowników. Syngalezi niechętnie pracowali przy zbiorze liści, co wymagało staranności, ale i szybkości. Brytyjczycy sprowadzali z Indii Tamilów, bardziej pracowitych i zapoznanych już z pracą na plantacjach niż rodzimi Tamilowie z Cejlonu.
W roku 1964 Indie i Cejlon podpisały porozumienie dotyczące repatriacji tamilskiej ludności pochodzącej z Indii i 600 tysięcy ludzi powróciło na subkontynent. Na niektórych opakowaniach cejlońskiej herbaty, tych bardziej ozdobnych, znajdują się scenki rodzajowe takie jak kobieta zbierająca liście. Zwróćcie uwagę, że wyglądem, zwłaszcza stroju, wygląda na Hinduskę: to właśnie jest tamilska kobieta ubrana w sari, tradycyjny ubiór w Indiach i wśród Tamilów na Sri Lance.

Po plantacji można sobie spokojnie chodzić.
Po plantacji można sobie spokojnie chodzić.

Lipton’s Seat i herbata Lipton

Kolejną postacią w herbacianej historii Cejlonu jest Sir Thomas Lipton (1848 – 1931), znany przede wszystkim jako założyciel imperium Lipton, kojarzącego się jednoznacznie ze wspomnianym naparem. Już jako zamożny przedsiębiorca, posiadający sieć sklepów wielobranżowych, w 1888 roku wszedł w branżę herbacianą. Założył sklep połączony z herbaciarnią. Na skutek rosnącego popytu i własnej filozofii – sprzedaży jak najlepszych towarów po jak najniższej cenie, przystępnej dla niezamożnej klasy pracującej – postanowił kupić własną plantację herbaty. W ostatniej dekadzie XIX wieku dobił targu z Jamesem Taylorem odkupując od niego plantację wraz z fabryką i tamilskimi pracownikami.

Pola herbaciane w Haputale
Pola herbaciane w Haputale

Lipton’s Seat to jedno z ulubionych miejsc sir Liptona, gdzie przy filiżance herbaty raczył gości pięknym widokiem wysoko położonych plantacji. W 1898 roku z rąk Królowej Wiktorii odebrał tytuł szlachecki, głównie jako uznanie zasług w kwestii upowszechnienia herbaty – Lipton Yellow Label – i sprawienie, że stała się towarem dostępnym, a nie jak dotąd – luksusowym i drogim. Obecnie w tym miejscu znajduje się pomnik sir Liptona, gdzie siedzi on sobie na ławeczce. Stąd właśnie nazwa – Lipton’s Seat.

Dawna plantacja herbaty Lipton
Dawna plantacja herbaty Lipton

Lipton’s Seat obecnie

Dziś firma Lipton posiada plantacje herbaty głównie w Indiach i Kenii, plantacja w Haputale należała do Liptona w latach 1890 – 1930, potem przeszła w ręce Dambateene Group, części Lankan Tea & Rubber Plantations. Faktem jest, że ich głównym odbiorcą wciąż pozostaje Lipton, a ich produkty są częścią mieszanki Liptona. Swoją drogą na Sri Lance można kupić specjalną, lokalną mieszankę – „Lipton Ceylon”. Okolica jest przepiękna. Rozległe pola herbaty na liczących 2 tysiące metrów wysokości nad poziom morza wzgórzach. Piękny widok, malowniczy! Tyle herbaty, że życia nie starczy na jej przepicie. Byliśmy oczarowani pięknem krajobrazu, wielkością upraw i ich urodą! Ikoniczny widoki Sri Lanki!

Lipton’s Seat
Lipton’s Seat

Zwiedzanie Lipton’s Seat, informacje praktyczne

Słynne miejsce widokowe znajduje się na wysokości 1970 m n.p.m., ale bez problemu można tam dojechać taksówką, czy innym środkiem transportu. Z Haputale jeżdżą tu autobusy. Pierwszy przystanek to wioska Poonagala, tu znajduje się fabryka Dambetenna Tea Factory, którą jak pisaliśmy można zwiedzać z przewodnikiem. Z niej można przejść do Lipton’s Seat lub przejechać się (autobusem lub z kimś, kto oferuje płatną podwózkę). Tę trasę można pokonać samodzielnie, albo zacząć i po drodze złapać tuk-tuka. Przynajmniej część warto zobaczyć, ze względu na przepiękne widoki.

Plantacja Lipton’s Seat to znów płatne wejście, acz także niedrogie. Mamy bramkę i kolejny fragment do przejścia do właściwego punktu widokowego. Tu także można znaleźć kogoś, kto nas za odpłatą powiedzie. Natomiast jeśli jedziemy samochodem to należy go zostawić przed bramką. Od bramki mamy już drogę wolną i plantację oraz punkt widokowy oglądamy po swojemu. Cała okolica jest przepiękna, malownicza i to jedna z ikon Sri Lanki.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Lipton’s Seat

Ksar Hadada, dom Anakina Skywalkera w Tunezji

„Mroczne widmo” kręcono między innymi w ksarach przy mieście Tatawin. Jeden z nich to Ksar Hadada (lub Ksar Hedada, arab. كصر حدادة). Wyróżnia się on z dwóch powodów, po pierwsze wygląd, po drugie świadomość popularności i potencjału turystycznego „Gwiezdnych Wojen”, co jest dość niespotykane w Tunezji. Tu jednak był przynajmniej pomysł na zarabianie na turystyce, stąd pewnie takie podejście.

Ksar Hadada, Tunezja
Ksar Hadada, Tunezja

Ksar Hadada

Jeśli chodzi o wygląd, to ksar zdecydowanie bardziej przypomina stare miasteczko, gdzie domki są ustawione obok siebie i brakuje między nimi placu, wokół którego wznosi się budowla, dziedziniec jest tylko fragmentem zabudowań. W innych ksarach niektóre domki ustawione szeregowo na planie prostokąta, skierowane do wewnętrznego dużego dziedzińca, tu tego brakuje. Reszta to raczej dzielnica dawnych bloków, czy raczej ghorfa jak się je tu nazywa.

Dawne bloki mieszkalne zaadaptowano na potencjalny hotel.
Dawne bloki mieszkalne zaadaptowano na potencjalny hotel.

Przez to sam ksar jest większy i bardziej zróżnicowany, choć nie sprawia wrażenia tak wysokiego jak ten w Madaninie. Zaś zróżnicowanie budynków widać w dwóch rzeczach. Część wejść do ghorf jest pomalowana: „framugi” są białe. W innych zaś widać kamienie, z których wzniesiono ksar. Niektóre z budynków już się zapadły, więc dodatkowo można zobaczyć ruiny. Z drugiej strony jest też możliwość wejścia na dach i rzucenia okiem na całość. Kolejną ciekawostką jest to, że w okolicy odkrywano skamieniałości. Cześć z nich wykorzystano przy budowie ksaru. Warto przypomnieć, że ksar jest charakterystyczną budowlą dla tej części Afryki Północnej. Ksary występują nie tylko w Tunezji, ale też pobliskich krajach (jak marokański Ajt Bin Haddu).

Bloki są bardzo blisko siebie.
Bloki są bardzo blisko siebie.

Okolice i zwiedzanie ksaru

Wokół Hadady wciąż tli się życie, wznoszą się tu niewysokie góry wykorzystywane przez rolników. Lokalni mieszkańcy uprawiają tu oliwki, hodują kozy i owce. Większość mieszkańców jednak opuściła to miejsce. Tuż przy ksarze znajduje się meczet.

Ksar Hadada wciąż jest bardzo malowniczym miejscem.
Ksar Hadada wciąż jest bardzo malowniczym miejscem.

Sam ksar od lat działa w pełni turystycznie. Kiedyś, jeszcze jak tam byliśmy, działała tam tylko kawiarnia. A niej także dało się wejść na dach i podziwiać tak ksar jak i okolice. Swoją drogą chodzenie po dachach trochę przypomina bazar w Kaszan. Planowano tu także otworzyć hotel. Chyba jednak ostatecznie nie udało się otworzyć tego planu zrealizować. Niemniej jednak wystarczy podjechać tu samochodem, zaparkować i można zwiedzić to miejsce. Na publiczny transport nie ma co liczyć.

Odnowiony fragment ksaru.
Odnowiony fragment ksaru.
Ksar widziany z dachu.
Ksar widziany z dachu.

„Gwiezdne Wojny”, Tatooine i Ksar Hadada

Natomiast przy wejściu do ksaru znajduje się tabliczka upamiętniająca kręcenie tu „Gwiezdnych Wojen”, ze wskazaniem kiedy to było i co to był za film. W żadnym innym miejscu w Tunezji nie ma czegoś takiego. Nawet podano datę zdjęć – lipiec 1997. Zaś poza kawiarnią jest też sklepik, tym razem z różnymi pamiątkami, nie tylko berberyjskimi. Acz filmowych zabrakło.

Ksar Hadada, czyli kwatery niewolników, dom Shmi i Anakina w Mos Espa na Tatooine („Gwiezdne Wojny Część I Mroczne Widmo”).
Ksar Hadada, czyli kwatery niewolników, dom Shmi i Anakina w Mos Espa na Tatooine („Gwiezdne Wojny Część I Mroczne Widmo”).

Kręcono tu „Mroczne widmo” i część Mos Espy na Tatooine, dokładniej kwatery niewolników i dom Anakina Skywalkera. Widać tu bardzo dobrze rozmowę Qui-Gona i Shmi Skywalker, którzy z oddali spoglądają na młodego Anakina naprawiającego ścigacz. W praktyce scena naprawy ścigacza była nagrywana kilkaset metrów dalej. Sam ksar nawet i bez „Gwiezdnych Wojen” jest uroczą lokacją, której warto poświęcić trochę czasu. Pewne wątpliwości może budzić kwestia bezpieczeństwa, bowiem chodzi się tu po niezabezpieczonych ruinach, więc zaleca się pewną ostrożność, zwłaszcza gdy zagląda się do zniszczonych ghorf lub wchodzi na ich dachy.

Na dachu w ksarze Hadada można odpoczywać. Tu znajduje się kawiarenka.
Na dachu w ksarze Hadada można odpoczywać. Tu znajduje się kawiarenka.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tunezyjski
Ksar Hadada
Ksar Oulet Soltane
Szlak filmowy
Ksar HadadaZamek Grodziec

Abjane (Abyaneh), słynna czerwona wieś w Iranie

W Iranie czasem nawet miejsca bardzo turystyczne sprawiają wrażenie odkrywanych perełek, o których mało kto wie. Tak jest z Abjane (ang. Abyaneh, per. ابيانه lub Ābyāneh). W sieci i w przewodnikach można naprawdę dużo przeczytać na temat tego znajdującego się w połowie drogi między Kom a Isfahanem miasteczka (lub raczej wioski). Nieprawdopodobnego ze względu na swój wiek, kulturę i… piękny, czerwony kolor domów.

Wioska Abjane widziana z drona
Wioska Abjane widziana z drona

Historia wioski Abjane

Abjane to jedna z najstarszych osad w Iranie, które zachowały swój niemal pradawny charakter. Tutejszy dialekt, którym posługują się mieszkańcy Abjane – a jest ich zaledwie około trzystu (305 osób wg spisu z 2006) – jest nieco zmodyfikowaną formą języka średnioperskiego. Język ten był używany w czasach dynastii Sasanidów, a więc między III a VII wiekiem przed naszą erą! Przetrwała także oryginalna kultura, która nie poddała się tak do końca wpływom islamu. Mieszkańcy przeszli na islam dopiero w XVI wieku, opierali się kilkaset lat. Tutejsze kobiety noszą białe okrycia w drobne kwieciste wzorki i suknie zamiast spodni. Zachowały się odrębne rytuały i oryginalna kuchnia. W Abjane odbywają się cyklicznie pokazy rytuałów ukazujące unikalną kulturę tego sasanidzkiego miasteczka. To akurat ta cześć „turystyczna”. Dodatkowo od lat trwają tu prace archeologiczne właśnie przy starej zabudowie z czasów Sassanidów.

Sjena palona to dominujący kolor w Abyaneh
Sjena palona to dominujący kolor w Abyaneh

Kiedy najlepiej oglądać Abjane?

Wielu ludzi przyciąga po prostu malowniczość architektury Abjane. Zabudowania są „owinięte” wokół górskiego szczytu, na którym dodatkowo znajdują się ruiny sasanidzkiej twierdzy. Charakterystyczny dla tego miasteczka odcień sjeny palonej (RGB: 233, 116, 81) powstał dzięki tutejszej glebie bogatej w żelazo, z której mieszkańcy wykonywali suszone w słońcu cegły i tynk. Szczególnie warto wybrać się tutaj o zachodzie słońca – ciepłe światło znakomicie podkreśla naturalną urodę miasteczka. Tak zwana złota godzina dla fotografów bardzo dobrze się tu sprawdza.

Wioska dziś jest jednym wielkim muzeum, w którym wciąż mieszkają ludzie.
Wioska dziś jest jednym wielkim muzeum, w którym wciąż mieszkają ludzie.

O takiej porze dnia w górach można też poczuć chłód: w Abjane było zaledwie 20 stopni. Gdy zjechaliśmy z powrotem na główną szosę do Isfahanu, temperatura powróciła do „komfortowych” 40 stopni Celsjusza.

Tradycyjna architektura wiejska w Iranie
Tradycyjna architektura wiejska w Iranie

Jak wygląda wioska Abyaneh dziś

Warto wspomnieć, że poza wejściem, wioska jest bardzo gęsto zabudowana. Domy są tuż obok siebie. Przez to podstawowym środkiem transportu wciąż pozostają tam osły. Zresztą mieliśmy okazję zobaczyć je zarówno stojące przed wejściem, jak i przewożące coś po wiosce. Nie jest to architektura wyszukana, jak choćby w Isfahanie, bo po prostu ludowa, jednak prezentuje się pięknie. Prawdę mówiąc, pomijając główną uliczkę, domy raczej są budowane w bardzo podobnym stylu, wręcz monotonnie. Przy głównej ulicy zaś znajduje się kilka innych budynków, jak meczet, czy dawna świątynia ognia.

Drugim charakterystycznym elementem Abjane są kolorwe chusty tutejszych kobiet. Wzór jest właściwie ten sam, biały w kwiatki.
Drugim charakterystycznym elementem Abjane są kolorwe chusty tutejszych kobiet. Wzór jest właściwie ten sam, biały w kwiatki.

Zwiedzanie Abjane

Wstęp, a właściwie wjazd do wioski jest płatny. Przed wejściem są bramki, przy których kupuje się bilet, dostaje się też mapkę miasteczka. Dalej wystarczy gdzieś zaparkować i się przejść. Można sobie trochę pobłądzić między budynkami, do niektórych można też zajrzeć. Czasem są tu sklepy, czy inne lokale, ale wiele z nich to wciąż używane domy. O tym warto pamiętać, by nie traktować mieszkańców jak chodzących atrakcji. Można tu śmiało spędzić godzinę, czy dwie, spacerując wolnym krokiem. Kolor, klimat tego miejsca bardzo cieszą oko.

Obrzeża Abjane
Obrzeża Abjane

Dojazd i wejściówki

Abjane znajduje się trochę z dala od głównej drogi. Jadąc z Kaszanu do Isfahanu, należy zjechać z głównej drogi i zagłębić się w Góry Karkas. Choć miasteczko to uchodzi za nieodkryty cud przeszłości i unikat, to tak naprawdę warto pamiętać, że jest to bardzo turystyczne miejsce, z cała infrastrukturą, biletami i w dodatku dobrze rozreklamowane. Wielu młodych stąd już wyjechało, pozostali mieszkańcy trochę jakby od niechcenia pielęgnują tradycję. Ogólnie mała liczba turystów w Iranie sprawia jednak, że ten mit nieznanego zakątka Starożytnej Persji wciąż się tu utrzymuje. Ta turystyczna otoczka nie jest natarczywa, więc nam nie sprawiała żadnych problemów. To wciąż śliczne, zadbane miejsce, któremu warto poświęcić trochę czasu, choć jak na Iran to za dużo rzeczy jest tu na pokaz. Trzeba przyznać, że trochę to przypomina marokańskie Ajt Bin Haddu, ale Abjane jest większe, bardziej żywe w sposób nieturystyczny oraz intensywniejsze jeśli chodzi o kolory.

Kolorowe domki na tle gór robią niesamowite wrażenie.
Kolorowe domki na tle gór robią niesamowite wrażenie.

Pobliski ośrodek atomowy Natanz

Jadąc do Abjane minęliśmy miejsce, któremu nie można robić zdjęć. To ośrodek atomowy nieopodal miasta Natanz. W przeciwieństwie do ośrodka w Fordo (o którym świat dowiedział się w 2009 roku), ten kompleks był już dłużej znany i kiedy rozmawiano o wzbogacaniu uranu, rozmowy toczono głównie wokół Natanz. W latach 2007 – 2010 praca ośrodka została zaburzona przez cyberatak wirusem Stuxnet. Przejeżdżając nie widzi się wiele, pomijając wieżyczki obserwacyjne, działa przeciwlotnicze, czy nawet pojazdy wojskowe. Jednak żadnych reaktorów i tak dalej. Wszystko jest dobrze ukryte. Przejazd nie sprawia żadnych trudności, nikt nas nie zatrzymywał. Oczywiście w takich miejscach naprawdę nie warto używać kamer, aparatów i tym podobnych sprzętów, by nie mieć problemów.

Abjane jest szczególnie atrakcyjne o zachodzie słońca.
Abjane jest szczególnie atrakcyjne o zachodzie słońca.

Żywa historia wojny z Irakiem

Skoro już przy tematach militarnych i wojskowych jesteśmy, to warto wspomnieć o śladach, które są widoczne w wielu miejscach w Iranie. Także po drodze do Abjane. Często wzdłuż głównych dróg oraz w większych i mniejszych miastach, miasteczkach można się spotkać z aleją dużych zdjęć młodych mężczyzn (swoiste klepsydry), przyozdobionych symboliką męczenników narodową i religijną. Są to ofiary reżimu szacha, które zginęły w czasie rewolucji islamskiej oraz – w większości – ofiary wojny z Irakiem.

Wąskie uliczki w Abjane
Wąskie uliczki w Abjane

Wojnę z lat 1980 – 1988 między oboma państwami w Iranie nazywa się Wojną Narzuconą lub Świętą Obroną, zaś w Iraku Al-Kadisijją Saddama. Nazwa ta miała znaczenie, Al-Kadisijja to nieistniejące już miasto perskie, którego podbicie przez Arabów i odepchnięcie przeważających sił perskich, umożliwiło arabski i islamski podbój Persji.

Wioska i widok na góry
Wioska i widok na góry

Dotkliwe żniwo wojny irańsko-irackiej

Straty po stronie irańskiej wyniosły około miliona zabitych i rannych wojskowych i ludności cywilnej, zabitych i rannych Irakijczyków było o połowę mniej. Pamięć tej wojny naturalnie jest wciąż żywa wśród obywateli Iranu i tym bardziej jest zadrą, że Irak zdobył duże poparcie obcych mocarstw: Francji, Wielkiej Brytanii, RFN i naturalnie USA, ponadto Irak był wspomagany przez ZSRR oraz Arabię Saudyjską. Z zachodnim wsparciem dla Iraku wiąże się przewrotna historia.

Mężczyzna na osiołku (Abjane, Iran)
Mężczyzna na osiołku

W 1980 roku Irak ogłosił ideę państwa panarabskiego, co miało umocnić państwa na Bliskim Wschodzie i Afryce Północnej względem neokolonialnych zakusów zachodnich mocarstw. Te oczywiście nie były rade z wizji ograniczenia wpływu obcych państw na bogate w surowce pustynne ziemie. Saddam Husajn nawiązał nawet przyjazne stosunki z monarchią Arabii Saudyjskiej, więc zagrożenie powstania arabskiej jedności było poważne.

Dlaczego więc Zachód poparł Husajna, stawiając na szali swoje wpływy na Bliskim Wschodzie? Dyktatorowi udało się przekonać świat, że Irańska Republika Islamska jest zagrożeniem dla regionu i co za tym idzie, światowej gospodarki, jako że Iranem rządzili szyiccy fanatycy, skonfliktowani z sunnicką większością muzułmanów. Saddam Husajn stał się więc obrońcą arabskiego świata i arabskiej wolności, jakby to nie brzmiało. Podczas trwania konfliktu, w 1982 roku, USA usunęły Irak z listy krajów terrorystycznych i nawiązały przyjazne stosunki z krajem Husajna.

Abyaneh, wioska w Iranie
Abyaneh, wioska w Iranie

Skutki wojny

Iran został sam, wspierany jedynie przez Syrię i Koreę Północną. Co ciekawe, sekretnie Irańczyków dozbrajali sami Amerykanie. Irańczycy pomogli w Bejrucie uwolnić amerykańskich zakładników przetrzymywanych przez Hezbollah. W zamian USA sprzedały Iranowi nieco broni. Wojna była wyczerpująca dla Iraku i Iranu, a zachodnie kraje bogaciły się na sprzedaży broni, faktycznie obu stronom. Iran nie poległ tylko dzięki fanatyzmowi walczących ochotników. Fanatyczna nienawiść wobec reżimowi w Iraku, a dziś przede wszystkim USA i Izraelowi jest w Iranie nadal bardzo, bardzo żywa. Konflikt jednak nie został rozstrzygnięty: formalnie oba kraje są nadal w stanie wojny. Jednocześnie Irak będąc samemu pogrążony w lokalnym konflikcie jest jednym z najważniejszych partnerów handlowych Iranu. Zaś przy ostatnich problemach politycznych, Irak nieśmiało raczej popierał Iran. To tylko pokazuje, jaką beczką prochu jest sytuacja polityczna Bliskiego Wschodu.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak irański
AbjaneKharanagh

U styku filmu i podróży