Archiwa tagu: samochodem

Podróżowanie po Nowej Zelandii

Kraje rozwinięte można podzielić na dwa podstawowe rodzaje. Na takie, gdzie rozbudowany jest transport publiczny oraz takie, gdzie stawia się na samochody. Czasem jest coś pomiędzy, ale zazwyczaj dominuje jeden typ. Nowa Zelandia należy właśnie do tych drugich. Jest rozległa, stosunkowo mało zaludniona, jednocześnie zamknięta, więc turyści korzystają co najwyżej z samochodów już znajdujących się na wyspach. To pozwala dość dobrze zaplanować i zapanować nad komunikacją.

Widok ze Scenic View - Wyspa Północna
Widok ze Scenic View – Wyspa Północna

Samoloty lokalne

Owszem, są tu linie kolejowe (kilka, choć np. na Południowej Wyspie mają one bardziej charakter wycieczkowy niż transportu), linie autobusowe, ale też dobrze rozwinięta jest sieć połączeń lotniczych. Poza Air New Zealand można skorzystać z oferty np. taniej linii – JetAir. Jednak jeśli chcemy samemu zwiedzać zakamarki kraju kiwi, to najlepszy do tego będzie samochód.

JetStar - tania linia
JetStar – tania linia

Samochód

Do wypożyczenia potrzebne jest międzynarodowe prawo jazdy (uznają obie konwencję genewską i wiedeńską, a nawet tłumaczenie prawa jazdy na angielski), oraz oczywiście w celu weryfikacji także i nasze (polskie). W teorii można próbować wynająć samochód jedynie na polskim dokumencie, zresztą są wypożyczalnie, które to załatwią. Warto się zorientować wcześniej, choć samo wyrobienie międzynarodowego prawa jazdy to koszt ok. 40 PLN. W teorii, gdy zatrzyma nas policja, mogą wymagać.

Plaża - Wyspa Północna
Plaża – Wyspa Północna

Na drogach w Nowej Zelandii obowiązują cztery podstawowe zasady. Po pierwsze to ruch lewostronny. To może nastręczać pewne problemy, zwłaszcza wynikające z przyzwyczajenia, w szczególności na pustych drogach łatwo się zapomnieć. Faktycznie jest on przyczyną sporej liczby wypadków powodowanych przez turystów na drogach.

Przejazd przez Coromandel Forest Park
Przejazd przez Coromandel Forest Park

Druga zasada to zapięte pasy. Tego tu wymagają i tyle.

Krowy przy drodze
Krowy przy drodze

Trzecia to maksymalna prędkość wynosząca 100 km na godzinę, także na autostradach. Więcej nie można. W terenie zabudowanym – 50. Policja patroluje różne bezdroża i czasem łapie za szybką jazdę. Natomiast ograniczeń nie ma wszędzie tam, gdzie powinny być. W niektórych miejscach, choćby przy zakrętach, pojawiają się znaki z sugerowaną prędkością (np. 35 km/h przy dozwolonych 100). Zdrowy rozsądek wskazuje, by się do tych sugestii przynajmniej w jakimś stopniu stosować.

Znak sugerujący prędkość (nie nakaz)
Znak sugerujący prędkość (nie nakaz)

Czwarta zasada to nieprzekraczanie żółtych linii. Owszem są też białe linie ciągłe, ale żółte są „mocniejsze”, bardziej kategoryczne. Blokują też możliwości parkowania.

Droga przez las okolice Rotoruy
Droga przez las okolice Rotoruy

Podróżowanie na własną rękę

Poza większymi miastami, gdzie w centrach mamy płatne parkingi, w większości miejsc parkuje się za darmo. Dotyczy to także różnych atrakcji turystycznych. Im popularniejsza, tym należy spodziewać się większego parkingu. Byliśmy jeszcze na początku sezonu i z parkowaniem raczej problemu nie było.

Bydło przy drodze
Owce przy drodze

Drogi nowozelandzkie są dość kręte miejscami, mają jedną niedogodność, o której warto pamiętać. Mosty w wielu miejscach są jednopasmowe. To znaczy, że trzeba czasem puścić tych z naprzeciwka. Dłuższe mosty posiadają mijanki. Podobne utrudnienia mogą pojawić się przy tunelach.

Znak: uwaga na kiwi
Znak: uwaga na kiwi

Za to mniejsze miasta zwykle przelatuje się z prędkością 100 kph lub tylko trochę mniejszą, więc średnia prędkość jest większa niż w Polsce. Jest wiele ostrych zakrętów, więc szaleństwo i tak nie jest tutaj wskazane.

Okolice Queenstown
Okolice Queenstown

Zwierzęta

Choć Nowa Zelandia to kraj pastwisk, krów i owiec (w szczególności Północna Wyspa), to zwierzęta te nie szlajają się po drogach. Czasem są znaki informacyjne, by zgłosić wałęsające się bydło, ale to nie ono jest problemem, a dzikie zwierzęta. O ile w okolicach gniazdowania kiwi jest sporo znaków,by uważać (w nocy, kiwi są nocne), o tyle po drodze bardzo często widać zwierzęta futerkowe, które rozjechano. Nimi się tu nikt nie przejmuje. Przybyły wraz z ludźmi i nie są mile widziane. Niestety na ich ciałach żerują ptaki i te często też widać rozjechane na drogach. Za rozjechanie futrzaka kary nie ma, wręcz przeciwnie, Kiwi są przekonani, że to dobry uczynek.

Przewóz koni
Przewóz koni

Krów i owiec jest po drodze naprawdę sporo na mijanych pastwiskach. Warto przypomnieć, że to kraj, w którym bydła jest więcej niż ludzi (4,5 miliona). Z danych za 2015 rok owiec mają tu około 30 milionów, krów 10 milionów (z tego 6,5 miliona mlecznych) oraz niecały milion jeleni. Je również spotyka się w hodowlach.

Centrum Nelson
Centrum Nelson

Widoki i mijanki

Bardzo charakterystycznym miejscem są punkty widokowe, czyli tak zwane scenic view. Można tam zaparkować i zrobić kilka zdjęć. Jest ich sporo, choć niestety po drodze mija się wiele miejsc, w których takie punkty by się przydały. W każdym razie zatrzymywanie się na nich to dość istotny element podróżowania po Nowej Zelandii.

Mijanka na moście
Mijanka na moście

Zazwyczaj nie ma problemu ze stacjami benzynowymi. Ale zdarzają się – zwłaszcza na Południowej Wyspie w parkach narodowych – dość spore np. 100 i więcej kilometrowe odcinki pozbawione stacji i ogólnie szerszej cywilizacji. Dlatego lepiej nie jechać tam na pustawym baku.

Zatoki przy Picton
Zatoki przy Picton

Przeprawa promowa

Dość istotny jest transport między wyspami. Kursuje prom między Wellington na Picton, wykorzystywany często przez turystów, którzy chcą zobaczyć obie wyspy. Są dwie duże sieci, na wszelki wypadek warto zarezerwować sobie ten prom wcześniej. Przy wypożyczaniu samochodu warto jednak zweryfikować, czy dana firma pozwala nam na opuszczenie wyspy. Nie wszystkie na to pozwalają, ale nawet jeśli nie ma obostrzeń, warto się z nimi skontaktować w tej sprawie. Bo czasem okazuje się, że faktycznie samochodu nie możemy wywieść poza wyspę, a musimy go zostawić przed promem, a na drugiej wyspie odebrać inny.

Myśmy dowiedzieli się o tym dopiero na miejscu, przy wypożyczaniu samochodu. Poproszono nas o podanie daty płynięcia i tyle. W terminalu oddaliśmy bilet opłacony na samochód, prosząc o zwrot (dało się bez problemu załatwić) oraz zostawiliśmy kluczki do samochodu. Okazało się, że tak to właśnie działa, tylko nikt nam o tym nie powiedział. Prom wyruszał rano, więc oddanie samochodu we wskazanym miejscu nie było możliwe, bo tam nikogo nie było. Nie wiedzieliśmy, gdzie zostawić kluczyk. Pojechaliśmy pod właściwy terminal, licząc, że tam uda się coś zrobić i dało się. Standardowa procedura, samochód zostawiamy na parkingu, kluczyk oddajemy przy nadawaniu bagażu i tyle.

Wellington z promu
Wellington z promu

Po drugiej stronie w Picton odwieźli nas do terminalu, tam poszliśmy odebrać drugi samochód. Dalej problemu nie było.

Rejs na Południową Wyspę jest długi, bo trwa aż 3 godziny. Prom jest bardzo wygodny, jest w nim oczywiście bar, dobrze działające wi-fi, a nawet sale kinowe! U nas bujało całkiem nieźle, nawet się coś stłukło w kuchni. Widoki za burtą są ciekawe, zróżnicowane – raz jesteśmy na wodach tak szerokich, że jakby na otwartym morzu, by potem wpłynąć w wąski przesmyk pomiędzy poszarpanymi skałami.

Nowa Zelandia z lotu ptaka
Nowa Zelandia z lotu ptaka

Planując przejazd samochodem warto wcześniej zweryfikować swoje trasy i obostrzenia wypożyczalni. Niektóre zabraniają przejazdów pewnymi drogami, np. Ninety Mile Beach. Ale ta droga ma więcej wspólnego z off-roadem, niż zwykłą trasą. Druga rzecz, choć większość tras jest darmowa, istnieje dosłownie kilka, przez które przejazd jest płatny.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Podróżowanie po Nowej Zelandii
Share Button

Podróżowanie po Gruzji i Azerbejdżanie (samochodem na własną rękę)

Jak to bywa z wieloma krajami wschodu, o tym, że po Gruzji jeździ się źle, słyszeliśmy wcześniej. Jednak mając już pewne doświadczenia (tu zwłaszcza Jordania się kłania), okazuje się, że nie taki diabeł straszny. Gruzja na własną rękę da się zrobić. Azerbejdżan też.

Widoki na drodze w Gruzji
Widoki na drodze w Gruzji

Gruzja na własną rękę samochodem

Przede wszystkim należy rozróżnić dwie rzeczy: jeżdżenie po miastach i trasy poza nimi. W miastach jest oczywiście tłoczniej, ruch jest utrudniony, samochody się wciskają, wymuszają pierwszeństwo, piesi próbują przemykać się przez drogi. Ogólnie to jednak dużo trudniej właśnie przejść przez ulicę, niż przez nią przejechać. Najgorzej oczywiście jest w Tbilisi, co nie jest dziwne, to największe miasto w kraju.

Wymijanie krów
Wymijanie krów

Dużo bardziej interesujące, ale też i spokojniejsze, jest podróżowanie po terenach otwartych. Ruch (nie licząc oczywiście autostrad) jest mniejszy. Drogi są różnie oznaczone, nawierzchnia też miejscami jest dość umowna. Choć oczywiście starają się to naprawiać. Natomiast jedną z największych ciekawostek Gruzji jest to, że bydło domowe, czyli przede wszystkim krowy, rzadziej konie czy świnie lub inne zwierzęta, chodzą sobie samopas. Wiedzą, gdzie jest ich obora i same do niej wracają na noc. W dzień zaś samodzielnie szukają pożywienia, czasami na polach, czasami na drodze. Ma to dwie bardzo zauważalne reperkusje. Po pierwsze większość ogródków czy pól znajduje się za płotami, tak by „szkodniki” nic nie wyżarły. Z drugiej strony zwierzęta te niejednokrotnie wychodzą na drogi i potrafią je blokować, choćby kładąc się na samym środku jezdni. Częściej jednak się je mija, zwłaszcza rano lub pod wieczór. Przemierzając Gruzję jest to praktycznie nieodzowny obraz, pojawiający się przy większości wiosek. Z tym, że w porównaniu do wspominanej Jordanii (i rzadziej Maroka), bydło zazwyczaj chodzi samo, bez pasterzy.

Górska droga we mgle
Górska droga we mgle

Jak nie krowy to kapliczki

Druga również bardzo charakterystyczna dla Gruzji rzecz to kapliczki na drogach. Stawiane są tam, gdzie ktoś zmarł w wypadku, czyli podobnie jak u nas. Są one jednak specyficzne, gdyż w wielu z nich (nie we wszystkich) jest poczęstunek dla tych, którzy się zatrzymali i wspominają zmarłego. Taka lokalna tradycja, choć zwyczaj ten jest też znany w niektórych innych krajach prawosławnych. Warto się zatrzymać przy takiej kapliczce, by zobaczyć, co w ogóle jest w nich wkładane. Często jest zdjęcie zmarłego. No i zazwyczaj powinna być czacza, czyli gruziński bimber/wódka. Inni kierowcy zgodnie ze zwyczajem powinni zatrzymać się i wypić kielicha za pamięć zmarłego. Poza tym często znajdziemy też inne napoje (wodę albo jakieś gazowane), słodycze czy przekąski. Bywają „zagrabione” choćby przez mrówki lub rozpuszczone (Snickers w temperaturze ponad 30 stopni długo nie zachowa swojej konsystencji).

Kapliczka
Kapliczka

Przy drodze możemy też znaleźć (znów, podobnie jak w Jordanii) wiele kramów. Czasem sprzedają na przykład arbuzy z samochodu, czasem chleb lub miód, a czasem jeszcze inne rzeczy.

Przydrożny handel
Przydrożny handel

Należy także uważać na turystów. Ci również potrafią zatrzymywać się na drodze i robić zdjęcia, czasem zapominając o zdrowym rozsądku i zasadach bezpieczeństwa.

Świnia z drewnianym trójkątem, by było łatwiej ją złapać
Świnia z drewnianym trójkątem, by było łatwiej ją złapać

Azerbejdżan

Jazda po samym Azerbejdżanie jest jeszcze bardziej „dzika” i pozbawiona reguł, w szczególności w miastach. Tam warto zwrócić uwagę, że nawet kierunkowskazy są tylko sugestią. Jeśli chce się wyjechać np. z zatoczki na ulicę, dając kierunkowskaz nikt nas nie wpuści. Trzeba otworzyć okno i pokazać ręką, że się wyjeżdża, wtedy szanse mocno wzrastają.

Krowa wypoczywająca na drodze
Krowa wypoczywająca na drodze

Poza Baku jest łatwiej, głównie ze względu na mniejszą liczbę samochodów. Nawet na autostradzie można sobie trochę poczekać, by zakręcić.

Okolice Baku
Okolice Baku

W Azerbejdżanie raczej nie spotkamy zbyt wielu kapliczek, to nie ta kultura. Trochę bardziej też pilnują swojego bydła.

Azerskie bezdroża
Azerskie bezdroża
Szlak gruziński
Podróżowanie po Gruzji i Azerbejdżanie
Szlak azerski
Podróżowanie po Gruzji i Azerbejdżanie
Share Button

Maroko: Podsumowanie

O Maroko słyszeliśmy bardzo wiele. To dość popularny kierunek, więc niejedni znajomi tam byli. Większość wracała zachwycona. Patrząc na niestabilną sytuację w krajach arabskich (w Maroko król utrzymał się przy władzy w 2011 zrzucając całą winę na rząd i zmieniając go), uznaliśmy, że to kierunek, który na wszelki wypadek trzeba zobaczyć szybciej niż później, a co za tym idzie dość intensywnie. Tak się złożyło, że padło nam na czerwiec, co zbiegło się z początkiem świętego miesiąca ramadan. Doskonale wiedzieliśmy, że będzie trudniej, ale i tak się zdecydowaliśmy.

Marrakesz
Marrakesz

Dzień 1

Przylecieliśmy do Marrakeszu. Powietrze było tak zapylone, że z góry wszystko wyglądało jak jedna wielka pustynia, zaś po wylądowaniu trafiliśmy wprost na patelnię. Tak więc, ciężkie lądowanie. Dalej odebraliśmy samochód, wszystko oczywiście trwało, ale tego się spodziewaliśmy. Potem próbowaliśmy wpisać w GPSie adres naszego riadu i tu pojawiły się pierwsze problemy, bo nie dało się. Riad znajdował się w medynie, tam są wąskie uliczki, zazwyczaj niedostępne dla samochodów, więc nie ma powodu, by zapisywać je na GPS. Ostatecznie pomógł nam (choć nie z naszej woli) starszy pan na motorze, który nas tam zawiózł. Niestety nie dało się mu wytłumaczyć, że nie potrzebujemy jego pomocy. Potem niestety czekała nas dość niemiła kłótnia o pieniądze. Absolutnie rozumiemy, że trzeba to jakoś wynagrodzić finansowo, ale problemem są pewne oczekiwania stawek wobec białych. 20 EUR za może piętnastominutową przejażdżkę to zdecydowanie za dużo, zwłaszcza gdy ląduje się nie w hotelu gdzie nocleg kosztuje 100 EUR, ale riadzie. Niestety roszczeniowość w Marrakeszu okazała się szerszą przypadłością i jeszcze się z nią spotkaliśmy.

Flaga Maroko w Rabacie
Flaga Maroko w Rabacie

Zwiedzanie Marrakeszu skoncentrowaliśmy na medynie, potem przeszliśmy ku kompleksom pałacowym. Normalnie część z nich da się w pewnym zakresie zobaczyć, ale akurat przebywał tu król, więc wszystko zostało zamknięte. Więcej niż zwykle powinno być. Pod wieczór zaś doświadczyliśmy deszczu. Fajnie było obserwować ludzi, którzy nie do końca wiedzą jak się zachować, raczej uciekają przed nim. W każdym razie powietrze stało się dla nas o wiele przyjemniejsze.

Sidi Ifni
Sidi Ifni

Dzień 2

Po śniadaniu wyruszyliśmy w kierunku Agadiru. Naszym celem tego dnia było Sidi Ifni, a raczej plaża Legzira z ciekawymi formacjami skalnymi. Agadir zaś był bazą wypadową do Casablanki, tak by przejechać sobie wybrzeżem. Pierwsza rzecz, która nas zaskoczyła to ilość zieleni w Maroko. Gdy opadł pył, okazało się, że jest jej naprawdę dużo. Niestety na wybrzeżu mieliśmy mglistą pogodę. Legzirę udało się zobaczyć bez większych trudności, choć niestety z powodu zmniejszonej przejrzystości powietrza nie robiła aż takiego wrażenia jak na zdjęciach w Internecie. Pod wieczór zaś dojechaliśmy do Agadiru, gdzie nawet udało nam się przysłowiowo zaliczyć ocean. Agadir jest dość turystyczny, więc ludzie tu inaczej podchodzą do turystów, bardziej biznesowo, mniej roszczeniowo. Szczerze, nam to nawet pasuje.

Brama między targiem a medyną (Essouira)
Brama między targiem a medyną (Essouira)

Dzień 3

Dalej była długa trasa samochodem. Ale z przystankami. Najważniejszy to Essouira, z której byliśmy bardzo zadowoleni. Przepiękna miejscowość, a i pogoda się unormowała. Potem Safi i Al-Dżadida. Niestety z powodu ramadanu główny zabytek zamknięto tu wcześniej, więc nie udało się go zwiedzić. Potem zaś przejazd do Casablanki, gdzie spędziliśmy dwie noce.

Al-Dżadida
Al-Dżadida

Dzień 4

Dzień bez samochodu, w całości poświęciliśmy go na Casablankę. Ponieważ to był piątek, liczyliśmy się z tym, że nie zobaczymy meczetu. Okazało się, że nawet w piątek w ramadan jest to możliwe, ale trzeba było przyjść o 9:00, myśmy byli jakieś dwadzieścia minut później. Potem zwiedzaliśmy Casablankę, wybrzeże, medynę, „Rick’s Cafe”. Casablanka zdziwiła nas o tyle, że po największym mieście w kraju liczyliśmy na to, że będzie bardziej liberalne. Ono jednak żyje własnym życiem i jako turyści, właściwie nikogo nie interesowaliśmy.

Casablanca i Rick's Cafe
Casablanca i Rick’s Cafe

Dzień 5

Po śniadaniu podjechaliśmy do meczetu samochodem. W końcu mogliśmy go zobaczyć także od środka. Ten meczet faktycznie robi wielkie wrażenie. Stamtąd ruszyliśmy na północ, wpierw do grot Herkulesa, potem do Tangeru. Ładne miasto, ale na tyle nieprzyjemne z powodu tutejszej ludności, że wróciliśmy bardzo szybko do Rabatu, stolicy, gdzie także spaliśmy dwa dni.

Okolice Medyny (Tanger)
Okolice Medyny (Tanger)

Dzień 6

Znów odpoczynek od samochodu, tym razem w Rabacie. To bardzo ładne miasto, które ma także kilka starożytnych zabytków, interesujące mauzoleum i dużo bocianów. Więc znów bardzo się nam podobało. Podobnie jak w Casablance nie ma tu aż tylu turystów, więc łatwo się podróżuje.

Straż przed Mauzoleum (Rabat)
Straż przed Mauzoleum (Rabat)

Dzień 7

Kolejny dzień jazdy samochodem, tym razem do Fezu. Droga niezbyt długa, więc zatrzymaliśmy się jeszcze w Meknesie i Volubilis. Zwłaszcza to drugie się nam bardzo przypadło do gustu. Potem dojechaliśmy do Fezu i tu zaczyna się powtórka z rozrywki, bo lądujemy na medynie. Dotarcie do riadu jest problemowe, bo raz ulica inaczej się nazywa, dwa do riadu trzeba podejść, trzy parkingi są dość daleko. Cztery coś się tu dzieje. Z jednej strony czekali na przyjazd króla, z drugiej Fez w tej części podobnie jak Marrakesz cierpi z powodu mniejszej ilości turystów. Więc gdy się pojawiamy z bagażami, wręcz ciężko jest przejść. Każdy chce nam pomóc za opłatą. No ale co poradzić, skoro byliśmy już mądrzejsi i tu udało nam się dokładnie sprawdzić lokację? Tak  więc pierwsze wrażenie jest dość nieprzyjemne.

Volubilis
Volubilis

Dzień 8

Następny dzień przeznaczyliśmy na Fez, znów bez samochodu. Byliśmy przygotowani, że początek będzie ciężki. Zmierzaliśmy do garbarni, doskonale wiedząc, że w tej części medyny co chwile będzie się do nas przyczepiał potencjalny przewodnik. Było ich dużo. Dwóch nawet się prawie pobiło o nas (co pozwoliło nam ich zgubić). Medyna sama w sobie mimo krętych uliczek jest dość dobrze oznaczona, jeśli wie się, gdzie szukać znaków, więc daliśmy radę. Gdy już udało się zobaczyć garbarnie i odejść od tamtej okolicy, zbliżyć do Fezu turystycznego, odetchnęliśmy z ulgą. Raz ten Fez jest bardziej zadbany, ale też na medynie jest dużo więcej produktów. Dwa tu jest więcej turystów, nikt nie ma ochoty przyczepiać się i czegoś wymuszać, bo może stracić kolejnego klienta. Zazwyczaj wolimy chodzić po częściach przeznaczonych dla mieszkańców, w Maroko lepiej czuliśmy się w tych turystycznych. Często jest bezpieczniej, przyjemniej i ładniej, co tłumaczy też zachwyt wielu znajomych, którzy się dalej nie zapuszczają. No i gdy już byliśmy zadowoleni z dnia, wróciliśmy do riadu przez parking, by odkryć, że nie ma naszego samochodu. Zresztą nie było żadnego. Okazało się, że przewieziono je w inne miejsce z powodu wizyty króla. Dość wrażeń jak na jeden dzień.

Słynna garbarnia skór (Fez)
Słynna garbarnia skór (Fez)

Dzień 9

Czekała nas ciężka (wg oczekiwań) przeprawa do Warzazatu przez góry Atlas. Okazało się, że nie taki diabeł straszny jak go malują. Drogi były przyzwoite, widoki też, więc udało się nawet dojechać przed spodziewanym czasem i zobaczyć trochę Warzazatu. Tu ludzie mieli jeszcze inne nastawienie do turystów, raczej byli zadowoleni, że ktoś tu przyjechał, więc wychodzący z meczetu zwyczajnie nas pozdrawiali.

Góry Atlas
Góry Atlas
Góry Atlas
Góry Atlas

Dzień 10 i 11

Przejazd przez doliny Draa i Dades (w drogę powrotną) na pustynię do Merzugi. Tam jazda na wielbłądach, nocleg w obozie na pustyni, więc bardzo ciekawe spędzanie czasu, zakończone powrotem do Warzazatu. Tam odwiedziliśmy jeszcze Aint Ben Haddou, które znów bardzo się nam podobało. O ile wcześniej mieliśmy pojedyncze perełki, o tyle pod koniec trafiliśmy w to Maroko, które naprawdę nam pasowało. Tak, to Maroko, którego szukamy.

Diuna (Erg Chebbi)
Diuna (Erg Chebbi)
Ajnt Ben Haddou
Ajnt Ben Haddou

Dzień 12

Dwunastego dnia wracaliśmy do Marrakeszu, ale postanowiliśmy pojechać przez wodospad Ousoud, wcześniej zatrzymując się w Studio Atlas. To wymagało ponownie przejechania przez Atlas, tym razem GPS przeprowadził nas dużo mniejszą drogą i to było zdecydowanie bardziej pamiętne przeżycie. Ale widoki były niesamowite. Zresztą wodospad także bardzo nam się spodobał. Wieczorem powrót do Marrakeszu i powtórka z rozrywki. Na szczęście ostatnia.

Studio Atlas
Studio Atlas

Dzień 13

Ostatniego dnia właściwie zostało nam się zebrać, wymyć samochód, zatankować i wrócić na lotnisko.

Wodospad Ouzoud
Wodospad Ouzoud

Kilka myśli na koniec. Dla nas Maroko nie było tak egzotyczne jak się spodziewaliśmy. Wpływy europejskie, w szczególności francuskie, są tu bardzo zauważalne, więc to  taka miękka egzotyka. Idealne miejsce, by zacząć swoją przygodę z kulturą arabską i muzułmańską. Niekoniecznie dobre jako któryś z krajów z kolei, zwłaszcza mając w pamięci Jordanię. Druga sprawa to fakt, że Maroko jest duże, a najciekawsze miejsca są dość porozrzucane, więc by je zobaczyć, trzeba spędzić dużo czasu w samochodzie.  Ostatnia zaś, że to na co najbardziej liczyliśmy zostawiliśmy sobie na koniec. To było dobre posunięcie, bo góry, pustynia, studio Atlas, Aint Ben Haddou naprawdę nas zachwyciły i dały sporo radości. Reszta, cóż, zobaczona, więc dobrze, że główne danie zostało nam na koniec.

Zebrane informacje praktyczne są tutaj.

Szlak marokański
Maroko: Podsumowanie
Share Button

Podróżowanie po Maroko

Jazda po odległych krajach zawsze jest pewnym problemem, najczęściej wynikającym z innego nastawienia. Zanim się tam pojedzie, trudno sobie wyobrazić sytuację na drogach i sposób jeżdżenia. Podróżowanie po Maroko na własną rękę nie jest takie złe. Wręcz przeciwnie. Drogi są dobrze utrzymane (w większości przypadków), dobrze oznaczone, a kierowcy zazwyczaj nie szaleją.

Krajobraz
Krajobraz z okna samochodu

Maroko na własną rękę samochodem

Przestrzegają przepisów, zwłaszcza dotyczących prędkości, zdecydowanie bardziej niż w innych krajach arabskich, ale też w Polsce. Wynika to z prostej przyczyny. Policja dość mocno egzekwuje i ściga piratów drogowych. Bardzo łatwo dostać mandat, nie trzeba się specjalnie starać, więc warto ściągnąć drogę z gazu.

Owce i kozy przechodzące nad autostradą
Owce i kozy przechodzące nad autostradą

Ale nie tylko kierowcy są ścigani. Podróżując po kraju nie raz mamy możliwość natknięcia się na pasterzy ze swoimi trzodami, składającymi się głównie z kóz i owiec. Oni nie wchodzą na drogę, nie blokują przejazdu. Nawet jak chcą przekroczyć jezdnię, to robią to bardzo ostrożnie i szybko, tak by nie blokować ruchu. Na ich stada można natknąć się na poboczach, na drodze to zaś ewenement. Czasem nawet na przykład na autostradach, widać tylko mostki po których pędzone są zwierzęta. Ciekawie to wygląda.

Inny krajobraz za oknem
Inny krajobraz za oknem

Kozy na drzewach

Mówiąc o zwierzętach w Maroko, nie można nie wspomnieć o kozach na drzewach. Te oczywiście uchodzą za jeden z nieformalnych symboli kraju. W niektórych miejscach podobno pasterze specjalnie je gonią na drzewa, by te przyciągały turystów. Za zdjęcia oczywiście oczekują wynagrodzenia. My, jeżdżąc w okresie, gdy przybywało tu mniej turystów, tylko raz mieliśmy okazję zobaczyć zwierzęta na drzewie. Ponieważ pasterze nie byli w ogóle zainteresowani turystami, prawdopodobnie było to ich naturalne zachowanie. Co bez wątpienia cieszy.

Kozy na drzewach
Kozy na drzewach

Z takich ciekawostek, warto też zauważyć, że w niektórych miejscach, Marokańczycy trzymają psy na dachach. Nawet w Rabacie, ale na wioskach też to czasem widać. Zwierzę z tej odległości widzi zbliżających się ludzi i robi hałas. Gorzej jest, gdy taki pies widzi kota.

Kozy na drzewach
Kozy na drzewach

Przy drogach znajdują się czasem sklepy, choćby z miseczkami czy innymi talerzami. Te przeznaczone dla turystów najczęściej mają parkingi. W bardziej pustynnych miejscach można też znaleźć sprzedawców skamieniałości, czyli przede wszystkim amonitów i belemitów. Jedne są fałszywe, inne nie. Można wywieźć do 10 sztuk legalnie.

Przez zabudowę
Przez zabudowę

Czasem przy drodze, na dziko, są sprzedawane też lokalne produkty. Jak choćby olej arganowy. Ceny w porównaniu z naszymi są naprawdę okazyjne.

Osioł - lokalny transport
Osioł – lokalny transport

Samo Maroko jest krajem rozległym i zróżnicowanym. Ograniczenia prędkości powodują, że podróżowanie po nim niestety się wydłuża. Natomiast podróż często ogranicza się tylko do biernego oglądania zmieniających się krajobrazów. Nie zawsze da się zatrzymać na poboczu. Autostrady są normalne. No i zwierzęta nie blokują drogi.

Jeszcze inny krajobraz za oknem
Jeszcze inny krajobraz za oknem
Szlak marokański
Podróżowanie
Share Button

Jordańskie bezdroża

Bezdroża to trochę kłamliwy tytuł. Właściwie tym razem będzie nie o bezdrożach, ale o drogach. Ogólnie o samym jeżdżeniu samochodem pisałem jakiś czas temu, tym razem zajmę się trochę innymi sprawami. Tym, co można zobaczyć jadąc przez Jordanię wyglądając czasem przez okno.

Przydrożny handel
Przydrożny handel

Podróżowanie samochodem po Jordanii

Jeśli ktoś był w krajach arabskich, to z pewnością wie, że należy się spodziewać tam innego rodzaju czystości. Gdy przejeżdża się przez pola, widać mnóstwo butelek, worków foliowych i innych śmieci. To niestety norma. Jordania w tej materii jakoś specjalnie się nie wyróżnia. Owszem im bliżej dzikiej natury się znajdujemy, tym czyściej.

Jordańskie drogi
Jordańskie drogi

Jordania to kraj pasterski. W wielu miejscach widać owce, kozy, a czasem też wielbłądy pasące się w okolicy. To oczywiście niezapomniane widoki. Po drodze nieraz mijaliśmy pasterzy, którzy przepędzają swoje zwierzęta przez drogę. Blokują ją przy okazji. Można przy tym zrobić całkiem niezłe zdjęcia, często nawet nie płacąc. Ale lepiej wpierw zapytać o zgodę. Natomiast warto pamiętać, że owce czy kozy przede wszystkim znają swego pasterza. Obcych się boją i najczęściej uciekają, więc próba pogłaskania ich kończy się gonieniem za nimi. Czasem można zauważyć, że pasterze są uzbrojeni, najczęściej w jakieś dubeltówki czy coś w tym stylu. Więc lepiej z nimi nie zadzierać, choć oczywiście to broń przede wszystkim na drapieżniki, ale…

Burza piaskowa
Burza piaskowa

Jordania na własną rękę, czyli Mad Max

Jeszcze jedną atrakcją, bądź utrapieniem Jordanii, są burze piaskowe. Nam udało się załapać na jedną w trakcie jazdy. Zjechaliśmy na pobocze i przeczekaliśmy. Tak robiły też inne samochody. Pomijając piach, który się dostaje do różnych miejsc, podczas takiej nawałnicy niewiele widać, więc nietrudno o wypadek. Zaś burza ma jeszcze jedną zaletę. Czuć jakby się było w prawdziwym „Mad Maxie” zwłaszcza jak obok stoją rozklekotane ciężarówki czy cysterny.

Z innych ciekawostek warto wspomnieć o przydrożnych kupcach i sklepach. Część z nich ma rozłożone kramy na poboczu. Sprzedają owoce i wiele różnych innych rzeczy. Ludzie się zatrzymują, nikt ich nie goni. Natomiast są też tacy, którzy mają sklepy. Są one bardzo często oznaczone świecącymi kogutami. Tak więc z daleka wygląda to jak policja, więc kierujący najczęściej zwalnia. Na wszelki wypadek trzeba to zrobić.

Jordania na własną rękę
Jordania na własną rękę

Jest też wiele osób, które próbują łapać autostop. Co ciekawe, także przedstawiciele służb, czyli wojska lub policji. Potrafią zatrzymać samochód i poprosić o podwózkę. W kwestii podwożenia autostopowiczów warto zdać się na zdrowy rozsądek i przemyśleć chęć pomocy bądź pokusę skorzystania z tej formy podróżowania.

Owce na drodze
Owce na drodze
Szlak jordański
Bezdroża
Share Button