Archiwa tagu: jaskinia

Waitomo Glowworm Cave, jaskinia Ruakuri i świecące robaki

Jedną z najbardziej znanych nowozelandzkich atrakcji jest jaskinia Waitomo, słynąca ze świecących robaków, choć właściwie to bardziej larw. Owady te występują jedynie w jaskiniach, które są rozrzucone na obu wyspach Nowej Zelandii. Prawdę mówiąc łatwo się natknąć na nie w wielu miejscach (choćby w Fiordland), takie miejsca są raczej dobrze oznaczone i rozreklamowane. Jednak to właśnie Waitomo uchodzi za najsłynniejszą. Nie bez powodu, ale wpierw o samych insektach.

Wapień w Ruakuri
Wapień w Ruakuri

Świecące robaki

Mechanizm świecenia jest bardzo podobny do naszych świetlików (robaczków świętojańskich). Te jednak po pierwsze są chrząszczami, a po drugie świecą, by zwabić partnera. W Nowej Zelandii są to larwy muchówki z rodziny ziemiórkowatych, endemicznie tu występującej. Łacińska nazwa to Arachnocampa luminosa. Owad ten został opisany po raz pierwszy w drugiej połowie XIX wieku, gdy został zauważony przez pracowników kopalni złota. Cykl życia tych much nie różni się specjalnie od światowych krewnych: zaczyna jako jajko, większość życia spędza jako larwa czy inna poczwara, spędzając dnie (w tym przypadku 6 – 12 miesięcy) na jedzeniu lub szukaniu jedzenia. Gdy larwa przeobrazi się w dorosłą muchę, ostatnie kilka dni spędza na poszukiwaniu partnera i powiększeniu muszej rodziny.

Ruakuri
Ruakuri

Co więc w nich ciekawego, że przyciąga turystów? Ano to świecenie: larwa osiąga kilka centymetrów długości i na swoim jednym końcu mocą bioluminescencji wytwarza światełko. Światełkiem tym przyciąga latające owady, które zabłądziły w ciemnych jaskiniach i teraz szukają światełka w tunelu. Żeby złapać obiad, larwy wytwarzają liczne lepkie nitki, które zwisają na dobre kilka centymetrów i gdy tylko coś się do nich przyklei, zostaje zaciągane do góry i zjadane. Larwy zamieszkują obszary w pobliżu podziemnych rzek i strumieni – tam najłatwiej o pokarm – i gdy poczują w powietrzu wibracje, zaczynają świecić mocniej, by zwabić ofiarę.

Świecące robaki
Świecące robaki

Jaskinia Waitomo

W jaskiniach Waitomo jest najwięcej „świetlików”. Gdy płynęliśmy łodzią przez podziemną rzekę, światełka na sklepieniu przypominały Mleczną Drogę. To właśnie ta rzeka, gdzie praktycznie tylko i wyłącznie owady rozświetlają ciemność, jest tym, co przyciąga tu turystów. To jeden z symboli Nowej Zelandii. Rejs łodzią i obserwowanie sklepienia robi fenomenalne wrażenie, tłumaczy popularność tego miejsca.

Podświetlone świecące robaki
Podświetlone świecące robaki

A ta jest zauważalna. Olbrzymi Visitor’s Center ze sklepem i restauracją. Wycieczka wchodzi za wycieczką. Jaskinia została też przerobiona tak, by była łatwo dostępna, a przewodnicy starają się nie tylko tłumaczyć z czym mamy do czynienia, ale przede wszystkim być zabawni. Potem wsiada się na łódkę i płynie aż do wyjścia oglądając to, co najpiękniejsze. Zaiste warto, choć rejs nie trwa nawet 10 minut. Reszta to około 20 minut, może więcej, gdy się zagada przewodnika.

Skamieniałości z czasów, gdy te tereny były pod wodą
Skamieniałości z czasów, gdy te tereny były pod wodą

„Wai” znaczy tyle co strumień, „tomo” jaskinia. Maoryskie tłumaczenie nazwy to mniej więcej strumień wpływający do jaskini. Te wapienne jaskinie odkryto około roku 1887. Dokonali tego maoryski wódz Tane Tinorau i angielski geodeta Fred Mace. Wpłynęli do jaskini, zobaczyli świecące owady i zachwycili się, więc coraz częściej tu wracali. Z czasem Maorysi wyczuli w tym interes i zaczęli na tym zarabiać oprowadzając turystów. Nie nacieszyli się długo tą atrakcją, gdyż na początku XX wieku zainteresował się nią rząd, a następnie przejął. Po prawie stu latach jaskinie wróciły pod opiekę lokalnej społeczności Maorysów.

Ruakuri
Ruakuri

W Waitomo nie można robić zdjęć. Wszystkie zrobiliśmy w pobliskiej jaskini Ruakuri. Ale oczywiście można sobie kupić zdjęcia. Jest specjalny greenscreen, na który się wchodzi, a resztę załatwiają spece od efektów. Tu nie tylko chodzi o biznes na zdjęciach, ale też zagwarantowanie przepływu ludzi i bezpieczeństwo na łodziach.

Ruakuri
Ruakuri

Jaskinia Ruakuri

Jaskinię Waitomo połączyliśmy jeszcze z drugą, wspomnianą już Ruakuri, zdecydowanie mniej popularną, mniej ludną, z mniejszą ilością świecących larw, ale przy tym ogólnie bardziej interesującą. Jest to najdłuższy kompleks jaskiń w obszarze Waitomo. Przez setki lat służył Maorysom jako miejsce pochówków, a nazwa pochodzi od maoryskiego określenia „psia nora” – Maorysi zauważyli, że u wejścia do jaskini zdziczałe psy mają swoje legowiska. Ze względu na świętość miejsca (od tych pochówków, nie od psów), zejście do jaskiń zaczyna się od imponującej spiralnej rampy. U jej podstawy znajduje się głaz piaskowca, obmywany przez wodę i światło, które dostają się ze świata zewnętrznego. Rytuał nakazuje obmyć w tej wodzie dłonie przed wejściem do jaskiń i przed powrotem na świat zewnętrzny.
Z ciekawostek warto wiedzieć, że Ruakuri jest jedyną jaskinią na południowej półkuli dostępną dla wózków inwalidzkich.

Ruakari
Ruakari

Jaskinie Ruakuri ozdobione są niezwykłymi formacjami stalaktytów, stalagmitów i innych dziwadeł utworzonych przez naturę. Podobnie jak w każdej innej jaskini, formacje te powstały przez kapanie i sączenie wody bardzo nasyconej minerałami, głównie wapniem. Tylko że tutaj mnogość i różnorodność tych narośli robi oszałamiające wrażenie. Ponadto wnętrza jaskini są efektownie oświetlone.

Ruakuri
Ruakuri

Ta wycieczka jest zdecydowanie dłuższa, także z przewodnikiem. Tym razem trzeba poświęcić na nią dwie godziny. Mniejsza ilość osób, a także to, że kolejne tury nie wychodzą co 20-30 minut, sprawia, że odkrywanie tego miejsca było w naszym odczuciu zdecydowanie ciekawsze. Przewodnika zaś spotyka się na parkingu, nie ma żadnego Vistor’s Center.

Ruakuri
Ruakuri

Dojazd i wejście

Wejściówki do Waitomo lepiej zarezerwować wcześniej. Można też kupić pakiet combo na dwie jaskinie lub jeszcze inną kombinację. Są tu też organizowane spływy i wspinaczki jaskiniowe, oczywiście dla zdecydowanie bardziej doświadczonych grotołazów. Bilety najlepiej zamówić bezpośrednio na stronie: Waitomo.com.

Zejście do Ruakuri
Zejście do Ruakuri

Należy go wydrukować, a potem zamienić na potwierdzony bilet w kasie. Tak to działa w Nowej Zelandii. Warto jednak wziąć poprawkę na stronę: jeśli działa wolno, lepiej spróbować za parę godzin, inaczej może nas czekać niespodzianka z przeskoczeniem dat. Da się to oczywiście odkręcić mailami, ale to trwa. Parkingi na miejscu oczywiście bezpłatne.

Waitomo
Waitomo

Fenomen świecących robaków to coś, na co w Nowej Zelandii zdecydowanie warto poświęcić trochę czasu. Waitomo jest ikoniczne, większej ilości owadów nie znajdziemy nigdzie indziej. Natomiast mniejszych jaskiń z muchówkami mijaliśmy na naszej trasie co najmniej kilka. Więc jeśli to miejsce jest za daleko od trasy, może warto skusić się na jakieś mniejsze? Zresztą Waitomo to tylko niecałe 3 godziny drogi z Auckland. Zaś na koniec filmowa ciekawostka. Otóż właśnie Waitomo nagrywano dźwięk jaskiń do „Hobbita” Petera Jacksona.

Szlak nowozelandzki
Waitomo Glowworm Cave i jaskinia Ruakuri
Share Button

Longmen, czyli Groty Dziesięciu Tysięcy Buddów

W roku 2000 na listę światowego dziedzictwa UNESCO wpisano chińskie Groty Dziesięciu Tysięcy Buddów i Jaskinie Smoczych Wrót (chiń. upr. 龙门石窟), czasem też groty Longmen lub groty w Longmen. Nazwa mówiąca o dziesięciu tysiącach jest oczywiście myląca, bo Buddów jest znacznie więcej . Wynika z mnóstwa małych i dużych wyrzeźbionych w skale posągów. Wydawało się, ze trudno je zliczyć, początkowo uznano, że 10 tysięcy to dobry szacunek. Weryfikacji udało się dokonać po raz pierwszy w latach 1915-1916, wówczas naliczono przeszło 97 tysięcy figur Buddy. Jak się okazało popełniono błędy. Późniejsze ponowne, ale też dokładniejsze liczenie wykazało, że jest ich 142289. To dość imponująca liczba.

Skalne miasto Longmen

Groty Longmen
Groty Longmen

Posągi mają różną wielkość. Kilka jest potężnych, mierzą nawet do 17 m wysokości, ale wiele z nich jest naprawdę bardzo małych, wielkości paznokcia (jakieś 2,5 cm). Wykuto je w 2345 jaskiniach, większość z nich to płaskorzeźby. Dodatkowo w okolicy znajduje się przeszło 2,5 tysiąca stell i inskrypcji. Kiedyś istniało tu także wiele pagód. Wapienne skały i jaskinie, w których wykuto rzeźby ciągną się wzdłuż rzeki Yi He, sprawiając, że okolica wygląda bardzo interesująco.

Małe rzeźby
Małe rzeźby

Rzeźby zaczęły powstawać w jaskiniach Longmen około roku 494, wraz z przeniesieniem przez cesarza Xiaowena stolicy do Luoyang (odległe około 12 kilometrów). Podobizny Buddów miały najczęściej znaczenie wotywne, ich wielkość miała związek chociażby z zamożnością składającego wota. W każdym razie ilość płaskorzeźb się powiększała, a proces ten trwał do IX wieku.

Wiele małych rzeźb
Wiele małych rzeźb

Groty te najłatwiej porównać ze skalnymi miastami. Choć oczywiście nie jest to ani fenomen naturalny, ani miejsce, gdzie mieszkali ludzie. Jednak zwłaszcza z daleka, groty w których rzeźbiono figurki wyglądają jak miasto wykute w skale.

Skały i kolejne rzeźby
Skały i kolejne rzeźby

Dojazd do Longmen

Obecnie najlepiej jest tu dojechać bezpośrednio z Louayangu. Spod dworca kolejowego kursuje bezpośrednia linia autobusowa – 81. Można też próbować dojechać samochodem czy taksówką, ew. znaleźć inną wycieczkę.

Groty i rzeźby
Groty i rzeźby

Przy tak wielkiej ilości rzeźb właściwie nie da się obejrzeć dokładnie wszystkich. Jednak jest to wielce interesujące miejsce, warte zobaczenia, lub raczej skosztowania.

Wielkie rzeźby
Wielkie rzeźby
Inne mistyczne miejsca znajdziesz na szlaku religijnym
Longmen, czyli Groty Dziesięciu Tysięcy Buddów
Więcej na szlak chińskim
Longmen, czyli Groty Dziesięciu Tysięcy Buddów ?
Share Button

Tanger

Styk Europy i Afryki, Tanger (czasem też Tangier, arab. طنجة) to miejsce bardzo specyficzne. Piękne, pełne marzeń, acz nieprzyjemne. No i przede wszystkim filmowe. Co ciekawe, w filmach również nie jest tu najmilej. Widać kino czasem jednak pokazuje rzeczywistość.

Willa francuska (Tanger)
Willa francuska (Tanger)

Tanger i James Bond

Dwukrotnie był tu James Bond. Raz, gdy grał go Timothy Dalton w „W obliczu śmierci” (1987). Nagrano tu kilka ujęć, podczas dłuższej wizyty w Maroko. Wszystkie te sceny w filmie dzieją się w Tangerze, reszta ujęć z Maroka grała inne państwa. Z zewnątrz widzimy choćby willę Brada Whitakera. To wszystko jest Tanger, acz niestety trochę bardziej rozrzucony i odleglejszy od centrum.

Ujęcie ze Spectre, ulica Escalier Waller
Ujęcie ze Spectre, ulica Escalier Waller

Drugi raz był tu Daniel Craig, gdy nagrywano „Spectre” (2015). Tym razem scenę było dużo łatwiej odtworzyć. Raz, nowszy film, niewiele się zmieniło. Dwa, nie były to wille, tylko ulica przy medynie prowadząca do portu. Bardzo charakterystyczna, ze schodami prowadzącymi na dół (Escallier Waller). Tu Bond szukał hotelu, w którym Mr. White ukrył ważne informacje na temat SPECTRE.

Tangier
Tangier

Tanger i Jason Borne

Ale nie tylko Bond tutaj się pojawił. Pojawił się tu także Jason Bourne, czyli Matt Damon w „Ultimatum Bourne’a” (2007). Tam widać przede wszystkim panoramę miasta. W tle znajdziemy kilka interesujących i charakterystycznych miejsc, jak hotel Continental czy okolicę willi francuskiej, oraz ujęć na miasto. Hotel Continental jest jednym z najważniejszych zabytków kolonialnych w mieście i pewną wizytówką. Widać go właściwie już z portu, gdy przypływa się do miasta.

Hotel Continental, jeden z bardziej charakterystycznych punktów miasta
Hotel Continental, jeden z bardziej charakterystycznych punktów miasta

Pojawił się tu też Christopher Nolan kręcąc „Incepcję” (2010). Tyle, że tam Tanger udawał Mombasę w Kenii.

Teatr Cervantes
Teatr Cervantes

Nie tylko filmowo

Tanger jako miasto jest naprawdę ładny. Przybywa tu wielu Europejczyków, mają tu oni wspaniałe domy z ogrodami, dzięki temu miasto zyskuje. Nie wygląda na marokańskie, raczej w wielu miejscach przypomina czy to wystawne plaże Hiszpanii czy Lazurowego Wybrzeża. To robi bardzo dobre wrażenie. To Afryka, która przyciąga Europejczyków, nieokiełznana jeszcze, dająca wypocząć. Do tego dochodzi druga, mocno kontrastująca strona. Bliskość Europy, a w niej marzenia o lepszym świecie, raju socjalnym i tak dalej powodują, że Tanger jest idealnym wręcz miejscem, by rozpocząć tu swą podróż. Przybywa tu wiele osób, które dla realizacji marzeń są w stanie zrobić bardzo wiele. Ilość osób żebrzących, śpiących na ulicach jest tu naprawdę porażająca. Nawet jadać samochodem trzeba mieć zamknięte szyby, bo co chwilę próbuje ktoś tu nas zaczepiać i wysępić grosze, zwłaszcza gdy stoi się na światłach. Niestety prócz żebrania dochodzą rozboje. Tu grasują nie tylko uchodźcy, ale przede wszystkim drobni przestępcy. Więc prawdopodobnie najlepszym rozwiązaniem przy zwiedzaniu Tangeru jest znalezienie lokalnego przewodnika. Inaczej wypocząć można w zamkniętych enklawach. Zaś poza postkolonialnymi budynkami jest tu choćby i interesująca medyna.

Grota Herkulesa
Grota Herkulesa
Grota Herkulesa
Grota Herkulesa

Grota Herkulesa

To zderzenie dwóch nieprzystających do siebie światów jest bardzo smutne i przygnębiające. Istnieje tu też poważna przestępczość związana z handlem narkotykami, uprawianymi w górach Rif. To wszystko powoduje, że Tanger zwyczajnie warto sobie odpuścić, koncentrując na zupełnie innym Maroko. Nawet blisko są ciekawe rzeczy, jak choćby grota Herkulesa.  Niewiele jest tam do zwiedzania, ale przynajmniej jest bezpiecznie i ładnie. Wstęp darmowy, choć w teorii powinno wejść się z przewodnikiem. A Tanger zaś zwyczajnie lepiej pozostawić bohaterom w stylu Bonda czy Bourne’a. Oni tam mogą się czuć bezpiecznie. Reszta powinna zachować szczególną ostrożność.

Ocean wokół groty
Ocean wokół groty
Szlak marokański
Tanger
Szlak filmowy
Tanger (James Bond)
Share Button

Gibraltar i James Bond

Zajęliśmy się już Ceutą, teraz pora na tę zdecydowanie bardziej znaną eksklawę, czyli Gibraltar, wciąż pod brytyjskim protektoratem. Taka mała Brytania w Hiszpanii, choć nie aż tak brytyjska jakby się wydawało.

Widok z góry
Widok z góry

Gibraltar

Na Gibraltar zdecydowanie najłatwiej było pojechać samochodem, ale należy pamiętać, że nie zawsze można wynajmowanym samochodem przekraczać granicy (trzeba sprawdzić warunki wynajmu). Trzeba się kierować na La Línea de la Concepción. Tam przed granicą znajdują się parkingi, dalej należy przejść fragment na piechotę przez przejście graniczne, gdzie od razu da się kupić bilety autobusowe, o ile potrzebujemy. I tu bardzo ważna uwaga. Gibraltar jest sporo większy niż na to wygląda. W wielu przewodnikach jest napisane, że wystarczy na niego trzy-cztery godziny. Jeśli chcemy tylko wjechać na Skałę, zobaczyć małpy i wrócić, ew. coś jeszcze zwiedzić po drodze, to oczywiście tyle wystarczy. Skała jednak jest na tyle ciekawa, że warto poświęcić jej cały dzień.

Skała
Skała

Warto zwrócić uwagę na jedną ciekawostkę. Otóż między przejściem granicznym, a Skałą znajduje się lotnisko. Trzeba przejść przez pas startowy. Czasem jest okazja, by obserwować jak przejście jest zamykane, a następnie ląduje bądź startuje samolot.

Brytyjska baza wojskowa (Gibraltar)
Brytyjska baza wojskowa (Gibraltar)

Małpy

Autobusem można się przejechać i wysiąść przy kolejce linowej. Kolejką wjeżdża się na Skałę. Nie na sam szczyt, ale na część turystyczną. Tam głównie przebywają magoty gibraltarskie. Populacja tych małp jest utrzymywana sztucznie, są one dużą atrakcją turystyczną. Ale mogą też być utrapieniem dla mieszkańców, czy zwiedzających. Efekt jest taki, że małpy się dokarmia.  Dzięki temu siedzą w jednym miejscu i są w miarę łatwo dostępne, ale też raczej spokojne. Niemniej jednak należy uważać, jak robi się z nimi zdjęcia. Oprócz nazwy magot gibraltarski stosuje się też makak berberyjski (łac. Macaca sylvanus). To właściwa nazwa gatunkowa, mianem makaków określamy populację na Skale.

Wjeżdżanie na Skałę
Wjeżdżanie na Skałę, w tle port (widoczny w Bondzie)

Z góry można albo wracać, albo przejść się po Gibraltarze. Jedna z tras to Mediterranean Steps, bez wątpienia trudniejsza, ale zdecydowanie najciekawsza. Niewiele osób się decyduje tamtędy przejść, więc jest zdecydowanie spokojniej i bardziej dziko. Jest to spacer zdecydowanie bardziej wyczerpujący, ale dający wiele satysfakcji, a trud wspinaczki wynagradzają zapierające dech widoki.

Małpy na Gibraltarze
Małpy na Gibraltarze, także pojawiają się w Bondzie

Uwaga praktyczna dotycząca darmowych map. Przynajmniej te, które dostaliśmy, były bardziej poglądowe niż praktyczne. Nie dość, że nie były przeskalowane, to jeszcze nie można było polegać na rozgałęzieniach. Wszystko było uproszczone. Warto pamiętać, że większość zwiedzających wjeżdża na górę i albo schodzi, albo zjeżdża. Inni najczęściej używają taksówek, by zobaczyć więcej.

Oświetlone jaskinie
Oświetlone jaskinie

Fortece, tunele i jaskinie

Do zobaczenia są tu między innymi jaskinie, tunele, fragmenty fortec. Jest tablica pamiątkowa poświęcona Władysławowi Sikorskiemu. Mnóstwo armat.

Tunele fortecy
Tunele fortecy

Samo miasto sprawia wrażenie, jakby nakładały się tu kultury hiszpańska, brytyjska i arabska. Są i charakterystyczne czerwone budki telefoniczne, ale czystość bardziej przypomina kraj południa.

Lotnisko
Lotnisko

Na koniec to, co sprowadza nas na Gibraltar, czyli James Bond. Właściwie był tu już dwa razy. W „Żyję się tylko dwa razy” (1967) Lewisa Gilberta z Seanem Connerym nakręcono tu w porcie pogrzeb Bonda. Właściwie poza morzem nic więcej nie widać. W pełnej krasie miejsce to zobaczyliśmy dopiero dwadzieścia lat później w „W obliczu śmierci” Johna Glena z Timothym Daltonem. Tu właśnie dzieje się początkowa sekwencja Bonda. Widzimy i port, i małpy, ale też drogi. Jest tego sporo, wystarcza na wycieczkę śladami 007.

Uliczka na skale, jedna z wielu podobnych. Niestety nie wiemy, która pojawiła się w filmie.
Uliczka na skale, jedna z wielu podobnych. Niestety nie wiemy, która pojawiła się w filmie.

Ekipa Bonda przybyła tu we wrześniu 1986. Ale nie wszystkie sceny, które widzimy w filmie, kręcono na Gibraltarze. Posiłkowano się także Beachy Head w Wielkiej Brytanii, gdzie przede wszystkim było spokojniej, tak ze względu na turystów jak i co ważniejsze wiatr i pogodę.

Szlak brytyjski
Gibraltar
Szlak filmowy
Gibraltar
Share Button

Nerja

Costa Del Sol, czyli hiszpańskie słoneczne wybrzeże to miejsce, które z pewnością przyciągnie wielu plażowiczów. Znajduje się tu kilka kąpielisk i ośrodków turystycznych, jak choćby Malaga, ale też Nerja. Nas do Nerji przyciągnęło coś innego. Jaskinie Cueva de Nerja rozciągajce się w górach Sierra de Almijara.

Costa Del Sol w okolicy Nerji
Costa Del Sol w okolicy Nerji

Cueva de Nerja – jaskinie

Cały kompleks jaskiń jest dość spory, ale niestety nie zawsze jest możliwość zwiedzania go w całości. Jest podzielony na części i w zależności od wilgotności, pogody i innych parametrów są one udostępniane turystom do zwiedzania. Jaskinie są spore i w dodatku oświetlone. Zwłaszcza w pierwszej części nie ma żadnego przeciskania. Można tu oglądać bardzo ciekawe nacieki – stalaktyty i stalagmity, ale jeszcze ciekawsza jest historia. Pomijając fakt, że to piękno natury, to także jedna z najstarszych siedzib ludzkich. Pierwotne osadnictwo sięga tu 25 tysięcy lat przed naszą erą. Stałe jest o cztery tysiące lat młodsze.

Jaskinie Nerja
Jaskinie Nerja

Po tych ludziach niewiele tu zostało. Ale wchodząc do jaskiń przechodzi się przez małe muzeum, więc jest szansa zgłębić temat. Niby głębiej są malowidła naścienne, ale ta część przynajmniej podczas naszej wizyty, była zamknięta dla zwiedzających.

Jaskinie Nerja
Jaskinie Nerja

Do jaskiń, podobnie jak do Nerji, najlepiej dotrzeć samochodem. Dojazd jest dość dobrze oznaczony. Parking też jest wystarczający. Dla osób niezmotoryzowanych, zdecydowanie najlepszym rozwiązaniem będzie tu transfer z lotniska w Maladze. Można go załatwić na oficjalnej stronie. Tam też są aktualne godziny otwarcia.

Jaskinie Nerja
Jaskinie Nerja

Jaskinie nie zabiorą dużo czasu. Niemniej jednak to kolejne z miejsc, w którym warto się zatrzymać. Tak by obejrzeć cud przyrody, ale też zobaczyć, gdzie kształtowała się wczesna ludzka cywilizacja. No a jak ktoś ma więcej czasu, to z pewnością plaże w okolicy są otwarte. Zaś podobnie jak w przypadku niektórych innych odkryć archeologicznych, wnętrze jaskini zostało odkryte przypadkiem. 12 stycznia 1959 grupa chłopców zagłębiła się tu by szukać nietoperzy, znaleźli coś niesamowitego, z czego nie zdawali sobie sprawy.

Szlak hiszpański
Nerja
Share Button