Archiwum kategorii: Inne

Meetiyagoda, szafiry i kopalnia kamienia księżycowego

Sri Lanka nie bez powodu bywa nazywana Klejnotem Oceanu Indyjskiego. Jest to jeden z niewielu krajów, gdzie stosunkowo powszechnie występują kamienie szlachetne (podobnie jak w Brazylii). Wydobywa się tutaj około 70 z niemal 200 rodzajów kamieni o znaczeniu jubilerskim. Nic dziwnego, że na całej Sri Lance jest wiele sklepów z różnymi klejnotami (szafirami, kamieniami księżycowymi), połączonymi z możliwością zobaczenia kopalni, obróbki czy jakiegoś innego pokazu. My zatrzymaliśmy się w miejscowości Meetiyagoda, właśnie dlatego, że tam mieli całkiem niezłą kopalnię do zobaczenia. To oczywiście turystyczna atrakcja będąca dodatkiem do sklepu, ale i tak chcieliśmy coś takiego zobaczyć.

Waran w Meetiyagoda
Waran w Meetiyagoda

Klejnoty i kamienie szlachetne na Sri Lance

Klejnoty występują w naniesionym przez rzeki żwirze (aluwia), który przepłukuje się w koszach niczym na filmach o gorączce złota w USA. Skansen z tego typu kopalni widzieliśmy już w Buller (Nowa Zelandia). Ten tutaj jednak wyglądał na bardziej wyciągnięty z epoki. Kamienie wydobywa się także w kopalniach, w podobnych warstwach materiału aluwialnego. Wydobycie kamieni szlachetnych na Sri Lance odbywa się w sposób tradycyjny, żeby nie powiedzieć – prymitywny. Wszystko robi się ręcznie: od wykopywania szybu zabezpieczonego pniami drzew kauczukowych, przez zbieranie materiału , po wyciąganie i przepłukiwanie urobku. Kopalnie mają charakter tymczasowy: po wyczerpaniu żyły, zasypuje się szyb i w innym miejscu kopie nowy. Pracownicy drążą błotnistą ziemię przy świetle świec. Choć mogliby korzystać z silnych czołówek, to otwarty płomień ma dodatkową zaletę: wskazuje, gdy kończy się tlen.

Zejście do kopalni w Waran w Meetiyagoda
Zejście do kopalni w Waran w Meetiyagoda

Ciekawostka: klejnotowe nawiązanie do Cejlonu znajdziemy w „Grze o tron”. W jednym z odcinków, gdy Jaime i Brianne popadają w niewolę, Jaimie wmawia człowiekowi Boltonów, (Locke’owi), że Brienne pochodzi z Tarth, którą nazywa się „Szafirową wyspą” z powodu bogatych kopalni szafirów. Brzmi znajomo?

Kopalnia kamieni szlachetnych w Zejście do kopalni w Waran w Meetiyagoda
Kopalnia kamieni szlachetnych w Zejście do kopalni w Waran w Meetiyagoda

Dalsza obróbka znalezisk ma miejsce w warsztatach. Największe zagłębie górnicze znajduje się w okolicach Ratnapury, ale sprzedaż ma miejsce głównie w Kandy. Jednak w całym kraju można się natknąć na pokazowe kopalnie i warsztaty połączone ze sklepem; zwykłych niewielkich sklepów są setki. Z kopalniami pokazowymi jest ten problem, że czasem po prostu są to atrapy dla turystów. Ta w Meetiyagoda była czynna, ludzie pracowali wewnątrz. Można było zajrzeć, ale kategorycznie zabraniali wejść do środka. Podobno gdzieś w okolicach Ratnapury jest taka, do której można wejść, acz nie udało się nam jej zlokalizować.

Płukanie kamieni księżycowych
Płukanie kamieni księżycowych

Kamień księżycowy i Meetiyagoda

Najsłynniejsze na Sri Lance są oczywiście szafiry, ale innym ciekawym kamieniem, choć już „zaledwie” półszlachetnym, jest kamień księżycowy (ang. Moonstone). Jest to kamień z grupy ortoklazów, a więc krzemian. Charakteryzuje go efekt adularyzacji, czyli rodzaj opalescencji. Najcenniejsze kamienie księżycowe cechuje niebieski połysk. Zagłębie tych kamieni znajduje się przy miejscowości Meetiyagoda. Kopalnię kamieni księżycowych zwiedziliśmy, choć nie można było zejść na dno szybu. Zobaczyliśmy też, jak wygląda proces dalszej obróbki (najlepiej się prezentuje jako kaboszon) i oczywiście potargowaliśmy się o niewielki kamień. Kamień księżycowy wydobywa się także w Polsce, w okolicach Jeleniej Góry.

Kamień księżycowy
Kamień księżycowy

Szafiry

Wróćmy jednak do najsłynniejszych lankijskich kamieni szlachetnych. Szafir kojarzy się z głębokim błękitnym kolorem, ale są także odmiany barwne. Za najcenniejszą uważa się szafir paparadża (zwany też „hiacyntowym”. To zwyczajowa, ale niewłaściwą nazwa dla szafiru, bo hiacynt to odmiana cyrkonu). Ma on barwę pomarańczową. Ciekawy jest także szafir gwiaździsty. Jest on nieprzezroczysty i wykazuje asteryzm, czyli ma inkluzje drobnych igiełek innego minerału – rutylu w tym przypadku. Dzięki odpowiedniemu oszlifowaniu, najczęściej w kaboszon, kierunkowe światło wydobywa efektowną połyskującą gwiazdę. I tu jest pies pogrzebany: aby podziwiać urodę szafira gwiaździstego, potrzebne jest skupione światło, na przykład małej latarki. W świetle naturalnym efekt jest słabo widoczny, a w pochmurny dzień – wcale. Za to cena takiego kamienia jest wyższa niż zwykłego szafira, chociaż de facto jest to kamień o mniejszej wartości. Dobrze o tym pamiętać, gdyż sprzedawcy próbują nieświadomym turystom sprzedać szafiry gwiaździste po zawyżonych cenach.

Meetiyagoda i kamienie księżycowe
Meetiyagoda i kamienie księżycowe

O szafirach i innych barwnych kamieniach warto wiedzieć również to, że naturalnie niekoniecznie mają głęboką i czystą barwę. Poddaje się je różnym procesom, by wzmocnić i utrwalić ich barwę, zwykle jest to podgrzewanie. Taki kamień ma znacznie mniejszą wartość niż kamień naturalny, co ma znaczenie gdy kupujemy kamień inwestycyjny, ale i tak jest piękną pamiątką. Zresztą większość klejnotów, które możemy kupić w popularnych sklepach w Polsce i Europie, jest przetworzona w podobny sposób. Szafir jest odmianą korundu (podobnie jak szmaragd i rubin), a więc najtwardszego po diamencie kamienia. Najpopularniejszy szlif to tak zwany brylantowy, ale łezka bardzo przypomina kształtem Cejlon, co czyni z takiego kamienia miłą pamiątkę. Warto wiedzieć, że niewielkie ilości szafirów znajdują się także na Dolnym Śląsku.

Obróbka kamieni
Obróbka kamieni

Kupowanie kamieni w Meetiyagoda i nie tylko

Jak kupować kamienie szlachetne? Targować się! I niekoniecznie kupować w sklepach, które organizują pokazówki dla turystów, lepiej zrobić to u zwykłego jubilera, na przykład w Kandy. Należy zawsze prosić o certyfikat, gdzie jest informacja, że kamień można bezpłatnie sprawdzić w muzeum mineralogicznym w Kolombo. Nie warto kupować kamieni oprawionych w złoto lub srebro – metale szlachetne są tutaj bardzo, bardzo drogie. Lepszym pomysłem będzie zakup kamieni i oprawienie ich w Polsce. Nie dajcie się naciągnąć na tanie diamenty. Na Cejlonie diamenty nie występują! Jest za to odmiana cyrkonu, która diament bardzo przypomina i przez długi czas mylnie uważano go za ten najszlachetniejszy kamień. Nazywa się go dziś diamentem Matara od nazwy miasta, w którego okolicach występuje. Ile mogą kosztować kamienie szlachetne na Sri Lance, czy w ogóle warto zaczynać rozmowę o cenę? Kupiliśmy w Kandy jeden niewielki – 0,64 ca – szafir w kształcie łezki. Po niespiesznych negocjacjach jego cena wyniosła niecałe 100 PLN (płatność kartą), u nas porównywalne kosztują 600-800 PLN, więc tak – warto pytać o cenę, ale trzeba się targować.

Księżycowe kamienie już po obróbce
Księżycowe kamienie już po obróbce

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Meetiyagoda

Pinnawala Elephant Orphange, sierociniec dla słoni i „Indiana Jones”

Sierociniec dla słoni Pinnawala na Sri Lance jest miejscem znanym i budzącym spore kontrowersje. Nas przyciągnął tu Jet setting, czyli szukanie miejsc związanych z filmem „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”. Pinnawala Elephant Orphange jest jedną z lokacji. Dodatkowo skądś te słonie do filmu musieli brać, prawda? Właśnie z tego zakładu dla osieroconych, porzuconych, chorych i rannych słoni. Nie udało nam się jednak dowiedzieć, czy chociaż któryś ze słoni, które brały udział w filmie, jeszcze żyje: nie jest to nierealne, gdyż dożywają one 75-ciu lat, a w filmie wystąpił młody osobnik.

Słoń jest prowadzony do kąpieli w Maha Oya
Słoń jest prowadzony do kąpieli w Maha Oya

Pinnawala, ochrona słoni i kontrowersje

Ośrodek został założony w 1975 roku przez lankijskie Ministerstwo ds. Ochrony dzikiej przyrody. Po kilkukrotnej zmianie lokalizacji, sierociniec osiadł wreszcie około 40 kilometrów od Kandy, nieopodal rzeki Maha Oya. Obecnie sierociniec (w skrócie czasem określany jako PEO) szczyci się największym na świecie stadem słoni w niewoli, liczącym w 2012 roku prawie 80 osobników (nie mamy nowszych danych).

Pinnawala i kąpiel słoni w rzece
Pinnawala i kąpiel słoni w rzece

Oprócz słoni osieroconych, które zagubione odnajdywano wędrujące po lasach i polach, w ośrodku przebywają także zwierzęta chore i kalekie, ale także prowadzi się hodowlę słoni na potrzeby prywatnych kupców. Część z tych słoni „pracuje” w branży turystycznej do przejażdżek i prywatnych mini-zoo, kilka trafiło do Kandy, gdzie biorą udział w Festiwalu Zęba Buddy.

Słoń zadowolony z kąpieli
Słoń zadowolony z kąpieli

Zwalczanie słoni na Cejlonie

Z powodu komercyjnej działalności PEO bywa niejednokrotnie krytykowane przez organizacje obrońców praw zwierząt. Inne lankijskie instytucje badały działalność sierocińca, mimo to nie stwierdzały uchybień. W sieci można znaleźć wiele wpisów nawołujących do bojkotu tego miejsca. Natomiast należy pamiętać, że taki ośrodek nigdy nie będzie naturą, słonie chodzą tu z łańcuchami (jak praktycznie wszędzie, gdzie trzyma się słonie poza wybiegami), a ludzi nie da się upilnować. Z drugiej strony cały czas mamy na uwadze to, że informacje, iż słoń zranił lub zabił człowieka w mediach na Cejlonie pojawia się często.

Zaś słoń chory lub ranny (i nie tylko) będzie szukał pożywienia tam gdzie o nie najłatwiej – wśród ludzi – powodując straty materialne i często ludzkie. Takie zwierzęta zagrażają ludziom i sobie samym, wszak nierzadko mieszkańcy biorą odwet na innych słoniach, mimo kar jakie im za to grożą. Również te skrzywdzone przez ludzi słonie trafiają do sierocińców. Dlatego część z tych zwierząt czasem naprawdę wygląda źle, na pokaleczone.

Słonie prowadzone do kąpieli
Słonie prowadzone do kąpieli

Niestety, ale ośrodki które wychwytują porzucone i osłabione słonie są tutaj zwyczajnie potrzebne. Ponadto lankijska kultura i turystyka wymagają udziału tych majestatycznych stworzeń w pewnych wydarzeniach, więc lepiej, by pochodziły one z legalnych i nadzorowanych hodowli, do których zalicza się ośrodek w Pinnawala. Zresztą rząd Sri Lanki mocno kontroluje wszelkie zarabianie na słoniach.

Mycie słoni w Pnnawala (zbiorowo)
Mycie słoni w Pnnawala (zbiorowo)

Słonie na Sri Lance

Na Cejlonie koegzystencja ludzi i słoni to prawdziwy problem. W miejscach takich jak płaskowyż Hortona słonie zostały doszczętnie wytępione jeszcze przez Brytyjczyków. Dodatkowo mocno przetrzebiono ich naturalne żerowiska, zwierzęta jednak nie dały się zamknąć w rezerwatach. Dziko żyjące słonie są na Sri Lance utrapieniem. Ludzie grodzą pola za pomocą drutów pod napięciem, a w szczególnie zagrożonych miejscach nocują w domkach na drzewach. Dla nas, Europejczyków, zobaczyć słonia jest wielką atrakcją, ale miejscowi widzą to zupełnie inaczej. Było dla nas szokiem, jak bardzo uciążliwe może być współdzielenie środowiska z zagrożonym gatunkiem i chociaż chcielibyśmy pełnej ochrony słoni, musimy też wczuć się w sytuację ludzi. Ale pamiętajmy, że w Tanzanii było dość podobnie. Słoń był uznawany za trzecie najbardziej niebezpieczne dla człowieka zwierzę, po musze tse-tse i komarze. To wszystko sprawia, że docenia się wkład rządu w ochronę słoni. Nawet jeśli takie miejsca jak ten sierociniec nie spełniają najwyższych standardów zachodnich.

Pinnawala i mycie słoni indywidualne (dodatkowo płatna atrakcja)
Pinnawala i mycie słoni indywidualne (dodatkowo płatna atrakcja)

Zabijanie słoni na Sri Lance

Mimo surowego prawa, rocznie zabija się około stu słoni (czyli więcej niż jest w tym sierocińcu). Spójrzmy na to z perspektywy Lankijczyków: rolnik posiada stosunkowo niewielkie pole ryżu, często jest to uprawa przejściowa w dogodnym akurat miejscu w lesie. Zabudowa mieszkalna jest licha, powstała z dostępnego na miejscu surowca; dotyczy to zwłaszcza tymczasowych pól uprawnych. Sadzi ten rolnik ryż, dba o sadzonki, oczekuje na czas żniw. I wpada słoń, zwabiony polem pełnym zboża. Niszczy uprawy wyrywając kłosy, tratuje chatę znęcony zapachem jedzenia i nierzadko przypadkowo zabija ludzi.

To sytuacje ekstremalne, ale zdarzają się niestety często. Podczas naszego pobytu na Sri Lance, nasz przewodnik słuchając radia, aż czterokrotnie przetłumaczył nam informacje o tym, że słoń kogoś zabił lub poważnie zranił. Byliśmy tam niecałe dwa tygodnie. To niestety nastawia ludzi dość wrogo do słoni. Boją się ich i nie lubią, a potem bywa, że biorą sprawy w swoje ręce. Dziś to nie kłusownictwo jest problemem (dlaczego – pisaliśmy o tym przy okazji Hurulu), a zwykłe tępienie słoni.

Słoń zarzywający kąpieli
Słoń zarzywający kąpieli

Słonie a turystyka

Do tej całej, skomplikowanej układanki dochodzą jeszcze przejażdżki na słoniach, które są na Sri Lance bardzo drogie – nawet około 40 USD za osobę. Ta atrakcja jest jednocześnie ściśle kontrolowana przez rząd, co oznacza ograniczony podaż i jednocześnie konieczność trzymania zwierząt w odpowiednich warunkach. To widać: najczęściej słonie nie chodzą po asfalcie, ale po leśnej ścieżce, wchodzą do wody, korzystają z cienia. W porównaniu z Tajlandią podobno jest zauważalnie lepiej. Ale powiedzmy sobie wprost, u nas też w tej kwestii mamy do nadgonienia trochę, patrząc jak traktujemy konie.

Rzeka Maha Oya (Pinnawala)
Rzeka Maha Oya (Pinnawala)

Czy jest to nieetyczna rozrywka? Słonie indyjskie łatwo dają się oswoić i od czasów starożytnych służą człowiekowi w różnych pracach, także na wojnie (aż do XVIII wieku), o czym pisaliśmy przy okazji Kartaginy. W sierocińcu używa się samców do lekkich prac takich jak przenoszenie pożywienia. Nie różnią się tym samym od koni w innych cywilizacjach. Oswajanie i tresura słoni to proces dla nich bolesny? Niestety najczęściej tak, ale nie zapominajmy, że przyzwyczajanie źrebiąt do siodła i wędziła też nie przychodzi im naturalnie. Zwłaszcza, że z oswajaniem zwierząt bywa tak, że ludzie często wybierają szybszą i łatwiejszą drogę, niestety boleśniejszą dla zwierząt.

Tradycja jazdy na słoniu

Tu jeszcze dochodzi element tradycji, czli Mahout i jego słoń. Słowo „mahout” pochodzi z hinduskiego mahawat. Znane w Europie „kornak” pochodzi z sanskryckiego karināyaka i na Stary Kontynent określenie przywieźli Portugalczycy. Na Sri Lance opiekun/trener słoni nazywa się pahan (tamilski) lub kurawanayaka (syngaleski). Oczywiście trzeba wpierw nawiązać wieź ze zwierzęciem, oswoić je do siebie. Czy dziś taka tradycja powinna być kultywowana? Ostatecznie każdy musi sam sobie wyrobić opinię na ten temat. Natomiast w Pinnawali turyści nie jeżdżą na słoniach. Nie ma takiej atrakcji.

Słonie na wybiegu w sierocińcu Pinnawala
Słonie na wybiegu w sierocińcu Pinnawala

Pinnawala: atrakcja turystyczna czy centrum edukacyjne?

Na koniec jeszcze jedna kwestia, czyli komercyjny charakter Pinnawali. Tego nie da się nie zauważyć. To dziś przede wszystkim atrakcja turystyczna, dopiero później faktycznie sierociniec, a na samym końcu centrum edukacyjne. Chyba najlepiej widać to było podczas kąpieli, gdzie opiekujący się słoniami Lankijczycy za małą łapówkę pozwalają dotknąć słonia. Inni sprzedają jakieś jedzenie. Jeszcze inni pozwalają słonie karmić byle czym. Dzieje się tak do momentu, gdy nie pojawi się ktoś z kierownictwa. Wówczas nieprawidłowości znikają. Ciekawy jest też stosunek ludzi chroniących te zwierzęta do nich samych, zwłaszcza w kontekście nie lubienia ich na Sri Lance. Czynnik ludzki jest dość zawodny.

Niemniej jednak nie można udawać, że Pinnawala nie istnieje. Mało tego, w jakimś stopniu pełni nawet istotną rolę w ochronie słoni, acz jest to forma kompromisu różnych interesów, a nie idealny świat. Czasem współistnienie na małej powierzchni ze zwierzętami to problem, a ludzkie tradycje i zwyczaje dodatkowo go komplikują. Zaś mnóstwo sklepów, także sprzedających papier z odchodów słonia, powoduje ten komercyjny odbiór. Jest duża szansa, że każdy zobaczy tu to, czego szukał. Zatem każdy powinien wziąć pod rozwagę, czy chce tu przyjeżdżać i dlaczego.

Karmienie słoni to dodatkowa atrakcja
Karmienie słoni to dodatkowa atrakcja

Co można zobaczyć w Pinnawala Elephant Orphange?

Czego jednodniowy turysta może się spodziewać w Pinnawala Elephant Orphange? Przede wszystkim, może je podejrzeć naprawdę z bliska, zwłaszcza podczas rutynowej kąpieli. Dwa razy dziennie w określonych godzinach słonie są przeprowadzane z ośrodka nad brzeg rzeki Maha Oya, to jest jakieś 500 metrów. Następnie słonie wchodzą do wody, w której część ochoczo się tapla, a część trzeba polewać wodą. Można także wykupić kąpiel ze słoniem: jeden ze zwierzaków jest na tyle spokojny, że leżąc w wodzie daje się polewać i drapać szczotką. Można patrzeć na te słonie i patrzeć, nie znudzi się. Nam najbardziej podobało się spostrzeżenie, że każde ze zwierząt ma swoją własną, bardzo wyraźną osobowość i preferencje co do spędzania czasu nad wodą. Przynajmniej kilka z tych słoni naprawdę się tą kąpielą cieszyło i było to po nich widać. Były też inne, które najchętniej zostały by w ośrodku i czekały, kiedy ta wątpliwa przyjemność się skończy.

Pinnawala i wybieg dla słoni
Pinnawala i wybieg dla słoni

Samice chadzają swobodnie jako stado, ale są zabezpieczane łańcuchem na noc. Samce natomiast prowadzą indywidualnie mahauci, czyli inaczej kornakowie – opiekuni i trenerzy słoni wyposażeni w kij z hakiem. Nogi samców są skrępowane łańcuchem, także podczas kąpieli.

Po powrocie do ośrodka, słonie obsypują się na nowo piaskiem – na nic całe mycie, zdawałoby się. Dla nich jednak jest to ochrona przed słońcem i insektami. Na liczącym 10 hektarów terenie słonie chodzą na swoich wybiegach. Znajdziemy tutaj tablice edukacyjne, z których możemy dowiedzieć się wiele o życiu słoni i działaniu sierocińca, także o takich drażliwych kwestiach jak trzymanie ich w niewoli i w łańcuchach. Choć tablice ustawione są raczej tak, że jest to działalność pro forma, wręcz trzeba się za nimi rozglądać. Bilety są sprawdzane przy wejściu do właściwego ośrodka i przy rzece. W obu miejscach mamy swobodę w chodzeniu, choć przy rzece istotne są godziny kąpieli. W miejscu, gdzie pluskają się słonie można albo stać w słońcu, albo w barze z dobrym widokiem (dodatkowo płatne, trzeba coś zamówić).

Słonie w rzece
Słonie w rzece

Karmienie słoni

W określonych godzinach można wykupić karmienie słonia owocami albo młodego mlekiem. To drugie akurat było odwołane podczas naszego pobytu. Ośrodek nie oferuje przejażdżek na grzbiecie zwierząt. My skorzystaliśmy z możliwości nakarmienia słonia (i tym samym pogłaskania go). W naturze dorosły słoń indyjski je dziennie jakieś 150 kilogramów trawy i innych roślin. Trudno je więc tu przekarmić. Kupując możliwość karmienia słonia dostajemy koszyk z pokrojonymi owocami, które wsadza się słoniowi do pyska. Te są nauczone i czekają. Nasz był na tyle rozleniwiony, że nawet nie chciało mu się trąbą łapać pokarmu. Kupienie jedzenia w Pinnawali jest tańsze niż to, co oferowali ludzie przy kąpieli, a dodatkowo jest tu więcej różnych rzeczy, które faktycznie jedzą te ssaki. Zaś przy całej ceremonii dużo więcej jest gapiów niż osób karmiących.

Słonie i okolice Pinawalli wykorzystano w filmie „Indiana Jones i świątynia zagłady”
Słonie i okolice Pinawalli wykorzystano w filmie „Indiana Jones i świątynia zagłady”

Pinnawala i Indiana Jones

Przypominamy, że nas przyciągnął tu Indiana Jones. Jak pamiętamy Harrison Ford jeździł w „Świątyni Zagłady” na słoniu. Część scen ze słoniami nagrywano koło Kandy przy muzeum herbaty cejlońskiej, natomiast pozostałe ujęcia kręcono właśnie w tym sierocińcu. Przede wszystkim przejście przez rzekę Maha Oya, tę samą, w której dziś codziennie kąpią się słonie. Niestety nie udało nam się dotrzeć do informacji, w którym dokładnie miejscu były kamery. Być może wykorzystano też zdjęcia z wybiegu, ale nie udało się nam tego potwierdzić.

Z dostępnych informacji wynika, że zdjęcia kręcono w rzece Maha Oya oraz tuż przy jej brzegu, gdzie nagrywano sceny w dżungli. Niestety „Świątynia zagłady” Stevena Spielberga była raczej epizodem w sierocińcu, o którym dziś mało kto pamięta. Dla nas zaś poza filmowym miejscem, była to wspaniała okazja, by móc nakarmić słonia i przy okazji go pogłaskać. Swoją drogą oprócz Pinnawali w okolicy działa nierządowy – Millenium Elephant Foundation. Wielu przewodników i kierowców przywozi tam turystów, także dlatego, że ten ośrodek właśnie pozwala na jazdy na słoniach.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Pinnawala
Szlak filmowy
Pinnawala

Matmata, domostwo Larsów i „Gwiezdne Wojny” w Tunezji

Czasem mieszkańców Matmaty nazywa się jaskiniowcami, bądź nawet troglodytami, wszystko dlatego, że mieszkają w wydrążonym skalnym mieście. Jednak pomijając te uszczypliwości, Matmata (arab. ماطماطة القديمة) to miasto zdecydowanie inne, niż typowe wydrążone w górach domostwa (jak choćby w Goris, Guadix czy w Kapadocji), głównie dlatego, że są płaskie. Ta niezwykła zabudowa przyciągnęła tu filmowców, a dokładniej ekipę George’a Lucasa kręcącą oryginalne „Gwiezdne wojny”. To właśnie w tej części Tunezji kręcono cześć ujęć domostwa Larsów.

Hotel Sidi Driss w Matmacie
Hotel Sidi Driss w Matmacie

Matmata obecnie i historycznie

Dziś Matmata jest niewielką miejscowością w centralnych, górskich rejonach Tunezji, większość mieszkańców przeniosła się do nowocześniejszej Nowa Matmata (Nouvelle Matmatma). Stara Matmata przyciąga przede wszystkim turystów, zainteresowanych tradycyjnymi, drążonymi domostwami. W piaskowo-gliniano-lessowym podłożu drążono dziury o głębokości 6-7 metrów i średnicy 10-15 metrów. Wgłębienia pełnią rolę patio z którego wchodziło się do kolejnych, wydrążonych pomieszczeń. Z jednej strony łatwo i tanio się to budowało, z drugiej mieszkania te nie nagrzewały się, a z trzeciej nie rzucały się w oczy. Warto dodać, że jest to dość płaskie miasteczko.

Matmata, hotel Sidi Driss
Matmata, hotel Sidi Driss

Matmata: Domy troglodytów

Sposób budowania tych domów jest znany od tysięcy lat. Pierwsze zapiski o ich istnieniu pochodzą z V wieku przed naszą erą, gdy wspominał o nich grecki historyk Herodot. Ludność już wtedy na tych terenach uprawiała między innymi palmy daktylowe oraz tworzyła tarasy dla innych upraw.

Zdobiony sufit w jadalni
Zdobiony sufit w jadalni

Hotel „Sidi Driss” w Matmacie i „Gwiezdne Wojny”

W jednej z takich dziur znajduje się hotel „Sidi Driss”, wciąż czynny, acz rzadko przyjmujący gości. Większość ludzi przyjeżdża żeby go tylko zobaczyć, bo stanowi jeden z najlepiej zachowanych przykładów tych tunezyjskich wgłębień. Ale rozsławiło go kino. W 1976 zawitała tu ekipa George’a Lucasa kręcąca „Nową nadzieję” (wówczas jeszcze „Gwiezdne wojny”). Tu zlokalizowano dom wuja Owena i ciotki Beru, ale tylko ujęcia, które dzieją się na patio lub ukazujące je. Pustynne okolice kręcono na słonym jeziorze Chott El Jerid.

Tu kręcono dom Larsów z "Gwiezdnych Wojen"
Tu kręcono dom Larsów z „Gwiezdnych Wojen”
„Gwiezdne Wojny Część II Atak klonów” i ujęcie w Matmata (domostwo Larsów)
„Gwiezdne Wojny Część II Atak klonów” i ujęcie w Matmata (domostwo Larsów)

Co ciekawe, w 2001 George Lucas powrócił do tego miejsca, kręcąc „Atak klonów” i wracając do domu Larsów. Po tym właśnie pozostały tu dekoracje, których użyli filmowcy. Właścicielom to nie przeszkadza. Choć nie rozumieją fenomenu „Gwiezdnych Wojen”, to jednak są świadomi, że te udziwnienia przyciągają tu więcej osób. Tym samym scenografia została. W „Skywalker. Odrodzenie” odtworzono to miejsce w studio i w Wadi Rum.

Cześć dekoracji pozostała do dziś
Cześć dekoracji pozostała do dziś

Zwiedzanie hotelu

Większość ludzi, którzy tu przyjeżdża zatrzymuje się na kilkanaście minut, może godzinę. Prawdę mówiąc, jak nie jest się fanem „Gwiezdnych Wojen” to nie ma tu za wiele do oglądania. Jest to zaledwie przystanek po drodze. Natomiast jeśli już śpią w Matmacie, to wybierają lepsze hotele. Tu da się zaaranżować nocleg, choć warunki są spartańskie. Z drugiej strony można tu wieczorem siedzieć patrzyć na gwiazdy, a rano zjeść skromne śniadanie w miejscu, w którym jadał Luke Skywalker. Zwłaszcza, że specyficzne freski na suficie jadalni są także elementem scenografii w obu filmach.

Hotel Sidi Driss w Matmacie wciąż formalnie przyjmuje ludzi
Hotel Sidi Driss w Matmacie wciąż formalnie przyjmuje ludzi

Oprócz noclegu jest tu jeszcze czasem otwierana jedna sala z pamiątkami po filmie, głównie zdjęcia z ekipy. W naszym przypadku trzeba było czekać, aż następnego dnia pojawi się osoba z kluczem. Formalnie rzecz biorąc to pomieszczenie to bar, ale nieczynny, co chyba wiele mówi o samym miejscu. Hotel jest to jest, czasem coś na siebie zarobi, a utrzymywać go specjalnie nie trzeba, tak wygląda pomysł na biznes.

Matmata i typowy dom troglodytów
Matmata i typowy dom troglodytów

Nawiązania literackie

Jako ciekawostkę warto dodać, że jeden z autorów piszących książki z cyklu „Gwiezdne Wojny”, Troy Denning, wykorzystał nazwę hotelu. I tym samym w mieście Anchorhead, na planecie Tatooine znajduje się gospoda „Sidi Driss”. Powieść ta obecnie należy do tak zwanych Legend. Natomiast poza filmami, umieszczono tu także misje do gier z serii „Call of Duty”.

„Gwiezdne Wojny Część IV Nowa nadzieja”, hotel Sidi Driss widziany z góry (domostwo Larsów na Tatooine)
„Gwiezdne Wojny Część IV Nowa nadzieja”, hotel Sidi Driss widziany z góry (domostwo Larsów na Tatooine)
Widok na dziedziniec Sidi Driss
Widok na dziedziniec Sidi Driss

Matmata turystycznie

Ta niefrasobliwość wynika też z jeszcze innego powodu. Matmata jest na tunezyjskim szlaku turystycznym, więc przyjeżdża tu mnóstwo wycieczek z wybrzeża, zatrzymując się na krótko. Nadmiar turystów spowodował, że miejsce to stało się albo turystyczne, albo niedostępne, wręcz odizolowane, także gubiąc pierwotny charakter. W innych miejscach domostwa są ogrodzone, tak by nikt tam nie zaglądał. „Sidi Driss” tym samym stanowi właśnie najczęściej główną atrakcję Matmaty i akceptuję tę rolę. Hotel to już niejako dodatkowa aktywność.

Część hotelowa
Część hotelowa

Pomijając hotel i ewentualnie inne domy, w Matmacie znajduje się też muzeum etnograficzne, ukazujące lokalny folklor, w tym sposób tworzenia dywanów i tradycyjne około trzydziestu centymetrowe klucze oraz inne elementy kultury Berberów.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tunezyjski
Matmata
Szlak filmowy
Matmata

Czak Czak (Chak Chak), zaratusztriańskie sanktuarium

Przy okazji Jazdu pisaliśmy, że prócz ognia dla zaratusztrian istotne są także inne żywioły, w tym woda. Właśnie w pobliżu Jazdu znajduje się Czak Czak (per. چک‌چک, Chāhak-e Ardakān, ang. Chak Chak ew. Chek Chek). Po polsku można by to przetłumaczyć jako kap, kap. To święta jaskinia, sanktuarium, w której oprócz stale podtrzymywanego ognia czci się także żywioł wody. Tu warto zapamiętać jedno: czczenie żywiołów jest raczej celebracją wspaniałego świata, jaki stworzył Ahura Mazda.

Świątynia / grota - Chak Chak
Świątynia / grota – Chak Chak

Zaratusztrianizm w Czak Czak

Chak Chak to niewielka świątynia, ale bardzo ważna. To tu co roku między 14 a 18 czerwca przybywają zaratusztriańscy pielgrzymi i to nie tylko z Iranu, ale też z Indii i wielu innych krajów. Wówczas robi się tu tłoczno. To jedno z najważniejszych miejsc pielgrzymkowych zaratusztrian w Iranie.

Wnętrza sanktuarium (Czak Czak)
Wnętrza sanktuarium (Czak Czak)

Według legendy miejsce to jest święte z jednego powodu. W czasach przed islamem, córka szachinszacha Jezdegerda III (ostatni z Sasanidów), niejaka Nikbanou, próbowała się schronić przed inwazją arabską w 640 roku naszej ery. Przypominamy, niechęć do Arabów w Iranie jest dość duża, nazwanie kogoś Arabem jest zwyczajnie obraźliwe, a uraza ta sięga właśnie czasów tamtej inwazji. W każdym razie Nikbanou dotarła do tego miejsca, zrozpaczona, błagała Ahurę Mazdę o ratunek. Bóg sprawił, że góra w cudowny sposób otworzyła się. Nikbanou weszła do jaskini i została ocalona.

Ozdobne drzwi do świątyni
Ozdobne drzwi do świątyni

Łzy Nikbanu w pewien sposób są cudownie upamiętnione w źródle, które bije w jaskini (lub przynajmniej tak jest odczytywana ta symbolika). Woda kapie i spada niczym kolejne łzy. Wewnątrz panuje cisza i da się usłyszeć ten dźwięk, kap, kap. Stąd właśnie pochodzi nazwa. Dodatkowo laska Nikbanou zamieniła się w drzewo. Podobno w kamieniu dało się dostrzec także jej ubranie.

Osiołek na drodze do świątyni
Osiołek na drodze do świątyni

Sanktuarium zaratusztrian

Obecna Czak Czak jest jednak trochę inna, niż ta mityczna. Grota do której przybywają pątnicy jak i turyści została zrobiona przez człowieka. Drzewo rosnące przy wejściu raczej nie ma tysiąca pięciuset lat. Niemniej jednak kult pozostaje tam żywy. By wejść do środka groty, należy ściągnąć buty i założyć specjalne klapki, by nie skalać wody i nie pomoczyć nóg. Oczywiście jak to ma miejsce w przypadku innych świątyń zaratusztriańskich, kobiety w trakcie okresu mają kategoryczny zakaz przekraczania progu świątyni.

Widok na okolicę
Widok na okolicę

Wewnątrz groty jest zarówno miejsce, gdzie płonie ogień, jak i miejsce, gdzie skapuje woda. Oczywiście jest też Awesta i inne religijne przymioty, a nawet portret Zaratusztry. Wystrój jest stonowany, ładnie współgra z grotą, ale całość sprawia wrażenie w miarę nowoczesnej świątyni.

Święte źródło
Święte źródło

Samo wejście do sanktuarium, czy też świątyni ognia Pir-e Sabz jak brzmi oficjalna nazwa, jest płatne dla turystów. Kwota raczej symboliczna, zresztą sprzedaż biletów też sprawia wrażenie zaimprowizowanej. Niestety nie znajdziemy tu żadnego przewodnika, a sama grota jest naprawdę niewielka.

Kręta droga do sanktuarium zaratusztrian
Kręta droga do sanktuarium zaratusztrian

Dojazd i zwiedzanie

Czak Czak znajduje się w bardzo interesującym miejscu, sprawia wrażenie wydrążonej i przyklejonej do zbocza góry. Droga między górami jest piękna. Świątynia jest naprawdę malutka, trudno sobie wyobrazić setki, a co dopiero tysiące pielgrzymów tutaj. Natomiast wokół niej wznosi się całe miasteczko dla pielgrzymów. Podczas naszej wizyty nie było ich wielu, ale wystarczająco, by niektórzy z nich proponowali nam by przysiąść się do nich i razem z nimi spożyć wspólny posiłek. Zresztą zbudowane tarasy służą do tego, by urządzać tu pikniki, co jest bardzo popularne w Iranie.

Czak Czak z drona
Czak Czak z drona

Świątynia znajduje się blisko miejscowości Ardakan, jakieś 50 km na północ od Jazdu, ponieważ nie kursują tu autobusy, dojechać trzeba samochodem (lub taksówką), przejeżdżając przez pustynię (trochę trzeba też trasy nadrobić). Na dole znajduje się niewielki parking, darmowy. Potem musimy się wspiąć do świątyni. Podstawowa trudność to przedostanie się przez kilka poziomów budynków, które wznoszą się na ścianie wzgórza, no i schody. Nie tyle ile musieliśmy przejść na Szczyt Adama, więc nie jest to męcząca wędrówka. Jedyna trudność jest taka, że główna droga jest dość kręta i jeśli chcemy iść na skróty, to właściwie czasem trzeba zgadywać jak iść.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak irański
Czak Czak
Szlaku religijny
Czak Czak

Kosgoda, wylęgarnia żółwi morskich

Na południowym i zachodnim wybrzeżu Sri Lanki, można natknąć się na tak zwane wylęgarnie żółwi morskich. My zatrzymaliśmy się w jednej, w miejscowości Kosgoda. To dość specyficzne miejsce, z jednej strony zarabiające na turystach, z drugiej zajmujące się ochroną tych gadów. Wylęgarnie żółwi (turtle hatchery) występują w kilku miejscach na Cejlonie, ale to właśnie te w Kosgodzie uznawane są za najsłynniejsze, także ze względu na plaże, gdzie żółwie składają jaja.

Małe żółwiki czekające na wypuszczenie do oceanu (Kosgoda)
Małe żółwiki czekające na wypuszczenie do oceanu (Kosgoda)

Wylęgarnia żółwi w Kosgoda

Ocean Indyjski jest domem dla żółwi morskich: karetta, zielonego i oliwkowego. Rzadziej na Sri Lance gniazdują także żółw szylkretowy i skórzasty. Na skutek bezmyślności człowieka są one zagrożone wymarciem. Na szczęście ich los nie jest obojętny ludziom. Różne źródła podają, że najlepszy okres do odwiedzenia tych miejsc to październik – kwiecień lub kwiecień – czerwiec. My byliśmy w listopadzie, żółwiki były. Okres między złożeniem jaj a wykluciem się małych żółwi to około 45-60 dni.

żółwik w basenie
żółwik w basenie

Żółwie gniazdują na południowo-zachodnim wybrzeżu Cejlonu. W okolicach miejscowości Kosgoda znajduje się kilka ośrodków dla żółwi. Przejeżdżając mija się kolejne, tu jest ich naprawdę sporo. Można wybierać, zatrzymać się i wejść. Wylęgarnie zajmują się ratowaniem chorych i okaleczonych żółwi: niekiedy gad połknie foliową torbę myląc go z ulubioną meduzą albo wplącze się w sieci rybackie. Zbierane są także jaja, by młode mogły się wykluć z dala od zagrożeń i by oszczędzić im biegu z przeszkodami przez plażę. Takie aktywne działania na rzecz ochrony populacji.

Żółwie jaja w piasku (Wylęgarnia w Kosgoda)
Żółwie jaja w piasku (Wylęgarnia w Kosgoda)

Kosgoda: Aspekt turystyczny

Przy okazji do takiego ośrodka mogą przyjechać turyści. Nie tyle, by dowiedzieć się czegoś o żółwiach i samym ośrodku, ale raczej by zostawić pieniądze na dalsze działania, plus zrobić sobie jakieś zdjęcia. Cel szczytny, my jednak byliśmy mocno rozczarowani jakością oprowadzania po ośrodku. Przewodnik właściwie tylko pokazywał żółwie jakie mają w kolekcji i niewiele więcej potrafił powiedzieć. Bardziej przypominało to oprowadzanie po zoo i pilnowanie, byśmy nie zrobili krzywdy zwierzętom czy ich nie zabrali. Tym niemniej ciekawie było takie miejsce zobaczyć, skoro jest po drodze. Bardziej po to by poznać i zrozumieć jak wygląda ochrona zwierząt na Sri Lance i z czym się to wiąże.

Jeden z żółwi trzymany w wylęgarnii
Jeden z żółwi trzymany w wylęgarnii

Kosgoda: Aspekt ochronny

Grupa takich ośrodków-ochronek dla żółwia działa od 1988 roku, a jest wspierana przez Lankijskie Towarzystwo Ochrony Dzikiej Przyrody (Wildlife Protection Society of Sri Lanka). Swoim działaniem przypomina sierocińce dla słoni, ale zdaje się, że budzi mniej kontrowersji, niekoniecznie słusznie. Część żółwi faktycznie trzyma się tu dla turystów, by pokazywać jak się rozwijają. Przypomina to zaimprowizowane oceanarium, czy coś w tym rodzaju. No ale prawda jest taka, że jakoś na tych ośrodkach trzeba zarabiać. Odwiedzający nie zatrzymają się tu, jeśli nie będzie żółwi. Szkoda tylko, że te baseny dość często są małe, dotyczy to zwłaszcza większych zwierząt. Coś niestety trzeba ludziom pokazać.

Dlatego też jaja są wybierane i zakopywane w miejscach, gdzie są bezpieczne. Strażnicy patrolują plażę i szukają samic. Pilnują, by nikt im nie przeszkadzał, a gdy po zakopaniu jaj żółwice wracają do wody, rozpoczyna się relokacja. Dodatkowo jeśli rybak znajdzie żółwie jaja i przyniesie je do wylęgarni, także zostanie za to nagrodzony pieniężnie. To ten pozytywny charakter.

Wszystkie zakopane jaja są starannie opisane
Wszystkie zakopane jaja są starannie opisane

Żółwie w wylęgarni

Młode żółwiki (pieszczotliwie nazywane przez terrorystów „kapslami”) przez pewien czas są trzymane w wylęgarni. Pozwala to przetrwać większości z nich pierwszy okres ich życia, kiedy są narażone na to, że nim trafią do wody, zostaną zjedzone przez ptaki. Żółwiki są wypuszczane do wody, gdy już trochę podrosną i gdy wykluwają się kolejne. Swoją drogą na Sri Lance są też miejsca, gdzie żółwie się wykluwają bez ingerencji człowieka. Ciężko je zobaczyć, ale nie jest to niemożliwe. Zawsze znajdzie się jakiś przewodnik lub rybak, który wie, gdzie szukać takich miejsc. Myśmy jednak tym razem nie szukali czegoś takiego, bo widzieliśmy to w Omanie.

W wylęgarni można zobaczyć zarówno ogrodzone siatką części z piaskiem, gdzie są zakopane żółwie jaja, wraz z podpisami (co to i kiedy zostało złożone), baseniki z małymi żółwikami, a także baseniki z większymi okazami pokazowymi. U nas część edukacyjną w teorii miał robić przewodnik, ale… niewiele z tego wyszło.

Wylęgarnia żółwi w Kosgoda
Wylęgarnia żółwi w Kosgoda

Trudno nam nie porównywać wylęgarni z omańskim Ras Al Jinz. To właśnie tam wylądowaliśmy na plaży i oglądaliśmy żółwicę składającą jaja i młodego żółwika zmierzającego do wody. W Omanie ingerencja w naturalny cykl była zdecydowanie mniejsza, ochrona bardziej naturalna (przez to też pewnie więcej żółwi ginęło, choć ogólnie populacja wzrosła), zaś kwestie edukacyjne bardzo dobrze przemyślane. Tu jest dokładnie na odwrót. Choć nie jest to szczęśliwie podejście do żółwi, które widzieliśmy na Samoa. Owszem na Sri Lance można mieć wątpliwości, co do tego typu ośrodków, ale działają i zwracają naturze wiele małych żółwiczków. Więcej, niż samodzielnie dotarłoby do wody z plaży. Natomiast sam ośrodek, który zwiedziliśmy, wyglądał zwyczajnie biednie i zacofanie. Podobnie jak z Pinnawalą warto zastanowić się, czy chce się tu przyjeżdżać i co chce się zobaczyć. Bo można dostrzec różne rzeczy.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Kosgoda