Archiwa tagu: wąwóz

Malindi, Gede i Marafa – Hell’s Kitchen

Na południu od Mombasy popularną jednodniową wycieczką jest wyspa Funzi, na północy zaś jest z tym gorzej. Najlepiej do tej roli nadaje się Malindi. Nawet nie jako wycieczka, ale może jako baza wypadowa do takich miejsc jak Gede czy Hell’s Kitchen (Marafa).

Część bardziej reprezentacyjna w Malindi
Część bardziej reprezentacyjna w Malindi

Kurort Malindi

Dziś Malindi to przede wszystkim miejscowość wypoczynkowa. Jest tu sporo hoteli, trochę restauracji i plaże, a także lotnisko. Teren ten upodobali sobie Włosi i przybywa ich tu całkiem sporo na wakacje. Co więcej także inwestują w to miejsce, według niepotwierdzonych opowieści udziałowcem jednego z hoteli jest sam Silvio Berlusconi.

Gede, dawne miasto Suahili
Gede, dawne miasto Suahili

Malindi to miejscowość założona przez cywilizację Suahili, gdzieś między V a X wiekiem. Była to cywilizacja wymieszana z lokalnych ludów i napływowych Arabów.Nie stanowiła jakiejś dużej jednolitej organizacji, raczej porozrzucane, muzułmańskie miasta, które zajmowały się handlem. Ich upadek wiąże się z europejską kolonizacją oraz konfliktami z Masajami. W każdym razie około XIII wieku Malindi stanowiło jeden z ważniejszych ośrodków Suahili. Wówczas rywalizowało z Mombasą i Kilwą o wpływy.

Mafara, czyli Hell's Kitchen
Mafara, czyli Hell’s Kitchen

Wielkie odkrycia i Malindi

Wszystko się zmieniło, gdy w 1498 dotarł tu Vasco da Gama i Portugalczycy. To okres ich wpływów. Zbudowali swoje obwarowania, ale te nie przetrwały do naszych czasów. Za to została koralowa kolumna tuż nad brzegiem. Podobno kazał ją wznieść sam da Gama. Zwieńczona krzyżem stanowi dziś najważniejszy zabytek Malindi. Kolumna jest biała, a jej rola była bardzo podobna do tej, którą pełnią latarnie morskie. Miała być widoczna z daleka dla marynarzy i pomagać im w orientacji w terenie.

Kolumna Vasco da Gammy w Malindi
Kolumna Vasco da Gammy w Malindi

Malindi długo pozostało centrum handlu między innymi rogami nosorożców, kością słoniową, a także niewolnikami (i to jeszcze do początku XX wieku). Długo stanowiła centrum działań Portugalii we wschodniej Afryce. Pod koniec XVI wieku Portugalczycy przenieśli się do Mombasy, tam tworząc swoje operacje i od tego momentu Malindi zaczęło podupadać. Prawdę mówiąc jeśli chodzi o handel to już się nie podniosło. Obecnie przekształciło się w miejscowość turystyczną. Pomogła w tym także II wojna światowa i fakt, że Włosi zbombardowali to miasto. Wówczas pozostało im postawić na turystykę.

Charakterystyczna zabudowa centrum Malindi
Charakterystyczna zabudowa centrum Malindi

Współczesne Malindi

Centrum Malindi jest bardzo naturalne, afrykańskie, mało turystyczne, a przy tym spokojne. Pomijając duży meczet, reszta budowli się nie wyróżnia. Jest spore targowisko i to chyba wszystko. Więcej atrakcji jest w tej części turystycznej, ale to raczej spokojne miasteczko.

Targowisko w centrum Malindi
Targowisko w centrum Malindi

Wąwóz Marafa, czyli Hell’s Kitchen

Jedno z miejsc, na które warto zwrócić uwagę w okolicy Malindi, to Marafa. Znana jest też pod nazwą Hell’s Kitchen (Kuchnia piekieł). To kanion w depresji stworzony przez erozję. Jest on wypłukiwany przez wodę, więc w ciągu kilku lat, po kolejnych deszczach potrafi się zmienić w dość znaczący sposób. Jest to także gorące miejsce, czasem temperatura tutaj wynosi 40 stopni.

Hell's Kitchen, czyli wąwóz Marafa
Hell’s Kitchen, czyli wąwóz Marafa

Hell’s Kitchen jest przede wszystkim piękne. Białe, czerwone i czasem czarne piaskowce są wymieszane, tworząc bardzo kolorowy kanion. Istnieje legenda o jego powstaniu. Podobno mieszkali tu bogaci ludzie wraz ze swoim bydłem. Gdy w okolicy panował głód, oni nie chcieli się dzielić z innymi ludźmi. W rezultacie spotkała ich boska kara i spłonęli. Czerwień to pozostałość po krwi, biel po owcach, a czerń po spaleniu.

Mafara, czyli Hell's Kitchen
Mafara, czyli Hell’s Kitchen

Samo zwiedzanie Hell’s Kitchen trwa koło 40 minut. Dostajemy przewodnika, który oprowadza nas po miejscu, to mały spacer trasą w koło. Trochę na górze, trochę na dole. Pomijając upalne dni, szlak nie jest wymagający. Trudniej było w Hell’s Gate. Największy problem to dotarcie do Mafary, bowiem nie znajduje się ona pośród popularnych miejscówek, a jednocześnie jest odległa od Malindi. Jeśli nie mamy do dyspozycji samochodu, pozostaje taksówka lub agencje.

Mafara, czyli Hell's Kitchen
Mafara, czyli Hell’s Kitchen

Gede

Gede lub Gedi to stanowisko archeologiczne na południe od Malindi. Było to jedno z bardziej znaczących miast cywilizacji Suahili (tej samej, która stworzyła Malindi). Dziś to ruiny, można je spokojnie zwiedzać.

Ruiny Gede
Ruiny Gede
Gede, pozostałości miasta Suahili
Gede, pozostałości miasta Suahili

Gede w dużej mierze jest zrobione z korali. Miasto rozwijało się od X do połowy XVII wieku, kiedy zostało opuszczone i zapomniane. Po części jest to efekt rosnących wpływów Portugalczyków, którzy monopolizowali handel w okolicy, także używając broni. Konkurencyjne ośrodki nie miały szans na przetrwanie. Natomiast natura zajęła to miejsce. Na nowo odkrył je w 1884 sir John Kirk z Zanzibaru, ale nie zbadano wówczas tych ruin. Po raz kolejny odkryto je w latach 20. XX wieku, wówczas rozpoczęto prace archeologiczne i zrozumiano, że to pozostałość cywilizacji Suahili.

Ruiny Gede
Ruiny Gede
Stanowisko archeologiczne Gede
Stanowisko archeologiczne Gede

Dziś ruiny są porośnięte drzewami i dość słabo opisane. Zazwyczaj dowiadujemy się tylko, że tu był pałac, meczet albo jeszcze coś innego. Brak szczegółów. Znajduje się tu także małe muzeum archeologiczne oraz motylarnia. Ostatnią atrakcją, której nie udało się zbytnio zobaczyć, był Malindi Marine Park, czyli plaża. Niestety z powodu restrykcji covidowych można było tylko podejść i zobaczyć ją z góry, była zamknięta dla zwiedzających.

Malindi Marine Park
Malindi Marine Park

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak kenijski
Malindi

Park Narodowy Hell’s Gate, wąwóz, Lara Croft i Król Lew

Dość nietypowym jak na Kenię parkiem jest Park Narodowy Hell’s Gate (Hell’s Gate National Park). To miejsce, do którego przychodzi się pochodzić, a największą atrakcję stanowią nie zwierzęta, lecz kaniony. Co więcej ma on swój filmowy epizod.

Wieża Fischera
Wieża Fischera

Park Narodowy Hell’s Gate i historia

Park znajduje się bardzo blisko jeziora Naivasha, podobnie jak ono jest częścią Wielkiego Rowu kenijskiego wschodniego. Hell’s Gate jest parkiem narodowym od 1984 roku. Poza ochroną zwierząt ważna jest tu też ochrona krajobrazu powulkanicznego z klifami. Pobliski wulkan Longonot ostatni raz wybuchł na początku XX wieku, czasem jeszcze widać pozostałości. Zresztą spacerując po nim można natknąć się na obsydian.

Góralek skalny (Procavia capensis)
Góralek skalny (Procavia capensis)

Ludzie mieszkali tu w czasach prehistorycznych. Pośród klifów znajdował się kanion, którym płynęła rzeka. Dla Europejczyków/Zachodniego świata ten wąwóz odkryli Joseph Thomson i Gustav Fischer w 1884 roku i to oni właśnie nazwali to miejsce Wrotami Piekieł. Związane jest o ze znajdującymi się na terenie parku gorącymi źródłami, które obecnie są wykorzystywane do pozyskiwania energii (turbiny geotermalne). Elektrownia Olkaria jest systematycznie rozbudowywana nie tylko o nowe filie, ale również moduły. Gdzieniegdzie widać parę wodną. Pomijając elektrownie, jak w większości tego typu miejsc, tak i tu mamy centrum kultury masajskiej.

Wieża Centralna
Wieża Centralna
Obsydian, jest ich całkiem sporo w Parku Narodowym Hell's Gate
Obsydian, jest ich całkiem sporo w Parku Narodowym Hell’s Gate

Charakterystyczne punkty

Najbardziej charakterystyczne miejsca parku to skalne kolumny – Fischera (Fischer Tower) oraz centralna (Central Tower). Na pierwszą można się wspinać, jak już pojawi się tam ktoś z obsługi. Oczywiście za dodatkową opłatą wynajmuje się osprzęt. Przy porannej przechadzce można było tam zobaczyć jedynie góralki.

Park Narodowy Hell's Gate
Park Narodowy Hell’s Gate

Park jest stosunkowo niewielki (68 km2) i jak wspominaliśmy można zwiedzać go spacerując. Idzie się główną drogą, samochody jadą najczęściej za nami. Jest okazja, by zobaczyć zwierzęta, choć w porównaniu z innymi parkami jest ich stosunkowo mało. Za to przede wszystkim widać ciekawe formacje skalne. Zdarza się, że niektórzy oszczędzając czas przejeżdżają główną drogą od razu w okolice wąwozu.

Wąwóz Ol Njorowa
Wąwóz Ol Njorowa

Wąwóz Hell’s Gate / Ol Njorowa

Główną atrakcją jest kanion Hell’s Gate. Podobnie jak wspinaczka, to dodatkowo płatna atrakcja, którą zwiedza się z lokalnym przewodnikiem. Można wybrać trasę krótszą lub dłuższą, albo jeśli nie czujemy się na siłach alternatywną (o niej warto porozmawiać z przewodnikiem). Dłuższa różni się od krótszej tym, że dodatkowo wchodzi się w rozwidlenie kanionu. Jest to o tyle ciekawe, że to właśnie to odnóże jest najbardziej filmowe. Potem wraca się na główną trasę.

Źródła bijące ze skał
Źródła bijące ze skał

Zejście do kanionu jest średnio trudne. Kilka miejsc wymaga skakania lub jakiegoś przytrzymania się. Natomiast nie wraca się tą samą drogą, robi się kółko. Wyjście jest dużo łatwiejsze. Więc można zobaczyć też turystów, którzy nie czując się na siłach wchodzą do wąwozu „wyjściem” i nim wracają. Normalna trasa to kółko, w przypadku dłuższej trzeba się fragment wrócić.

Skała Mufasy, tak przynajmniej określił to przewodnik
Skała Mufasy, tak przynajmniej określił to przewodnik

Malowniczy wąwóz Hell’s Gate, pomijając to, że jest atrakcją samą w sobie, jest też miejscem, gdzie na ścianach wybijają gorące źródła. Większość z nich jest letnia, ale jest kilka miejsc bardzo gorących. Ciekawostką są też wodospady, jeden z nich ma strumień zimnej wody spadającej z góry oraz po bokach ciepłej.

Wąwóz Hell's Gate
Wąwóz Hell’s Gate

Zwierzęta w parku

Ze zwierząt można tu zobaczyć góralki, zebry, bawoły, eland, gazele, czy bawolce krowie. W teorii żyją też drapieżniki, ale w niewielkiej ilości i raczej trzymają się daleko od głównej trasy, stąd bezpiecznie się po niej chodzi. Natomiast gdy większa liczba zwierząt jest blisko, przewodnik może poprosić nas o chwilowe wejście do samochodu.

Zebry w Parku Narodowym Hell's Gate
Zebry w Parku Narodowym Hell’s Gate

Wrota Piekieł i kino

Jeśli chodzi o filmy, to przede wszystkim wąwóz wykorzystano w „Lara Croft Tomb Raider: Kolebka życia” (2003) Jana de Bonta. Kanionu nie ma dużo, więcej ujęć nakręcono w studio, ale to tutaj Lara Croft przechodzi do miejsca, w którym ukryta jest puszka Pandory. Wcześniejsze sceny nagrywano w parku Amboseli.

Wodospad przy bijących źródłach
Wodospad przy bijących źródłach

Drugi jeszcze ciekawszy filmowy epizod to animacja „Król Lew” (1994). Oczywiście nie kręcono go w tym miejscu, ale filmowcy, którzy projektowali sceny przyjechali tutaj i dokładnie przestudiowali wąwóz. Potem częściowo go odtworzono, przede wszystkim w scenie z gnu i śmiercią Mufasy. Przewodnicy nawet pokazują, na której skale stał Mufasa.

Wąwóz Hell's Gate
Wąwóz Hell’s Gate

Jeśli chodzi o wąwozy to trekking w Hell’s Gate jest raczej krótki i w większości spokojny, więc nie stanowi on dużego wyzwania. Natomiast patrząc na warunki kenijskie, możliwość przespacerowania się po parku narodowym, zwłaszcza między kolejnymi safari, to dobra odmiana. A park sam w sobie jest ciekawą atrakcją, może nie punktem, który trzeba zobaczyć, ale z pewnością warto.

Park Narodowy Hell's Gate
Park Narodowy Hell’s Gate

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak kenijski
Hell’s Gate
Szlak filmowy
Hell’s Gate

Kanion Saklikent, kanioning w Turcji

Wąwóz Saklikent w Parku Narodowym Saklıkent to jedna z najbardziej niesamowitych atrakcji Riwiery Tureckiej. Wymagająca, nie dla każdego, ale za to dająca olbrzymią satysfakcję. To taki kanioning jaki lubimy, spodobało się nam to w Wadi Mujib, nie inaczej było tutaj.

Kanion Saklikent
Kanion Saklikent

Kanion Saklikent i Park Narodowy

Park Narodowy Saklıkent, ustanowiony w 1996 roku, otacza wąwóz Saklıkent (tur. „ukryte miasto”) w górach Taurus. Z wysokością sięgającą 300 metrów i długością wynoszącą 18 kilometrów jest to najgłębszy i najdłuższy wąwóz rzeczny w Turcji i jeden z najgłębszych na świecie. Przez tą wysokość nie dociera tu słońce, więc nie nagrzewa wody, ta potrafi być w lecie dość zimna.

W wielu miejscach chodzi się zarówno po kamieniach jak i w wodzie
|W wielu miejscach chodzi się zarówno po kamieniach jak i w wodzie

Przejście przez wąwóz Saklikent

Przejście wąwozu nie jest jednak tylko trochę dłuższą wycieczką. Wciąż wymaga specjalistycznej wiedzy z zakresu canyoningu i sprzętu i jest trudny do tego stopnia, że ekipa eksploratorów zdobyła go dopiero w 1993 roku! Od tego czasu został częściowo przygotowany dla turystów, ale nie jest to miejsce dla każdego. Udostępniono zaledwie 4-ro kilometrową część kanionu, która użycia sprzętu nie wymaga, ale z pewnością warto zastanowić się, czy chcemy zabierać tu małe dzieci.

Wąwóz Saklikent
Wąwóz Saklikent

Przy przyjeździe wygląda dość niepozornie. Mamy do dyspozycji duży parking, budkę biletową oraz sklepiki i pięknie położony bar, który znajduje się nad wodą. Stoliki i siedzenia są intrygująco ustawione, robi to niesamowity klimat. Potem przechodzi się przez barierkę, można dopasować tam kask. W teorii powinno być to obowiązkowe, ale w praktyce panuje tu spora dobrowolność.

Widoki w wąwozie robią wrażenie
Widoki w wąwozie robią wrażenie

Dalej mamy najłatwiejszy fragment: schody i wiszącą, przytwierdzoną do skały kładkę, którą wchodzi się do wnętrza wąwozu. Z powrotem niektórzy przepływają sobie ten fragment wpław. Potem jest mały przystanek i pierwsza przeszkoda. Trzeba przejść przez całkiem spory strumień. Miejscami jest rwący, kamienie bywają śliskie. Szczęśliwie jest lina, która pozwala łatwiej przez niego się przedostać. Głębokość zależy od aktualnego poziomu wody, my byliśmy we wrześniu, więc woda była powyżej kolan w najgłębszych fragmentach.

Czasem trzeba się wspinać
Czasem trzeba się wspinać

Pierwsza przeszkoda: Potok

Dopiero po przejściu potoku wchodzi się do właściwej części kanionu. I tu jest trochę wspinaczki, trochę brodzenia w wodzie. Ciekawa i bardziej wymagająca atrakcja, gdzie potrzebujemy koordynacji i pewnej kondycji, by chodzić po drobnych skałach, wspinać się czasem, albo skakać. Poziom jest dość wyrównany do jednego miejsca, pierwszego wodospadu. Na nim wiele osób kończy swoją przygodę z kanionem.

Najwięcej wody jest na samym początku. Znajduje się tu linka, która ma pomóc przejść przez nurt.
Najwięcej wody jest na samym początku. Znajduje się tu linka, która ma pomóc przejść przez nurt.

Po sforsowaniu pierwszego wodospadu jest niby łatwiej. Jednak musimy przyznać, że i dla nas było to wyzwaniem i przejście niektórych fragmentów wymagało wzajemnej pomocy turystów. Można także wynająć przewodnika – sami zaczepiają na początku szlaku – który przede wszystkim jest taką pomocną dłonią. Przewodnicy chodzą po trasie i oferują swoją pomoc, oczywiście za pieniądze. W przypadku grupki osób może to być całkiem niezłe rozwiązanie. Przewodnicy mają często też certyfikaty, choć w tym wypadku jak już pomagają to chyba nie ma to znaczenia.

Wąwóz Saklikent
Wąwóz Saklikent

Pierwszy wodospad

Cała zabawa z tym pierwszym wodospadem polega na tym, że o ile wcześniej, przy trudniejszych przejściach pojawiają się liny bądź jakieś pomoce, tu już tego nie ma. On celowo jest pozbawiony ułatwień, by samodzielni turyści, bez większego doświadczenia we wspinaniu się od niego odbili. Prawdopodobnie lina czy łańcuch bardzo wiele by tu pomogły, ale przeszkadzają w biznesie. Więc albo ktoś nas wciągnie, albo podsadzi i tu właśnie pojawia się pomocna dłoń przewodnika.

Wodospad jednak nie robi wrażenia
Wodospad jednak nie robi wrażenia

Przejście przez pierwszy wodospad jest chyba najtrudniejszym elementem trasy. Potem poziom trudności jest trochę większy od tego, co było przed wodospadem. Trasa kończy się na drugim wodospadzie. Oba są właściwie niewielkie i stanowią raczej informację o końcu szlaku, niż faktyczny cel. Główną atrakcją jest oczywiście sam wąwóz, malowniczy i klimatyczny. Zaś z wodospadu czeka nas droga powrotna i na końcu przejście przez strumień. Jak już się go raz przeszło nie jest tak straszny, ale to dobra okazja, by zobaczyć jak inni sobie radzą (bądź nie radzą) z tą przeszkodą. Warto zauważyć też, że wiele osób nie próbuje dojść do końca, już nie mówimy o pierwszym wodospadzie. Rezygnują wcześniej. W takich wypadkach trzeba mierzyć siły na zamiary i podobnie jak w górach bezpieczeństwo jest tu naprawdę najważniejsze. Zaś od strony osób obsługujących kanion wewnątrz właściwie nikogo nie ma.

Kanion Saklikent
Kanion Saklikent

Drugi wodospad

Za drugim wodospadem, jak się już sforsuje tę ścianę, dalej ciągnie się kanion. To już jest ta część nieturystyczna i niedostępna bez sprzętu. Nawet nie próbowaliśmy myśleć, by tam pójść.

Warto czasem popatrzeć w górę, wąwóz jest dość wysoki
Warto czasem popatrzeć w górę, wąwóz jest dość wysoki

Tu jeszcze jedna uwaga. W naszym wypadku spacer po kanionie wiązał się z chodzeniem po skałach i ewentualnie strumieniu. Błota było niewiele, ale według informacji, które znaleźliśmy, w innych porach roku należy się liczyć z pokonywaniem mułu, więc wiąże się to z wybrudzeniem się.

Czasem widać bardziej otwartą przestrzeń
Czasem widać bardziej otwartą przestrzeń

Dojazd do wąwozu Saklikent

Dojazd do kanionu jest dość dobrze oznaczony. W przypadku, gdy nie mamy w Turcji samochodu warto skorzystać z wycieczek. Główną bazą wypadową do kanionu jest Fethiye i okolica. Przed wejściem znajduje się wiele stoisk, gdzie można kupić sobie przydatny sprzęt, czy to ochraniacze na telefony, ale także na buty. W sumie można było kupić nawet buty przeznaczone do chodzenia w wodzie. Warto też wziąć pod uwagę, że wąwóz Saklıkent nie jest otwarty przez cały rok. Wszystko zależy od warunków. Gdy woda jest zbyt wysoka, dotyczy to okresu od późnej jesieni to wczesnej wiosny, atrakcja jest zamknięta.

Saklikent i ludzie dla skali
Saklikent i ludzie dla skali

Dla nas kanion Saklikent to był jeden z najważniejszych punktów powrotu do Turcji. Nie zawiedliśmy się. Jest to bez wątpienia świetna, trochę bardziej wymagająca, ale dająca dużo satysfakcji atrakcja. I coś, co bardzo wyróżnia się na Riwierze Tureckiej.

Po wszystkim można usiąść w knajpce na rzece
Po wszystkim można usiąść w knajpce na rzece

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Wąwóz Saklıkent

Sidi Bouhlel, kanion z „Gwiezdnych Wojen”

W Tunezji jest miejsce, które powszechnie nazywa się mianem kanionu „Gwiezdnych Wojen” (Star Wars Canyon). George Lucas kręcił tu trzy filmy. Formalnie miejsce nazywa się Sidi Bouhlel (arab. سيدى بحلال), acz nazwa ta to imię marabuta, a nie samego kanionu. To bardzo ciekawa, acz trochę wymagająca lokacja.

Sidi Bouhlel i marabut
Sidi Bouhlel i marabut

Kanion Sidi Bouhlel

Nazwa marabut kojarzy się nam przede wszystkim z afrykańskim ptakiem z rodziny bocianowatych. Marabuty widzieliśmy choćby w Parku Narodowym Mikumi. Natomiast słowo to także występuje w islamie i oznacza świętego, pobożnego męża, przywódcę duchowego otoczonego czcią. Grobowce takich osób także nazywa się marabutami, te zaś są rozsiane po różnych krajach islamskich. W Tunezji widzieliśmy marabuta także na Dżerbie.

Kanion Gwiezdnych Wojen
Kanion Gwiezdnych Wojen
Sidi Bouhlel i „Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja”
Sidi Bouhlel i „Gwiezdne Wojny: Nowa nadzieja”

„Gwiezdne Wojny” i Sidi Bouhlel

To właśnie marabut nazywa się Sidi Bouhlel. Kanion obok bywa nazywany kanionem Sidi Bouhlel lub właśnie wspomnianym kanionem „Gwiezdnych Wojen”. Jednak filmowa historia tego miejsca jest trochę dłuższa. Zaczęło się od adaptacji „Małego księcia” z 1974 roku. Dwa lata później pojawił się tu George Lucas i nakręcił część scen na Tatooine, przede wszystkim te, które znajdują się między skałami, czyli choćby z R2-D2 i Tuskenami. Warto dodać, że potem, przy „Powrocie Jedi”, dokrętkach i „Wersji specjalnej” posiłkowano się Doliną Śmierci.

Tu kręcono Tatooine i Indianę Jonesa
Tu kręcono Tatooine i Indianę Jonesa

Indiana Jones i inne filmy

Lucas wrócił tu kilka lat później razem ze Stevenem Spielbergiem, kręcąc „Poszukiwaczy Zaginionej Arki”. W okolicach Tawzar kręcono zarówno sceny okolic Kairu w Egipcie, jak i te na Morzu Egejskim (Grecja). To właśnie w w tym kanionie nakręcono bardzo istotną scenę, w której Indiana Jones grozi zniszczeniem Arki Przymierza. Kanion więc udaje krajobraz niezidentyfikowanej greckiej wyspy, mapa morza jest zniekształcona, więc powyżej Krety ciężko jednoznacznie wskazać, która to wyspa.

Ciekawa rzeźba ścian wąwozu
Ciekawa rzeźba ścian wąwozu

Po raz kolejny do kanionu filmowcy wrócili pod wodzą Anthony’ego Minghelli, który kręcił „Angielskiego pacjenta” (na motywach powieści Michaela Ondaatje). To oskarowe dzieło powstawało też w innych częściach Tunezji, także tam, gdzie wcześniej kręcono „Gwiezdne Wojny”.

Sidi Bouhlel i „Poszukiwacze Zaginionej Arki”
Sidi Bouhlel i „Poszukiwacze Zaginionej Arki”

George Lucas wrócił tu jeszcze w 1997, gdy powstawało „Mroczne widmo”. W kanionie tym razem nagrywano tylko kilka ujęć, które wykorzystano potem do zmontowania scen wyścigu podracerów. Miejsce to stało się Żebraczym kanionem na Tatooine.

Kanion w Tunezji
Kanion w Tunezji

Zwiedzanie Sidi Bouhlel

Jest to lokacja dość trudna do kręcenia: przeniesienie sprzętu, ustawienie go jest dość wymagające, a temperatury są tu bardzo wysokie. nas podczas naszego pobytu było tu czterdzieści parę stopni. Co prawda sucho, więc da się wytrzymać (ba nawet i 58 wytrzymaliśmy w Biszapur), ale choć pot z człowieka nie leci, to jednak taka temperatura daje się we znaki, zwłaszcza gdy przebywa się tu dość długo.

Widok na wąwóz Sidi Bouhlel
Widok na wąwóz

Druga rzecz, to trudność w rozpoznaniu miejsc filmowych. Zwłaszcza, że GPS może tu trochę wariować. Natomiast zdecydowanie czuje się tu klimat kanionów na Tatooine. I nawet bez „Gwiezdnych Wojen” warto to zobaczyć. Warto pamiętać, że przynajmniej obecnie nie jest to miejsce turystyczne. Wąwóz jest otwarty, ale nie ma tu żadnej infrastruktury. Samemu należy zadbać tak o bezpieczeństwo jak i wystarczające ilości wody. Nawet parking jest dość umowny, przynajmniej nie trzeba za nic płacić.

Tunezyjski kanion Gwiezdnych Wojen
Tunezyjski kanion Gwiezdnych Wojen

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tunezyjski
Sidi Bouhlel
Szlak filmowy
Sidi Bouhlel

Kanion Sapadere, wąwóz w górach Turcji

Niedaleko Alanyi na tureckiej riwierze znajduje się malowniczy kanion Sapadere. To idealne miejsce na krótką, kilkugodzinną wycieczkę, podczas której można zapomnieć, że jest się na wybrzeżu i poczuć świeżość górskiej bryzy. Wąwóz w górach Taurus został dobrze przygotowany pod turystów, więc nie powinno to być wyzwanie.

Wejście do kanionu Sapadere
Wejście do kanionu Sapadere

Kanion Sapadere

Trasa jest stosunkowo krótka, w dodatku tym razem nie jest to kanioning (canyoning) . Wszędzie chodzi się po kładkach, z których można zejść w wyznaczonych miejscach, po to by móc się zamoczyć w wodzie lub nawet wykąpać. Wytyczony szlak mierzy jakieś 800 metrów długości (z tego 350 to ścieżka na kładkach) i kończy się na wodospadzie Uçan Şelalesi (tur. „latający wodospad”). Prawdę mówiąc przejście nie tylko nie jest trudne, ale przez to, że jest dostosowane do rodzin z małymi dziećmi, bywa monotonne. Szczęśliwie widoki wynagradzają, a i trasa jak wspominaliśmy długa nie jest.

Kanion Sapadere
Kanion Sapadere

Wodospad jest stosunkowo niewielki, a przy tym dość mocno oblegany. To jedno z miejsc, gdzie ludzie próbują się trochę zanurzyć w zimnej wodzie, choć po drodze były jeszcze lepsze miejscówki. Nasz kontakt z chłodną wodą zakończył się co najwyżej na moczeniu nóg, ale chętnych do tureckiego morsowania nie brakowało. Odważni zażywają orzeźwiających kąpieli. Krystalicznie czysta woda jest naprawdę lodowata.

Wodospad na szlaku
Wodospad na szlaku

Kanion jako atrakcja

Sapadere to stosunkowo nowa atrakcja na mapie Turcji. Dla turystów udostępniono go w 2008 roku, po części z powodu dużego zainteresowania licyjskim kanionem Saklikent. Tam jednak w dużej części szlak jest naturalny. Tu pomysł podchwycono, ale i zmodyfikowano. Wszystko jest zdecydowanie bardziej dostępne. Każdy może spokojnie przejść do końca, nie ma żadnych niebezpieczeństw czy wymagającego wspinania. Jak wspominaliśmy, to idealna atrakcja dla rodzin z dziećmi. W upalne lato z pewnością dla wielu osób to i tak może być pewne wyzwanie, choć powietrze tu jest w miarę chłodne. My się trochę czuliśmy jak w Bastei, ciut za łatwo. Bardziej nam podchodzą takie miejsca jak Wadi Mujib czy Wadi Bani Khalid.

Zwiedzanie kanionu
Zwiedzanie kanionu

Natomiast ta trasa pozwala cieszyć się pięknem przyrody, kanionem, skałami czy strumieniem Sapadere z jego niewielkimi wodospadami po drodze. Największy jest na końcu. Gdzieniegdzie znajdują się odgałęzienia trasy, choćby drabinki, dzięki którym można zejść do wody, by popływać lub zwyczajnie ją podziwiać. Niestety nawet w tych basenach w lecie woda za ciepła nie jest.

Wodospad Sapadere
Wodospad Sapadere

Zwiedzanie Sapadere

Przy wejściu znajduje się średniej wielkości parking, przy którym znajdują się budki z jedzeniem i piciem. Druga czasem działa w połowie trasy. Są też toalety. Zwiedzanie kanionu powinno zająć coś około godziny. Więcej zajmie dojazd. Bez problemu można tu dotrzeć samodzielnie samochodem, ale lepiej pojawić się rano, potem może być problem z parkowaniem czy wyjechaniem.

Szlak w kanionie
Szlak w kanionie

Kanion Sapadere to popularne miejsce na wypady z oddalonej o jakieś 40 km Alanyi, więc tam można sobie kupić wycieczkę, która zawiezie nas do kanionu. Transportu lokalnego nie ma, więc bez samochodu zdani jesteśmy na organizatorów wycieczek. A tu jest w czym wybierać, widzieliśmy kilka, które woziły ludzi z głośną muzyką w samochodach z otwartym dachem były też autobusowe. Zazwyczaj te wycieczki poza kanionem oferują też wizytę w pobliskich jaskiniach lub inne atrakcje. My poprzestaliśmy na samodzielnym zwiedzaniu. Jako dodatkowa atrakcja przyrodnicza owszem spodobało się nam, ale lepsze wrażenia mieliśmy z intensywnego zwiedzania Saklikent czy Köprülü.

Rozlewisko za kanionem
Rozlewisko za kanionem

Jeśli uważasz wpis za pomocny lub interesujący polub nas na Facebooku.

Szlak turecki
Kanion Sapadere