Archiwa tagu: klif

Park Narodowy Płaskowyżu Hortona i kraniec świata

Park Narodowy Płaskowyżu Hortona (Horton’s Plain National Park) lub skrótowo Płaskowyż Hortona to obszar chroniony znajdujący się na obszarze górskim Sri Lanki, na wysokości 2100 – 2300 m n.p.m. Na listę parków narodowych obszar ten trafił w 1988 roku, ale już w XIX wieku Brytyjczycy docenili odrębność tego płaskowyżu i pozostawili nietknięty jako teren łowiecki. Tworzą go trawiaste wzgórza i lasy mgliste. Drugą atrakcją są bardzo wysokie uskoki, najwyższy z nich nazywa się Końcem Świata (lub Krańcem w innym tłumaczeniu, które lepiej oddaje oryginalne znaczenie).

Ścieżka w Parku Narodowym Płaskowyżu Hortona
Ścieżka w Parku Narodowym Płaskowyżu Hortona

Lasy mgliste na Sri Lance

Lasy mgliste to taka szczególna odmiana lasów podzwrotnikowych na terenach górskich, gdzie przez kondensację wilgoci stale utrzymują się mgły i bardzo duża wilgotność. Warunki konieczne do powstania lasów mglistych są na tyle specyficzne, że tylko około 1% światowych lasów to lasy mgliste. Z mglistymi takimi mieliśmy do czynienia do tej pory w Tanzanii, w Parku Narodowym Ngorongoro na krawędzi kaldery dawnego wulkanu.

Rzeki, czasem trzeba przez nie przejść (może to wymagać trochę skakania)
Rzeki, czasem trzeba przez nie przejść (może to wymagać trochę skakania)

Płaskowyż Hortona: Zwierzęta

Na płaskowyżu Hortona żyje wiele gatunków zwierząt, niektóre z nich są endemitami. Do najważniejszych należą występujące w wielu miejscach Azji jelenie sambar i lamparty. Kiedyś występowały tu także słonie, ale brytyjski odkrywca i myśliwy – sir Samuel Baker (1821 – 1893) – pasjami polował na słonie, doprowadzając je niemal do wymarcia w regionie Nuwara Eliya, zaś do lat 40. XX wieku nie było ich już wcale.

Sambar jednobarwny (Rusa unicolor)
Sambar jednobarwny (Rusa unicolor)

Niestety oprócz jeleni nie spotkaliśmy praktycznie żadnych innych zwierząt, nawet ptaków. Najpewniej przebywają one w dalszych częściach płaskowyżu, z dala od hałaśliwych turystów. Jednak jest to miejsce, do którego nie jeździ się dla zwierząt, a dla niesamowitych, trochę surowych krajobrazów. To przepiękny park narodowy.

Turyści na Płaskowyżu Hortona
Turyści na Płaskowyżu Hortona

Płaskowyż Hortona: Wodospad i uskoki

Kluczową atrakcją Hortona jest Kraniec ŚwiataWorld’s End. Nazwano tak klif wznoszący się nad przepaścią liczącą 1300 metrów głębokości. Dalej w parku znajduje się Mały Kraniec Świata ze spadkiem liczącym 300 metrów. Ze względu na mgłę nie udało nam się zobaczyć nic a nic. Nie ważyliśmy się zbliżyć do krawędzi – było ślisko, a brakowało barierki. Miesiąc przed naszą wizytą zginęła tutaj niemiecka turystka. Zaś jeśli chodzi o widoki, przy dobrej pogodzie można tu dostrzec Szczyt Adama i nawet Ocean Indyjski. Mgła na Końcu Świata występuje dość często, podobno warto się tu udać we wczesnych godzinach porannych, wówczas jest większa szansa na przejrzystą pogodę.

Kraniec Świata / Koniec Świata
Kraniec Świata / Koniec Świata

Popularnością cieszy się także wodospad Bakera, nazwany tak na cześć wspomnianego już Samuela Bakera. Wodospad mierzy 20 metrów wysokości. Na Płaskowyżu Hortona znajdują się początki trzech głównych rzek na Cejlonie: Mahaweli, Kelani i Walawe.

Wodospad Bakera
Wodospad Bakera

Płaskowyż Hortona: Trasa

Pełny okrężny szlak w Płaskowyżu Hortona liczy jakieś 9,5 kilometrów i nie jest bardzo wymagający, nie po Szczycie Adama. Przed wejściem zabrano nam wszystkie foliowe torebki, a jedzenie w rodzaju herbatników przesypano w papierowe torebki. Wodę w plastikowych butelkach mogliśmy wnieść. Ma to oczywiście na celu ustrzeżenie parku przed zaśmieceniem, a zwierzęta przed przypadkowym zjedzeniem śmiertelnie groźnych dla nich folii. Cóż, fama indyjskich turystów, znanych z niechlujstwa, a licznie odwiedzających Cejlon, robi swoje. Trzeba niestety dodać, że Lankijczycy też potrafią być niezwykle uciążliwi: przede wszystkim są przeraźliwie głośni. Krzyczą i wyją, zwłaszcza na Krańcu Świata. Hałas niestety wprost przekłada się na brak obecności zwierząt.

Las Mglisty (Płaskowyż Hortona)
Las Mglisty (Płaskowyż Hortona)

Sama ścieżka jest częściowo przygotowana pod turystów. Jest wytyczona, w niektórych miejscach wygładzona, ale z wózkiem całej trasy się nie przejedzie. Miejscami trzeba się trochę wspinać, przeprawić przez strumień, czy przy gorszej pogodzie znaleźć sposób, by ominąć błoto. Nie jest to poziom trudności porównywalny z Carrantouhill, ale jeśli ktoś się spodziewa takich łatwych szlaków turystycznych jak w Punakaiki czy Bastei to będzie dość niemile zaskoczony. Dodatkowo zostaje wspomniana kwestia bezpieczeństwa: przy obu Końcach świata nie ma barierek. Jest tam podwyższenie, na które się wchodzi i które nagle się urywa.

Płaskowyż Hortona (Horton's Plain, Sri Lanka)
Płaskowyż Hortona (Horton’s Plain, Sri Lanka)

Ponadto można tutaj zmarznąć: średnia roczna temperatura wynosi 13 stopni w skali Celsjusza, ale waha się od 27 w ciągu dnia do zaledwie 5 w nocy. W lutym zdarzają się nawet przygruntowe przymrozki. Na wędrówkę było dla nas w sam raz, ale nasz kierowca zmarzł czekając na nas. Ogólnie cały dystrykt Nuwary Eliyi uchodzi za najchłodniejsze miejsce na Sri Lance (średnia temperatura to 16 stopni Celsjusza). Dlatego warto się zaopatrzyć w sweter, czy kurtkę. A skoro to lasy mgliste, przygotujcie się też na mżawkę czy przelotny deszcz.

Płaskowyż Hortona i ścieżka w lesie
Płaskowyż Hortona i ścieżka w lesie

Czystość i higiena w Parku Narodowym

Trochę o higienie na Sri Lance. Znaliśmy już historie o czystości – a właściwie jej braku – w Indiach. Spodziewaliśmy się, że tutaj, przez bliskość geograficzną będzie podobnie. Żeńska część naszej wyprawy bała się śmierci z brudu, a na wyjazd zaopatrzyła się w lejek do sikania. Świetna sprawa, ale jak się okazało, na Sri Lance wcale nie było to bardzo potrzebne. Poziom czystości zarówno w miastach, jak i poza nimi, był na Sri Lance zaskakująco wysoki, często wyższy niż w Europie! Bardzo nas to pozytywnie zaskoczyło.

Park Narodowy Płaskowyżu Hortona
Park Narodowy Płaskowyżu Hortona

Sri Lanka i Indie są jednak kulturowo bardzo odmienne, co wynika z historii. Ponadto sami Lankijczycy nie przepadają za Hindusami. Nasz kierowca, i nie tylko on na Sri Lance, uważa że Hindusi to po prostu brudasy, w ogóle nie dbający o otoczenie (stąd też wprowadzone restrykcyjne zasady w parku). Niestety i tak zdarzały się osoby, które przemyciły odpady i wyrzuciły je na szlaku. Natomiast kończąc kwestie higieniczne. Przy wejściu do parku narodowego znajdują się ubikacje (potem na trasie są dość nieliczne i nie w każdej części). Te przy kasach są bardzo specyficzne, bo są pozbawione jednej ściany, więc mamy przewiew I widok na las. Dość interesująca rzecz.

Płaskowyż Hortona
Płaskowyż Hortona

Płaskowyż Hortona: Jak dotrzeć

Dojazd do Parku problemowy nie jest, jeśli się ma samochód. Jednak warto pamiętać, że jest to jedna z tych dróg, które są niezalecane przez wszystkie wypożyczalnie i ubezpieczycieli. Niektóre ubezpieczenia tu nie obowiązują. Związane jest to z tym, że w razie wypadku czy awarii dość trudno dotrzeć tu służbom, co oczywiście zwiększa koszty. Droga, znając polskie standardy, zła nie jest. O transporcie publicznym do Płaskowyżu Hortona należy zapomnieć. Można co prawda pojechać pociągiem do wioski Ohiya i stamtąd brać tuk-tuka lub inny transport. Ewentualnie jest jeszcze dalsza Pattipola (najwyżej położona stacja na Sri Lance). Podobno dobrze jest tu przyjechać rano, bo mgły rozrzedzają się mniej więcej o 10-11. Myśmy byli późnym popołudniem, toteż mgła znów gęstniała

Płaskowyż Hortona
Płaskowyż Hortona

Uwagi praktyczne

Wspominaliśmy o tym, że część turystów w parku była dość hałaśliwa. Nie o to chodzi, gdy obcuje się z naturą. Ale jest na nich jedna rada. Trasa w Płaskowyżu Hortona w dużej części idzie po okręgu. Zdecydowana większość Azjatów skręca standardowo w lewą stronę. Jeśli się pójdzie w prawą, jest dużo większa szansa na ciszę, bo ludzi raczej się mija, a nie idzie między nimi. Ten wybór nie ma sensu, gdy wybieramy się do parku z samego rana, by zdążyć przed chmurami na Krańcu Świata, wówczas należy iść w lewo, by jak najszybciej dojść do uskoków.

Droga w lesie mglistym
Droga w lesie mglistym

W 2010 roku podczas sesji w Brasilii, komitet UNESCO uznał centralne równiny Sri Lanki za miejsce przyrodniczego dziedzictwa. Oprócz Płaskowyżu Hortona na listę wpisano także: Peak Wilderness sanctuary (tam znajduje się Szczyt Adama)i Knuckles Mountain Range. Samo Horton’s Plain to przepiękne miejsce, idealne na spokojny spacer na łonie natury. My połączyliśmy je ze Szczytem Adama (w jeden bardzo długi dzień), ale wiele osób dzieli te atrakcje na dwa dni. Wszystko zależy od formy, ale też możliwości dojazdu. Z prywatnym kierowcą i średnią kondycją da się to zrobić w jeden dzień.

Skalne podejście w PN Płaskowyżu Hortona
Skalne podejście w PN Płaskowyżu Hortona

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
PN Płaskowyż Hortona

Cathedral Cove, czyli wejście do Narnii

Kiwi (czyli Nowozelandczycy) twierdzą, że najczęściej fotografowanym miejscem na półwyspie Coromandel jest tak zwane Cathedral Cove (Zatoczka Katedralna). Szczerze, trudno się dziwić. To miejsce wygląda magicznie i w pewien sposób stało się magiczne, oczywiście za sprawą filmowców i „Opowieści z Narnii”.

Łuk Cathedral Cove jest dobrze znany dzięki Windowsowi
Łuk Cathedral Cove jest dobrze znany dzięki Windowsowi

Cathedral Cove i Narnia

Andrew Adamson już w pierwszym filmie z cyklu wykorzystał lokacje z Nowej Zelandii. Wrócił tu także kręcąc „Księcia Kaspiana” (2008). Akcja filmu zaczyna się w Londynie, potem widzimy bohaterów w metrze, gdzie odkrywają przejście do Narnii. Dzieci przechodzą przez łuk i lądują na narnijskiej plaży. To właśnie Nowa Zelandia i Cathedral Cove. Tak nazywa się zarówno słynny łuk jak i ogólnie cała okolica.

Cathedral Cove
Cathedral Cove

Plaża otoczona malowniczymi formacjami skalnymi zagrała w filmie okolice dawnego zamku Ker Paravel. Sam łuk i przejście pod nim wygląda bardzo jak w filmie, oczywiście w naszym przypadku nie licząc pogody, bo ta akurat nam nie dopisała. Ale zaiste, w słońcu to miejsce faktycznie cieszy wszelkie obiektywy turystów.

Widok na rezerwat morski
Widok na rezerwat morski

Rezerwat morski Cathedral Cove

Plaża i łuk znajduje się w rezerwacie przyrody. Jak wiele innych miejsc w Nowej Zelandii tak i ten ma dwie nazwy: maoryską i angielską. Oprócz Cathedral Cove Marine Reserve, określa się to także jako Te Whanganui-A-Hei Marine Reserve. Maoryska nazwa znaczy tyle co Wielka Zatoka Hei. Hei to nazwa plemienia Maorysów, jeśli można to tak nazwać. U nich podział na grupy społeczne miał trochę inną formę, niż to co znamy np. z zachodnich krajów. Hei to nazwa jednego z iwi, czyli coś co jest w zależności od tłumaczenia klanem, plemieniem lub spokrewnionymi plemionami.

Charakterystyczny łuk
Charakterystyczny łuk

Rezerwat zajmuje 840 hektarów, w zatoce, wyspach, plażach. Żyje tu wiele stworzeń morskich, ale jak w wielu podobnych miejscach w kraju to także teren rekreacyjny. Ludzie tu nurkują czy uprawiają snorkelling.

Formacje skalne na plaży
Formacje skalne na plaży

Dojazd i zwiedzanie Cathedral Cove

By dojechać do Cathedral Cove, należy kierować się na miejscowość Hahei. Znajdziemy tam wiele płatnych parkingów, skąd można sobie dojść na plażę czy do właściwej lokacji, ale jeśli nie mamy campera, można jechać dalej. Przy samym zejściu znajduje się darmowy parking, choć jak na warunki nowozelandzkie jest on dość mały. Camperów tam nie chcą. Nam udało się znaleźć miejsce, ale w sezonie może to być problemem.

Narnijska plaża
Narnijska plaża

Stamtąd czeka nas spacer między drzewami, skąd widać tutejsze klify. Dopiero na samym końcu schodzi się na plaże, wychodząc prawie dokładnie tam, gdzie kręcono film. Spacer nie jest długi, na zobaczenie Catheral Cove wystarczy poświęcić trochę ponad godzinę. Chyba, że pogoda sprzyja do dłuższego wylegiwania się na tutejszych pięknych plażach. Sama plaża nie jest duża, większość czasu zajmuje zejście do niej.

Sama plaża w tym miejscu jest stosunkowo niewielka
Sama plaża w tym miejscu jest stosunkowo niewielka

Łuk i tapeta w Windows

To bez wątpienia jedna z łatwiejszych lokacji filmowych do wychwycenia. Faktycznie to wejście do Narnii jest tu takie symboliczne, cudowne i magiczne. Wchodzimy do innego świata, choćby na chwilę. Zaś miejsce powinno być też znane wielu użytkownikom Windowsa, można je zobaczyć na jeden z domyślnych tapet.

W większości mamy tu klif
W większości mamy tu klif

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Cathedral Cove
Szlak filmowy
Cathedral Cove

Upolu, najważniejsza wyspa Samoa

W skład państwa Samoa wchodzi 9 zachodnich wysp archipelagu, przy czym zamieszkane są cztery. Dwie największe liczą aż 99% powierzchni kraju: Upolu i Savai’i. Są one pochodzenia wulkanicznego, pozostałe koralowego. Właściwie cały archipelag jest otoczony przez koralowce, na plaży znajduje się obok pumeksu wulkanicznego właśnie fragmenty korali.

Droga na wyspie Upolu, Samoa
Droga na wyspie Upolu, Samoa

Wyspa Upolu na Samoa

Samoa leży w strefie klimatu równikowego, z czego wynikają dwie pory roku: sucha i wilgotna, przy czym Samoa to raczej wilgotna i bardziej wilgotna. Ta bardziej wilgotna oznacza to, że co kilka godzin zrasza nas kilkuminutowy dość intensywny deszcz. Zaraz gdy przestanie padać, zaczyna parować i znów jesteśmy cali mokrzy, tym razem od potu. Ale nie jest to wbrew pozorom jakieś dokuczliwe, pewnie dzięki oceanicznej bryzie.

Krowa na Samoa
Krowa na Samoa

Na wyspie Upolu drogi prowadzą głównie wzdłuż wybrzeża, ale są też trzy trasy przecinające wyspę w poprzek. Na Savai’i za to są tylko drogi wzdłuż wybrzeża. Tym razem skoncentrujemy się jednak na najbardziej zaludnionej wyspie, czyli Upolu, a właściwie wszystkim, co jest poza Apią, czyli stolicą państwa.

Upolu, Samoa
Upolu, Samoa

Zwiedzanie i transport na Upolu

Podróżując po Upolu mamy do wyboru trzy opcje. Pierwsza to lokalne połączenia autobusowe. Te niestety nie dowiozą nas do wielu interesujących miejsc. Jeśli ktoś ma dużo czasu, można się w to bawić. Zostają więc albo taksówki albo wynajęcie samochodu. W takim wypadku lepiej wynająć taksówkę na cały dzień i wynegocjować cenę z kierowcą, wyjdzie taniej. Trudno znaleźć kogoś, kto by jeździł według licznika, więc ustalenie ceny jest bardzo ważne. Może się to okazać lepszym rozwiązaniem niż wynajem samochodu lub przynajmniej podobnym kosztowo, a dodatkowo zyska się przewodnika. Natomiast nie ma co się bać jeżdżenia autem po wyspie. Po Samoa jeździ się bajecznie łatwo, sama przyjemność. Ale wszystko tu jest przyjemne i na pełnym luzie, zwłaszcza jak już wyjedzie się poza Apię. Tam zwyczajnie nie ma dużego ruchu, czasem minie nas jakiś samochód, to wszystko. Zresztą auto to  najlepszy sposób na spokojne zwiedzanie. Prawie wszędzie można się spokojnie zatrzymać. No i nie ma zwierząt na drogach. Stan nawierzchni jest raczej średni, ale nie zły.

Namorzyny w okolicy Satao
Namorzyny w okolicy Satao

Wodospad Papapapaitai

Gdzieś mniej więcej po środku Upolu, zaraz przy jednej z tych biegnących w poprzek wyspy dróg, jest widowiskowy wodospad. Jeden z najwyższych na Samoa, bo mierzący aż 100 metrów, wpadający kaskadą do głębokiego kanionu prawie u podnóża wulkanu Mt Fiamoe (wys. 938 m n.p.m.). Wodospad nazywa się Papapapaitai. Jest to miejsce ciche, spokojnie, słychać tylko plusk wody, szmer drzew i co jakiś czas okrzyk schowanego wśród gałęzi ptaka. Podjeżdża się, podchodzi do barierki, nacieszy chwilę i można jechać dalej. Nie było tu nikogo, kto rościłby sobie prawa do pobrania opłaty.

Wodospad Papapapaitai, Upolu, Samoa
Wodospad Papapapaitai, Upolu, Samoa

Lasy namorzynowe na Upolu

Namorzyny opisywaliśmy już przy okazji Nowej Zelandii. Tutaj też są. I tutaj można pływać wśród zanurzonych drzew tradycyjną dłubanką-katamaranem, czyli lokalnym kanoe. Trzeba dojechać do wioski Satao (lub Sa’anapu –  wybraliśmy tę pierwszą), która jest po przeciwległej stronie wyspy niż Apia. Tam wypytać miejscowych, bo drogowskazów brakuje, a oni skierują już na odpowiednie miejsce. Atrakcja jest czynna wtedy, kiedy się przyjedzie: gdy właściciel domu słyszy samochód, wychodzi i za uzgodnioną opłatę wypływamy na półgodzinny rejs. Dobrze jest przyjechać wtedy, gdy jest przypływ. Przy odpływie jest tu dość płytko.

Namorzyny w okolicy Satao
Namorzyny w okolicy Satao

Samoańskie namorzyny sprawiają wrażenie wyższych i bardziej porozgałęzianych od tych, które widzieliśmy w Nowej Zelandii. Warto dodać, że tutaj kręcono część zdjęć do reality-show „Survivor: Samoa”, czyli „Ryzykanci” z 2009 roku. Uczestniczy byli rzekomo na bezludnej oddalonej części Samoa. Przewodnik pokazał nam dokładne miejsce ich pobytu – bliżej jego domu się już nie dało. Dla niepoznaki zdjęcia nagrywano nocą. Ot uroki telewizji.

Namorzyny w okolicy Satao
Namorzyny w okolicy Satao

Park Narodowy O Le Pupu Pue

Następny interesujący punkt znajduje się na wschód od namorzynów. O le Pupu Pue National Park to pierwszy park narodowy na Samoa i pierwszy na wyspach południowego Pacyfiku. Został ustanowiony w 1978 roku. Liczy sobie zaledwie 29 km2 i na wędrówkę wytyczonym szlakiem należy przeznaczyć około trzech godzin. Zresztą są dwie ścieżki: jedna przez las, tę wybraliśmy, druga, podobno jeszcze bardziej malownicza, prowadzi do wybrzeża. Ścieżki są ledwo utrzymane, więc z powodu deszczy jest ślisko. Ale jest pięknie, to spacer dość dziewiczą i nie zmienioną przez człowieka dżunglą. Eksplorując wyspę doszliśmy do wniosku, że trzy dni z hakiem na ten liczący niecałe 3 tyś km2 kraik to za mało (dla porównania Malta to 316 km2).

O le Pupu Pue National Park
O le Pupu Pue National Park
O le Pupu Pue National Park
O le Pupu Pue National Park

Wrażenie robi tropikalna roślinność. Tym większe, że niektóre z tych roślin są nam znane czy to z oranżerii, palmiarni, czy nawet ze zwykłych kwiaciarń i marketów jako ozdobne rośliny doniczkowe tak chętnie trzymane u nas w domach. Tutaj rosną w stanie dzikim, piękne i nieskrępowane brakiem przestrzeni. Z roślin o różnokolorowych liści ludzie tworzą tutaj czasem coś w rodzaju żywopłotu. Komarów trochę jest, ale do zniesienia. Za to repelenty spływają szybko pod wpływem potu.

Dzikie rośliny z Samoa, które u nas sprzedaje się jako doniczkowe
Dzikie rośliny z Samoa, które u nas sprzedaje się jako doniczkowe

Gorzej jest z plażami. O nie rzeczywiście trudno – wyspa jest wulkaniczna, więc plaże tworzą głównie odłamki czarnego i ciemnoczerwonego pumeksu. Największe są albo sztuczne, albo zajęte przez hotele, a najpewniej i jedno i drugie.

Krajobraz Upolu
Krajobraz Upolu

Lej krasowy To-Sua

Następną atrakcją, którą odwiedziliśmy, było lej krasowy To-Sua. Jest to kilka czegoś w rodzaju jaskiń czy jam, zalanych przez ocean. Zostały utworzone przez spływającą magmę, która nie zawsze „zakleja” dokładnie zajmowaną przestrzeń, ale tworzy coś jakby kieszenie czy bąble powietrza. Tak powstają wulkaniczne jaskinie. Tutaj są one dodatkowo otwarte od góry i połączone z oceanem. Tworzą się niesamowite baseny do pływania i właśnie z takich miejsc chyba częściej korzystają turyści niż z plaż. Na żadnej plaży nie widzieliśmy tylu kąpiących się ludzi, co tutaj. Choć nie widzieliśmy plaż przy zamkniętych hotelach. Same leje widzieliśmy też w Omanie.

Lej służy turystom do kąpieli. Jest tu nawet drabinka, oczywiście jest to atrakcja płatna. Ale ciekawa jest też jego lokalizacja. Znajduje się on przy uskoku rowu oceanicznego, stąd klif jest całkiem wysoki, a woda w pewnej odległości od brzegu robi się bardzo głęboka. Brak plaży w tym miejscu ludzie rekompensują sobie kąpielami w leju.

Lej krasowy To-Sua Ocean Trench
Lej krasowy To-Sua Ocean Trench

Tsunami i bezpieczeństwo

Oczywiście to jedynie cześć Upolu. Wyspę można by spokojnie dłużej eksplorować. Myśmy próbowali podjechać jeszcze do kilku wodospadów, niestety albo były dość małe, albo średnie, ale znajdowały się na czyjejś posesji. Niby niewiele kasują za wejście, ale jak się doda kilka przystanków, to może się okazać, że za łatwo traci się rachubę.

Transport publiczny na Upolu (Samoa)
Transport publiczny na Upolu (Samoa)

No i ostatnia rzecz, którą widać tu bardzo mocno. Wznoszące się kościoły, które wyróżniają się na tle wielu innych zabudowań. Na Samoa odgrywają bardzo istotną rolę, głównie dlatego, że to z parafiami wiążę się rozwój i edukacja lokalnej ludności. Dlatego Samoańczycy przywiązują wielką wagę do swoich świątyń i stawiają je na potęgę, nawet kosztem własnych luksusów.

Droga ewakuacyjna w przypadku tsunami
Droga ewakuacyjna w przypadku tsunami

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak samoański
Upolu

Portmagee, Pierścień Kerry i południowo-zachodnia część hrabstwa Kerry

Choć najczęściej odwiedzanym przez turystów miejscem w Irlandii jest Dublin, to na drugiej pozycji często plasuje się hrabstwo Kerry, znajdujące się w południowo-zachodniej części wyspy. Na pierwszy rzut oka może być to ciut zaskakujące, ale warto dodać, że jedną z atrakcji tego rejonu jest słynna wyspa Skellig Michael. By się na nią dostać, najlepiej udać się do Portmagee. Zaś ze względu na kapryśną pogodę warto znaleźć sobie w bliskiej i bardziej odległej okolicy inne atrakcje.

Portmagee i reklama Skellig
Portmagee i reklama Skellig

Pierścień Kerry

Hrabstwo Kerry jest jednym z najbardziej turystycznych regionów Irlandii, głównie  za sprawą typowego wschodnioatlantyckiego wybrzeża, rozrzeźbionego licznymi półwyspami i szerokimi fiordami (czyli z angielska „sound”, zetknęliśmy się z nimi w Nowej Zelandii w Parku Narodowym Fiordland), upstrzonymi mniejszymi i większymi wyspami. Ponadto jest to jeden z bardziej górzystych regionów kraju, znajduje się tutaj pasmo Macguillycaddy’s Reek Ir. Na Cruacha Dubha) z najwyższym szczytem Irlandii – Carrauntoohil (Ir. Corrán Tuathail) liczącym 1038 m. n.p.m.

Widok na wyspy Skellig
Widok na wyspy Skellig

Pierścień Kerry (Kerry Ring) to nazwa popularnego szlaku rowerowego (jak również samochodowego) otaczającego półwysep, którego kulminacyjnym punktem jest Park Narodowy Killarney. Zresztą to właśnie Killarney przyciąga do Kerry najwięcej turystów (ale o tym już innym razem). W całym hrabstwie jest mnóstwo większych i mniejszych atrakcji, jak choćby małe zameczki, muzeum torfu, czy gospodarstwa agroturystyczne. Trochę dalej znajduje się Półwysep Dingle. Kerry ma własne lotnisko, ale by się tu dostać można się posiłkować tymi w Shannon i Cork.

Port w Portmagee
Port w Portmagee

Hrabstwo Kerry – historia

Kerry to obszar rdzennie irlandzki, w którym można zaznać najwięcej oryginalnego irlandzkiego języka w mowie i nazwach, posłuchać irlandzkiej muzyki i spróbować lokalnej kuchni. Irlandzka nazwa hrabstwa – Ciarraí albo Ciarraighe – pochodzi od określenia „lud Ciar”, który był pre-celtyckim plemieniem zamieszkującym część obszaru Kerry. W pierwszej połowie XIV wieku kraina ta została ostatecznie wcielona do Królestwa Anglii jako palatynat należący do earla Desmond. Obszar hrabstwa i jego zamki (w tym Ross nieopodal Killarney) były świadkami licznych rebelii i wojen o niezależność Królestwa Irlandii od Królestwa Anglii.

„Gwiezdne Wojny”, porgi i Skellig w sklepie
„Gwiezdne Wojny”, porgi i Skellig w sklepie

Nie tylko w odległej historii. W XX wieku hrabstwo Kerry, jako bardzo irlandzka część Irlandii, znajdowała się pod wpływami Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA) i w latach 20. XX wieku raz po raz wybuchały większe i mniejsze rozruchy, szumnie nazywane Wojną o Niepodległość (lata 1919 – 21) i Irlandzką Wojną Domową (lata 1922 – 23). Dziś pod tym względem jest spokojniej.

Fontanna z delfinem w Portmagee
Fontanna z delfinem w Portmagee

Znacie ten motyw wędrowny biednego irlandzkiego katolika, żywiącego się resztkami kartofli na przednówku? Albo irlandzkiego biedaka, który w poszukiwaniu lepszego życia wsiada na „Titanica”, bo myślał, że wraz z biletem wygrał lepsze życie? To jest właśnie główny „towar eksportowy” hrabstwa Kerry. W XVII i XVIII wieku wielu ubogich farmerów osiedlało się w tym odległym zakątku Irlandii o dobrym klimacie, by zawierzyć swój los uprawom ziemniaków. Uprawy załamały się w 1845 roku, powodując trwający cztery lata Wielki Głód, który dotknął zachodnią i środkową część kraju. Z głodu – bezpośrednio lub w wyniku infekcji – zmarło około milion ludzi, drugie tyle wyemigrowało. Szczyt Trudnego Czasu – An Drochshaol – przypadł na Czarny ’47 – Bliain an Drochshaoil.

Pamiątkowe zdjęcia z Markiem Hamillem w „The Moorings”
Pamiątkowe zdjęcia z Markiem Hamillem w „The Moorings”

Hrabstwo Kerry – współcześnie

Wszystko to sprawia, że historia tego miejsca jest wyjątkowo ciekawa, ale jednocześnie aż tak jej nie widać. Pozostała bardziej w opowieściach, nazwach, niekoniecznie w zabytkach. Wioski w Kerry dziś wyglądają o wiele bardziej naturalnie i  bardziej pierwotnie, niż niektóre tereny wiejskie w Polsce. Więcej tu małych poletek, małych stad i czasem jakiegoś sprzętu jak traktor, najczęściej mający już swoje lata.

Warto też zwrócić uwagę na pogodę: w Kerry notuje się najwyższe opady w Irlandii, głównie dzięki masywowi górskiemu, który zatrzymuje wilgotne powietrzne znad Atlantyku. Jednocześnie może zaskoczyć widok tropikalnych roślin takich jak spotykana w Europie tylko tutaj paproć drzewiasta lub drzewko truskawkowe (chruścina jagodna) – jest to zasługa ciepłego Prądu Zatokowego (Golfsztrom).

Portmagee z łodzi
Portmagee z łodzi

Portmagee dziś

Jedna z niewielkich osad rybackich na Półwyspie Iveragh (irl. Uíbh Ráthach) (największym półwyspie południowo-zachodniej Irlandii) to Portmagee. Do Portmagee przybywa się tak naprawdę w jednym tylko celu: złapania okienka pogodowego i rejsu na Skellig Michael. Nie jest to łatwa sztuka, gdy w grę wchodzi prawie 2-godzinna podróż lotnicza z Polski. Przede wszystkim, najpierw należy zarezerwować rejs u jednego z przewoźników i wpłacić zaliczkę. Sezon na zwiedzanie trwa od maja do września. Najmniejsze opady w tym najbardziej mokrym hrabstwie i najsłabsze wiatry notuje się w lipcu, ale mimo to trzeba mieć szczęście, bo pogoda jest kapryśna. Dobrze jest mieć w zapasie przynajmniej jeden dzień, gdyż może się zdarzyć, że nasz rejs przesuną na kolejne najbliższe dni. Nie ma co liczyć, że w dniu przyjazdu znajdzie się miejsce na łodzi od ręki. Dziennie na wyspę może dostać się tylko 180 turystów, nie więcej – są to odgórne regulacje. My mieliśmy ogromne szczęście – sobota była pochmurna, ale rejs był możliwy. Za to już w niedzielę widoczność słaba, silny wiatr i opady, więc gdybyśmy mieli rezerwację na dzień później, przepadłoby.

Irlandzkie piwo w „The Moorings” (Portmagee)
Irlandzkie piwo w „The Moorings” (Portmagee)

Historia Portmagee

Irlandzka nazwa Portmagee brzmi An Caladh i oznacza „Port”. Osada posiada dwóch bohaterów: Maurice’a O’Neilla, po którym nazwano most na wyspę Valentia. Był on członkiem IRA, który został poddany karze śmierci w 1942 roku po tym, gdy w Dublinie zabił policjanta. Drugi bohater jest ważniejszy, bo od niego pochodzi nowożytna nazwa miasteczka: dawniej Magee’s Port, obecnie Portmagee. Kapitan Theobald Magee był żyjącym w XVIII wieku piratem i przemytnikiem. Karierę zaczynał jako oficer w marynarce JKM, zaś po przejściu w stan spoczynku zajął się tak zwaną wymianą handlową (tak na szmuglerkę Magee mówią miejscowi) między portami Portugalii, Francji i Irlandii. Liczne półwyspy zachodniego wybrzeża Irlandii dawały świetne możliwości ukrywania się, a rybacka osada na Półwyspie Iveragh świetnie się nadawała na główną bazę przemytniczą. Kapitan Theobald ożenił się zyskownie z wdową po bogatym kupcu z sąsiedniego Dingle. Po śmierci Theobalda, jego żona i syn przejęli rodzinny interes szmuglerki.

Wyspy Skellig, Puffin Island widziane z Bray Head na wyspie Valentia
Wyspy Skellig, Puffin Island widziane z Bray Head na wyspie Valentia

Kliffy Kerry i „Gwiezdne Wojny”

Historia ta doskonale wpisuje się w obraz hrabstwa Kerry. Jest o czym poczytać, ale śladów zostało dość niewiele. Potrmagee to tak naprawdę jedna główna ulica przy porcie. Tu znajdziemy trzy-cztery knajpy, sklep i właściwie tyle. Trochę dalej jest kościół, mała fontanna z delfinem, no i domy, w tym  hostele. Nie jest tego wiele, ale jakaś baza noclegowa o zróżnicowanym standardzie jest. Sklep pełni rolę zarówno warzywnika, jak i sklepu z pamiątkami (teraz głównie związanymi z „Gwiezdnymi Wojnami” i porgami). Zaś w knajpach można zjeść świeże fish&chips. Na Wyspach jest nawet powiedzenie „nie zamawiaj ryby, jeśli nie widzisz morza”. W jednej z knajp – „The Moorings” nawet są zdjęcia Marka Hamilla, który tam przesiadywał w przerwie między zdjęciami i uczył się, jak nalać idealną pintę Guinnessa.

Kliffy Kerry
Kliffy Kerry

Niedaleko Portmagee znajdują się klify Kerry (Kerry Cliffs). Bardzo ciekawe miejsce, z którego można (jeśli jest pogoda i widoczność) oglądać wyspy Skellig, a także położoną bliżej Puffin Island. Wejście na klify jest płatne,  a  ogrodzony teren spacerowy spokojnie można obejść w jakieś pół godziny. Przy klifach są też tabliczki z informacjami o tutejszym ptactwie, replika clochán (kamiennych domków) oraz parking. Ale tu przybywa się dla widoków.

Kliffy Kerry
Kliffy Kerry

Na północ od Porgmagee znajduje się most Maurice’a O’Neilla (wspomniany już bojownik IRA), który prowadzi nas na wyspę Valentia. Tu także znajdziemy dobre punkty widokowe, jak chociażby Bray Head, skąd również można podziwiać Skellig. Oczywiście jak dopisze pogoda.

Ślady tetrapodów na Valentii
Ślady tetrapodów na Valentii

Wyspa Valentia

Sama wyspa oferuje historyczne ciekawostki: stąd zaczęto kłaść pierwszy transatlantycki kabel telegraficzny (połączenie uruchomiono w 1866 roku i było czynne okrągłe sto lat). W tutejszych kamieniołomach natomiast odkryto jedne z najstarszych skamieniałych tropów wczesnych tetrapodów. Relikt liczy około 385 milionów lat. Ślady tych prymitywnych płazów są wystawione do oglądania, tu opłat nie ma. Nam nie udało się dopatrzyć, co na tym kamieniu jest śladem zwierzęcia i to mimo wspomagania się tablicą z opisem.
Łupek z tutejszych kamieniołomów posłużył jako surowiec między innymi do budynku Brytyjskiego Parlamentu w Londynie i Opery w Paryżu. Natomiast tabliczka z zaznaczoną Valentią w czasach, gdy płazy wychodziły na ląd powoduje rozbawienie.

Ślady tetrapodów
Ślady tetrapodów

Największa osada Valentii to Knight’s Town. W porównaniu z Portmagee faktycznie robi wrażenie. Ma nawet własną wieżę zegarową i dużo większy port z mnóstwem jachtów. Można tu (zresztą w Portmagee i innych miejscach Irlandii także) zobaczyć bardzo ciekawą różnicę kulturową między nami a Irlandczykami. Temperatura 15 stopni, mały deszcz i do tego jeszcze wiatr w lipcu to tutaj bardzo dobra pogoda, by schłodzić się w morzu.

Wybrzeże na Valentii
Wybrzeże na Valentii

Jak wspominaliśmy, do Portmagee przybywa się, by wyruszyć na Skellig. Okolica zaś oferuje wiele drobnych atrakcji. Jeśli się trochę poszuka i wie czego się można spodziewać, może to być bardzo ciekawe uzupełnienie wyprawy na wyspy Skellig. Natomiast jakby komuś pogoda nie pozwoliła na rejs na Skellig, to w Portmage jest jeszcze Skellig Experience, gdzie można zapoznać się z historią wyspy, jak i zdjęciami.

Wieża zegarowa w Knight's Town
Wieża zegarowa w Knight’s Town

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak irlandzki
Portmagee

 

Przylądek Roca, zachodni kraniec Europy kontynentalnej

Najdalej wysuniętym na zachód krańcem kontynentalnej Europy jest przylądek Roca (port. Cabo da Roca) w Portugalii, który znajduje się na terenie Parku Narodowego Sintra-Cascais. Skalisty brzeg ma wysokość do prawie 140 metrów. To wyjątkowo spokojne i malownicze miejsce. Słynny portugalski poeta Luís Vaz de Camões opisał je słowami: „Gdzie ląd się kończy, a morze zaczyna”. Wyrwany z kontekstu fragment może nie powala, ale jednocześnie dość dobrze oddaję istotę tego miejsca. Pewnie dlatego, jest tak często cytowany, nawet na materiałach promujących to miejsce.

Krzyż na przylądku
Krzyż na przylądku

Latarnia morska
Latarnia morska

Przylądek Roca (Cabo de Roca)

Poza oczywiście samym faktem, że to koniec kontynentalnej Europy, jest to przy odpowiedniej pogodzie, miejsce idealne na spokojny spacer. Można cieszyć się oceanem i klifami. Okolica jest porośnięta głównie przez sukulent Carpobrotus edulis, rdzennie pochodzący z Afryki Południowej.

Widok na ocean
Widok na ocean

Kontynentalny koniec Europy i monumenty

W okolicy przylądka znajdują się trzy rzeczy. Pierwsza najbardziej widoczna to latarnia morska. Druga to monument z krzyżem. Na nim znajduje się fragment poematu Camoesa. Co ciekawe w bardzo wielu miejscach w sieci krzyż jest „usunięty”. Pokazywane są tylko fragmenty dolne monumentu. Trzecia rzecz, to kamień z napisem „koniec Europy”, znajduje się trochę dalej od monumentu i można go nie zauważyć.

Wybrzeże
Wybrzeże

Klify (przylądek Roca)

Przy głównej części przylądka znajdują się barierki nad klifami. Ale jak się odejdzie dalej, to można samemu podejść do krawędzi, a nawet spróbować sobie zejść. Na to oczywiście trzeba sobie zaplanować trochę więcej czasu. Samo zachwycanie się tym dość pięknym miejscem raczej nie zajmuje długo. Godzina z pewnością wystarczy. Prawda jest taka, że jeśli ktoś chciałby to tylko zaliczyć i cyknąć sobie fotkę na krańcu Europy, bez problemu zrobi to w piętnaście minut. Gorzej oczywiście ze zdjęciem monumentu, bo wokół niego nieustannie kręcą się jacyś turyści.

Przylądek Roca (Cabo de Roca)
Przylądek Roca (Cabo de Roca)

Jak dotrzeć

Do przylądka można dojechać oczywiście samochodem, ale kursują tu też autobusy lokalne z Sintry i Cascais. Dokładnie linia 403. Do Sintry i Cascais można dojechać z Lizbony pociągiem w ramach biletów na metro i koleje lokalne. Bilety autobusowy w Sintrze można kupić na przykład całodniowy. To bilet typu hop on hop off i działa także na linie dowożące do pałaców. Ewentualnie można skorzystać z taksówek, tuktuków czy innych form bardziej indywidualnego transportu.

Trasa spacerowa - przylądek Roca
Trasa spacerowa – przylądek Roca

Swoją drogą w czasach rzymskich to miejsce nosiło nazwę Promontorium Magnum, zaś w okresie wielkich odkryć geograficznych – Skały Lizbony.

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak portugalski
Przylądek Roca