Holandia: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Holandii. Zweryfikowane w maju 2017.

Dojazd: Samochód, autokar, samolot (tanie loty są np. do Eindhoven, regularne linie latają do Amsterdamu czy Groningen), a nawet można próbować pociągiem.

Wiza: Schengen, wstęp na dowód, najczęściej bez kontroli.

Baza noclegowa: Rozbudowana, z tym że w takich miastach jak Amsterdam ceny hoteli są bardzo wysokie. Hosteli również, zwłaszcza jak się porówna z polskimi. Na np. booking.com mnóstwo pozycji.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic wartego uwagi.

Waluta: Euro (EUR).

Płatności kartą i bankomaty: Bankomaty są dostępne bez problemu w większych miastach. Płatności kartą natomiast nie są tak rozwinięte jak w Polsce. W wielu miejscach trzeba płacić tylko gotówką, ew. czasem akceptują jedynie kartę debetową. Koniecznie trzeba mieć przy sobie jakieś pieniądze.

Napiwki: Brak, właściwie źle widziane.

Internet: Bez problemu.

Telefony: Obecnie roaming jest zniesiony z pewnymi ograniczeniami zależnymi od danego operatora.

Język: W teorii angielski, w praktyce poza niderlandzkim, częściej jednak niemiecki, lub mieszanka anglo-niemieckiego.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Nie podróżowaliśmy samochodem.

Oznaczenia i drogowskazy: W miastach zazwyczaj zabytki są dość dobrze oznaczone. Drogowskazy w miarę często porozmieszczane.

O ile ogólne, stałe, wieloletnie oznaczenia są jak najbardziej satysfakcjonujące, o tyle w przypadku zmian, czy chwilowych problemów, albo przesiadek w dalszych miejscach, należy brać poprawkę. Nie zawsze wszystko się zgadza, raczej tak na oko robione.

Jedzenie wegetariańskie: Dość dużo różnych kuchni świata, więc można coś znaleźć. Z lokalnych potraw próbowaliśmy np. zupy krem groszkowo-miętowej. Popularne są także frytki. Kuchnia holenderska to raczej złożenie wielu różnych dań z dawnych kolonii, niż własna tradycja. W sezonie na szparagi występują w wielu lokalach dania z tych warzyw.

Ludzie: Zdystansowani, raczej średnio zorganizowani i obecnie chyba trochę zastraszeni.

Bezpieczeństwo: Podobnie jak w Belgii, ewidentnie czuje się tu problem terroryzmu. Mimo to, także dzięki dużej liczby turystów, życie toczy się nadal.

Klimat: Umiarkowany.

Informacja turystyczna i mapy: Centra turystyczne  dostępne blisko dworców/lotnisk. Z tym, że w mniej turystycznych częściach nie zawsze są otwarte, w szczególności w późniejszych godzinach. Na lotnisku w Amsterdamie za to z pewnością trudno dostać się do okienka ze względu na kolejki, lepiej pojechać do centrum. Z mapami bywa różnie.

 Gdzie szukać informacji: Jest wiele przewodników, także dużo informacji w sieci.

 

Szlak holenderski
Informacje praktyczne Amsterdam
Share Button

Amsterdam śladami Bonda i nie tylko

Formalnie do Amsterdamu przywiódł nas James Bond, a dokładniej „Diamenty są wieczne” Guya Hamiltona z 1971 z Seanem Connerym. Ale mówiąc szczerze wokół tego miasta narosła legenda, której przygody 007 nawet nie próbują ogarnąć. Amsterdam ma swoje miejsce w pop-kulturze, ale i świadomości, przez to przyciąga wielu turystów. Jedni spragnieni są wrażeń czy to w dzielnicach rozkoszy, czy coffee shopach, inni zaś przybywają tu ze względu na sztukę i historię. Bond gdzieś niknie w tle.

Margere Brug

Zresztą, jak już parę razy wspominaliśmy, starsze filmy z cyklu o 007 raczej nie przedstawiały zbyt dokładnie miast, w których dzieje się akcja. Ot kilka ujęć, by uwiarygodnić film. Podobnie jest z „Diamentami”. Tu najważniejszą rolę odgrywają amsterdamskie kanały i jeden podnoszony most, Margere Brug , czyli tak zwany Chudy Most (ang. Skinny Bridge). Podobno został zbudowany przez dwie bogate siostry, które żyły po przeciwnych brzegach rzeki Amstel. Według jednej z wersji, nie były aż tak bogate, więc zbudowały wąski most. Inna z kolei mówi, że miały na nazwisko Mager, stąd nazwa mostu. W Bondzie skrótowo pojawia się nawet ta historia, kiedy Wint i Kidd płyną łodzią turystyczną, zwiedzając miasto.

Margere Brug z bliska

Oczywiście poza mostem nagrano tam też kilka innych ujęć. Niestety miejsca te obecnie dużo trudniej rozpoznać. Dość mocno się zmieniły.

Inne bondowskie okolice

Dziś Amsterdam jest konstytucyjną stolicą Holandii, choć większość instytucji i tak ma swoje siedziby w Hadze. Początki miasta sięgają XIII wieku, zostało ono  zbudowane głównie dzięki handlowi i portowi. Prawdziwy rozkwit przeżywało od XVII wieku, kiedy powołano do życia Holenderską Kompanię Wschodnioindyjską, pierwszą na świecie spółkę z ograniczoną odpowiedzialnością.

Budynek Kompanii Wschodnioindyjskiej

Obecnie centrum jest praktycznie zawłaszczone przez turystów i rowerzystów. Czasem ciężko się poruszać, zwłaszcza wąskimi uliczkami przy kanałach. Zdecydowanie warto się skusić na rejs po nich (jeden jest wliczony w ramach karty I AmSterdam).

Kanały i rowery, typowy krajobraz Amsterdamu

W mieście znajdziemy też mnóstwo sklepów z brylantami (jest nawet muzeum diamentów), ale również z kwiatami. Najlepiej ich szukać na pływającym targu. Mieszkańcy Amsterdamu lubują się w kwiatach, więc jak wszędzie tam też są tłumy. Sam targ to tradycja, która powoli traci na znaczeniu. Stoi w kanale, ale jest tak sztywno przyczepiony do nadbrzeża, że nie wiedząc, co to jest, można go wziąć za zwykły pawilon zbudowany na nabrzeżu.

Pływający targ od strony kanałów

Ciekawe są stare kamienice, niektóre datujące się aż na XVII wiek. Prawie żadna z nich nie stoi prosto, a to z powodu trudnych warunków terenowych i ówczesnej mizernej technologii budowania na drewnianych palach. Tak to jest, gdy dom buduje się na piasku (a raczej bagnie), zamiast na skale. Obecnie drewniane gnijące pale zastępowane są betonowymi palami, ale charakterystyczne krzywe domy to jeden ze znaków rozpoznawczych miasta. Z tego także da się zrobić rozpoznawalną atrakcję, wystarczy nazwać kilka budynków Tańczącymi domami i wzbudzi to zainteresowanie.

Tańczące domy

W centrum znajdziemy też Pałac królewski – Dam. Nie wygląda on okazale. Kiedyś był to ratusz, ale potem pieczę nad tym przejął król. Wrażenie za to robi neogotycki budynek dworca Centralnego. Jednak przede wszystkim Amsterdam to mosty i kanały oraz oczywiście rowery.

Dam, pałac królewski

Samo stare miasto jest dość kompaktowe, by je przejść  nie potrzebujemy wiele czasu. Wystarczy kilka godzin. Szczęśliwie Amsterdam może się poszczycić wieloma bardzo interesującymi muzeami. Większość z nich można zwiedzić używając karty I AmSterdam, o której na koniec jeszcze napiszemy. Ale dwa dość istotne obiekty nie są nią objęte. Pierwszy to Dom Anny Frank, który jest obecnie jedną z najczęściej odwiedzanych „atrakcji” Amsterdamu. Anna Frank to Żydówka, która ukrywała się z rodziną na poddaszu jednego z domów w czasie okupacji niemieckiej podczas II wojny światowej. Przez ten czas spisywała pamiętniki. Niestety tuż przed zakończeniem wojny, jej rodzina została odkryta i spotkał ją smutny koniec. Pamiętniki jednak przetrwały i zostały wydane, zaś wokół Anny powstała legenda, także utrwalana przez kino. Pierwsza ekranizacja pochodzi z 1959, zdobyła trzy Oskary, następne były telewizyjne. Wykorzystują one czasem okolice domu, w tym charakterystyczną wieżę kościelną. Choć domostwo nie jest duże do zwiedzenia, to jednak ilość turystów, którzy tu przybywają powoduje, iż trzeba liczyć się z długim staniem w kolejce.

Pływający targ od wewnątrz

Drugie wspomniane miejsce to główne muzeum sztuki Amsterdamu, czyli cudne Rijksmuseum. Tu zwiedzających jest zdecydowanie mniej, zaś na kartę mamy zniżkę. W zbiorach znajduje się choćby słynny „Wymarsz strzelców” z 1642 r. Rembrandta. Obraz znany jest także pod nazwą „Straż nocna”, a nazwa ta wynika z faktu, że warstwa werniksu przez wieki mocno pociemniała, przez co uważano, że obraz przedstawia scenę nocną. Obecnie dzieło jest odnowione i jaśniejsze, sądzi się, że strzelcy wychodzą na służbę. Jest to ten innowacyjny portret zbiorowy, gdzie portretowani przedstawieni są w sposób dynamiczny i pod różnymi kątami. „Lekcja anatomii u dr Tulpa” również Rembrandta to przykład tradycyjnego portretu zbiorowego. Malarstwo niderlandzkie i flamandzkie jest bardzo charakterystyczne: bogate sceny rodzajowe, sceny biblijne w lokalnej scenerii, fantazyjne światy pełne dziwacznych stworów, ilustracje przysłów, innowacyjne(i tradycyjne) portrety zbiorowe, psychologiczne portrety, słynne rubensowskie kształty i martwe natury śniadaniowe, na które szczególny wpływ wywarła kolonialna historia Niderlandów. Bogato zastawione stoły pełne egzotycznych owoców i przypraw.

Rijksmuseum

„Wymarsz strzelców” ma też własny, niebanalny pomnik.

Wymarsz strzelców w wersji pomnikowej

Po sąsiedzku Rijksmuseum jest muzeum van Gogha. Tutaj warto wcześniej rezerwować bilet przez Internet(choć nie wiemy jak to się ma wtedy do darmowego wejścia na kartę), gdyż są naprawdę potężne kolejki(choć trochę mniejsze niż do Anny Frank), a godziny otwarcia krótkie(zwykle do 17.00). Cóż, van Gogh ze swoim obciętym uchem jednak przeszedł do kultury masowej. Budynek jest nowoczesny, ale jednej rzeczy nie byliśmy w stanie pojąć: czemu dwa obrazy wisiały bokiem, a jeden do góry nogami?! Vincent wielkim artystą i podobno też czubkiem był, ale nie aż takim.

Muzeum Vincenta Van Gogha

Zostając w światku sztuki, warto poświęcić chwilę czasu na odwiedzenie domu Rembrandta. Interesująco urządzona ekspozycja i do tego o podanej godzinie są pokazy, np. mieszania farb z pigmentów (bo tubka to wynalazek zdaje się z XIX wieku). Miejsce mniej oblegane, acz bardzo ciekawe. No i poniekąd powiązane z filmem „Dziewczyna z perłą” Petera Webbera ze Scarlet Johansson i Colinem Firthem. To opowieść ukazująca kulisy powstawania tego słynnego dzieła, no i znów widać tam Amsterdam w tle.

Wnętrza domu Rembranta

Z historycznych muzeów warto na chwilę również wstąpić do Muzeum Morskiego, gdzie znajduje się okręt holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Interesujący, ale to w dużej mierze rekonstrukcja, przygotowana trochę pod turystów i dzieciaki. Poza muzeum wciąż można zobaczyć z zewnątrz interesujący budynek, który pełnił rolę siedziby Kompanii.

Replika okrętu Kompanii Wschodnioindyjskiej w muzeum morskim

Warto jeszcze wspomnieć o Zoo w Amsterdamie. Sam ogród zoologiczny tak naprawdę obecnie jest przeciętny (może oprócz wielkiej motylarni pełnej kolorowych owadów), ale Natura Artis Magistra ma swoją historię. To jeden z najstarszych ogrodów w Europie i na świecie. Przez wiele lat uchodził wręcz za wzorcową placówkę, acz obecnie niestety odstaje od aktualnych trendów. Uwagę zaś przyciąga Micropia, czyli takie pantofelkarium,  pawilon z mikrobami. Można tam pod mikroskopem obejrzeć próbki z różnymi bakcylami. Szczególnie działa na wyobraźnię gablota ze sprzętami codziennego użytku i zdjęcia zamieszkujących ich potworów. Również w toaletach na lustrach są informacje o bakteriach, oczywiście powiązanych z tymi konkretnymi potrzebami. Oryginalne i pouczające. Micropia formalnie ma osobny bilet od zoo, ale jednocześnie oba są dostępne w ramach karty I AmSterdam.

Micropia

Na koniec coś dla ciała. Coffee shopów w Amsterdamie jest dostatek, choć władze starały się je ograniczyć. Można je spotkać, jak się trochę pokręci w centrum. Za to słynna jest dzielnica czerwonych latarni, uchodząca wręcz za jeden z symboli i obowiązkowych punktów do zobaczenia na mapie miasta. Choć obecnie to komercja i to nie chodzi tylko o kupczenie ciałem. Więcej tutaj turystów i oglądaczy niż klientów. Jest ciekawie oświetlona, ale  tu naprawdę przychodzą tłumy. W Amsterdamie jest też mniej turystyczna dzielnica prostytucji i znajduje się ona na zachód od dworca. Tam klimat jest zupełnie inny, choć oczywiście światła czy okna wyglądają tak samo.

Dzielnica czerwonych latarnii

Karta I AmSterdam City Card to dość dobre rozwiązanie, jeśli zamierzamy zwiedzać muzea w mieście. Nie licząc Rijks i Anny Frank, większość istotnych znajduje się w pakiecie. Dodatkowo karta gwarantuje przejazdy transportem miejskim (bez kolei oraz niektórych linii podmiejskich). Na lotnisku Schiphol po kratę ustawiają się olbrzymie kolejki, za to przy dworcu centralnym ludzi było już niewielu. Do karty dołączona jest książeczka i mapa miasta. Normalnie mapy są płatne (chyba, że akurat w hotelu mają). W karcie poza muzeami wliczony jest też jeden rejs, o którym pisaliśmy. Przy odwiedzeniu kilku muzeów zazwyczaj karta się szybko zwraca. Kartę można także zamówić przez internet, gdzie znajduje się aktualna lista zniżek i cen.

Dworzec główny (Centralny)
Szlak holenderski
Informacje praktyczne Amsterdam Zaanse Schans
Szlak filmowy
Wenecja, czyli Indy spotyka Bonda i Langdona Amsterdam (Bond)
Hobbiton
Share Button

Dar es Salaam i podróżowanie po Tanzanii

Tym razem nie próbowaliśmy samodzielnie jeździć samochodem. Niestety stan dróg i oznaczenia zdecydowanie to utrudniają. W Kyeli odcinek mający 25 km przemierzaliśmy w dzień prawie godzinę, bo droga choć utwardzona, właściwie była w dość kiepskim stanie i samochód (zwykły, nie 4×4) raczej się tam toczył niż jechał.

Ulica w Dar Es Salaam

Także stan dróg krajowych bywa różny. Zdarzają się objazdy na remontowanych czy budowanych odcinkach, gdzie jedzie się właściwie po utwardzonym piachu. Jednocześnie nie widać raczej kontroli drogowych, więc wielu innych kierowców zwyczajnie nie przestrzega przepisów, choć podobnie jak w krajach arabskich wypadków jest tu raczej mało.

Dar Es Salaam

Mniejsze drogi, raczej przeznaczone są często dla samochodów 4×4. Tam może zdarzyć się konieczność przejechania płytkiej rzeki, czy przedarcia się przez błoto. Dodatkowo warto pamiętać, że większość samochodów jeżdżących po tych drogach do najnowszych nie należy i czasem pojawiają się problemy przy podjeżdżaniu pod górę.

Lokalny autokar i handel przydrożny

Niestety na rozdrożach bardzo często nie ma żadnych oznaczeń kierunkowych. Na drogach krajowych czasem tylko pojawiają się informacje o odległości do danych miejsc.

Uprawa agawy

Jeszcze innym problemem na drogach są zwierzęta. Tak dzikie, jak i hodowlane, które potrafią w niektórych miejscach wręcz blokować drogę.

Przydrożny kram

Oczywiście istnieje możliwość wynajęcia samochodu wraz z kierowcą, ale raczej to dość droga sprawa. Alternatywy podróży są trzy.

Przepędzanie bydła

Po pierwsze kolej. Linie nie są zbyt rozwinięte, jest ich właściwie kilka, na północ nie dojeżdżają. Po drugie mają też złą renomę ze względu na napady, ale da się nimi jeździć.

Targowisko

Największą siatkę połączeń dostarczają autobusy. Niestety trochę trudno zweryfikować zdalnie jak to wygląda. Część linii ma co prawda rozkłady w internecie, ale niekoniecznie nadal funkcjonują. Cześć firm ogranicza się tylko do facebooka, nie posiada stron. Pozostaje dowiadywać się emailowo lub telefonicznie. My podróżowaliśmy linią New Force na trasie Dar Es Salaam – Kyela i z powrotem. To dalekobieżna linia trochę lepszego standardu. Słowo trochę ma znaczenie. Wsiąść można praktycznie w dowolnym miejscu na trasie, podobnie z wysiadaniem. Jednocześnie przerwy w podróży są bardzo krótkie. Podczas 16 godzinnej podróży zaledwie 3, na szybką toaletę i kilka na zakupy jedzenia i innych rzeczy (bez wychodzenia z autobusu). Sprzedawcy podchodzą pod okna, a także czasem wchodzą do autobusu. New Force ma numerowane miejsca, co nie oznacza, że dane miejsce nie będzie sprzedane dwa razy. Sprzedaż nie jest weryfikowana internetowo, więc błędy się zdarzają. W teorii należy bilet wykupić dzień wcześniej, bo na ostatnią chwilę może nie być miejsc.

Zwierzęta na drodze

Podczas jazdy działa wideo pokładowe i w zależności od humoru obsługi albo lecą klaski kina akcji z lat 80. („Rambo”, „Commando”, „Amekański ninja”) i filmy karate z Jetem Lee czy Jackie Chanem, albo tanzańskie teledyski i filmy. Sama podróż przebiega spokojnie, choć znalezienie miejsca odjazdu na dworcu Ubungo w Dar Es Salaam może być trudne.

Małpy na drodze

W przypadku podróży do Arushy i na Zanzibar najwygodniejszym środkiem transportu są samoloty. Linie PrecisionAir i FastJet mają raczej tanie ceny (zwłaszcza przy wcześniejszym zakupie). W internecie jednak może być problem z płatnością kartą VISA, Mastercard działał.

Dworzec autobusowy w Dar Es Salaam

Z Dar Es Salaam na Zanzibar można przedostać się też promem. Tu istnieją dwa, szybki i wolniejszy (mniej więcej trwa to koło trzech godzin). Bilety VIP nie wypadają jakoś szczególnie tajniej niż wcześniej kupione bilety samolotowe. Czasem nawet są droższe. Warto pamiętać, że promy są powszechnym środkiem transportu, więc poza klasą VIP ludzie przewożą tu meble, kury, kurczaki i wiele innych rzeczy, więc może to być ciekawa podróż.

Dar Es Salaam
Kościół blisko portu w Dar Es Salaam

Dar Es Salaam to nie tylko dawna stolica Tanzanii, ale to wciąż centrum nie tylko ekonomiczne kraju. To właśnie tu krzyżują się też szlaki, łączące całe państwo. Samo Dar Es Salaam w większości ma dość niską zabudowę. Jest bardzo rozległe. Jednak to nie jest w przeważającej części miasto dobre do samodzielnego zwiedzania. Nawet hotele często mają tu kraty w oknach i to na choćby piątym, szóstym piętrze, w dodatku przy wejściu czasem stoi strażnik z karabinem. Sami tubylcy przestrzegają przed szwendaniem się tu w dzień, co tu dużo mówić w nocy. Niemniej jednak wciąż jest tu kilka budynków postkolonialnych, na które warto spojrzeć. Jest też muzeum tradycyjnych chat, tam jednak nie dotarliśmy.

Prom z Zanzibaru
Szlak tanzański
Park Narodowy Mikumi Dar es Salaam i podróżowanie po Tanzanii Prison Island
Share Button

Belgia: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Belgii. Zweryfikowane w maju 2017.

Dojazd: Samochód, autokar, samolot (tanie loty są np. do Charleroi), a nawet można próbować pociągiem. Łatwy dostęp także z Holandii czy Luksemburga.

Wiza: Schengen, wstęp na dowód, najczęściej bez kontroli.

Baza noclegowa: Rozbudowana, z tym że w takich miastach jak Brugia ceny hoteli są bardzo wysokie. Hosteli również, zwłaszcza jak się porówna z polskimi. Na np. www.booking.com mnóstwo pozycji.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic wartego uwagi.

Waluta: Euro (EUR).

Płatności kartą i bankomaty: Bankomaty są dostępne bez problemu w większych miastach. Płatności kartą natomiast nie są tak rozwinięte jak w Polsce. W wielu miejscach trzeba płacić tylko gotówką, dlatego warto mieć jej zapas.

Napiwki: Brak, właściwie źle widziane.

Internet: Bez problemu.

Telefony: Obecnie roaming jest zniesiony z pewnymi ograniczeniami zależnymi od danego operatora.

Język: Belgia  jest trójjęzyczna. Mówi się tu zarówno w niderlandzkim, jak i francuskim, nie mówiąc o lokalnych gwarach i odmianach. Dodatkowo dochodzi jeszcze niemiecki. W tym wypadku z angielskim bywa różnie. W miejscach, gdzie bywa dużo turystów jest zrozumiały, ale francuski i niemiecki zdecydowanie bardziej.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Nie podróżowaliśmy samochodem.

Oznaczenia i drogowskazy: W miastach zazwyczaj zabytki są dość dobrze oznaczone.

Jedzenie wegetariańskie: Chyba najsłynniejsza potrawa to frytki belgijskie. Obecnie dostępne także w wersji hallal. Jest też mnóstwo czekoladziarni, ale i piw. To obok frytek najsłynniejsze przykłady kulinarnych atrakcji Belgii. Dodatkowo kuchnia flandryjska i walońska się bardzo różnią, podobnie jak lokalne wersje tych samych dań. Np. szparagi po flamandzku potrafią w jednych miejscach być wegetariańskie w innych dodatkowo wzbogacone o mięso.

W przypadku czekoladziarni jak i mikrobrowarów, Belgia oferuje bardzo szeroki wybór. Belgijskie pralinki słyną na świecie, ale te niemarkowe są zdecydowanie lepsze niż to, co sprzedawane jest masowo za granicę. Każdy rzemieślnik ma swoją własną unikalną recepturę. Podobnie jest z piwami.

Ludzie: Podobnie jak w Holandii. Raczej wycofani.

Bezpieczeństwo: Podobnie jak w Holandii, ewidentnie czuje się tu problem terroryzmu, choć życie toczy się nadal. Wszyscy wiedzą, że kolejne incydenty będą i tyle.

Klimat: Umiarkowany.

Informacja turystyczna i mapy: Centra turystyczne także dostępne blisko dworców/lotnisk, czasem w centrach miast.

 Gdzie szukać informacji: Jest wiele przewodników, także dużo informacji w sieci.

Szlak belgijski
Praktycznie Bruksela
Share Button

Bruksela

Niektórzy twierdzą, że Bruksela (fr. Bruxelles, nider. Brussel) to właściwie jedyne miasto w Belgii, gdzie można spotkać prawdziwych Belgów, w dodatku wszystkich, o ile oczywiście przebywa tu rodzina królewska. Jest to także nieoficjalna stolica zjednoczonej Europy. Tu obecnie mieści się zarówno Parlament Europejski jak i kwatera główna NATO.

Pałac królewski

Historycznie Bruksela przez wiele lat nie miała większego znaczenia. Była raczej przysiółkiem na szlaku między Brugią a Kolonią, rozbudowywanym dość wolno. Dopiero w 1830 roku, gdy powstała niepodległa Belgia, to miasto zostało jej stolicą i zaczęło mocno się rozwijać. Ucierpiało dość mocno w czasie II wojny światowej, ale potem właśnie rozpoczęła się era europejska, która zdefiniowała miasto na nowo. Gdy się chodzi po centrum, to uliczki i zabudowa bardzo przypominają klimatem i architekturą Paryż. Zresztą w tym miejscu mieszają się kultury francuska, niderlandzka czy niemiecka. Sama Belgia to poniekąd sztuczny twór, połączona Walonia i Flandria. Bruksela znajduje się dokładnie między nimi, właśnie dlatego jest uznawana czasem za jedyne, prawdziwe belgijskie miasto. Także dlatego, że historycznie przed powstaniem Królestwa niewiele znaczyło.

Pomnik policjanta

W mieście jest sporo do zobaczenia, ale wiele interesujących miejsc jest trochę rozrzuconych, przez to trzeba pomyśleć, jak się poruszać po Brukseli. Można oczywiście skorzystać z metra, ale dobrym rozwiązaniem są też turystyczne autobusy hop-on/ hop-off, zwłaszcza, że ich trasa wiedzie przez większość naprawdę istotnych punktów. Autobusy te mają jeszcze jedną zaletę- mapki. W samej Brukseli w informacji turystycznej raczej trudno dostać darmową, te autobusowe jednak się sprawdzają. No chyba, że akurat hotel będzie miał jeszcze coś dodatkowego.

Sikający chłopiec

Jednym z symboli miasta jest słynna fontanna przedstawiająca sikającego chłopca, czyli Manneken Pis. Fontanna przewija się często w popkulturze, nawet w latach 90. głośno  było o filmie „Manneken pis”, który ukazywał trochę Brukselę. Chłopiec jest w gruncie rzeczy niepozorny, ale przyciąga turystów. Trudno go przeoczyć, bo już w okolicy sprzedawanych jest wiele pamiątek, choć nie tak łatwo dostrzec jak przypadkiem nikogo nie ma przy nim, . Natomiast dwa razy dziennie (przynajmniej w sezonie turystycznym) chłopiec jest ubierany w różne stroje, nago można go zobaczyć dopiero wieczorem. Część strojów da się obejrzeć w specjalnym muzeum. W każdym razie powoduje to, że ludzie przychodzą w to miejsce dwa-trzy razy.

Sikająca dziewczynka

Popularność fontanny sprawiła, że zbudowano jeszcze jedną. Tym razem sikającą dziewczynkę, czyli Jeanneke Pis. Ta już nie przyciąga takich tłumów. Też jest niepozorna i dość ciężko ją znaleźć, no i nie zawsze sika.

Sikający pies

W ogóle za to nie sika sikający pies, czyli Zinneke Pis. Pewnie dlatego, że to rzeźba, a nie fontanna. Łatwo go znaleźć, jak się mniej więcej wie, gdzie go szukać. Ale tu turystów już prawie nie ma.

Wielki Pałac

Sikający chłopiec znajduje się blisko głównego placu.. Grande-Place, czyli Wielki Plac, to centrum historyczne miasta, ze wspaniałymi kamienicami i ratuszem (Hôtel de Ville), pochodzącym jeszcze z 1459 roku. Ratusz jest efektownie oświetlony wieczorem, sam plac zaś w sierpniu, mniej więcej co dwa lata, zostaje na kilka dni pokryty dywanem kwiatów.

Katedra

Duże wrażenie robi też katedra św. Michała i św. Guduli. Z zewnątrz przypomina trochę paryską Norte Dame, choć w środku raczej odstaje od paryskiej.

Brama przy parku 50-lecia

Warto też przespacerować się pod park 50-lecia, czyli Parc du Cinquantenaire lub Jubelpark. Został on zbudowany z okazji 50 rocznicy powstania Belgii. Znajduje się tu ciekawa kwadryga, natomiast w samym pałacu zlokalizowane jest muzeum motoryzacji, czyli Autoworld.

Pałac Sprawiedliwości

Koniecznie trzeba też zajrzeć do Pałacu Sprawiedliwości. To budynek sądu, ale jego główny hol uchodzi za najładniejszy sąd na całym świecie. Nie bez powodu. W dodatku jest to miejsce, gdzie wstęp jest wolny.

Europarlament

No i jeszcze jest Europarlament… W Brukseli znajduje się jego siedziba, czyli prezydium, komisje, biura. Sala plenarna i ten bardziej charakterystyczny budynek jest w Strasburgu. Kiedyś można było spokojnie zwiedzać tę część, teraz z powodu podniesionego stopnia zagrożenia terroryzmem, wstęp do Parlamentu Europejskiego został ograniczony. Za to można było zobaczyć wozy wojskowe ochraniające europejskie elity. I tu pojawia się zgrzyt, bo okazuje się, że w europejskiej demokracji są równi i równiejsi. W innych miejscach, gdzie nie ma polityków, jest tylko zwiększona liczba policjantów. Czasem uzbrojeni(na dworcach, czy lotniskach), najczęściej właśnie nie. Raczej mają organizować ewakuację ocalałych w razie zamachu. Jednak przy samym Europarlamencie wojsko stoi w najwyższej gotowości. Miejscami przypomina to obrazy, które widzieliśmy w Egipcie, czy Tunezji. Tyle że tam wojsko z ciężką bronią raczej miało za zadanie chronienie turystów, nie elit. Tu zaś dla zwykłych szaraczków, czyli choćby zwiedzających Brukselę jak my, postawiono pomnik upamiętniający ofiary zamachów terroryzmu.

Atomium

Jednym z nowoczesnych symboli Brukseli jest Atomium – instalacja przedstawiająca kryształ żelaza, zbudowana na potrzeby Wystawy Światowej EXPO w 1958 roku. Era fascynacji atomem. Można wejść do środka tej dziwnej budowli, skąd jest zarówno muzeum, jak i widok na miasto.

Belgijski królik

Wokół Atomium znajduje się całkiem spory park (Brupark), w którym można zobaczyć zdziczałe króliki. Jest tam także miniatura Europy, muzeum Orientu (podchodząc bliżej można zobaczyć pawilony chińskie czy japońskie), no i pałac królewski.

Stara giełda

Mając więcej czasu można też zobaczyć muzea. Muzeów sztuk pięknych jest co najmniej kilka, w tym tak zwane królewskie. Jest też specjalne muzeum poświęcone belgijskiemu komiksowi.

Muzeum miejskie

W samym centrum zaś znajdziemy wiele sklepów z czekoladą, pełnych belgijskich pralinek. Naprawdę warto je popróbować. Trochę gorzej jest już z belgijskimi frytkami, te owszem są, ale bardzo często mają  certyfikat hallal. Choć akurat w przypadku frytek to nic nie powinno zmienić, ale z pewnością jest to jakiś znak czasów.

Szlak belgijski
Praktycznie Bruksela Waterloo
Share Button

Portsmouth

Na pierwszy rzut oka Portsmouth nie wygląda zbyt ciekawie. To przede wszystkim miasto przemysłowe i to widać. Większość budynków jest pewnym odpowiednikiem naszej wielkiej płyty, czyli głównie robotnicze bloki. Tu przede wszystkim mieszkali stoczniowcy. Ma się wrażenie jakby ta okolica zamierała, ale to złudzenie. Ekonomicznie miasto rozwija się, choć owszem, dźwiga bagaż przeszłości. Portsmouth to także zdecydowanie jeden z najbardziej istotnych brytyjskich portów marynarki, które dziś są częściowo dostępne dla zwiedzających.

Zabytkowy budynek

Nawet stare miasto nie wygląda zbyt okazale. Co prawda jest interesujący Guildhall, reszta jednak nie wyróżnia się specjalnie. To wciąż przemysłowe miasteczko. Jednak im bardziej zbliżamy się do oceanu i zatoki, tym ciekawiej się robi.

Hala Gildii

Po pierwsze znajduje się tam kilka bastionów, fortów i innych zabudowań obronnych, które pochodzą z różnych okresów historycznych. Większość z nich obecnie zostało przemienione na pasaż spacerowy. Oceaniczna bryza, słońce i młoda zieleń bardzo orzeźwiały. Anglicy mają przy tym piękny zwyczaj fundowania ławeczek na promenadach, parkach, itp. in memoriam bliskim zmarłym

Pozostałości kościoła przy bastionie

Bliżej historycznych doków znajduje się Gunwharf Quays, to połączenie galerii handlowej i pasażu. Stoi tu najbardziej charakterystyczny budynek w całym Portsmouth, czyli Spinaker Tower. Pełni on bardziej rolę tarasu widokowego, z którego można popatrzeć na zatokę i doki.

Port i Spinaker Tower w tle

Skoro weszliśmy już w historię, to warto dodać, że miasto założone jest jeszcze przez Rzymian w III w. n.e. Zlokalizowane niedaleko Southampton jest interesujące zwłaszcza dla miłośników historii marynarki wojennej. Tutaj znajdują się najstarsze suche doki na świecie, miasto pełniło rolę pierwszej linii obrony podczas inwazji francuskiej w XVI i XIX wieku, podczas II wojny światowej było głównym portem wojennym Wielkiej Brytanii. To właśnie historyczne doki (Historic Dockyard) są największą atrakcją Portsmouth, choć nie samą w sobie. Po pierwsze to wciąż jest teren wojskowy. Wejście jest tu ograniczone, ale bez problemu można kupić bilet. Najważniejsze atrakcje to okręty-muzea. Dwa zachowane dość dobrze, no i pozostałość po trzecim.

Historyczne doki

Ten trzeci, najstarszy, to dawny flagowy okręt Henryka VIII, „Mary Rose”. A właściwie to co z niego pozostało. Jako jedyny znajduje się w pawilonie. Oryginalnie wodowano go w 1511, został zatopiony w 1545, zaś z wody wyciągnięto go dopiero w latach 80. poprzedniego stulecia.

HMS Victory

Zdecydowanie najsłynniejszym okrętem jest HMS „Victory”. Wodowany w 1765. To dziś najstarszy zachowany żaglowiec. Początkowo był to okręt flagowy admirała Horatio Nelsona. To właśnie z jego pokładu walczył pod Trafalgarem, gdzie też zginął, mimo wygranej bitwy. Admirał wyszedł na pokład w pełnym rynsztunku, przez co był łatwym celem dla  strzelców . Warto dodać, że formalnie „Victory” do dziś jest brytyjskim okrętem flagowym.

Pokład HMS Victory

HMS „Victory” znajduje się obecnie w suchym doku. Brytyjczycy starają się go konserwować. Część elementów została już wymieniona. Choćby oryginalne kotwice zostały ściągnięte, zastąpiono je kopiami z włókna szklanego. Mają one tylko wyglądać jak oryginał, ale jednocześnie są lżejsze, więc mniej obciążają konstrukcję. Również maszty obecnie zostały zdjęte. Okręt ma już ponad trzysta lat, nie przewidywano, że będzie służył tak długo. Cały czas trwają pracę konserwacyjne.

HMS Victory

Zwiedzanie okrętu zaczynamy od górnego pokładu, potem schodzimy coraz niżej. To doskonała lekcja historii. Trzeba jednak zwrócić uwagę na to, że dolne pokłady są niższe, więc dużo łatwiej jest się uderzyć tam w głowę.

HMS Victory

Szczególnie interesujące może być porównanie warunków zakwaterowania na poszczególnych stopniach hierarchii okrętowej. Sypiało się na hamakach, przy czym oficerowie mieli hamaki jakby lepsze, natomiast admirał miał coś na wzór namiotu-łoża. Skrzyneczka pełna karafek  umilała oficerom długie godziny służby. Ciekawie zwiedza się też kolejne pokłady, gdzie zaaranżowano ekspozycje, np. narzędzia potrzebne przy obsłudze armat, czy narzędzia pokładowego chirurga (prawie najniższy pokład, w samych czeluściach okrętu). Pracownicy muzeum chętnie udzielają wyjaśnień i odpowiadają na pytania. To doskonała lekcja historii.

HMS Victory

Trzeci okręt to HMS „Warrior” wodowany w 1860. Z tego powodu jest najlepiej zachowany, ale też był inaczej konstruowany. To już jest jedna z pierwszych fregat pancernych. W chwili powstania był to największy, najlepiej uzbrojony i najszybszy okręt na świecie. Dziś jest zacumowany przy dokach i podobnie jak „Victory” pełni rolę muzeum.

HMS Warrior

To właśnie dla tych muzeów warto rozważyć przyjazd do Portmouth. Samo miasto, jak na Anglię, wygląda dość niepozornie i niemrawo. Ale historyczne doki to coś naprawdę fascynującego i wartego zobaczenia.

HMS Warrior
Szlak brytyjski
RAF Greenham Commons Portsmouth Salisbury
Share Button

Park Narodowy Mikumi

Znajdujący się na południe od Dar Es Salaam park nie należy do zbyt najpopularniejszych wśród zagranicznych turystów, ale wciąż jednak znanych. Ci nie są wcale tu też rzadkością. Najczęściej właśnie przybywają tu z Dar Es Salaam samochodem, albo przylatują z Zanzibaru. Mikumi jest jedną z kilku ciekawych alternatyw wobec słynnych północnych parków Tanzanii.

Samica guźca z młodymi

Park Narodowy Mikumi został założony w 1964. Graniczy z Selous, tworząc razem spory, unikalny ekosystem. Mniejsza popularność przekłada się jednak na większą naturalność. Uznaje się, że ten Park jest dużo bardziej pierwotny niż choćby Serengeti. Co prawda przecina go autostrada, ale i tak ma bardzo dobre opinie jeśli chodzi o ochronę zwierząt.

Żyrafa

Mikumi to bardzo klasyczna sawanna, zwłaszcza gdy zwiedza się ją w okresie maja – listopada, gdy jest tu sucho. Można zobaczyć zarówno trawy, jak i samotne baobaby.

Krokodyl

W Mikumi znajdują się także miejsce noclegowe, podobnie jak ma to miejsce w Serengeti. Choć tutaj, ze względu na mniejszą liczbę turystów, cenowo nie było tak strasznie i skorzystaliśmy z lodge’y zamiast namiotu. Tym razem po naszym obozie chodziły marabuty i guźce, a także małpy (co niektórym przeszkadzało). Jednak nawet takie domki nie mają żadnych płotów czy odgrodzenia od reszty parku, co dla nas stanowiło nie lada atrakcję.

Sępy

Ten Park Narodowy ma jedną bardzo istotną zaletę. Dzięki mniejszej ilości turystów (ale też mniejszej ilości zwierząt), nocując tutaj można obserwować sawannę o zachodzie i wschodzie słońca. W Serengeti i północnych Parkach nie jest to normą. Za dużo turystów, więc starają się ograniczać. Tu mieliśmy okazję zobaczyć jak zwierzęta szykują się do snu, albo wręcz przeciwnie wychodzą na żer, a potem budzą się lub wracają do siebie. Tu właśnie widzieliśmy hipopotamy, które wychodzą z wody.

Zebry

Dodatkowo sama sawanna jest przepiękna o wschodzie i zachodzie słońca. Mikumi bardzo dużo zyskuje o tych godzinach, jest po prostu niesamowicie malownicze. Wręcz ikonicznie, wygląda jak sawanna z obrazów.

Gnu

Choć Mikumi uchodzi za naturalne, nie jest tak do końca. Choćby sadzawka hipopotamów została wykopana przez człowieka, ale doskonale spełnia swoje zadanie. Dzięki temu jest możliwość podjechania pod nią blisko, a także wyjścia i oglądania zwierząt spoza samochodu. Hipopotamy nie są za bardzo zainteresowane ludźmi, czy słoniami, albo krokodylami. Za to bardzo przeszkadzają im hipopotamy spoza ich stada. Wtedy widać poruszenie. Natomiast sam fakt, że można sobie spokojnie wyjść w okolicy sadzawki, sprawia, że jest to niezapomniane wrażenie.

Hipopotam wracający z żeru

Mieliśmy tu możliwość poza małpami, marabutami, hipopotamami i guźcami, także zobaczyć lwy. Podobno te nawet łatwiej znaleźć tu na drzewach niż nad jeziorem Manyara, ale tego nie potwierdzamy. Inne zwierzęta to oczywiście zebry, gnu, bawoły, żyrafy, czy sępy.

Baobab

Mikumi to bardzo malowniczy park, który z pewnością warto odwiedzić, jeśli po północnych wojażach wciąż będzie nam mało.

Marabut
Szlak tanzański
Park Narodowy Tarangire Park Narodowy Mikumi Podróżowanie po Tanzanii
Share Button

Wenecja, czyli Indy spotyka Bonda i Langdona

„Ach Wenecja” (wł. Venezia), jak to powiedział Indiana Jones wychodząc z kanału. Działo się to dokładnie przed kościołem św. Barnaby, który w filmie „Indiana Jones i Ostatnia Krucjata” Stevena Spielberga pełnił rolę biblioteki. Faktycznie kościół ten nie pełni obecnie swej pierwotnej roli. Choć znajduje się tam muzeum z różnymi wystawami, a nie biblioteka, to wciąż jest to zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny budynek z filmu o przygodach doktora Jonesa. Na placu przed kościołem dziś także są stoliki, przy których siedzą turyści, czyli prawie jak w filmie. Zaś idąc naprawdę niewiele dalej przechodzimy przez mostek na kanale, który także pojawił się w filmie. Tam przemierzali go Indy, Markus Brody i doktor Elsa Schneider.

Kościół św. Barnaby

Dalej jest już trudniej, nie tylko dlatego, że miasto się zmienia, ale także filmy o Jonesie nakładają się nam z innymi obrazami. Trudno się dziwić, Wenecja jest bardzo charakterystycznym miastem, które kochają zarówno turyści, jak i filmowcy.

Mostek z Indiany Jonesa

Przystań, na której wysadzono Kazima jest bardzo dobrze widoczna z Mostu Akademickiego. To budynek Palazzo Barbaro, który znajduje się przy Wielkim Kanale (ang. Grand Canal). Idąc za Indym warto też udać się w kierunku bazyliki Santa Maria della Salute. Choć sama świątynia (bardzo ciekawa z zewnątrz) nie pojawia się w filmie, to nadbrzeża z obu stron zostały uwiecznione na taśmie. Przystań przy bazylice to miejsce, gdzie możemy zobaczyć Elsę Schneider. Stąd też jest dobre miejsce do oglądania wielkiego kanału.

Wielki Kanał z Ostatniej Krucjaty
Przystań przy której wysadzono Kazima

Zdecydowanie najbardziej znany punkt w Wenecji to plac św. Marka, czasem suchy, wypełniony turystami i gołębiami (których oficjalnie nie wolno karmić, ale wiele osób i tak to robi). Czasem to miejsce jest częściowo zalane, co także tworzy unikalny klimat tegoż miasta. Wody nie ma tu najczęściej zbyt wiele, zaś do przejścia suchą nogą ustawione są odpowiednie palety pełniące rolę chodników. Przy placu znajduje się bazylika Św. Marka, jak również pałac Dożów. Te miejsce przyciągają naprawdę wielu turystów, najlepiej zwiedzać je z samego rana. Pałac jest otwarty od 9:00 rano w sezonie. Jeśli chcemy go zobaczyć, warto pojawić się nawet wcześniej. Bilet do pałacu uprawnia także do wejść do muzeum przy placu i bazyliki (jest oczywiście kilka opcji do wyboru).

Widok na plac św. Marka
Ujęcie z placu

Plac św. Marka pojawia się  parę razy w Bondzie. Po raz pierwszy w „Pozdrowieniach z Rosji” (1963). Są tam zarówno ujęcia Grand Canal, jak i znajdujący się z tyłu Most Westchnień– jeden z bardziej charakterystycznych punktów Wenecji. Sam plac św. Marka jest ukazany z wody. Jak większość starych Bondów, tak i ten ma tylko kilka ujęć na lokacji, by uwiarygodnić akcję.

Most Westchnień

Inaczej sprawa się ma z „Moonrakerem” (1979). Tam plac św. Marka pojawia się w kilku ujęciach. Po pierwsze Bond przelatuje po nim swoją poduszkową gondolą. Po drugie jest tu zlokalizowana firma „Venini Glas”. Należy jej szukać za Bazyliką, dokładniej na Piazzetta dei Leoncini. Stoją tam lwy, więc dość łatwo to miejsce znaleźć. Zabudowania Venini Glas natomiast ciągną się aż do wieży zegarowej. Słynny zegar został uszkodzony przez Bonda, ale jak widać, udało się naprawić zniszczenia.

Zegar zniszczony przez Bonda
Tu gdzieś była Veni Glass

Plac jest także istotnym miejscem akcji „Casino Royale” (2006) z Danielem Craigiem. W tym wypadku Bond wygląda przez okno hotelowe i widzi plac z widokiem na bazylikę. Hotelu w tym miejscu nie udało nam się zlokalizować (zwłaszcza, że wnętrza kręcono w Pradze). Prawdopodobnie widok ten nagrano z okien muzeum archeologicznego lub Correr.

Plac św. Marka

Sama bazylika św. Marka została pominięta zarówno przez Bonda jak i Jonesa, ale zainteresował się nią Robert Langdon w „Inferno” Rona Howarda (na podstawie powieści Dana Browna). Właśnie w tym miejscu dzieje się najbardziej istotna część akcji w Wenecji. Można też zobaczyć fragmenty krypt bazyliki. Budynek sakralny pierwotnie konsekrowano w 832 r., jednak na przestrzeni lat był wielokrotnie przebudowywany i odbudowywany (np. po pożarze). Sam kościół jest poniekąd podwójnie bizantyjski, po pożarze nową konstrukcję wzorowano na konstantynopolskim kościele św. Apostołów, później zaś podczas krucjat udało się złupić chrześcijańskie Bizancjum, co po części wzbogaciło tę świątynie. Jeśli chodzi o kradzieże, to istotne też są relikwie św. Marka. Według legendy, gdy ewangelista przybył do Rzymu, zatrzymał się na lagunie, więc w 828 kupcy weneccy postanowili wykraść szczątki świętego z Aleksandrii, co zresztą się im udało. Zaś lew ze skrzydłami, symbolizujący ewangelistę, jest też godłem Wenecji. Bazylika słynie ze swoich mozaik, w pewien sposób wewnątrz przypomina trochę Hagię Sofię. Ta wenecka świątynia była też od połowy XVI wieku jednym z najważniejszych ośrodków muzycznych w Europie.

Plac św. Marka

Kontynuując „Moonrakera”. Jest tam jeszcze kilka dość ciekawych miejsc, które da się wychwycić. Przede wszystkim tył Teatro la Fenice. Tam mamy rozmowę M. z 007.

Tył teatru

Inne bardzo intrygujące miejsce, to dok dla gondoli. Widzimy je w tle podczas pościgu kanałami. To Squero di San Trovaso. Nie przyciąga uwagi turystów, ale z pewnością jest to dość charakterystyczna lokalizacja.

Naprawianie gondoli

W „Moonrakerze” jest też scena, w której w Wenecji Bond spotkał doktor Goodhead. Na ulicy Fondamenta Misericordia znajduje się budynek, który zdaniem Bonda pochodzi z XIV wieku, choć oczywiście jest późniejszy.

Kolejne ujęcie z Bonda

Wspominaliśmy o Canal Grande. To główna, wodna arteria Wenecji, chcąc nie chcąc musi pojawiać się w wielu filmach będąc kolejną, rozpoznawalną wizytówką miasta. Choćby w głośnej produkcji „Śmierć w Wenecji” Viscontiego (na podstawie noweli Tomasza Manna) dość ciekawie ukazuje to miejsce. Ujęcia znajdziemy we wszystkich wymienionych filmach, ale najlepiej chyba jest ukazany w „Casino Royale” (2006). Tam mamy wpływanie do kanału. Da się dostrzec  zarówno kościół San Giorgio Maggiore (a raczej jego wieże), jak i ryneczek handlowy.

Targowisko ukazane w „Casino Royale”

Na koniec trochę o samym zwiedzaniu Wenecji. To jest bez wątpienia jedno z tych miast, które  trzeba samemu zobaczyć i ocenić. Jedni je kochają, innym się nie podoba. Prawda jest taka, że w ciągu ostatnich dwudziestu lat (mniej więcej tyle minęło odkąd pierwszy raz przyjechaliśmy do tego miasta) wiele się zmieniło. Całe centrum jest zdecydowanie bardziej turystyczne, o czym zresztą nie raz słychać w mediach. Mieszkańcy wyprowadzają się, mając dość turystów, a ci przybywają tu licznie na parę godzin. Efekt jest taki, że kilka najbardziej obleganych punktów jest bardzo tłumnych. To przede wszystkim okolice placu św. Marka i mostu Rialto. W obu przypadkach da się jeszcze spokojnie przejść wcześnie rano, a potem dopiero gdy tłumy „godzinowców” już opuszczą miasto. Jednak Wenecja jest dużo większa, choć może już nie tak rozpoznawalna, co sprawia, że jest to idealne miejsce spacerowe. Odchodząc dalej, często tłumów nie ma, a kanały, mosty i zabudowa są, może mniej ikoniczne, ale nadal bardzo nastrojowe.Tak można spędzić praktycznie cały dzień nie przedzierając się przez tłumy.

Most Riaalto

Wenecja jest dość drogim miastem, chyba jednym z najdroższych we Włoszech. Tę różnicę cenową naprawdę widać. Dla porównania, jeśli pizza margharita kosztuje w Neapolu w pizzerii około 3 EUR, w innych miastach Włoch 5-7 EUR, tu ceny najczęściej zaczynają się od 10 EUR. Nie ma tu także darmowych mapek. Na lotnisku można kupić ją za około trzy EUR. Wąskie uliczki, kanały i specyficzna zabudowa sprawia, że GPSy trochę się gubią, mapy faktycznie się przydają. Szczęśliwie część hoteli daje je jako gratisy. Oczywiście hotele warto rezerwować ze sporym wyprzedzeniem, bo potem rosną ceny ze względu na duże obłożenie. Zresztą z powodu ilości turystów miasto próbuje ograniczać dostęp do niego. Jednocześnie nie wszystkie działania podobają się UNESCO.  Organizacja grozi, że może wykreślić Wenecję z listy.

Gondola i kanały

Na koniec jeszcze uwaga o tramwajach wodnych i gondolach. W tym pierwszym przypadku, jeśli się zdecydujemy, to chyba najlepiej przepłynąć sobie przez cały Grand Canal. Np. zacząć przy dworcu, a wysiąść przystanek lub dwa za placem św. Marka, lub na odwrót. Natomiast w przypadku gondoli, cena jest ustalona z góry. W czasie naszej wizyty, było to 80 Euro w dzień lub 100 wieczorem, od gondoli. Bez większych problemów da się znaleźć kilka innych osób, które przepłyną się z nami i podzielą koszty, gondolierzy na to nie narzekają. Gondola to bodaj ten najbardziej klasyczny i nastrojowy sposób zwiedzania tego miasta. Warto się zdecydować, w końcu w Wenecji nie bywa się zbyt często. Zaś jeśli ktoś chciałby lepiej przyjrzeć się weneckim lokacjom z samego Bonda, to polecamy blog Kulisy Bonda.

Zaś na sam koniec filmowo warto wspomnieć o międzynarodowym festiwalu filmowym. Odbywa się on tutaj od 1932, przez co uchodzi za najstarszą imprezę filmową.

Wenecja
Szlak włoski
Pompeje Wenecja Florencja
Szlak filmowy
RAF Greenham Commons Wenecja, czyli Indy spotyka Bonda i Langdona
Amsterdam (Bond)
Share Button

Karta Interrail – co to jest i z czym się to je

Podróżowanie pociągami, zwłaszcza typu Intercity bywa  wygodne, acz w wielu krajach jest niestety także dość drogie. Wymaga też niejednokrotnie wcześniejszego planowania dokładnego przejazdów, chyba że skorzysta się z karty kolejowej. Jedną z nich, którą mieliśmy okazję przetestować w praktyce, jest Interrail.

Interrail to przede wszystkim karty podróżne. Nie można ich użyć w kraju zamieszkania, ale to  dobre rozwiązanie do wykorzystania w innych krajach. Mamy dwa podstawowe rodzaje Interrail: taki na wiele krajów, pozwala on np. pojechać z Niemiec do Holandii, a dalej do Francji. Drugi chyba jeszcze ciekawszy, ale też tańszy, to tak zwany One Country Pass. Czyli np. karta na całą Francję, całe Niemcy, ale też cały Benelux (Belgia, Holandia, Luksemburg są traktowane w tym wypadku jako jedno państwo). Taką też przetestowaliśmy.

Wypełniona i kontrolowana karta

Karty te można zakupić zarówno przez Internet, jak również w kasach biletowych  PKP InterCity. W teorii w Internecie jest taniej, zwłaszcza jak trafimy na promocję (zdarzają się). Jednak niestety należy doliczyć też koszt kuriera, co powoduje, że ostatecznie przejście się na dworzec może wcale nie być złym rozwiązaniem. Dodatkowo jest wtedy okazja dopytać się o kartę i  szczegóły jej używania, acz obecnie nie jest ona ani specjalnie reklamowana, ani popularna w Polsce. Ale uwaga, pracownicy kolei mogą mieć o niej mgliste pojęcie, bo wraz z rozwojem tanich lotów ten produkt przestał być popularny w naszym kraju .

Karta składa się z biletu kolejowego, ważnego przez określoną ilość dni w danym miesiącu, licząc od ustalonego dnia początkowego. Na przykład można kupić bilet sześciodniowy od 2 maja. W kratce ustalamy tylko i wyłącznie pierwszy dzień. Pozostałe dni wpisujemy ręcznie na bilecie, najlepiej w dniu przejazdu. To nie muszą być dni pod rząd, możliwe są przerwy. Dodatkowo, nie licząc pierwszego dnia, każdy inny nie musi być sztywno zdefiniowany w dniu zakupy. Ustalamy go w momencie użycia, co daje dużą elastyczność.

Drugi istotny element karty, to tabelka do wypełniania. Obowiązkiem podróżującego z tą kartą jest uzupełnianie wszystkich przejazdów. Tabelka jest dość spora, ale na wszelki wypadek w książeczce informacyjnej znajdują się dodatkowe pola, gdzie także można wypełnić przejazdy. Zarówno bilet, jak i tabelka bywają kontrolowane. Za to w dniach, które uzupełniliśmy, mamy nielimitowaną liczbę przejazdów uzgodnionymi przewoźnikami.

Dodatkowe pole do wypełnienia

Z tymi przewoźnikami jest mały haczyk. W większości krajów europejskich karta działa na pociągach InterCity lub wolniejszych. Przewoźników należy sprawdzić sobie w sieci, tam znajduje się zawsze aktualna lista. Natomiast karty te nie działają na koleje wielkich prędkości, takie jak choćby TGV.

Drugi problem polega na tym, że nie wszystkie linie kolejowe działają tak samo. Więc na przykład w Beneluxie pociągi InterCity nie mają rezerwacji miejsc. Wchodzi się właściwie z biegu na dworzec i wsiada do pasującego pojazdu, tam znajduje miejsce i wypełnia bilet. W teorii należy go wypełnić najpóźniej na początku podróży, w praktyce zazwyczaj nie ma problemu, gdy jest wypełniany w trakcie kontroli (zwłaszcza tabelkę, na nieuzupełniony bilet mogą krzywo patrzeć). Natomiast gdy podróżujemy po krajach takich jak Włochy, gdzie należy w InterCity mieć miejscówkę, najczęściej może wiązać się to z dodatkowym kosztem, co wymaga też wcześniejszego planowania przejazdów lub wystawania pod kasami. Czasem trzeba iść do kasy i tylko odebrać bilet z miejscówką, wszystko zależy od kraju. Wymogi rezerwacji miejsc najlepiej sprawdzić próbując  zarezerwować bilet przez Internet. Wtedy otrzymamy automatycznie odpowiedź. Jeśli miejscówka jest dodatkowo płatna w sieci, jest duża szansa, że nie jest wliczona w naszą kartę. Wtedy trzeba liczyć koszty.

Oprócz Interrail istnieje kilka innych podobnych kart, przede wszystkim narodowych. W Holandii jest to choćby HollandPass. Z jednej strony oferuje ona dodatkowe bonusy, z drugiej jednak jest ograniczona do Holandii. Ponieważ karta kolejowa kosztuje dość sporo, wpierw zawsze warto sobie skalkulować, na ile się ona zwróci. W przypadku Beneluxu, gdzie korzystaliśmy z takiej karty, same przejazdy kolejowe są dość drogie, ale jednocześnie transport ten jest dobrze zorganizowany, częsty i raczej bezawaryjny. Dodatkowy plus to brak konieczności rezerwacji miejsc siedzących. W tym wypadku, ustawiliśmy sobie plan tak, by przez sześć dni faktycznie przemieszczać się na dalszych odcinkach. W przypadku krótszych lub stacjonowania w mieście, karta nie była nam potrzebna. Jednocześnie kalkulując sobie wyjazdy, gdybyśmy musieli kupić bilety, cena za kartę zwróciła się nam już po trzecim dniu jej używania. Robiliśmy trasę Amsterdam – Bruksela – Luksemburg z odbiciami po drodze do innych miejsc.

Share Button

Luksemburg: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Luksemburga. Zweryfikowane w maju 2017.

Dojazd: Samochód, autokar, samolot (ale najczęściej nie są to tanie loty), a nawet można próbować pociągiem. Łatwy dostęp także z Holandii czy Belgii.

Wiza: Schengen, wstęp na dowód, najczęściej bez kontroli.

Baza noclegowa: Choć sam Luksemburg jest niewielki, to jednak hotele można znaleźć bez problemu, gorzej bywa z ceną. Na np. booking.com, sporo możliwości.

Szczepienia wymagane: Brak.

Choroby: Nic wartego uwagi.

Waluta: Euro (EUR).

Płatności kartą i bankomaty: Bankomaty są dostępne bez problemu w większych miastach. Płatności kartą bardziej rozpowszechnione niż w pozostałych krajach Beneluxu, ale jeszcze to nie jest poziom np. Polski. Warto mieć ze sobą trochę Euro.

Napiwki: Luksemburg znajduje się na granicy kultur, więc czasem traktują po niemiecku i chcą, czasem po holendersku i wtedy nie ma problemu.

Internet: Bez problemu.

Telefony: Obecnie roaming jest zniesiony z pewnymi ograniczeniami zależnymi od danego operatora.

Język: Formalnie trzy języki, niemiecki, luksemburski i francuski. Ale w miejscach turystycznych bez problemu znają angielski.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Nie podróżowaliśmy samochodem.

Oznaczenia i drogowskazy: W miastach zazwyczaj zabytki są dość dobrze oznaczone. Trasy już niekoniecznie.

Jedzenie wegetariańskie: Dużo naleciałości z kuchni niderlandzkiej, niemieckiej, ale też azjatyckiej.

Ludzie: Sam Luksemburg jest w tej kwestii dość odmienny od swoich sąsiadów. Z jednej strony jest bardziej otwarty, z drugiej bardziej katolicki. Z pewnością, pomimo migrantów (głównie z Azji Wschodniej) wciąż zachował swoją odrębność kulturową i jest ona tu eksponowana, czy to pomnikami, czy zabytkami. Ludzie są tu wycofani, ale dumni z dokonań własnych przodków, co jest bardzo zauważalne.

Bezpieczeństwo: Mniejsza ilość policji, brak zamachów, brak wojska na ulicach, raczej normalne życie. Luksemburg trzyma się na uboczu i to widać.

Klimat: Umiarkowany.

Informacja turystyczna i mapy: Darmowe mapy można dostać np. w hotelach.

 Gdzie szukać informacji: Jest wiele przewodników, także dużo informacji w sieci.

Szlak luksemburski
Informacje praktyczne Luksemburg
Share Button

U styku filmu i podróży