Archiwa tagu: Rezerwat

Dubaj

Gdy jechaliśmy autobusem do Baku, pewien Azer zachwalał stolicę swojego kraju jako „mały Dubaj”. Wiedzieliśmy, że koloryzuje, ale rzeczywiście, byliśmy pod wielkim wrażeniem nowoczesnych wieżowców, szerokich arterii, pięknych iluminacji. Jednak ten czar pryska bardzo szybko, wystarczy tylko wyjechać z lotniska Dubai International Airport (DXB). Ba, gdy jeszcze schodziliśmy do lądowania, nabraliśmy przekonania, że stwierdzenie „Baku to mały Dubaj” jest… mocno przesadzone! Nieprawdziwe! Petrodolary są w Dubaju, w Baku co najwyżej petrocenty! Dubaj (arab. دبي) to  kwintesencja Emiratów, miejsce gdzie widać pieniądze zainwestowane we wszystko, co się da. To niesamowita mieszanka zaskakujących rzeczy, ale przy tym często stylowych, dopracowanych, przepychu, bogactwa. No i nie może zabraknąć filmu: przede wszystkim „Mission Impossible: Ghost Protocol”.

Panorama Dubaju
Panorama Dubaju

Burj Khalifa

Z filmem właściwie wiąże się jeden wieżowiec – słynny Burj Khalifa, (lub Burdż Chalifa)  ale nim do niego przejdziemy, dwie krótkie uwagi. Po pierwsze, w Dubaju faktycznie najczęściej zwiedza się hotele i centra handlowe. Burj wpisuje się w to doskonale, bo tu jest jedno i drugie. Druga sprawa: trzeba brać poprawkę na filmy z serii „Mission: Impossible”. Jak pamiętamy z Maroko, sceny dziejące się w Casablance są w montażu połączone z ujęciami z Marakeszu, Rabatu, a nawet okolic Agadiru. W przypadku Dubaju jest bardzo podobnie. Topologia jest trochę zaburzona, prawa ekranu.

Burdż Chalifa
Burdż Chalifa

Jeśli ktoś szukałby małej drogi po pustyni, którą jechał Tom Cruise z ekipą, gdzie musiał wyminąć wielbłądy, zaś na horyzoncie wznosi się Dubaj z górującym szczytem Burj Khalifa, to się  zawiedzie. Trasa wjazdowa do Dubaju od strony Al-Ajn, prawdopodobnie jest najbardziej pustynna ze wszystkich. A przy tym wielopasmowa. Wielbłądy w tym miejscu nawet jak są, to raczej się nie szwendają po drogach. Natomiast faktem jest, że przy sprzyjającej widoczności, Burj Khalifa można zobaczyć z odległości około 80 kilometrów. Przy drodze jest też tor wyścigowy dla wielbłądów, więc może się zdarzyć, że na poboczu jakiegoś się znajdzie.

Widok z Burdż Chalifa
Widok z Burdż Chalifa

Budynek ten początkowo miał się nazywać Burj Dubai, czyli wieża Dubaju. Pomijając powiązania historyczne (wcześniej istniała taka wieża), nadano mu nazwę  Burj Khalifa, czyli Wieża Chalify na cześć prezydenta Emiratów, szejka Chalify bin Seida, honorując tym samym jego osobisty, finansowy wkład w uniknięcie przez ZEA skutków kryzysu gospodarczego. Obecnie jest to najwyższy budynek świata. Mierzy 829,8 metrów wysokości, czyli prawie kilometr w pionie, więcej niż np. Ślęża. Najwyższe, czyli 156 piętro jest na wysokości 584,5 metra. Taras widokowy dla turystów jest na 148 piętrze na wysokości 555, 7 metrów lub 124-125 piętrze i wysokości 452 m (tańsza opcja). Budowa trwała zaledwie 5 lat (2004 – 2009 rok, oficjalne otwarcie miało miejsce 4 stycznia 2010) i pochłonęła kwotę 1,5 miliarda dolarów. Budynek jest połączony z Dubai Mall, tworzy jedno centrum (handlowe). W wieży zaś mamy zarówno biura, jak i hotel.

Skrzyżowanie w Dubaju
Skrzyżowanie w Dubaju

Zdawałoby się, że taki budynek nie potrzebuje dodatkowej promocji, jednak film „Mission: Impossible – Ghost Protocol” Brada Birda z 2011 roku, gdzie wiele kluczowych scen ma miejsce w drapaczu chmur, a Tom Cruise brawurowo wspina się po elewacji wieży, dodatkowo rozsławiły Burj Khalifa i sam Dubaj. Podczas oczekiwania na wjazd na 124 piętro, turystom wyświetla się fragment reportażu o tym filmie. Tom Cruise NAPRAWDĘ wyszedł na zewnątrz budynku i się po nim wspinał. Oczywiście w uprzęży, ale sama myśl przyprawia o zawrót głowy. Niekoniecznie robił to na samym szczycie, ale i tak jest to wyzwanie. Warto dodać, iż pracujący tu Hindusi robią to dużo częściej, ponieważ czyszczą elewację od zewnątrz, a także przeprowadzają pracę konserwacyjne.

Widok z Burj Khalifa
Widok z Burj Khalifa

Główny taras widokowy na Burj Khalifa jest na 148 piętrze, zdecydowanie bardziej ekskluzywny, co za tym idzie droższy. Jest też drugi, na 124 piętrze, oczywiście wjeżdża się tam windą. Znajduje się tam obserwatorium At the Top. Jest tutaj kawiarnia, sklep z pamiątkami, gdzie można kupić certyfikat, że się było w najwyższym budynku świata. Po kręconych schodach można się dostać na wyższy taras (125 piętro). To właśnie At the Top jest tą zdecydowanie najbardziej popularną atrakcją Dubaju. Różnica w cenie między 124 a 148 piętrem jest bardzo zauważalna.

125 piętro
125 piętro

Ponieważ dużo ludzi chce zobaczyć panoramę Dubaju z tarasu Burj Khalifa, wizytę tę należy sobie wcześniej zarezerwować (np. na stronie At the top, można też sprawdzać Groupona, bo tam często są promocje). Inaczej mogą być problemy z wejściówkami, ale nie muszą, zależy od natężenia ruchu. Godzina na bilecie jest przybliżona, acz w bardzo ograniczonym zakresie. Tak mniej więcej o pół godziny w tę czy we w tę da się to bez problemu przesunąć na miejscu. Przychodzi się z wydrukowanym voucherem i dalej wszystko idzie dość prosto, choć trochę trwa ze względu na ilość ludzi i kolejki. Gdy już potwierdziliśmy bilet, przechodzi się przez kontrolę bezpieczeństwa, a potem idzie do wind. Te są niesamowite, bardzo szybkie, a przy tym świetnie skalibrowane. Prawie się nie czuje ruchu, czy startu. Czuć za to zmiany ciśnienia w uszach. Na górze mamy już tyle czasu, ile potrzebujemy. Nikt nikogo nie pogania, choć przy windach na dół i tak najczęściej jest kolejka.

Taras widokowy
Taras widokowy

Widok na rozbudowujący się Dubaj trochę przypomina ten z samolotu. Na 555 czy nawet 452 metrach, ta wysokość staje się abstrakcją, nie czuje się jej. Staje się raczej odległością, dalekim horyzontem. Przy odpływie i przy dobrej widoczności można stąd dostrzec brzeg Iranu, oddalonego w prostej linii 100 kilometrów! Przy gorszej widoczności ciężko zobaczyć dalszą zabudowę Dubaju. Zaś jeszcze wracając do „Mission: Impossible”: hotele znajdują się w tym budynku do 8 piętra oraz na 38 i 39, w filmie wygląda to jeszcze inaczej. Podobnie zresztą jest z burzą piaskową, szczęśliwie dla pracujących tu Hindusów tak strasznie to nigdy nie wygląda.

Burdż Chalifa nocą
Burdż Chalifa nocą

Z Burj Khalifa można dwukrotnie obserwować zachód i wschód słońca: gdy podziwiamy zachód, należy najpierw oglądać słońce z poziomu ulicy, zaś potem wjechać na punkt widokowy, by podziwiać zachód raz jeszcze tego samego wieczora. Ze wschodem oczywiście postępuje się na odwrót: najpierw słońce wschodzi dla obserwatora na szczycie wieży, później dla obserwatora z poziomu ulicy. Trudniej też kupić bilety w okolicach zachodu, więcej osób chce tam wjechać na tą godzinę. Zresztą wiąże się z tym pewien kłopot natury religijnej: dla przebywających na górnych piętrach muzułman słońce zachodzi później, niż na poziomie gruntu. Ma to znaczenie na przykład podczas Ramadanu, gdy jeść można po zachodzie słońca. Stąd wytyczne duchownych muzułmańskich, by przebywający powyżej 80 piętra po zachodzie słońca (z ich perspektywy) odczekali 2 minuty, a przebywający powyżej 150 piętra – 3 minuty.

Fontanna przy Dubai Mall z góry
Fontanna przy Dubai Mall z góry

Dubai Mall

Jak wspominaliśmy, Burj Khalifa jest praktycznie częścią Dubai Mall. To duże centrum handlowe z lodowiskiem, kinem i wieloma innymi atrakcjami. Wieczorem można się załapać na pokaz największej choreograficznej fontanny na świecie. Zbudowana na 30-akrowym sztucznym jeziorze, długa na 275 metrów. Tryska wodą na wysokość do 152,4 metra, a na raz może wyrzuć w powietrze nawet 83 tysiące litrów wody! Nieźle jak na pustynny kraj. Oświetla ją prawie 7 tysięcy lamp i 25 kolorowych projektorów. Kosztowała ponad 200 milionów USD.

Uroczysta inauguracja fontanny i przy tym Dubai Mall miała miejsce w 2009 roku. Widowisko robi ogromne wrażenie: synchronizacja fontanny z muzyką jest bardzo precyzyjne, efekty świetlne i wodne olśniewające. Program pokazu bardzo dynamiczny, świetnie dopasowany do muzyki. Trafiliśmy na jakiś arabski rytm, uwspółcześnioną tradycyjną melodię tak kojarzoną z krajami arabskimi. Niekiedy można usłyszeć remiks motywu przewodniego z „Mission Impossible” – bardzo celnie! W repertuarze z filmowych kawałków jest też piosenka „Skyfall” w wykonaniu Adele i motyw przewodni z „Siedmiu wspaniałych”. Wieczorem nie tylko fontanna jest oświetlana. Na Burj Khalifa wyświetlane są kolorowe animacje na elewacji.

Dubai Mall
Dubai Mall

Oceanarium w centrum handlowym, czemu by nie? Dubai Aquarium & Underwater Zoo to jedna z tych dodatkowo płatnych atrakcji. W akwarium jest około 300 gatunków morskich zwierząt, w tym rekiny. Prawdę powiedziawszy, nie zrobiło na nas dobrego wrażenia, zwłaszcza że bilet do tunelu pod wodą kosztował dużo, a odcinek do przejścia mały. Pod tym względem Dubaj ma jeszcze trochę do nadgonienia.

Dubai Aquarium
Dubai Aquarium

Otwarte jesienią 2008 roku Dubai Mall jest ogromne: ma powierzchnię 520 tysięcy kilometrów kwadratowych na 4 kondygnacjach, na parkingu mieści się jakieś 14 tysięcy samochodów. A i tak o późniejszej godzinie trudno o miejsce. Jest tutaj ponad 1200 sklepów i usług. Parking jest darmowy, a przy centrum jest też stacja metra. To dobre miejsce, by zostawić samochód i wyskoczyć stąd po Dubaju.

Diplodok w Dubai Mall
Diplodok w Dubai Mall

Trzeba przy tym pamiętać, że Dubai Mall jest zaledwie częścią całego kompleksu Dubai Downtown. Jeszcze więcej sklepów? Na obszarze Downtown jest suk, taki elegancki, z górnej półki. Samo Dubai Mall jest bardzo różnorodne, jeśli chodzi o architekturę tego miejsca. Można mieć swój ulubiony zakątek. Nas zaskoczył choćby diplodok. Najbardziej kompletny odnaleziony szkielet diplodoka, przynajmniej według informacji podanych na ekranie przy szkielecie. Wyobrażacie sobie takie coś w którymś z naszych centrów handlowych? Oprócz tego w środku jest masa przeróżnych sklepów i restauracji, a co pewien czas jakieś ciekawostki, jak rzeźby. Natomiast najciekawsze wrażenie centrum robi właśnie zaraz po pokazie fontanny, gdy olbrzymi tłum ludzi wraca do środka. Wtedy w niektórych newralgicznych miejscach stoją osoby kierujące ruchem.

Fontanna w Dubai Downtown
Fontanna w Dubai Downtown

Mall of the Emirates

Mall of the Emirates to kolejne wielkie centrum handlowe, odwiedzane rocznie przez około 40 milionów zwiedzających i klientów. Otwarte w 2005 roku, przebudowane w 2015 roku, o powierzchni około 220 tysięcy kilometrów kwadratowych, z parkingiem na ponad 7000 samochodów, bo jakoś do tych ponad 700 sklepów i usług trzeba dojechać. Przy Mall of the Emirates znajduje się Sheraton i Kempinsky, żeby przyjechać na zakupy nie na kilka godzin, ale na kilka dni.

Stok w Mall of Emirates
Stok w Mall of Emirates

W centrum handlowym Mall of the Emirates jest Ski Dubai, czyli tor narciarski. Z kolejką linową. I śniegiem. I jest tam -2 stopnie Celsjusza. Ot zwykła atrakcja w galerii… Wejście tam jest płatne, jest wypożyczalnia sprzętu narciarskiego, dają ciepłe ubrania. Trochę tak szczęka opadła. Pojechać na narty do Dubaju, nocleg w Sheratonie, kolejka linowa i śnieg i cały czas jesteśmy w jednym centrum handlowym.

Dubai Downtown
Dubai Downtown

Jumeirah

Jumeirah to obszar wybrzeża zajęty przez luksusowe rezydencje i hotele. Do lat 60. XX wieku zamieszkiwali go głównie rybacy i poławiacze pereł, w dobie rozwoju gospodarczego zaczęli osiedlać się tutaj zamożni Arabowie, wyrastały kolejne hotele. Jeden z kompleksów hotelowych obejmuje Souq Medinat Jumeirah, czyli luksusowy suk. Niewiele ma wspólnego z tym, co widzieliśmy choćby w Nizwie, ale dla bardzo bogatych turystów to dobre miejsce na zakupy: daje poczucie egzotyki, a jednocześnie jest okiełznane, bezpieczne i czyste.

Plaża na Palm Jumeirah
Plaża na Palm Jumeirah

Sztandarowym projektem Jumeirah jest Burj Al Arab, czyli Wieża Arabów lub Wieża Arabska. Ten ukończony w 1999 roku hotel (obecnie trzeci najwyższy na świecie) w momencie powstania był najbardziej luksusowym hotelem świata. Miał mieć oznaczenie 7-gwiazdkowego, ostatecznie ma 5 gwiazdek z dopiskiem Deluxe. Obecnie bardziej luksusowy jest Emirates Palace w Abu Zabi.

Burj Al Arab widoczny Jumeirah
Burj Al Arab widoczny Jumeirah

Burj Al Arab jest posadowiony na sztucznej wyspie, posiada tylko 28 użytkowych pięter, na których mieszczą się 202 apartamenty. Najmniejszy z nich ma „zaledwie” 169 m2, największy to aż 780 m2! Jednak przeglądając stronę internetową hotelu i zdjęcia pokoi to musimy przyznać, że nie są ładne. Dość kiczowate. Wnętrzarsko ładniejszy jest Emirates Palace. Ale to może tłumaczyć fakt, że Burj Al Arab jest chętnie rezerwowany przez Chińczyków – taki gust.

Jumeirah
Jumeirah

U wybrzeży dzielnicy Jumeirah znajdują się słynne palmowe wyspy, z których największa i najbardziej znana jest Palm Jumeirah. Konstrukcja wyspy rozpoczęła się w 2001 roku, a już w 2006 roku pierwsi mieszkańcy wprowadzali się do swoich apartamentów.
Gdy tak stoimy na tej wyspie, w ogóle nie mamy poczucia, że to jest wyspa, w dodatku sztuczna: jest naprawdę wielka i ma duże zagęszczenie apartamentowców wzdłuż głównej arterii – „pnia” Można też podejść na tutejsze plaże. W całym Dubaju jest ich kilka, niestety większość jest płatna. Najczęściej można za darmo zobaczyć sobie widoki i tyle. Czyli stoi się na chodniku i nie wchodzi na piasek, ochroniarze na to nie pozwalają.  Zaś wracając do Palm Jumeiriah, ma ona własną kolejkę monoszynową, ot kolejny środek transportu. Widać stamtąd kolejne ciekawe miejsce, czyli Dubai Marina.

Suk w Jumeirah
Suk w Jumeirah

Dubai Marina

Dubai Marina to dzielnica biznesowo-mieszkalna, która jest posadowiona wzdłuż sztucznego kanału łączącego się z obu stron z Zatoką Perską. Dubai Marina ma ośmiokilometrową trasę spacerową, Marina Walk, zrobioną wzdłuż wybrzeża sztucznego kanału. Po zmroku wygląda to super! Marina jest w całości zrobiona przez jednego dewelopera: Emaar Properties, a zaprojektowana przez kanadyjską pracownię projektową, stąd nie dziwi inspiracja podobną sztuczną mariną w Vancouver.

Dubai Marina
Dubai Marina

Wysokość wieżowców przeważnie mieści się w przedziale 250 – 300 metrów, ale jest także kilka o wysokości 350 do ponad 400 metrów i jeden jeszcze nie ukończony superwysokościowiec Pentominium, który ma sięgać 516 metrów.

Dubai Marina
Dubai Marina

Ras Al Khor

W Dubaju jest wiele niesamowitych rzeczy, w tym także częściowo sztuczny rezerwat przyrody. Ras Al Khor to mokradła obejmujące las namorzynowy, odbudowany i utrzymywany na zlecenie emira Dubaju, by zachęcić migrujące ptactwo do zatrzymywania się tutaj.

Rezerwat ten znajduje się na liście ramsarskiej, takim odpowiedniku listy UNESCO, ale obejmującej obszary wodno-błotne o znaczeniu międzynarodowym, zwłaszcza jako habitat ptactwa wodnego. W Polsce mamy 16 Obszarów Ramsar, należą do nich choćby Stawy Milickie, Biebrzański Park Narodowy, czy Park Narodowy Ujście Warty. Wracając jednak do Ras Al Khor, ten został wpisany na listę ramsarską pod koniec 2007 roku jako pierwszy i najważniejszy obszar Ramsar ZEA na tej liście. Wcześniej, bo w 1998 roku uznano Ras Al Khor za obszar zagrożony zagładą przez ludzką działalność, przede wszystkim postępującą urbanizację. Szejk Zajid, prezydent i główny założyciel ZEA, wydał prawo o obszarach chronionych w Dubaju. Ras Al Khor znalazł się pod protektoratem emiratu Dubaju.
Od tamtego czasu znacznie wzrosły działania na rzecz ochrony Ras Al Khor i zapewnienia jego biologicznej różnorodności. Oczywiście, by ptaki czuły się tu lepiej, trochę teren dostosowano.

Ras Al Khor
Ras Al Khor

W tym hałaśliwym, rozrastającym się w błyskawicznym tempie mieście znajduje się oaza dla migrującego ptactwa. Zwłaszcza, że w bezpośrednim sąsiedztwie buduje się nowe centrum Dubai Creek, z budynkiem, który ma być jeszcze wyższy niż Burj Khalifa. Będzie mieć ponad 900 m. To niesamowity kontrast.

Widok na centrum
Widok na centrum

Ras Al Khor oznacza dosłownie „przylądek strumienia”. Obejmuje obszar 20 hektarów, będący rozlewiskiem Dubai Creek, który wpływa do Zatoki Perskiej. Wody tworzą liczne rozlewiska, płytkie laguny i bagniska. Woda słodka miesza się ze słoną, w tych warunkach rosną namorzyny. Jest przystankiem na trasie dla około 20 tysięcy ptaków reprezentujących 67 gatunków, migrujący na trasie wschodnia Afryka – zachodnia Azja. Najkorzystniejszym okresem do ich obserwacji jest zima i okresy przejściowe, kiedy nasilona jest migracja. Natomiast jak się doda różne ptaki nie migrujące, to można tu wypatrzyć ponad 270 różnych gatunków.

Dla turystów powstała ścieżka edukacyjna oraz czatownie rozmieszczone wokół obszaru. Wstęp jest bezpłatny, a na miejscu można zapoznać się z informacjami na temat ptaków żyjących w rezerwacie. Z powodu bogactwa gatunków, czatownie są dość mocno oblegane przez wielbicieli ptasiej fotografii.

Flamingi
Flamingi

Ras Al Khor jest znany przede wszystkim ze stad flamingów różowych. Kolor zawdzięczają czerwonemu barwnikowi zawartego w ciałach pożeranych przez nie skorupiaków. Tutaj są one dokarmiane. Ptaki jednak nie trzymają się sztywno granic rezerwatu, można je wypatrzyć w różnych częściach miasta. Zaś samo Ras Al Khor jest także dobrym miejscem na oglądanie dubajskiej panoramy, choćby gdy Burj Khalifa zaczyna się mienić kolorowym oświetleniem. Jedyny problem to zdecydowanie małe, acz darmowe parkingi.

Flamingi
Flamingi

Stary Dubaj – Bur Dubai

Dubaj ma swoje Stare Miasto. Trzeba tylko wziąć poprawkę na to, że to „stare miasto” w większości pochodzi z lat 60., kiedy to zaczął się okres szybkiego bogacenia miasta dzięki wydobyciu ropy naftowej.

Muzeum Dubajskie i fort Al Fahidi
Muzeum Dubajskie i fort Al Fahidi

Tym niemniej warte zobaczenia jest Muzeum Dubaju, mieszczące się w forcie Al Fahidi.
Al Fahidi to nazwa najstarszej dzielnicy współczesnej historii Dubaju, która sięga połowy XIX wieku, kiedy to Dubaj był osadą rybacką i poławiaczy pereł. Dubajskie perły są zresztą wspomniane przez weneckiego kupca żyjącego w XVI wieku. Jednak większość XIX wiecznych zabudowań to chaty z suszonej gliny, kryte palmowymi liśćmi. W XVI wieku nie wyglądało to lepiej, a prawdopodobnie dokładnie tak samo. W Muzeum Dubaju można poznać historię miasta od najstarszych znalezisk archeologicznych, przez XVI-wieczne wzmianki o mieście, epokę przed-naftową i wreszcie gwałtowny rozwój w epoce ropy, zapoczątkowanej w latach 60. odkryciem złóż ropy naftowej w wodach terytorialnych.
Muzeum jest nowoczesne, ma ciekawą ekspozycję, choć czasem tablice z opisami są słabo oświetlone.

Dubai Creek
Dubai Creek

Malowniczy jest też widok na Dubai Creek, po którym można się przepłynąć tradycyjną rybacką łodzią. Nazywa się je abra, dziś jednak pełnią głównie rolę turystycznych taksówek, oraz statków wycieczkowych (te drugie są zdecydowanie droższe i mają swoich naganiaczy). Warto się przespacerować uliczkami Al Fahidi – klimatyczne miejsce, daje wgląd w tradycyjne arabskie miasteczko, jakim jeszcze niedawno był Dubaj. W okolicy są też targi  hinduskie.

Można też zobaczyć z zewnątrz dwór Jego Wysokości Emira Dubaju, premiera i wiceprezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich Mohammeda bin Rashid Al Maktoum. Oczywiście z zewnątrz.

Okolice toru wyścigowego
Okolice toru wyścigowego

Suk – Deira

Po drugiej stronie rzeki w dzielnicy Deira znajduje się kolejna bardziej tradycyjna atrakcja, czyli suk. Dziś zdecydowanie bardziej turystyczny, ale też warty zobaczenia. Złoty Suk w Dubaju, czyli dobre miejsce na zakupy, oblegane przez turystów. W sklepach ze złotem najczęściej widać Arabów i Rosjan, co zrozumiałe. Dla tych ostatnich to sprzedają nawet złote krzyże. Mogą nie lubić symbolu chrześcijaństwa, ale pieniądz jest pieniądz.
Z przypraw najbardziej widoczne są stosy drogocennego szafranu z Iranu. Oprócz tego kaszmirowe chusty i mnóstwo pamiątek.

Suk
Suk

Tu też wrócimy do „Mission: Impossible”. Ethan Hunt wybiegając z Burj Khalifa wbiega gdzieś w stare miasto. Patrząc na odległość tych miejsc, to jest tam niezły skok w akcji. Ale to przecież niemożliwa misja.

Złoty suk
Złoty suk

Dubaj ma też wiele miejsc typowo rozrywkowych. Od parków rozrywki, przez ciekawe ogrody, po lokale rozrywkowe. Tych ostatnich nie ma dużo, nie są też jakoś wybijające, ale są. Jeśli ma się pieniądze, to znajdzie się tu wszystko, włącznie z alkoholem. Jest nawet kościół katolicki. A co ważniejsze, to bardzo bezpieczne miejsce. Jedyne co nas rozczarowało, to samochody. Podobno nawet policja miała jeździć jakimiś kosztownymi brykami, ale nie widać tego aż tak bardzo na ulicach. Natomiast z dodatkowych atrakcji można tu obejrzeć przepiękne ogrody, parki tematyczne, ale dodatkową atrakcją są też wyścigi wielbłądów. Te organizowane są pod Dubajem, przede wszystkim w okresie zimowym. Choć nawet jest strona z informacją, niestety nie jest ona aktualizowana na bieżąco, więc najlepiej poprosić w hotelu o sprawdzenie, kiedy takie wyścigi się odbywają. Alternatywą jest też skorzystanie z google’a i sprawdzenie pośredników. Jeśli mają termin dostępny na dany dzień, to śmiało można wziąć samochód/taksówkę i pojechać.

Targ przypraw
Targ przypraw

Metro i poruszanie się po mieście

Na koniec małe sprowadzenie na ziemię. Prowadzenie samochodu i nawigowanie po Dubaju to jakiś koszmar. Mapy Google nie są zbyt aktualne, nie nadążają za zmianami, GPS nie zawsze dobrze łapie poziom ulicy zwłaszcza na dużych skrzyżowania, olbrzymi ruch i polska kultura jazdy (lub raczej jej brak) oraz liczne rozjazdy powodują problemy. A gdy się źle zjedzie, to do nadrobienia jest 10 – 20 kilometrów! Innymi słowy, jak się nie zna Dubaju, to technika nie zawsze pomoże szybko podejmować decyzje. Jeśli mamy przejechać głównymi arteriami, bądź bardziej bocznymi drogami, to wystarcza. Ale jeśli trzeba krążyć po ślimakach, to niestety należy poświęcić temu więcej czasu na ewentualne błędy.

Nam było szkoda się tłuc po Dubaju w ten sposób, więc postawiliśmy zostawić auto na parkingu Dubai Mall (gdzie i tak jechaliśmy ze względu na Burj Khalifa). Takie rozwiązanie ma dwie zalety. Stąd było dość blisko do metra (które jest połączone z Dubai Mallem), a dwa parking jest darmowy. Dubaj jest olbrzymi, pełny aut więc parkingi są tu niestety płatne. Malle są bardzo dobrą darmową alternatywą, ale trzeba zająć miejsce z samego rana – potem jest tłoczno.

Trasa metra
Trasa metra

Metro w Dubaju w połączeniu z tramwajem i taksówką to efektywny, bezstresowy i stosunkowo tani sposób podróżowania. O ile nie kupimy biletu na pierwszą klasę. Tak, metro ma wagony pierwszej klasy. W pełni zautomatyzowane metro zostało uruchomione w 2009 roku, ma dwie linie liczące razem 75 kilometrów, przez co jest jedną z najdłuższych sieci transportu szynowego zautomatyzowanego, czyli bez maszynisty. Wyprzedza je tylko kolejka w Vancouver (79 km) i Singapurze (97 km linii zautomatyzowanej). Za to Red Line o długości 52 km jest najdłuższą pojedynczą zautomatyzowaną linią. W Emiratach musi gdzieś być jakiś rekord. Oprócz wagonów pierwszej klasy (konkretnie to „złotej” klasy), jest także wagon dla kobiet i kobiet z dziećmi.

Wystawa samochodów w Dubai Mall
Wystawa samochodów w Dubai Mall

Metro kursuje co jakieś 2 – 3 minuty, jest całe klimatyzowane, szybko się fajnie jedzie. Do 2025 roku ma być w sumie 221 km trasy metra, dla porównania londyńskie metro liczy 402 kilometry długości. Jest kilka typów biletów i kart pre-paidowych jak choćby karta NOL. To jest warte rozważenia, gdy w Dubaju zostaje się dłużej (choć jest też czerwona, papierowa karta NOL idealna na małą liczbę przejazdów). Nam wystarczył bilet 24-godzinny na metro (plus tramwaje wliczone w cenę). Do reszty zaprzęgliśmy samochód.

Taksówki nie należą do drogich, przynajmniej jeśli nie wpadnie się w korki. Liczy się bowiem czas jazdy, nie kilometry.

Burj Al Arab z plaży
Burj Al Arab z plaży

Ogrom wrażeń z samego tylko Dubaju jest przytłaczający. To nie jest miasto historyczne, z bogatą kulturą czy tradycjami. To nowoczesna metropolia, zaplanowana z głową, gdzie widać, że nie szczędzono kosztów. Z jednej strony więc mamy efekt wow, z drugiej taki facepalm. No i jeszcze megalomania, lotnisko ma być największe (DXB ma mieć pięć pasów startowych), najwyższy budynek, największe ogrody miejskie i tak dalej. Bardzo intrygujące miejsce.

Dubaj nocą
Dubaj nocą

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak emiracki
Dubaj Al-Ajn
Szlak filmowy
Dubaj (MI)
Brugia
Share Button

Changuu (Prison Island), czyli sanktuarium żółwi

Jedną z dość często oferowanych wycieczek na Zanzibarze jest ta na Prison Island – Changuu. Dziś to przede wszystkim wyspa żółwi i ich rezerwat, więc nie mogliśmy sobie odpuścić takiej okazji. Miejsce to czasem jest nazywane w sieci sanktuarium żółwi. Z angielskiego sanctuary znaczy także rezerwat lub azyl i to właśnie ta druga nazwa polska jest chyba najtrafniejsza.

Rozgwiazda
Rozgwiazda

Changuu lub Prison Island

Wycieczkę na Prison Island bardzo łatwo kupić w Stone Town na Zanzibarze. Oferują ją praktycznie wszystkie biura, a także osoby zaczepiające na ulicy, jak również hotele chętnie pomogą nam w organizacji.

Plaża na Changuu (Prison Island)
Plaża na Changuu (Prison Island)

Sama wycieczka składa się z trzech części. Pierwsza to dopłynięcie na wyspę. Łódek jest wiele, turystów zresztą też. Choć wyglądają na starsze, w większości są to łodzie silnikowe. Sama przeprawa z Zanzibaru na Prison Island trwa więc dość krótko, ot taki przyjemny, acz krótki rejs.

Żółwie olbrzymie
Żółwie olbrzymie

Kwarantanna i więzienie

Następna część, to zwiedzanie samej wyspy. Prison Island to tylko jedna z kilku nazw. Oficjalna to Changuu, ale w użyciu jest jeszcze Quarantine Island i Kibandiko. Nazwa Changuu pochodzi z masajskiego i oznacza jeden z gatunków ryb tu występujących. Sama wyspa jest niewielka, ma jakieś 800 metrów długości. Przez wiele lat była nieużywana. Dopiero w 1860 Sułtan Zanzibaru oddał ją dwóm Arabom, którzy zbudowali tu więzienie dla zbuntowanych niewolników. Gdy jednak Zanzibar stał się brytyjskim protektoratem, wyspa została odkupiona przez nowe władze. Początkowo zaczęto tu budować więzienie z prawdziwego zdarzenia, ale nigdy nie zostało one użyte. Przekształcono je na miejsce kwarantanny. Brytyjczycy bardzo bali się epidemii żółtej febry i innych chorób. Potem jednak chyba nikt nie miał pomysłu jak wykorzystać tę wyspę.

Żółwie olbrzymie
Żółwie olbrzymie

Żółwie olbrzymie

Z czasem sama pojawiła się potrzeba. W 1919 Królestwo Seszeli podarowało Zanzibarowi cztery żółwie olbrzymie. Te trzeba było, gdzieś trzymać. Zwierzęta zadomowiły się na Zanzibarze, zaczęły rozmnażać, ale jednocześnie im było ich więcej, tym częściej były kradzione czy zabijane. Gatunek Aldabrachelys gigantea jest narażony na wyginięcie, więc ostatecznie przeniesiono żółwie na wyspę, gdzie miały być bezpieczniejsze. I faktycznie są. Znajduje się tam obecnie całe ich sanktuarium. Trudno to nazwać rezerwatem.

Żółwie olbrzymie
Żółwie olbrzymie

Lądując na Prison Island chwilę można pocieszyć się plażą, zdecydowanie ładniejszą niż tą wokół Kamiennego Miasta. Można tam znaleźć i kraby i rozgwiazdy. Potem idzie się do żółwi. Mieszkają one na ogrodzonym terenie. Formalnie nie można ich karmić zgodnie z regułami, ale przy wejściu dostajemy liście. Raczej chodzi o to, by nie karmić ich czymś, co mogłoby im zaszkodzić.

Małe żółwie i mniejsze gatunki
Małe żółwie i mniejsze gatunki

Duże osobniki chodzą sobie samodzielnie po tym terenie, mniejsze oraz przedstawiciele innych gatunków trzymane są w szopach, by duże (i ludzie) ich nie rozdeptały. Jednocześnie obsługa cały czas patrzy na nas, by przypadkiem nikt nie skrzywdził tych żółwi.

Żółw olbrzymi
Żółw olbrzymi

Każdy z gadów ma na skorupie wpisany wiek. Najstarsza żółwica miała zapisany numer 192. Łatwo ją rozpoznać, bo ma uszkodzoną skorupę (spadła na nią kiedyś gałąź, ale gadzina trzyma się całkiem dobrze).

Żółw olbrzymi
Żółw olbrzymi

Dalej można przejść do części z dawnym więzieniem, po drodze zaś możemy spotkać dikdiki i pawie.

Żółwie olbrzymie
Żółwie olbrzymie

Ostatnia możliwa atrakcja to snoorkling nad rafą koralową. Można się zatrzymać przy powrocie.

Zabudowania dawnego więzienia
Zabudowania dawnego więzienia

Czas na wyspie formalnie nie jest limitowany. Natomiast przewodnikom zależy na zrobieniu jak największej ilości kursów, więc się trochę niepokoją. Są uzależnieni od tego, kiedy my będziemy chcieli wracać.

Dawne więzienie (Prison Island)
Dawne więzienie (Prison Island)

Jeśli ktoś ma chwilę na Zanzibarze, to z pewnością jest to wycieczka z której warto skorzystać.

Transport między Changuu a Zanzibarem
Transport między Changuu a Zanzibarem

Jeśli zainteresował Cię ten wpis, przeczytaj inne o Tanzanii, na naszym tanzańskim szlaku i polub nas na facebooku.

Szlak tanzański
Changuu (Prison Island)
Share Button

Krater Ngorongoro

Kiedyś było częścią wielkiego obszaru chronionego Serengeti, obecnie Krater Ngorongoro jest osobną jednostką organizacyjną. Składa się z dwóch części, obszaru chronionego i rezerwatu znajdującego się w kalderze wygasłego wulkanu. To bez wątpienia jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc naturalnych w Afryce. Wielka równina, która często jest pokazywana w programach dokumentalnych.

Widok z krateru Ngorongoro
Widok z krateru Ngorongoro
Lasy mgliste
Lasy mgliste

Krater Ngorongoro i wioska Masajów

Sama nazwa pochodzi z języka Masajów. Kiedyś wypasali oni tu swoje owce i kozy, a każda z nich miała dzwoneczki. Zwierzęta poruszając się wydawały dźwięki, które Masajowie określali właśnie jako Ngorongoro.

Wioska Masajów (turystyczna)
Wioska Masajów (turystyczna)

Masajowie są wciąż obecni w tym miejscu. Cały obszar chroniony to coś na kształt autonomii. Mogą oni tu uprawiać ziemię, mieszkać, wypasać bydło, ale też polować. No i pobierać opłaty za przejazd. Żyją własnym życiem, niekoniecznie z dala od cywilizacji. Zachowują swoje ludowe zwyczaje, niektórzy z nich chodzą w tradycyjnych strojach, ale jednocześnie używają też samochodów, telefonów i innego sprzętu.

Masajowie w tradycyjnych strojach
Masajowie w tradycyjnych strojach

Na obszarze znajduje się kilka „tradycyjnych” wiosek, które głównie żyją z turystyki. Można je zwiedzać, oczywiście za opłatą (kilkadziesiąt dolarów od samochodu). Wewnątrz wioski wódz lub jego syn czy zastępca, pokaże nam tradycyjny ulepiony dom masajski. Zobaczymy zagrody. Prawie na pewno będzie okazja obejrzeć tańce i śpiewy, tak dorosłych jak i dzieci. Innymi słowy, za pieniądze urządzą dobrze zaplanowane widowisko, starając się jak najlepiej zilustrować wyobrażenie o masajskiej wiosce. To bardzo ciekawe przeżycie. Owszem zakończy się możliwością kupienia rękodzieł, ale walutą preferowaną jest tu dolar.

Masaj w lepiance
Masaj w lepiance

Zupełnie inaczej wyglądają nieturystyczne wioski, przez które także czasem można przejechać. Tam walutą jest szyling, dolary zaś są widziane i przyjmowane niechętnie, głównie dlatego, że poza turystami nikt ich tam nie używa. Trudno też je wymienić. Ludzie też są bardziej zaciekawieni odwiedzającymi, ale niekoniecznie od razu musi oznaczać próbę sprzedania im czegoś. Oferują mniej dzieł masajskich, więcej użytecznych dla nich. Ceny mocno odbiegają od tego, co jest w sklepach dla turystów.

Nieturystyczna wioska Masajów
Nieturystyczna wioska Masajów

Rezerwat Ngorongoro

Oczywiście najważniejsza część Ngorongoro to rezerwat. Znajduje się on na wysokości ok. 1800 m nad poziomem morza, ale to dolina o głębokości około 600 metrów. Trzeba więc przejechać wpierw przez grań. Tam też znajdują się miejsca campingowe, nie w samym kraterze. Wysokość robi dużą różnicę w klimacie. Kaldera to wciąż charakterystyczna sawanna, ale w górach przejeżdżamy przez las mglisty. W nocy temperatura spada nawet do 15 stopni Celcjusza, co dla większości afrykańskich przewodników i kucharzy jest równoznaczne ze straszliwym zimnem. Widać po nich, że marzną. Są ubrani w czapki, czasem rękawice, szczelnie opatuleni. Dość ciekawy widok. W obozie dzikich zwierząt nie ma zbyt wiele, ale na wszelki wypadek widzieliśmy tam broń palną, gdyby coś się zakradło. Zakradały się jedynie ptaki. W tym marabut. Rano zaś oczywiście wszystko było zamglone.

Drapieżnik
Drapieżnik
Żuraw koroniasty (Koroniec)
Żuraw koroniasty (Koroniec)

Sam kaldera to oczywiście kolejne, przepiękne i bardzo charakterystyczne safari. Teren jest dość płaski, jak popada to też podmokły. Ze zwierząt udało nam się tu zobaczyć między innymi hipopotamy, bawoły, lwy, hieny, zebry, szakale, guźce i mnóstwo ptaków. W tym pelikany, ibisy, strusie, koronniki (żuraw koroniasty) i dropie w pełnej krasie. To ostatnie to największe ptaki latające na tym terenie. Wiąże się z nimi ciekawa historyjka, bowiem angielska nazwa to bustard. Jednak przy wjeździe do Ngorongoro znajduje się budynek, gdzie można trochę poczytać o tutejszej faunie i florze. Ktoś pomylił tam pisownie i zostało bastard.

Hipopotamy
Hipopotamy

Podobno czasem da się tu też znaleźć nosorożce. Myśmy niestety nie mieli tyle szczęścia.

Drop
Drop

Watro też pamiętać, że wjazd i wyjazd do samego rezerwatu jest reglamentowany także godzinowo. Pilnują tego mocno. Sam krater zaś to jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w Afryce. Rezerwat także znajduje się na liście UNESCO. Zaś widok z wysokości, na tę równinę to coś naprawdę cudownego.

Szakal
Szakal
Szlak tanzański
Krater Ngorongoro
Share Button

Jak wygląda tanzańskie safari?

Zanim zajmiemy się przeglądem parków narodowych w Tanzanii (przynajmniej tych, które odwiedziliśmy), warto przyjrzeć się samemu safari. Co to jest, to chyba mniej więcej każdy wie, ale z czym to się już dokładnie je, niekoniecznie.

Lotnisko w Arushy

Samo słowo safari to w języku suahili znaczy tyle co podróż. Nam kojarzy się przede wszystkim ze zwiedzaniem sawanny i lasów równikowych i szukaniem tam zwierząt.

Lotnisko w Arushy

Sposobów podróżowania jest kilka, choć nie we wszystkich parkach dozwolony jest każdy. Najpopularniejszy to tak zwany game drive, czyli oglądanie przyrody z samochodu. Najczęściej są to pojazdy 4×4 z przewodnikiem-kierowcą, który jest wyposażony w CB Radio i który dość dobrze zna teren. O ile znalezienie jakiś zwierząt najczęściej nie stanowi problemu, o tyle te rzadsze stanowią większą atrakcję, więc przewodnicy starają się na bieżąco wymieniać informacjami jak coś zobaczą. Standardowo też mijające samochody zatrzymują się, a kierowcy wymieniają między sobą kilka zdań, informując gdzie co wypatrzyli. Turyści zaś siedzą sobie w samochodzie (lub stoją, bo dach najczęściej się podnosi) i mogą oglądać czy robić zdjęcia. Większość samochodów przewozi zaledwie kilka osób, najczęściej dwie, większe do sześciu. Takie zwiedzanie jest zorganizowane dla małej grupy, wtedy każdy ma czas by zobaczyć to co chciał. Oczywiście na ile pozwoli szczęście w znajdywaniu zwierząt. Czasem zdarzają się większe busiki czy ciężarówki z dużą grupą turystów. Tam niestety safari nie jest już tak spersonalizowane.

Okolice Arushy

Samochody nie powinny wyjeżdżać poza ustalone drogi, choć oczywiście istnieje możliwość zakupienia pakietu off-road, ale nie jest to ani tanie, ani takie proste. Wyjeżdżanie poza drogę jest karalne, więc przewodnicy najczęściej boją się tego robić. Oczywiście z wyjątkami takimi jak omijanie innych samochodów czy jakiegoś błota, ale wtedy i tak trzymają się blisko drogi. W bardzo rzadkich przypadkach przewodnicy potrafią się dogadać i zjechać z drogi, oczywiście pod warunkiem, że robią to wszyscy solidarnie z okolicy.

Nocleg pod namiotami w budżetowym safari

Inny sposób zwiedzania to tak zwane walking safari, czyli chodzące. Nie jest możliwe we wszystkich parkach, w dodatku również nie pójdziemy gdzie chcemy. Ścieżki może nie są wydeptane, ale są ustalone. Najczęściej turystom towarzyszą wtedy rangerzy z bronią tak na wszelki wypadek, choć w większości przypadków są to tereny, gdzie zazwyczaj nie ma niebezpiecznych zwierząt. Pewną formą tego safari jest też podglądanie ptaków.

Nocleg w lodge (Mikumi)

W Seolus Game Reserve jest możliwość płynięcia łodzią i oglądania przyrody z wody.

Serengeti

Najdroższą formą zwiedzania sawanny jest samolot lub balon. Na Serengeti trzygodzinny lot balonem to minimum 500 USD od osoby. Można też przelecieć się awionetką, te jednak najczęściej są wykorzystywane nie tylko do oglądania przyrody, ale też jako środek transportu, np. z Zanzibaru. Małe lotniska znajdują się w kilku parkach.

Płachta na muchy tse-tse w Tarangire (jak jest tam dużo much to są one wywożone daleko)

Najczęstsza forma to jednak game drive, w końcu do parku trzeba dojechać. Tu są dwa podstawowe rodzaje usług, co jest związane z kosztami i sposobem spania. W niektórych przypadkach, np. na Serengeti, śpi się w rezerwacie. Albo są to lodge’e, czyli najczęściej małe domki z łóżkiem, prysznicem, czasem nawet telewizorem. Oczywiście tu też jest zróżnicowany standard i koszty. Przy takim wyborze zazwyczaj podróżuje się tylko z kierowcą-przewodnikiem, no i jest możliwość wyboru obiadu z menu. Alternatywą są tak zwane budget safari. Wtedy organizator poza samochodem dostarcza też namioty, śpiwory, zapasy jedzenia oraz kucharza. Kucharz najczęściej zostaje w obozie i przygotowuje wszystko, zaś w tym czasie w dzień jeździ się z przewodnikiem. Ubikacje i toalety są publiczne. W Tanzanii najczęściej jest tam czysto, starają się to sprzątać, ale przy większych campingach może być brudno ze względu na dużą liczbę osób używających.

Słonie w Tarangire

Większość północnych safari, czyli przede wszystkim Serengeti, Ngorongoro, Tarangire, jezioro Manyara i tak dalej rozpoczyna się w okolicach Arushy. Do Arushy można dotrzeć albo za pomocą autobusu z Dar Es Salaam (jeżdżą z dworca Ubungo). Podróżowanie autobusami może być ciężkie, zwłaszcza ze względu na znikome oznaczenia na dworcu Ubungo w Dar Es Salaam. Przejazd trwa prawie cały dzień. Alternatywą są tanie linie samolotowe jak Precision Air czy Fast Jet. Z odpowiednim wyprzedzeniem bez problemu można znaleźć bilet za mniej niż 40 USD. Przelot trwa około 1,5 godziny.

Lwy na drodze w Ngorongoro

Lotnisko w Arushy wygląda jak takie modelowe, filmowe afrykańskie lotnisko. Jest płyta, są samoloty, budynki zaś są minimalne, do tego stopnia, że czeka się na samoloty siedząc na świeżym powietrzu pod daszkiem. Proces pakowania i rozdawania bagaży jest ręczny. Po wylądowaniu ktoś przyciąga wózek z bagażami, a następnie są one wyjmowane i rozdawane. Podobnie wygląda podróż autobusem i obsługa na dworcach, ale lotnisko jest zdecydowanie bardziej ułożone.

Gnu w Ngorongoro

Szukanie safari w Arushy jak najbardziej jest możliwe, ale niekoniecznie wychodzi to taniej. Bez problemu znajdziemy naganiaczy, którzy zaprowadzą nas do znajomych, podobnie jest w hotelach. Natomiast ciężko znaleźć miejsce, gdzie można by spokojnie przejść od organizatora do organizatora i porównać oferty cenowo. To już można spokojnie załatwić przed wyjazdem używając strony SafariBookings. Ceny tam podawane są raczej orientacyjne i mogą się zmienić. Można je także przez Internet negocjować. Zaleta ustawienia sobie wcześniej safari jest też taka, że przedstawiciele organizatora odbiorą nas na lotnisku/dworcu, a także są nas w stanie tam odstawić, a przede wszystkim czasowo dograć się do naszych możliwości. To pozwala także na samodzielne ułożenie programu.

Podmokłe Serengeti

Nie tylko Arusha jest dobrą bazą wypadową na północy. Drugie lotnisko turystyczne znajduje się w Moshi. Stamtąd bliżej jest na Kilimanjaro, ale dalej do zachodnich parków narodowych. Z Dar Es Salaam zaś najpopularniejsze kierunku to Mikumi i Selous.

Serengeti

Niestety należy pamiętać o tym, że safari w Tanzanii to raczej droga impreza. W wersji budżetowej i tak trzeba się liczyć z kwotą rzędu 150-200 USD za dzień od osoby. Lepszy standard to często 300 USD i więcej. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie. Pierwsza to chęć ograniczenia wstępu do parków narodowych. Rząd ustawił ceny trochę zaporowe. Druga sprawa to popyt. Przyjeżdża dużo turystów amerykańskich, którzy mają znacznie lepsze zaplecze finansowe i to często pod nich ustawiony jest rynek. Choćby sklepy z pamiątkami i rękodziełami Masajów mają ceny astronomiczne w porównaniu z oczekiwaniami finansowymi samych  Masajów. Trzeba też pamiętać, że ceny można negocjować. Im dłuższa wyprawa i im więcej osób jedzie, tym łatwiej wywalczyć zniżkę.

Obóz w Serengeti z termitierą, góralką (w tle) i mangustką.

Kwoty orientacyjne podane przez nas zawierają wliczone inne koszty, jak choćby napiwek. Ten może być sprawą sporną, także ze względu na Amerykanów. Organizator naszego safari powiedział, że kucharzowi należy dać 7-10 USD za dzień od samochodu, a przewodnikowi 10-15 USD. Sam przewodnik zaś sugerował, że kucharzowi należy się 15 USD, a jemu 25 USD. Tu znów trudno się dziwić takim oczekiwaniom, skoro na Serengeti Amerykanie potrafią dać 10 USD napiwku osobie sprzątającej toalety (widzieliśmy coś takiego). Z drugiej strony takie 40 USD za dzień dość mocno podwyższa koszt wyjazdu, więc trzeba to samemu wypośrodkować.

Małpy w parku jeziora Manyara

Kolejna rzecz to fakt, że na safari bardzo często obiecują możliwość zobaczenia wielkiej piątki. Wielka piątka Afryki (Big Five of Africa) to pięć dużych zwierząt afrykańskich uchodzących za symbol. Czasem określane są mianem najrzadszych, a czasem mianem najgroźniejszych. Nazwa jednak pochodzi od polowań. Te zwierzęta uchodzą za najtrudniejsze do upolowania, gdy się poluje chodząc. Owszem również mogą być niebezpieczne, niejednokrotnie są, ale warto pamiętać, że najniebezpieczniejsze istoty w Afryce to komary i muchy tze-tze. Do wielkiej piątki zalicza się słonia afrykańskiego, bawoła afrykańskiego, lamparta, lwa i nosorożca czarnego. Bawoły i lwy występują w miarę często w większości parków. Populacja słoni jest ograniczona do kilku miejsc. Lamparta udało się nam zobaczyć tylko na Serengeti. Nosorożce są dość mocno przetrzebione. Występują na Ngorongoro i w Serengeti, ale nie widziano ich podczas naszego pobytu. Gwarancje zobaczenia wielkiej piątki, w szczególności lamparta i nosorożca zazwyczaj są składane trochę na wyrost. Organizatorzy się zarzekają, że to się uda, przewodnicy już pierwszego dnia potrafią popatrzeć na nas z politowaniem i powiedzieć, że gwarancji nie ma.

Słonie w parku jeziora Manyara

Istnieje jeszcze coś takiego jak small five lub little five. Tę jeszcze trudniej znaleźć. To mniejsze zwierzęta, które w jakiś sposób nawiązują do wielkiej piątki. Jest to mrówkolew, żółw lamparci, sorkonos (angielska nazwa to elephant shrew), bawolik czerwonodzioby oraz jeden z rohatyńców (zwany po angielsku rhino beetle). Znalezienie jej w całości jest prawdopodobnie jeszcze trudniejsze, więc jest to traktowane bardziej jako ciekawostka.

Szlak tanzański
Tanzańskie safari
Share Button

San Francisco

Uchodzi za jedno z najładniejszych miast w Stanach Zjednoczonych. Coś w tym jest.  Dużo zawdzięcza położeniu. Z jednej strony słoneczna Kalifornia,  z drugiej zatoka San Francisco i wzniesienia: to wszystko sprawia, że faktycznie San Francisco ma niepowtarzalny klimat.

Prom do Alcatraz
Widok z ekologicznego promu płynącego do Alcatraz, widać między innymi Transamerica Pyramid.

Więzienie Alcatraz – historia i filmy

To o czym warto pamiętać, zwiedzając USA to fakt, że to nie Europa, tu miasta nie mają takich zabytków jak te na naszym kontynencie. Ich historia jest krótsza, ale jednocześnie bardziej medialna, przez to w obiegowej opinii, wspieranej mocno przez kulturę masową, wiele rzeczy jest wyolbrzymionych. Najlepszy przykład to jedno z najbardziej charakterystycznych miejsc w San Francisco, czyli Alcatraz.

Alcatraz
Alcatraz

Dwa najbardziej znane filmy związane z tym miejscem to oczywiście „Ucieczka z Alcatraz” (1979) z Clintem Eastwoodem oraz „Twierdza” (1996) Michaela Baya z Nicholasem Cagem i Seanem Connerym w rolach głównych. Faktycznie oba nie tylko dzieją się w słynnym więzieniu, ale też były tu kręcone. Jednak podczas wizyty, bardzo szybko dochodzi się do wniosku, że prawdziwe Alcatraz jest dużo bardziej kameralne i mniejsze niż to filmowe. Kto jak kto, ale Micheal Bay czułby się tu ograniczony. Efekt jest taki, że część zdjęć powstało w studiu, gdzie jest więcej miejsca. Więc w filmie widać czasem sale, które faktycznie pochodzą z prawdziwego Alcatraz, ale nie ma tu tyle przestrzeni, by móc zrobić efektowną strzelaninę. Oznacza to, że pomieszczenia filmowe są cztery czy pięć razy większe niż rzeczywiste, tak właśnie wygląda prawda ekranu. Kolejnym pomysłem filmowców są rozbudowane podziemia, które nie są udostępnione zwiedzającym, głównie dlatego, że ich nie ma.

Alcatraz
Alcatraz

Zwiedzanie Alcatraz

Alcatraz jest bardzo popularne wśród turystów. Dlatego bezpieczniej zarezerwować sobie bilet przez Internet. Kosztuje on jakieś 50 USD i zawiera transport z San Francisco na wyspę i z powrotem. Część promów jest już nowoczesna, wykorzystująca baterie słoneczne jako źródło zasilania. Rejs to też doskonała okazja, by przyjrzeć się San Francisco i samej Zatoce.

Więzienie w Alcatraz
Więzienie w Alcatraz

Alcatraz to także rezerwat ptaków. Część miejsc na wyspie jest przeznaczona na gniazdowanie i nie można tam podejść. Dodatkowo znajdziemy tu sklepiki, w których można także kupić filmy, których akcja rozgrywa się w tym miejscu.  Nie wszystkie oczywiście. Więzienie pojawia się w bardzo wielu obrazach, choćby w „W ciemność. Star Trek” (2013) J.J. Abramsa, gdzie zostaje zniszczone (oczywiście komputerowo). Fizycznie można je zobaczyć też w „Batman Forever” (1995) Joela Schumachera, „Złap mnie jeśli potrafisz” (2002) Stevena Spielberga czy „Księdze ocalenia” (2010). Wymieniane jest też czasem jako lokacja z „Imperium kontratakuje” (1980), ale „Gwiezdne Wojny” nie były tu kręcone. Ben Burtt, który odpowiada za stworzenie dźwięków sagi przyjechał tu kiedyś ze swoim sprzętem nagrywającym.

Ptaki na Alcatraz
Ptaki na Alcatraz

Golden Gate Bridge

Drugim ważnym filmowym punktem w San Francisco jest oczywiście  Golden Gate Bridge znajdujący się w miejscu, w którym zatoka łączy się z oceanem. Uchodzi za największy, nieustannie malowany i tak dalej, z tym że warto zauważyć, że bardzo często jest mylony z San Fransisco Oakland Bay Bridge, który przechodzi przez zatokę wprost w kierunku do Oakland i Alamedy. Golden Gate Bridge to jednak symbol miasta, wyniosły, charakterystyczny i filmowy.

To właśnie na moście widzimy dramatyczny finał „Zabójczego widoku” (1985), w którym James Bond (Roger Moore) walczy z Maxem Zorinem (Christopher Walken).  Most jest także widoczny w kilku filmach, a także odcinkach seriali z cyklu „Star Trek”, gdyż nieopodal niego znajduje się (oczywiście w przyszłości) centrum dowodzenia Gwiezdnej Floty. Oczywiście najlepiej w kinie San Francisco widać w „Star Trek IV: Powrót do domu” (1986), którego akcja dzieje się w XX wiecznym mieście. Widzimy tu Golden Gate Park, ale też przez chwilę Chinatown i inne miejsca okolic Zatoki.

Golden Gate Bridge
Golden Gate Bridge

Trzeci, najbardziej charakterystyczny filmowo punkt San Francisco to Transamerica Pyramid. Najwyższy (póki co) budynek w mieście. W przeciwieństwie do dwóch poprzednich, nie jest on wykorzystywany w filmach jako element fabularny. Ale to dość charakterystyczny budynek, który zwłaszcza dla Amerykanów jednoznacznie kojarzy się z San Fransisco, więc pojawia się w bardzo wielu filmach. Z nowszych to choćby „Terminator: Genisys” (2015) (szkielet przetrwał zagładę), „Mission Impossible: Ghost Protocol” (2011) (zostaje muśnięty przez rakietę) czy nawet pixarowskie „W głowie się nie mieści” (2015).  Jak się już skojarzy ten wieżowiec, to potem bardzo łatwo wyłapuje się go w filmach.

Słynny tramwaj
Słynny tramwaj

Tramwaje w San Francisco

Gdy mówimy o kinie i San Francisco, nie możemy zapomnieć o tramwajach. Tu mamy zarówno zwykłe, jak i te bardziej charakterystyczne linowe. One przede wszystkim przyciągają uwagę turystów, robią wiele hałasu i można z nich wyjść prawie w każdym momencie. Nic dziwnego, że kino je kocha. Bilet na przejażdżkę jest drogi, kosztuje koło 6 USD (zwykły środek transportu to ok. 1 USD). Ale przejechanie się nim bez wątpienia jest warte tej ceny. Pamiętna jest zwłaszcza sekwencja z tym tramwajem w filmie „Twierdza”, gdzie Nicolas Cage wespół z Seanem Connerym doprowadzają do zniszczenia zabytkowego pojazdu.

City w San Francisco
City w San Francisco
Chinatown
Chinatown

Lucasfilm

Filmowo w San Francisco znajdziemy bardzo dużo miejsc związanych z kinem. Choćby muzeum Walta Disneya, czy siedzibę Lucasfilmu w Presidio. W kinie mieliśmy szansę poznać miasto z różnych stron, od Chinatown przez Ratusz i wiele innych interesujących miejsc. Tu się dzieje akcja „Obywatela Milka” (2008), „Nagiego instynktu” (1992) i wielu innych filmów. San Francisco to miejsce akcji wielu kinowych, czy serialowych opowieści, więc pewnie jeszcze nie raz trafi na wielki i mały ekran.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Yoda w Presidio
Yoda w Presidio
Szlak amerykański
San Francisco
Szlak filmowy
San Francisco (Bond i inne)
Share Button

Jordania: Podsumowanie

Gdy zastanawialiśmy się nad Jordanią, to pierwsze, co do głowy przychodziło to Petra. Nic dziwnego, ani odkrywczego. „Indiana Jones” zrobił swoje, decyzja zapadła, pozostało tylko ustalić szczegóły, no i doczytać na temat kraju. Szybko dni przewidziane na Jordanię się rozrosły, a plan zapełnił.

Madaba
Madaba

Polecieliśmy z Warszawy linią Aegean z przesiadką w Atenach i wylądowaliśmy na lotnisku królowej Alii w Ammanie. Choć doskonale wiedzieliśmy, że nie ma to nic wspólnego z „Diuną” to jednak Alia od noża jakoś bardzo nam się kojarzyła z tym miejscem, choć obecnie może to być różnie odebrane, zwłaszcza ten nóż. W każdym razie lotnisko wyglądało normalnie, na przyzwoitym poziomie. Odebraliśmy samochód i ruszyliśmy do hotelu w Madabie. Raz, był bliżej niż stolica, dwa: była noc, trzy: nie zamierzaliśmy przebijać się niepotrzebnie przez Amman samochodem. Na początek lepiej mimo wszystko pojeździć mniejszymi drogami. Co prawda już na lotnisku i przy wynajmowaniu samochodu spotkała nas przykra niespodzianka z nieczytaniem kart VISA, ale takie są prawa zwiedzania. Dobrze, że drugą jakoś udało się odczytać, no i że był zapas gotówki. Wymiany dokonaliśmy już na lotnisku.

Bezdroża
Bezdroża

Jak łatwo zgadnąć, w hotelu od razu poszliśmy spać. Nawet sprawy meldunkowe przenieśliśmy na rano.

Dzień 1

Po śniadaniu pierwsze kroki skierowaliśmy do pobliskich sklepów. Nie po to, by kupować pamiątki, ale przede wszystkim wodę i jakieś suche przekąski. Szybko jednak okazało się, że z kartą VISA będą problemy, więc musieliśmy inaczej zorganizować wydatki. Potem zwiedzaliśmy Madabę, na tyle na ile jest do zwiedzania, czyli głównie kościoły i mozaiki. Przyjemne i intrygujące, zwłaszcza jak się popatrzy na historię, ale szału nie ma. Bardziej nawet chodziło o rozpoznanie terenu, ludzi i relacji tu panujących. Krajów islamskich już trochę widzieliśmy, właściwie każdy jest inny. Na pozór są bardzo podobne, zwłaszcza jeśli chodzi o czystość, ale już sprzedawcy nie są tak natrętni jak choćby w Egipcie. Wręcz przeciwnie, ludzie są tu dość dobrze nastawieni do turystów, przyjaźni i pomocni. Wielu nas witało słowami „Welcome to Jordan”. Wielu chętnie rozmawiało i cieszyło się z wizyt turystycznych. Tak było nie tylko w Madabie, ale w większości kraju. Może mniej w Ammanie, bo tam jest więcej ludzi, ale Jordańczycy naprawdę są bardzo pozytywnie nastawieni do obcokrajowców. Aż przyjemnie się ten kraj zwiedza. Zwłaszcza, że jak trzeba to są bezinteresownie pomocni.

Morze Martwe od strony jordańskiej
Morze Martwe od strony jordańskiej

Po południu zaczęliśmy jeździć samochodem. Pierwszy przystanek to góra Nebo. Później jeszcze próby zaliczenia Wadi Mujib, Morza Martwego i Betanii nad Jordanem, ale wszystko na spokojnie. Dopiero się rozkręcamy. Mieliśmy mały problem ze znalezieniem stacji benzynowej, bo przy Morzu Martwym jest ich jak na lekarstwo (w innych częściach kraju nie ma takiego problemu), ale na oparach udało się wjechać na stację. Po drodze też mieliśmy kilka kontroli wojskowych. Wszyscy uśmiechnięci i zadowoleni, że odwiedziliśmy ich kraj.

Góra Nebo
Widok z góry Nebo
Jordan
Jordan

Dzień 2

Po śniadaniu jedziemy do Dżaraszu. Przejeżdżamy przez Amman i jego korki, a także wspaniałe oznaczenia drogowe. Przede wszystkim te dotyczące objazdów, które akurat w przeciwieństwie do większości innych nie zawsze są po angielsku. Da się przeżyć. Docieramy na miejsce i okazuje się, że nie ma tu prawie żadnych ludzi. Pustki. Chwila grozy, czy aby na pewno nie popełniliśmy jakiegoś błędu. Ale nie, to właściwie miejsce. Dżarasz okazuje się być perełką, o której mało kto wie, a robi olbrzymie wrażenie.  Hasające tam jaszczurki dopełniają naszego zadowolenia. Potem wracamy, znów przez Amman, ale teraz jakoś łatwiej i udaje się nam dostać do Wadi Mujib, gdzie czeka nas kanioning. Dżarasz (czyli Gereza) to bez wątpienia miejsce, które cieszy umysł, Wadi Mujib bardziej ciało. Zabawa jest przednia, wymagająca, czasami nawet za bardzo, bo gdzieś tam kartoteka medyczna zostawia swoje piętno, lub jak mawiał Indiana Jones „to nie lata, to przebieg”, ale wracamy do hotelu (oczywiście jeszcze Madaba nocą) i szybko padamy po męczącym dniu. Już nam się podoba i to bardzo. A to dopiero początek.

Dżarasz
Dżarasz
Wadi Mujib
Wadi Mujib

Dzień 3

Tym razem jedziemy na wschód. Docieramy do ronda, które ma rozwidlenia do przejść granicznych z Arabią Saudyjską, Irakiem i Syrią (akurat to było odległe). Ale to nie rondo było celem, a park narodowy Shawmari i oryksy arabskie. Oznaczenia niestety fatalne. Turystów brak. Jak się okazuje park jednak jest nieczynny, gdyż trwa renowacja. Rozczarowanie jest, ale co poradzić. Stron nie aktualizują, a że mało osób tu jeździ, to informacji praktycznie nie ma. Na szczęście jest plan B. Lądujemy zatem w innym, pobliskim rezerwacie – Azraq Wetland i to jest już ciekawostka spora, bo gdybyśmy nie wiedzieli, że to Jordania, pewnie byśmy nie uwierzyli. Jezioro, szuwary, ptaki, no i ślady bawołów wodnych, których jednak nie udało się wypatrzyć. Potem zostały jeszcze zamki pustynne, ale też bardziej na zasadzie są bo są. Jedne ciekawsze (w niektórych stacjonował T.E. Lawrence), inne mniej, wracamy do Madaby. Nie zawsze wszystko się udaje, ale grunt, że dalej się bawimy.

Azraq Wetland
Azraq Wetland
Umm Al-Rasas
Umm Al-Rasas

Dzień 4

Rankiem wyjazd, uzupełnienie zapasów i droga do Petry z przystankami. A tu istotne są trzy. Um El Ras, czyli kolejne mozaiki, z listy UNESCO i są po drodze, więc czemu nie? Potem zamek krzyżowców Karak, w porównaniu z pustynnymi jest ogromny, robi większe wrażenie, a przy tym jest starszy. No i kolejna perełka, na którą było zdecydowanie za mało czasu, czyli rezerwat Dana. Znów jest to miejsce, które gdybyśmy nie wiedzieli, że jest w Jordanii, raczej byśmy na to nie wpadli. Góry, drzewa, skały, w dodatku czysto, świeże powietrze, aż chciałby się tam przenocować (istnieje taka możliwość w obozie namiotowym, lecz czas trochę nas gonił). Ale trzeba jeszcze dotrzeć do Petry i tam się ulokować. Cóż jeśli kiedyś wrócimy do tego kraju, to Dana dostanie więcej niż przysłowiowe pięć minut.

Karak
Karak
Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Dzień 5

Kulminacja wyprawy, czyli Petra. Dla jednych to przereklamowane miejsce, dla innych wspaniałe. Chyba przeczytaliśmy więcej niepochlebnych opinii, więc spodziewaliśmy się czegoś gorszego. Rozczarowaliśmy się, ale obyśmy wszędzie mogli rozczarować się w ten sposób (pozytywnie). A Petra to cały dzień chodzenia, jak już się minie tę część turystyczną, to jest dużo lepiej, zwłaszcza jeśli chodzi o samodzielne zwiedzanie. Po wszystkim jeszcze Petra nocą i kolejny udany dzień za nami. I choć to miejsce zwiedziliśmy dość dokładnie, to chciałoby się tu jeszcze kiedyś wrócić.

Monastyr w Petrze
Monastyr w Petrze

Dzień 6 i 7

Do Petry ściągnął nas Indiana Jones, do Wadi Rum właściwie „Marsjanin”. Choć to trochę uproszczenie, bo przecież kręcono tam też „Prometeusza”, no i byli producenci „Przebudzenia Mocy”. „Marsjanin” zaś wyszedł kilka tygodni przed podróżą, więc chyba nie zdążylibyśmy jej przemodelować na tyle, by trafić tu na dwa dni. Szczęśliwie zrobiliśmy to wcześniej. Dwa dni na pustyni pośród skał  z własnym kierowcą, samochodem i spaniem. Pustynia zaś nie byle jaka, miejscami czerwona niczym Mars, skalista i przepiękna. Spotykało się niewielkie grupki turystów, ale obszar Wadi Rum jest na tyle rozległy, że specjalnie to nie przeszkadza. Bardzo udana wycieczka. Z Petry jest tu blisko, ale potem musieliśmy wracać do Ammanu i oddać samochód, więc czekała nas jeszcze jazda autostradą, a potem taksówką.

Wadi Rum
Wadi Rum

Dzień 8, 9 i 10

Na Amman przeznaczyliśmy trochę za dużo dni. Ale i tak zrobiliśmy swoje kilometry. Pierwszy dzień to najstarsze zabytki: cytadela sięgająca jeszcze w czasy przedhelleńskie, rzymski amfiteatr, a także chodzenie po bazarach. Drugi dzień to jeszcze Muzeum Jordańskie, meczet i dalsze włóczenie się po mieście. Szczerze mówiąc z lepszym zaplanowaniem godzinowym i wspomaganiem się taksówkami dałoby się to wszystko zobaczyć w jeden dzień, a dodatkowy nocleg zrobić w Danie. Nie ma co gdybać. I tak byliśmy zadowoleni. Znów może szału nie ma, smog trochę przeszkadza (brud nie, bo to już stały element niektórych krajów), ale co zobaczyliśmy to nasze. Jeszcze załapaliśmy się na deszcz.

Ostatni dzień to wczesne wstawanie i na lotnisko.

Amman
Amman

Podsumowując, kolejny udany wyjazd. Udany, bo zobaczyliśmy to, co najbardziej chcieliśmy, nie rozczarowało nas. No i pozostał pewien niedosyt i to dokładnie taki jaki powinien, nie za duży i nie za mały. A czy jeszcze chcielibyśmy tam wrócić? Pewnie tak, ale szanse są raczej znikome, przynajmniej w najbliższej, określonej przyszłości. Za dużo innych ciekawych miejsc na świecie i za mało urlopu.

Amfiteatr Jordania
Amfiteatr w Ammanie, Jordania

Więcej informacji znajdziecie tutaj.

Szlak jordański
Podsumowanie
Share Button

Rezerwat Azraq Wetland

Chyba każdy ma swoje wyobrażenie o tym, jak wygląda oaza na pustyni. Palmy, jakaś woda, wokół wydmy i tak dalej. Jednym z bardziej znanych rezerwatów w Jordanii jest Azraq Wetland, który de facto jest oazą, jednak nie wygląda w ogóle jak ta z naszych, powszechnych wyobrażeń. Mało tego, zdjęcia równie dobrze można by opisać jako pochodzące z naszych Mazur. No może aż tak nie, ale niewiele im brakuje.

Azraq
Azraq

Shaumari i okolice

Wetland właściwie nie było naszym celem. Raczej pewnym rozwiązaniem zapasowym, z którego ostatecznie musieliśmy skorzystać. Głównym celem był rezerwat Shaumari (lub Shauwmari wg innych transkrypcji, nie mylić z Shamwari w RPA), słynący z tego, że żyją tam oryksy. Oba rezerwaty znajdują się bardzo blisko siebie, więc dojechać z jednego do drugiego to nie problem. Oba też są równie słabo oznaczone. Do Shaumari musieliśmy odbić, według znaku było to 0,5 km. Trzeba było jechać 5 kilometrów po pustyni,  drogą bez asfaltu. Niestety Shaumari było nieczynne. W październiku aż do grudnia trwał remont. Gdyby rezerwaty miały aktualne strony internetowe, można by o tym przeczytać wcześniej. Niestety nie mają. Co gorsza, nie jestem pewien czy te remonty nie są okresowe, gdyż szukając wcześniej informacji o Shaumari przeczytałem, że rok czy dwa lata wcześniej również jesienią  był remont, ale po nowym roku otwierali. Więc może jest to bardziej związane z jakimś okresem ochronnym? Nie wiem, trudno dotrzeć do takiej informacji. Cóż, Shaumari, nie zobaczyliśmy.

Ważka
Ważka

Azraq Wetland

Azraq Wetland jest o tyle ciekawy, że nie spodziewaliśmy się tego, jak może wyglądać olbrzymia oaza. To głównie rezerwat ptactwa wodnego i postój na trasie wędrówek ptaków migrujących, ale też żyją tu endemiczne ryby, a także bawoły wodne (bawół domowy). Na te ostatnie spróbowaliśmy zapolować z aparatem, niestety nie udało się. Śladów jest dużo, tak tropów jak i odchodów, ale zwierząt nie uświadczyliśmy. Dużą część terenu zajmują porośnięte tatarakiem moczary, więc jeśli bydło się z tego nie wychyli, nie ma szans, by je zobaczyć. A do łażenia po bagnach nie byliśmy przygotowani, trzymaliśmy się brzegu i ścieżek. Warto dodać, że rezerwat ten znajduje się na liście ramsarskiej.

Rezerwat Azraq
Rezerwat Azraq

Azraq to kolejne miejsce, które jest głuszą. Ze względu na bliskość granicy irackiej i saudyjskiej widzieliśmy tu przelatujące drony wojskowe. Turystów brak. Mało tego, ze względu na remont Shaumari dostaliśmy zniżkę, wejściówka kosztowała jak dla Jordańczyków, czyli koło 10 JOD. Przy wejściu znajduje się małe muzeum. Jest tam miejsce na akwarium z tutejszymi, endemicznymi rybami, ale akurat było zamknięte.

Problemem może też okazać się dojazd. Trasa z Ammanu/Madaby jest w miarę prosta, ale jezdnia w niektórych momentach jest awaryjnym pasem startowym dla wojska. Jeśli zajdzie potrzeba by z niego skorzystać, mogą się pojawić problemy z objazdem.

Rezerwat Azraq Wetland
Rezerwat Azraq Wetland

Wetland, podobnie jak Dana, to Jordania nie tak bardzo odległa, nie orientalna, wciąż jednak piękna. Nie licząc tych dronów to dobre miejsce, by się wyciszyć i pooglądać naturę. Szkoda, że nie udało się ani tych bawołów zobaczyć, ani tym bardziej oryksów.

Szlak jordański
Rezerwat Azraq Wetland
Share Button

Rezerwat Dana

To jedno z tych miejsc w Jordanii, którym należało dać więcej czasu. Dana to słynny górski rezerwat biosfery, w którym można się zatrzymać, czy kempingować, a przede wszystkim podziwiać wspaniałe krajobrazy.

Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Rezerwat Dana

Sam dojazd jest trochę trudny, gdyż drogi prowadzące do tego miejsca nie należą do często używanych. Właściwie to wytyczony trakt po którym czasem przejeżdżają samochody. Żadnego asfaltu, tylko ubita ziemia.

Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Problemem może też być kupno wejściówki, co nie oznacza niemożliwości wejścia do rezerwatu. W naszym przypadku skierowano nas do obozu, do którego nie dotarliśmy. Schodząc sobie i podziwiając widoki spędziliśmy za dużo czasu na odbijaniu na bok i rozglądaniu się. Obóz nie był dla nas celem, bo i po co, skoro tam nie nocujemy. Ostatecznie bilet udało się kupić u kierowcy samochodu kursującego między obozem a wejściem. Ten przejazd jest darmowy (znaczy wliczony w cenę). Samochód zaś kursuje z góry na dół i z powrotem.

Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Dana to doskonałe miejsce, by odpocząć i ponapawać się naturą. Choć, co tu dużo mówić, niekoniecznie kojarzy się z krajem arabskim. I chyba właśnie dlatego planując swój przejazd postanowiliśmy się jedynie tu zatrzymać. Wiedzieliśmy czego się spodziewać, ale niestety trzeba umiejętnie gospodarować czasem. Tu go nam trochę zabrakło, więc może innym razem?

Rezerwat Dana
Rezerwat Dana

Dana jest bardzo rozległym rezerwatem. Liczy sobie 308 km kwadratowych. Rezerwat biosfery utworzono w 1989. To także ciekawe miejsce ze względu na ludzkie osadnictwo. Pierwsi ludzie dotarli tu jakieś 6000 lat temu. Archeolodzy znajdowali tu pozostałości po Egipcjanach, Nabatejczykach czy Rzymianach, a także pewne paleolityczne ślady. Zaś od 400 lat żyje tu plemię Ata’ta i to oni pewnie w dużej mierze obsługują dziś turystykę. W Danie be z problemu można nocować, zarówno w wiosce jak i w kilku ośrodkach w ramach rezerwatu. To dobre rozwiązanie jeśli chce się samemu pochodzić po tych górach. A i można też spróbować tutejszej herbaty ziołowej. Zresztą mieszankę o nazwie Dana można kupić w różnych miejscach Jordanii.

Szlak jordański
Dana
Share Button

Wadi Mujib

Rezerwatów w Jordanii jest wiele i są całkiem spore. Niektóre z nich jak Wadi Mujib (inne nazwy/transkrypcje: Wadi al-Maudżib, Wadi al-Mudżib, Arnon) mają kilka wejść, na tyle od siebie od siebie odległych, że trudno jest ogarnąć całość rezerwatu. Mało tego różnią się między sobą, więc są praktycznie innymi miejscami do zwiedzania. Właśnie takie jest Wadi Mujib. Z jednej strony to kolejny, spory rezerwat przyrody, piękny i wspaniały, z drugiej niezapomniana przygoda. Taki kanioning w wersji light.

Wadi Mujib
Wadi Mujib

Wadi Mujib – dojazd

Wadi Mujib można eksplorować w zdecydowanie bardziej niecodzienny sposób. Istnieje małe wejście od strony Morza Martwego. Jadąc wzdłuż wybrzeża na południe dość trudno zauważyć wjazd. Jest on stosunkowo słabo oznaczone, więc gdybyśmy go nie szukali, prawdopodobnie przejechalibyśmy dalej. Może zmieni się to za jakiś czas, gdyż podczas naszej wizyty trwała tam budowa kas i Centrum wizytowego z prawdziwego zdarzenia.

A co takiego niesamowitego jest w Wadi Mujib? Przede wszystkim skały, wąwóz i rzeka, która wpada do Morza Martwego. Czyli innymi słowy płacimy za to, by móc się pomoczyć w wodzie zwiedzając wąwóz. Tam się nie da przejść suchą stopą.

Wadi Mujib
Wadi Mujib

Kanioning

Obecnie w Wadi Mujib nie ma zbyt wielu turystów, więc nie ma też problemów z parkowaniem. Przed wejściem warto się odpowiednio przygotować, i wziąć strój taki, jaki chcemy zamoczyć. To nie muszą być kąpielówki, wręcz przeciwnie. Będziemy wspinać się po skałach, tyle że na mokro. O tym należy pamiętać, także w kwestii wyboru obuwia – klapki odpadają. Wszystkie istotne rzeczy zostawiamy w depozycie. Dostajemy też kapok, który trzeba mieć bezwzględnie na sobie. Wypożyczyliśmy też wodoodporny plecak. Od razu zostaliśmy poinstruowani jak go używać. Tam też schowaliśmy aparat, by nie zamókł. W dodatku ten zapasowy, główny został w depozycie.

Istnieje możliwość wynajęcia sobie przewodnika. Myśmy się nie zdecydowali. Błędnie założyliśmy, że przewodnik nada nam tempo i będzie nam opowiadał. Chcieli się delektować okolicą. Nie mówiąc już o dodatkowych kosztach. Problem tkwi w tym, że niektórzy z przewodników słabo mówią po angielsku. Ale ich zadaniem wcale nie jest opowiadanie, a przeprowadzenie turystów. Tak, miejscami jest ciężko.

Wadi Mujib
Wadi Mujib

Wadi Mujib zaczyna się interesująco już przy samym wejściu, gdzie po drabince musimy wejść do wody i przepłynąć kawałek. Są tam liny asekuracyjne. Nurt nie jest silny, ale trzeba umieć pływać choć trochę. Czyli od początku jesteśmy cali mokrzy. Potem zazwyczaj łatwiej, po prostu się idzie i podziwia, często po kolana w wodzie. Ale oprócz oglądania, co chwilę mamy mokre skałki, które trzeba pokonać. Do wielu z nich są przymocowane liny, ale nie do wszystkich. Co gorsza, trudniejsze podejścia nie są oznaczone. Nie ma żadnej pomocy, więc nawet jeśli są liny, trzeba wpierw samemu dojść, gdzie najlepiej postawić nogi. Jednak, gdy część skał jest pod wodą, jest to dość trudne zadanie. Do pokonania, ale to raczej wymagająca przygoda. Nam ostatecznie pomógł przewodnik z innej grupy.

Wadi Mujib
Wadi Mujib

Nie zmienia to faktu, że Wadi Mujib nie jest najłatwiejszym szlakiem do przejścia. Bardzo łatwo tam o wypadek, zwłaszcza, gdy nie ma się dobrego obuwia. A brak osób, które by pilnowały sprawia, że mimo wszystko warto się dwa razy zastanowić nad przewodnikiem.

Jeszcze jednym niebezpieczeństwem jest woda. Nie jest ona zdatna do picia (mikroustroje), ale niestety bardzo łatwo się jej nałykać.

Wadi Mujib
Wadi Mujib

Okolice

Inna istotna sprawa to fakt wczesnego zamykania. Oni sami sugerują, by być przed 14:00. Myśmy próbowali wejść tam dwukrotnie, za pierwszym razem o 16:00 i już nie zostaliśmy wpuszczeni. Udało się następnego dnia przed 15:00. Miejsce to jest czynne od kwietnia do października, z wyjątkiem okresu ramadanu. Trasa, którą przechodziliśmy to The Siq Trail. Są jeszcze The Canyon Trail i The Malaqi Trail w trochę innych miejscach rezerwatu. W okolicy zaś jest jeszcze kilka mniejszych i obecnie darmowych kanionów.

Oczywiście Wadi Mujib można też zwiedzać z zupełnie innej strony, na spokojnie. Bez wchodzenia do wody. Tam Wadi Mujib bywa nazywanym Wielkim Kanionem Bliskiego Wschodu, co oczywiście jest sporą przesadą. Jednak pokonanie rzeki w ten sposób, to naprawdę wspaniała atrakcja, jak ze starych filmów przygodowych.
Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak jordański
Wadi Mujib
Share Button