Archiwa tagu: kanion

Wielki Kanion Kolorado

Dzięki magii kina i przede wszystkim westernom, Wielki Kanion Kolorado (Grand Canyon Colorado) jest bardzo dobrze kojarzonym miejscem, nieraz błędnie uznawanym za najgłębsze. Oczywiście najgłębszy znany kanion to Colca w Peru (dwukrotnie wyższy niż Wielki Kanion), w sumie to nawet Dżabal Szams jest głębszy. Plus jeszcze dochodzą koryta rzek w Karakorum, które mają ponad 7000 metrów różnicy względem szczytu (jednak z jakiegoś powodu źródła częściej wskazują Colcę). W każdym razie, ten amerykański w najgłębszym miejscu czyli w tak zwanym wąwozie granitowym (Granite Gorge) ma 1857 m. To i tak dużo.

Wielki Kanion Kolorado
Wielki Kanion Kolorado

Wielki Kanion Kolorado

Słynny kanion rozciąga się na jakieś 446 km, to właśnie czyni go wielkim, ale już nie najdłuższym, taki znajduje się pod lodami Grenlandii. Kolorado stosunkowo łatwo jest zobaczyć, ale większa eksploracja jest o tyle trudna, że wymaga czasu i kosztów.

Wielki Kanion Kolorado
Wielki Kanion Kolorado

Kanion jest też bardzo szeroki. W wąskich miejscach ma jakieś 800m od jednej do drugiej krawędzi. Zaś maksymalna szerokość to 29 kilometrów. To właśnie czyni go największym przełomem rzeki na świecie. Zaś kolejnym atutem jest jego malowniczość. Dzięki kolorowym skałom robi niesamowite wrażenie.

Rzeka w Wielkim Kanionie
Rzeka w Wielkim Kanionie

Park Narodowy

Park Narodowy Wielkiego Kanionu, który rozciąga się wokół kanionu, to jeden z najstarszych i największych parków w Stanach Zjednoczonych. Od 1979 znajduje się też na liście UNESCO. Park powstał w dużej mierze, by chronić naturalne przełomy Kolorado. Były plany zbudowania tam zapory i sztucznych jezior, udało się ochronić ten cud natury. Dziś można to miejsce oglądać w stanie naturalnym, nie licząc infrastruktury turystycznej.

Drzewo na krawędzi
Drzewo na krawędzi

Poza walorami estetycznymi, bo kanion wygląda pięknie, istotne są też walory naukowe. To jest geologiczne cudo, można tu prześledzić jakieś sześć milionów lat historii, kiedy to rzeka rzeźbiła sobie obecne koryto. Kształtowanie tego terenu zaczęło się już jakieś 17 milionów lat temu, czyli jeszcze w miocenie. Dobrze, że to miejsce nie znalazło się pod wodą.

Krawędź Wielkiego Kanionu
Krawędź Wielkiego Kanionu

Przyroda Wielkiego Kanionu

Piękno przyrody zaś przyciąga przede wszystkim turystów. Park jest olbrzymi, można tu zarówno nocować, jak szukać atrakcji. Są wspaniałe widoki, gdy chodzi się przy jednej z krawędzi, jest też skywalk, czyli szklany pomost znajdujący się w zachodniej części. Pewnie najciekawsza jest możliwość zejścia na dół i wejścia na górę, to jednak już najczęściej wymaga noclegów w parku. Dlatego lepiej zapewnić tu sobie więcej czasu, chyba że chce się tylko rzucić okiem na to miejsce.

Wielki Kanion Kolorado
Wielki Kanion Kolorado

Wielki Kanion Kolorado: Zwiedzanie i kino

Zejście na dół wcale nie jest takie łatwe i nie chodzi tu o stromość czy wysokość. Przede wszystkim dają o sobie znać dwie rzeczy. Albo upał, albo silne wiatry, które potrafią wiać nawet 160 km/h. Dlatego jeśli ktoś zamierza zwiedzać w ten sposób kanion, to z pewnością warto się do tego dobrze przygotować. Mieć ze sobą odpowiednie ubranie, wystarczającą ilość wody, a przede wszystkim czasu. Ceny biletów, godziny otwarcia, można sprawdzić na stronie parku (można tam też zamówić bilety).

Wielki Kanion Kolorado
Wielki Kanion Kolorado

Park Narodowy znajduje się w stanie Arizona. Jak wspominaliśmy, niejednokrotnie pojawiał się w kinie. Choćby w „Drodze olbrzymów” z Johnem Waynem (z 1930), „Next” z Nicholasem Cagem (z 2007), „Mavericku” z Melem Gibsonem (z 1994), czy „Złodzieju z Bagdadu” (z 1940). Jak widać nie zawsze te okolice grały Amerykę.

Wielki Kanion Kolorado
Wielki Kanion Kolorado

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak amerykański
Wielki Kanion Kolorado

Dżabal Szams (Jabal Shams), wielki kanion Omanu

Góry Al-Hadżar (Al Hajar) to najwyższe szczyty we wschodnim regionie Półwyspu Arabskiego. Wśród nich góruje Dżabal Szams lub Jabal Shams/Jebel Shams/Jabel Shams (spotkaliśmy różne transkrypcje, po arabsku to: جبل شمس), czyli po naszemu Słoneczna Góra. Ale to nie wspinaczka górska jest tu największą atrakcją, a coś co nazywa się „Wielkim Kanionem Omanu”.

Dżabal Sams
Dżabal Sams
Martwa dolina (Valley Necrosis)
Martwa dolina (Valley Necrosis)

Dżabal Szams

Tu jest kilka miejsc, które przyciągają ludzi, nie wszystkie jednak da się zwiedzać. Północny Wierzchołek jest najwyższym szczytem gór Al Hajar (a zarazem Omanu i tej części Półwyspu). Jego wysokość wynosi 3009 metrów n.p.m. Jest jednak niedostępny dla cywili – na jego szczycie znajduje się baza wojskowa. W teorii zapewne nie powinno się go nawet fotografować, ale ta baza faktycznie przyciąga czasem aparat. Zresztą jest dość dobrze widoczna.

Wadi Ghul
Wadi Ghul

Turyści mogą się wspinać na Południowy Wierzchołek o wysokości 2997 m.n.p.m, więc niewiele mniej. Da się tam też bez problemu dojechać. Jeszcze jedną z atrakcji jest trasa zwana Balcony walk, gdzie idzie się wzdłuż krawędzi kanionu. Tam gdzie można dotrzeć (bo nie jest to teren wojskowy), nie ma ani biletów, ani specjalnie barierek (te są tylko w kilku miejscach). Oczywiście trzeba uważać na pogodę, w szczególności wiatr.

Asfaltowa droga na Dżabal Szams
Asfaltowa droga na Dżabal Szams
Dalsza droga na Dżabal Szams
Dalsza droga na Dżabal Szams

Kanion Wadi Nakhr

To jednak nie sam szczyt jest atrakcją, a widok z niego. Dokładniej wspomniany już wielki kanion Wadi Nakhr, którego głębokość wynosi od 700 do nawet 2272 metrów w najwyższym punkcie! Nie bez powodu nazywa się go „Wielkim Kanionem Omanu”. Dojść do niego można z Wadi Ghul Dam, ale najbardziej widowiskowy Wadi Nakhr jest ze szczytu Słonecznej Góry. Wielki Kanion to nie jest tylko przyciągająca nazwa, w istocie, jeśli porównałoby się to miejsce z Wielkim Kanionem Kolorado, okazałoby się, że ten omański jest głębszy o co najmniej kilkaset metrów. Za to jest zdecydowanie węższy, krótszy, no i mniej znany.

Dżabal Szams: Kanion Wadi Nakhr
Dżabal Szams: Kanion Wadi Nakhr

Jebel Shams i Wadi Nakhr to miejsca chętnie odwiedzane przez turystów, na Południowym Wierzchołku znajdziemy nawet hotele. Nie tylko turyści zza granicy tu przybywają, by cieszyć się pięknem. W okolicy czasem biwakują też Omańczycy. To niesamowite miejsce, by oglądać całą okolicę z góry, widok naprawdę cudowny, zapierający dech w piersiach.

Dżabal Szams
Dżabal Szams i barierka

Jak dotrzeć do Dżabal Szams?

Droga na Jebel Shams zawiera kilkukilometrowy odcinek pozbawiony asfaltu, ale całkiem niezły. W porównaniu do przejazdu w górach Atlas w Maroku to trudne to nie jest. Zwłaszcza że tym razem mamy auto z wyższym zawieszeniem (choć nie 4×4). Po drodze było kilka miejsc, w których lokalni kierowcy proponowali, by zostawić swój samochód i przejechać się ich. Zresztą widzieliśmy, że na trasie trwały prace, przynajmniej związane z utwardzeniem, więc może i to ucywilizują. W każdym razie obecnie pokonanie tej trasy zwykłym sedanem raczej byśmy odradzali.

Widok na kanion Wadi Nakhr
Widok na kanion Wadi Nakhr (bez barierki)

By dojechać na górę i móc stamtąd spokojnie oglądać kanion, trzeba się kierować na miejscowość Al Hayl lub dalej na Al Khitaym. Tam w okolicy znajdują się zarówno wspomniane hotele, jak i  kilku punktów widokowych. Punkty te są dostępne dla przyjezdnych za darmo. Nie ma żadnych biletów, płatnego parkowania, czy ograniczeń. Faktycznie przyjeżdża tu wiele wycieczek, także zorganizowanych. Zatrzymują się, robią zdjęcia i jadą dalej. Wystarczy trochę odejść jednak od wskazanych punktów i najczęściej można dojść do krawędzi kanionu i już bez barierek stanąć nad krawędzią. Jest bardzo stromo, ale to nie jest jakieś urwisko, choć uważać trzeba.

Dżabal Szams
Dżabal Szams

Trzeba też uważać na kamienie. Te potrafią być zdradliwe. Niekoniecznie śliskie, co jest zależne od pogody, ale gorzej z ich stabilnością. Dodatkowo w okolicy pasą się kozy, co akurat w Omanie nie dziwi specjalnie.

Dżabal Szams
Dżabal Szams

Wadi Ghul i zwiedzanie okolicy

Jeśli jedziemy od południa (czyli np. z Bahli lub Nizwy), można też zobaczyć kanion od dołu. Przy miejscowości Al Jirayfat można zjechać do kamienistej Martwej Doliny (ang. Valley Necrosis). Arabska nazwa Wadi Ghul fanom fantastki może kojarzyć się z ghulami, bardzo słusznie, stąd pierwowzór. W mitologii arabskiej ghule były demonami, które grasowały na cmentarzach, w fantastyce są jedną z form ożywionych truposzy. Wracając już na ziemię, można sobie spacerować w głąb kanionu. Na przykład. do miejscowości Al Hajir. Oczywiście droga wiedzie dalej i tylko widzimy jak okoliczne góry stają się coraz wyższe. W okolicy można też znaleźć inne podobne miejsca do eksploracji.

Kanion Wadi Nakhr
Kanion Wadi Nakhr

Jeśli jednego dnia da się zobaczyć kanion z góry i z dołu, można też zrobić bardzo ciekawe doświadczenie polegające na zbadaniu różnicy temperatur. W naszym wypadku wyniosła ona blisko 12 stopni. Jeśli faktycznie co 100 m temperatura spada o pół stopnia, to zaiste różnica jest gdzieś koło 2000 m.

Dżabal Szams: Kanion Wadi Nakhr
Dżabal Szams: Kanion Wadi Nakhr
Kanion Wadi Nakhr
Kanion Wadi Nakhr

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Dżabal Szams

Hokitika, wąwóz, miasteczko i jadeity

Nowa Zelandia ma swoją listę istotnych miejsc turystycznych. Większość z nich ma swoją niedługą historię, są więc jakoś rozpoznawalne i zakorzenione. Czasem jednak pojawiają się nowe, próbują wybić, szukając własnej niszy. Tak jest z miejscowością Hokitika. Jej władze stawiają na ekoturystykę, czyli takie zachowania, które połączą szczytny cel jakim jest ochrona przyrody, ze zrównoważoną integracją infrastruktury dla odwiedzających. Z całą pewnością  nas by to tam nie przyciągnęło. Za to przybyliśmy tam głównie, by zobaczyć wąwóz, jednak samo miasteczko jest dość interesującym obiektem, by poznać kraj Kiwi.

Hokitika - pamiątka po wojnie
Hokitika – pamiątka po wojnie

Ekoturystyka w Hokitika

Dlatego zaczniemy od miasteczka, położonego na wyspie wyspie Południowej, dokładnie przy drodze, którą jechaliśmy do Fiordland. Mieszka tu jakieś 3600 osób. Niewiele. Kiedyś miejsce to rozwijało się dzięki gorączce złota, dziś jak wspomnieliśmy, szuka nowego pomysłu na siebie – stąd ekoturystyka. Wystarczy pójść do Visitor’s Center. Nawet jeśli jest akuratnie nieczynne, to znajdziemy tam wystawione foldery. Reklamują lokalne atrakcje i imprezy. Tu zapadły nam w pamięć szczególnie dwie. Pierwsza to parada bożonarodzeniowa, zwyczaj znanych choćby z niektórych Stanów (np. w Kalifornii). Mają ją w grudniu, czyli tak jak powinno być. Ale w czerwcu jest uroczyste ubieranie choinki. Czyli obchodzą Boże Narodzenie dwa razy w roku.

Plaża w Hokitika
Plaża w Hokitika

W Hokitice oczywiście znajdziemy też kilka miejsc, które trudno określić zrównoważoną integracją w przyrodę. Choćby centrum kiwi. Takie rzeczy występują w wielu miejscach w Nowej Zelandii, wszędzie tam, gdzie przybywa trochę więcej turystów. Czyli pawilony z lokalną fauną. Kiwi oczywiście jest złapany i trzymany po ciemku. Fotografować jest ciężko (o ile można), ale coś zobaczyć najczęściej się da. Trochę trudno nam to pogodzić z ekoturystyką, ale niech będzie. My kiwi oglądaliśmy w zoo w Auckland.

Jadeit sprowadzany z Rosji
Jadeit sprowadzany z Rosji

Jadeit i nefryt

Złota dziś tutaj nie ma, ale mamy centrum jadeitu, a właściwie przetwórstwa, bo jak się okazało większość tych kamieni sprowadzanych jest obecnie z Chin lub Rosji. Nie jesteśmy pewni czy tu w ogóle robią biżuterię z tego. Jednak można udawać, że tak jest. To jest właśnie fascynujące. Ale trzeba pamiętać, że kiedyś miasto to zawdzięczało swoją świetność kopalniom złota i jadeitu oraz wykorzystaniu surowca drzewnego. Stąd takie centra. Swoją drogą z dawnej świetności pozostała jeszcze jedna rzecz, na plaży można czasem znaleźć nefryty. Znalezisko można wymienić w okolicznych warsztatach na zniżkę na jakiś wisiorek.

Miejsce  do obserwowania zachodów słońca
Miejsce do obserwowania zachodów słońca

Historia – gorączka złota i wojny światowe

Hokitikę założono podczas gorączki złota w 1864 roku. Nie jest to duże miejsce, więc trudno tu o historię. Ale ponieważ Nowa Zelandia brała udział w I wojnie światowej, to stąd także pochodzi kilku weteranów i  się ich upamiętnia. Mamy tu nawet wystawione armaty. Warto zauważyć, że częściej upamiętniają właśnie udział w I wojnie, niż w II, ze względu na większy udział sił australijsko-nowozelandzkich – ANZAC.

Plaża o zachodzie
Plaża o zachodzie

Ścisłe centrum

Jest i wieża zegarowa to największy – i raczej jedyny – zabytek w miejscowości. Wieże zegarowe w miastach są bardzo istotne w tej części świata. Są swoistą namiastką ratusza. Zresztą to samo widzieliśmy na Samoa. To dość częsty widok w krajach postkolonialnych. Oprócz tego znajdziemy w centrum kilka knajp, sklepów i małą ulicę handlową.

Zachód słońca nad Morzem Tasmana
Zachód słońca nad Morzem Tasmana

Plaża

Jest też Morze Tasmana i plaża. Przy dobrej pogodzie to idealne miejsce do oglądania zachodu słońca. Ten najlepszy punkt jest oczywiście oznaczony. Znajduje się tu atrapa żaglowca, na który można wejść, by porobić sobie zdjęcia. Jednym z najchętniej fotografowanych obiektów  jest charakterystyczny napis-instalacja: nazwa miejscowości utworzona na plaży z wyrzuconych przez morze konarów.

Wąwóz Hokitika
Wąwóz Hokitika

Kanion Hokitika

Tak jak pisaliśmy wcześniej, przyciągnęło nas tu coś innego. Nieopodal jest kanion, to on był naszym celem. Trzeba do niego dojechać i tu najwygodniejszy znów jest samochód. Parkuje się wśród drzew, później idzie przez las i dochodzi do właściwego celu. Jak w kilku innych podobnych miejscach, trasa nie jest długa. Całość zajmuje gdzieś trochę ponad pół godziny. Jakby ktoś chciał dłuższy i ciekawszy wąwóz do trekkingu to polecamy Samarię.

Las koło wąwozu
Las koło wąwozu

Podczas leśnych spacerów warto przyjrzeć się bliżej szacie roślinnej. A ta zachwyca swoim bogactwem: można dostrzec przynajmniej kilka rodzajów paproci, pnie drzew są porośnięte mchami, porostami, oplecione wijącymi się pnączami, z gałęzi zwisają grube liany. A wszystko to spaja cudowny, słodko – orzeźwiający zapach. Esencja Nowej Zelandii w pełnej krasie.

Most wiszący
Most wiszący

No i główny cel. Turkusowy kolor rzeki w wąwozie nieopodal miejscowości Hokitika to nie efekt Photoshopa lub filtrów fotograficznych, ale szczególnych warunków geologicznych. Wapienne osady rozpuszczone w wodzie oraz szare dno załamują promienie światła i dają wrażanie pięknego koloru. Woda nabrana do naczynia lub w płytkiej kałuży jest mętno-biała. Jest to niedługi spacer, ale jakie piękne widoki.

Rzeka
Rzeka

Wąwóz jest bez wątpienia miejscem, w którym warto się zatrzymać, jadąc tą częścią Nowej Zelandii. Myśmy nocowali w Hokitice, bardziej z powodów logistycznych niż jakichkolwiek innych.

Kolorowa rzeka
Kolorowa rzeka

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Hokitika

Kanion Okatse i spacer nad drzewami

Kanion Okatse (ang. Okace) to jedna z najnowszych atrakcji Gruzji. Otwarty w 2004 roku powoli zyskuje swoje miejsce wśród turystów. Trzeba przyznać, że sam pomysł jest bardzo dobry, choć niestety w tym przypadku szwankuje trochę wykonanie. No i reklama, ta robi tu zdecydowanie najgorszą robotę.

Droga do kanionu i krowa, przecież to Gruzja
Droga do kanionu i krowa, przecież to Gruzja

Kanion Okatse i chodzenie nad drzewami

Wyobraźmy sobie zwiedzanie kanionu idąc mostami zwisającymi z jego ścian. Pobudza to wyobraźnię i przyciąga ludzi. Mało tego, udało się to Gruzinom zbudować. To jest ta dobra część tej atrakcji. Niestety są też dwa podstawowe minusy. Pierwszy jest taki, że mamy tu wiele drzew, które rosną i ograniczają pole widzenia. W efekcie idąc sobie tymi mostkami, w wielu miejscach nie widać kanionu, a jedynie drzewa. Bardziej przypomina to treewalk, ale chyba nie o to chodziło (choć samo w sobie jest fajne). Drzewa zarastają też dno kanionu, przez co prawie w ogóle nie widać wody.

Kanion Okatse
Kanion Okatse

Akurat ten problem to przede wszystkim kwestia oczekiwań. Jeśli się już wie, czego się spodziewać, to trasa jest całkiem przyjemna. No i zakończona wysuniętą platformą, z której dość dobrze widać całą okolicę kanionu.

Między drzewami
Między drzewami

Problematyczne dotarcie do kanionu z Visitor’s Center

Drugi problem to samo dotarcie do kładki. Od Visitor’s Center do niej mamy do przejścia trasę na jakieś 15-20 minut. Samo przejście mostkami również tyle zajmuje, jak nie mniej. Zresztą dopiero przed wejściem na mostki sprawdzane są bilety. Znów, droga między drzewami sama w sobie zła nie jest, ale nie tego oczekiwaliśmy po tej atrakcji.

Treewalk
Treewalk

Pytanie jest takie, czemu Visitor’s Center jest tak mocno oddalony od właściwego wejścia na kanion? Głównie ze względu na drogę i słaby dojazd. O ile przejście jest bardzo przyjemne, o tyle jazda samochodem dość ciężka, ze względu na koleiny, nieutwardzoną drogę. To właściwie off-road. Czemu Gruzini nic z tym nie robią? Bo poza biletami można przecież kupić dojazd pod sam kanion. W ten sposób kwitnie biznes. Niektórzy oczywiście próbują dojechać tu na własną rękę, ale bez samochodu z wysokim podwoziem, bez doświadczenia i z brakiem znajomości drogi, radzimy sobie odpuścić. Widzieliśmy jak kończyli tacy śmiałkowie (wycofując się w pewnym momencie i blokując przy okazji ruch, oczywiście o ile mają szczęście).

Platforma widokowa
Platforma widokowa

Kanion Okatse: Dojazd

Kanion znajduje się w okolicach Kutaisi, stamtąd można dojechać tu marszrutką, ewentualnie taksówką. Jest też wiele mniejszych biur, które proponują przejazd do tego miejsca i okolic.

Kanion Okatse
Kanion Okatse

Dla nas największym problemem były właśnie piękne zdjęcia folderowe i krótkie opisy, czego się spodziewać. Choć jesteśmy zadowoleni z odwiedzenia kanionu, prawdopodobnie drugi raz spróbowalibyśmy raczej zobaczyć coś innego w okolicy. Za dużo czasu zajął nam dojazd i dojście do właściwej atrakcji względem tego, ile oferowała. Tu nie chodzi o cenę, ale o przede wszystkim czas i konieczność rezygnacji z innych rzeczy, a na koniec rozminięcie się z oczekiwaniami. Jak ktoś ma czasu nadto, można się zastanowić. Jeśli jest go niewiele, to w Gruzji znajdziemy zdecydowanie lepsze atrakcje.

Kanion Okatse
Kanion Okatse

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Kanion Okatse

Jezioro Natron w Tanzanii

Słone jezioro Natron w Tanzanii to mało znane, ale bardzo intrygujące miejsce, które co pewien czas pojawia się w różnych mediach z dwóch powodów. Oba związane są z niesamowitymi zdjęciami. Pierwszy z nich to ukazuje przedziwny kolor wody, wchodzący lekko w róż i czerwień. Przy odpowiednim świetle z pewnej odległości jezioro faktycznie tak wygląda. Wynika to głównie z tego, że jest bardzo mocno zmineralizowane, więc zasychające błota sprawiają z daleka niecodzienne wrażenie. Zaś jak dochodzi do kwitnienia glonów wizualnie się to potęguje. Tyle, że to kwitnienie występuje raz na bardzo krótki czas. Przy odpowiednich filtrach i podrasowaniu takie zdjęcia (można je znaleźć w sieci) naprawę robią duże wrażenie. Ale jak to zwykle bywa, w rzeczywistości dość trudno znaleźć coś podobnego. My obserwowaliśmy podobne złudzenie widząc taflę z daleka. Z bliska już wyglądało trochę bardziej zwyczajnie.

Jezioro z daleka, z charakterystyczną czerwienią
Jezioro z daleka, z charakterystyczną czerwienią

Zabójcze jezioro Natron – czarna legenda

Drugi powód to także zdjęcia, ale do tego ważna jest pewna wiedza. Otóż nazwa jeziora pochodzi od natronu, czyli rzadkiego minerału, który występuje masowo w tym słonym jeziorze. W starożytnym Egipcie używano natronu do mumifikacji zwłok. Jakiś czas temu pewien artysta zrobił instalację, ze zmumifikowanymi zwłokami dzikich zwierząt. Poumieszczał je w okolicy jeziora i w ten sposób narodził się mit, o zabójczej wodzie, która w krótkim czasie uśmierca zwierzęta. Co pewien czas ta plotka wraca, czy to jako niezwykłe miejsce, czy jako jedno z najniebezpieczniejszych jezior na Ziemi. Jak to w plotkach bywa, ziarno prawdy jest, ale na tym ziarnie się kończy. Inaczej zmumifikowanych zwierząt byłoby tam mnóstwo, a tak są żywe. W dodatku nie wyglądają, jakby coś im zagrażało.

Widok na Ol Doinyo Lengai
Widok na Ol Doinyo Lengai

Ol Doinyo Lengai i kanion

Samo jezioro znajduje się na terytorium Masajów. Oni zajmują się oprowadzaniem po okolicy i to u nich się nocuje. Ale to nie jest już klasyczna wioska, a raczej zwykły kamping. Wokół jeziora mamy trzy atrakcje, do których zawsze prowadzi nas masajski przewodnik. Ekipa, która wozi nas przez całe safari, w tym wypadku zazwyczaj zostaje w obozie, lub co najwyżej pełni rolę transportu. Atrakcje są następujące: wejście na szczyt jednego z wulkanów – Ol Doinyo Lengai (niestety wymaga dużo więcej czasu, więc nie znalazło się w naszych planach), przeprawa przez kanion i wyjście na samo jezioro.

Przeprawa przez wąwóz
Przeprawa przez wąwóz

Święta góra Masajów

Ol Doinyo Lengai, czyli z masajskiego Góra Boga (Masajowie wierzą, że w kraterze brzmi bóg Ngai), to czynny i aktywny wulkan. To znaczy tyle, że co pewien czas następują tu erupcje, ostatnia w 2013. Nie są one jednak gwałtowne, więc jest relatywnie bezpiecznie. Nie wpływają one na życie mieszkańców. Zwłaszcza, że brak dużego ruchu turystycznego i jakiś rozbudowanych stacji sejsmologicznych powoduje, że raczej katastrofy nikt się tu nie spodziewa.

Wulkan jest jednak istotny z innego powodu, tak zwanej zimnej lawy. Zimna, znaczy że ma jakieś 300-400 stopni. W tej temperaturze i wzbogacona o minerały, których na tym terenie jest wiele, ma jasny kolor. Z daleka wygląda więc trochę jak pokrywa śniegowa. Góra ma niecałe 3000 metrów, więc na wejście tam trzeba być przygotowanym, nie tylko kondycyjnie. Masajowie w okolicy mają obowiązek raz w życiu wejść na górę i zejść do krateru. A że to Masajowie są tu przewodnikami, turyści też mogą zejść do krateru (o ile jest zastygły).

Przeprawa przez strumień
Przeprawa przez strumień

Kanion to kanioning, coś bardzo podobnego do tego, co opisywaliśmy przy okazji Jordanii i Wadi Mujib. Tylko, że nie w tej skali. Trochę wspinania po skałkach i przechodzenie przez strumień. Dobrze mieć ze sobą wygodne buty, na przykład trekingowe. Przewodnicy masajcy potrafią polecać lub nawet namawiać na sandały czy jeszcze lepiej klapki, bo sami w czymś takim chodzą, ale to naprawdę zły pomysł.

Droga do brzegu
Droga do brzegu

Jezioro Natron

Oczywiście główną atrakcją i tym, co nas przyciągnęło do tego miejsca jest jezioro. To dość płytki akwen, mający maksymalnie do trzech metrów głębokości. Bezodpływowy, więc słony. Gniazduje tu dużo ptaków, głównie flamingów i czasem pelikany. Ale to też jedno z najbardziej nagrzewających się miejsc w Tanzanii. W sieci można natknąć się na informację, że czasem temperatura sięga tam do 60 stopni. Niestety nie mogliśmy tego zweryfikować. Niemniej jednak, faktycznie robi się tam gorąco i parno, więc sami Masajowie unikają jeziora w godzinach innych niż wczesny ranek czy czasem pod wieczór, o ile oczywiście nie jest za gorąco. A skoro oni go unikają, a jednocześnie to oni oprowadzają turystów, trzeba się liczyć z tym, że nawet jak się tu przyjedzie, powiedzą, że teraz nie idziemy. Może rano.

Schnące błoto
Schnące błoto

Droga do jeziora jest bardzo malownicza, zwłaszcza, że po okresie deszczowym część błota zasycha. Oczywiście jest opcja dojechania bliżej brzegu, ale przejście jest bardziej satysfakcjonujące. Nad samym jeziorem przede wszystkim można obserwować sobie ptaki oraz zasuszone błoto. Zaś najgroźniejsze, co może nas spotkać to odwodnienie się, jeśli się nie przygotujemy wcześniej. Niemniej jednak widoki są przepiękne i fascynujące.

Flamingi (słone, bezodpływowe jezioro Natron)
Flamingi (słone, bezodpływowe jezioro Natron)

Ptaki i Obszar Ramsar

Natron ma jeszcze jedną zaletę. Obecnie nie jest jeszcze popularne wśród turystów. Grupki się mijają, ale raczej jest to wciąż dziewicza Afryka w prawie nienaruszonym stanie. Ponieważ jest to ważne siedlisko ptaków, jezioro znalazło się na liście ramsarskiej.

Flamingi nad jeziorem Natron
Flamingi nad jeziorem Natron

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tanzański
Jezioro Natron