Archiwa tagu: ruiny

Jordania: Podsumowanie

Gdy zastanawialiśmy się nad Jordanią, to pierwsze, co do głowy przychodziło to Petra. Nic dziwnego, ani odkrywczego. „Indiana Jones” zrobił swoje, decyzja zapadła, pozostało tylko ustalić szczegóły, no i doczytać na temat kraju. Szybko dni przewidziane na Jordanię się rozrosły, a plan zapełnił.

Madaba
Madaba

Polecieliśmy z Warszawy linią Aegean z przesiadką w Atenach i wylądowaliśmy na lotnisku królowej Alii w Ammanie. Choć doskonale wiedzieliśmy, że nie ma to nic wspólnego z „Diuną” to jednak Alia od noża jakoś bardzo nam się kojarzyła z tym miejscem, choć obecnie może to być różnie odebrane, zwłaszcza ten nóż. W każdym razie lotnisko wyglądało normalnie, na przyzwoitym poziomie. Odebraliśmy samochód i ruszyliśmy do hotelu w Madabie. Raz, był bliżej niż stolica, dwa: była noc, trzy: nie zamierzaliśmy przebijać się niepotrzebnie przez Amman samochodem. Na początek lepiej mimo wszystko pojeździć mniejszymi drogami. Co prawda już na lotnisku i przy wynajmowaniu samochodu spotkała nas przykra niespodzianka z nieczytaniem kart VISA, ale takie są prawa zwiedzania. Dobrze, że drugą jakoś udało się odczytać, no i że był zapas gotówki. Wymiany dokonaliśmy już na lotnisku.

Bezdroża
Bezdroża

Jak łatwo zgadnąć, w hotelu od razu poszliśmy spać. Nawet sprawy meldunkowe przenieśliśmy na rano.

Dzień 1

Po śniadaniu pierwsze kroki skierowaliśmy do pobliskich sklepów. Nie po to, by kupować pamiątki, ale przede wszystkim wodę i jakieś suche przekąski. Szybko jednak okazało się, że z kartą VISA będą problemy, więc musieliśmy inaczej zorganizować wydatki. Potem zwiedzaliśmy Madabę, na tyle na ile jest do zwiedzania, czyli głównie kościoły i mozaiki. Przyjemne i intrygujące, zwłaszcza jak się popatrzy na historię, ale szału nie ma. Bardziej nawet chodziło o rozpoznanie terenu, ludzi i relacji tu panujących. Krajów islamskich już trochę widzieliśmy, właściwie każdy jest inny. Na pozór są bardzo podobne, zwłaszcza jeśli chodzi o czystość, ale już sprzedawcy nie są tak natrętni jak choćby w Egipcie. Wręcz przeciwnie, ludzie są tu dość dobrze nastawieni do turystów, przyjaźni i pomocni. Wielu nas witało słowami „Welcome to Jordan”. Wielu chętnie rozmawiało i cieszyło się z wizyt turystycznych. Tak było nie tylko w Madabie, ale w większości kraju. Może mniej w Ammanie, bo tam jest więcej ludzi, ale Jordańczycy naprawdę są bardzo pozytywnie nastawieni do obcokrajowców. Aż przyjemnie się ten kraj zwiedza. Zwłaszcza, że jak trzeba to są bezinteresownie pomocni.

Morze Martwe od strony jordańskiej
Morze Martwe od strony jordańskiej

Po południu zaczęliśmy jeździć samochodem. Pierwszy przystanek to góra Nebo. Później jeszcze próby zaliczenia Wadi Mujib, Morza Martwego i Betanii nad Jordanem, ale wszystko na spokojnie. Dopiero się rozkręcamy. Mieliśmy mały problem ze znalezieniem stacji benzynowej, bo przy Morzu Martwym jest ich jak na lekarstwo (w innych częściach kraju nie ma takiego problemu), ale na oparach udało się wjechać na stację. Po drodze też mieliśmy kilka kontroli wojskowych. Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni, że odwiedziliśmy ich kraj.

Góra Nebo
Widok z góry Nebo
Jordan
Jordan

Dzień 2

Po śniadaniu jedziemy do Dżaraszu. Przejeżdżamy przez Amman i jego korki, a także wspaniałe oznaczenia drogowe. Przede wszystkim te dotyczące objazdów, które akurat w przeciwieństwie do większości innych nie zawsze są po angielsku. Da się przeżyć. Docieramy na miejsce i okazuje się, że nie ma tu prawie żadnych ludzi. Pustki. Chwila grozy, czy aby na pewno nie popełniliśmy jakiegoś błędu. Ale nie, to właściwie miejsce. Dżarasz okazuje się być perełką, o której mało kto wie, a robi olbrzymie wrażenie.  Hasające tam jaszczurki dopełniają naszego zadowolenia. Potem wracamy, znów przez Amman, ale teraz jakoś łatwiej i udaje się nam dostać do Wadi Mujib, gdzie czeka nas kanioning. Dżarasz (czyli Gereza) to bez wątpienia miejsce, które cieszy umysł, Wadi Mujib bardziej ciało. Zabawa jest przednia, wymagająca, czasami nawet za bardzo, bo gdzieś tam kartoteka medyczna zostawia swoje piętno, lub jak mawiał Indiana Jones „to nie lata, to przebieg”, ale wracamy do hotelu (oczywiście jeszcze Madaba nocą) i szybko padamy po męczącym dniu. Już nam się podoba i to bardzo. A to dopiero początek.

Dżarasz
Dżarasz
Wadi Mujib
Wadi Mujib

Dzień 3

Tym razem jedziemy na wschód. Docieramy do ronda, które ma rozwidlenia do przejść granicznych z Arabią Saudyjską, Irakiem i Syrią (akurat to było odległe). Ale to nie rondo było celem, a park narodowy Shawmari i oryksy arabskie. Oznaczenia niestety fatalne. Turystów brak. Jak się okazuje park jednak jest nieczynny, gdyż trwa renowacja. Rozczarowanie jest, ale co poradzić. Stron nie aktualizują, a że mało osób tu jeździ, to informacji praktycznie nie ma. Na szczęście jest plan B. Lądujemy zatem w innym, pobliskim rezerwacie – Azraq Wetland i to jest już ciekawostka spora, bo gdybyśmy nie wiedzieli, że to Jordania, pewnie byśmy nie uwierzyli. Jezioro, szuwary, ptaki, no i ślady bawołów wodnych, których jednak nie udało się wypatrzyć. Potem zostały jeszcze zamki pustynne, ale też bardziej na zasadzie są bo są. Jedne ciekawsze (w niektórych stacjonował T.E. Lawrence), inne mniej, wracamy do Madaby. Nie zawsze wszystko się udaje, ale grunt, że dalej się bawimy.

Azraq Wetland
Azraq Wetland
Umm Al-Rasas
Umm Al-Rasas

Dzień 4

Rankiem wyjazd, uzupełnienie zapasów i droga do Petry z przystankami. A tu istotne są trzy. Um El Ras, czyli kolejne mozaiki, z listy UNESCO i są po drodze, więc czemu nie? Potem zamek krzyżowców Karak, w porównaniu z pustynnymi jest ogromny, robi większe wrażenie, a przy tym jest starszy. No i kolejna perełka, na którą było zdecydowanie za mało czasu, czyli rezerwat Dana. Znów jest to miejsce, które gdybyśmy nie wiedzieli, że jest w Jordanii, raczej byśmy na to nie wpadli. Góry, drzewa, skały, w dodatku czysto, świeże powietrze, aż chciałby się tam przenocować (istnieje taka możliwość w obozie namiotowym, lecz czas trochę nas gonił). Ale trzeba jeszcze dotrzeć do Petry i tam się ulokować. Cóż jeśli kiedyś wrócimy do tego kraju, to Dana dostanie więcej niż przysłowiowe pięć minut.

Karak
Karak
Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Dzień 5

Kulminacja wyprawy, czyli Petra. Dla jednych to przereklamowane miejsce, dla innych wspaniałe. Chyba przeczytaliśmy więcej niepochlebnych opinii, więc spodziewaliśmy się czegoś gorszego. Rozczarowaliśmy się, ale obyśmy wszędzie mogli rozczarować się w ten sposób (pozytywnie). A Petra to cały dzień chodzenia, jak już się minie tę część turystyczną, to jest dużo lepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o samodzielne zwiedzanie. Po wszystkim jeszcze Petra nocą i kolejny udany dzień za nami. I choć to miejsce zwiedziliśmy dość dokładnie, to chciałoby się tu jeszcze kiedyś wrócić.

Monastyr w Petrze
Monastyr w Petrze

Dzień 6 i 7

Do Petry ściągnął nas Indiana Jones, do Wadi Rum właściwie „Marsjanin”. Choć to trochę uproszczenie, bo przecież kręcono tam też „Prometeusza”, no i byli producenci „Przebudzenia Mocy”. „Marsjanin” zaś wyszedł kilka tygodni przed podróżą, więc chyba nie zdążylibyśmy jej przemodelować na tyle, by trafić tu na dwa dni. Szczęśliwie zrobiliśmy to wcześniej. Dwa dni na pustyni pośród skał  z własnym kierowcą, samochodem i spaniem. Pustynia zaś nie byle jaka, miejscami czerwona niczym Mars, skalista i przepiękna. Spotykało się niewielkie grupki turystów, ale obszar Wadi Rum jest na tyle rozległy, że specjalnie to nie przeszkadza. Bardzo udana wycieczka. Z Petry jest tu blisko, ale potem musieliśmy wracać do Ammanu i oddać samochód, więc czekała nas jeszcze jazda autostradą, a potem taksówką.

Wadi Rum
Wadi Rum

Dzień 8, 9 i 10

Na Amman przeznaczyliśmy trochę za dużo dni. Ale i tak zrobiliśmy swoje kilometry. Pierwszy dzień to najstarsze zabytki: cytadela sięgająca jeszcze w czasy przedhelleńskie, rzymski amfiteatr, a także chodzenie po bazarach. Drugi dzień to jeszcze Muzeum Jordańskie, meczet i dalsze włóczenie się po mieście. Szczerze mówiąc z lepszym zaplanowaniem godzinowym i wspomaganiem się taksówkami dałoby się to wszystko zobaczyć w jeden dzień, a dodatkowy nocleg zrobić w Danie. Nie ma co gdybać. I tak byliśmy zadowoleni. Znów może szału nie ma, smog trochę przeszkadza (brud nie, bo to już stały element niektórych krajów), ale co zobaczyliśmy to nasze. Jeszcze załapaliśmy się na deszcz.

Ostatni dzień to wczesne wstawanie i na lotnisko.

Amman
Amman

Podsumowując, kolejny udany wyjazd. Udany, bo zobaczyliśmy to, co najbardziej chcieliśmy, nie rozczarowało nas. No i pozostał pewien niedosyt i to dokładnie taki jaki powinien, nie za duży i nie za mały. A czy jeszcze chcielibyśmy tam wrócić? Pewnie tak, ale szanse są raczej znikome, przynajmniej w najbliższej, określonej przyszłości. Za dużo innych ciekawych miejsc na świecie i za mało urlopu.

Amfiteatr Jordania
Amfiteatr w Ammanie, Jordania

Więcej informacji znajdziecie tutaj.

Szlak jordański
Podsumowanie

Dżarasz, czyli Gereza, piękne rzymskie ruiny w Jordanii

To chyba jedna z najmniej docenionych atrakcji Jordanii. Dżarasz (Dżerasz, Jarash, Jerasz, Jerash, arab. جرش), albo inaczej biblijne miasto Gereza, to wspaniale zachowane ruiny, aż dziw, że tak mało znane i nie wpisane jeszcze na listę UNESCO. Natknąć się można na nie przypadkiem, zaś gdy się przyjedzie, to zwiedza się to bardzo dobrze ze względu na niewielkie zainteresowanie odwiedzających.

Brama w Dżarasz (czasem Dżerasz)
Brama w Dżarasz (czasem opisywane jako Dżerasz)

Dżarasz historycznie i obecnie

Najkrócej Dżarasz można opisać chyba krótkim stwierdzeniem – Efez bez dużej ilości turystów. Znów jesienią praktycznie nie było tam zwiedzających. Owszem pojedyncze osoby, ale nie czuło się tłoku. Można było spokojnym tempem obejść całość. Jak zwykle przewodnicy sami proponowali swoje usługi, ale dało się ich łatwo zbyć. Nawet nic im nie dając. Odwiedzających nie było tu sporo, ale jednak się kręcili, więc lepiej nie tracić czasu na opornych.

Gereza została założona w IV wieku przed naszą erą przez Aleksandra Wielkiego lub jego generała Perdikkasa. Stanowiło część Dekapolu (Dekapolis), czyli związku 10 miast w dawnej Transjordanii. W 63 przed naszą erą zostało zajęte przez Pompejusza i dalej rozwijało się pod auspicjami Rzymu. Potem Gerezę przejęło Bizancjum, a następnie Arabowie (w 636 naszej ery). W 749 po trzęsieniu ziemi miasto opustoszało. Odkrył je na nowo w 1806 Urlich Seetzen.

Kolumnada w Dżaraszu
Kolumnada w Dżaraszu

Zwiedzanie i zabytki w Jerash

Jedyny minus to wejście. Ono jest bardzo turystyczne. Trzeba przejść przez masę sklepików. Na szczęście to Jordania, trochę inna niż Petra, więc da się bez problemu przejść. Naganiacze nie są tu uciążliwi, to kolejny plus.

Dżarasz, pozostałości Nimfeum
Dżarasz, pozostałości Nimfeum

Dżarasz jest bardzo dobrze zachowany. Słynie z owalnego forum z kolumnadą, a także ruin kilku świątyń, a także hippodromu na którym odbywały się kiedyś wyścigi rydwanów. Znajdują się tu także dwa amfiteatry. No i to wspaniałe miejsce dla jaszczurek, tych wygrzewa się tu bardzo dużo. To jedno z tych miejsc, gdzie można spokojnie obcować z zabytkami rzymskimi. Jeśli chcemy przewodnika, można go wziąć. Ale nawet jeśli go nie weźmiemy to i tak znajdą się osoby, które czasem coś pokażą. Jedną z ciekawostek, którą można tu zobaczyć (a do tego przydaje się przewodnik) to hałasujące kamienie. Bloki, które mają wewnątrz kawałki metalu i w momencie ruchów sejsmologicznych wydawały dźwięki ostrzegawcze.

Antyczny teatr (Jerash)
Antyczny teatr (Jerash)

Dojazd do Dżaraszu

Problemem jest też dojazd do Dżaraszu, gdyż nie jest on specjalnie dobrze oznakowany, ale dzięki GPSowi dojeżdża się na miejsce, znajduje miejsce na dużym parkingu i spokojnie można zająć się zwiedzaniem. Ono nie zajmuje dużo czasu. Szybkim tempem można obejść całość w dwie godziny, wolniejszym w cztery.

Antyczny teatr (Dżarasz)
Antyczny teatr (Dżarasz)

Przybywając do Jordanii większość kieruje się ku ruinom Petry. Jarash, czy Wadi Rum to z pewnością miejsca o których warto pamiętać. Robią duże wrażenie, a zwłaszcza te ruiny są dużo mniej ludne.

Zaś jeśli chodzi o Dżarasz warto też zastanowić isę nad wzięciem udziału w wyścigu rydwanów. Są one tu organizowane raz na jakiś czas. Można to śledzić na stronie: JerashChariots.

Jaszczurka
Jaszczurka, dokładniej agama hardun (Stellagama stellio brachydactyla)

Bezpieczeństwo w Dżarasz

O tym warto wspomnieć. Byliśmy tam w 2016 i była to najbardziej na północ wysunięta część Jordanii, którą zwiedziliśmy. Wystrzegaliśmy się tamtej okolicy, ze względu na obozy dla uchodźców. Samo Dżarasz wciąż znajduje się w bezpiecznej części i nie czuliśmy tu żadnego zagrożenia. Jednak w listopadzie 2019 doszło tu do ataku nożownika na troje turystów. Prawdopodobnie odosobniony przypadek. Takie pojedyncze incydenty niestety się czasem zdarzają, wcześniejszy miał miejsce w 2016 w Karaku.

Jeśli spodobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak jordański
Dżarasz