Archiwa tagu: jezioro

Park Narodowy Jezioro Manyara, pawiany i śpiące lwy

Park Narodowy Jeziora Manyara (Lake Manyara National Parkr) został utworzony w 1960. Znajduje się tuż przy wielkim uskoku nieopodal Ngorongoro. Zajmuje tereny wokół wielkiego, płytkiego się jeziora. Park Narodowy Jezioro Manyara jest znany jako miejsce lwów śpiących na drzewach oraz pawianów, radziej słoni.

Jezioro Manyara widziane z uskoku
Jezioro Manyara widziane z uskoku

Jezioro Manyara: Park Narodowy

Nazwa jeziora pochodzi od masajskiego słowa emanyara, które określa specyficzny, występujący tu gatunek wilczomlecza. Różne źródła podają też inne dane na temat tego, czy jezioro jest słodko czy słonowodne. Właściwie najlepiej byłoby je określić jako słonawe, lub coś pomiędzy, bez wątpienia jest bardziej zmineralizowane niż typowe wody słodkowodne, ale to jeszcze nie Natron. Samo jezioro liczy sobie 231 km² i jest siódmym największym w Tanzanii. To także rezerwat biosfery od 1981. Specyficzne ułożenie parku związane jest z tym, iż znajduje się on tuż przy Wielkim Rowie Tektonicznym. Na wysokich ścianach skalnych znajdują się wodospady, zaś sam park jest pełen bujnej roślinności.

Pawian oliwkowy (Papio anubis)
Pawian oliwkowy (Papio anubis)
Koczkodan czarnosiwy (Cercopithecus mitis)
Koczkodan czarnosiwy (Cercopithecus mitis)

Jezioro Manyara: Safari wśród lwów

Jadąc w kierunku Ngorongoro znajdziemy kilka miejsc widokowych, skąd rozciąga się piękny widok na jezioro i cały park narodowy. Sam park także jest bardzo zróżnicowany. Z jednej strony znajduje się tam las równikowy, który dość szybko przechodzi w typową sawannę, a potem w tereny podmokłe. W porze suchej część jeziora. Na obszarze parku znajdują się ponadto gorące źródła.

Słoń (Park Narodowy Jezioro Manyara)
Słoń

Małpy: pawiany i koczkodany

Park również nie jest zbyt popularny wśród turystów, zwłaszcza w porównaniu do Serengeti czy Ngorongoro. Zwierząt jednak wciąż jest dość sporo. Oczywiście najbardziej w oczy rzucają się duże stada małp, w szczególności pawianów. Te potrafią się przechadzać całymi gromadami, siedzieć na drodze i nie zwracają szczególnej uwagi na turystów. Przynajmniej na pierwszy rzut oka. Są też różne koczkodany, acz widać tylko pojedyncze sztuki. Na małpy trzeba uważać, by nie kradły i nie próbowały wejść do samochodów. Na szczęście tutaj jednak najczęściej są bardziej zajęte same sobą.

Sępy
Sępy

Duże ssaki i ptactwo

Jeżdżąc po parku widzieliśmy także sporo słoni. Może nie tyle ile w Tarangire, ale wciąż zdecydowanie więcej niż w innych parkach. Są bawoły, czasem żyrafy i guźce, no i dużo ptactwa, w tym sępy, flamingi, pelikany czy warzęchy. Ilość ptactwa wodnego to coś, co zdecydowanie zapada w pamięć. Dla wielbicieli ptaków to chyba jeden z lepszych wyborów w okolicy. Zdecydowanie lepiej się je oglądało niż przy jeziorze Natron.

Pelikany
Pelikany
Warzęchy (jezioro Manyara)
Warzęchy (jezioro Manyara)

Maynara to bardzo ładny park, choć niestety w naszym odczuciu chyba najmniej wyróżniający się, pomijając oczywiście ptactwo wodne. Co prawda jest zróżnicowany, można też podjechać praktycznie pod samą wodę, ale raczej w porównaniu z innymi, jest raczej powtórką. Powoduje to znów to, że przybywa tu mniej ludzi (jak w Tarangire). Więc dużo łatwiej obcuje się z przyrodą. Bez wątpienia to miejsce godne rozważenia, choć wybierając między Manyarą a Tarangire chyba lepiej wybrać ten drugi. Pewnie ze względu na duże zwierzęta.

Impale
Impale
Impala zwyczajna (Aepyceros melampus)
Impala zwyczajna (Aepyceros melampus)

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tanzański
Park Narodowy Jeziora Manyara

Jezioro Natron w Tanzanii, zabójcze i przepiękne

Słone jezioro Natron (Lake Natron) w Tanzanii to mało znane, ale bardzo intrygujące miejsce, które co pewien czas pojawia się w różnych mediach z dwóch powodów. Oba związane są z niesamowitymi zdjęciami. Warto dodać, że samo jezioro znajduje się w Wielkim Rowie Wschodnim. W porze deszczowej osiąga powierzchnię do 850 km², przy głębokości nie przekraczającej 50 cm. W porze suchej w dużej części jest to solnisko.

Jezioro z daleka, z charakterystyczną czerwienią
Jezioro z daleka, z charakterystyczną czerwienią

Czerwone jezioro

Pierwszy z powodów to ukazuje przedziwny kolor wody, wchodzący lekko w róż i czerwień. Przy odpowiednim świetle z pewnej odległości jezioro faktycznie tak wygląda. Wynika to głównie z tego, że jest bardzo mocno zmineralizowane, więc zasychające błota sprawiają z daleka niecodzienne wrażenie. Zaś jak dochodzi do kwitnienia glonów wizualnie się to potęguje. Tyle, że to kwitnienie występuje raz na bardzo krótki czas. Przy odpowiednich filtrach i podrasowaniu takie zdjęcia (można je znaleźć w sieci) naprawę robią duże wrażenie. Ale jak to zwykle bywa, w rzeczywistości dość trudno znaleźć coś podobnego. My obserwowaliśmy podobne złudzenie widząc taflę z daleka. Z bliska już wyglądało trochę bardziej zwyczajnie. Zjawisko to nie jest też jakoś wyjątkowe. Do podobnego zabarwienia wody dochodzi też w innych akwenach (np. Maharlu) czy solniskach (koło Burgas).

Zabójcze jezioro Natron – czarna legenda

Drugi powód to także zdjęcia, ale do tego ważna jest pewna wiedza. Otóż nazwa jeziora pochodzi od natronu, czyli rzadkiego minerału, który występuje masowo w tym słonym jeziorze. W starożytnym Egipcie używano natronu do mumifikacji zwłok. Jakiś czas temu pewien artysta zrobił instalację, ze zmumifikowanymi zwłokami dzikich zwierząt. Poumieszczał je w okolicy jeziora i w ten sposób narodził się mit, o zabójczej wodzie, która w krótkim czasie uśmierca zwierzęta. Co pewien czas ta plotka wraca, czy to jako niezwykłe miejsce, czy jako jedno z najniebezpieczniejszych jezior na Ziemi. Jak to w plotkach bywa, ziarno prawdy jest, ale na tym ziarnie się kończy. Inaczej zmumifikowanych zwierząt byłoby tam mnóstwo, a tak są żywe. W dodatku nie wyglądają, jakby coś im zagrażało.

Widok na Ol Doinyo Lengai
Widok na Ol Doinyo Lengai (3188 m n.p.m.)

Ol Doinyo Lengai i kanion

Samo jezioro znajduje się na terytorium Masajów. Oni zajmują się oprowadzaniem po okolicy i to u nich się nocuje. Ale to nie jest już klasyczna wioska, a raczej zwykły kamping. Wokół jeziora mamy trzy atrakcje, do których zawsze prowadzi nas masajski przewodnik. Ekipa, która wozi nas przez całe safari, w tym wypadku zazwyczaj zostaje w obozie, lub co najwyżej pełni rolę transportu. Atrakcje są następujące: wejście na szczyt jednego z wulkanów – Ol Doinyo Lengai (niestety wymaga dużo więcej czasu, więc nie znalazło się w naszych planach), przeprawa przez kanion i wyjście na samo jezioro.

Przeprawa przez wąwóz
Przeprawa przez wąwóz

Święta góra Masajów

Ol Doinyo Lengai, czyli z masajskiego Góra Boga (Masajowie wierzą, że w kraterze brzmi bóg Ngai), to czynny i aktywny wulkan. To znaczy tyle, że co pewien czas następują tu erupcje, ostatnia w 2013. Nie są one jednak gwałtowne, więc jest relatywnie bezpiecznie. Nie wpływają one na życie mieszkańców. Zwłaszcza, że brak dużego ruchu turystycznego i jakiś rozbudowanych stacji sejsmologicznych powoduje, że raczej katastrofy nikt się tu nie spodziewa.

Wulkan jest jednak istotny z innego powodu, tak zwanej zimnej lawy. Zimna, znaczy że ma jakieś 300-400 stopni. W tej temperaturze i wzbogacona o minerały, których na tym terenie jest wiele, ma jasny kolor. Z daleka wygląda więc trochę jak pokrywa śniegowa. Góra ma niecałe 3000 metrów, więc na wejście tam trzeba być przygotowanym, nie tylko kondycyjnie. Masajowie w okolicy mają obowiązek raz w życiu wejść na górę i zejść do krateru. A że to Masajowie są tu przewodnikami, turyści też mogą zejść do krateru (o ile jest zastygły).

Przeprawa przez strumień
Przeprawa przez strumień

Kanion to kanioning, coś bardzo podobnego do tego, co opisywaliśmy przy okazji Jordanii i Wadi Mujib. Tylko, że nie w tej skali. Trochę wspinania po skałkach i przechodzenie przez strumień. Dobrze mieć ze sobą wygodne buty, na przykład trekingowe. Przewodnicy masajcy potrafią polecać lub nawet namawiać na sandały czy jeszcze lepiej klapki, bo sami w czymś takim chodzą, ale to naprawdę zły pomysł.

Droga do brzegu
Droga do brzegu

Jezioro Natron

Oczywiście główną atrakcją i tym, co nas przyciągnęło do tego miejsca jest jezioro. To dość płytki akwen, mający maksymalnie do trzech metrów głębokości. Bezodpływowy, więc słony. Gniazduje tu dużo ptaków, głównie flamingów i czasem pelikany. Ale to też jedno z najbardziej nagrzewających się miejsc w Tanzanii. W sieci można natknąć się na informację, że czasem temperatura sięga tam do 60 stopni. Niestety nie mogliśmy tego zweryfikować. Niemniej jednak, faktycznie robi się tam gorąco i parno, więc sami Masajowie unikają jeziora w godzinach innych niż wczesny ranek czy czasem pod wieczór, o ile oczywiście nie jest za gorąco. A skoro oni go unikają, a jednocześnie to oni oprowadzają turystów, trzeba się liczyć z tym, że nawet jak się tu przyjedzie, powiedzą, że teraz nie idziemy. Może rano.

Schnące błoto
Schnące błoto

Droga do jeziora jest bardzo malownicza, zwłaszcza, że po okresie deszczowym część błota zasycha. Oczywiście jest opcja dojechania bliżej brzegu, ale przejście jest bardziej satysfakcjonujące. Nad samym jeziorem przede wszystkim można obserwować sobie ptaki oraz zasuszone błoto. Zaś najgroźniejsze, co może nas spotkać to odwodnienie się, jeśli się nie przygotujemy wcześniej. Niemniej jednak widoki są przepiękne i fascynujące.

Flamingi (słone, bezodpływowe jezioro Natron)
Flamingi (słone, bezodpływowe jezioro Natron)

Ptaki i obszar Ramsar

Natron ma jeszcze jedną zaletę. Obecnie nie jest jeszcze popularne wśród turystów. Grupki się mijają, ale raczej jest to wciąż dziewicza Afryka w prawie nienaruszonym stanie. Ponieważ jest to ważne siedlisko ptaków, jezioro znalazło się na liście ramsarskiej. Jednym z gatunków, dla których jest to istotne siedlisko jest flaming mały (Phoeniconaias minor).

Flamingi nad jeziorem Natron
Flamingi nad jeziorem Natron

Jezioro Natron i okolice nie są zbyt popularne wśród oferowanych safari. Przybywa tu mało turystów. A szkoda, bowiem to Afryka trochę inna niż pobliskie rezerwaty. Zdecydowanie warto poświęcić temu miejscu czas, a przy odrobinie szczęścia zobaczyć niesamowity kolor wody.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tanzański
Jezioro Natron

Jezioro Malawi (Niasa) i Kyela oraz pyszczaki

Jeśli ktoś interesował się trochę akwarystyką, to z pewnością słyszał o rybach pielęgnicowatych (Cichlidae). Wśród nich jest pewna bardzo interesująca grupa zwana pyszczakami. Kiedyś nazywano w ten sposób tylko kilka gatunków ryb występujących w jeziorze Malawi, dziś termin jest trochę szerszy. Ale pielęgnice, a właściwie pyszczaki z jeziora Niasa wciąż budzą zachwyt i zaciekawienie akwarystów czy ichtiologów. Zaś samo jezioro Malawi jest jednym z przyrodniczych świętych Graali. W większości znajduje się w Malawi, ale w Tanzanii da się pojechać nad jego północne brzegi, zaś w Mozambiku południowo wschodnie. Ciężko tam samemu nurkować, ale da się zobaczyć jezioro.

Jezioro Niasa (Malawi)
Jezioro Niasa (Malawi)

Jezioro Malawi czy Jezioro Niasa?

Choć w akwarystyce polskiej powszechnie używana jest nazwa Malawi, to jednak częściej używa się poprzedniej nazwy – Niasa. Zresztą Nyasa to także nazwa obowiązująca w Tanzanii. Wynika to głównie ze sporów z Malawi. Państwo to poprzednio nazywało się Nyasaland, dopiero potem zmieniło nazwę na Malawi, co znaczy tyle co gorące serce Afryki. Niemniej jednak przez wiele lat między Malawi a Tanzanią toczył się spór graniczny właśnie o jezioro. Przez pewien czas Malawi rościło sobie prawa do całej wody. Czyli granica przebiegała tam, gdzie kończył się ląd. Oczywiście było to bez sensu, ze względu na rybaków, czy rolników. Obecnie konflikt jest zażegnany, ale pewien „niesmak” pozostał. Stąd w Tanzanii oficjalnie jest to jezioro Niasa.

Dłubanki rybaków
Dłubanki rybaków

Odkrycie jeziora Malawi i pyszczaków

Historia jeziora wiąże się także z wielkimi odkryciami i wyprawami. Europejczykom odkrył je David Livingstone w 1859. Nawet nie zdawał sobie jak fascynujący biotop odkrył. Jezioro jest najbardziej położonym na południe z jezior Wielkich Rowów Afrykańskich. Ma długość 550 km, szerokość do 55 km. Jest też głębokie na ponad 700 m. U brzegów zaś często wznoszą się góry. Nic dziwnego, że występuje tu tyle endemitów.

To piąte największe na świecie jezioro pod względem objętości i dziesiąte jeśli chodzi o powierzchnię. Niektórzy zaliczają je do grupy Wielkich Jezior Afrykańskich. Inni twierdzą, że Wielkie Jeziora Afrykańskie znajdują się tylko w dorzeczu Nilu. Malawi / Niasa to także jezioro meromiktyczne, czyli warstwy wody nie mieszają się ze sobą. Coś podobnego ma miejsce w Fiordland.

Pyszczaki to nazwa ryb pielęgnicowatych (rząd okoniokształtnych), które ikrę, a także narybek chronią trzymając je w pysku. Początkowo pyszczakami nazywano ryby właśnie z jeziora Malawi, a także te, gdzie to samica trzymała młode. Obowiązywała też nazwa gębacz, dla ryb, których samce trzymały w pysku potomstwo. Dziś terminy te się wymieszały, ale raczej preferuje się polską nazwę pyszczak. Ryby te występują także w jeziorach Wiktorii, Tanganika. Najczęściej są to gatunki endemiczne. Jest też kilka rodzajów o większym zasięgu występowania w Afryce. Pielęgnice te ze względu na swoje zachowanie są bardzo ciekawym obiektem obserwacji akwarystów. Bardzo popularne jest utrzymywanie akwariów z rybami pochodzącymi tylko z jeziora Malawi. Takie biotopy można też często znaleźć w dużych akwariach i oceanariach.

Rybacy (jezioro Malawi / Niasa)
Rybacy (jezioro Malawi / Niasa)

Kyela, Mbeya i dojazd

Samo Malawi/Niasa wygląda trochę jak morze. Zwłaszcza tam, gdy nie widać brzegu. W Tanzanii najłatwiej dotrzeć do tego miejsca jadać do miejscowości Kyela w regionie Mbeya. Kursują tu autobusy z Dar Es Salaam, ale przejazd w jedną stronę zajmuje praktycznie cały dzień. Wyjazd jest około 5:00 rano, przyjazd na miejsce zazwyczaj ma miejsce po 21:00. Oczywiście po drodze są pewne opóźnienia, bo formalnie czas na bilecie jest krótszy, ale niestety przebycie trasy trwa. Więcej na ten temat napiszemy przy podróżowaniu po Tanzanii.

Bydło pijące z jeziora
Bydło pijące z jeziora

Sama Kyela daje nam możliwość zobaczenia prawdziwej, współczesnej Afryki, innej niż turystyczny Zanzibar, czy rozbudowane Dar Es Salaam. Technologia tu dociera, ale całość jest dość niecodzienna. Obecnie władze starają się tu rozbudowywać ruch turystyczny, ale raczej nastawiony na ludność afrykańską. Białych raczej tu nie ma wielu, a turystów tym bardziej. Nic dziwnego, że dla wielu osób stanowiliśmy raczej niecodzienną atrakcję i zainteresowanie. Część osób nie widziała nigdy wcześniej na żywo białych ludzi. Właściwie problematyczne okazało się „zwiedzanie” samej Kyeli. Dostaliśmy taką propozycję, więc chętnie z niej skorzystaliśmy. Potem przewodnik przyznał, że nie wie, co właściwie mógłby nam pokazać. Skończyło się na moście, największej tutejszej „atrakcji”. Prawda jest taka, że jest tu więcej do zobaczenia, ale miejscowa ludność jeszcze nie zdaje sobie sprawy z tego, czego właściwie oczekują turyści. To doprawdy fascynująca przygoda.

Kyela
Kyela

Ośrodek nad jeziorem w Kyeli

Rozbudowa infrastruktury turystycznej następuje i faktycznie ośrodki, które tu powstają mają bardzo dobry standard, nie tylko jak na warunki afrykańskie. No może z wyjątkiem płatności kartą czy wifi. Przy tym ceny nie są dla zagranicznych turystów, to powoduje, że można spędzić tu czas w dość luksusowych warunkach za przystępną cenę. Wylądowaliśmy w jednym z takich hoteli, który znajdował się tuż nad samym jeziorem. Formalnie był oddalony tylko kilkanaście kilometrów od stacji autobusowej, ale dotarcie tam zajęło nam samochodem koło godziny. Niestety stan dróg lokalnych jest bardzo zły, więc wszyscy jeżdżą tu dość ostrożnie. Do hotelu dotarliśmy już późno w nocy, ponieważ byliśmy pierwszymi białymi jacy pojawili się w tym ośrodku cała ekipa musiała przyjść i nas zobaczyć.

Niecodzienna też była pierwsza połowa następnego dnia, gdy starano się nam dogodzić jak najlepiej tylko można. Jak się przyjechało tam z safari, gdzie spało się pod namiotami, to kelner, który stoi przy stoliku i nakłada nam wszystko, co chcemy na talerz jest dość wyjątkowe doświadczeniem. Okazało się, że to nie było w standardzie i po przyzwyczajeniu się do nas, obsługa znormalniała (ku naszej uldze).

Most w Kyeli
Most w Kyeli

Krowy na plaży (jezioro Malawi)

Wypoczynkowo zaś jezioro Malawi/Niasa pewnie dopiero zostanie rozbudowane. Przy hotelu mieliśmy plażę. Ale poza jedną łodzią, która akurat nie była czynna, przeznaczoną dla turystów, nie przygotowano jeszcze nic więcej. Za to teren przy plaży wykorzystują rybacy, którzy pływają na swoich dłubankach. No i regularnie pojawiali się tu pasterze z krowami, gdy przyprowadzali je do wodopoju.

Okolice Kyeli
Okolice Kyeli

Samo jezioro od północnej strony było bardzo płytkie i nagrzewało się. Niestety nie ma tu dobrych miejsc do nurkowania, trzeba by się naprawdę wyprawić trochę dalej, a bez tego trochę trudno znaleźć pyszczaki. Warto jednak pamiętać, że Malawi, choć już nie po tanzańskiej stronie granicy, to Park Narodowy, który także wpisano na listę dziedzictwa UNESCO.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tanzański
Jezioro Malawi (Niasa)

Rezerwat Azraq Wetland, oaza Ramsar w Jordanii

Chyba każdy ma swoje wyobrażenie o tym, jak wygląda oaza na pustyni. Palmy, jakaś woda, wokół wydmy i tak dalej. Jednym z bardziej znanych rezerwatów w Jordanii jest Azraq Wetland, który de facto jest oazą, jednak nie wygląda w ogóle jak ta z naszych, powszechnych wyobrażeń. Mało tego, zdjęcia równie dobrze można by opisać jako pochodzące z naszych Mazur. No może aż tak nie, ale niewiele im brakuje.

Azraq Marsh Trail
Azraq Marsh Trail

Shaumari i okolice

Wetland właściwie nie było naszym celem. Raczej pewnym rozwiązaniem zapasowym, z którego ostatecznie musieliśmy skorzystać. Głównym celem był rezerwat Shaumari (lub Shauwmari wg innych transkrypcji, nie mylić z Shamwari w RPA), słynący z tego, że żyją tam oryksy. Oba rezerwaty znajdują się bardzo blisko siebie, więc dojechać z jednego do drugiego to nie problem. Oba też są równie słabo oznaczone. Do Shaumari musieliśmy odbić, według znaku było to 0,5 km. Trzeba było jechać 5 kilometrów po pustyni,  drogą bez asfaltu. Niestety Shaumari było nieczynne. W październiku aż do grudnia trwał remont.

Gdyby rezerwaty miały aktualne strony internetowe, można by o tym przeczytać wcześniej. Niestety nie mają. Co gorsza, nie jestem pewien czy te remonty nie są okresowe, gdyż szukając wcześniej informacji o Shaumari przeczytałem, że rok czy dwa lata wcześniej również jesienią  był remont, ale po nowym roku otwierali. Więc może jest to bardziej związane z jakimś okresem ochronnym? Nie wiem, trudno dotrzeć do takiej informacji. Cóż, Shaumari, nie zobaczyliśmy.

Ważka (Rezerwat Azraq Wetland, Jordania)
Ważka (Rezerwat Azraq Wetland, Jordania)

Azraq Wetland z listy Ramsar

Azraq Wetland jest o tyle ciekawy, że nie spodziewaliśmy się tego, jak może wyglądać olbrzymia oaza. To głównie rezerwat ptactwa wodnego i postój na trasie wędrówek ptaków migrujących, ale też żyją tu endemiczne ryby, a także bawoły wodne (bawół domowy). Na te ostatnie spróbowaliśmy zapolować z aparatem, niestety nie udało się. Śladów jest dużo, tak tropów jak i odchodów, ale zwierząt nie uświadczyliśmy. Dużą część terenu zajmują porośnięte tatarakiem moczary, więc jeśli bydło się z tego nie wychyli, nie ma szans, by je zobaczyć. A do łażenia po bagnach nie byliśmy przygotowani, trzymaliśmy się brzegu i ścieżek. Warto dodać, że rezerwat ten znajduje się na liście ramsarskiej.

Rezerwat Azraq
Rezerwat Azraq

Dojazd i wejściówka

Azraq to kolejne miejsce, które jest głuszą. Ze względu na bliskość granicy irackiej i saudyjskiej widzieliśmy tu przelatujące drony wojskowe. Turystów brak. Mało tego, ze względu na remont Shaumari dostaliśmy zniżkę, wejściówka kosztowała jak dla Jordańczyków, czyli koło 10 JOD. Przy wejściu znajduje się małe muzeum. Jest tam miejsce na akwarium z tutejszymi, endemicznymi rybami, ale akurat było zamknięte.

Problemem może też okazać się dojazd. Trasa z Ammanu/Madaby jest w miarę prosta, ale jezdnia w niektórych momentach jest awaryjnym pasem startowym dla wojska. Jeśli zajdzie potrzeba by z niego skorzystać, mogą się pojawić problemy z objazdem. Będąc w okolicy warto też zatrzymać się w pustynnym zamku Azraq.

Rezerwat Azraq Wetland
Rezerwat Azraq Wetland

Wetland, podobnie jak Dana, to Jordania nie tak bardzo odległa, nie orientalna, wciąż jednak piękna. Nie licząc tych dronów to dobre miejsce, by się wyciszyć i pooglądać naturę. Szkoda, że nie udało się ani tych bawołów zobaczyć, ani tym bardziej oryksów. O samych oryksach i ich odtwarzaniu pisaliśmy też przy Al-Ajn. To jeden z trzech największych rezerwatów w Jordanii, obok wspomnianej Dany i rezerwatu Mujib.

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak jordański
Rezerwat Azraq Wetland

Morze Martwe, pływanie w słynnym, słonym jeziorze

Morze Martwe (and. Dead Sea, hebr. יָם הַ‏‏מֶ‏ּ‏לַ‏ח, arab. ألبَحْر ألمَيّت) Morze to wielkie słowo. W tym wypadku właściwie to chyba bardziej jezioro, ale z pewnością martwe. Co prawda wokół latają nieliczne ptaki, niektóre z nich nawet pływają po tej wodzie, ale właściwie nic tu nie żyje. Przynajmniej nic dostrzegalnego okiem. Swoją drogą nazwy oryginalne raczej określają to mianem morza soli. Poza dużym zasoleniem jest to także słynna depresja. Lustro wody znajduje się na głębokości ok. 430 m pod poziomem morza, a sama kryptodepresja jest prawdopodobnie trzecią najgłębszą na świecie i ma jakieś 735 lub 817 m głębokości (źródła prezentują różne wartości).

Morze Martwe
Morze Martwe

Morze Martwe – czego się spodziewać

Nie należę do osób, które mogą wiele powiedzieć o plażowaniu. Prawdę mówiąc zawsze mi na to brakuje czasu. W przypadku Morza Martwego jednak warto sobie ten czas, przynajmniej raz, zorganizować. Głównie ze względu na specyfikę tego miejsca. Ogromne zasolenie sprawia, że jest to niezapomniane przeżycie. Pewnie słyszeliście, czytaliście lub widzieliście gdzieś wiele historii o tym, że nie da się tu pływać, ale też utonąć. Cóż, właściwie obie są prawdziwe. Wypór jest tu tak wielki, że właściwie ciężko się chodzi. Lepiej leżeć, co przychodzi naturalne i tylko się odpychać lekko rękoma. Nic dziwnego, że wiele osób kładzie się na wodzie i robi zdjęcie czytając gazetę.

Prawdziwe pływanie jest naprawdę problematyczne, choć zdecydowanie bardziej dla osób kąpiących się z nami. Tu obowiązuje jedna zasada: zero chlapania. Woda jest tak słona, że gdy wpadnie w okolice ust, nosa czy oczu, odczuwa się to dość mocno. Może nie boleśnie, ale z pewnością nie jest to przyjemne uczucie. Tam gdzie my się kąpaliśmy, były prysznice ratunkowe na brzegu ze zwykła wodą, by w razie czego się przemyć. Ulga jest, ale wpierw trzeba swoje wycierpieć. Lepiej więc nie ryzykować.

Morze Martwe od strony Palestyny
Morze Martwe od strony Palestyny

W niektórych miejscach poza kąpielą w wodzie znajduje się też błoto. Można się nim natrzeć. Ma też lecznice właściwości, ale liczy się przecież zabawa. To błoto można zmyć w morzu, zanurzając się w nim w miarę możliwości. Oczywiście bez nurkowania. Z soli i błota robi się wiele kosmetyków, podobno dobrze działają na skórę. Zasolenie powoduje też, że w praktyce żyją tu jedynie bakterie i pewne organizmy jednokomórkowe. Nie ma sprzyjających warunków do życia dla większych zwierząt. Ale już w okolicy panują dość dobre warunki, dzięki oazom.

Jordania czy Izrael/Palestyna?

W Jordanii plaże wokół Morza Martwego znajdują się w miejscu określanym mianem Amman Beach. Co prawda bliżej im do Madaby niż Ammanu, ale nazwa jest chwytliwa. Wokół znajduje się też sporo hoteli. Można sobie spokojnie podjechać pod jedną z takich plaż, zapłacić za wejście i posiedzieć. Kosztuje to średnio 20 JOD, niestety nie zawsze w cenę są wliczone prysznice przy wyjściu, a na tym lepiej nie oszczędzać: niezmyta sól może poważnie podrażnić skórę.

W Palestynie takim słynnym dużym ośrodkiem jest Kalia Beach. Ceny i godziny otwarcia można sprawdzić na są stronie plaży, ale kwotowo są zdecydowanie lepsze niż w Jordanii. W Izraelu natomiast już trochę bardziej na południu jest Ein Bokek Beach. Swego czasu płatny był tam tylko parking, plaża darmowa. Natomiast nie był to już główny akwen Morza Martwego.

Kurort
Kurort

Pływanie w Morzu Martwym, czy warto?

Przyznajemy, jeśli chodzi o powtórkę w Jordanii to ceny (i czas) trochę nas odstraszyły. Zwłaszcza, że Morze Martwe zaliczyliśmy od strony Palestyny/Izraela. Dwie-trzy godziny wystarczyły nam, by się pobawić tym miejscem. I to faktycznie jest niezapomniane i nietypowe przeżycie.

Przy trasie jest też wiele „dzikich” zejść. Jednak lepiej z nich nie korzystać. Raz nie będzie się potem jak przemyć z soli, co będzie bardzo potrzebne, a dwa ze względu na skały i błoto może to być niebezpieczne. Błoto może utrudnić wyjście, a skał, nie zawsze widać, można się zwyczajnie na coś nadziać. Niemniej jednak mając możliwość, warto spróbować się tu zanurzyć, nawet jeśli będzie to trochę kosztowało. Te wszystkie opowieści i filmy dokumentalne o niezwykłości tego miejsca są prawdziwe. Ale w tym wypadku chyba lepiej być tym niewiernym Tomaszem i sprawdzić wyporność empirycznie.

Kurort
Kurort
Szlak jordański
Morze Martwe
Szlak izraelski
Morze Martwe
Szlak palestyński
Morze Martwe