Archiwa tagu: Cud świata

Wielki Mur Chiński

W najbliższy weekend na nasze ekrany wchodzi film „Wielki Mur”. To dobry pretekst, by wybrać się na krótką, wirtualną wyprawę do Chin i na Wielki Mur Chiński (chin. 万里长城).

Wielki Mur Chiński
Wielki Mur Chiński

Wielki Mur Chiński – mity

Jeden z cudów świata. Oczywiście na liście UNESCO. Wielki Mur Chiński to bez wątpienia jedna z najciekawszych starodawnych budowli, która w jakiejś części ostała się do dziś. I taka, która jest owiana wieloma legendami. Jedna z nich mówi, że to jedyna budowla widziana z kosmosu. Nie jest to prawdą. Właściwie to wiele autostrad jest szerszych i dłuższych, a przy tym lepiej oświetlonych. Wielki Mur aż tak wielki nie jest. Wiele wskazuje na to, że Amerykanie pomylili go z wielkim kanałem i rzeką Yangcy, a potem się to rozeszło. Inna legenda mówi, że Wielki Mur był niezdobyty.

Cóż, prawda jest taka, że raczej pełnił on rolę odstraszającą. Jeśli chodzi o obronność raczej nie spełniał swojej funkcji. Po pierwsze był zbyt wielki, by go patrolować czy bronić się na nim. Po drugie ciężko po nim się przemieszcza. Po trzecie jest na tyle rozległy, że ludy z zewnątrz bez problemu mogły sobie przechodzić przez niego. Jeszcze jedna sprawa jest taka, że Wielki Mur nie przetrwał w formie nienaruszonej. Chińczycy niestety mają to do siebie, że odbudowują zabytki czasem je rozszerzając. Potem trudno stwierdzić, co jest oryginałem, a co „chińską podróbką”.

Wielki Mur z bliska
Wielki Mur z bliska

Historia i fakty

Wielki Mur jest nierówny w swojej budowie, co powoduje, że poruszanie się po nim może być uciążliwe. Z prostej przyczyny. Część jest faktycznie w miarę płaska, chodzi się więc po kamieniach, ale w niektórych częściach przy wzniesieniach musimy pokonać schody. To już jest trudniejsze, bo poszczególne schody są czasem bardzo wysokie. Efekt jest taki, że czasem łatwiej się wdrapać niż wejść i to średniej wielkości Europejczykom. Dla niższych Chińczyków jest to dziś wyzwanie, a oni nie mają na sobie zbroi z pełnym rynsztunkiem. Dla dawnych żołnierzy, którzy także do najpostawniejszych nie należeli to musiało być ciężkie wyzwanie.

Właśnie takie fragmenty bardzo dobrze obrazują jak trudno było szybko reagować na Wielkim Murze, gdy pojawił się nieprzyjaciel. Swoją drogą warto pamiętać, że na niektórych odcinkach mur nie istniał. Łączył się z naturalną barierą. Licząc z nią podobno mierzył sobie jakieś 8851 m z czego 6259 m zostało wzniesione przez człowieka. Dane te jednak i tak są tylko szacunkowe. Całości fortyfikacji nigdy nigdy nie zmierzono. Mury takie zaczęto budować jeszcze w epoce walczących królestw, ale podwaliny pod ten mur powstały wraz z zjednoczeniem Chin przez Qin Shi Huanga (III w p.n.e.). Obecny kształt pochodzi z XV wieku i czasów dynastii Ming.

Mur
Mur

Jeśli chodzi o wartość obronną, to dziś warto zauważyć jeszcze jedną rzecz. W niektórych miejscach mur obecnie jest na tyle nisko, że można spokojnie z niego zejść i wejść z powrotem zwyczajnie przekładając nogę. To znaczy mniej więcej tyle, że utrzymanie go w czasach świetności wymagało olbrzymich środków finansowych. Technicznie rzecz biorąc, Wielki Mur Chiński to prawdopodobnie jeden z największych niewypałów w historii ludzkości. Kosztował dużo, a jego wartość obronna była mocno przeceniana. Za to do dziś ma olbrzymią wartość kulturową i kulturotwórczą.

Mur z tej perspektywy nie wygląda już tak okazale
Mur z tej perspektywy nie wygląda już tak okazale

Zwiedzanie Wielkiego Muru

Wielki Mur to symbol Chin. Mieszkańcy doskonale o tym wiedzą. Warto jednak pamiętać, że turystyka zewnętrzna w Chinach nie jest tak rozwinięta jak wewnętrzna. Więc zdecydowana większość Chińczyków zwiedza swój kraj i są zdecydowanie najliczniejszą grupą turystów. I jest to jedno z tych miejsc, w którym bardzo dobrze to widać. Ilość turystów jest naprawdę ogromna, więc „przyjemność” chodzenia po Wielkim Murze jest raczej znikoma. Idzie się w tłumie za tłumem. A osoby zza granicy bardzo się tu wyróżniają i budzą czasem  zainteresowanie. Tu przybywają osoby z najodleglejszych zakątków Chin. Dla wielu Europejczyk jest czasem atrakcją podobną co Wielki Mur. Efekt jest taki, że bardzo często proszą o wspólne zdjęcie. Nie trzeba chyba dodawać, że robienie zdjęć jeszcze bardziej tamuje tu ruch.

Ciągnący się Wielki Mur
Ciągnący się Wielki Mur

Plus jest taki, że większość zwiedzających „zalicza” zabytek. Przejdzie się do pierwszej czy drugiej strażnicy i tam zawróci. Więc jak się przejdzie tę najludniejszą część dalej zwiedzanie jest już dużo przyjemniejsze.

Zwiedzanie Wielkiego Muru nie stanowi większego problemu. Choć tylko niewielka część jest udostępniona turystom, to jednak są one dobrze oznaczone. Łatwo znaleźć wycieczkę czy kierowcę, który nas do takiego miejsca zwiezie. Nam udało się zobaczyć fragment w Badaling, ale pod samym Pekinem jest jeszcze pięć innych miejsc otwartych dla zwiedzających.

Druga strona medalu, czyli ilość turystów
Druga strona medalu, czyli ilość turystów

Sam Wielki Mur jest mocno obecny w kulturze popularnej czy w filmie, ale dużo łatwiej jest go „odtworzyć” niż nakręcić. O tym warto pamiętać. Najczęściej w kinie mimo wszystko go nie widzimy.

Szlak chiński
Wielki Mur Chiński
Share Button

Jordania: Podsumowanie

Gdy zastanawialiśmy się nad Jordanią, to pierwsze, co do głowy przychodziło to Petra. Nic dziwnego, ani odkrywczego. „Indiana Jones” zrobił swoje, decyzja zapadła, pozostało tylko ustalić szczegóły, no i doczytać na temat kraju. Szybko dni przewidziane na Jordanię się rozrosły, a plan zapełnił.

Madaba
Madaba

Polecieliśmy z Warszawy linią Aegean z przesiadką w Atenach i wylądowaliśmy na lotnisku królowej Alii w Ammanie. Choć doskonale wiedzieliśmy, że nie ma to nic wspólnego z „Diuną” to jednak Alia od noża jakoś bardzo nam się kojarzyła z tym miejscem, choć obecnie może to być różnie odebrane, zwłaszcza ten nóż. W każdym razie lotnisko wyglądało normalnie, na przyzwoitym poziomie. Odebraliśmy samochód i ruszyliśmy do hotelu w Madabie. Raz, był bliżej niż stolica, dwa: była noc, trzy: nie zamierzaliśmy przebijać się niepotrzebnie przez Amman samochodem. Na początek lepiej mimo wszystko pojeździć mniejszymi drogami. Co prawda już na lotnisku i przy wynajmowaniu samochodu spotkała nas przykra niespodzianka z nieczytaniem kart VISA, ale takie są prawa zwiedzania. Dobrze, że drugą jakoś udało się odczytać, no i że był zapas gotówki. Wymiany dokonaliśmy już na lotnisku.

Bezdroża
Bezdroża

Jak łatwo zgadnąć, w hotelu od razu poszliśmy spać. Nawet sprawy meldunkowe przenieśliśmy na rano.

Dzień 1

Po śniadaniu pierwsze kroki skierowaliśmy do pobliskich sklepów. Nie po to, by kupować pamiątki, ale przede wszystkim wodę i jakieś suche przekąski. Szybko jednak okazało się, że z kartą VISA będą problemy, więc musieliśmy inaczej zorganizować wydatki. Potem zwiedzaliśmy Madabę, na tyle na ile jest do zwiedzania, czyli głównie kościoły i mozaiki. Przyjemne i intrygujące, zwłaszcza jak się popatrzy na historię, ale szału nie ma. Bardziej nawet chodziło o rozpoznanie terenu, ludzi i relacji tu panujących. Krajów islamskich już trochę widzieliśmy, właściwie każdy jest inny. Na pozór są bardzo podobne, zwłaszcza jeśli chodzi o czystość, ale już sprzedawcy nie są tak natrętni jak choćby w Egipcie. Wręcz przeciwnie, ludzie są tu dość dobrze nastawieni do turystów, przyjaźni i pomocni. Wielu nas witało słowami „Welcome to Jordan”. Wielu chętnie rozmawiało i cieszyło się z wizyt turystycznych. Tak było nie tylko w Madabie, ale w większości kraju. Może mniej w Ammanie, bo tam jest więcej ludzi, ale Jordańczycy naprawdę są bardzo pozytywnie nastawieni do obcokrajowców. Aż przyjemnie się ten kraj zwiedza. Zwłaszcza, że jak trzeba to są bezinteresownie pomocni.

Morze Martwe od strony jordańskiej
Morze Martwe od strony jordańskiej

Po południu zaczęliśmy jeździć samochodem. Pierwszy przystanek to góra Nebo. Później jeszcze próby zaliczenia Wadi Mujib, Morza Martwego i Betanii nad Jordanem, ale wszystko na spokojnie. Dopiero się rozkręcamy. Mieliśmy mały problem ze znalezieniem stacji benzynowej, bo przy Morzu Martwym jest ich jak na lekarstwo (w innych częściach kraju nie ma takiego problemu), ale na oparach udało się wjechać na stację. Po drodze też mieliśmy kilka kontroli wojskowych. Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni, że odwiedziliśmy ich kraj.

Góra Nebo
Widok z góry Nebo
Jordan
Jordan

Dzień 2

Po śniadaniu jedziemy do Dżaraszu. Przejeżdżamy przez Amman i jego korki, a także wspaniałe oznaczenia drogowe. Przede wszystkim te dotyczące objazdów, które akurat w przeciwieństwie do większości innych nie zawsze są po angielsku. Da się przeżyć. Docieramy na miejsce i okazuje się, że nie ma tu prawie żadnych ludzi. Pustki. Chwila grozy, czy aby na pewno nie popełniliśmy jakiegoś błędu. Ale nie, to właściwie miejsce. Dżarasz okazuje się być perełką, o której mało kto wie, a robi olbrzymie wrażenie.  Hasające tam jaszczurki dopełniają naszego zadowolenia. Potem wracamy, znów przez Amman, ale teraz jakoś łatwiej i udaje się nam dostać do Wadi Mujib, gdzie czeka nas kanioning. Dżarasz (czyli Gereza) to bez wątpienia miejsce, które cieszy umysł, Wadi Mujib bardziej ciało. Zabawa jest przednia, wymagająca, czasami nawet za bardzo, bo gdzieś tam kartoteka medyczna zostawia swoje piętno, lub jak mawiał Indiana Jones „to nie lata, to przebieg”, ale wracamy do hotelu (oczywiście jeszcze Madaba nocą) i szybko padamy po męczącym dniu. Już nam się podoba i to bardzo. A to dopiero początek.

Dżarasz
Dżarasz
Wadi Mujib
Wadi Mujib

Dzień 3

Tym razem jedziemy na wschód. Docieramy do ronda, które ma rozwidlenia do przejść granicznych z Arabią Saudyjską, Irakiem i Syrią (akurat to było odległe). Ale to nie rondo było celem, a park narodowy Shawmari i oryksy arabskie. Oznaczenia niestety fatalne. Turystów brak. Jak się okazuje park jednak jest nieczynny, gdyż trwa renowacja. Rozczarowanie jest, ale co poradzić. Stron nie aktualizują, a że mało osób tu jeździ, to informacji praktycznie nie ma. Na szczęście jest plan B. Lądujemy zatem w innym, pobliskim rezerwacie – Azraq Wetland i to jest już ciekawostka spora, bo gdybyśmy nie wiedzieli, że to Jordania, pewnie byśmy nie uwierzyli. Jezioro, szuwary, ptaki, no i ślady bawołów wodnych, których jednak nie udało się wypatrzyć. Potem zostały jeszcze zamki pustynne, ale też bardziej na zasadzie są bo są. Jedne ciekawsze (w niektórych stacjonował T.E. Lawrence), inne mniej, wracamy do Madaby. Nie zawsze wszystko się udaje, ale grunt, że dalej się bawimy.

Azraq Wetland
Azraq Wetland
Umm Al-Rasas
Umm Al-Rasas

Dzień 4

Rankiem wyjazd, uzupełnienie zapasów i droga do Petry z przystankami. A tu istotne są trzy. Um El Ras, czyli kolejne mozaiki, z listy UNESCO i są po drodze, więc czemu nie? Potem zamek krzyżowców Karak, w porównaniu z pustynnymi jest ogromny, robi większe wrażenie, a przy tym jest starszy. No i kolejna perełka, na którą było zdecydowanie za mało czasu, czyli rezerwat Dana. Znów jest to miejsce, które gdybyśmy nie wiedzieli, że jest w Jordanii, raczej byśmy na to nie wpadli. Góry, drzewa, skały, w dodatku czysto, świeże powietrze, aż chciałby się tam przenocować (istnieje taka możliwość w obozie namiotowym, lecz czas trochę nas gonił). Ale trzeba jeszcze dotrzeć do Petry i tam się ulokować. Cóż jeśli kiedyś wrócimy do tego kraju, to Dana dostanie więcej niż przysłowiowe pięć minut.

Karak
Karak
Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Dzień 5

Kulminacja wyprawy, czyli Petra. Dla jednych to przereklamowane miejsce, dla innych wspaniałe. Chyba przeczytaliśmy więcej niepochlebnych opinii, więc spodziewaliśmy się czegoś gorszego. Rozczarowaliśmy się, ale obyśmy wszędzie mogli rozczarować się w ten sposób (pozytywnie). A Petra to cały dzień chodzenia, jak już się minie tę część turystyczną, to jest dużo lepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o samodzielne zwiedzanie. Po wszystkim jeszcze Petra nocą i kolejny udany dzień za nami. I choć to miejsce zwiedziliśmy dość dokładnie, to chciałoby się tu jeszcze kiedyś wrócić.

Monastyr w Petrze
Monastyr w Petrze

Dzień 6 i 7

Do Petry ściągnął nas Indiana Jones, do Wadi Rum właściwie „Marsjanin”. Choć to trochę uproszczenie, bo przecież kręcono tam też „Prometeusza”, no i byli producenci „Przebudzenia Mocy”. „Marsjanin” zaś wyszedł kilka tygodni przed podróżą, więc chyba nie zdążylibyśmy jej przemodelować na tyle, by trafić tu na dwa dni. Szczęśliwie zrobiliśmy to wcześniej. Dwa dni na pustyni pośród skał  z własnym kierowcą, samochodem i spaniem. Pustynia zaś nie byle jaka, miejscami czerwona niczym Mars, skalista i przepiękna. Spotykało się niewielkie grupki turystów, ale obszar Wadi Rum jest na tyle rozległy, że specjalnie to nie przeszkadza. Bardzo udana wycieczka. Z Petry jest tu blisko, ale potem musieliśmy wracać do Ammanu i oddać samochód, więc czekała nas jeszcze jazda autostradą, a potem taksówką.

Wadi Rum
Wadi Rum

Dzień 8, 9 i 10

Na Amman przeznaczyliśmy trochę za dużo dni. Ale i tak zrobiliśmy swoje kilometry. Pierwszy dzień to najstarsze zabytki: cytadela sięgająca jeszcze w czasy przedhelleńskie, rzymski amfiteatr, a także chodzenie po bazarach. Drugi dzień to jeszcze Muzeum Jordańskie, meczet i dalsze włóczenie się po mieście. Szczerze mówiąc z lepszym zaplanowaniem godzinowym i wspomaganiem się taksówkami dałoby się to wszystko zobaczyć w jeden dzień, a dodatkowy nocleg zrobić w Danie. Nie ma co gdybać. I tak byliśmy zadowoleni. Znów może szału nie ma, smog trochę przeszkadza (brud nie, bo to już stały element niektórych krajów), ale co zobaczyliśmy to nasze. Jeszcze załapaliśmy się na deszcz.

Ostatni dzień to wczesne wstawanie i na lotnisko.

Amman
Amman

Podsumowując, kolejny udany wyjazd. Udany, bo zobaczyliśmy to, co najbardziej chcieliśmy, nie rozczarowało nas. No i pozostał pewien niedosyt i to dokładnie taki jaki powinien, nie za duży i nie za mały. A czy jeszcze chcielibyśmy tam wrócić? Pewnie tak, ale szanse są raczej znikome, przynajmniej w najbliższej, określonej przyszłości. Za dużo innych ciekawych miejsc na świecie i za mało urlopu.

Amfiteatr Jordania
Amfiteatr w Ammanie, Jordania

Więcej informacji znajdziecie tutaj.

Szlak jordański
Podsumowanie
Share Button

„Indiana Jones” i Petra

„Indiana Jones” to jedna z naszych ulubionych serii filmowych. Klimat nowej przygody, wspaniałe lokacje (takie jak Petra), cudowna muzyka i historia w tle. „Ostatnia krucjata” to bez wątpienia mój ukochany film z tego cyklu. Zaś wejście do Świątyni Graala to jedna z najbardziej pamiętnych scen. Także dlatego, że została nakręcona w przepięknym i wówczas zapomnianym przez świat miejscu, czyli Petrze.

Skarbiec
Skarbiec

Petra i Indy

Dziś Petra (arab. البتراء) to nie tylko jeden ze współczesnych cudów świata, najważniejszy jordański obiekt na liście UNESCO, ale też jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc na świecie. W dużej mierze dzięki filmowi Stevena Spielberga i George’a Lucasa, którzy wydobyli to miejsce z zapomnienia. Mimo, że to tylko fasada świątyni, ludzie się zainteresowali. Obecnie turyści przebywają tu tłumnie.

Ekipa Spielberga przyleciała do Jordanii bezpośrednio w po zakończeniu zdjęć w Wenecji. Wpierw do Ammanu, a dopiero stamtąd do Petry. Zdjęcia kręcono tu w czwartek i piątek (11-12 sierpnia 1988). Filmowcy odpoczywali w pałacu królewskim w Akabie, a król wraz z małżonką odwiedzili plan.

Skarbiec
Skarbiec

Historia Petry

O samej historii Petry napiszemy stosunkowo niewiele. Na ten temat bowiem w sieci można znaleźć dużo obszerniejsze opracowania. To wykute w skale miasto, które było przez pewien czas stolicą państwa Nabatejczyków. Znajdziemy tu wpływy greckie, rzymskie czy egipskie, a także późniejsze chrześcijańskie. Bez wątpienia najbardziej charakterystycznym miejscem jest tak zwany Siq, czyli wąwóz oraz Skarbiec. Oba pojawiają się w „Ostatniej krucjacie”. Przez wąwóz nasi bohaterowie poruszają się konno, a następnie podziwiają wejście do Skarbca. W filmie pełni rolę wrót do miejsca ukrycia świętego Graala. W czasie naszego pobytu było ono zamknięte, niestety brak informacji, czy tymczasowo czy na stałe. Na szczęście film także kręcono tylko na zewnątrz.

Wąwóz
Wąwóz

Zarówno Skarbiec jak i wąwóz zobaczyć jest stosunkowo łatwo i co tu dużo mówić, to głównie na nich kończy się duża część ruchu turystycznego. To są najbardziej charakterystyczne miejsca Petry i te najbardziej znane. Od kas o Skarbca idzie się wąwozem około dwa kilometry. Droga jest łatwa, choć trochę kręta, ale za to malownicza, i to dosłownie – dzięki kolorowi skał. Wokół kręcą się lokalni kupcy oferujący pamiątki, a także przejażdżki na osiołkach, wielbłądach czy bryczkami. Formalnie nie jest to zgodne z regulaminem, ale tu się nikt tym nie przejmuje. Choć oferujący usługi są niestety momentami natrętni i nachalni, warto pamiętać, że w razie zmęczenia lub co gorsza wypadku, jazda powrotna na osiołku może być dobrym rozwiązaniem. Lepiej więc ich do siebie nie zrażać zbytnio.

Beduini i ich trzoda
Beduini i ich trzoda

Zwiedzanie Petry

W ramach biletu do Petry jest wliczona przejażdżka konna, przez bardzo krótki fragment od kas do początku Siq. Ale ciężko jest wyegzekwować to bez napiwku.

Monastyr
Monastyr

Petra w gruncie rzeczy oferuje całkiem sporo do zwiedzania. Główna trasa turystyczna to cztery kilometry w jedną stronę, zawiera oczywiście Skarbiec (w połowie). Od niej rozgałęziają się kolejne, choćby do tak zwanego Monastyru, który jest swoistą, większą repliką wejścia do Skarbca. Droga do Monastyru jest już dużo trudniejsza (nie jest wyrównana i wiedzie pod górę) i co tu dużo mówić, mniej osób się na nią decyduje. To też jest miejsce filmowe. Tam kręcono „Transformers: Zemsta Upadłych” Michaela Baya. A co najważniejsze, tam naprawdę już nie ma wielu turystów, można dużo spokojniej nacieszyć się tym, co ocalało. Niestety do wnętrza Monastyru także nie można wejść, ale naprzeciw niego znajduje się dobrze ulokowana kawiarenka z zimnymi napojami i co ciekawe, przystępnymi cenami (mimo braku bezpośredniej konkurencji).

Oprócz Skarbca jest jeszcze kilka innych odgałęzień, zwiedzenie całości to raczej wyczyn na więcej niż jeden dzień. Są tu i mozaiki i pozostałości po zabudowie rzymskiej. Zabytki z różnych okresów historycznych ukazują ciekawe losy tego miejsca. Obecnie mieszkają tu Beduini.

Sklep z Indianą Jonesem
Sklep z Indianą Jonesem

Przed kasami wisi duża mapa z oznaczonymi różnymi trasami wraz ze stopniem trudności i długością. Przy zakupie biletów także otrzymuje się mapkę i niezbędnik z podstawowymi informacjami dotyczącymi bezpieczeństwa (rejon aktywny geologicznie) i zachowania wobec tubylców.

Jesienią zwiedzanie Petry jest możliwe od ósmej rano do osiemnastej. Potem robi się ciemno, więc łatwiej się zgubić. Dwa razy w tygodniu (poniedziałek i środa, ale to lepiej sprawdzić czy się nie zmieniło, akurat ta informacja na oficjalnej stronie okazała się prawdziwa) organizowana jest jeszcze jedna wycieczka, tak zwana Petra Nocą. Po drodze do Skarbca ustawione są lampiony. Skarbiec też jest nimi oświetlony. Tam turyści częstowani są herbatą i słuchają pieśni.

Petra Nocą
Petra Nocą

Bilety i nie tylko

My wybraliśmy się do Petry na własną rękę. W takim wypadku warto zwrócić uwagę na kilka rzeczy. Po pierwsze hotel. W Wadi Musa jest ich wiele, ale tylko część jest przy wejściu do Petry. Nie musi oczywiście być najbliższy. Jednak robiąc ponad 24 kilometry cieszyliśmy się, że nasz znajduje się prawie przy wejściu. Zwłaszcza, że wracaliśmy na Petrę Nocą. Można oczywiście posiłkować się taksówkami. Biletów do Petry nie trzeba rezerwować wcześniej, ale warto pamiętać o tym, że w Jordanii są problemy z kartami płatniczymi. Akurat, podczas naszej wizyty, terminale nie działały, podobnie jak pobliskie bankomaty.

Bilety są sprzedawane w kilku wariantach. Jednodniowe, gdy ktoś przyjeżdża do Jordanii na jeden dzień (wizyty z Izraela), jednodniowe, gdy ktoś przyjeżdża do Jordanii na dłużej i dwu lub trzy dniowe. Oczywiście te pierwsze kosztują najwięcej. Przed ósmą rano nikt nie sprawdza paszportów. W pozostałych przypadkach może się to zdarzyć. Więc lepiej nie zwiedzać tego miejsca pierwszego dnia swojego pobytu w Jordanii. Bilety na Petrę Nocą są dużo tańsze, ale można je kupić jedynie w wyznaczonym book store (nazwa na wyrost – był to po prostu sklep z pamiątkami) w Visitor’s Cetntre i w hotelach i tylko w dzień, w którym jest organizowana ta atrakcja. Nabywa się je jedynie za gotówkę.

Ruiny w Petrze
Ruiny w Petrze

Petra to naprawdę magiczne miejsce. W wielu takich miejscach jak to, ludzie nawet nie zdają sobie sprawy z istnienia filmów, które rozsławiły te lokalizacje. W Petrze jest podobnie. Beduini wewnątrz nie kojarzą „Indiany”, ale w Visitor’s Center już jest inaczej, tam nawet znajdziemy sklepy z Jonesem, choć pewnie powstałe bez licencji. W środku znajdowały się jednak jedynie kowbojskie kapelusze i nic filmowego. Kwestie biletów, godzin otwarcia czy nocnego zwiedzania można sprawdzić na VisiPetra.jo.

Droga do Monastyru
Droga do Monastyru

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak jordański
Petra
Szlak filmowy
brak Petra („Indiana Jones”)
Share Button