Archiwum kategorii: Relacja

Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Relacja – podsumowanie

Patrząc jakie u nas jest powszechne wyobrażenie Arabów, Zjednoczone Emiraty i Oman zdecydowanie są „wyjątkiem potwierdzającym regułę”. Brudne, słabo rozwinięte, niewysokie budynki w niebezpiecznym kraju „ciapatych Arabusów” (to cytat z komentarzy na portalach informacyjnych, żeby nie było), gdzie można stracić głowę. Tyle że oba wspomniane kraje nijak nie pasują to stereotypów. Te oczywiście nie biorą się całkowicie z powietrza, a nie zawsze generalizowanie daje właściwe efekty. Z jednym możemy się zgodzić, zwłaszcza Zjednoczone Emiraty to coś naprawdę wyjątkowego, czego próżno szukać w innych miejscach naszej planety. To inny świat, taki, który nie do końca do nas przemawia, ale który dobrze jest zobaczyć i ocenić samodzielnie. A na zakupach naprawdę można stracić głowę (i linię kredytową)

Oman
Oman

Arabskie stereotypy a rzeczywistość

Bardziej niż religia, czy stereotypy, na tych miejscach (zarówno ZEA jak i Oman, choć ten trochę mniej) swoje piętno odcisnęła ropa i olbrzymie pieniądze, przy bardzo szybkim rozwoju. Wystarczy pójść do Muzeum Dubajskiego (lub wioski dziedzictwa w Abu Zabi), by przekonać się jak w latach 50. czy 60. poprzedniego stulecia wyglądały te tereny. Zacofane, biedne, znajdujące się gdzieś na samym końcu świata (to pasuje do stereotypów). Z drugiej strony, warto pamiętać, że w pobliskiej Arabii Saudyjskiej, aż do 1962 roku istniało niewolnictwo. Te dwa aspekty wbrew pozorom są ze sobą bardzo związane i bardzo dobrze ukazują dzisiejsze Emiraty (mniej Oman). Emiraty wyrosły, może nie na niewolnictwie klasycznym, ale bardziej cywilizowanej formie, pracowników głównie z Pakistanu, Indii i wschodniej Azji, którzy tu robią wszystko. Podział między Arabów i ich podwładnych jest bardzo zauważalny, zwłaszcza gdy nadarza się okazja, by zobaczyć relację podwładny i pracodawca.

Yiti, Oman
Yiti, Oman

Stereotypy oczywiście nie biorą się znikąd, ale tu naprawdę są bardzo odległe od rzeczywistości. Emiraty zaś to z pewnością jeden z najdziwniejszych krajów, jakie można zobaczyć. Choćby dlatego, że zwiedza się tu głównie hotele i centra handlowe, w mniejszym stopniu inne rzeczy. Choć normalnie nie bylibyśmy zachwyceni, tu nieraz zbieramy szczęki z podłogi, by chwilę później zastanowić się, cośmy właściwie widzieli. Oman pod tym względem jest normalniejszy. W obu przypadkach to miejsca naprawdę bezpieczne. W Dubaju podobno przestępczość drobna nie istnieje. Chciałoby się takie standardy zaszczepić w krajach Zachodu. Oman zaś to Bliski Wschód jaki znamy i lubimy, więc od razu poczuliśmy się tu jak w domu.

Podróż do Emiratów i Oman zaczęliśmy w Warszawie, lecąc przez Zurych, który obejrzeliśmy sobie nocą i porankiem. Liczyliśmy na śnieg, w końcu to styczeń, ale niestety, nie było. Zupełnie jak u nas. Lecieliśmy Swissem w obie strony.

Wielki Meczet Szejka Zajida w Abu Dhabi
Wielki Meczet Szejka Zajida w Abu Dhabi

Stolica Emiratów

Do Emiratów dotarliśmy w nocy. Dokładniej do Dubaju, ale pomijając nocleg, zostawiliśmy sobie to miasto na sam koniec. Rano wzięliśmy samochód i pojechaliśmy do Abu Zabi (lub Abu Dhabi jak się wygodniej mówi, zwłaszcza po angielsku). Mieliśmy wykupioną wejściówkę do szpitala dla sokołów. Pierwsza z emirackich atrakcji i od razu zaczynamy się zastanawiać, w jakim świecie wylądowaliśmy. Zwłaszcza, gdy jest mowa o sokołach kosztujących po pół miliona złotych.

Abu Dhabi zaskoczyło nas zarówno okolicami hotelu Emirate Palace, jak i przede wszystkim meczetem szejka Zeyda. Wiedzieliśmy, patrząc na zdjęcia, że nam się spodoba. Jest przecudowny, taki bajkowy i wciągający. Spędziliśmy tam więcej czasu niż planowaliśmy.

Pustynia Liwa
Pustynia Liwa

Dzień na pustyni

Kolejny dzień w całości poświęciliśmy na pustynię Liwa. Chcieliśmy znaleźć miejsca, w których kręcono „Przebudzenie Mocy”. Zakładamy, że w pewien sposób do nich dotarliśmy. W każdym razie cały dzień jazdy z wieloma krótkimi przystankami.

Okolice pustyni Liwia (ZEA)
Okolice pustyni Liwia (ZEA)

Wieczorem zajechaliśmy do Al-Ajn. Mieliśmy nocleg blisko targu ze zwierzętami. To ostatnie targowisko, gdzie normalnie sprzedaje się wielbłądy, stąd też nazwa popularna tego miejsca – targ wielbłądów. Obecnie coraz bardziej robi się z tego atrakcja turystyczna, ale nie w godzinach rannych. Wtedy, gdy  wszyscy się dopiero rozkładają, można to spokojnie obejrzeć. Później zaś pojechaliśmy do centrum zobaczyć oazę i forty, a następnie przejazd do Omanu, w kierunku Maskatu.

Al Jahili Fort - Al-Ajn
Al Jahili Fort – Al-Ajn

Wjazd do Omanu

Przekraczanie granicy trudne może jest, to bardziej formalność. Przede wszystkim trzeba to zgłosić w wypożyczalni jeszcze przed przylotem, tak by przygotowali dokumenty, czyli zezwolenia i ubezpieczenia. Normalnie w Emiratach nie potrzebujemy, a przez to często też nie dostajemy, dowodu rejestracyjnego, bo wystarcza kopia. Jak się wjeżdża do Omanu, konieczny jest oryginał. Wjazd do Omanu wiąże się z różnymi kontrolami dokumentów, to trochę trwa., Problemem okazał się Google Maps i GPS na nim bazujący, który nie działa w Omanie.

Wielki Meczet Sułtana Kabusa w Maskacie (Oman)
Wielki Meczet Sułtana Kabusa w Maskacie (Oman)

Tym razem nie było wielu przystanków na trasie, więc popołudnie to już zwiedzanie stolicy Omanu, przede wszystkim muzeum, suk, nadbrzeże i meczet z zewnątrz nocą.

Meczet sułtana można oglądać tylko w określonych porannych godzinach, więc spróbowaliśmy i się udało. Nie jest tak bajkowy jak ten w Abu Zabi, ale też interesujący. No i to nie są sunnici tylko ibadyci (rodzaj charydżyzmu).

Delfin, rejs po Zatoce Omańskiej
Delfin, rejs po Zatoce Omańskiej

Omańskie wybrzeże

Po meczecie mieliśmy raczej dzień przyrodniczy. Pojechaliśmy nad Zatokę Omańską, by spróbować pooglądać delfiny. Rejs przypomina trochę afrykańskie safari, co nam się podobało.

Dalej jechaliśmy wzdłuż wybrzeża do Ras Al Jinz czyli żółwiej plaży, mijając mniejsze atrakcje po drodze. Oprócz Sur było tam kilka mniejszych postojów (jak Yiti).

Żółwica w Ras Al Jinz
Żółwica w Ras Al Jinz

Raz Al Jinz natomiast to jeden z najważniejszych punktów wyjazdu. W sumie może nawet kulminacyjny. Pomimo faktu, że to nie był sezon, w którym żółwie się lęgną, a na dodatek w poprzednich dniach było z żółwiami na plaży ciężko, nam się udało. W dodatku za pierwszym razem (za drugim nie). Mieliśmy dwie wizyty: jedną jak już się ściemniło, tam udało się zobaczyć żółwice składające jaja (na plaży było ich sześć w sumie), a także małego żółwiczka. Poranny spacer skończył się zaś oglądaniem wschodu słońca na plaży. To robi wrażenie.

Wadi Bani Khalid
Wadi Bani Khalid

Powrót na pustynię

Kolejny punkt, znów ciekawy, bardzo się nam podobał. Wadi Bani Khalid, czyli skałki, wąwóz i stosunkowo krótki spacer. Najgorzej było trafić na miejsce, ale ponieważ po Omanie jeździ wiele wycieczek, gdy zobaczyliśmy samochód, w którym przewodnik obwoził turystów, wystarczyło go śledzić.

Namioty w Wahiba Sands
Namioty w Wahiba Sands

Stamtąd kolejny nocleg, tym razem na pustyni. Czyli Wahiba Sands, z możliwością samodzielnego pochodzenia po wydmach. Na to czekaliśmy. Cisza, spokój, nikt nie przeszkadza, a wieczorem można obserwować gwiazdy.

Wielki Kanion Omanu

Kolejny dzień zaczęliśmy od fortu Bahla. Zabytek UNESCO, choć bardzo ciekawe jest, jak on się znalazł i utrzymał na tej liście. Zwłaszcza, że nie spełnia do końca wymogów formalnych. Raczej odnosi się wrażenie, że bogaty Oman potrafi przekonać UNESCO, by to miejsce utrzymać na rzeczonej liście. Choć organizacja ta ma też swoje granice wytrzymałości. Inne miejsce, rezerwat oryksów, który w Omanie został mocno zaniedbany, wykreślono. Tu przynajmniej próbowano coś zrobić.

Dżabal Szams
Dżabal Szams

Bahla to odskocznia do wyprawy na Jabal Shams i do wielkiego kanionu Omanu. To kolejne miejsc w Omanie, gdzie mamy opad szczęki i wrażenie wow. Kanion oglądaliśmy częściowo z dołu, później już z góry. Droga miejscami ciężka, ale do przejechania, za to samochód trzeba były wymyć. W wypożyczalni zabronili nam offroadów. Już dojeżdżając do Wahiba Sands pewnie złamaliśmy tę zasadę. Tu zaś formalnie droga jest, miejscami to sam ubity piach, ale na Googlach jest. Samochód był tak brudny, że pewnie byłaby kara, gdyby go zobaczyli, więc jeszcze w Omanie go wymyliśmy. Szczęśliwie dla nas, nikt się nie zorientował i nie obarczono nas żadną karą.

Kozi targ w Nizwie (Oman)
Kozi targ w Nizwie (Oman)

Omański targ w Nizwie

Pod wieczór wróciliśmy do Nizwy. Przejeżdżaliśmy przez nią wcześniej, ale bez zatrzymywania się. Miasto to jest dość niepozorne, owszem jest fort, jest suk, ale wieczorem byliśmy całością bardzo zawiedzeni. Następnego dnia z samego rana, a był to piątek, pojechaliśmy jeszcze raz na suk. Doskonale wiedzieliśmy, że tego dnia odbywa się tam słynny targ kóz i czego by nie mówić, jest to niesamowite wydarzenie. Bardzo prawdziwe, jeszcze nie turystyczne, no i cały suk żył.

Fort Bahla
Fort Bahla

Powrót do Emiratów

To była nasza ostatnia atrakcja w Omanie. Czas powrócić do Emiratów. Znów czekał nas przejazd przez granicę i na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się ponownie w Al-Ain. Tym razem chcieliśmy zobaczyć jedną atrakcję, mianowicie ogród zoologiczny, który słynnie z rozmnażania oryksa arabskiego, przywracanego naturze. Zresztą to także ośrodek hodowlany innych gatunków, jak oryks szablorogi (występujący np. w Tunezji). Trochę obawialiśmy się tego ośrodka (pamiętamy jak wyglądało np. zoo w Shanghaju), ale tu nas bardzo pozytywnie zaskoczyło.

Dubaj

Na koniec zaś został już tylko Dubaj. Tu bardzo szybko wyleczyliśmy się z jeżdżenia samochodem po mieście: raz szukanie miejsc do parkowania, dwa: ślimaki i ruch, trzy: GPS nie dający rady. Efektywniejsze okazało się metro, transport lokalny, a nawet taksówki. Próbowaliśmy wpierw jeszcze zweryfikować kwestię wyścigów wielbłądów, ale niestety okazało się, że są dokładnie w tym samym czasie, kiedy mamy zarezerwowany (i opłacony) wjazd na Burj Kalifa.

Panorama Dubaju wieczorem
Panorama Dubaju wieczorem

Dubaj zaś to miasto dziwne, tu się zwiedza centra handlowe i hotele. Bogate, w sam raz na to, by zostawić interesujące wspomnienia na koniec. Jedno jest pewne, złoty suk w Maskacie podobał nam się o wiele bardziej, bo był mniej turystyczny, a bardziej nastawiony na sprzedaż lokalną.

Dubaj, Zjednoczone Emiraty Arabskie
Dubaj, Zjednoczone Emiraty Arabskie

Po Dubaju zaś nadszedł czas, by wracać do domu. Czekała nas jeszcze jedna nerwówka, czyli lotnisko. W Emiratach jest mnóstwo fotoradarów i ograniczeń, a taryfikator zaczyna się od 600 AED (czyli ok. 600 PLN). Choć staraliśmy się jechać zgodnie ze znakami, nigdy nie wiadomo, czy czegoś nie pominęliśmy. Tu było trochę emocji, jeden mandat… ale okazało się, że z został po poprzednim wypożyczającym ten samochód. Więc z lekkim sercem i ciężkim bagażem zostało czekać na samolot do domu.

Dodatkowe wpisy: O podróżowaniu po obu krajach. Informacje praktyczne o ZEA. Informacje praktyczne o Omanie.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Podsumowanie
Szlak emiracki
Podsumowanie

Japonia & Korea: Relacja – podsumowanie

Czy jest lepszy moment na podróż do Japonii niż okres kwitnienia wiśni? Pewnie tak, bo Japonia przez cały rok oferuje różne atrakcje, ale to właśnie hanami upatrzyliśmy sobie na nasz japoński debiut.

Przygotowania i wybór lotu do Japonii

Chcieliśmy polecieć do Japonii wspierając naszego narodowego przewoźnika. Niestety od przebudowy strony internetowej, LOT nie oferuje na niej możliwości wyboru lotu do jednego miejsca i powrotu do drugiego, choć można to zrobić telefonicznie. Tu mała uwaga praktyczna: zamiast dzwonić wprost na linię telefoniczną, lepiej zadzwonić do okienka na swoim lotnisku, tam zrobią coś takiego chętnie (bo poprawiają sobie wyniki sprzedaży, a poza tym się często nudzą). Dobra, pozostało więc czekać na promocję i dzwonimy. Okazało się, że promocje LOTu nie przewidują łączenia kierunków – więc nagle cena połączenia WRO – WAW – NRT i z powrotem z Seulu niesłychanie wzrosła i przestała być atrakcyjna. Pozostało poszukać alternatywy, padło na Air China z przesiadką w Pekinie, ale niestety zbyt krótką, by po latach odwiedzić to miasto. No i wylot z Warszawy, ale to już mamy przećwiczone.

Shinkansen w Tokio
Shinkansen w Tokio

Potem zaczął się okres intensywnego planowania. Ponieważ wybieraliśmy się w dużej mierze na kwitnienie wiśni w pierwszej połowie kwietnia, więc weryfikowaliśmy pogodę i prognozy. W lutym wyglądało na to, że załapiemy się raczej na kwitnie w Kioto, bo wszystko było późno w tym roku. Ale marzec zmienił wszystko (a już za późno, by pewne ustalenia przekładać) i wylądowaliśmy w Tokio w momencie, gdy wiśnie przekwitły. Szczęśliwie był plan B, polegający także na tym, że mamy do dyspozycji Japan Rail Pass (którego działanie trzeba było zrozumieć) i możemy sobie odbić na północ, byleby te sakury zobaczyć. Wyszło nawet jeszcze wygodniej, ale o tym poniżej.

Skrzyżowanie Shibuya w Tokio
Skrzyżowanie Shibuya w Tokio

Zielona Japonia, czyli pierwsze wrażenie

Na początek wylądowaliśmy w Tokio i to nasz pierwszy kontakt z kulturą i japońskim stylem życia. Tokio zaskakuje, spodziewaliśmy się bardziej futurystycznej metropolii (bliższej Szanghajowi (wtedy jeszcze nie widzieliśmy Seulu)), ścigającej się z Dubajem. Ale na miejscu okazało się, że owszem są kolorowe, pstrokato oświetlone zaułki, lecz wszystko jest ogólnie poukładane, dużo zieleni i ciszy. To nie jest Japonia z wyobrażeń, tym ciekawiej będzie się ją poznawało. Zieleń w takiej ilości to coś, co nas najbardziej zaskoczyło.

Prawda jest taka, że Japonia nie jest tak silnie zurbanizowanym krajem, jak to sobie wyobrażaliśmy. Określenie „kraj kwitnącej wiśni” nie jest przesadą: około 60% całego kraju pokrywają lasy! Dla porównania Polska, jeden z najbardziej zalesionych krajów Europy, w 29% jest zajęta przez lasy. Spora różnica. Doliczając miejską zieleń: parki, skwery, wszelkie zieleńce, żywopłoty i zielone tarasy, mamy ogromną ilość zieleni. To naprawdę rzuca się w oczy. Przy tym jest to zieleń bardzo zadbana, można powiedzieć – zaprojektowana. Nie jest pozostawiona sama sobie, ale schludnie przystrzyżona, zebrana w ładne kompozycje.
W tych oazach schronie znajdują liczne gatunki ptaków, jaszczurki i żółwie.

Tokio
Tokio

Natomiast wracając do wyobrażenia Japonii jako kraju high-tech: w Tokio niewiele jest nowoczesnych drapaczy chmur, robotów i całej tej reszty. Duża część miasta powstała w stylu lat 70. i 80. To widać. Ale brak tego bijącego po oczach na każdym kroku futuryzmu wcale nie świadczy o „zacofaniu”. Kraj kwitnącej wiśni jest bardzo dobrze przemyślany i zrównoważony. To robi naprawdę wspaniałe wrażenie. Zaś neony i cała ta reszta też są, acz niekoniecznie na każdym kroku.

Zaczynając od Tokio

W Tokio oczywiście obejrzeliśmy kilka słynnych miejsc z listy do odhaczenia (jak targ rybny), trochę mniej znanych czy przypadkowych, ale też zwiedziliśmy muzeum narodowe. To zawsze daje ciekawy pogląd na historię i kulturę danego kraju. A jak jeszcze uda się to zrobić na początku wyprawy, tym lepiej. W stolicy zaś szczególnie podobała się nam Sensō-ji nocą, czy neony na Chuo Dori, no i park Ueno oraz oczywiście pomnik Godzilli.

Nikko
Nikko

Po Tokio przyszedł czas na aktywację Rail Passa (formalności załatwiliśmy po przylocie na lotnisku). Pierwszy wypad dość krótki, do Nikko. Klimatyczne świątynie w lesie cedrowym. Jedziemy też zobaczyć słynny wodospad. W tym momencie już wiemy, czego się spodziewać po Japonii i bardzo, ale to bardzo się nam podoba. Z Nikko nie wracamy do Tokio, nocujemy w miejscowości Ustonomiya, słynącej z pierożków.

Lis w Zao Fox Village
Lis w Zao Fox Village

Lisy, wiśnie i małpy

Kolejny etap podróży to Zao Fox Village, czyli lisia wioska. Dotarcie do niej jest o tyle problematyczne, że potrzebujemy taksówki na ostatnim fragmencie odcinku podróży, ale wygląda to znakomicie. Oddalona atrakcja, niezbyt często odwiedzana, ale taka japońska. Puchate liski to coś, co ewidentnie tu lubią, zwłaszcza, że zwierzęta te mają swoje miejsce w symbolice i religii szinto. Z tej perspektywy to miejsce nabiera dodatkowego znaczenia.

Wiśnie Sakura
Wiśnie Sakura

Z wioski lisów wracamy na południe, ale z „awaryjnym” przystankiem w Fukushimie. Miasto to nie jest strefa zamknięta jak Prypeć, niesławna elektrownia znajduje się w prefekturze dość daleko stąd. Tu zaś lądujemy w jednym konkretnym celu: zobaczyć kwitnienie wiśni. Jest tu specjalny ogród, autobusy kursują z dworca i możemy spokojnie zająć się podziwianiem kwiatów.

Makaki japońskie w Jigokudani
Makaki japońskie w Jigokudani

Nasz następny cel to Yunadaka i śnieżne małpy, czyli makaki japońskie. Atrakcja częściej odwiedzana niż liski, ale też raczej nie należąca do „obowiązkowych”. Choć nie dla nas. Małpy udało się zobaczyć i tym samym te najważniejsze, najdziwniejsze elementy naszego wyjazdu mamy już zobaczone. A wciąż to przecież początek. Jeszcze w Yunadace udało się „zaliczyć” ryokan z osenem, więc w ogóle idzie bardzo dobrze.

Wielki Budda w Kamakurze
Wielki Budda w Kamakurze

Wielki Budda, jelenie i Góra Fudżi

Po małpach wyruszyliśmy do Kamakury, głównie by zobaczyć Wielkiego Buddę. To nas tam przyciągnęło, ale było warto odwiedzić też inne świątynie, a także przespacerować się po plaży. Tu już skracamy sobie drogę przed najdłuższym kawałkiem do przejechania. Wiele osób przyjeżdża do Kamakury tylko dla Buddy, na bardzo krótko, więc wieczorami miasto się wręcz wyludnia, jeśli chodzi o turystów.

Fudżi, jezioro Ashi i Hakone
Fudżi, jezioro Ashi i Hakone

Z Kamakury jedziemy do Kioto, ale mamy dwa przystanki po drodze. Pierwszy planowany i istotny to Park Narodowy Hakone. Główny cel: zobaczenie góry Fudżi. Widoczność świetna, więc główny cel zdobyty. Zaś poboczny to niestety pierwsza rzecz, która się nam nie udała. Chodzi o możliwość obejrzenia zbocza wulkanu z gejzerami, gorącymi źródłami i ugotowania tam sobie samodzielnie jajek. Mają one wtedy taką fajną czarną skorupkę. Stężenie gazów było zbyt duże, więc ta atrakcja była zamknięta. Ale świeże czarne jajka zjedzone. Pod wieczór dotarliśmy do Nagoji, ale tam tylko nocleg techniczny. Trochę bolejemy nad tym, ale co poradzić, nie wszystko się da pogodzić.

Nara, Pawilon Wielkiego Buddy
Nara, Pawilon Wielkiego Buddy

Z rana przejazd do Kioto, zrzucenie bagaży i przejazd do Nary. Tu mamy kolejne zwierzątka, czyli jelenie sika, no i znów piękne świątynie. W Kioto zaś spędzamy następne dni, najpierw jest to nasza baza wypadowa, tak więc Kioto wieczorami i nocą dość dobrze zwiedziliśmy. Potem zaś, gdy kończy się Rail Pass, zostajemy jeszcze na trochę w tym mieście.

Hiroszima, Kopuła Bomby Atomowej
Hiroszima, Kopuła Bomby Atomowej

Zamek Himeji i Hiroszima

Następny wypad z Kioto to Hiroszima i Miyajima. Ta druga nas zachwyciła, pomimo nienajlepszej pogody. Chciałoby się zostać dłużej. No i znów mamy do czynienia z jeleniami sika. Te jednak są bardziej napastliwe. Pobodły, pokopały i jeszcze próbowały kraść. Zaś Hiroszima, cóż… Istotny punkt do zobaczenia ze względu na historię. Ale miasto dobrze ukazuje, z jakich gruzów to odbudowano i ile Japonia od tego czasu przeszła.

Himeji, Zamek Białej Czapli
Himeji, Zamek Białej Czapli

Kolejny dzień to krótszy wyjazd z Kioto, taki trochę na nieco ponad pół dnia. Himeji i słynny zamek pojawiający się czy to w Bondzie czy w filmach Kurosawy. Natomiast w Himeji mieliśmy jedno z największych zaskoczeń w Japonii. Przywykliśmy już, że świątynie są miejscem do zwiedzania, centrum komercyjnym, raczej pozbawionym duchowości. Owszem, widzieliśmy już też wiernych między turystami, ale raczej byli dodatkiem. Więc wybierając się do świątyni na górze Sosha, raczej liczyliśmy na to, że będziemy szukać kolejnego filmowego miejsca („Ostatni samuraj”). To znaleźliśmy, ale okazało się, że to jest miejsce pielgrzymkowe i faktycznie przybywają tu buddyjscy pątnicy. Skupienie, śpiewy, modlitwy, to robi naprawdę duże wrażenie, bo nagle te świątynie przestają być tylko interesującym zabytkiem.

Złoty Pawilon w Kioto
Złoty Pawilon w Kioto

Kioto – Osaka

Dalej zostaje nam jeszcze kilka noclegów w Kioto. Tu znów raczej standard: od świątyni do świątyni. Złoty Pawilon, Srebrny Pawilon, trochę po okolicy. Ładnie. Trzeba się tylko liczyć z tłumami turystów, zwłaszcza w okolicy Złotego Pawilonu. Kioto jest fascynujące i pewnie do zobaczenia kolejnych świątyń przydałoby nam się jeszcze co najmniej dwa dni. Ale czas ruszać dalej.

Zamek w Osace
Zamek w Osace

Japonię kontynentalną kończymy w Osace. Nowoczesne, biznesowe miasto, takie spokojne pożegnanie. Jest kolejny zamek, choć już bardziej muzeum, nie robi takiego wrażenia jak Himeji. Dalej lecimy na Okinawę.

Rekin wielorybi, Churaumi Aquarium, Okinawa
Rekin wielorybi, Churaumi Aquarium, Okinawa

Okinawa

Na Okinawie nie wzięliśmy samochodu i to był największy błąd, jaki można zrobić. Jeśli przyjeżdża się tu na dłużej, by trochę pobyczyć się w ośrodkach i czasem coś zobaczyć, to nie ma takiej potrzeby. Na kilka dni i przy chęci zobaczenia czegoś poza hotelową plażą to konieczność. Niestety doszliśmy do tego wniosku już w trasie. W każdym razie pierwsza rzecz to ostatnia wielka japońska atrakcja – czyli Churaumi Aquarium z rekinami wielorybimi. Warto się było tu tłuc.

Naha - pałac królewski Riukiu
Naha – pałac królewski Riukiu

Ostatnie miejsce w Japonii to Naha, stolica Okinawy i tam głównie zajmujemy się zabytkami po Królestwie Riukiu, w tym zamkiem, który zdążył już spłonąć. To takie małe Niderlandy Azji, wcielone do Japonii. Wyspa ta to także jeden wielki grobowiec, pełny memoriałów po amerykańskiej inwazji na Okinawę.

Król Sejong, pomnik w Seulu (Korea Południowa)
Król Sejong, pomnik w Seulu (Korea Południowa)

Przystanek w Korei

Z Okinawy polecieliśmy do Seulu, bardziej by liznąć Korei. Bazą wypadową jest Seul, ale mieliśmy wycieczkę na jedną istotną atrakcję – DMZ, czyli strefa zdemilitaryzowana. Póki jeszcze działa tak naprawdę, to jest dość niecodzienne miejsce, choć pełne turystów. Tu trochę plany pokrzyżował nam Kim. Nie dało się zobaczyć JSA, bo szykowano się do rozmów pokojowych. Może to i dobrze i w końcu takie miejsca jak DMZ będzie można zlikwidować (lub przerobić w pełni na atrakcję turystyczną).

Pałac Gyeongbokgung
Pałac Gyeongbokgung

Seul zaś – tu koncentrujemy się na centrum z pięcioma pałacami, świątyniami, pozostałościami murów. Wiemy jedno: do Korei kiedyś będziemy chcieli wrócić, by zobaczyć obrzeża Seulu i pojechać gdzieś dalej.

DMZ, Korea
DMZ, Korea

Prawdę mówiąc Korea chyba w wielu miejscach bardziej przypominała nasze wyobrażenia o Japonii niż sam kraj kwitnącej wiśni. W każdym razie obie kultury są fascynujące. Zaś sam wyjazd tym samym okazał się być nie tylko udany, ale i kształcący.

Przydatne linki:

Korea – informacje praktyczne

Japonia – informacje praktyczne

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Podsumowanie
Szlak koreański
Podsumowanie

Nowa Zelandia & Samoa, relacja – podsumowanie

Nowa Zelandia od lat była wśród najbardziej pożądanych przez nas lokacji. Ale to miejsce bardzo od Polski, antypody w  dosłownym tego słowa znaczeniu. Minęło wiele czasu, zanim udało się nam zrealizować te marzenia. W każdym razie wiedzieliśmy jedno od samego początku: to kraj, do którego jedzie się dla przyrody. Miasta odpuszczaliśmy na tyle, na ile to możliwe. Owszem, pewne rzeczy chcieliśmy tam zobaczyć (zoo w Auckland, Weta Cave w Wellington), ale częściej zatrzymywaliśmy się tam z powodów logistycznych.

Krajobraz Wyspy Południowej (Nowa Zelandia)
Krajobraz Wyspy Południowej (Nowa Zelandia)

Wyprawa do Nowej Zelandii, decyzja, bilety i przygotowanie

Zdecydowaliśmy się na lot Qatar Airlines, czekaliśmy na promocję i kupiliśmy bilety. Ponieważ szykowaliśmy się na przelot przez parę lat, to całkiem nieźle udało nam się tę promocję wyczaić (po Nowym Roku). Qatar ma jedną podstawową zaletę: z Warszawy leci się tam tylko z jedną przesiadką. Potem leci się jakieś 17 godzin, ale sumarycznie czas lotu jest  mniejszy, niż u konkurentów. Jedyny problem był taki, że jakiś czas po zakupie biletów zaczął się kryzys na linii Katar – Arabia Saudyjska, ale jak się okazało, było wiele hałasu o nic. Ot minęliśmy teren Zjednoczonych Emiratów, przelecieliśmy trochę nad Iranem i od Omanu już normalnie.

Nowa Zelandia
Nowa Zelandia

Warto wiedzieć, że Nowa Zelandia jest najbardziej oddalonym od Polski państwem, a dokładne antypody Polski są dość niedaleko. Można sobie sprawdzić tutaj: http://www.antipodr.com/. Rzeczywiście, wszystko jest tu na odwrót: pora dnia, pora roku, ruch uliczny. Jazda samochodem wymaga wpojenia kilku zasad, potem jest z górki.

Auckland z samolotu
Auckland z samolotu

Lądowanie w Auckland i daleka północ

Wylądowaliśmy w Auckland. Wylecieliśmy w sobotę, przylecieliśmy w poniedziałek. Szczęśliwie jak się odejmie te 12 godzin różnicy, to już podróż nie wygląda na tak długą. Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy zwiedzać Nową Zelandię. Samo Auckland zdecydowaliśmy zostawić sobie na koniec, z jednym małym wyjątkiem. Ogród zoologiczny to pierwsze miejsce, które zwiedzaliśmy w kraju Kiwi. Właśnie ze względu na kiwi, ale też hatterię.

Droga między namorzynami w Paihia
Droga między namorzynami w Paihia

Następnym przystankiem była Paihia, póki co na nocleg i solidne wyspanie się. Rankiem zaczynamy już właściwe zwiedzanie. Wpierw od lasów namorzynowych, a potem jedziemy do najdalej wysuniętego na północ fragmentu kraju, czyli przylądka Reigna. Śpimy w Whanagarei. Faktycznie, przyroda nam się już bardzo podoba, a miasta… są takie, jakie miały być. Szkoda się nimi zajmować.

Przylądek Reinga
Przylądek Reinga

Kolejnego dnia mamy dość sporą trasę do przejechania. Znowu. Wpierw na Cathedral Cove, miejsca gdzie kręcono „Opowieści z Narnii”. Faktycznie wygląda to tak jak powinno, czyli narnijsko. Może pogoda nie dopisała tak bardzo jakbyśmy chcieli, ale klimat jest.

Cathedral Cove, czyli Narnia
Cathedral Cove, czyli Narnia

Rotorua i geotermanle atrakcje

Stamtąd ruszyliśmy do kolejnego miejsca noclegowego, tym razem już nie tak przypadkowego. Rotorua. Byliśmy jeszcze przed szczytem sezonu, więc liczyliśmy, iż załapiemy się na wieczór maoryski. Niestety, trzeba zamawiać kilka dni naprzód. Więc popołudnie i wieczór spędziliśmy w parku i nad jeziorem.

Rotorua: Kuirau Park
Rotorua: Kuirau Park

Kolejny dzień to  zwiedzanie okolic Rotoruy. Naprawdę mocny dzień, pełen wrażeń. Wpierw park termalny Wai-o-Tapu, coś cudownego. Później okoliczna Volcanic Valley. Potem Te Puia z gejzerem, kiwi w nocnym pawilonie akurat się schowało. Zobaczyliśmy maoryską hakę. Dalej park z sekwojami. Widzieliśmy je w Stanach, tu dopiero rosną, ale zwiedzanie między drzewami zdecydowanie ciekawsze, dzięki specjalnie zbudowanym kładkom. Ogólnie zaś cała okolica jest naprawdę ciekawa i piękna. Jedno z bardziej zjawiskowych miejsc w Nowej Zelandii, konieczny punkt do zobaczenia.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Hobbiton i świecące robaki

Musieliśmy wrócić na chwilę do Auckland, by odebrać z lotniska ostatniego członka naszej wyprawy. Przez to trzeba było trochę inaczej ułożyć plan, tak by każdy zobaczył najbardziej interesujące go punkty. Wieczorem wylądowaliśmy w Hamilton, znów tylko na nocleg techniczny. Nawet nie próbujemy zwiedzać tych miejscowości.

Jaskinie Ruakiri
Jaskinie Ruakiri

Z samego ranka wyruszyliśmy do kolejnej interesującej atrakcji, czyli jaskiń ze świecącymi robakami. Wzięliśmy pakiet combo. Zaczęliśmy od Ruakuri, co było bardzo dobrym wyborem, bo pozwoliło nam lepiej zapoznać się ze zjawiskiem, a także dokładnie przyjrzeć samej jaskini. Potem druga, czyli słynna Waitomo. Bardzo turystyczna, ale te kilka minut podwodnego rejsu jest warte, by tu przyjechać.

Hobbiton
Hobbiton

Kolejny przystanek to pierwsza władcowa atrakcja Nowej Zelandii. Plan filmowy Hobbiton. Przyjechaliśmy do Shire’s i to miejsce nas oczarowało. Jest dokładnie takie, jakie miało być, niczego więcej nie potrzeba.

Park Narodowy Tongariro
Park Narodowy Tongariro

Południowa część wyspy północnej

Wieczorem lądujemy już w Taupo. Plan na następny dzień był taki, by zobaczyć jezioro i przejść przez Tongariro Apline Crossing. Wymagający i ciężki plan, ale nie takie rzeczy się robiło. Oczywiście przy sprzyjającej pogodzie. Gandalfa pokonał Caradhras, myśmy mieli podobnie. Silny, porywisty wiatr, chłód, mgły, śnieg… Odwołano busy łączące wejścia. Na jeziorze też niewiele pływało. Zostało nam przejść kawałek Tongariro. Niestety parkingi są tylko na cztery godziny, więc mogliśmy liznąć. Wyjście na grań, choć kończy się powodzeniem, to wszystko na co możemy sobie pozwolić. Zbyt wiało, a dodatkowo jeszcze padało i dalej już była za słaba widoczność. Szczęśliwie w Tongariro jest nie tylko Apline Crossing. Skorzystaliśmy więc z mniejszych tras. Też jest fajnie, ale niestety nie o to chodziło. Następnego dnia pogoda także nie była wiele lepsza. W każdym razie to chyba najważniejsza niezrealizowana część wyjazdu. Niestety czasem trzeba się liczyć z takimi sytuacjami.

Kaitoke Regional Park
Kaitoke Regional Park

Dalej ruszyliśmy w kierunku Wellington, zatrzymując się po drodze przy kolejnym władcowym miejscu. Rivendell albo raczej Kaitoke Regional Park.

Napis Wellington
Napis Wellington

Później zaś stolica Nowej Zelandii, Wellington. Miasto nie robi na nas zbytnio wrażenia, ale… jest jedna super atrakcja. Weta Cave. Kupili nas tym, co zobaczyliśmy. Potem włóczenie się trochę po mieście i rano żegnamy się z Wyspą Północną. Na prom i do Picton. Zwłaszcza w drugiej części rejsu to było pierwsze spotkanie z nowozelandzkimi fiordami, takimi dość charakterystycznymi. Oczywiście to nie Fiordland, ale przedsmak jest.

Park Narodowy Abel Tasman
Park Narodowy Abel Tasman

Wyspa południowa

Po promie odbieramy samochód i jedziemy do Parku Narodowego Abel Tasman. Przy nim także nocujemy. Lasy, piękne wybrzeże, wiele ptaków i trochę meszek.

Wejście na plażę w Hokitika
Wejście na plażę w Hokitika
Most nad wąwozem Buller
Most nad wąwozem Buller

Kolejny dzień to spokojny przejazd do Hokitiki. Spokojny, bo z wieloma przystankami. To dość typowe dla Nowej Zelandii, że jest tu wiele miejsc, gdzie można spokojnie zatrzymać się na godzinę, przejść w tym czasie cały dostępny szlak i pojechać dalej. Tym samym odwiedzamy wąwóz Buller z najdłuższym wiszącym mostem, kolonię fok, Skały Naleśnikowe oraz wąwóz Hokitika. Wieczorem lądujemy w tej miejscowości, obserwując zachód słońca nad Morzem Tasmana.

Kotik nowozelandzki niedaleko przylądka Foulwind
Kotik nowozelandzki niedaleko przylądka Foulwind
Punakaiki, czyli Skały Naleśnikowe
Punakaiki, czyli Skały Naleśnikowe

Kolejny dzień przeznaczamy na lodowce, a raczej na podejście do nich. Wejście na nie jest ciężkie do zorganizowania samodzielnego, lepiej wlecieć. Wpierw Franz Josef, a potem Fox. Dalej jedziemy do malowniczego Queenstown, gdzie spędzamy późne popołudnie i wieczór. Jak na miasto w kraju Kiwi robi bardzo pozytywne wrażenie.

Lodowiec Franz Josef
Lodowiec Franz Josef
Queenstown - obóz Faramira w Ithilien
Queenstown – obóz Faramira w Ithilien

Fiordland

Wyjeżdżając z Queenstown zaliczamy kolejne lokacje władcowe. Tak jak to ma miejsce w Nowej Zelandii: przyjechać, pospacerować  trochę, zrobić parę fotek i jechać dalej, a naszym kolejnym celem jest Zatoka Milforda. Ją tylko oglądamy. Rejs mamy kolejnego dnia w Doubtful Sound (niezmiernie bawi nas ta nazwa). W ten sposób spędzamy prawie dwa całe dni w Fiordland, nocujemy w Te Anau. Jest tam wiele do zobaczenia i chciałoby się zostać dłużej. Takim ukoronowaniem właśnie jest rejs przez Doubtful Sound, piękny, klimatyczny i trochę zabawny. W środku jacht został porównany z „Endeavourem” Cooka. Najbardziej rozbawiła nas kwestia gry słownej ze słowem canon. „Endeavour” miał sześć armat, a teraz uzbrojenie to wiele Canonów, Nikonów, Olympusów, Panasoniców i innych aparatów. O smartfonach nie wspominano.

Fiordland - Doubtful Sound
Fiordland – Doubtful Sound
Most przy jeziorze Tekapo
Most przy jeziorze Tekapo

Wschodnia cześć wyspy

Po Fiordland czas na trochę dłuższy kawałek do przejechania. Mniej więcej w okolice jeziora Tekapo. Śpimy w miejscowości Fairly, ale krótko. Z samego rana jedziemy na lotnisko, wsiadamy do awionetki i lecimy na lodowiec Tasmana. Tam krótki spacer, a potem helikopterem przelot wokół góry Cooka. Nie zrobiliśmy tego przy Foxie i Franciszku Józefie, tylko tutaj. Bardzo dobra decyzja. Niesamowite przeżycie i jeszcze piękniejsze widoki.

Lot wokół góry Cooka
Lot wokół góry Cooka
Kura Tawhiti Conservation Area (widok z Flock Hill)
Kura Tawhiti Conservation Area (widok z Flock Hill)

Niestety wszystko co dobre, musi się kończyć. To była już ostatnia duża atrakcja Nowej Zelandii. Właściwie zostają nam tylko Castle Hill i Flock Hill jako przystanki po drodze do Christchurch. Skalne miasta bardzo nam się podobają, to drugie „grało” w Narnii. Mamy więc taką filmową klamrę. Pierwsza i ostatnia lokacja w Nowej Zelandii to Narnia.

Christchurch
Christchurch

Potem Christchurch. Nie planowaliśmy wiele czasu na to miasto. Jak się okazało, i tak za dużo. Trudno znaleźć drugą tak paskudną dziurę. Trochę broniąc tego miejsca, nie wszystko to wina braku stylu, sporo dodało trzęsienie ziemi, ale efekt jest bombowy… Trochę jakby Hiroszimę próbowali zrobić, no ale Prypeć wygląda na zdjęciach bardziej interesująco.

Apia, Samoa - port
Apia, Samoa – port

Na Samoa

Na szczęście rano lecimy dalej, do Auckland, gdzie musimy przejść między terminalem krajowym i międzynarodowym. Dopiero za jakiś czas będą połączone. My zaś lecimy dalej do Samoa, by tam sobie odpocząć przez ostatnie kilka dni.

Pokazy ludowe na Samoa
Pokazy ludowe na Samoa

Wieczorem docieramy do Apii, właściwie już tylko nocujemy. Zaczynamy zwiedzać z samego rana. Stolica sama w sobie nie ma za wiele do zaoferowania, więc wynajmujemy samochód. To jest piękne: „kupujemy” prawo jazdy (bo trudno to inaczej nazwać) i jeździmy. Po Upolu właściwie czasu nam wystarcza, choć pewnie by się chciało więcej. Po Savai’i brakuje, niestety także dlatego, że jesteśmy ograniczeni godzinami kursowania promów. Jest poza sezonem, więc na całej wyspie prawie nie ma innych turystów (w Apii na Upolu ich widać).

Upolu, Samoa
Upolu, Samoa

Samoa bardzo nam się podoba. Jest takie inne niż Nowa Zelandia. Był to taki trochę strzał w ciemno. Wiedzieliśmy bowiem, że chcemy liznąć coś z Polinezji. Wyspy Cooka odpadły, były zbyt nowozelandzkie, choć łatwo tam dotrzeć. Do wyboru zostało właśnie Fidżi i Samoa i padło na to drugie, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni.

Kościół zalany lawą na Savai'i
Kościół zalany lawą na Savai’i

Na koniec wracamy do Auckland. Czyli kolejna klamra, ale tym razem oglądamy miasto. Cóż, to nie ta Nowa Zelandia, o której marzyliśmy, ale chłoniemy, póki jeszcze możemy.

Powrót do domu

Później lot Qatarem i mały wypad do Dohy. Nocą, za pomocą taksówki. I tak to oświetlenie robi spore wrażenie, jak całe centrum biznesowe. Fajnie byłoby tu jeszcze kiedyś zajrzeć za dnia. Jak to mówią „wieżowce w Auckland zaorane”.

Nowa Zelandia bardzo nam się podobała, ale ma jeden straszny minus. Czas płynie tam bardzo szybko. Te wszystkie piękne widoki są w jakiś sposób znane, więc choć cieszą oko, nie oddziałują poznawczo tak jak na przyład. Samoa. Więc okazuje się, że po 2,5 tygodnia w Nowej Zelandii i kilku dniach na Samoa ma się wrażenie, że to mniej więcej było po połowie.

Pomijając jednak tę kwestię, oraz miasta w Nowej Zelandii, ten kraj przyrodniczo jest fenomenalny i robi olbrzymie wrażenie. Cóż, zostało Tongariro do powtórzenia, więc kto wie, może za parę lat będzie trzeba zrobić dogrywkę.

Więcej o Samoa i o Nowej Zelandii.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Podsumowanie
Szlak samoański
Podsumowanie

Sprintem przez Kaukaz, czyli podsumowanie Gruzji i Azerbejdżanu

Właściwie to chcieliśmy nazwać tę relację Wyprawą Lodu i Ognia, ale choć udało się oba zjawiska zobaczyć, to jednak „sprint” przez Kaukaz oddaje dużo lepiej charakter tego wyjazdu. Pomysł na Gruzję chodził nam po głowach od kilku lat, ale jakoś zawsze była tym planem awaryjnym, a nie głównym. Jakby coś nie wyszło, to lecimy do Gruzji, świetnie, i tak odkładaliśmy to z roku na rok. Z różnych względów w końcu na nią padło, co wymagało przyśpieszenia planowania, zwłaszcza, że mieliśmy wyznaczone z góry ramy czasowe. Gdy jednak przechodzi się od szczegółów do ogółów, okazuje się, że ilość dni jest ledwo wystarczająca, zwłaszcza, że poza Gruzją chcieliśmy jeszcze zobaczyć coś więcej. Przez pewien czas myśleliśmy o Armenii i Azerbejdżanie, ale tę pierwszą skreśliliśmy bardzo szybko, głównie z powodu ograniczeń czasowych. Ten drugi kraj wygrał, ze względu na ciekawsze zjawiska do zobaczenia. Armenia kiedyś dostanie swoją szansę.

Krowy na drodze (Gruzja)
Krowy na drodze (Gruzja)

Planowanie i pierwsze kłopoty

No nic, plan się ułożył, 7 dni na Gruzję, 2 na Azerbejdżan i powinno być ok. W Azerbejdżanie najbardziej zależało nam na Baku i okolicach, czyli błotnych wulkanach, płonących skałach i petroglifach oraz zaratrusztiańskiej Świątyni Ognia. Jakoś wszystko udało się zgrać, oczywiście obopólnie uzgadniając, że miejscami będziemy musieli gnać. Upewniliśmy się z razem ze znajomymi, że wiemy na co się porywamy, zaś w piątek wieczorem byliśmy gotowi do odlotu i przygody, gdy zaczęły się pierwsze problemy… LOT z Warszawy do Tbilisi został odwołany, więc trzeba było go przebookować na kolejny dzień, czyli już na wstępie plan zaczyna się sypać.

Klasztor Cminda Sameba
Klasztor Cminda Sameba

Jednak i tak mamy więcej przysłowiowego szczęścia, niż rozumu, bo gdy pani z LOTu proponuje nam prawie całodzienny odpoczynek na Okęciu (bo ponoć pewny, że dolecimy), trochę kręcimy głowami. Lepiej już ten czas przesiedzieć w domu. Trzy późniejsze loty z Wrocławia do Warszawy w sobotę zostały potem odwołane lub opóźnione, co właściwie skutkowałoby wycięciem kolejnego dnia, jednak marudząc przy okienku lotu, udało się w piątek załatwić lot na sobotę przez Monachium. Tym razem żadnych dodatkowych opóźnień nie było. Musieliśmy tylko zrewidować plany i pędzić jeszcze bardziej, pomijając kilka rzeczy po drodze (niestety).

Po przylocie ogarnęliśmy samochód i szybko spać, bo czasu mało, zaległości już są, a wszystkiego i tak nadrobić się nie da.

Mccheta, Sobór katedralny Sweti Cchoweli
Mccheta, Sobór katedralny Sweti Cchoweli

Z Gruzją za pan brat

Zaczęliśmy od Mcchety z samego rana. Niestety nie całej. Pominęliśmy świadomie cerkiew Dżawari, licząc, że do niej jeszcze wrócimy w drodze powrotnej. Mccheta zrobiła na nas bardzo przyjemne wrażenie, taki niezobowiązujący początek. Dalej było już mocniej, kierunek na Kazbegi Gruzińską Drogą Wojenną. To jest dokładnie to, co chcieliśmy oglądać. Przepiękne widoki, z trzema głównymi przystankami (Ananuri, wapienne wodospady i jeszcze punkt widokowy), kilkoma mniejszymi, oczywiście podzielonymi tak, by nie za późno dotrzeć do Kazbegi. Tam zaś już mieliśmy pierwsze podejście pod górę, czyli wdrapanie się do klasztoru Cminda Sameba.

I tu faktycznie brakowało nam jednego dnia na porządny odpoczynek i aklimatyzację. Droga niezbyt długa, ale dała się nam we znaki, acz jak najbardziej satysfakcjonująca. Przepiękne widoki, szkoda, że sam Kazbeg był raczej za chmurami, ale nawet to nie odbiera nam radości jaką czerpiemy z oglądania tych cudownych miejsc własnymi oczami. Po drodze zaś pewni Gruzini proponowali nam nawet czaczę na spróbowanie (czyli tutejszą wódkę/bimber). Odmówiliśmy, biorąc pod uwagę zmęczenie, to ciężko byłoby nam dalej kontynuować potem podróż. Z klasztoru zaś wróciliśmy do wioski i tam w końcu spróbowaliśmy prawdziwego gruzińskiego jedzenia. Już wiemy, że to będzie wspaniały wyjazd.

Gruzińska droga wojenna
Gruzińska droga wojenna

Oryginalny plan był taki, by dotrzeć do Gori przed zachodem słońca, z powodu opóźnień dotarliśmy tam późno w nocy, zwłaszcza, że musieliśmy jeszcze przejechać przez lotnisko, by odebrać opóźnione bagaże (tak, przeloty tym razem nam wybitnie nie służyły). Niektórych rzeczy nie da się już nadrobić, niestety. Wśród wykreślonych w Gori znalazło się muzeum Stalina, choć prawdę mówiąc w tym wypadku nie do końca wiedzieliśmy, czy chcemy tam wchodzić. Dla nas to przede wszystkim zbrodniarz, dla Gruzinów wielki bohater. Te dwa oblicza są prawdziwe z pewnych punktów widzenia, więc obejrzeliśmy z zewnątrz jego dom i wagon, którym jechał do Jałty.

Muzeum i dom Stalina w Gori
Muzeum i dom Stalina w Gori

Weszliśmy też do cytadeli i zrobiliśmy krótką rundkę po mieście, a potem dwa skalne miasta. Uplisciche i Wardzia. Do pierwszego trafiliśmy jeszcze wcześnie, zanim pojawiło się tam dużo turystów. Było dość upalnie, ale to nic, na to liczymy. Drugie miasto oglądaliśmy po południu, gdy było już chłodniej, zresztą pogoda tam też się zmieniła. Pierwsze jest bardziej zbudowane wśród skał, drugie bardziej wydrążone, oba dość ciekawe i przypominające nam to, co widzieliśmy kilka lat temu w Kapadocji. Lubimy takie miejsca, więc jesteśmy bardzo zadowoleni.

Wardzia

Uplistsikhe
Uplistsikhe

Rzut oka na Morze Czarne i w góry

Do Batumi docieramy znów późno w nocy. Bez szans na wieczorną kąpiel w Morzu Czarnym. Samo Batumi jednak do nas nie trafia. Zresztą, co tu dużo mówić, wiedzieliśmy o tym od początku. Chcieliśmy trochę tu pochodzić i przede wszystkim dotknąć morza. Kończy się na zamoczeniu rąk i nóg oraz kilku fajnych lokacjach. No i oczywiście ulicy Lecha i Marii Kaczyńskich, zwłaszcza, że praktycznie obok mieliśmy nocleg. Okazuje się, że Kaczyński jest tu dość lubiany, i obok Jaruzelskiego to zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny Polak. Nie wiemy, który bardziej nas „cieszy”, ale jednak przynajmniej nas w pewien sposób kojarzą. Ślady Kaczyńskiego (z ulicą i popiersiem) są też w Tbilisi, ale nam już wystarczyło to w Batumi.

Swoją drogą faktycznie do Polaków są tu dość dobrze nastawieni. Rosjan niezbyt lubią, co podkreślają raz na jakiś czas (no i odradzają nam podróż do Armenii, bo tam „Putin rządzi, więc bieda straszna”). Czasem nawet w sklepach da się znaleźć polskie produkty, a ludzie dość często znają kilka polskich słówek. Ogólnie Gruzini są bardzo mili, otwarci i przyjacielscy, no i gościnni.

Batumi - Plac Europejski
Batumi – Plac Europejski

Z Batumi jedziemy do Mestii. Właściwie to przez te opóźnienia zastanawialiśmy się, czy nie wyrzucić tej części, ale szczęśliwie tego nie zrobiliśmy. Znów po drodze robimy wiele przystanków, bo widoki są przecudowne. Do Mestii docieramy wieczorem, ale tym razem faktycznie wieczorem, a nie w nocy. Kładziemy się szybko spać, bo rano chcemy jeszcze zrobić mały trekking. Po śniadaniu zaczynam od wyprawy na lodowiec. Turystów jeszcze prawie nie ma, ale widoki są niesamowite. Bardzo cieszymy się, że nie odpuściliśmy sobie tego. Potem droga do Kutaisi przez kanion Okatse. Co do niego mamy trochę mieszane odczucia. Z jednej strony fajnie się chodzi tak wśród drzew, ale samego kanionu jest dość niewiele. No i dojście do niego zajmuje więcej niż sama właściwa trasa, ale i tak jest to dość intrygujące.

Lodowiec Chalaadi koło Mestii
Lodowiec Chalaadi koło Mestii

Przed zachodem słońca docieramy do Kutaisi. Tu rundka po centrum, które ma swoje momenty, ale to nie jest to, co chcemy oglądać. Nie narzekamy na brak czasu. Następnego dnia zahaczamy o Gelati i ponownie Mcchetę, gdzie nadrabiamy zaległości. Dalej lotnisko za Tbilisi, gdzie oddajemy naszą Toyotę Land Cruiser Prado (był upgrade, z czego bardzo się cieszyliśmy) i na dworzec kolejowy. Pierwotnie mieliśmy zobaczyć sobie część stolicy, ale przez opóźnienia nie udało się tego zrobić. Chcieliśmy też wcześniej kupić bilety do Baku, lecz mieliśmy problemy ze stroną internetową, a potem nie było możliwości dotrzeć wcześniej na dworzec.

Kutaisi - fontanna Colchis
Kutaisi – fontanna Colchis

Na miejscu zaś dowiadujemy się, że wszystkie są wyprzedane. Nie tylko na ten dzień, ale też na kolejne i co ciekawe, szybciej rozchodzą się bilety na pierwszą niż na drugą, a nawet trzecią klasę. Zbierają się czarne chmury nad dalszą częścią, jednak lądujemy na dworcu autobusowym, skąd odjeżdżają autokary do Baku (około godziny 17:40). Phileas Fogg byłby z nas dumny, zdążyliśmy mając bardzo niewiele czasu w zapasie. Pociąg odjeżdżał po 19:00, więc oglądanie Tbilisi zostało na powrót. Jednak jesteśmy zadowoleni, że udało się połączenie znaleźć. Potem przejście graniczne i noc w autobusie. No i najważniejsze, od tego momentu wychodzimy z czasem na zero, nie musimy nic nadrabiać, czy pędzić ponad to, co sami zaplanowaliśmy.

Kanion Okatse
Kanion Okatse

Azerbejdżan

Lądujemy w Baku przed godziną piątą rano. Tyle, że dworzec autobusowy jest jakieś 7 km od centrum (gdzie odbieramy nasz nowy samochód). Od szóstej działa metro, więc sobie poczekamy. Według map Google’a, w metrze jest bankomat, niestety w praktyce go nie ma. Lari nie chcą, cinkciarzy czy banków w okolicy nie ma, ale Azerka pracująca na stacji metra stwierdziła, że jesteśmy gośćmi w ich kraju, więc do centrum możemy jechać za darmo. Wielu Azerów również okazuje się być bardzo pomocnych (czasem aż nadto!) i przyjacielskich, ale też zdecydowanie bardziej ciekawych, dlaczego przyjechaliśmy do ich kraju. Gruzini raczej traktują to już jako oczywistość, ich ojczyzna ma swoją reputację. Azerowie zaś są bardzo dumni ze swojego kraju, zaś Baku taki opisują jako drugi lub mały Dubaj (no na mikro Dubaj możemy się zgodzić).

Bulwar w Baku
Bulwar w Baku

Gdy już odebraliśmy samochód i kupiliśmy bilet na pociąg powrotny (udało się!), jedziemy w kierunku Gobustanu i Alat. Zaczynamy od wulkanów błotnych. Nie znając dokładnie drogi musieliśmy do nich trochę przejść, ale było warto. Bardzo ciekawa osobliwość geologiczna.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Następnie Gobustan i petroglify. To także robi wrażenie, choć chyba nie takie jak te wulkany. Dalej zaliczamy Morze, a właściwie Jezioro Kaspijskie, krótkim pobytem na plaży. Robimy zdjęcia szybom naftowym (te z Bonda), oglądamy meczet (acz ze względu na nabożeństwo nie wchodzimy do środka). Potem odnajdujemy nasz pensjonat, zrzucamy bagaże i dalej w drogę.

Park Narodowy Qobustan
Park Narodowy Qobustan

Plan był taki, by dotrzeć do Yanar Dag, czyli płonących skał tuż przed wieczorem. Tam czekamy, aż słońce zajdzie. Kolejna osobliwość, znów wielce intrygująca. Później zaś tylko wieczorny spacer po starym mieście Baku i widok z promenady.

Janar Dah
Janar Dah

Następny dzień w większości poświęcamy na stare miasto, z pałacem Szachów. Trochę włóczymy się po promenadzie, wjeżdżamy pod Płonące Wieże, jedziemy pod drugi najwyższy maszt z flagą na świecie (którego akuratnie nie było, bo poszedł do remontu). No i jeszcze zaratrusztiańska świątynia ognia. Azerbejdżan bardzo się nam podobał, jest różnorodny, ale w tej Petrorepublice widać ogromne różnice społeczne między biednym i bogatymi. Centrum jest bardzo odstawione, zaś na przedmieściach jeżdżą rozklekotane autobusy. No i okazuje się, że mając tyle czasu ile planowaliśmy, nie musimy nic nadrabiać, więc samo zwiedzanie jest dużo spokojniejsze. Dalej szybko, ale to już tempo, z którym się liczyliśmy i które nam odpowiada.

Most Metechi w Tbilisi nocą
Most Metechi w Tbilisi nocą

Wracając do Gruzji

Kolejną noc spędzamy w pociągu. Trzecia klasa, czyli taki „Azja Express”, albo raczej „Azja Kuszetka”. Dość intrygujące doświadczenie. Zostaje nam już ostatni dzień na Tbilisi. W większości czasu wystarcza. Też już bez spiny i pędzenia. Niektórych rzeczy, jak ogrodu botanicznego się nie uda zobaczyć (bo zabrakło kilku godzin na centrum wcześniej), ale poziom zadowolenia i tak jest wysoki. Stolica Gruzji jest ciekawa, choć po przepychu Baku trochę ciężko to docenić. Potrzebujemy na to kilku godzin.

Mccheta (Gruzja)
Mccheta (Gruzja)

Zaś z samego rana powrót do domu i kolejne przeboje z opóźnionym LOTem. Do Warszawy przybył lekko spóźniony (jakieś 30 minut), ale tam wszystko trwa, więc nie załapaliśmy się na lot do Wrocławia. I nagle powrót przesunął się o ponad 3 godziny.  Więc jeśli chodzi o LOT to przetestowaliśmy jak wygląda sprawa rozporządzenia Unijnego nr 261/2004, z sukcesem. Pismo przesłaliśmy przez stronę LOTu, zaznaczając okoliczności obu opóźnień, wyliczając czas i podkreślając brak pouczenia o wspomnianym rozporządzeniu.

Gruzja się nam bardzo podobała, zwłaszcza ta poza miastami. Ma wspaniałe i zróżnicowane oblicza. Azerbejdżan zaś na długo pozostanie u nas w pamięci, bo jest bardzo wyjątkowy. Jak zwykle w takich przypadkach trochę szkoda, że nie było więcej dni, ale bez wątpienia była to bardzo satysfakcjonująca podróż. Może o Gruzję jeszcze da się zahaczyć, gdy kiedyś zdecydujemy się na Armenię? Zwłaszcza, że kilka rzeczy nam niestety wypadło. Na Kaukaz na pewno wrócimy.

Flaga Azerbejdżanu
Flaga Azerbejdżanu

Kilka uwag na temat podróżowania po tych krajach samochodem znajdziecie tutaj.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Podsumowanie
Szlak azerski
Podsumowanie

Tanzania: Podsumowanie

Dzika Afryka, w szczególności sawanna od wielu lat była miejscem do którego chcieliśmy dotrzeć. Zwłaszcza Serengeti, ale nie tylko. Początkowo myśleliśmy nad różnymi rozwiązaniami, ale rozważaliśmy przede wszystkim wyjazd do Kenii. W grę wchodziło nawet nasze polskie biuro, ale bardziej preferowane jedno z mniejszych, które szyje raczej wycieczki na miarę. Trochę baliśmy sami się organizować wyjazdu do Afryki. Pojawiały się różne trudności po drodze, w tym także cena. Z roku na rok Kenia była przekładana na lepsze czasy. W dodatku sprawa z zamachami nie rokowała zbyt dobrze (choć powiedzmy sobie szczerze, dotyczy to północy kraju, nie południa, zresztą kto by dziś o tym w ogóle pamiętał). Nikt nie wiedział wówczas, w którym kierunku to pójdzie. W tym momencie pojawiła się pewna alternatywa, czyli Tanzania, i tak już zostało. Nie dość, że Serengeti właściwie w większości znajduje się właśnie tam, to jeszcze jest kilka innych wspaniałych miejsc, jak Ngorongoro, Zanzibar, a także jezioro Malawi (Niasa). Decyzja zapadła, a ponieważ od pomysłu do realizacji minęło kilka lat, bogatsi o doświadczenia zdecydowaliśmy się tylko na pomoc lokalnego biura przy realizacji samego safari. A tak właściwie to nawet dwóch biur.

Zachód słońca w Mikumi
Zachód słońca w Mikumi

Dzień 1: Przylot

Do Dar Es Salaam polecieliśmy Turkishem z Pragi przez Istambuł. Wylądowaliśmy tam koło trzeciej w nocy i od razu mieliśmy do czynienia z przedziwnym, niesamowitym organizacyjnie lotniskiem. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że panuje tu bałagan i prowizorka, ale w gruncie rzeczy to się sprawdzało. Wiza, odebranie bagaży, a potem próba wypłacenia pieniędzy z bankomatu, by nie płacić dolarami zbytnio. Bankomatów było kilka, ale dział jeden. Na samym lotnisku chyba najbardziej w pamięć zapada pani rozdająca paszporty z pieczątkami. Wyglądało to bardzo szkolnie, ale polskich nazwisk nawet nie próbowała czytać. Dalej już łatwiej taksówką do hotelu. W budynku nawet na piątym piętrze były kraty w oknach, a przed wejściem stał ochroniarz z karabinem. Cóż Dar Es Salaam raczej wygląda niepokojąco.

Lobo w Serengeti
Lobo w Serengeti

Już rano po śniadaniu wróciliśmy na lotnisko by polecieć linią PrecisionAir do Arushy. Tam nas odebrali przedstawiciele organizatora safari. Lotnisko w Arushy wygląda przecudownie, jest jak z wyobrażeń o Afryce, włącznie z rozdawaniem bagaży jak na targu i wyciąganiem ich ręcznie (przez obsługę) z samolotu. Po załatwieniu formalności i krótkim spacerze odwieziono nas do hotelu, gdzie mogliśmy spokojnie odpocząć po podróży. Przydało się.

Słonie w Tarangire
Słonie w Tarangire

Dzień 2: Tarangire

Po śniadaniu zaczęliśmy właściwą przygodę. Pierwsze safari. Zapoznaliśmy się z naszym przewodnikiem i kucharzem. Kucharza zostawiliśmy w ośrodku w którym mieliśmy nocować tej nocy. Tym razem czekała nas już noc pod namiotami, ale na to się pisaliśmy. Z przewodnikiem zaś pojechaliśmy zwiedzać nasz pierwszy afrykański park narodowy, czyli Tarangire. Park pełen słoni i innych zwierząt, niesamowite przeżycie na początek. Pod wieczór powrót do ośrodka, ochłonięcie z wrażeń i spanie. Ognisk nie ma, więc właściwie można kłaść się wcześniej, by rano wcześniej wstać.

Ngorongoro
Ngorongoro

Dzień 3: Ngorongoro

Po śniadaniu spakowaliśmy wszystko. No dobra, większość zrobili przewodnik z kucharzem i pojechaliśmy do Ngorongoro. Już po wjeździe na teren obszaru chronionego przejeżdżaliśmy przez las mglisty. Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym. Znów wyrzuciliśmy kucharza z rzeczami, sami zaś zjechaliśmy do krateru. Pierwsze z wielkich, ważnych miejsc w Afryce. Potem powrót na camping pod wieczór. Tu akurat nocowało bardzo wiele osób, było dość tłoczno. ze względu na wysokość także zimno, ale bardziej przewodnikowi i kucharzowi, niż nam. Do wielkiej piątki brakuje nam już tylko lamparta i nosorożca.

Dzień 4: Serengeti

Z Ngorongoro pojechaliśmy do chyba najważniejszego miejsca na północy Tanzanii, czyli Serengeti. Po drodze zahaczyliśmy klasyczną wioskę Masajów. Ci za 50 USD oczywiście zatańczą i pokażą wszystko, w pewien sposób urocze, w pewien przerażające. W Parku już oczywiście standardowo odwieźliśmy kucharza do obozu, sami zaś zwiedzaliśmy w tym czasie ten zdecydowanie najbardziej znany park narodowy. Faktycznie jest tu zdecydowanie więcej ludzi niż w Tarangire, ale warto było to zobaczyć. No i bardzo ciekawa atrakcja, noc w pod namiotami w Serengeti. Zwłaszcza, gdy pod obóz podchodzą lwy. Dopiero rano to sobie uzmysłowiliśmy.

Brama do Serengeti
Brama do Serengeti

Dzień 5: Serengeti-Lobo

Właściwie to nie wyjeżdżaliśmy z parku. Zwiedzanie było podzielone na dwie części. Do południa dalej jeździliśmy z przewodnikiem i szukaliśmy zwierząt, po lunchu zaś udaliśmy się na północ do Lobo. Tam też nocowaliśmy. To dalej Serengeti, ale już bardziej górzyste i inaczej porośnięte. Znów jednak mieliśmy tę samą atrakcję spania pod namiotami w Parku. Tym razem w obozie grasowały małpy, a przy ubikacjach w nocy hieny. Zaś z piątki zostało nam już tylko znalezienie nosorożca. Niestety dalej raczej szanse zerowe.

Dzień 6: Serengeti – Natron

W Serengeti mieliśmy wykupione 48 godzin. To dużo, ale trzeba było wyjechać. Rano jeszcze trochę mogliśmy popatrzeć na park, potem ruszyliśmy w kierunku jeziora Natron. Po drodze zwiedziliśmy współczesną wioskę Masajów, zupełnie inne klimaty niż w tradycyjnej. Tym razem spaliśmy w kempingu prowadzonym przez Masajów, oni zaś zaprowadzili nas do kanionu. Na wyprawę nad jezioro było jednak za gorąco.

Flamingi nad jeziorem Natron
Flamingi nad jeziorem Natron

Dzień 7: Natron

Wcześnie z rana wybraliśmy się nad jezioro Natron, zanim się powietrze nagrzało. Kolejne ciekawe przeżycie. O tym jeziorze narosło wiele mitów, dlatego chcieliśmy je zobaczyć. Przeżyliśmy. Tak zabójcze to ono nie jest. Potem musieliśmy wyjechać z terenów Masajów i nocowaliśmy niedaleko Arushy.

Małpy w PN Jezioro Manyara
Małpy w PN Jezioro Manyara

Dzień 8: Jezioro Manyara

Ostatni dzień naszego safari to jezioro Manyara. Mogliśmy jeszcze raz zobaczyć, trochę inny park narodowy, wciąż jednak to ta sama wspaniała Afryka. Potem odstawiono nas na lotnisko i PrecisionAir wróciliśmy do Dar Es Salaam. Nocowaliśmy w ośrodku, jak się okazało, prowadzonym przez Armię Zbawienia. W każdym razie wart polecenia, zwłaszcza gdy szuka się noclegu na ostatnią chwilę. Mają zapas i można przyjechać bez rezerwacji (Mgulani). Zaś my mogliśmy w końcu wyspać się w łóżku, nie w namiocie.

Słonie pijące wodę w Mikumi
Słonie pijące wodę w Mikumi

Dzień 9: Mikumi

Rankiem przyjechał po nas kolejny uzgodniony wcześniej przewodnik. Zabrał nas, już bez kucharza, do parku narodowego Mikumi. To było krótsze, bo tylko ograniczone do jednego parku, safari, droższe w przeliczeniu na dzień, ale też na innych warunkach. Znów spaliśmy w parku narodowym, ale tym razem już w domkach, z łóżkiem i normalną łazienką, zaś jedzenie przygotował nie nasz kucharz, a zwykła obsługa. Zarówno przewodnik jak i właściciel biura bardzo nam pomogli w organizacji dalszej części wojaży. Przede wszystkim dlatego, że firmy transportowe niekoniecznie muszą mieć strony internetowe. Natknęliśmy się na „martwe”. Pomogli nam sprawdzić rozkład i zaplanować przejazd. Wracając jednak do Mikumi, to niestety był nasz ostatni park narodowy. Też piękny, inny, a jeszcze jeździliśmy samochodem tak o zachodzie jak i wschodzie słońca. To niezapomniane przeżycia, zwłaszcza gdy widzimy jak zwierzęta się budzą, czy hipopotamy wracają do wody.

Dzień 10: Mikumi – Kyela

Rankiem kończyliśmy Mikumi, właśnie wtedy załapaliśmy się na poranek w parku, jeszcze przed śniadaniem. Potem zabraliśmy swoje rzeczy i jeszcze ostatni przejazd po parku, a następnie przewodnik odwiózł nas na autobus do Kyeli. Organizacyjnie zakupili nam wcześniej bilety i dogadali się z kierowcą, że złapią nas przy parku narodowym. Dalej już właściwie musieliśmy radzić sobie sami. Przejazd do Kyeli lokalnym autobusem to niesamowite przeżycie, które zajęło nam cały dzień (choć niekoniecznie chcemy je w przyszłości powtarzać). W Kyeli również mieliśmy już załatwiony nocleg, a co najważniejsze przewodnika, który nas dowiózł do hotelu. To był zdecydowanie najlepszy nocleg w całej naszej wojaży. Nowy ośrodek o wysokim standardzie, no i przystępnych cenach, bo to kurort dla Tanzańczyków, a nie białych. Zresztą jako biali byliśmy tam atrakcją. Przynajmniej na początku, włącznie ze zdjęciami.

Jezioro Malawi
Jezioro Malawi

Dzień 11: Jezioro Malawi

Kolejny dzień mieliśmy na cieszenie się jeziorem Niasa (Malawi). Trzeba było tylko dopiąć sprawy związane z powrotem do Dar Es Salaam. Nocleg dalej w tym samym miejscu.

Dzień 12: Kyela – Dar Es Salaam

Jeszcze przed świtem zaczęliśmy podróż powrotną do Dar Es Salaam, lokalnym transportem. Powtórka z rozrywki, tyle że tym razem dłużej, no i mogliśmy poznać lokalną muzykę popularną. Wróciliśmy do Mgulani, czyli hotelu prowadzonego przez Armię Zbawienia.

Tanzańskie bezdroża
Tanzańskie bezdroża

Dzień 13: Dar Es Salaam – Zanzibar

W kilku miejscach dowiadywaliśmy się jak wygląda sprawa transportu na Zanzibar. Miejsca VIPowskie podobno da się kupić bez problemu. Są droższe, ale wciąż cena jest znośna. A jak ich nie będzie to powinny być miejsca zwykłe dostępne. Nie zawsze. Akurat wyruszyliśmy w drogę w dniu święta narodowego połączonego z długim weekendem i jednocześnie w tym czasie pojawiło się tam wielu muzułmanów, którzy tu coś świętowali. Efekt był taki, że mieliśmy problem z promem. Ostatecznie popłynęliśmy trochę innym niż zamierzaliśmy, wcześniej zwiedzając sobie dzielnicę portową Dar Es Salaam. A już po południu Stone Town (Kamienne Miasto), gdzie też nocowaliśmy w hotelu.

Plaża na Zanzibarze
Plaża na Zanzibarze

Dzień 14: Zanzibar – Prison Island

Zaczęliśmy dzień od wyprawy na Prison Island, wyspę żółwi. Potem całą resztę dnia spędziliśmy zwiedzając dalej Kamienne Miasto, w tym kwatery niewolników, coś co naprawdę trzeba zobaczyć, bardzo pouczające. Po kolacji, gdy było ciemno wróciliśmy do hotelu, gdzie zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się na lotnisko. Wpierw PrecisionAir do Dar Es Salaam, tam zaś czekaliśmy na Turkisha i zaczęła się podróż do domu.

Changuu (Prison Island)
Changuu (Prison Island)

Podsumowując. Do Tanzanii pojechaliśmy głównie ze względu na przyrodę. Ta nas nie rozczarowała, wręcz przeciwnie. Wciąż jesteśmy zachwyceni jej pięknem. Każdy z tych parków, choć były inne, tak naprawdę był niesamowity. Reszta kraju, no może z wyjątkiem Dar Es Salaam, również robi niesamowite wrażenie. To kraj, do którego z pewnością chciałoby się wrócić, ale czy to będzie możliwe, zobaczymy.

No i jeszcze garść informacji praktycznych.

Jeśli zainteresował Cię ten wpis, przeczytaj inne o Tanzanii.

Szlak tanzański
Tanzania podsumowanie