Park Narodowy Tarangire

W północnej Tanzanii znajduje się kilka parków narodowych, w tym oczywiście słynne Serengeti. Każdy z nich jest inny, specyficzny i unikalny. Dziś zajmiemy się Tarangire. Nazwa parku (czyta się przez „g”) pochodzi od rzeki Tarangire, która przez niego przepływa. Znajduje się on niedaleko Arushy, zdecydowanie bliżej niż wspomniane Serengeti czy Ngorongoro. Założono go w 1970. To co najbardziej się rzuca w oczy to olbrzymia populacja słoni. Ich jest tu naprawdę dużo.

Młody Masaj przy granicy parku

Tarangire jest dość niepozornym miejscem. Nie ma tu zbyt wielu turystów, co sprawia, że jest to bardzo kameralne miejsce na safari. No i jest tu naprawdę dużo różnych zwierząt. Chyba, w żadnym innym parku w Tanzanii nie było ich aż tyle.

Żółw lamparci

W parku nie ma za bardzo miejsc, w których można rozprostować kości. Jest tylko kilka przewidzianych na pikniki. Jedno z nich, znajduje się na tyle wysoko, że można stamtąd oglądać sobie rozległe połacie parku, a także wspomnianą już rzekę.

Gnu

Już sam wjazd do Tarangire sprawia niecodzienne wrażenie. Mija się wioski Masajów. Może się zdarzyć, że wokół parku czają się młodzi wojownicy wymalowani w tradycyjny sposób. Zaś czekając aż przewodnik załatwi formalności można podziwiać wystawione czaszki zwierząt, w tym także słoni.

Słoń afrykański
Baobab

Jak pisaliśmy wcześniej, Tarangire to przede wszystkim dom słoni. O ile zwierzęta te dość trudno zobaczyć np. w Serengeti, tu jest ich naprawdę dużo. Trzeba by mieć bardzo dużego pecha, by ich nie spotkać. To też doskonałe miejsce, na pewną obserwację. Okazało się, że nasz przewodnik nie bał się podjeżdżać do lwów, czy innych drapieżników, jak znajdowały się blisko drogi. Ale w przypadku słoni, zwłaszcza prowadzących młode, widać już po nim było, że woli zachować ostrożność. Czasem nawet wyłączał silnik, by nie było żadnych, gwałtownych ruchów. Lepiej przeczekać, aż słoń przejdzie.

Struś

A ponieważ jest ich tu całkiem sporo, jest to też duża szansa na obserwowanie ich zachowań. Choćby sposobu w jaki jedzą trawy, które wpierw wyrywają, a następnie otrzepują z ziemi. Albo jak ściągają korę z drzew akacjowych. Skoro jesteśmy przy roślinach, to tu także rośnie wiele baobabów.

Zebry

Nam poza słoniami, udało się tu dostrzec między innymi żyrafy, zebry, gnu, impale i inne antylopy, bawoły, strusie, guźce, także lwy, pawiany i koczkodany oraz mnóstwo innych ptaków, z wikłaczami i papugami na czele. Widzieliśmy też mangusty a nawet żółwia lamparciego. Zaś wśród akacji i baobabów czasem da się dostrzec też termitiery, a przede wszystkim oglądać wspaniałą sawannę.

Błyszczak rudobrzuchy (z ang. Superb starling)

Wycieczka do Tarangire formalnie trwa cały dzień, ale tak naprawdę to kilka godzin od rana do wieczora, z jedną dłuższą przerwą na lunch. Ten park to bardzo dobry wybór, gdy mamy niewiele czasu. Z Arushy da się tu dojechać w miarę szybko, a znajdywanie zwierząt nie będzie stanowiło problemu.

Guźce
Szlak tanzański
Park Narodowy Jeziora Manyara Park Narodowy Tarangire Park Narodowy Mikumi
Share Button

Porto

Jedno z największych miast Portugalii, jednocześnie jedno z najbardziej popularnych wśród turystów. W dodatku obecnie dzięki tanim lotom można tam polecieć bezpośrednio z Polski. To także miejsce, gdzie produkuje się jedne z najsłynniejszych portugalskich win, czyli porto.

Skład porto

Produkcja wina nadal jest bardzo ważna w tym mieście. W południowej części miasta, tuż nad brzegiem rzeki Duero znajduje się cała dzielnica (lub lepszym określeniem jest gmina bo to faktycznie osobna jednostka – Villa Nova da Gaia), w której leżakuje porto. Znajdziemy tu zarówno najsłynniejsze marki, firmowe sklepy, jak i możliwość degustacji. Właściwie dla wielu na tym można by skończyć zwiedzanie Porto. My na próbowanie załapaliśmy się właściwie przez przypadek. Chcieliśmy wjechać sobie na most kolejką linową. Okazało się, że do biletów na kolejce (kupionych nie w automacie, a w sklepiku na dole), dołożono wejściówkę na degustację.

Most Dom Luis i magazyny porto

Pozostając jeszcze przy południowym brzegu rzeki Duero. Tu warto zobaczyć barki, na których kiedyś spławiano wino. To także doskonałe miejsce do obserwowania piwnic, w których leżakuje porto. To dość długie, bardzo charakterystyczne budynki. Jest to też doskonałe miejsce widokowe, zwłaszcza na słynny most i bardzo charakterystyczną zabudowę. Oczywiście można także kupić sobie wycieczkę statkiem po rzece.

Widok na Porto

Jednak prawdziwe Porto znajduje się na północnym brzegu rzeki. Wcześniej jednak trzeba przejść przez most Dom Luis I, prawdopodobnie najbardziej charakterystyczny punkt miasta. Właściwie to są dwa dość podobne mosty. Pierwszy, starszy i znajdujący się dalej od centrum to most Maria Pia. Został zbudowany w 1877 przez firmę Gustave Eiffela, a jednym z jej przedstawicieli był wówczas Théophile Seyrig. Kilka lat później rozpisano konkurs na Dom Luis I, tym razem Seyring wystartował już samodzielnie. Most otworzono w 1886. Most Dom Luis I jest dwupoziomowy. Na dole jeżdżą samochody. Górą zaś metro, a także jest przejście dla pieszych.

Most Dom Luis I nocą

Życie turystyczne koncentruje się tuż przy rzece Duero w dzielnicy Ribeira. To pozostałości po dawnym porcie. Obecnie jest tu deptak z kawiarniami i restauracjami, a także pięknymi widokami na most i rzekę. Trochę bardziej w centrum znajduje się Avenida dos Aliados, z ratuszem na czele. To znów okolica przeznaczona głównie dla turystów, ze sklepami i wieloma innymi atrakcjami.

Katedra

W Portugalii znajduje się wiele ładnych kościołów. W Porto na szczególną uwagę zasługują dwa. Pierwszy to oczywiście katedra. Z tarasów przed nią bardzo ładnie widać Ribeirę i dachy Porto. Drugi, dość charakterystyczny to kościół kleryków (Clerigos). Najbardziej znana jest oczywiście jego wieża, która dość mocno wybija się w okolicy. Tuż przy samej dzwonnicy znajduje się jeden z dwóch najbardziej znanych sklepów w Porto. „Casa Oriental” z czekoladą, czyli sklep kolonialny. Do niego można wejść za darmo.

Wieża kościoła kleryków

Drugi ze sklepów to „Livraria Lello & Irmao”, czyli najsłynniejsza księgarnia w Portugalii. Przede wszystkim ze względu na design. Ten podobno nawet zainspirował J.K. Rowling, gdy tworzyła bibliotekę w Hogwarcie w serii książek o Harrym Potterze. Niestety wejście do tej księgarni jest płatne, kosztuje 4 Euro (przynajmniej tyle kosztowało w sezonie zimowym). Dodatkowo ilość turystów jest tu naprawdę spora. W żadnym innym miejscu w Porto nie widzieliśmy takich kolejek. To miejsce ma swoją renomę i jest trendy, dlatego przybywają tu tłumy, bardziej nawet by zrobić zdjęcia i oznaczyć się np. na Facebooku. Niestety większość, nie kupuje książek.

Porto

W 2001 Porto było Europejską Stolicą Kultury. Z tej okazji zaczęto budować salę koncertową, która dziś jest jedną z wizytówek miasta. A Casa da Música to nowoczesna bryła zaprojektowana przez Rema Koolhaasa. Dość mocno wyróżnia się od reszty miasta. Natomiast mówiąc o kulturze, warto też wspomnieć o azulejos, czyli białych kafelkach z mozaiką czy obrazem. W Porto mają one najczęściej kolor niebieski. Można je podziwiać w różnych miejscach, ale chyba na chwilę warto wejść na hol dworca Porto-São Bento. Tam one robią niezapomniane wrażenie.

Tramwaj linii nr 1

Poza metrem jeżdżą tu także tramwaje, w tym dość zabytkowe. Podobnie jak w Lizbonie, tak i w Porto, te starsze kursują na liniach, które powinny przypaść do gustu turystom, stanowiąc przy tym dodatkową atrakcję. Godna polecenia jest linia numer 1, która zawozi nas nad ocean do dzielnicy Foz do Douro, gdzie możemy obejrzeć ujście rzeki do oceanu. Poza parkiem, znajduje się tu Fortaleza de São João da Foz, czyli pozostałość po dawnej portugalskiej fortecy. Jest też plaża, oraz przede wszystkim sam ocean. Bardzo klimatyczne miejsce, tak inne od reszty miasta.

Azulejos na zewnątrz budynków w Porto
I w środku dworca

Centrum Porto to przede wszystkim jednak małe, wąskie i niejednokrotnie kręte uliczki prowadzące to w górę, to w dół. To właśnie zwiedzając je odkrywa się urok miasta.

Fort

Jeśli nie leci się do Porto bezpośrednio to można też spokojnie dojechać tu z Lizbony, czy to pociągiem, czy autobusami. Autobusy Rede Expressos jadą trochę dłużej niż pociąg, ale są tańszym rozwiązaniem.

Latarnia morska
Szlak portugalski
Lizbona Porto Przylądek Roca
Share Button

RAF Greenham Common

Gdy trwała jeszcze II wojna światowa, jakieś 90 kilometrów od Londynu zbudowano nowe lotnisko RAFu (Royal Air Force) oraz lotnictwa Armii Stanów Zjednoczonych. Podczas zimnej wojny baza awansowała, przetrzymywano tu także pociski atomowe. To właśnie przeciw nim zaczęły protestować kobiety w 1981 roku. Z czasem w ramach protestu osiedliły się w tym miejscu. Greenham Common stało się Pokojowym Obozem Kobiecym. Obóz ten trwał tu do roku 2000, przez ten okres był zarówno usuwany jak i odbudowywany. W roku 2000 nie tylko zmieniła się sytuacja na świecie, ale również sama przestarzała już baza nie nadawała się do normalnego użycia.

Dawne lotnisko

Wówczas rozpoczął się nowy etap dla Greenham Common. Zostało w większości terenem rekreacyjnym, w którym można sobie pospacerować i wypocząć. Wciąż trwają jednak dyskusje, co do przyszłości tego miejsca. Są sugestie, by lepiej wykorzystać je turystycznie. Na razie służy głównie jako miejsce spacerowe dla ludzi mieszkających nieopodal, jak również miejsce wypasu krów.

Plan filmowy i magazyny

Wyjątkiem są hangary, który wciąż są otoczone płotem. Obecnie pełnią raczej rolę magazynu, stoją tam ciężarówki z kontenerami. To jednak właśnie te hangary są najbardziej interesującym obiektem ze względu na kino. To tu J.J. Abrams postanowił nakręcić „Gwiezdne Wojny Część VII: Przebudzenie Mocy”. Hangary/silosy to baza Ruchu Oporu na planecie D’Qar w systemie Ileenium. Warto zwrócić uwagę, że wzgórza w tle zostały dodane komputerowo.

Tereny rekreacyjne

Niestety do silosów nie można dziś podejść. Są starannie ogrodzone. Z daleka wyglądają bardzo filmowo i interesująco, ale gdy podejdzie się do płotu to widzi się tam kontenery i samochody dostawcze, to teren wojskowy. Nie można także wejść do budynków znajdujących się na terenie dawnego lotniska. Choć jeśli projekty przekształcenia tego miejsca zostaną zrealizowane, to przynajmniej ta część zostanie zmieniona.

Widok na magazyny z oddali

Sam dojazd do Greenham Common może nastręczać pewien problem. Bo choć miejsce to jest ogólno dostępne, nie licząc oczywiście pewnych wyjątków, to nie jest dobrze oznaczone. Na początek należy dojechać do Greenham Common Business Park, stamtąd należy się kierować drogą A339 na Newbury i skręcić w prawo na nieoznaczoną leśną drogę. W lewo jest drogowskaz na Burghciere School, może posłużyć jako punkt orientacyjny.

Krowy

Jadąc drogą w lesie szybko miniemy bramę, potem zaś prowadzi ona praktycznie pod same silosy.

Zarośla

Greenham Common to dość niezwykła lokacja. Szkoda tylko, że jeszcze nie jest tak dostępna jak mogłaby być. To miejsce ma bardzo ciekawą historię i może kiedyś zostanie umiejętnie wyeksponowane. Dziś to raczej ciekawostka bardziej dla fanów „Gwiezdnych Wojen” niż pasjonatów historii. (Więcej zdjęć znajdziecie tutaj).

Jeszcze jeden widok na magazyny
Szlak brytyjski
Stonehenge RAF Greenham Commons Portsmouth
Szlak filmowy
Lizbona (i Bond) RAF Greenham Commons Wenecja, czyli Indiana Jones spotyka Jamesa Bonda
Share Button

Litwa: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Litwy. Zweryfikowane w maju 2017.

Dojazd: Samochód, autokar, samolot, względnie pociąg.

Wiza: Schengen, wstęp na dowód, najczęściej bez kontroli.

Baza noclegowa: Rozbudowana, bez problemu np. na booking.com mnóstwo pozycji.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic wartego uwagi.

Waluta: Euro (EUR).

Płatności kartą i bankomaty: Płatności kartą mocno rozwinięte. Nie ma kwot minimalnych, nie patrzą na to czy to kredytowa, czy nie. Paypass popularny. Tylko w kilku obiektach była nam potrzebna gotówka.

Napiwki: Nie ma potrzeby, ani zwyczaju dawania.

Internet: Bez problemu.

Telefony: Obecnie roaming jest zniesiony z pewnymi ograniczeniami zależnymi od danego operatora.

Język: Nominalnie litewski, ale są też silne, zauważalne wpływy rosyjskie i polskie. Dlatego czasem pytając się o język rozmowy warto zapytać o polski lub angielski. Często wolą ten pierwszy.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Nie podróżowaliśmy samochodem.

Oznaczenia i drogowskazy: W miastach zazwyczaj zabytki są dość dobrze oznaczone. Są drogowskazy.

Jedzenie wegetariańskie: Kuchnia podobna trochę do polskiej, czy rosyjskiej, więc można spokojnie szukać jakiś pierogów czy czegoś w tym stylu.

Ludzie: Pomimo pewnych problemów historycznych i politycznych, są dość dobrze nastawieni do Polaków. Widać tu pewną fascynację naszym krajem i otwartość na naszą kulturę, to samo w sobie jest ciekawym doświadczeniem.

Bezpieczeństwo: Drobna przestępczość, to wszystko.

Klimat: Umiarkowany.

Informacja turystyczna i mapy: Darmowe mapy można dostać np. w hotelach. Same punkty informacji raczej słabo rozwinięte. Można za to bez problemu skorzystać choćby z informacji dworcowych, czy autokarowych, gdy szuka się połączenia.

 Gdzie szukać informacji: Jest wiele przewodników, także dużo informacji w sieci.

Szlak litewski
Praktycznie Wilno
Share Button

Wilno

Wilno (lit. Vilnius) to z jednej strony stolica Litwy, z drugiej miasto, gdzie trudno nie dostrzec polskich wpływów, a przy tym także sanktuarium, w którym poza narodami krzyżują się kultury i wyznania. To fascynująca mieszanka, która całkiem dobrze funkcjonuje.

Pomnik Andrzeja Mickiewicza

­­ „I w Ostrej świecisz Bramie…”

z inwokacji „Pana Tadeusza” Adama Mickiewicza

Ostra Brama w nocy

Po raz kolejny bawiąc się w „pogromców mitów”. Świecąca Matka Boska Ostrobramska, brzmi to bardziej jak zabieg stylistyczny poety. Okazuje się, że Mickiewicz doskonale wiedział co pisał, choć oczywiście świecenie w okresie, gdy powstawał „Pan Tadeusz” nie mogło być tak spektakularne jak obecnie. Cudowny obraz Ostrobramski znajduje się w małej kaplicy na dawnym murze miejskim, no i w bramie, przez którą można wejść. Ze strony zewnętrznej starego miasta nie wygląda to specjalnie interesująco, ale od środka już tak. W dzień otwarte są okna i można z ulicy zobaczyć cudowny obraz, jak i modlące się osoby . W nocy okna są zamknięte ( w dzień w razie niepogody także), ale kaplica jest dobrze oświetlona, Matka Boska więc faktycznie świeci w Ostrej Bramie.

Kościół św. Kazimierza

To zdecydowanie najbardziej popularne miejsce pielgrzymek na Litwie. Kaplica znajduje się przy kościele św. Teresy. Msze są tu regularnie odprawiane także w języku polskim, a dodatkowo odbywają się msze pielgrzymek. W okresie, gdy jest ich dużo, dostęp do kaplicy z obrazem jest utrudniony. Zaś przy samej kaplicy na ścianie można zobaczyć wiele dowodów cudownego wstawiennictwa Maryi. Nie jest to jedyne sanktuarium, warto też wspomnieć o Sanktuarium Miłosierdzia Bożego. Ale to nie jest już tak znane i oblegane.

Ratusz

Centrum Wilna to kilkanaście bardzo interesujących kościołów, w tym choćby św. Anny, czy św. Kazimierza. Do tego dochodzą też cerkwie prawosławne, które dobrze wpisują się tu w klimat. Przed wojną w mieście znajdowało się również prawie sto synagog. Obecnie pozostało tylko kilka, z tego chyba tylko jedna pełni swą pierwotną rolę.

Baszta Giedymina

Ciekawym miejscem spacerowym jest najstarsza cześć miasta, gdzie znajdował się kiedyś zamek. Obecnie pozostały po nim tylko pewne fragmenty. Najbardziej widoczny jest tak zwany zamek górny, czyli Baszta Giedymina. To także dobry punkt widokowy na całe miasto. O ile do pozostałości zamku górnego można wejść za darmo, o tyle wejście na samą wieżę już jest płatne.

Bastion

Poniżej znajduje się pałac Wielkich Książąt Litewskich, właściwie jest to zrekonstruowany zamek dolny. Obecnie pełni on rolę muzeum. Litwa niestety w ostatnich wiekach nie miała szczęścia do sąsiadów, więc wiele eksponatów zostało zrabowanych. Przez to samo muzeum sprawia czasem wrażenie pustego. Ale z drugiej strony bardzo interesujące jest móc obserwować litewski punkt widzenia na historię. Zwłaszcza to, że Jagiellonowie są przedstawiani tutaj wciąż jako Wielcy Książęta i przy okazji Królowie Polscy, zaś królowie elekcyjni zawsze jako pierwszy noszą tytuł Króla Polski.

Archikaterdra

Obok pałacu książąt znajduje się katedra. Właściwie to bazylika archikatedralna św. Stanisława Biskupa i św. Władysława. Pochowany jest tu między innymi Aleksander Jagiellończyk (król Polski w latach 1501 – 1506). Sam budynek został dość mocno przeprojektowany i zmieniony przez lata, choćby z powodu pożarów czy innych nieszczęść. Obecnie ma styl klasycystyczny, interesujący z zewnątrz, dobrze oświetlony w nocy. Jednocześnie w środku jest bardzo ascetyczna, wręcz pusta. Tuż przy katedrze stoi charakterystyczna wieża oraz pomnik Giedymina.

Trzy Krzyże

W stolicy Litwy jest dużo zieleni. Oprócz twierdzy wypocząć można choćby na Górze Trzykrzyskiej. Trzy krzyże zostały postawione po raz pierwszy w XVII wieku na pamiątkę lokalnych misjonarzy i męczenników. Początkowo były wykonane z drewna i gdy zmurszały, w XVIII wieku wymieniono je na nowe. Gdy i te zniszczały w XIX wieku i zawaliły się ze starości, ówczesne władze rosyjskie nie pozwoliły ich odbudować. Betonowe krzyże zbudowane w roku 1916 podczas okupacji niemieckiej. W latach 50. władze radzieckie wysadziły je w powietrze, do dziś można oglądać ich fundament, który pozostawiono jako pewien symbol. Gdy skończyła się okupacja radziecka, w 1989 roku postawiono nowe krzyże wg projektu z 1916 roku, tyle że nieco wyższe. W fundament obecnych krzyży wmurowano odkryte pozostałości poprzednich konstrukcji. Obecnie trzy krzyże traktuje się jako symbol ofiar stalinizmu, zaś historia o misjonarzach-męczennikach jest raczej legendą PRową niż autentyczną historią. W każdym razie to także doskonały punkt widokowy, no i idealne miejsce spacerowe.

Muzeum ludobójstwa – lub KGB (dawne więzienie)

Wspomnieliśmy o stalinizmie. W Wilnie znajduje się Muzeum Ofiar Ludobójstwa, nieoficjalnie nazywane muzeum KGB. Zadaniem tego obiektu jest gromadzenie świadectw i przypominanie historii 50-letniej okupacji ZSRR na Litwie, związanych z tym prześladowaniami, deportacjami i morderstwami. Sam budynek powstał jeszcze za czasów carskich jako sąd guberni, podczas I wojny światowej zajmowali go Niemcy, potem przeszedł w ręce Litwinów, dalej – Polaków, po wybuchu II wojny światowej Sowietów i pozostał w ich rękach do odzyskania przez Litwę niepodległości. Pouczające i bardzo ponure miejsce, ale konieczne do odwiedzenia. Jedno z nielicznych, gdzie nie można płacić kartą. O ile cała reszta zwiedzanych przez nas miejsc w Wilnie raczej ma neutralny lub wręcz zabawowy charakter, to miejsce się bardzo wyróżnia, jest poważne i przygnębiające. Ale także filmowo powiązane. Jeden z dokumentów jest zilustrowany marszem imperialnym z „Imperium kontratakuje”. Natomiast w pomieszczeniu, gdzie dokonywano egzekucji, na ekranie leci fragment podobnej sceny, jakie się tu odbywały, z „Katynia” Andrzeja Wajdy. Egzekucja za egzekucją.

Konstytucja Zarzecza

Wilno oferuje nie tyko uciechy dla ducha, ale także dla ciała. Można pogłaskać wielkiego kota z granitu, można pobujać się na huśtawce zawieszonej na rzece. Pomników jest całkiem sporo. Niektóre mają poważny charakter, inne jak wspomniany kot raczej zabawny. Słynny jest też pomnik Franka Zappy.

Huśtawka pod mostem

Huśtawka znajduje się w bardzo specyficznym miejscu. Republika Zarzecza to artystyczna dzielnica Wilna (albo suwerenne państwo, jak chcą niektórzy) z własną konstytucją. Do ciekawszych punktów należą: „Człowiek ma prawo żyć obok Wilienki, a Wilienka płynąć obok człowieka”, „Człowiek ma prawo umrzeć, ale nie jest to jego obowiązkiem”, czy „Kot nie musi kochać swojego właściciela, ale jest zobowiązany pomóc mu w potrzebie”. To co jest naprawdę fajne w tej części miasta, to fakt, że ta dzielnica nie utraciła swojego ducha. Jest turystyczna, ale przy tym wciąż artystyczna. Jeszcze się nie skomercjalizowała.

Cmentarz na Rossie

Wilno to oczywiście wiele polskich miejsc pamięci. Oprócz punktów związanych z Mickiewiczem (którego Litwini biorą za swojego wieszcza), jest tutaj także cmentarz polskich żołnierzy na Rossie. Jego centralnym punktem jest grób matki i serca Marszałka Piłsudskiego. Powyżej demokratycznie i razem leżą Polacy i Litwini. Cmentarz jest zadbany. Dawnymi grobami polskimi opiekują się przewodnicy. Na wielu z nich znajdują się nawet tabliczki mówiące o sponsorach, czyli często polskich wycieczkach. To miejsce to także praktycznie obowiązkowy punkt dla wielu odwiedzających. No i trzeba przyznać, że sama nekropolia jest dość intrygująca.

Parlament

Stolica Litwy to bardzo ciekawe, żyjące miasto. Polskie i niepolskie zarazem. Z pewnością warte przynajmniej  wypadu weekendowego. Jest tu wiele interesujących zakamarków do oglądania, a przy tym faktycznie jest bardzo rodzime, a i polski często się słyszy.

Graffiti
Pomnik kota
Szlak religijny
Fatima Wilno Kana Galilejska
Szlak litewski
Praktycznie Wilno Troki
Share Button

Armagedon

Jutro, 23 września, koniec świata, przynajmniej według aktualnej przepowiedni. Od lat wiele osób próbuje go przewidzieć wskazując niczym Nostradamus lub jego interpretatorzy dokładaną datę. Na razie jakoś nie wyszło. Więc my spróbujemy inaczej, zajmiemy się miejscem finalnej bitwy. A znajduje się ono w Izraelu, a dokładniej to dolina Jezreel (Galilea).

Har-Magedon, czy też Armagedon lub Armageddon został wskazany jako miejsce ostatecznego starcia dobra ze złem w „Apokalipsie św. Jana”. Wraz z ustaniem walk dobro zatryumfuje, zło i jego sprzymierzeńcy zostaną ostatecznie pokonani i zamknięci na tysiąc lat w czeluści. Potem czekają ich jeszcze jęzory ognia. Dobrzy zaś odrodzą się w nowym świecie, bez głodu, chorób, smutku i śmierci.

Armagedon (kilka lat temu)

Sama nazwa pochodzi prawdopodobnie od Megiddo. Było to miasto w starożytnej Palestynie (dziś to terytorium Izraela), o tyle istotne, że położone na niewielkim wzniesieniu, wokół którego prowadzono na przestrzeni lat wiele bitew o kluczowym dla rejonu znaczeniu. Ostatnia odbyła się tu w 1918 między Imperium Osmańskim a Brytyjczykami. Niektórzy twierdzą, że była to zapowiedź klęski Turków podczas I wojny światowej. Dziś pozostałości po Megiddo można nawet zwiedzać. Obszar wokół jest zarówno Parkiem Narodowym jak i znajduje się na światowej liście dziedzictwa kulturowego UNESCO.

Druga część nazwy, czyli słowo „Har” oznacza górę (ew. pagórek). Góra Megiddo. Bardziej by pasowała tu wzniesienie, czy pagórek. Ale inne źródła sugerują, że bitwa rozegra się w dolinie przy górze Megiddo. A ta dolina to właśnie znajdująca się w Galilei Jezreel (ew. Jizreel, Ezdrelon, czy po hebr. עמק). Dolina ma powierzchnię koło 250 km kwadratowych i kształt przypominający trójkąt. Miejsce w sam raz na ostateczną bitwę.

Armageddon

Obecnie jest to przede wszystkim obszar rolniczy. Turyści i pielgrzymi najczęściej przemierzają go nawet nie zdając sobie sprawy, gdzie są, o ile przewodnik o tym nie wspomni. Tu krzyżują się trasy z Nazaretu, góry Karmel czy Jerozolimy. Czy jutro rozegra się tam decydujące starcie? Zobaczymy. Jak nie, to może następnym razem. W każdym razie miejsce jest znalezione i przygotowane. A gdyby nie wyszło, kolejny koniec świata ogłoszono w październiku.

Szlak izraelski
Nazaret Armagedon Kana Galilejska / Kefar Kanna
Share Button

Park Narodowy Jezioro Manyara

Park Narodowy Jeziora Manyara został utworzony w 1960. Znajduje się tuż przy wielkim uskoku nieopodal Ngorongoro. Zajmuje tereny wokół wielkiego, płytkiego się jeziora. Park Narodowy jest znany jako miejsce lwów śpiących na drzewach oraz pawianów.

Jezioro Manyara widziane z uskoku

Nazwa jeziora pochodzi od masajskiego słowa emanyara, które określa specyficzny, występujący tu gatunek wilczomlecza. Różne źródła podają też inne dane na temat tego, czy jezioro jest słodko czy słonowodne. Właściwie najlepiej byłoby je określić jako słonawe, lub coś pomiędzy, bez wątpienia jest bardziej zmineralizowane niż typowe wody słodkowodne, ale to jeszcze nie Natron. Samo jezioro liczy sobie 231 km2.

Pawian
Koczkodan czarnosiwy

Jadąc w kierunku Ngorongoro znajdziemy kilka miejsc widokowych, skąd rozciąga się piękny widok na jezioro i cały park narodowy. Sam park także jest bardzo zróżnicowany. Z jednej strony znajduje się tam las równikowy, który dość szybko przechodzi w typową sawannę, a potem w tereny podmokłe. W porze suchej część jeziora. Na obszarze parku znajdują się ponadto gorące źródła.

Słoń

Park również nie jest zbyt popularny wśród turystów, zwłaszcza w porównaniu do Serengeti czy Ngorongoro. Zwierząt jednak wciąż jest dość sporo. Oczywiście najbardziej w oczy rzucają się duże stada małp, w szczególności pawianów. Są też różne koczkodany. Na małpy trzeba uważać, by nie kradły i nie próbowały wejść do samochodów. Na szczęście tutaj jednak najczęściej są bardziej zajęte same sobą.

Sępy

Widzieliśmy także sporo słoni. Może nie tyle ile w Tarangire, ale wciąż zdecydowanie więcej niż w innych parkach. Są bawoły, czasem żyrafy i guźce, no i dużo ptactwa, w tym sępy, flamingi, pelikany czy warzęchy.

Pelikany
Warzęchy

Maynara to bardzo ładny park, choć niestety w naszym odczuciu chyba najmniej wyróżniający się. Co prawda jest zróżnicowany, można też podjechać praktycznie pod samą wodę, ale raczej w porównaniu z innymi, jest raczej powtórką. Powoduje to znów to, że przybywa tu mniej ludzi (jak w Tarangire). Więc dużo łatwiej obcuje się z przyrodą. Bez wątpienia to miejsce godne rozważenia, choć wybierając między Manyarą a Tarangire chyba lepiej wybrać ten drugi.

Impale

Szlak tanzański
Jezioro Natron Park Narodowy Jeziora Manyara Park Narodowy Tarangire
Share Button

Stonehenge

To bez wątpienia jeden z najbardziej znanych europejskich kamiennych kręgów i budowli megalitycznych epoki neolitu i brązu , choć wcale nie największy. Wokół Stonehenge narosła legenda, która została mocno rozbudowana przez pop-kulturę. To tajemnicze i mistyczne miejsce. Choć nie jest tak duże jak wydaje się być w telewizji czy w kinie, jednak gdy zestawimy je z innymi pozostałościami z tamtego okresu (np. megality na Malcie czy dolmeny w Hiszpanii) to robi wielkie wrażenie jako dokonanie inżynieryjne prostych ludzi sprzed nawet 5 tysięcy lat!

Stonehenge z daleka

Zanim jednak powstał kamienny krąg, jakieś 3000 lat p.n.e. ludzie zaczęli tu budować kurchany. Musiało być to ważne miejsce już dla prehistorycznych Brytów, znaleziono tu ślady różnych form kultu. Sam kromlech powstawał na przestrzeni 1500 lat.  jego budowa została zakończona około roku 1600 p.n.e. Stonehenge to wyrafinowana kompozycja dwóch importowanych skał: sarsenu (rodzaj piaskowca) i błękitnych skał (przypominające gabro), a także otaczających wałów ziemnych, prostej drogi prowadzącej do rzeki i kurhanów znajdujących się w najbliżej okolicy. Potem głównie niszczał, a obecny kształt to częściowa rekonstrukcja dokonana w XX wieku.

Stonehenge

Do dziś nie znamy powodu, dla którego tak naprawdę zbudowano to miejsce. Przypuszcza się, że jest ono związane z kultem słońca i księżyca. W każdym razie od 1882 jest to chroniony zabytek w Wielkiej Brytanii, zaś w 1986 roku zostało wpisane na listę UNESCO.

Stonehenge

Stonehenge to nie jedyna budowla tego typu w Anglii. Kręgi neolityczne znajdują się także między innymi wokół Avebury, choć nie są już tak słynne i ikoniczne, mimo że sam ich promień jest większy.

Szpaki między kamieniami

Dziś to miejsce, do którego przybywają rzesze ciekawskich turystów z całego świata, ale też uduchowionych hippisów-druidów, neopogan czy artystów poszukujących inspiracji. Stonehenge wygląda jak samotna kamienna budowla postawiona na środku pola, ale na przestrzeni lat zbudowano całą infrastrukturę (ten proces trwa nadal). Przede wszystkim są tu parkingi oraz pawilony i coś na kształt skansenu. W pawilonach można zapoznać się z historią Stonehenge i oczywiście kupić gadżety. W skansenie, do którego wstęp jest darmowy, znajduje się kilka replik domów sprzed kilku tysięcy lat.

Stonehenge

Z pawilonów do samego kręgu kursują busy, wliczone w cenę biletu. Na polu zaś można przejść wokół kręgów, podchodząc z jednej strony dość blisko, ale nie na tyle, by je dotknąć. Obsługa też cały czas pilnuje, by nikt nie przekraczał barierek.

Wiele osób decyduje się nie kupować biletu. Sam krąg można podziwiać z dalszej odległości przez płot.

Dawne kurchany

Do Stonehenge najlepiej dojechać autobusem z Salisbury. Jest też organizowanych bardzo wiele wycieczek z Londynu. Z pewnością da się znaleźć firmę, która zawiezie nas na miejsce, a także będzie miała w programie inne atrakcje. Można też samemu przyjechać samochodem. Z lotniska Londyn-Stansted zajmuje to ok. 2,5 godziny. Parking jest darmowy i dość duży. Jednak warto pamiętać, by w szczycie sezonu zarezerwować sobie wcześniej bilety (przez Internet). Są one godzinowe, ale nikt tak naprawdę tego nie pilnuje, przynajmniej poza szczytem sezonu. Wcześniejsza rezerwacja zapewnia nam swobodne wejście, nawet w szczycie sezonu. Natomiast tu w przypadku nie zakupienia biletów zawsze zostaje obejrzenie kręgu z jednej strony z większej odległości.

Stonehenge odegrało też istotną rolę w popkulturze i filmie. Chyba jedną z najbardziej znanych „ról” jest ta w filmowej serii „W krzywym zwierciadle: Europejskie wakacje” z 1985 roku. W tej komedii o zwariowanej rodzinie Griswoldów Stonehenge zostaje zniszczone.

W tym miejscu dzieje się też końcówka powieści Thomasa Hardy’ego „Tessa d’Urberville. Historia kobiety czystej”. Książka była zekranizowana w 1979 przez Romana Polańskiego („Tess”), a także ponownie w 2008 w formie miniserialu telewizyjnego (z Eddim Redmaynem i Gemmą Arterton w rolach głównych). W obu również Stonehenge jest obecne.

Darmowy skansen

Kręcono tu także zdjęcia do jednego z odcinków „Doctora Who”, filmu „Król Artur” (z 2004 z Keirą Knigthley i Clivem Owenem). Lokację tą wykorzystano w Marvel Cinematic Universe, dokładniej w „Thor: Mroczny świat” (2013). Zaś najnowsza superprodukcja ze Stonehenge w tle to „Transformes: Ostatni Rycerz” (2017) Michaela Baya.

Stonehenge to dziś bez wątpienia jedna z ikon Wielkiej Brytanii. Wybierając się tam jednak lepiej wcześniej zaznajomić się z historią, niż pop-kulturą. Inaczej miejsce może nie okazać się tak widowiskowe, jak w kinie.

Szlak brytyjski
Londyn Stonehenge RAF Greenham Common
Share Button

Lizbona (i Bond)

Mówiąc, że do Lizbony ściągnął nam James Bond, zdecydowanie przesadzamy. Owszem miał on swój wpływ, ale stolica Portugalii oferuje dużo więcej niesamowitych atrakcji. Obecnie też łatwo kupić tani bilet na lot bezpośrednio do Lizbony z kilku lotnisk w Polsce, więc może tym bardziej warto skorzystać.

Dachy Lizbony

Jeśli chodzi o Bonda to w Portugalii kręcono „W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości” (1969) z Gregorym Lazenbym. Pierwszy film w którym zastąpiono Seana Connery’ego, choć potem wycofano się z tego pomysłu, jednocześnie wciąż jeszcze w miarę mocno trzymający się oryginału, czyli powieści Iana Flemminga. Ekipa filmowa przybyła do Portugalii w kwietniu 1969, zdjęcia rozpoczęła w maju. Lizbona nie była nigdy głównym celem filmowców, ale doskonałą bazą. Część zdjęć powstawało w Cascais nieopodal Lizbony, inne zaś w Parku Narodowym Arrábida, w tym finałowa scena w której Blofeld zabija żonę Bonda. Portugalia bardziej udaję Francję, ale w filmie jest kilka scen nagranych w Lizbonie, które są dość charakterystyczne i rozpoznawalne.

Jubiler z Bonda wciąż działa

Pierwsze to sklep jubilerski The Joalharia Ferreira Marques, który znajduje się na placu Pedro IV, lub też czasem nazywany Rossio. Znajduje się on dokładnie w południowej części placu. W filmie pojawia się dokładnie dwa razy. Najpierw w jednym z przypadkowych ujęć podczas romantycznych chwil Bonda i Tracy. Potem pod koniec filmu widzimy tu już samego 007, który wchodzi do środka by kupić pierścionek. Scena z filmu dość dobrze oddaje charakter tego miejsca. Jest tu bardzo wiele różnych sklepów dla turystów. Naszą szczególną uwagę zwrócił Świat Sardynki Portugalskiej.

Most 25 kwietnia

Drugie ważne miejsce, które dość łatwo rozpoznać to most 25 kwietnia, łączący Lizbonę z Almadą. Sam most otworzono w 1966, został zbudowany przez firmę American Bridge Company, która odpowiada za Bay Bridge łączący San Francisco i Oakland. Choć kolorystycznie przypomina Golden Bridge, z którym bywa czasem mylony. Od czasów Bonda most przeszedł jedną bardzo istotną przebudowę. W 1999 dodano poziom kolejowy (pod poziomem samochodowym). Dziś to właśnie kolej jest najłatwiejszym sposobem by przejechać się tym mostem na drugą stronę.

Sanktuarium Chrystusa Króla

W filmie widzimy jak Bond jest wieziony przez zbirów Draco przez ten most. Da się tam uchwycić jeszcze jeden bardzo istotny szczegół, a mianowicie wielki pomnik Jezusa. W Almadzie znajduje się sanktuarium Chrystusa Króla (Christo Rei). Jego budowa została zainspirowana Jezusem z Rio De Janeiro. Samo sanktuarium jest też bardzo dobrym punktem widokowym, nie tylko na most, ale także na Lizbonę. Poza pociągami (z których trzeba trochę podejść), kursują tu statki wycieczkowe, które mają trzy przystanki: Lizbona, Sanktuarium i Belem.

Pomnik Odkrywców

Skoro zahaczyliśmy o Belem warto ten temat pociągnąć. Kiedyś to były zachodnie przedmieścia Lizbony. Dziś Belém (a właściwie to Santa Maria de Belém) to jedna z największych atrakcji turystycznych stolicy Portugalii. To właśnie tu, w pobliżu ujścia Tagu do Oceanu Atlantyckiego wyruszały wielkie wyprawy odkrywców z Vasco Da Gammą na czele. Zwiedzanie warto zacząć od Pomnika Odkrywców. W pierwotnej wersji został on zbudowany w 1940 na wystawę światową, jednak ostateczny kształt nadano mu dopiero w 1960 z okazji 500-lecia śmierci księcia Henryka Żeglarza.

Muzeum morskie

Dalej warto udać się do muzeum morskiego, gdzie znajdziemy zarówno makiety historycznych okrętów, oryginale mundury, sprzęty, jak również kilka zachowanych mniejszych jednostek pływających, które obecnie stoją w wielkiej hali i można je podziwiać.

Klasztor Hieronimów w Belem

Z muzeum zaś jest już bardzo blisko do Klasztoru Hieronimów, jednego z największych zabytków Portugalii. Zbudowany w tak zwanym stylu manuelińskim, czyli portugalskiej odmianie późnego gotyku. Klasztor obecnie pełni rolę Panteonu narodowego (choć nie jedynego). Jest też wpisany na listę UNESCO razem z wieżą Belem. Kiedyś strzegła wejścia do portu, jednak po trzęsieniu ziemi koryto rzeki zmieniło trochę bieg. Dziś wieża to jeden z najbardziej charakterystycznych punktów Lizbony.

Wieża Belem

W Belem warto pamiętać jeszcze o jednym, Pasteis de Belém, czyli słynnych ciasteczkach, które tylko tu mają taką nazwę i markę. Kosztują średnio cztery razy więcej niż normalnie, no i jest dużo więcej turystów. Ale za markę się płaci. W Belem ponadto znajduje się pałac w którym urzęduje prezydent.

Lizbona widziana z zamku Maurów

Drugą bardzo ważną dla odwiedzających dzielnicą jest Alfama. To najstarsza dzielnica Lizbony. Przetrwała trzęsienie ziemi z 1755, dzięki temu można tu oglądać starą zabudowę, właściwie to nawet bardzo starą, bo są tu zarówno zabytki rzymskie, jak i pochodzące z czasów Maurów.

Katedra

Z czasów Maurów pochodzi Katedra Sé, czyli Katedra Najświętszej Marii Panny. Zbudowana w stylu romańskim na pamiątkę wyzwolenia miasta spod władzy Maurów. W tym miejscu wcześniej wznosił się dawny meczet, jak niosą legendy, pewne elementy po meczecie pozostały. Sama katedra znajduje się na styku dzielnic Alfama i Baixa.

 

Słynne azulejos i widok na Lizbonę

Nieopodal znajduje się teatr rzymski, a raczej to co z niego zostało. Obecnie jest to muzeum. Warto pamiętać, że w pierwszą niedzielę miesiąca wstępy do większości muzeów są darmowe. Czasem jest to druga niedziela, jak to miało miejsce w styczniu 2017, ponieważ 1 stycznia wypadł w niedzielę, przesunięto darmowe wejścia.

 

Zamek św. Jerzego

Zdecydowanie najważniejszym zabytkiem po Maurach jest jednak Zamek św. Jerzego (Castelo de São Jorge). Zbudowany na początku XII wieku, na krótko zanim ziemie te przejęli Portugalczycy. Potem zaczęli rozbudowywać go chrześcijanie. Dziś jest bardzo ciekawą atrakcją, co prawda odtworzono go po zniszczeniach po trzęsieniu ziemi, ale wciąż jest wart uwagi i przyciąga wielu turystów. To też jeden z lepszy punktów widokowych na całe miasto.

 

Panteon Narodowy

Zupełnie nowym zabytkiem jest Panteon Narodowy. Ten monumentalny budynek niestety wciąż nie pełni tej roli, jaką mu wymyślono. Owszem znajdują się tu grobowce słynnych Portugalczyków, ale ma się wrażenie, że to takie trochę pisanie historii na siłę. Tu pochowa się piłkarza, a tu kogoś innego. Oczywiście nikomu nic nie ujmując, problem w tym, że gdy umiera były prezydent, to nagle całe uroczystości związane z jego pożegnaniem odbywają się w Belem w klasztorze Hieronimów. Panteon potrzebuje jeszcze kilkudziesięciu jeśli nie kilkuset lat, by faktycznie zająć swoje miejsce w historii. Niemniej jednak to wciąż imponujący budynek.

 

Słynny tramwaj 28

Alfama to także mnóstwo przepięknych małych uliczek, domów z azulejos, punktów widokowych. Kursuje tu też tramwaj nr 28. Na tej linii jeżdżą przede wszystkim stare, zabytkowe już składy. To ma być dodatkowa atrakcja. Trasa tej linii jest wyznaczona tak, by była wygodna do zwiedzania zabytków. Turyści nie powinni mieć problemów ze znalezieniem tej linii, jednocześnie stare tramwaje nadają miastu klimatu.

Bazylika Estrela

Linią 28 można też dojechać do Bazyliki Estrela, oczywiście znajdującej się już poza Alfamą. Budynek ten posiada bardzo dużą kopułę, którą widać z wielu miejsc miasta. Obok znajduje się park, pełny egzotycznych roślin. Są tam też między innymi papugi.

Słynna Brama na placu Comercio

Kolejne bardzo charakterystyczne i przyciągające wielu turystów miejsce to Plac Comercio (Praça do Comércio). Znajdujący się tuż przy rzece Tag plac to bardzo przestrzenne miejsce. Dużo klimatu robi tu łuk tryumfalny Arco Rua Augusta.

Wnętrza kościoła św. Rocha

W samym centrum warto zwrócić uwagę jeszcze na trzy rzeczy. Niepozorny z zewnątrz kościół św. Rocha. Windę Santa Justa. Tę budowlę zaprojektował Raoula Mesnier de Ponsard, jeden z uczniów Gustave’a Eiffla. Winda ta łączy dzielnicę Baixa leżącą wyżej Chiado. To też kolejny doskonały punkt widokowy. Bilety na windę oczywiście są też w ramach karty miejskiej. Natomiast po wjechaniu na górę można podejść do muzeum archeologicznego. Znajduje się ono w starym kościele, który nie został odbudowany do końca po trzęsieniu ziemi. Nawet samo obejście tego miejsca jest ciekawym doświadczeniem.

Winda Santa Justa

Wg TripAdivsor jedną z największych atrakcji Lizbony jest Oceanarium. Z pewnością robi wrażenie, ale dziś już da się tam zauważyć znak czasu, zwłaszcza jak porównuje się je z innymi, podobnymi ośrodkami na świecie. Niemniej jednak, tego typu miejsca to prawie zawsze frajda, dla osób, które to lubą.

Budynek Oceanarium

Na koniec jeszcze uwaga praktyczna. W Lizbonie istnieje karta miejska, Lisboa Card. Można ją kupić w trzech wersjach, 24, 48 i 72 godzinną, także przez Internet. Karta przede wszystkim gwarantuje nam darmowe przejazdy komunikacją miejską i podmiejską. Wliczają się także pociągi np. do Sintry, choć akurat w przypadku Sintry trzeba sobie skalkulować czy to na pewno się opłaca. Jednocześnie na kartę jest wstęp do kilku zabytków za darmo, a do wielu innych ze zniżką. Ponieważ zmienia się to w czasie, warto zweryfikować sobie informacje na stronie karty Lisboa Card.

Szlak portugalski
Fatima Lizbona Porto
Szlak filmowy
Londyn. Bond i nie tylko Lizbona (i Bond) RAF Greenham Common
Share Button

Jezioro Natron

Jezioro Natron w Tanzanii to mało znane, ale bardzo intrygujące miejsce, które co pewien czas pojawia się w różnych mediach z dwóch powodów. Oba związane są z niesamowitymi zdjęciami. Pierwszy z nich to ukazuje przedziwny kolor wody, wchodzący lekko w róż i czerwień. Przy odpowiednim świetle z pewnej odległości jezioro faktycznie tak wygląda. Wynika to głównie z tego, że jest bardzo mocno zmineralizowane, więc zasychające błota sprawiają z daleka niecodzienne wrażenie. Zaś jak dochodzi do kwitnienia glonów wizualnie się to potęguje. Tyle, że to kwitnienie występuje raz na bardzo krótki czas. Przy odpowiednich filtrach i podrasowaniu takie zdjęcia (można je znaleźć w sieci) naprawę robią duże wrażenie. Ale jak to zwykle bywa, w rzeczywistości dość trudno znaleźć coś podobnego. My obserwowaliśmy podobne złudzenie widząc taflę z daleka. Z bliska już wyglądało trochę bardziej zwyczajnie.

Jezioro z daleka, z charakterystyczną czerwienią

Drugi powód to także zdjęcia, ale do tego ważna jest pewna wiedza. Otóż nazwa jeziora pochodzi od natronu, czyli rzadkiego minerału, który występuje masowo w tym słonym jeziorze. W starożytnym Egipcie używano natronu do mumifikacji zwłok. Jakiś czas temu pewien artysta zrobił instalację, ze zmumifikowanymi zwłokami dzikich zwierząt. Poumieszczał je w okolicy jeziora i w ten sposób narodził się mit, o zabójczej wodzie, która w krótkim czasie uśmierca zwierzęta. Co pewien czas ta plotka wraca, czy to jako niezwykłe miejsce, czy jako jedno z najniebezpieczniejszych jezior na Ziemi. Jak to w plotkach bywa, ziarno prawdy jest, ale na tym ziarnie się kończy. Inaczej zmumifikowanych zwierząt byłoby tam mnóstwo, a tak są żywe. W dodatku nie wyglądają, jakby coś im zagrażało.

Widok na Ol Doinyo Lengai

Samo jezioro znajduje się na terytorium Masajów. Oni zajmują się oprowadzaniem po okolicy i to u nich się nocuje. Ale to nie jest już klasyczna wioska, a raczej zwykły kamping. Wokół jeziora mamy trzy atrakcje, do których zawsze prowadzi nas masajski przewodnik. Ekipa, która wozi nas przez całe safari, w tym wypadku zazwyczaj zostaje w obozie, lub co najwyżej pełni rolę transportu. Atrakcje są następujące: wejście na szczyt jednego z wulkanów – Ol Doinyo Lengai (niestety wymaga dużo więcej czasu, więc nie znalazło się w naszych planach), przeprawa przez kanion i wyjście na samo jezioro.

Przeprawa przez wąwóz

Ol Doinyo Lengai, czyli z masajskiego Góra Boga (Masajowie wierzą, że w kraterze brzmi bóg Ngai), to czynny i aktywny wulkan. To znaczy tyle, że co pewien czas następują tu erupcje, ostatnia w 2013. Nie są one jednak gwałtowne, więc jest relatywnie bezpiecznie. Nie wpływają one na życie mieszkańców. Zwłaszcza, że brak dużego ruchu turystycznego i jakiś rozbudowanych stacji sejsmologicznych powoduje, że raczej katastrofy nikt się tu nie spodziewa. Wulkan jest jednak istotny z innego powodu, tak zwanej zimnej lawy. Zimna, znaczy że ma jakieś 300-400 stopni. W tej temperaturze i wzbogacona o minerały, których na tym terenie jest wiele, ma jasny kolor. Z daleka wygląda więc trochę jak pokrywa śniegowa. Góra ma niecałe 3000 metrów, więc na wejście tam trzeba być przygotowanym, nie tylko kondycyjnie. Masajowie w okolicy mają obowiązek raz w życiu wejść na górę i zejść do krateru. A że to Masajowie są tu przewodnikami, turyści też mogą zejść do krateru (o ile jest zastygły).

Przeprawa przez strumień

Kanion to kanioning, coś bardzo podobnego do tego, co opisywaliśmy przy okazji Jordanii i Wadi Mujib. Tylko, że nie w tej skali. Trochę wspinania po skałkach i przechodzenie przez strumień. Dobrze mieć ze sobą wygodne buty, na przykład trekingowe. Przewodnicy masajcy potrafią polecać lub nawet namawiać na sandały czy jeszcze lepiej klapki, bo sami w czymś takim chodzą, ale to naprawdę zły pomysł.

Droga do brzegu

Oczywiście główną atrakcją i tym, co nas przyciągnęło do tego miejsca jest jezioro. To dość płytki akwen, mający maksymalnie do trzech metrów głębokości. Bezodpływowy, więc słony. Gniazduje tu dużo ptaków, głównie flamingów i czasem pelikany. Ale to też jedno z najbardziej nagrzewających się miejsc w Tanzanii. W sieci można natknąć się na informację, że czasem temperatura sięga tam do 60 stopni. Niestety nie mogliśmy tego zweryfikować. Niemniej jednak, faktycznie robi się tam gorąco i parno, więc sami Masajowie unikają jeziora w godzinach innych niż wczesny ranek czy czasem pod wieczór, o ile oczywiście nie jest za gorąco. A skoro oni go unikają, a jednocześnie to oni oprowadzają turystów, trzeba się liczyć z tym, że nawet jak się tu przyjedzie, powiedzą, że teraz nie idziemy. Może rano.

Schnące błoto

Droga do jeziora jest bardzo malownicza, zwłaszcza, że po okresie deszczowym część błota zasycha. Oczywiście jest opcja dojechania bliżej brzegu, ale przejście jest bardziej satysfakcjonujące. Nad samym jeziorem przede wszystkim można obserwować sobie ptaki oraz zasuszone błoto. Zaś najgroźniejsze, co może nas spotkać to odwodnienie się, jeśli się nie przygotujemy wcześniej. Niemniej jednak widoki są przepiękne i fascynujące.

Flamingi

Natron ma jeszcze jedną zaletę. Obecnie nie jest jeszcze popularne wśród turystów. Grupki się mijają, ale raczej jest to wciąż dziewicza Afryka w prawie nienaruszonym stanie.

Flamingi
Szlak tanzański
Krater Ngorongoro Jezioro Natron Park Narodowy Jeziora Manyara
Share Button

U styku filmu i podróży