Butrint, zwiedzanie starożytnego miasta i przyrody

Stanowiska archeologiczne w Albanii raczej nie należą do największych i najbardziej okazałych. Jedno jednak się wyróżnia, jest to Butrint (alb. Butrint, Butrinti) do tego stopnia, że zostało wpisane listę UNESCO w 1992 roku. Zaś samo antyczne miasto zostało wspomniane przez Wergiliusza w „Eneidzie”.

Żółw błotny (Emys orbicularis) upodobał sobie spokojne Butrint
Żółw błotny (Emys orbicularis) upodobał sobie spokojne Butrint

Historia Butrint

Butrint znajduje się niedaleko greckiej granicy, a jego historia i rozwój jest mocno związana z Grecją, przede wszystkim z pobliskim Korfu. Według legendy, miasto założyli uciekinierzy z Troi pod wodzą Helenosa. Nie jest znana dokładna data jego założenia, miało to miejsce między X a VIII wiekiem przed naszą erą, choć są źródła sugerujące nawet XII wiek. W VII wieku przed naszą erą stało się kolonią grecką i miastem portowym, a następnie istotnym miejscem kultu Asklepiosa. Wówczas nosiło nazwę Bouthroton, co znaczy „zraniony wół”. Dobrze się też rozwijało w czasach rzymskich. Cezar poświęcił tę kolonię (Buthrotum) żołnierzom, którzy walczyli przeciw Pompejuszowi. Kolonią weteranów stało się jednak dopiero za czasów Augusta, co wiązało się z dużym rozwojem miasta. W trzecim wieku zostało mocno zniszczone przez trzęsienie ziemi.

Cześć stanowiska archeologicznego znajduje się pod wodą i jest zajmowana przez naturę
Cześć stanowiska archeologicznego znajduje się pod wodą i jest zajmowana przez naturę

Odbudowa miasta w dużej mierze rozpoczęła się w czasach bizantyjskich, choć właściwie tworzono je na nowo. Ale od VII wieku zaczęło przechodzić z rąk do rąk. Zajmowali je Słowianie, Despotat Epiru, a Bizancjum odbijało. U schyłku czasów wschodniego cesarstwa połączono Butrint w jedną prowincję z Korfu. Z czasem odkupili je Wenecjanie. Byli oni zainteresowani głównie Korfu, nie mieli zbytniego interesu w Butrint, więc to drugie w XVI wieku stało się częścią Imperium Ottomańskiego. Wówczas Wenecjanie zrozumieli znaczenie tego miejscami w końcu udało się im je odbić. Mocno związano go z Kerkyrą. Przede wszystkim zbudowano tu fortecę, która pełniła rolę zabudowy, zaplecza i wsparcia Kerkyry.

Zalany teatr w Butrint
Zalany teatr w Butrint

Okres turecki i później

Wraz z upadkiem Republiki Weneckiej, Butrint wpadł w ręce francuskie. Na krótko. Potem zdobył go Ali Pasza z Tepeleny i uczynił lennem sułtana. Zostało włączone do Albanii w 1912 roku wraz z ogłoszeniem jej niepodległości. Wówczas jednak było już opuszczone. Okoliczne wody stanowiły źródło malarii, więc ludzie się stąd wynieśli. Warto dodać, że Grecy także wnosili swoje roszczenia wobec Butrintu. Ostatecznie przyznano go Albanii, co poparły Włochy, nie chcąc umacniać zbytnio Greków przy Korfu.

Butrint sprawia wrażenie wyrwanego naturze
Butrint sprawia wrażenie wyrwanego naturze

Park Narodowy Butrint

Dziś jest to także Park Narodowy, który obejmuje swoim obszarem nie tylko stanowisko archeologiczne, ale i okolicę. Warto przypomnieć też najnowszą historię. Podczas niepokojów społecznych w 1997 roku muzeum zostało splądrowane. Stan zabytków był na tyle alarmujący, że UNESCO wpisało je na listę miejsc zagrożonych. Szczęśliwie obecnie zostało z tej ostatniej usunięte. Co więcej, w roku 2015 „Guardian” uznał Butrint za jeden z 10 najlepszych parków narodowych w Europie.

Stanowisko archeologiczne jest spore, ale porozrzucane i w wielu miejscach zostały jedynie fundamenty
Stanowisko archeologiczne jest spore, ale porozrzucane i w wielu miejscach zostały jedynie fundamenty

Budowle, które się tu ostały, to prawdziwy miszmasz. Pochodzą zarówno z czasów greckich, rzymskich, bizantyjskich jak i weneckich. Są tu resztki forum, teatru (greckiego, potem rzymskiego), ruiny sanktuarium Asklepiosa, ale również bizantyjskiej bazyliki z VI wieku. Można obejrzeć szczątki zabudowań portowych czy wieże weneckie. Jest pozostałość baptysterium wraz mozaikami, łaźni rzymskich czy zwykłych domów oraz bramy miejskie, w tym jedna z weneckim lwem (Brama lwa).

Stanowisko archeologiczne jest porośnięte drzewami, które dają tu dużo cienia
Stanowisko archeologiczne jest porośnięte drzewami, które dają tu dużo cienia

Żółwie i zalany teatr

Obecnie także okolice teatru są częściowo pod wodą. Dodaje to uroku antycznym pozostałościom. Co więcej jest tu sporo żółwi błotnych, żab i jaszczurek. Zaś przy jeziorze można obserwować ptactwo. Ten park to nie tylko ruiny, ale także właśnie przyroda.

Ruiny bazyliki
Ruiny bazyliki

Nad wszystkim, w miejscu dawnego akropolu, wznosi się wenecki fort z XIV wieku, obecnie odrestaurowany. Dziś to głównie punkt widokowy oraz muzeum, które nie tylko ukazuje historię miejsca, dawną zabudowę, ale są tu też rzeźby odnalezione w Butrint.

Butrint jest otoczone malowniczą okolicą, stąd całość to dziś Park Narodowy
Butrint jest otoczone malowniczą okolicą, stąd całość to dziś Park Narodowy

Zwiedzanie Butrint

Duża część parku jest zalesiona. Bez problemu można znaleźć cień. Tylko niektóre większe budowle znajdują się na otwartej przestrzeni. Tam zaś często hasają jaszczurki, zaś w oczkach wodnych jest całkiem sporo żółwi błotnych. Trasa czasem wiedzie przez miejsca, w których nie ma ruin, idzie się choćby przy brzegu jeziora, co jest bardzo ładnym i relaksującym spacerem. W okolicy jest sporo wody, zaś w czasach rzymskich przez jezioro przebiegał most. W muzeum są grafiki, które go ukazują.

Wejście na zamek
Wejście na zamek

Przy Butrint znajduje się całkiem spory parking, a także przeprawa promowa na drugą stronę. Tam dalej są resztki pałacu Ali Paszy. Zwiedzanie stanowiska archeologicznego zajmie nam minimum 1-2 godziny wraz z muzeum i twierdzą, a znacznie dłużej, jeśli chcemy jeszcze podziwiać okolice jeziora. Dobrą bazą na zwiedzanie Butrint jest Saranda, która jest odległa o jakieś 20 kilometrów. Swoją drogą, podobnie jak Apollonia, bywa nazywany „bałkańskimi” Pompejami i znów jest w tym spora przesada.

Zamek w Butrint
Zamek w Butrint

To bez wątpienia jedna z ciekawszych atrakcji Albanii. Może nie unikalna, jak np. Berat, ale pięknie łącząca różne okresy historyczne (trochę jak Lindos, ale tam to się bardziej nakłada) i przyrodę. I właśnie dla przyrody, ptactwa i widoków warto przyjechać tu na dłużej.

Amfiteatr widziany po drodze z zamku
Amfiteatr widziany po drodze z zamku

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak albański
ButrintLlogara

Mołdawia: Informacje praktyczne

Mołdawia. Kompendium wiedzy, czyli informacje praktyczne. Mołdawię odwiedziliśmy we wrześniu 2021 roku, wtedy też weryfikowaliśmy informacje na miejscu.

Mołdawia: Informacje podstawowe

Uwagi ogólne: Mały, czysty, sympatyczny kraj, z silnymi wpływami rumuńskimi i w mniejszym stopniu rosyjskimi naleciałościami. Słynący z produkcji win i to właśnie winnice oraz winne piwnice stanowią jego największą atrakcję.

Klimat: Umiarkowany, północ kraju jest bardziej wilgotna, południe suchsze.

Język: Mołdawski, który w pewien sposób jest dialektem rumuńskiego, czasem te języki są wręcz utożsamiane. Nie jest to typowy dialekt. Istnieją pewne różnice w pisowni, czy słownictwie, bowiem oba kraje mają osobne rady językowe. Drugi często używany język to rosyjski (w Naddniestrzu wręcz pierwszy). W turystyce bardziej zorganizowanej angielski stoi na dobrym poziomie, pozostałej raczej na poziomie komunikatywnym.

Baza noclegowa: Bez problemu, całkiem sporo hoteli, które można znaleźć na portalach typu Booking.com, są też mniejsze pensjonaty. Niestety wiele z nich to raczej mieszkania przerobione na hotele, a nie rodzinne pensjonaciki.

Strefa czasowa: UTC+3 – lato, UTC+2 – zima. Czyli godzina wcześniej niż w Polsce.

Mołdatwia: Transport

Dojazd: LOT lata do Kiszyniowa (chwilowo wstrzymane). Można też dojechać samochodem przez Słowację i Rumunię, ewentualnie przez Ukrainę (gdy będzie to bezpieczne).

Samochody i transport: Transport lokalny to głównie marszrutki, one pokrywają większość połączeń. Natomiast bardzo wygodnie poruszać się po Mołdawii samochodem, pozwala to zaoszczędzić wiele czasu. Minusem może być problem z wjazdem do Naddniestrza, nie wszystkie wypożyczalnie na to pozwalają.

Uber: Ubera nie ma, działa Yandex Taxi.

Mołdawia: Prawo

Wiza: Wystarczy paszport.

Przepisy celne: Nic szczególnego.

Prawo i obyczaje: Nic szczególnego.

Dni wolne: Sobota, niedziela.

Drony: Ograniczenia standardowe, należy mieć pozwolenie w parku narodowym czy rezerwatach. Prawo mołdawskie specjalnie nie zajęło się dronami.

Krzew winny, Cricova, Mołdawia
Krzew winny, Cricova, Mołdawia

Bezpieczeństwo w Mołdawii

Szczepienia wymagane: Nic szczególnego.

Choroby: Choć to Europa, to jednak występuje tu cholera, przede wszystkim w Naddniestrzu, w okolicach Tyraspola. Nie zaleca się korzystać ze zbiorników wodnych z powodu wysokiego ryzyka występowania tej choroby (także w Mołdawii). Także woda z kranu nie jest zdatna do picia bez uzdatnienia.

Bezpieczeństwo kryminalne i polityczne: Jeśli chodzi o drobną przestępczość, to jest to spokojny i bezpieczny kraj. Politycznie jednak panuje tu dość skomplikowana sytuacja, przede wszystkim z samozwańczą Mołdawską Republiką Naddniestrza. Ta, ze wsparciem rosyjskim, oderwała się w 1992 zbrojnie i do dziś nie udało się zakończyć procesu pokojowego. Ryzyko eskalacji raczej nie jest duże, niemniej jednak w Naddniestrzu stacjonują wciąż wojska rosyjskie. Wjazd wiąże się z kontrolą paszportową, ale nie wbijają pieczątek. Należy wiedzieć o tym, że pobyt przekraczajmy 24 godziny podlega obowiązkowi meldunkowemu i za brak jego dopełnienia grozi wysoka grzywna.

Bezpieczeństwo naturalne: Sporadycznie mogą wystąpić trzęsienia ziemi, na ogół o niewielkiej sile. Jednak w 1941 roku Kiszyniów został zniszczony w wyniku wstrząsów. Nie jest to jednak ryzyko, które bierze się pod uwagę.

Mołdawia: Płacenie

Waluta: Lej mołdawski (MDL) składający się ze 100 banów. Naddniestrze ma własną walutę – Rubel naddniestrzański – czyli 100 kopiejek.

Płatności kartą i bankomaty: W miejscach turystycznych płatności kartą są raczej powszechne. Właściwie nie musieliśmy używać gotówki. W Naddniestrzu jest z tym jednak gorzej, tam karty zagraniczne nie są uznawane.

Napiwki: Nie są standardem, ale w restauracjach jak zwykle mile widziane.

Prąd i komunikacja w Mołdawii

Internet: Korzystaliśmy z internetu w hotelach, nie było z tym problemu.

Telefony: Roaming dostępny.

Telefon alarmowy: 112.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Kuchnia mołdawska

Jedzenie wegetariańskie i lokalne specjały: Nawet w lokalnej kuchni jest sporo dań, które przypadną wegetarianom do gustu. Zaczynając od mamałygi. W Kiszyniowie (i nie tylko, filie są też w Rumunii) istnieje sieć fastfoodowa – „La Plăcinte”, która oferuje lokalną kuchnię w przystępnych cenach. Była to dla nas właściwie jedyna okazja, by skosztować kuchni mołdawskiej.

Inną kulinarną ciekawostką jest dżem (konfitura) z zielonych orzechów włoskich. Przepis znany jest w wielu krajach należących do dawnego Imperium Osmańskiego, ale produkt ten dość mocno kojarzy się z Mołdawią. Bez problemu można go kupić w większości sklepów spożywczych.

Alkohol: Dostępny bez problemu. Mołdawia do kraj wina i zwiedzając winnice można kupić, ale i skosztować wina. Niektóre zwiedzanie piwnic są powiązane z degustacją. Mołdawia to dobre miejsce dla turystyki winiarskiej (enoturystyka).

Dostępność barów i restauracji: W Kiszyniowie problemów nie było, ale w Crivovej już znaleźć wieczorem coś czynnego to był problem (pomijając drogą restaurację przy piwnicach).

Kultura Mołdawii

Religia: Jak wiele krajów byłego ZSRR, tak i w Mołdawii obserwuje się odrodzenie religijne. Dominująca religia to prawosławie.

Ludzie: Spokojni, otwierają się na turystów.

Toalety: Typ europejski, ale zdarzały się w niektórych miejscach tureckie.

Drażliwe tematy: Najbardziej problematyczny jest dla nich status Naddniestrza. Należy też uważać, gdy nazywa się ich Rumunami. Cześć społeczeństwa dążyła do połączenia Mołdawii z Rumunią, ale była to jedna z przyczyn oderwania się Naddniestrza.

Turystyczny niezbędnik

Oznaczenia i drogowskazy: W Kiszyniowie jeszcze te oznaczenia są, na trasie znaki także występują. Ale w wielu miejscach trzeba jednak posiłkować się mapą.

Informacja turystyczna i mapy: Raczej średni, żeby nie pisać słaby. W większości przypadków najłatwiej pytać ludzi z okolicy. Czasem w hotelach pomagają. Niestety turystyka to gałąź, która dopiero będzie się rozwijać.

Gdzie szukać informacji: Oficjalna strona to moldova.travel.

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak mołdawski
Praktycznie

Źródła termalne Gunnuhver i międzykontynentalny most Miðlína

Niedaleko lotniska Keflavik na Islandii znajdują się dwa bardzo ciekawe i nietypowe obiekty. Pierwszy z nich to most międzykontynentalny Miðlína, drugi to już coś częściej występującego, a mianowicie źródła geotermalne Gunnuhver. Obie atrakcje znajdują się stosunkowo blisko siebie i warto je połączyć niezależnie od tego, czy podjedziemy z jednej do drugiej, czy przejdziemy się na piechotę.

Gunnuhver widziane z góry
Gunnuhver widziane z góry

Most międzykontynentalny Miðlína

Sam most między kontynentami to trochę abstrakcyjna budowla. Na polu lawy, pośród niczego, znajduje się 18 metrowy mostek nad 15 metrową szczeliną. Nie łączy żadnej drogi samochodowej, ani pieszego szlaku, nic. Nie przechodzi się przez żadną rzekę, pod nim jest sporo czarnego piasku, po którym można normalnie przejść. Dopiero tabliczki informują, z czym właściwie mamy miejsce. Na tym polu lawy, pod piaskiem znajduje się szczelina ryftowa między kontynentami – Europą i Ameryką Północną. Płyty tektoniczne powoli odsuwają się od siebie, choć z naszej perspektywy trudno to zauważyć. Most międzykontynentalny Miðlína jest więc nie tylko atrakcją, ale przede wszystkim centrum edukacyjnym.

Most międzykontynentalny Miðlína
Most międzykontynentalny Miðlína

Wybudowano go w 2002 roku. Początkowo nosił imię Leifa Erikssona, wikinga który dotarł między innymi do Grenlandii  i prawdopodobnie odkrył Amerykę na 500 lat przed Kolumbem. Leif Szczęśliwy (to znaczy przydomek Eriksson) jest patronem nie tylko mostu, ale też jednego z terminali lotniska Keflavik. Stąd na mapach czasem most może być oznaczony z angielska jako Leif the Lucky Bridge.

Most międzykontynentalny Miðlína
Most międzykontynentalny Miðlína

Przejście mostem jest darmowe, ale można sobie kupić tutaj certyfikat przejścia z Europy do Ameryki. Parking przy drodze 425 jest ustawiony tak, że właściwie idąc od niego naturalny kierunek to opuszczenie Europy. Ale równie dobrze można spokojnie most obejść lub przejść pod nim i przejść w odwrotnym kierunku. Na środku mostu znajduje się granica, oczywiście umowna.

Uskok między płytami kontynentalnymi
Uskok między płytami kontynentalnymi

Płyty kontynentalne Islandii

Ciekawostka przyciąga turystów, przede wszystkim zapada w pamięć i daje do myślenia. Szczeliny między płytami kontynentalnymi w Islandii to nic szczególnie niezwykłego. Można je znaleźć w kilku miejscach, Park Narodowy Þingvellir także może poszczycić się stykiem płyt. Jednak nigdzie indziej nie stawia się mostu. Pewnie dlatego, że tam jest więcej innych rzeczy do zobaczenia, tu właściwie bez mostu mało kto by zajrzał. Tu jeszcze mamy tabliczki zarówno informacyjne, jak i powitalne. Z jednej strony witają nas w Ameryce, w drugiej w Europie.

Mchy i porosty na Islandii są pod ścisłą ochroną
Mchy i porosty na Islandii są pod ścisłą ochroną

Dryf płyt tektonicznych, spowodowany przez Grzbiet Śródatlantycki sprawia, iż obie płyty minimalnie się od siebie odsuwają. Postronny obserwator tego nie zauważy, ale już szczegółowe mierzenie przeprowadzane co rok potwierdzają ten ruch. Wychodzi koło dwóch centymetrów rocznie.

Gunnuhver z oddali
Gunnuhver z oddali

Należy dodać, że okolica przyciągnęła filmowców, a dokładniej jednego. Blisko mostu znajduje się plaża Sandvik z czarnym piaskiem. Jedna z wielu na Islandii. Natomiast tam Clint Eastwood nakręcił „Sztandar chwały” i „Listy z Iwo Jimy”. Oba filmy ukazują tę samą bitwę widzianą ze stron amerykańskiej i japońskiej. Zaś plaża z czarnym piaskiem udawała plażę wulkanicznej japońskiej wyspy Iwo Jima na Pacyfiku.

Gunnuhver jest bardzo interesujące wizualnie
Gunnuhver jest bardzo interesujące wizualnie

Źródła geotermalne Gunnuhver

Dużo bardziej typowym zjawiskiem są źródła geotermalne Gunnuhver. Po pierwsze źródeł tego typu na świecie jest wiele, zresztą występują także na Islandii w różnej formie (choćby SPA jak Blue Lagoon czy te w okolicy Myvatn). Gunnuhver są otwarte dla turystów, można tam podjeść i pooglądać z podestów okolicę. Przede wszystkim parującą wodę. Natomiast nie można wejść dalej, gdyż te źródła są wykorzystywane przemysłowo, a woda osiąga wysokie temperatury. W oddali możemy dostrzec budynki elektrowni.

Ścieżki są wyznaczone, acz warto zachować ostrożność, nigdy nie wiadomo, gdzie pojawi się kolejne źródło gorącej wody
Ścieżki są wyznaczone, acz warto zachować ostrożność, nigdy nie wiadomo, gdzie pojawi się kolejne źródło gorącej wody

Z innych rzeczy naturalnych można zobaczyć tu fumarole. Fumarola to gorące wyziewy z wulkanów, które spotyka się na w kilku miejscach na Islandii. Tu już z daleka widać białe obłoki. Czasem poza parą w trakcie wybuchu w powietrzu leci też gorące błoto. Z platformy widokowej na własne oczy można zobaczyć efekty takiej erupcji. Tu możemy oglądać zjawisko jedynie z oddali, a tabliczki przypominają o tym, że gorąca woda może być niebezpieczna. Trochę przypomina to widoki jakie widzieliśmy w Rotorui.

Źródła geotermalne Gunnuhver
Źródła geotermalne Gunnuhver

Legendy i okolice Gunnuhver

Nazwa Gunnuhver jest związana z legendą. Przede wszystkim woda, obłoki plus odgłosy kojarzyły się ludziom z duchami i uznawano ten teren za przeklęty. Straszyła tu Gunna, kobieta, która zalegała z płatnościami, więc zabrano jej resztki dobytku. I zaczęła straszyć, gdy była martwa. Jak to na Islandii z legendami bywa, jest wiele wersji różniących się szczegółami, ale mniej więcej tak się ta historia prezentuje. Co ciekawe, Gudrun Onundardottir, bo tak brzmi pełne imię Gunny, widniała w spisie ludności z 1703 roku. W niektórych wersjach Gunna była też czarownicą.

Źródła geotermalne Gunnuhver to ciekawe zjawisko geologiczne
Źródła geotermalne Gunnuhver to ciekawe zjawisko geologiczne. Ale jak widać niebezpieczne, tu przykład zniszczonej ścieżki.

Dalej mamy też latarnię morską Reykjanesviti, którą zbudowano w 1929, choć pierwotna struktura pochodzi z 1878 roku. Tyle że została zniszczona przez trzęsienie ziemi, dlatego ją odtworzono. To najstarsza  latarnia morska na Islandii.

Kłęby pary nadają klimat temu miejscu
Kłęby pary nadają klimat temu miejscu

Zarówno Gunnuhver, jak i most międzykontynentalny to bardzo dobre miejsce na krótki przystanek w podróży po Islandii (choć jadąc w kierunku Reykjaviku trzeba trochę odbić). Plusem jest bliskość lotniska, więc jeśli mamy chwilę, warto tu podjechać. No i są darmowe, wliczając to parkingi. Jeśli brakuje czasu, można sobie odpuścić te miejsce, pamiętając, że może mostu nie zobaczymy, ale szczeliny dzielące płyty dostrzec można w innych miejscach wyspy.

Źródła geotermalne są też wykorzystywane przemysłowo
Źródła geotermalne są też wykorzystywane przemysłowo

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak islandzki
GunnuhverSeljalandsfoss

Cricova, najsłynniejsze piwnice winne Mołdawii

Jak na kraj, który w teorii nie ma atrakcji, piwnice winne, a w szczególności Cricova, są całkiem rozsławioną atrakcją Mołdawii. Piwnice są znane nie tylko dzięki samej produkcja wina, ale przede wszystkim dość sporym korytarzom, których zwiedzanie samo w sobie robi wrażenie. Choć warto pamiętać, że to nie jedyna taka atrakcja w okolicy Kiszyniowa, drugą jest Milestii Mici i to tylko, gdy mówimy o tych największych i najbardziej znanych.

Cricova oferuje możliwość przechowywania win w bardzo dobrych warunkach. Są one ozdobą piwnic, ale też inwestycją.
Cricova oferuje możliwość przechowywania win w bardzo dobrych warunkach. Są one ozdobą piwnic, ale też inwestycją.

Piwnice winne Cricova

Cricova znajduje się na północny-zachód od stolicy Mołdawii. Stosunkowo blisko. Już wjazd do wioski robi wrażenie. Najpierw przejeżdża się pod łukiem (trochę przypomina ten z Modesto, ale jest jeszcze mniej wyszukany), a potem mija uprawy winorośli. Można się tu zatrzymać, by popatrzeć na krzewy winogronowe. Widok zapada w pamięć i wyróżnia się.

Zwiedzanie Cricovy zaczyna się od oglądania wina leżakującego w beczkach
Zwiedzanie Cricovy zaczyna się od oglądania wina leżakującego w beczkach

Cricova znajduje się w wiosce, jest tu kilka hoteli i pensjonatów, można spokojnie nocować. Natomiast będąc pod koniec sezonu mieliśmy problem z jedzeniem. O ile knajpa wewnątrz Cricovy działała (no i miała swoją marżę), o tyle poza nią wszystkie inne były nieczynne (skończyło się tym, że na kolację pojechaliśmy do Kiszyniowa). Drugi problem to kwestia wejścia do samych piwnic. Na Google są właściwie dwa miejsca. Pierwszy to Combinatul de Vinuri „Cricova” S.A. To miejsce techniczne, tu mieści się cała logistyka, przyjeżdżają ciężarówki, które dalej rozwożą wina. Trzeba kierować się na miejsce oznaczone – Beciurile Cricova, odległe od pierwszego o jakieś 2 kilometry, przy jeziorku na mapie. To są właściwe piwnice.

Cricova i leżakujące wino butelkowane
Cricova i leżakujące wino butelkowane

Sama miejscowość Cricova, pomijając winnice i piwnice winne, nie ma do zaoferowania nic. Co więcej, nawet parking przy kompleksie jest stosunkowo mały (zwłaszcza, jak porówna się go z tym w Milestii Mici).

Historia Cricovy

Cricova uchodzi czasem za największą piwnicę winną. Tunele liczą aż 120 kilometrów długości, czyli mniej niż Milestii Mici. Czasem można usłyszeć, że są tu najdłuższe używane tunele, ale to raczej przechwałki, wynikające z konkurencji z tym drugim ośrodkiem. Za to na pewno historia tych tuneli w Cricovie jest dłuższa. Zaczęto je drążyć w XV wieku, gdy wydobywano piaskowiec na potrzeby rozbudowy Kiszyniowa. Obecny charakter nadano im w latach 50. XX wieku, gdy zaczęto tworzyć kompleks wytwórni win. Głębokość piwnicy to nawet 100 metrów poniżej poziomu otaczającego terenu, w tym aspekcie bije Milestii Mici.

Cześć piwnic jest zdobiona
Cześć piwnic jest zdobiona

Cricova: Zwiedzanie

Po wejściu na teren Cricovy trzeba załatwić sprawę z biletami (kupić lub potwierdzić, jeśli są opłacone wcześniej). Wycieczki można zamówić przez Internet, a przede wszystkim wybrać właściwą. Są opcje samego spaceru po kompleksie, po wersje z degustacjami. Oczywiście różnią się one cenowo.

Cricova: piwnice i kolekcja win
Cricova: piwnice i kolekcja win

Zwiedzanie odbywa się z przewodnikiem, są dostępne opcje po angielsku, rumuńsku i rosyjsku. Przed wejściem zbiera się grupa, która wchodzi do samochodu z wagonikami i wjeżdża się do piwnic. Te są spore, przystosowane do ruchu kołowego. Odległości do przebycia też są na tyle duże, że godzinna wycieczka by nie wystarczyła, by przejść je na piechotę. Zatrzymujemy się w kilku miejscach, gdzie prezentowane są różne etapy produkcji wina. Od fermentacji po leżakowanie, czy butelkowanie. Szczycą się też produkcją metodą szampańską, powstają tu wina musujące. Dziennie nawet do 6 tysięcy butelek. Swoją drogą, zgodnie z prawem mołdawskim, wina nie są alkoholem, więc producenci mogą je normalnie reklamować. Tak więc cała wyprawa z jednej strony pokazuje piwnice, z drugiej reklamuje Cricovę.

Cricova ma też małą salę, w której prezentowany jest krótki filmik informacyjny, starający się wspomnieć o tych procesach produkcyjnych, których niekoniecznie widać w procesie. W filmiku wykorzystano muzykę z „Gwiezdnych Wojen”, dokładniej „Duel of the Fates” Johna Williamsa. Potem następuje poczęstunek kieliszkiem wina (niezależnie, czy ktoś kupił wizytę z degustacją, czy nie).

Piwnice Cricovy kryją też inne pomieszczenia, jak choćby kaplicę
Piwnice Cricovy kryją też inne pomieszczenia, jak choćby kaplicę

Cricova: Kolekcja win

Zwiedzając dalej piwnice dojeżdżamy do miejsca, gdzie piwnic poszczególne nisze dla win są wynajmowane. Osoby prywatne mogą tu trzymać swoje butelki. Wiele osób traktuje je jako inwestycje. Przed winami najczęściej jest tabliczka z imieniem i nazwiskiem właściciela. Cricova niespecjalnie przejmuje się ochroną danych osobowych swoich klientów, wręcz szczyci się nimi. Wiele z nich to osoby znane ze świata polityki, czy biznesu. Zaś zwiedzający mają zabawę szukając znanych osób. I tak oto znaleźliśmy wina Donalda Tuska. Wina Tuska to coś, co bawi Polaków najbardziej.

Wina Tuska - niezbity dowód. A poważnie, wśród osób trzymających tu swoje wina jest Donald Tusk
Wina Tuska – niezbity dowód. A poważnie, wśród osób trzymających tu swoje wina jest Donald Tusk

Sama kolekcja liczy sobie ponad milion butelek (lub 1,3 miliona jak mówią inne źródła). Nazywa się ją „Oenotheque”, czyli narodowa kolekcja win, choć nie tylko wina są tu przetrzymywane. Gdy tę ilość porówna się z Milesti Mici, wypada gorzej, ale na żywo i tak robi wrażenie. Cricova stara się o wpis na listę UNESCO, z powodu niezwykłości tego miejsca i jego historii.

Wewnątrz panują dobre warunki dla przetrzymywania wina, ale niekoniecznie dla turystów: jest wilgotno (nawet do 98%) i chłodno (12 – 14 stopni Celsjusza, warto wziąć coś ciepłego ze sobą). Niektóre butelki, a zwłaszcza korki, pokrywa warstwa pleśni, tak ma być.

Koniec zwiedzania to oczywiście sale degustacyjne. Znajdują się one jakieś 50 metrów pod powierzchnią ziemi. Jedni je tylko zwiedzają, inni w nich zostają. Tak to tu wygląda. A wychodząc warto zahaczyć jeszcze sklep z winem (i tak się przez niego wychodzi). Oczywiście kupienie wina to loteria, jedne są dobre, inne nieszczególne.

Cricova - jedna z kilku sal degustacyjnych
Cricova – jedna z kilku sal degustacyjnych

Dojazd do Cricovy

Cricova jest na tyle popularna, że bez problemu można znaleźć tu wycieczkę z Kiszyniowa. Ewentualnie można rozważyć marszrutkę lub taksówkę. Nocowanie w Cricovie można rozpatrzeć jedynie, gdy pragniemy jechać gdzieś dalej, by ominąć korki w Kiszyniowie, albo wkręcimy się w degustację. Niemniej jednak, jak wspominaliśmy, nie ma ona wiele do zaoferowania poza kompleksem. Cricova jest w sumie dość podobna do Milesti Mici, acz nam przypadła do gustu trochę bardziej. Zresztą prawdopodobnie jest popularniejsza i najbardziej znana wśród turystów.

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak mołdawski
CricovaTyraspol i Naddniestrze

Park Narodowy Topasir: wiadukt Varda i James Bond, zamek Gulek

Park Narodowy Topaşır (tur. Topaşır Milli Parkı) nie należy do miejsc, które przyciągają turystów w Turcji. W jego okolice przywiódł nas przede wszystkim wiadukt Varda i James Bond, ale również zamek i przełęcz Gülek.

Park Narodowy Topaşır
Park Narodowy Topaşır

James Bond i Wiadukt Varda

Wiadukt Varda (Varda Köprüsü, Varda Viyadüğü) pojawia się w filmie „Skyfall” Sama Mendeza (2012). Ta odsłona przygód Jamesa Bonda rozpoczyna się w Stambule, następnie zdjęcia i ekipa przeniosły się na przedmieścia Adany, która dalej udaje Stambuł. Tu 007 „wchodzi” do pociągu, który jedzie w bliżej niesprecyzowanym kierunku (raczej europejskim, bo nie przekraczamy cieśniny). Pod koniec tej sekwencji Bond znajduje się na dachu składu, który właśnie przejeżdża przez wiadukt Varda (znajdujący się na południu azjatyckiej części Turcji). Moneypenny zaczaiła się na okolicznych wzniesieniach i strzela do 007. Bond spada z wiaduktu i znika na jakiś czas. Choć od początku pościgu w Stambule minęło zaledwie kilkanaście minut na ekranie, odległość pokonana to ponad 900 kilometrów, czyli kolejny przykład magii kina. Oczywiście 007 potem odnajdujemy w Fethiye. Warto dodać, że wiadukt wykorzystano także w tureckim filmie „Pył czasu” (2012) Aliego Aydina.

Wiadukt Varda
Wiadukt Varda
Wiadukt Varda w filmie „Skyfall”. Tutaj Moneypenny postrzeliła Jamesa Bonda.
Wiadukt Varda w filmie „Skyfall”. Tutaj Moneypenny postrzeliła Jamesa Bonda.

Historia wiaduktu Varda

Wiadukt Varda, nazywany czasem wiaduktem niemieckim (Alman Köprüsü) albo wiaduktem Giaour, jest czynny do dziś i nadal jeżdżą tu pociągi. Stanowi też niezbyt znaczącą atrakcję turystyczną. W pobliżu wiaduktu znajduje się knajpa z małym parkingiem. Stamtąd jest całkiem dobry widok na sam wiadukt. Można też podjechać do niego bliżej (albo podejść) i się mu przyjrzeć. Jest jeszcze mniej miejsc do zatrzymania się, ale piechotą można wejść na skały i podziwiać budowlę w całej okazałości. Przy odrobinie szczęścia przejedzie tędy jakiś pociąg.

Wiadukt Warda z bliska
Wiadukt Warda z bliska

Wiadukt budowano w latach 1905 – 1916. Główną konstrukcję zakończono w 1907 roku, wykończenie w 1912, a tory położono w 1916. Oddano go do użytku oficjalnie dopiero w 1917 roku. Był to wspólny projekt Niemiec i Imperium , który miał na celu zbudowanie linii kolejowej między Berlinem a Basrą. Projekt kolei zainicjowano w 1888 roku. Dla Turków bardziej liczył się odcinek Stambuł – Bagdad. Największym wyzwaniem okazały się być jednak góry Taurus, dokładniej odcinek między Adaną a Konyą. Zbudowanie samych 22 tuneli o sumarycznej długości 12 km zajęło jakieś 20 lat. Ukształtowanie terenu wymagało też wiaduktów. Budowę wiaduktu Varda w dużej mierze sponsorowali i nadzorowali Niemcy. Założyli oni obóz w miejscowości Belemedik, gdzie stacjonowali latami. Pod koniec I wojny światowej linia służyła Niemcom do wycofywania swoich wojsk.

Wiadukt Warda z oddali
Wiadukt Warda z oddali

Linia kolejowa musiała przeciąć głęboki kanion rzeki zwanej Çakıt Deresi (wówczas Giaour Dere) między wioską Hacıkırı a miastem Karaisalı. Stal i cement przywieziono do Mersin drogą morską, a stamtąd przez Tars aż na plac budowy na wielbłądach. Najpierw wzniesiono wiadukt pomocniczy dla kolejki wąskotorowej, która transportowała materiały. Potem ten wiadukt pomocniczy rozebrano, ale jego filary pozostały aż do dziś.

Wiadukt Varda
Wiadukt Varda

Stan obecny wiaduktu Varda

Wiadukt ma 172 metry długości i 98 wysokości; składa się z 11 przęseł łukowych. Jest też zakrzywiony – promień krzywizny to 1200 metrów. Czyni go to widowiskowym miejscem, zwłaszcza gdy doda się górski krajobraz i fakt, że nie ma tu drugiej tak spektakularnej budowli tego typu. W okolicy znajduje się także cmentarz budowniczych. Można się przy nim zatrzymać i go zobaczyć. Choć podczas budowy wiaduktu zmarł tylko jeden niemiecki inżynier oraz kilku lokalnych robotników, warto jednak pamiętać, że cała budowa linii kolejowej, wraz z tunelami zajęła wiele lat Niemcy wówczas mieli tu obozy ze szkołami, kościołami i całą infrastrukturą małych miasteczek.

Park Narodowy Topaşır
Park Narodowy Topaşır

Park Narodowy Topaşır

Sam park Topaşır jest częściej odwiedzany przez Turków niż zagranicznych turystów. Poza otoczeniem wiaduktu, znajdują się tu normalne drogi z pięknymi widokami. To dość rozległy teren, porośnięty lasem sosnowym. Czasem są punkty, gdzie można się zatrzymać, by podziwiać okolicę. Jest też kilka miejsc przewidzianych na pikniki, z których ochoczo korzystają Turcy. Większość z tych miejsc wygląda podobnie: mały parking, polana, często jakiś strumień i sporo zieleni, czasem dodatkowo knajpka.

Tunel przy wiadukcie Varda
Tunel przy wiadukcie Varda

Historia zamku Gulek

Drugą atrakcją okolicy jest zamek Gulek (Gülek Kalesi, arm. Kuklak). Znajduje się on już w regionie Tarsu, tuż nad przełęczą o nazwie Brama Cylicyjska, ewentualnie Wrota Cylicyjskie lub Przełęcz Cylicyjska (Gülek Boğazı). Krzyżowcy nazywali ją Bramą Judei.  Przełęcz powstała dzięki erozji spowodowanej przez rzekę Gökoluk. Od starożytności miała znaczenie strategiczne, przede wszystkim było to dogodne przejście z Anatolii do Syrii. Wykorzystał je choćby Aleksander Wielki, by przeprawić się z armią, zresztą nie on jeden. W czasach rzymskich, poczynając od Juliusza Cezara, było utrzymywane i poszerzane, i łączyło Syrię z Podandus w Kapadocji. Traktem przechodził między innymi św. Paweł. Dziś przełęcz przecina autostrada, która docelowo ma łączyć okolice Adany z Ankarą.

Zamek Gulek
Zamek Gulek

Znaczenie traktu wykorzystano w czasach ormiańskiego królestwa Cylicji. Wówczas to – w XII – XIII wieku – wzniesiono zamek o nazwie Askaliba, który miał na celu kontrolowanie traktu, a jego pan pobierał za to myto. Prawdopodobnie wcześniej – w czasach bizantyjskich i arabskich – także znajdowała się tu jakaś budowla. Zaś po Ormianach kontrolowali go Egipcjanie i Turcy Ottomańscy. W XIX wieku używał go Ibrahim Pasha. Z tego okresu pochodzą kazamaty. Także obecna, turecka nazwa – Gülek – ma swój armeński rodowód. Istniała tu wieś armeńska – Gogulak.

Ruiny zamku Gulek
Ruiny zamku Gulek

Zamek Gulek obecnie

Zamek nie jest wykorzystywany turystycznie. Wstęp jest darmowy, dojazd słabo oznaczony, jednak będąc już blisko, lepiej trzymać się znaków, niż Google’a, tam te lokalne drogi są źle pooznaczane i GPS prowadził nas przez prywatne posiadłości, które należało ominąć. Wewnątrz zamku są nawet budynki mieszkalne. Prawdę mówiąc z dawnych zabudowań pozostało niewiele. Niemniej jednak jest to całkiem popularne miejsce wśród Turków. Po pierwsze, idealnie nadaje się do odpoczynku, na piknik. Drugą rzeczą są wspaniałe widoki na przełęcz i okolice. Zamek znajduje się na wysokości 1530 m n.p.m., widać sporą przepaść, co czyni to miejsce atrakcyjnym dla fotografów.

Widok na przełęcz Gülek
Widok na przełęcz Gülek

Zamek był długi, rozciągał się na 450 metrów. Dziś ostała się tu brama, resztki murów. Większość terenu jednak jest jednak porośnięta zielenią, widać tez ślady pasących się zwierząt. Najbardziej „atrakcyjnym” fragmentem zamku jest skała, z której widać przełęcz. Widok robi wrażenie, zwłaszcza gdy się umiejętnie skadruje skarpę.

Widok na przełęcz Gülek
Widok na przełęcz Gülek

Jak wspominaliśmy, Park Narodowy Topaşır nie należy do miejsc odwiedzanych przez turystów, nie jest on też przystosowany do typowego zwiedzania. Pomijając wiadukt Varda, przy którym znajdowały się tabliczki, reszta miejsc w parku zachęca raczej do piknikowania.  Od jednej do drugiej atrakcji trzeba było trochę przejechać, bez samochodu ciężko sobie poradzić. Zresztą przejazdy też zajmują wiele czasu, jedzie  się tu często po krętych drogach między górami. Za to jest to okazja zobaczyć i doświadczyć niefolderowy krajobraz Turcji.

Park Narodowy Topaşır
Park Narodowy Topaşır

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Zamek Gulek
Szlak filmowy
Zamek Gulek

U styku filmu i podróży