Archiwum kategorii: Relacja

Sri Lanka i Malediwy : Relacja i Podsumowanie

Łza Indii, Klejnot Oceanu Indyjskiego, Serendip, Cejlon, Sri Lanka. To tylko niektóre z nazw, którymi określano orientalną wyspę i starożytne królestwo. Nasza podróż do Olśniewającego kraju – to znaczą sanskryckie słowa Sri Lanka – miała miejsce na przełomie listopada i grudnia, trwała dwa tygodnie. Był to bardzo zajmujący okres, pełen rozmaitych atrakcji: starożytnych ruin ukrytych w dżungli, wiecznie zielonych lasów deszczowych, wykutych w skale świątyń, plantacji herbaty czy kolonialnych miast. Wyprawę do Krainy Rozkoszy (tak, to jeszcze jedno określenie Sri Lanki) planowaliśmy od kilku lat, głównie za sprawą Indiany Jonesa oraz „Mostu na rzece Kwai”, które tu kręcono. Ale nie tylko, bowiem jest tu dużo więcej miejsc, które nas przyciągały.

Ale zaczniemy od jednej z ciekawych historii związanych z Cejlonem: to etymologia angielskiego słowa „serendipity”, które oznacza dokonywanie niezwykłych odkryć w sposób niezamierzony, podczas dążenia do innego celu, może też oznaczać zdolność do dokonywania pożądanych odkryć przypadkowo. Na język polski można je przełożyć krótko jako „szczęśliwym trafem”, choć od kilku lat wzrasta niewielka na razie popularność spolszczonego słowa „serendypność”.

Okolice Elli, Sri Lanka
Okolice Elli, Sri Lanka

Starożytna perska nazwa Cejlonu, używana także przez Arabów brzmi Serendip lub Sarandib. W zachodniej kulturze znany jest przekład XIV-wiecznej bajki „Trzej książęta z Serendip” autorstwa cenionego perskiego poety i sufiego Amira Khusrowa. Prawdę powiedziawszy, była to tradycyjna bajka, znana co najmniej od XI-wieku, a wzorowana na życiu perskiego króla z V wieku, którą Amir ujął w piękne słowa i właśnie jego wersja dotarła w XVI wieku do Wenecji i dalej do zachodniego świata.

Jaka by nie była historia tej historyjki, bajka o trzech książętach z Serendip opowiada o tym, że mądry król bogatej wyspy Serendip miał trzech synów. Wysłał ich w podróż, by wykorzystali posiadaną inteligencję, spostrzegawczość i zdolność kojarzenia pozornie niezwiązanych faktów do dokonywania niespodziewanych odkryć oraz dochodzenia do zaskakujących, pouczających wniosków.

Baśń tę znał Horacy Walpole (1717 – 1797) i nawiązał do niej przez utworzenie neologizmu „serendipity” w liście do swojego przyjaciela. W ten sposób określił niespodziewane, zupełnie niezamierzone odkrycie cennego, a zdawałoby się, że zaginionego obrazu, dokonane przez owego przyjaciela. Później słowo to zostało nieco zapomniane, ale pojawiło się znów na początku XX wieku i zaczęło się popularyzować oraz zyskiwać odpowiedniki w innych językach. Swoją drogą samo słowo Serendip to także kalka językowa. Pochodzi od dawnego, tamilskiego określenia Sri Lanki jako Cerentivu, od Cheren Tivu, czyli „Wyspa Ćerów”. Ćerowie byli wówczas dynastią panującą, a ich ród wziął sobie nazwę prawdopodobnie od gór.

Cejlon leży już niedaleko od równika, stąd dla wygody można przyjąć, że dzień trwa mniej więcej od 6:30 do 18:30 (na równiku było to oczywiście równo 6-18). Na tej szerokości geograficznej zmierzch trwa krótko i szybko zapadają egipskie ciemności. Zwiedzanie jest możliwe tylko do około 18:00 – 18:30, a potem właściwie nie ma co robić. Wówczas jest czas na obiadokolację i wypoczynek. Jedna z najlepszych rzeczy tutaj to świeże soki owocowe i woda z kokosa. Oczywiście, gdy jesteśmy w miastach, czy tam gdzie jest turystyczna infrastruktura, godziny nas nie ograniczają.

Temperatura i duża wilgotność sprawiają, że człowiek się bardzo poci. Nic nie uzupełnia elektrolitów tak dobrze jak woda z kokosa. Po wypiciu zawartości warto poprosić sprzedawcę o przecięcie łupiny i odcięcie fragmentu, który służy jako łyżka. Tego miąższu nie ma wiele, ale jest wyborny!

Ale na razie skończmy z językami, geografią i popitką. Lecieliśmy katarskimi liniami z Warszawy do Kolombo z przesiadką w Dosze. Na lotnisku docelowym odebrał nas nasz kierowca, Malith Prasantha – Sri Lanka Driver – Malith Holidays (i strona SriLankaMalithHolidays). Towarzyszył on nam przez praktycznie całą podróż. Możemy go polecić z czystym sumieniem, bo wprowadził nasze plany i zamiary w życie bezbłędnie.

Jezioro Beira, Kolombo
Jezioro Beira, Kolombo

Przylot do Kolombo mieliśmy w godzinach popołudniowych, więc zanim wyszliśmy z lotniska już się ściemniło. Szczęśliwie znalazł nas tam nasz przewodnik-kierowca, tak jak było umówione. Przelot przez noc, zmiana strefy czasowej wpływały na nas tak, że właściwie chciałoby się powiedzieć tylko „Królestwo za łóżko”. W teorii zwiedzanie można było zacząć od Kolombo, jeszcze lepiej pierwszą noc ogarnąć sobie w Negombo, ale mając kierowcę to trochę szkoda na to czasu. My możemy kimać w samochodzie, podczas gdy on zrobi za nas istotną część trasy.

Z kierowcami na Sri Lance bywa różnie, nasz był bardzo uczciwy, dbający o klientów i godny polecenia. W kwestii hoteli, Malith jest gotów zaproponować sam, jak również w razie potrzeby jest w stanie się dostosować do nas, jeśli mamy jakieś rezerwacje. U nas skończyło się na tym, że to on nam dobierał hotele. Wiele z nich oferuje kierowcom, którzy przywożą ludzi, darmowy nocleg i wyżywienie. Dzięki temu oni mogą obniżać ceny przejazdu, ale odbija się to w hotelach. Ceny noclegów wybranych przez Malitha nie były najtańsze, ale też nie zaporowe. Prawda jest taka, że sami pewnie wybralibyśmy gorszy standard. Natomiast jedna rzecz była fajna, Malith miał swoją cenę, która po uzgodnieniu dla nas także była akceptowalna i ją negocjował, nawet jeśli hotel chciał więcej. Więc nie było żadnych niespodzianek i łatwo wszystko dopilnować.

Druga rzecz to sklepy. Wielu takich przewoźników ma swoich znajomych, którym podwozi klientów. Nawet w Tanzanii na safari spotkaliśmy się z czymś takim. U Malitha wszystko zależało od nas. Chcemy, to nam znalazł, nie chcemy, to nas po tym nie ciągał. Pewne rzeczy proponował – na przykład sklep z szafirami, mówiąc, że warto zobaczyć jak to wygląda i obejrzeć tam film i prezentację, ale mówił też, by nic tam nie kupować. Jakbyśmy bardzo chcieli to znajdzie nam gorzej wyglądający, a z lepszymi cenami. Zresztą w tym względzie dbał o nasze portfele, zapewniał, że może pomóc w negocjacjach i robił to. Natomiast w wielu miejscach przestrzegał nas, by nie brać przewodników, zwłaszcza tam, gdzie nie ma to sensu. Mówił wprost – jak się zgubicie to idźcie za ludźmi z innym przewodnikiem. Wielu innych kierowców podwożąc swoich klientów pod zabytki typu Dambulla czy Sigirija od razu „odsprzedaje” ich lokalnym przewodnikom. Jeśli ktoś ma potrzebę bycia prowadzonym za rączkę, to jest ok. Malith owszem dbał o nasze bezpieczeństwo, ale też dawał nam swobodę.

Ostatnia rzecz, to kwestia nietypowych miejsc, w których nie był. Nie miał problemu się do tego przyznać, natomiast poza naszymi wskazówkami, wydzwaniał też do znajomych przewodników, którzy lepiej znali dany teren, z prośbą o potwierdzenie. Za to starał się nam pokazywać różne ciekawostki i namawiał do próbowania lokalnych owoców: uczył nas jak się strząsa odpowiednio dojrzałe z drzewa, zapoznał nas także między innymi z tak zwanym „różanym jabłkiem”.

Thuparama, Anuradhapura
Thuparama, Anuradhapura

Prawda jest taka, że chwilę po wejściu do auta zasnęliśmy. Obudziliśmy się przed hotelem w Anuradhapurze. Oczywiście pierwszego dnia skończyło się na tym, że nawet już się nam jeść nie chciało. Prysznic, łóżko i do zobaczenia rano.

Mając kierowcę i przewodnika, trzeba się także do niego dopasować. Zwykliśmy wstawać dość wcześnie, więc wyjazd po ósmej rano był dla nas trochę nietypowy, ale ok. damy radę. Drugi dzień to w dużej mierze zwiedzanie Anuradhapury. Pierwsza stolica Sri Lanki to dość spory kompleks, w dodatku znajduje się tam mnóstwo wciąż używanych świątyń. Nasz przewodnik dobrze znał to miejsce, więc podwoził nas praktycznie pod wszystkie istotne zabytki, tam mieliśmy tyle czasu, ile potrzebowaliśmy. Cały dzień na Anuradhapurę to i mało (bo spokojnie da się tu dwa lub trzy dni przesiedzieć), ale też wystarczająco. To był nasz pierwszy kontakt ze Sri Lanką i już nam się podobało.

Wielki Budda w Aukana
Wielki Budda w Aukana

Tu znów powtarzaliśmy jazdę po zmierzchu. Jedyne, co wcześniej załatwiliśmy, to krótki przystanek przy Wielkim Buddzie. Potem wylądowaliśmy na noc w Sigiriyi. Jednak jej zwiedzanie było dopiero kolejnym etapem podróży. Następnego dnia zaczęliśmy od wyprawy do Polannaruwy

Ruiny pałacu, Polonnaruwa, Sri Lanka
Ruiny pałacu, Polonnaruwa, Sri Lanka

Druga stolica Sri Lanki jeśli chodzi o zwiedzanie jest trochę bardziej kompaktowa niż pierwsza, ale tu także przydał się nam przewodnik, który podwoził nas pod poszczególne części. Wiele osób wypożycza tu rowery. Zaczęliśmy od muzeum, a potem oglądaliśmy inne wspaniałe zabytki. Anuradhapura miała zdecydowanie inny charakter, głównie przez religijne rzeczy. Tu mieliśmy wrażenie odkrywania ruin pośród dżungli.

Jakby tego było mało, to jeszcze została nam jedna atrakcja, wejście na Lion’s Rock w Sigiriyi. Ten zabytek jest jeszcze bardziej kompaktowy i mniejszy, ale zdecydowanie najbardziej ikoniczny. No i najdroższy, jeśli chodzi o cenę biletów. Na Sri Lance nic innego go nie przebiło.

Pidurangala: Widok na Sigiriję
Pidurangala: Widok na Sigiriję

Kolejny dzień to dalsze odkrywanie Sigiriyi. Rankiem weszliśmy na Pidurangalę, skąd jest świetny widok na Lwią Skałę. Potem wybraliśmy się na wioskowe safari, a na koniec już na prawdziwe do Hurulu. Rozważaliśmy raczej na Minerię, ale pogoda sprawiła, że lepiej było pojechać do Hurulu. Znów w ogarnięciu tego pomógł nam kierowca. Celem były słonie, więc z okolicznych safari wskazał to, w którym słonie akurat na pewno były. Nam to pasowało.

Słonie indyjskie w Hurulu
Słonie indyjskie w Hurulu

Następnego dnia udaliśmy się do Kandy, ale dotarliśmy tam wieczorem. Droga w sumie nie była jakaś długa, ale na trasie zaplanowaliśmy kilka dodatkowych atrakcji. Pierwsza to skalne świątynie w Dambulli, kolejny zabytek z listy UNESCO. Ciekawe miejsce.

Dambulla, świątynia w jaskini
Dambulla, świątynia w jaskini

Drugi przystanek, a właściwie kilka, mieliśmy w miejscowości Matale. Słynie ona z ogrodów przyprawowych. To sklepy, wiedzieliśmy o tym, ale chcieliśmy coś takiego zobaczyć. Zatrzymaliśmy się także w małej, acz uroczej świątynce Nalada Gedige, no i słynnej świątyni hinduskiej.

Nalanda Gedige nieopodal Matale
Nalanda Gedige nieopodal Matale

Tu warto zrobić sobie krótką przerwę na małą dygresję. Obecnie na Sri Lance żyją dwa główne ludy: Syngalezi (ok. 81%) i Tamilowie (11%). Ważną mniejszością są także Maurowie (ok. 9 %), czyli muzułmanie. Za najbardziej pierwotną ludność wyspy uważa się lud Weddów – liczącą nieco ponad 2 tysiące osób społeczność, którą jeszcze na początku XX wieku uważano za jedną z najbardziej pierwotnych na świecie.

Głównymi wyznawcami hinduizmu na Sri Lance są Tamilowie. Mniejszość ta zamieszkuje głównie północną część Cejlonu. Jest to lud drawidyjski, a więc pochodzący z południowych Indii, posługujący się językiem tamilskim i wyznający hinduizm. Społeczeństwo jest uporządkowane na wzór systemu kastowego. Tamilowie żyjący w południowych Indiach nie mieli i nie mają skłonności separatystycznych, natomiast lankijscy Tamilowie od lat 70. XX wieku wikłali kraj w krwawy konflikt, by utworzyć oddzielne państwo tamilskie. Dopiero w 2009 roku zaprzestali działań wojennych.

Dziś Sri Lanka kojarzy się głównie z terrorystycznymi działaniami Tamilskich Tygrysów, a wzajemna niechęć jest mocno odczuwalna: niemal każdy w tym konflikcie ucierpiał.
Żeby było nieco bardziej skomplikowanie, na Sri Lance wyróżnia się Tamilów autochtonicznych, którzy podbili Cejlon w VII wieku n.e. i ustanowili swoje własne królestwo. Według niektórych źródeł, Tamilowie egzystowali na wyspie od czasów prehistorycznych i pochodzą od wpół mitycznego ludu Naga, czcicieli węży. Drugą grupę stanowią indyjscy Tamilowie, którzy przybyli na Sri Lankę głównie w czasach kolonialnych. Na mocy porozumień lankijsko-indyjskich z lat 60. XX wieku, 60% z tej społeczności została repatriowana do Indii, zaś reszta otrzymała lankijskie obywatelstwo.

Kandy, skała na której zamocowano wiszący most w Indianie Jonsie
Kandy, skała na której zamocowano wiszący most w Indianie Jonsie

Kandy zaczęliśmy zwiedzać nietypowo, od tamy Victoria. Formalnie rzecz biorąc jest ona poza Kandy. Jak się jeszcze dołoży fakt, że nie można dojechać tam prosto, a trzeba nadrobić kilkadziesiąt kilometrów, to trudno to nawet uznać za Kandy. Cóż. Tama była bardzo ważna ze względu na „Indianę Jonesa i Świątynię Zagłady”. To pierwsza lokacja filmowa na Sri Lance, uchodząca za dość trudną do zobaczenia. O ile na punkt widokowy przy tamie można wejść, o tyle miejsce, gdzie znajdował się słynny wiszący most ze „Świątyni Zagłady” nie jest wcale łatwo dostępne. Przekonaliśmy jednak strażników i nas wpuszczono. Pod wieczór dotarliśmy do Kandy, w sam raz, by zrobić sobie wieczorny spacer.

Kąpiel słoni w Pinnawala
Kąpiel słoni w Pinnawala

Na Kandy i okolicę zaplanowaliśmy trochę więcej czasu. Następnego dnia udaliśmy się do schroniska dla słoni, czyli słynnej lub niesławnej Pinnawali. Znów za profesorem Jonesem. Tam też kręcono kilka ujęć, trudno znaleźć dokładne miejsca, ale przynajmniej dotarcie poszło łatwo.

Potem udaliśmy się w okolice muzeum Herbaty Cejlońskiej, znów za Jonesem. Chcieliśmy znaleźć wioskę, którą wybudowano na potrzeby filmu. Byliśmy blisko, bardzo blisko. Gdybyśmy tylko mieli maczety, z pewnością po kilku godzinach karczowania znaleźlibyśmy właściwie kamienie. Ale maczet nie mieliśmy. Nie byliśmy też przygotowani na tak obfity deszcz, który nas złapał, ani tym bardziej na pijawki. Skończyło się ewakuacją do hotelu i pominięciem wieczornego wyjścia do Świątyni Zęba. Tylko tyle, by coś zjeść. Odpocząć po pijawkach i pójść spać. Pijawki ściągane w ilości kilkunastu – kilkudziesięciu z nóg pokrzyżowały nam trochę plan wieczornego podejścia do świątyni jak i wyjścia na pokaz kulturowy. Już nie mieliśmy na to siły .

Kitulgala: rafting na rzece Kelani
Kitulgala: rafting na rzece Kelani

Szczęśliwie mając własnego kierowcę można łatwo modyfikować plan. Świątynię Zęba oraz ogród botaniczny (tam kręcono „Most na rzece Kwai”) zobaczyliśmy kolejnego dnia. Zresztą to był dzień lokacji z filmu Leana, bowiem udaliśmy się na rafting na rzece Kelani w Kitulgala i przepłynęliśmy obok miejsca, gdzie zbudowano filmowy most. Pozostało po nim wspomnienie, ale zawsze.

Droga na Szczyt Adama
Droga na Szczyt Adama

Pod wieczór trafiliśmy pod Szczyt Adama. W sam raz, by się położyć i wstać po 2 w nocy, by rozpocząć kolejną wyprawę. Tym razem 5 tysięcy schodów pod górę. To było męczące. W każdym razie udało się dotrzeć na szczyt przed świtem, a potem zejść. Zjeść śniadanie w hotelu i pojechać do kolejnego miejsca.

Płaskowyż Hortona
Płaskowyż Hortona

Tym razem był to najzimniejszy fragment wyjazdu. Płaskowyż Hortona, kolejne kilkanaście kilometrów do przejścia. Nie udało się zobaczyć Krańca świata (ze względu na mgłę). Ale udało się przejść. Trasa bardzo przyjemna, a po wejściu po schodach na Adam’s Peak wręcz był to odpoczynek. Swoją drogą wiele osób odpoczywa dzień po Szczycie Adama, my odpoczęliśmy aktywnie.

Nuwara Elija, przedmieścia
Nuwara Elija, przedmieścia

Kolejny dzień to przykład tego, że znów nie wszystko się nam udaje, mimo starannego zaplanowania. Spaliśmy w Nuwura Elii, skąd mieliśmy pojechać pociągiem do Elli. To ta najbardziej malownicza trasa kolejowa na całym Cejlonie. Właściwie wiedzie ona z Kolombo, przez Kandy, ale ten ostatni fragment jest najbardziej urokliwy. Podobno, bo nie sprawdziliśmy. Przyjechaliśmy na dworzec, ludzie czekają, ale wszystko zgodnie z planem. Tyle że pan w kasie powiedział nam, że pociąg ma już jakieś 3 godziny opóźnienia. Wróciliśmy do Malitha z tą wątpliwością. Może da się coś poprzekładać. On poszedł po swojemu wybadać sprawę i… tak, okazało się, że pociąg ma trzy godziny opóźnienia, ale to rośnie i będzie rosło, dopóki nie naprawią torów i że może będzie wszystko działać jutro. Tego już nie zweryfikowaliśmy. Pojechaliśmy do Elli samochodem. I tu jeszcze jedna pochwała wobec naszego kierowcy i przewodnika. Wielu z nich zostawia ludzi na dworcu i czeka na nich w Elli. Nasz pożegnał się z nami, ale czekał w samochodzie, dopóki nie upewni się, że wsiądziemy do pociągu. Miał rację.

Pola herbaciane przy drodze na Mały Szczyt Adama (Ella)
Pola herbaciane przy drodze na Mały Szczyt Adama (Ella)

Więc dodatkowy czas wygospodarowaliśmy na krótki spacer po Nuwari Elyi, a potem już zgodnie z planem. W Elli najbardziej interesowała nas kolejna góra – Little Adam’s Peak. To bardzo przyjemny spacer z pięknymi widokami, ale po właściwym Szczycie Adama tu trudno się zmęczyć. W każdym razie to też miejsce, gdzie odkryliśmy bardziej turystyczną Sri Lankę, z naganiaczami, ludźmi chcącymi pieniądze za zdjęcia i tym podobnymi urokami. Weszliśmy na górę i pojechaliśmy do kolejnego punktu, ważnego dla nas, Lipton’s Seat. Tam oglądaliśmy bodaj najsłynniejsze pola herbaty Cejlonu. No i jeszcze wizyta w muzeum. Nocleg w Haputale.

Pola herbaciane Dambatenne
Pola herbaciane Dambatenne

Następnego dnia pozostała nam ostatnia duża atrakcja na Sri Lance. Las deszczowy Sinharaja. Wybraliśmy północną część. Mniej uczęszczaną. Dostaliśmy prywatnego przewodnika i chodziliśmy po lesie, a on nam pokazywał jak łatwo nie dostrzegamy zwierząt, obok których przechodzimy. Las przepiękny, ale czasem zwany też lasem pijawek. Więc znowu się na nie natknęliśmy, acz w podobnych ilościach. No i oczywiście psychicznie byliśmy już na nie przygotowani i wiedzieliśmy, czego wypatrywać. Potem już standardowo: my dogorywamy w samochodzie, a Malith prowadzi. Wieczór powitaliśmy już w Galle, w jego turystycznej części.

Paprocie w Sinharaja
Paprocie w Sinharaja

To już zupełnie inna Sri Lanka. Plaża, mnóstwo barów i restauracji i jeszcze więcej turystów. Zabawy wieczorne. Chwilę można się powłóczyć, ale to nie nasze klimaty. Prawdę mówiąc bardziej żałowaliśmy, że nie dało już rady wcisnąć obserwacji wielorybów, cóż to zostało do zobaczenia na Islandii.

Fort w Galle
Fort w Galle

Ostatni dzień objazdu Cejlonu rozpoczęliśmy dość wcześnie od wyjścia na plażę jeszcze przed śniadaniem, a potem zwiedzania fortu Galle i najbliższych okolic jak targ rybny. Czekała nas droga do Kolombo, a raczej Negambo, więc było to dzień mniejszych i większych przystanków.

Szlifowanie kamieni szlachetnych
Szlifowanie kamieni szlachetnych

Pierwszy z nich to kopalnia kamieni księżycowych (i sklep) w Meetiyagoda. Nie dało się wejść do samej kopalni, ale zobaczyć jak wygląda z zewnątrz i tak było ciekawe. Potem były dwa rozczarowania. Pierwsze to Madu Ganga i wodne safari w obszarze wpisanym na listę Ramsar, więc spodziewaliśmy się wszelakiego ptactwa. To jednak już cały czas ta „turystyczna” część Sri Lanki, więc po rzece wszystkie łodzie jeżdżą na silniku spalinowym. Wycieczka fajna, namorzyny też, ale zwierząt jak na lekarstwo. Ostatnia atrakcja to wylęgarnia żółwi morskich w Kosgoda. Też nam na tym zależało, ale także miejsce pozostawiało wiele do życzenia. Ciężko osądzać, bo jak zwykle są dwie strony medalu. Niemniej jednak Ras Al Jinz zdecydowanie bardziej do nas przemawiało.

Rzeczne safari na Madu Ganga
Rzeczne safari na Madu Ganga

Wieczorem wylądowaliśmy w Negambo i tu dobra rada, którą warto zapamiętać. Lotnisko w Kolombo jest praktycznie przy Negambo, łatwiej i szybciej dotrzeć tam z Negambo, niż przebijać się przez całe Kolombo. Rano pożegnaliśmy się z Malithem, już na lotnisku i rozpoczęliśmy kolejny, przedostatni etap naszej wyprawy.

Żółw w wylęgarni (Kosgoda)
Żółw w wylęgarni (Kosgoda)

Malediwy. I tu zaczniemy od dygresji o nazwie, która może pochodzić z tamilskich słów maalai i theevu, co razem oznacza Wieczorne Wyspy. Ładnie, prawda? Wszak położone są na zachód od Cejlonu i południowy-zachód od Indii. Być może etymologii nazwy należy szukać w języku syngaleskim, gdzie Maala Divaina oznacza Naszyjnikowe Wyspy. Podobnie brzmiące sanskryckie nazwy, na przykład Mahiladiva, oznaczają Girlandy Wysp. Obecna nazwa Republiki Malediwów w języku divehi brzmi Dhivehi Raa’jey. Malediwy tłumaczy się także jako Wyspy (podległe) Male (stolicy).

Malediwy z samolotu
Malediwy z samolotu

Powierzchnia lądowa Republiki Malediwów wynosi zaledwie 300 kilometrów kwadratowych (Polska dla porównania zajmuje 312 679 km2), ale za to rozciąga się w osi północ-południe na 820 kilometrów i wschód-zachód – 130 kilometrów (Polskę można wrysować w kwadrat o boku około 630 kilometrów). Kraj ten zamieszkuje 360 tysięcy osób. Jeśli porównać gęstość zaludnienia Malediwów i Polski, to ten pierwszy liczy 1321 osób/km2, zaś u nas zaledwie 123 osoby/km2.

I tu jest spory problem, bo doskonale zdajemy sobie sprawę, że dla wielu osób to raj na Ziemi i wyprawa marzeń, ale niekoniecznie dla nas. O ile Sri Lanka nas zachwyciła, o tyle Malediwy rozczarowały. Jak pewnie zdążyliście zauważyć, nie jesteśmy typem turysty, który spędza czas w luksusowych hotelach, wylegując się i czekając aż obsługa coś zrobi. A właśnie dla takich istnieją Malediwy. Prawdę mówiąc już nad jeziorem Malawi mieliśmy problem, by się odnaleźć w takim miejscu, tu nawet nie próbowaliśmy korzystać z resortów. Wybraliśmy bardziej dzikie i naturalne wyspy i tym razem nam to nie podeszło. Ze względu na przeloty nie kosztowało też dużo taniej niż jakiś wypasiony hotel w pobliżu Male, ale przyświecał nam inny cel.

Malediwy, Atol Laamu
Malediwy, Atol Laamu

Na rajski atol Laamu wybraliśmy się przede wszystkim dla lokacji z filmu „Gwiezdne Wojny: Łotr 1”. Udało się zaczerpnąć klimatu filmowego Scarif. Niestety, mnóstwo śmieci i zniszczona przyroda wywarły na nas zdecydowanie niekorzystne wrażenie, które przeważyło wszystko inne. Szali goryczy dopełnił fakt, że zabytków kultury – na przykład stanowisk archeologicznych z okresu dominacji buddyzmu na wyspach – właściwie nie dało się zobaczyć. Naczytaliśmy się ciekawych rzeczy o historii Malediwów, ale niewiele z tego udało nam się wypatrzyć. Także przyroda jest monotonna: wyspy, plaże i palmy, co nie jest złe, bo na Samoa sprawdzało się świetnie, ale brud powoduje, że nie chce się wychodzić poza plażę hotelową. Dla niektórych może raj, ale nie dla nas. O ile jeszcze część z pływaniem zrobiliśmy i to było ok. (choć więcej zabawy mieliśmy na raftingu), o tyle samodzielne chodzenie po wyspie Gan nie zajęło nam tyle czasu, ile planowaliśmy.

Siłą rzeczy wypad na Malediwy porównujemy z wypadem na Samoa, na który przylecieliśmy z Nowej Zelandii na podobnie krótki czas i niespodziewanie zabrakło nam dodatkowego dnia na zwiedzanie, tyle było do zobaczenia! Na Malediwach mieliśmy nadmiar czasu, a nie potrafimy wypoczywać leżąc plackiem.

Male widziane z lotniska
Male widziane z lotniska

Na Laamu spędziliśmy dwa noclegi, ostatni dzień Malediwów poświęciliśmy na Male. A że był to piątek, to w ogóle niewiele rzeczy było tam do zobaczenia. Trochę krajów muzułmańskich zwiedziliśmy, ale Malediwy pod niektórymi względami zdają się być bardziej konserwatywne i religijne niż kraje arabskie. W piątki w Male do czasu skończenia modlitw nie działają nawet stacje benzynowe. W czasie ramadanu w Maroko nie było takich obostrzeń. Nie to, żeby nam to jakoś przeszkadzało specjalnie, bo i tak chcieliśmy sobie tylko pochodzić po Male i zobaczyć Wielki Meczet Piątkowy (udało się wejść). Jednak w kilka godzin zobaczyliśmy wszystko, co chcieliśmy. I tu warto dodać, że wyspy z luksusowymi hotelami nie mają bardzo wielu ograniczeń, w tym często jest dostępny alkohol, no i są bardzo czyste.

Z ulgą przywitaliśmy powrót na Sri Lankę. Został nam ostatni fragment cejlońskiej układanki, Kolombo. Mówiąc wprost, nie nastawialiśmy się na wiele. Słyszeliśmy niepochlebne opinie o tym mieście, ale nam podeszło. Zwiedzanie zaczęliśmy od krótkiej wizyty w stolicy Sri Dźajawardanapura Kotte. Od lat 80. Kolombo de jure stolicą już nie jest, ale Kotte nie dość, że znajduje się w metropolii, to jeszcze tak prawdę mówiąc to właściwie dzielnica Kolombo. W Kotte oglądaliśmy budynek parlamentu i pływające wokół niego krokodyle.

Budynek Parlamentu w Kotte
Budynek Parlamentu w Kotte

Potem przyszedł czas już na właściwe Kolombo: z zabytkami, parkami, świątyniami czy centrum biznesowym. Zaś po dwóch noclegach w Kolombo przyszedł czas wyjazdu na lotnisko i powrotu do domu.

Wyjazd na Sri Lankę zaliczamy do bardzo udanych, głównie dlatego, że było bardzo różnorodnie i aktywnie (choć jak na nas i tak spokojnie). Naszym zdaniem ten wyspiarski kraj jest naprawdę warty odwiedzenia. Każdy znajdzie tam coś dla siebie: są zabytki starożytnej kultury, na wpół pochłonięte przez dżunglę, są rezerwaty o bardzo zróżnicowanych biotopach: od ujścia rzek przez lasy suche do rzadkich lasów mglistych i dziewiczych deszczowych. Kraj, w którym zawirowania historyczne odcisnęły swoje trwałe piętno. Wciąż żywe kontrowersje i nadzieje na lepszą przyszłość. Kontemplacyjny buddyzm i wielobarwny hinduizm, egzotyczne wydanie chrześcijaństwa i islamu. Spuścizna kolonializmu, wzgórza porośnięte herbacianymi krzewami. Długo by wymieniać wszystkie cudowności Cejlonu, z których wiele było zupełnie nieoczekiwanych. Zaś dobrze rozwinięta i zróżnicowana baza turystyczna sprawiają, że nawet niewprawiony turysta poczuje się tutaj pewnie.
Jeszcze raz dziękujemy naszemu niezrównanemu kierowcy, Malithowi Prasantha, którego możemy z całego serca polecić! Malediwy… cóż, niektóre miejsca nam nie podchodzą i trudno nam będzie się do nich przekonać. To co nas najbardziej cieszyło, to ciekawe widoki z samolotu. Wyspy wyglądały jak takie małe, urocze pantofelki.

Na koniec jeszcze dodatkowe informacje:

Malediwy praktycznie

Sri Lanka praktycznie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Podsumowanie
Szlak malediwski
Podsumowanie

Brazylia: Relacja i podsumowanie

Przyznajemy, Brazylia nigdy nie była na naszej liście celi do zobaczenia jakoś wyjątkowo wysoko. Owszem, kilku rzeczy chcieliśmy doświadczyć, jak karnawału w Rio de Janeiro, czy Amazonki w Manaus, ale nawet w Ameryce Południowej są kraje do których (wciąż) ciągnie nas bardziej. Jasne, gdy się patrzyło na zdjęcia wodospadów Iguazu to bardzo chciało się to zobaczyć, ale tak jest z wieloma miejscami na świecie. Czekają na swoją kolej, zaś plany robić można, a potem wszystko weryfikuje życie.

Dzień protestów w Brasilii (Brazylia)
Dzień protestów w Brasilii (Brazylia)

Wypad do Brazylii był dość niespodziewany, związany z koniecznością wykorzystania urlopów (a te lepiej spędzić gdzieś indziej niż w domu). Do zagospodarowania zostały prawie dwa tygodnie, w dodatku między wypadem do Armenii a podróżą do Iranu. Trzeba było to zgrać i nie zbankrutować. Właściwie to na stole zostały dwie opcje, druga to Indonezja. Wygrała Brazylia ze względu na bardziej dogodne i sumarycznie tańsze połączenia lotnicze. Niestety wiązało się to także z koniecznością odpuszczenia sobie kilku rzeczy. Karnawału w Rio nie zobaczy się w maju. Manaus też wypadło z listy, gdyż według informacji, które znaleźliśmy więcej zwierząt mogliśmy zobaczyć w Pantanalu. Napaliliśmy się na zwierzęta i nie było opcji zrobić i Amazonki i bagniska na raz. Krótki czas na przygotowanie, olbrzymi kraj sprawił, że tym razem nie wszystkie nasze wybory okazały się dobre.

Lecieliśmy z Warszawy, biletami kupionymi w Air France (powrót KLMem). Najpierw wylądowaliśmy na lotnisku w CDG w Paryżu, tam mieliśmy przesiadkę na długi lot do Rio. Większość lotu udało się przespać. Samo Rio podzieliliśmy sobie na dwie część: pierwszą na początku i drugą na sam koniec. Podział był dość czytelny, najpierw oglądamy to, co jest najbardziej charakterystyczne, a dopiero po powrocie sobie pochodzimy więcej po centrum. Zresztą zawsze najbardziej ciągnie do miejsc ikonicznych.

Rio De Janeiro
Rio De Janeiro

O bezpieczeństwie w Brazylii pisaliśmy nie raz, więc nie ma sensu się tu powtarzać zbytnio. Wiadomo, trzeba uważać, ale przede wszystkim nauczyć się tego kraju. Co można i czego nie można, by czuć się bezpiecznie. Stąd też podział na rzeczy turystyczne i mniej turystyczne potem wydał się być rozsądny.

Większość atrakcji jak Copacabana, Głowa Cukru czy katedra wyszły nam bez problemu. Ale z jedną istotną już tak nie wyszło. Kopenhaga ma pomnik Małej Syrenki, Rio de Janeiro ma pomnik Chrystusa Odkupiciela. Z daleka też jest raczej niewielki, właśnie jak tamta syrenka, stąd nazwaliśmy sobie ten pomnik Jesús Pequeñito. Mały problem w tym, że Jezus nam się trafił w bardzo złą pogodę (i z przygodami). Z powodu dużego obłożenia turystami, tu byliśmy sprytniejsi. Zarezerwowaliśmy wjazd na godzinę… i oglądaliśmy go w mgle, moknąc. Jak przyjedziemy tam kiedyś na karnawał, to wrócimy do Jezusa.

Rio zaś dało nam pogląd na to, czego można się spodziewać. Zwłaszcza, gdy widzi się turystów z plecakami na brzuchu, bezdomnych śpiących pod hotelami, a potem wręcz idylliczną, pełną zabawy plażę, na której ludzie czują się całkowicie bezpiecznie. Główne atrakcje Rio zobaczyliśmy od razu, włączając w to spacer słynną plażą, ale najbardziej podobała nam się Głowa Cukru. Pogoda w tym wypadku dopisała, a widoki niesamowite. No i jeszcze „Moonraker” w pamięci.

Wodospad Iguazú
Wodospad Iguazú

Dalej zaczął się problem, z którym musieliśmy się borykać przez większość brazylijskiej wyprawy. Transport. To duży kraj, odległości są wielkie, więc jeśli skacze się po nim, to traci się dużo czasu na podróżowaniu. Fani latania z pewnością byliby zadowoleni, ale my bardziej traktujemy przeloty jako część techniczną. Tym razem (słabe planowanie), zjadło nam sporo właściwego czasu. Nawet dotarcie do Foz było związane z przesiadką w São Paulo. I tym samym kilka godzin w plecy. A właśnie Foz do Iguaçu było naszym kolejnym przystankiem, jako baza wypadowa do wodospadów Iguazu.

Flaga Argentyny (Iguazu, Argentyna)
Flaga Argentyny

W sumie spędziliśmy tu dwa dni, w sam raz by zobaczyć część argentyńską i brazylijską tych fenomenalnych wodospadów, a na dokładkę zwiedzić jeszcze Park Ptaków. Pod wieczór wsiedliśmy do autobusu, w którym spokojnie przespaliśmy noc i obudziliśmy się dopiero w Campo Grande. Same wodospady są wspaniałe i bardzo przypadły nam do gustu. A do tego w uszach się brzmiała nam muzyka Ennio Morricone z filmu „Misja”, nierozerwalnie związanego z historią Indian Guarani i tym miejscem. Z perspektywy czasu to zdecydowanie najlepszy punkt tego wypadu, choć my liczyliśmy bardzo na kolejny, zaostrzając sobie tylko apetyt.

Kajman żakare (Pantanal, Brazylia)
Kajman żakare (Pantanal, Brazylia)

Dalej miał być początek naszej najdłuższej i najbardziej oczekiwanej atrakcji, czyli Pantanalu. Niestety źle wybraliśmy. Chcieliśmy dostać safari, by oglądać dzikie zwierzęta, trafiliśmy na agroturystykę ze znikomą szansą na spełnienie naszego podstawowego celu. Czyli spokojnie można było lecieć do Manaus. Następnym razem dokładnie tam się udamy. Zaś dzięki temu, że dokarmiają tu ptaki i choć je można było poobserwować, jakoś to przetrwaliśmy, a patrząc na zdjęcia to przynajmniej tyle.

Katedra (Brasília)
Katedra (Brasília)

Po czterech dniach wróciliśmy na lotnisko, by udać się do pierwszego z naprawdę dziwnych miejsc w Brazylii, czyli stolicy. Brasilia jeśli chodzi o architekturę jest to miejsce wyjątkowe, zaplanowane i unikalne. Jednocześnie można tu zobaczyć chyba wszystkie wady i zalety modernizmu. Doświadczenie tego na własne oczy, choćby gdy próbuje znaleźć się przejście przez ulicę jest doprawdy pouczające.

Salvador
Salvador

Po Brasilii udaliśmy się samolotem do pierwszej stolicy, czyli Salvadoru. To miasto, które nas oczarowało swoim klimatem. Nie dlatego, że na ulicach stoi tam wojsko i jest niebezpiecznie. Urzekło nas takim postkolanizmem, jaki chcieliśmy zobaczyć. Dodatkowo się widać tu afrykańskie korzenie, co sprawia wrażenie inności, unikalności i nakładania się kultur. Prócz zabytków oglądaliśmy także pokazy tańców, które zdecydowanie wzbogaciły naszą wyprawę.

Po dwóch dniach w Salvadorze czas wrócić do Rio, na jak liczyliśmy 1,5 dnia (z którego pół było zaplanowane na jeszcze jeden wypad). Niestety trafiliśmy na dzień, w którym zbankrutowała brazylijska Avianca, o czym dowiedzieliśmy się na lotnisku. Z przygodami, dodatkowymi przesiadkami i sporym opóźnieniem dotarliśmy do Rio. Właściwie to opóźnienie znów pokrzyżowało nam plany, wcześniej zastanawialiśmy się czy jeszcze nie spróbować wrócić na Jezusa, gdyby była lepsza pogoda. Ale coś musiałoby wypaść. Dobrze, że tu i tak planujemy kiedyś wrócić.

Petropolis widziane z góry
Petropolis widziane z góry

Następny dzień podzieliliśmy na Rio oraz na kolejną ciekawostkę miejską, czyli Petropolis. Brazylijska odpowiedź na Wersal, przynajmniej w założeniu, w wykonaniu niekoniecznie. To w sam raz idealne miejsce na półdniowy wypad z Rio. Można tu zobaczyć jak arystokracja bawiła się w Europę, budując nawet palmiarnię w tropikach.

Po powrocie jeszcze pochodziliśmy sobie po Rio de Janeiro. Będzie potrzebna dogrywka z karnawałem w roli głównej. Miejmy nadzieję, że do tego czasu otworzą już muzeum narodowe, które niestety się spaliło jakiś czas temu.

São Paulo
São Paulo

I został lot do domu z samego rana, z przesiadką w Sao Paulo. Tam mieliśmy na tyle czasu, by móc spokojnie powłóczyć się po centrum. To olbrzymie miasto, więc zawsze będzie mało, ale chcieliśmy zobaczyć tą część związaną z neogotycką architekturą. Pod wieczór wróciliśmy na lotnisko, mając jeszcze jedną przesiadkę w Amsterdamie. Potem zaś droga do domu. A Brazylia, cóż za organizację możemy mieć w dużej mierze pretensje do siebie. Zaś przed ostatecznym werdyktem będziemy potrzebować dogrywki, właśnie po to by zobaczyć kilka dodatkowych ikonicznych miejsc.

Dodatkowe linki:

Informacje praktyczne o Brazylii

Informacje praktyczne o Argentynie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak brazylijski
Brazylia: Relacja
Szlak argentyński
Brazylia / Argentyna – relacja

Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Relacja – podsumowanie

Patrząc jakie u nas jest powszechne wyobrażenie Arabów, Zjednoczone Emiraty i Oman zdecydowanie są „wyjątkiem potwierdzającym regułę”. Brudne, słabo rozwinięte, niewysokie budynki w niebezpiecznym kraju „ciapatych Arabusów” (to cytat z komentarzy na portalach informacyjnych, żeby nie było), gdzie można stracić głowę. Tyle że oba wspomniane kraje nijak nie pasują to stereotypów. Te oczywiście nie biorą się całkowicie z powietrza, a nie zawsze generalizowanie daje właściwe efekty. Z jednym możemy się zgodzić, zwłaszcza Zjednoczone Emiraty to coś naprawdę wyjątkowego, czego próżno szukać w innych miejscach naszej planety. To inny świat, taki, który nie do końca do nas przemawia, ale który dobrze jest zobaczyć i ocenić samodzielnie. A na zakupach naprawdę można stracić głowę (i linię kredytową)

Oman
Oman

Arabskie stereotypy a rzeczywistość

Bardziej niż religia, czy stereotypy, na tych miejscach (zarówno ZEA jak i Oman, choć ten trochę mniej) swoje piętno odcisnęła ropa i olbrzymie pieniądze, przy bardzo szybkim rozwoju. Wystarczy pójść do Muzeum Dubajskiego (lub wioski dziedzictwa w Abu Zabi), by przekonać się jak w latach 50. czy 60. poprzedniego stulecia wyglądały te tereny. Zacofane, biedne, znajdujące się gdzieś na samym końcu świata (to pasuje do stereotypów). Z drugiej strony, warto pamiętać, że w pobliskiej Arabii Saudyjskiej, aż do 1962 roku istniało niewolnictwo. Te dwa aspekty wbrew pozorom są ze sobą bardzo związane i bardzo dobrze ukazują dzisiejsze Emiraty (mniej Oman). Emiraty wyrosły, może nie na niewolnictwie klasycznym, ale bardziej cywilizowanej formie, pracowników głównie z Pakistanu, Indii i wschodniej Azji, którzy tu robią wszystko. Podział między Arabów i ich podwładnych jest bardzo zauważalny, zwłaszcza gdy nadarza się okazja, by zobaczyć relację podwładny i pracodawca.

Yiti, Oman
Yiti, Oman

Stereotypy oczywiście nie biorą się znikąd, ale tu naprawdę są bardzo odległe od rzeczywistości. Emiraty zaś to z pewnością jeden z najdziwniejszych krajów, jakie można zobaczyć. Choćby dlatego, że zwiedza się tu głównie hotele i centra handlowe, w mniejszym stopniu inne rzeczy. Choć normalnie nie bylibyśmy zachwyceni, tu nieraz zbieramy szczęki z podłogi, by chwilę później zastanowić się, cośmy właściwie widzieli. Oman pod tym względem jest normalniejszy. W obu przypadkach to miejsca naprawdę bezpieczne. W Dubaju podobno przestępczość drobna nie istnieje. Chciałoby się takie standardy zaszczepić w krajach Zachodu. Oman zaś to Bliski Wschód jaki znamy i lubimy, więc od razu poczuliśmy się tu jak w domu.

Podróż do Emiratów i Oman zaczęliśmy w Warszawie, lecąc przez Zurych, który obejrzeliśmy sobie nocą i porankiem. Liczyliśmy na śnieg, w końcu to styczeń, ale niestety, nie było. Zupełnie jak u nas. Lecieliśmy Swissem w obie strony.

Wielki Meczet Szejka Zajida w Abu Dhabi
Wielki Meczet Szejka Zajida w Abu Dhabi

Stolica Emiratów

Do Emiratów dotarliśmy w nocy. Dokładniej do Dubaju, ale pomijając nocleg, zostawiliśmy sobie to miasto na sam koniec. Rano wzięliśmy samochód i pojechaliśmy do Abu Zabi (lub Abu Dhabi jak się wygodniej mówi, zwłaszcza po angielsku). Mieliśmy wykupioną wejściówkę do szpitala dla sokołów. Pierwsza z emirackich atrakcji i od razu zaczynamy się zastanawiać, w jakim świecie wylądowaliśmy. Zwłaszcza, gdy jest mowa o sokołach kosztujących po pół miliona złotych.

Abu Dhabi zaskoczyło nas zarówno okolicami hotelu Emirate Palace, jak i przede wszystkim meczetem szejka Zeyda. Wiedzieliśmy, patrząc na zdjęcia, że nam się spodoba. Jest przecudowny, taki bajkowy i wciągający. Spędziliśmy tam więcej czasu niż planowaliśmy.

Pustynia Liwa
Pustynia Liwa

Dzień na pustyni

Kolejny dzień w całości poświęciliśmy na pustynię Liwa. Chcieliśmy znaleźć miejsca, w których kręcono „Przebudzenie Mocy”. Zakładamy, że w pewien sposób do nich dotarliśmy. W każdym razie cały dzień jazdy z wieloma krótkimi przystankami.

Okolice pustyni Liwia (ZEA)
Okolice pustyni Liwia (ZEA)

Wieczorem zajechaliśmy do Al-Ajn. Mieliśmy nocleg blisko targu ze zwierzętami. To ostatnie targowisko, gdzie normalnie sprzedaje się wielbłądy, stąd też nazwa popularna tego miejsca – targ wielbłądów. Obecnie coraz bardziej robi się z tego atrakcja turystyczna, ale nie w godzinach rannych. Wtedy, gdy  wszyscy się dopiero rozkładają, można to spokojnie obejrzeć. Później zaś pojechaliśmy do centrum zobaczyć oazę i forty, a następnie przejazd do Omanu, w kierunku Maskatu.

Al Jahili Fort - Al-Ajn
Al Jahili Fort – Al-Ajn

Wjazd do Omanu

Przekraczanie granicy trudne może jest, to bardziej formalność. Przede wszystkim trzeba to zgłosić w wypożyczalni jeszcze przed przylotem, tak by przygotowali dokumenty, czyli zezwolenia i ubezpieczenia. Normalnie w Emiratach nie potrzebujemy, a przez to często też nie dostajemy, dowodu rejestracyjnego, bo wystarcza kopia. Jak się wjeżdża do Omanu, konieczny jest oryginał. Wjazd do Omanu wiąże się z różnymi kontrolami dokumentów, to trochę trwa., Problemem okazał się Google Maps i GPS na nim bazujący, który nie działa w Omanie.

Wielki Meczet Sułtana Kabusa w Maskacie (Oman)
Wielki Meczet Sułtana Kabusa w Maskacie (Oman)

Tym razem nie było wielu przystanków na trasie, więc popołudnie to już zwiedzanie stolicy Omanu, przede wszystkim muzeum, suk, nadbrzeże i meczet z zewnątrz nocą.

Meczet sułtana można oglądać tylko w określonych porannych godzinach, więc spróbowaliśmy i się udało. Nie jest tak bajkowy jak ten w Abu Zabi, ale też interesujący. No i to nie są sunnici tylko ibadyci (rodzaj charydżyzmu).

Delfin, rejs po Zatoce Omańskiej
Delfin, rejs po Zatoce Omańskiej

Omańskie wybrzeże

Po meczecie mieliśmy raczej dzień przyrodniczy. Pojechaliśmy nad Zatokę Omańską, by spróbować pooglądać delfiny. Rejs przypomina trochę afrykańskie safari, co nam się podobało.

Dalej jechaliśmy wzdłuż wybrzeża do Ras Al Jinz czyli żółwiej plaży, mijając mniejsze atrakcje po drodze. Oprócz Sur było tam kilka mniejszych postojów (jak Yiti).

Żółwica w Ras Al Jinz
Żółwica w Ras Al Jinz

Raz Al Jinz natomiast to jeden z najważniejszych punktów wyjazdu. W sumie może nawet kulminacyjny. Pomimo faktu, że to nie był sezon, w którym żółwie się lęgną, a na dodatek w poprzednich dniach było z żółwiami na plaży ciężko, nam się udało. W dodatku za pierwszym razem (za drugim nie). Mieliśmy dwie wizyty: jedną jak już się ściemniło, tam udało się zobaczyć żółwice składające jaja (na plaży było ich sześć w sumie), a także małego żółwiczka. Poranny spacer skończył się zaś oglądaniem wschodu słońca na plaży. To robi wrażenie.

Wadi Bani Khalid
Wadi Bani Khalid

Powrót na pustynię

Kolejny punkt, znów ciekawy, bardzo się nam podobał. Wadi Bani Khalid, czyli skałki, wąwóz i stosunkowo krótki spacer. Najgorzej było trafić na miejsce, ale ponieważ po Omanie jeździ wiele wycieczek, gdy zobaczyliśmy samochód, w którym przewodnik obwoził turystów, wystarczyło go śledzić.

Namioty w Wahiba Sands
Namioty w Wahiba Sands

Stamtąd kolejny nocleg, tym razem na pustyni. Czyli Wahiba Sands, z możliwością samodzielnego pochodzenia po wydmach. Na to czekaliśmy. Cisza, spokój, nikt nie przeszkadza, a wieczorem można obserwować gwiazdy.

Wielki Kanion Omanu

Kolejny dzień zaczęliśmy od fortu Bahla. Zabytek UNESCO, choć bardzo ciekawe jest, jak on się znalazł i utrzymał na tej liście. Zwłaszcza, że nie spełnia do końca wymogów formalnych. Raczej odnosi się wrażenie, że bogaty Oman potrafi przekonać UNESCO, by to miejsce utrzymać na rzeczonej liście. Choć organizacja ta ma też swoje granice wytrzymałości. Inne miejsce, rezerwat oryksów, który w Omanie został mocno zaniedbany, wykreślono. Tu przynajmniej próbowano coś zrobić.

Dżabal Szams
Dżabal Szams

Bahla to odskocznia do wyprawy na Jabal Shams i do wielkiego kanionu Omanu. To kolejne miejsc w Omanie, gdzie mamy opad szczęki i wrażenie wow. Kanion oglądaliśmy częściowo z dołu, później już z góry. Droga miejscami ciężka, ale do przejechania, za to samochód trzeba były wymyć. W wypożyczalni zabronili nam offroadów. Już dojeżdżając do Wahiba Sands pewnie złamaliśmy tę zasadę. Tu zaś formalnie droga jest, miejscami to sam ubity piach, ale na Googlach jest. Samochód był tak brudny, że pewnie byłaby kara, gdyby go zobaczyli, więc jeszcze w Omanie go wymyliśmy. Szczęśliwie dla nas, nikt się nie zorientował i nie obarczono nas żadną karą.

Kozi targ w Nizwie (Oman)
Kozi targ w Nizwie (Oman)

Omański targ w Nizwie

Pod wieczór wróciliśmy do Nizwy. Przejeżdżaliśmy przez nią wcześniej, ale bez zatrzymywania się. Miasto to jest dość niepozorne, owszem jest fort, jest suk, ale wieczorem byliśmy całością bardzo zawiedzeni. Następnego dnia z samego rana, a był to piątek, pojechaliśmy jeszcze raz na suk. Doskonale wiedzieliśmy, że tego dnia odbywa się tam słynny targ kóz i czego by nie mówić, jest to niesamowite wydarzenie. Bardzo prawdziwe, jeszcze nie turystyczne, no i cały suk żył.

Fort Bahla
Fort Bahla

Powrót do Emiratów

To była nasza ostatnia atrakcja w Omanie. Czas powrócić do Emiratów. Znów czekał nas przejazd przez granicę i na dłuższą chwilę zatrzymaliśmy się ponownie w Al-Ain. Tym razem chcieliśmy zobaczyć jedną atrakcję, mianowicie ogród zoologiczny, który słynnie z rozmnażania oryksa arabskiego, przywracanego naturze. Zresztą to także ośrodek hodowlany innych gatunków, jak oryks szablorogi (występujący np. w Tunezji). Trochę obawialiśmy się tego ośrodka (pamiętamy jak wyglądało np. zoo w Shanghaju), ale tu nas bardzo pozytywnie zaskoczyło.

Dubaj

Na koniec zaś został już tylko Dubaj. Tu bardzo szybko wyleczyliśmy się z jeżdżenia samochodem po mieście: raz szukanie miejsc do parkowania, dwa: ślimaki i ruch, trzy: GPS nie dający rady. Efektywniejsze okazało się metro, transport lokalny, a nawet taksówki. Próbowaliśmy wpierw jeszcze zweryfikować kwestię wyścigów wielbłądów, ale niestety okazało się, że są dokładnie w tym samym czasie, kiedy mamy zarezerwowany (i opłacony) wjazd na Burj Kalifa.

Panorama Dubaju wieczorem
Panorama Dubaju wieczorem

Dubaj zaś to miasto dziwne, tu się zwiedza centra handlowe i hotele. Bogate, w sam raz na to, by zostawić interesujące wspomnienia na koniec. Jedno jest pewne, złoty suk w Maskacie podobał nam się o wiele bardziej, bo był mniej turystyczny, a bardziej nastawiony na sprzedaż lokalną.

Dubaj, Zjednoczone Emiraty Arabskie
Dubaj, Zjednoczone Emiraty Arabskie

Po Dubaju zaś nadszedł czas, by wracać do domu. Czekała nas jeszcze jedna nerwówka, czyli lotnisko. W Emiratach jest mnóstwo fotoradarów i ograniczeń, a taryfikator zaczyna się od 600 AED (czyli ok. 600 PLN). Choć staraliśmy się jechać zgodnie ze znakami, nigdy nie wiadomo, czy czegoś nie pominęliśmy. Tu było trochę emocji, jeden mandat… ale okazało się, że z został po poprzednim wypożyczającym ten samochód. Więc z lekkim sercem i ciężkim bagażem zostało czekać na samolot do domu.

Dodatkowe wpisy: O podróżowaniu po obu krajach. Informacje praktyczne o ZEA. Informacje praktyczne o Omanie.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Podsumowanie
Szlak emiracki
Podsumowanie

Japonia & Korea: Relacja – podsumowanie

Czy jest lepszy moment na podróż do Japonii niż okres kwitnienia wiśni? Pewnie tak, bo Japonia przez cały rok oferuje różne atrakcje, ale to właśnie hanami upatrzyliśmy sobie na nasz japoński debiut.

Przygotowania i wybór lotu do Japonii

Chcieliśmy polecieć do Japonii wspierając naszego narodowego przewoźnika. Niestety od przebudowy strony internetowej, LOT nie oferuje na niej możliwości wyboru lotu do jednego miejsca i powrotu do drugiego, choć można to zrobić telefonicznie. Tu mała uwaga praktyczna: zamiast dzwonić wprost na linię telefoniczną, lepiej zadzwonić do okienka na swoim lotnisku, tam zrobią coś takiego chętnie (bo poprawiają sobie wyniki sprzedaży, a poza tym się często nudzą). Dobra, pozostało więc czekać na promocję i dzwonimy. Okazało się, że promocje LOTu nie przewidują łączenia kierunków – więc nagle cena połączenia WRO – WAW – NRT i z powrotem z Seulu niesłychanie wzrosła i przestała być atrakcyjna. Pozostało poszukać alternatywy, padło na Air China z przesiadką w Pekinie, ale niestety zbyt krótką, by po latach odwiedzić to miasto. No i wylot z Warszawy, ale to już mamy przećwiczone.

Shinkansen w Tokio
Shinkansen w Tokio

Potem zaczął się okres intensywnego planowania. Ponieważ wybieraliśmy się w dużej mierze na kwitnienie wiśni w pierwszej połowie kwietnia, więc weryfikowaliśmy pogodę i prognozy. W lutym wyglądało na to, że załapiemy się raczej na kwitnie w Kioto, bo wszystko było późno w tym roku. Ale marzec zmienił wszystko (a już za późno, by pewne ustalenia przekładać) i wylądowaliśmy w Tokio w momencie, gdy wiśnie przekwitły. Szczęśliwie był plan B, polegający także na tym, że mamy do dyspozycji Japan Rail Pass (którego działanie trzeba było zrozumieć) i możemy sobie odbić na północ, byleby te sakury zobaczyć. Wyszło nawet jeszcze wygodniej, ale o tym poniżej.

Skrzyżowanie Shibuya w Tokio
Skrzyżowanie Shibuya w Tokio

Zielona Japonia, czyli pierwsze wrażenie

Na początek wylądowaliśmy w Tokio i to nasz pierwszy kontakt z kulturą i japońskim stylem życia. Tokio zaskakuje, spodziewaliśmy się bardziej futurystycznej metropolii (bliższej Szanghajowi (wtedy jeszcze nie widzieliśmy Seulu)), ścigającej się z Dubajem. Ale na miejscu okazało się, że owszem są kolorowe, pstrokato oświetlone zaułki, lecz wszystko jest ogólnie poukładane, dużo zieleni i ciszy. To nie jest Japonia z wyobrażeń, tym ciekawiej będzie się ją poznawało. Zieleń w takiej ilości to coś, co nas najbardziej zaskoczyło.

Prawda jest taka, że Japonia nie jest tak silnie zurbanizowanym krajem, jak to sobie wyobrażaliśmy. Określenie „kraj kwitnącej wiśni” nie jest przesadą: około 60% całego kraju pokrywają lasy! Dla porównania Polska, jeden z najbardziej zalesionych krajów Europy, w 29% jest zajęta przez lasy. Spora różnica. Doliczając miejską zieleń: parki, skwery, wszelkie zieleńce, żywopłoty i zielone tarasy, mamy ogromną ilość zieleni. To naprawdę rzuca się w oczy. Przy tym jest to zieleń bardzo zadbana, można powiedzieć – zaprojektowana. Nie jest pozostawiona sama sobie, ale schludnie przystrzyżona, zebrana w ładne kompozycje.
W tych oazach schronie znajdują liczne gatunki ptaków, jaszczurki i żółwie.

Tokio
Tokio

Natomiast wracając do wyobrażenia Japonii jako kraju high-tech: w Tokio niewiele jest nowoczesnych drapaczy chmur, robotów i całej tej reszty. Duża część miasta powstała w stylu lat 70. i 80. To widać. Ale brak tego bijącego po oczach na każdym kroku futuryzmu wcale nie świadczy o „zacofaniu”. Kraj kwitnącej wiśni jest bardzo dobrze przemyślany i zrównoważony. To robi naprawdę wspaniałe wrażenie. Zaś neony i cała ta reszta też są, acz niekoniecznie na każdym kroku.

Zaczynając od Tokio

W Tokio oczywiście obejrzeliśmy kilka słynnych miejsc z listy do odhaczenia (jak targ rybny), trochę mniej znanych czy przypadkowych, ale też zwiedziliśmy muzeum narodowe. To zawsze daje ciekawy pogląd na historię i kulturę danego kraju. A jak jeszcze uda się to zrobić na początku wyprawy, tym lepiej. W stolicy zaś szczególnie podobała się nam Sensō-ji nocą, czy neony na Chuo Dori, no i park Ueno oraz oczywiście pomnik Godzilli.

Nikko
Nikko

Po Tokio przyszedł czas na aktywację Rail Passa (formalności załatwiliśmy po przylocie na lotnisku). Pierwszy wypad dość krótki, do Nikko. Klimatyczne świątynie w lesie cedrowym. Jedziemy też zobaczyć słynny wodospad. W tym momencie już wiemy, czego się spodziewać po Japonii i bardzo, ale to bardzo się nam podoba. Z Nikko nie wracamy do Tokio, nocujemy w miejscowości Ustonomiya, słynącej z pierożków.

Lis w Zao Fox Village
Lis w Zao Fox Village

Lisy, wiśnie i małpy

Kolejny etap podróży to Zao Fox Village, czyli lisia wioska. Dotarcie do niej jest o tyle problematyczne, że potrzebujemy taksówki na ostatnim fragmencie odcinku podróży, ale wygląda to znakomicie. Oddalona atrakcja, niezbyt często odwiedzana, ale taka japońska. Puchate liski to coś, co ewidentnie tu lubią, zwłaszcza, że zwierzęta te mają swoje miejsce w symbolice i religii szinto. Z tej perspektywy to miejsce nabiera dodatkowego znaczenia.

Wiśnie Sakura
Wiśnie Sakura

Z wioski lisów wracamy na południe, ale z „awaryjnym” przystankiem w Fukushimie. Miasto to nie jest strefa zamknięta jak Prypeć, niesławna elektrownia znajduje się w prefekturze dość daleko stąd. Tu zaś lądujemy w jednym konkretnym celu: zobaczyć kwitnienie wiśni. Jest tu specjalny ogród, autobusy kursują z dworca i możemy spokojnie zająć się podziwianiem kwiatów.

Makaki japońskie w Jigokudani
Makaki japońskie w Jigokudani

Nasz następny cel to Yunadaka i śnieżne małpy, czyli makaki japońskie. Atrakcja częściej odwiedzana niż liski, ale też raczej nie należąca do „obowiązkowych”. Choć nie dla nas. Małpy udało się zobaczyć i tym samym te najważniejsze, najdziwniejsze elementy naszego wyjazdu mamy już zobaczone. A wciąż to przecież początek. Jeszcze w Yunadace udało się „zaliczyć” ryokan z osenem, więc w ogóle idzie bardzo dobrze.

Wielki Budda w Kamakurze
Wielki Budda w Kamakurze

Wielki Budda, jelenie i Góra Fudżi

Po małpach wyruszyliśmy do Kamakury, głównie by zobaczyć Wielkiego Buddę. To nas tam przyciągnęło, ale było warto odwiedzić też inne świątynie, a także przespacerować się po plaży. Tu już skracamy sobie drogę przed najdłuższym kawałkiem do przejechania. Wiele osób przyjeżdża do Kamakury tylko dla Buddy, na bardzo krótko, więc wieczorami miasto się wręcz wyludnia, jeśli chodzi o turystów.

Fudżi, jezioro Ashi i Hakone
Fudżi, jezioro Ashi i Hakone

Z Kamakury jedziemy do Kioto, ale mamy dwa przystanki po drodze. Pierwszy planowany i istotny to Park Narodowy Hakone. Główny cel: zobaczenie góry Fudżi. Widoczność świetna, więc główny cel zdobyty. Zaś poboczny to niestety pierwsza rzecz, która się nam nie udała. Chodzi o możliwość obejrzenia zbocza wulkanu z gejzerami, gorącymi źródłami i ugotowania tam sobie samodzielnie jajek. Mają one wtedy taką fajną czarną skorupkę. Stężenie gazów było zbyt duże, więc ta atrakcja była zamknięta. Ale świeże czarne jajka zjedzone. Pod wieczór dotarliśmy do Nagoji, ale tam tylko nocleg techniczny. Trochę bolejemy nad tym, ale co poradzić, nie wszystko się da pogodzić.

Nara, Pawilon Wielkiego Buddy
Nara, Pawilon Wielkiego Buddy

Z rana przejazd do Kioto, zrzucenie bagaży i przejazd do Nary. Tu mamy kolejne zwierzątka, czyli jelenie sika, no i znów piękne świątynie. W Kioto zaś spędzamy następne dni, najpierw jest to nasza baza wypadowa, tak więc Kioto wieczorami i nocą dość dobrze zwiedziliśmy. Potem zaś, gdy kończy się Rail Pass, zostajemy jeszcze na trochę w tym mieście.

Hiroszima, Kopuła Bomby Atomowej
Hiroszima, Kopuła Bomby Atomowej

Zamek Himeji i Hiroszima

Następny wypad z Kioto to Hiroszima i Miyajima. Ta druga nas zachwyciła, pomimo nienajlepszej pogody. Chciałoby się zostać dłużej. No i znów mamy do czynienia z jeleniami sika. Te jednak są bardziej napastliwe. Pobodły, pokopały i jeszcze próbowały kraść. Zaś Hiroszima, cóż… Istotny punkt do zobaczenia ze względu na historię. Ale miasto dobrze ukazuje, z jakich gruzów to odbudowano i ile Japonia od tego czasu przeszła.

Himeji, Zamek Białej Czapli
Himeji, Zamek Białej Czapli

Kolejny dzień to krótszy wyjazd z Kioto, taki trochę na nieco ponad pół dnia. Himeji i słynny zamek pojawiający się czy to w Bondzie czy w filmach Kurosawy. Natomiast w Himeji mieliśmy jedno z największych zaskoczeń w Japonii. Przywykliśmy już, że świątynie są miejscem do zwiedzania, centrum komercyjnym, raczej pozbawionym duchowości. Owszem, widzieliśmy już też wiernych między turystami, ale raczej byli dodatkiem. Więc wybierając się do świątyni na górze Sosha, raczej liczyliśmy na to, że będziemy szukać kolejnego filmowego miejsca („Ostatni samuraj”). To znaleźliśmy, ale okazało się, że to jest miejsce pielgrzymkowe i faktycznie przybywają tu buddyjscy pątnicy. Skupienie, śpiewy, modlitwy, to robi naprawdę duże wrażenie, bo nagle te świątynie przestają być tylko interesującym zabytkiem.

Złoty Pawilon w Kioto
Złoty Pawilon w Kioto

Kioto – Osaka

Dalej zostaje nam jeszcze kilka noclegów w Kioto. Tu znów raczej standard: od świątyni do świątyni. Złoty Pawilon, Srebrny Pawilon, trochę po okolicy. Ładnie. Trzeba się tylko liczyć z tłumami turystów, zwłaszcza w okolicy Złotego Pawilonu. Kioto jest fascynujące i pewnie do zobaczenia kolejnych świątyń przydałoby nam się jeszcze co najmniej dwa dni. Ale czas ruszać dalej.

Zamek w Osace
Zamek w Osace

Japonię kontynentalną kończymy w Osace. Nowoczesne, biznesowe miasto, takie spokojne pożegnanie. Jest kolejny zamek, choć już bardziej muzeum, nie robi takiego wrażenia jak Himeji. Dalej lecimy na Okinawę.

Rekin wielorybi, Churaumi Aquarium, Okinawa
Rekin wielorybi, Churaumi Aquarium, Okinawa

Okinawa

Na Okinawie nie wzięliśmy samochodu i to był największy błąd, jaki można zrobić. Jeśli przyjeżdża się tu na dłużej, by trochę pobyczyć się w ośrodkach i czasem coś zobaczyć, to nie ma takiej potrzeby. Na kilka dni i przy chęci zobaczenia czegoś poza hotelową plażą to konieczność. Niestety doszliśmy do tego wniosku już w trasie. W każdym razie pierwsza rzecz to ostatnia wielka japońska atrakcja – czyli Churaumi Aquarium z rekinami wielorybimi. Warto się było tu tłuc.

Naha - pałac królewski Riukiu
Naha – pałac królewski Riukiu

Ostatnie miejsce w Japonii to Naha, stolica Okinawy i tam głównie zajmujemy się zabytkami po Królestwie Riukiu, w tym zamkiem, który zdążył już spłonąć. To takie małe Niderlandy Azji, wcielone do Japonii. Wyspa ta to także jeden wielki grobowiec, pełny memoriałów po amerykańskiej inwazji na Okinawę.

Król Sejong, pomnik w Seulu (Korea Południowa)
Król Sejong, pomnik w Seulu (Korea Południowa)

Przystanek w Korei

Z Okinawy polecieliśmy do Seulu, bardziej by liznąć Korei. Bazą wypadową jest Seul, ale mieliśmy wycieczkę na jedną istotną atrakcję – DMZ, czyli strefa zdemilitaryzowana. Póki jeszcze działa tak naprawdę, to jest dość niecodzienne miejsce, choć pełne turystów. Tu trochę plany pokrzyżował nam Kim. Nie dało się zobaczyć JSA, bo szykowano się do rozmów pokojowych. Może to i dobrze i w końcu takie miejsca jak DMZ będzie można zlikwidować (lub przerobić w pełni na atrakcję turystyczną).

Pałac Gyeongbokgung
Pałac Gyeongbokgung

Seul zaś – tu koncentrujemy się na centrum z pięcioma pałacami, świątyniami, pozostałościami murów. Wiemy jedno: do Korei kiedyś będziemy chcieli wrócić, by zobaczyć obrzeża Seulu i pojechać gdzieś dalej.

DMZ, Korea
DMZ, Korea

Prawdę mówiąc Korea chyba w wielu miejscach bardziej przypominała nasze wyobrażenia o Japonii niż sam kraj kwitnącej wiśni. W każdym razie obie kultury są fascynujące. Zaś sam wyjazd tym samym okazał się być nie tylko udany, ale i kształcący.

Przydatne linki:

Korea – informacje praktyczne

Japonia – informacje praktyczne

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Podsumowanie
Szlak koreański
Podsumowanie

Nowa Zelandia & Samoa, relacja – podsumowanie

Nowa Zelandia od lat była wśród najbardziej pożądanych przez nas lokacji. Ale to miejsce bardzo od Polski, antypody w  dosłownym tego słowa znaczeniu. Minęło wiele czasu, zanim udało się nam zrealizować te marzenia. W każdym razie wiedzieliśmy jedno od samego początku: to kraj, do którego jedzie się dla przyrody. Miasta odpuszczaliśmy na tyle, na ile to możliwe. Owszem, pewne rzeczy chcieliśmy tam zobaczyć (zoo w Auckland, Weta Cave w Wellington), ale częściej zatrzymywaliśmy się tam z powodów logistycznych.

Krajobraz Wyspy Południowej (Nowa Zelandia)
Krajobraz Wyspy Południowej (Nowa Zelandia)

Wyprawa do Nowej Zelandii, decyzja, bilety i przygotowanie

Zdecydowaliśmy się na lot Qatar Airlines, czekaliśmy na promocję i kupiliśmy bilety. Ponieważ szykowaliśmy się na przelot przez parę lat, to całkiem nieźle udało nam się tę promocję wyczaić (po Nowym Roku). Qatar ma jedną podstawową zaletę: z Warszawy leci się tam tylko z jedną przesiadką. Potem leci się jakieś 17 godzin, ale sumarycznie czas lotu jest  mniejszy, niż u konkurentów. Jedyny problem był taki, że jakiś czas po zakupie biletów zaczął się kryzys na linii Katar – Arabia Saudyjska, ale jak się okazało, było wiele hałasu o nic. Ot minęliśmy teren Zjednoczonych Emiratów, przelecieliśmy trochę nad Iranem i od Omanu już normalnie.

Nowa Zelandia
Nowa Zelandia

Warto wiedzieć, że Nowa Zelandia jest najbardziej oddalonym od Polski państwem, a dokładne antypody Polski są dość niedaleko. Można sobie sprawdzić tutaj: http://www.antipodr.com/. Rzeczywiście, wszystko jest tu na odwrót: pora dnia, pora roku, ruch uliczny. Jazda samochodem wymaga wpojenia kilku zasad, potem jest z górki.

Auckland z samolotu
Auckland z samolotu

Lądowanie w Auckland i daleka północ

Wylądowaliśmy w Auckland. Wylecieliśmy w sobotę, przylecieliśmy w poniedziałek. Szczęśliwie jak się odejmie te 12 godzin różnicy, to już podróż nie wygląda na tak długą. Po krótkim odpoczynku zaczęliśmy zwiedzać Nową Zelandię. Samo Auckland zdecydowaliśmy zostawić sobie na koniec, z jednym małym wyjątkiem. Ogród zoologiczny to pierwsze miejsce, które zwiedzaliśmy w kraju Kiwi. Właśnie ze względu na kiwi, ale też hatterię.

Droga między namorzynami w Paihia
Droga między namorzynami w Paihia

Następnym przystankiem była Paihia, póki co na nocleg i solidne wyspanie się. Rankiem zaczynamy już właściwe zwiedzanie. Wpierw od lasów namorzynowych, a potem jedziemy do najdalej wysuniętego na północ fragmentu kraju, czyli przylądka Reigna. Śpimy w Whanagarei. Faktycznie, przyroda nam się już bardzo podoba, a miasta… są takie, jakie miały być. Szkoda się nimi zajmować.

Przylądek Reinga
Przylądek Reinga

Kolejnego dnia mamy dość sporą trasę do przejechania. Znowu. Wpierw na Cathedral Cove, miejsca gdzie kręcono „Opowieści z Narnii”. Faktycznie wygląda to tak jak powinno, czyli narnijsko. Może pogoda nie dopisała tak bardzo jakbyśmy chcieli, ale klimat jest.

Cathedral Cove, czyli Narnia
Cathedral Cove, czyli Narnia

Rotorua i geotermanle atrakcje

Stamtąd ruszyliśmy do kolejnego miejsca noclegowego, tym razem już nie tak przypadkowego. Rotorua. Byliśmy jeszcze przed szczytem sezonu, więc liczyliśmy, iż załapiemy się na wieczór maoryski. Niestety, trzeba zamawiać kilka dni naprzód. Więc popołudnie i wieczór spędziliśmy w parku i nad jeziorem.

Rotorua: Kuirau Park
Rotorua: Kuirau Park

Kolejny dzień to  zwiedzanie okolic Rotoruy. Naprawdę mocny dzień, pełen wrażeń. Wpierw park termalny Wai-o-Tapu, coś cudownego. Później okoliczna Volcanic Valley. Potem Te Puia z gejzerem, kiwi w nocnym pawilonie akurat się schowało. Zobaczyliśmy maoryską hakę. Dalej park z sekwojami. Widzieliśmy je w Stanach, tu dopiero rosną, ale zwiedzanie między drzewami zdecydowanie ciekawsze, dzięki specjalnie zbudowanym kładkom. Ogólnie zaś cała okolica jest naprawdę ciekawa i piękna. Jedno z bardziej zjawiskowych miejsc w Nowej Zelandii, konieczny punkt do zobaczenia.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Hobbiton i świecące robaki

Musieliśmy wrócić na chwilę do Auckland, by odebrać z lotniska ostatniego członka naszej wyprawy. Przez to trzeba było trochę inaczej ułożyć plan, tak by każdy zobaczył najbardziej interesujące go punkty. Wieczorem wylądowaliśmy w Hamilton, znów tylko na nocleg techniczny. Nawet nie próbujemy zwiedzać tych miejscowości.

Jaskinie Ruakiri
Jaskinie Ruakiri

Z samego ranka wyruszyliśmy do kolejnej interesującej atrakcji, czyli jaskiń ze świecącymi robakami. Wzięliśmy pakiet combo. Zaczęliśmy od Ruakuri, co było bardzo dobrym wyborem, bo pozwoliło nam lepiej zapoznać się ze zjawiskiem, a także dokładnie przyjrzeć samej jaskini. Potem druga, czyli słynna Waitomo. Bardzo turystyczna, ale te kilka minut podwodnego rejsu jest warte, by tu przyjechać.

Hobbiton
Hobbiton

Kolejny przystanek to pierwsza władcowa atrakcja Nowej Zelandii. Plan filmowy Hobbiton. Przyjechaliśmy do Shire’s i to miejsce nas oczarowało. Jest dokładnie takie, jakie miało być, niczego więcej nie potrzeba.

Park Narodowy Tongariro
Park Narodowy Tongariro

Południowa część wyspy północnej

Wieczorem lądujemy już w Taupo. Plan na następny dzień był taki, by zobaczyć jezioro i przejść przez Tongariro Apline Crossing. Wymagający i ciężki plan, ale nie takie rzeczy się robiło. Oczywiście przy sprzyjającej pogodzie. Gandalfa pokonał Caradhras, myśmy mieli podobnie. Silny, porywisty wiatr, chłód, mgły, śnieg… Odwołano busy łączące wejścia. Na jeziorze też niewiele pływało. Zostało nam przejść kawałek Tongariro. Niestety parkingi są tylko na cztery godziny, więc mogliśmy liznąć. Wyjście na grań, choć kończy się powodzeniem, to wszystko na co możemy sobie pozwolić. Zbyt wiało, a dodatkowo jeszcze padało i dalej już była za słaba widoczność. Szczęśliwie w Tongariro jest nie tylko Apline Crossing. Skorzystaliśmy więc z mniejszych tras. Też jest fajnie, ale niestety nie o to chodziło. Następnego dnia pogoda także nie była wiele lepsza. W każdym razie to chyba najważniejsza niezrealizowana część wyjazdu. Niestety czasem trzeba się liczyć z takimi sytuacjami.

Kaitoke Regional Park
Kaitoke Regional Park

Dalej ruszyliśmy w kierunku Wellington, zatrzymując się po drodze przy kolejnym władcowym miejscu. Rivendell albo raczej Kaitoke Regional Park.

Napis Wellington
Napis Wellington

Później zaś stolica Nowej Zelandii, Wellington. Miasto nie robi na nas zbytnio wrażenia, ale… jest jedna super atrakcja. Weta Cave. Kupili nas tym, co zobaczyliśmy. Potem włóczenie się trochę po mieście i rano żegnamy się z Wyspą Północną. Na prom i do Picton. Zwłaszcza w drugiej części rejsu to było pierwsze spotkanie z nowozelandzkimi fiordami, takimi dość charakterystycznymi. Oczywiście to nie Fiordland, ale przedsmak jest.

Park Narodowy Abel Tasman
Park Narodowy Abel Tasman

Wyspa południowa

Po promie odbieramy samochód i jedziemy do Parku Narodowego Abel Tasman. Przy nim także nocujemy. Lasy, piękne wybrzeże, wiele ptaków i trochę meszek.

Wejście na plażę w Hokitika
Wejście na plażę w Hokitika
Most nad wąwozem Buller
Most nad wąwozem Buller

Kolejny dzień to spokojny przejazd do Hokitiki. Spokojny, bo z wieloma przystankami. To dość typowe dla Nowej Zelandii, że jest tu wiele miejsc, gdzie można spokojnie zatrzymać się na godzinę, przejść w tym czasie cały dostępny szlak i pojechać dalej. Tym samym odwiedzamy wąwóz Buller z najdłuższym wiszącym mostem, kolonię fok, Skały Naleśnikowe oraz wąwóz Hokitika. Wieczorem lądujemy w tej miejscowości, obserwując zachód słońca nad Morzem Tasmana.

Kotik nowozelandzki niedaleko przylądka Foulwind
Kotik nowozelandzki niedaleko przylądka Foulwind
Punakaiki, czyli Skały Naleśnikowe
Punakaiki, czyli Skały Naleśnikowe

Kolejny dzień przeznaczamy na lodowce, a raczej na podejście do nich. Wejście na nie jest ciężkie do zorganizowania samodzielnego, lepiej wlecieć. Wpierw Franz Josef, a potem Fox. Dalej jedziemy do malowniczego Queenstown, gdzie spędzamy późne popołudnie i wieczór. Jak na miasto w kraju Kiwi robi bardzo pozytywne wrażenie.

Lodowiec Franz Josef
Lodowiec Franz Josef
Queenstown - obóz Faramira w Ithilien
Queenstown – obóz Faramira w Ithilien

Fiordland

Wyjeżdżając z Queenstown zaliczamy kolejne lokacje władcowe. Tak jak to ma miejsce w Nowej Zelandii: przyjechać, pospacerować  trochę, zrobić parę fotek i jechać dalej, a naszym kolejnym celem jest Zatoka Milforda. Ją tylko oglądamy. Rejs mamy kolejnego dnia w Doubtful Sound (niezmiernie bawi nas ta nazwa). W ten sposób spędzamy prawie dwa całe dni w Fiordland, nocujemy w Te Anau. Jest tam wiele do zobaczenia i chciałoby się zostać dłużej. Takim ukoronowaniem właśnie jest rejs przez Doubtful Sound, piękny, klimatyczny i trochę zabawny. W środku jacht został porównany z „Endeavourem” Cooka. Najbardziej rozbawiła nas kwestia gry słownej ze słowem canon. „Endeavour” miał sześć armat, a teraz uzbrojenie to wiele Canonów, Nikonów, Olympusów, Panasoniców i innych aparatów. O smartfonach nie wspominano.

Fiordland - Doubtful Sound
Fiordland – Doubtful Sound
Most przy jeziorze Tekapo
Most przy jeziorze Tekapo

Wschodnia cześć wyspy

Po Fiordland czas na trochę dłuższy kawałek do przejechania. Mniej więcej w okolice jeziora Tekapo. Śpimy w miejscowości Fairly, ale krótko. Z samego rana jedziemy na lotnisko, wsiadamy do awionetki i lecimy na lodowiec Tasmana. Tam krótki spacer, a potem helikopterem przelot wokół góry Cooka. Nie zrobiliśmy tego przy Foxie i Franciszku Józefie, tylko tutaj. Bardzo dobra decyzja. Niesamowite przeżycie i jeszcze piękniejsze widoki.

Lot wokół góry Cooka
Lot wokół góry Cooka
Kura Tawhiti Conservation Area (widok z Flock Hill)
Kura Tawhiti Conservation Area (widok z Flock Hill)

Niestety wszystko co dobre, musi się kończyć. To była już ostatnia duża atrakcja Nowej Zelandii. Właściwie zostają nam tylko Castle Hill i Flock Hill jako przystanki po drodze do Christchurch. Skalne miasta bardzo nam się podobają, to drugie „grało” w Narnii. Mamy więc taką filmową klamrę. Pierwsza i ostatnia lokacja w Nowej Zelandii to Narnia.

Christchurch
Christchurch

Potem Christchurch. Nie planowaliśmy wiele czasu na to miasto. Jak się okazało, i tak za dużo. Trudno znaleźć drugą tak paskudną dziurę. Trochę broniąc tego miejsca, nie wszystko to wina braku stylu, sporo dodało trzęsienie ziemi, ale efekt jest bombowy… Trochę jakby Hiroszimę próbowali zrobić, no ale Prypeć wygląda na zdjęciach bardziej interesująco.

Apia, Samoa - port
Apia, Samoa – port

Na Samoa

Na szczęście rano lecimy dalej, do Auckland, gdzie musimy przejść między terminalem krajowym i międzynarodowym. Dopiero za jakiś czas będą połączone. My zaś lecimy dalej do Samoa, by tam sobie odpocząć przez ostatnie kilka dni.

Pokazy ludowe na Samoa
Pokazy ludowe na Samoa

Wieczorem docieramy do Apii, właściwie już tylko nocujemy. Zaczynamy zwiedzać z samego rana. Stolica sama w sobie nie ma za wiele do zaoferowania, więc wynajmujemy samochód. To jest piękne: „kupujemy” prawo jazdy (bo trudno to inaczej nazwać) i jeździmy. Po Upolu właściwie czasu nam wystarcza, choć pewnie by się chciało więcej. Po Savai’i brakuje, niestety także dlatego, że jesteśmy ograniczeni godzinami kursowania promów. Jest poza sezonem, więc na całej wyspie prawie nie ma innych turystów (w Apii na Upolu ich widać).

Upolu, Samoa
Upolu, Samoa

Samoa bardzo nam się podoba. Jest takie inne niż Nowa Zelandia. Był to taki trochę strzał w ciemno. Wiedzieliśmy bowiem, że chcemy liznąć coś z Polinezji. Wyspy Cooka odpadły, były zbyt nowozelandzkie, choć łatwo tam dotrzeć. Do wyboru zostało właśnie Fidżi i Samoa i padło na to drugie, z czego jesteśmy bardzo zadowoleni.

Kościół zalany lawą na Savai'i
Kościół zalany lawą na Savai’i

Na koniec wracamy do Auckland. Czyli kolejna klamra, ale tym razem oglądamy miasto. Cóż, to nie ta Nowa Zelandia, o której marzyliśmy, ale chłoniemy, póki jeszcze możemy.

Powrót do domu

Później lot Qatarem i mały wypad do Dohy. Nocą, za pomocą taksówki. I tak to oświetlenie robi spore wrażenie, jak całe centrum biznesowe. Fajnie byłoby tu jeszcze kiedyś zajrzeć za dnia. Jak to mówią „wieżowce w Auckland zaorane”.

Nowa Zelandia bardzo nam się podobała, ale ma jeden straszny minus. Czas płynie tam bardzo szybko. Te wszystkie piękne widoki są w jakiś sposób znane, więc choć cieszą oko, nie oddziałują poznawczo tak jak na przyład. Samoa. Więc okazuje się, że po 2,5 tygodnia w Nowej Zelandii i kilku dniach na Samoa ma się wrażenie, że to mniej więcej było po połowie.

Pomijając jednak tę kwestię, oraz miasta w Nowej Zelandii, ten kraj przyrodniczo jest fenomenalny i robi olbrzymie wrażenie. Cóż, zostało Tongariro do powtórzenia, więc kto wie, może za parę lat będzie trzeba zrobić dogrywkę.

Więcej o Samoa i o Nowej Zelandii.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Podsumowanie
Szlak samoański
Podsumowanie