Archiwa tagu: rzeka

Caño Cristales, rzeka pięciu kolorów

Wśród przyrodniczych atrakcji Kolumbii jedna wyróżnia się naprawdę mocno, to rzeka Caño Cristales, co znaczy tyle co kryształowy kanał. Zwana bywa też rzeką pięciu kolorów bądź płynną tęczą. Wszystko za sprawą niezwykle ubarwionych roślin wodnych, które nią w niej rosną, nadając jej fragmentom bardzo wyrazisty, czerwony kolor. Ten, w zestawieniu z innymi naturalnie tu występującymi, sprawia że całość jest naprawdę przepiękna. Niektórzy piszą nawet, że to najpiękniejsza rzeka świata. A co jeszcze ważniejsze, jest mało popularna turystycznie.

Caño Cristales
Caño Cristales

Niezwykłe Caño Cristales

Za tym pięknem stoi niewielka wodna roślina z gatunku Macarenia clavigera. Jest to endemiczny wodorost, występujący jedynie tutaj, w dorzeczu Caño Cristales. Przypomina trochę glon albo algę, ale należy do rodziny zasennikowatych, rząd malpigiowców. Roślina ta normalnie ma kolor zielony, ale pod wpływem słońca robi się czerwona. Porasta dno Caño Cristales na tyle gęsto, że nadaje mu tę niezwykłą barwę. Jak do tego doda się kolor żółty (od dna rzeki), zielony (od innej roślinności, także lądowej), niebieski (od nieba) i czarny (od kamieni), to uzyskujemy pięć kolorów, wymieszanych przez przyrodę w niezwykły sposób.

Macarenia clavigera, czyli sprawca zamieszania
Macarenia clavigera, czyli sprawca zamieszania

Trzeba jednak pamiętać, że Macarenia clavigera, jak większość roślin, żyje okresowo. Zaczyna rozrastać się wraz z podnoszeniem się poziomu wody. Wówczas się zieleni, słońce zaś sprawia, że zmienia swój kolor na czerwony, dodatkowo poziom wody opada, a rzeka jest spokojniejsza. Te czerwone dywany można oglądać od końca lipca do początku listopada. Potem pod wpływem braku słońca rośliny te robią się czarne i zamierają. Jak to z roślinami bywa, daty mogą ulegać pewnym wahaniom, więc najbezpieczniejszy i najlepszy termin to wrzesień – październik.

Roślinność w części andyjskiej
Roślinność w części andyjskiej

Natura w Caño Cristales

Caño Cristales znajduje się na terenie Parku Narodowego Serranía de La Macarena. Serranía to z kolei pasmo górskie, niewielkie i dopiero się tu zaczynające. Graniczące z obszarem Amazonii oraz fragmentem sawanny zwanym tutaj Orinoko, głównie ze względu na podobieństwa jeśli chodzi o roślinność (sawanna). Do samej rzeki Orinoko jest stąd dość daleko. Natomiast rzeka, Guayabero, do której wpływa Caño Cristales, jest jednym z dorzeczy Orinoko, mimo że znajduje się w obszarze ekosystemu Amazonii. To wszystko może być trochę mylące, ale wynika wprost z tego, że graniczą tu trzy obszary: góry, dżungla i sawanna. Jednocześnie przechodzą między sobą płynnie, więc tu tej granicy się nie czuje.

Macarenia clavigera porasta rzekę Caño Cristales tworząc czerwone "dywany"
Macarenia clavigera porasta rzekę Caño Cristales tworząc czerwone „dywany”

Poza roślinnością teren jest też przepiękny z powodu geologii. Kwarcytowe skały uformowały się jakieś 1,2 miliarda lat temu. Natomiast potem teren kształtowała rzeka i erozja, odpowiedzialne za wgłębienia. W korycie rzeki można więc dostrzec kamienie i formacje skalne, rzeźba terenu sama w sobie miejscami jest niesamowita. Mówi się, że w Caño Cristales nie ma ryb, ale sami widzieliśmy kilka. Rzeka nie jest duża, licz 100 kilometrów długości i w najszerszym miejscu 20 metrów szerokości.

Legwan zielony (Iguana iguana, ang. Green iguana)
Legwan zielony (Iguana iguana, ang. Green iguana)

Raczkująca atrakcja turystyczna

Caño Cristales to obszar stosunkowo mało rozpropagowany turystycznie. Już pomijając kwestię miesięcy, w którym kwitnie Macarenia clavigera, co zdecydowanie ogranicza ruch turystyczny. Lokalni hodowcy bydła odkryli to miejsce dopiero w 1969 roku, szukając nowych terenów do wypasu zwierząt. Co więcej, warto pamiętać, że wojna domowa w Kolumbii trwała 52 lata, od 1964 do 2016 roku. Przez dużą część tego okresu tereny te były opanowane przez partyzantów, więc niedostępne. Stąd nadawało radio partyzantów, ludzie uprawiali tu dla nich kokę, wojsko trzymało się z daleka. Dopiero więc od niedawna można spokojnie przyjechać do Caño Cristales i oglądać te wspaniałości. Wojsko nadal jest obecne w La Macarenie, ale dla turystów nie ma to żadnego znaczenia.

Wodospady w Caño Cristales
Wodospady w Caño Cristales

Choć turystyka jest obecnie drugim głównym źródłem zarobku w regionie, jest stosunkowo mało rozwinięta. Nie ma tu tłumów turystów, zwiedzanie jest dość kameralne, co jest na plus. Pozostaje jeszcze jeden aspekt: na tych terenach znajdują się złoża ropy naftowej. Ich przemysłowe wydobycie to właściwie wyrok śmierci dla Caño Cristales. Po wyborach prezydenckich w 2022 roku, głównie dzięki staraniom obecnej wiceprezydent, ochrona tutejszej przyrody wydaje się być priorytetem w najbliższych latach. Podczas naszego spaceru widzieliśmy miejsca, gdzie ropa delikatnie wypływała na powierzchnię.

Caño Cristales, czyli rzeka pięciu kolorów, albo tęczowa rzeka
Caño Cristales, czyli rzeka pięciu kolorów, albo tęczowa rzeka

Jak dotrzeć do Caño Cristales?

Caño Cristales znajduje się stosunkowo daleko od innych turystycznych centrów Kolumbii. Transport drogowy jest, ale ze względu na odległości i jakość dróg trwa bardzo długo. Najwygodniej jest tu dotrzeć drogą lotniczą, co wcale nie jest takie proste. Bazą wypadową do Caño Cristales jest niewielka miejscowość La Macarena. Tu latają jednak przede wszystkim czartery i wojskowa linia lotnicza Satena (nie znaleźliśmy jej w wyszukiwarkach lotów). Bilety na ich stronie też pojawiły się dopiero na kilka miesięcy przed wylotem. Przelot był z Bogoty. Warto jednak brać uwagę, że to raczej małe samoloty – ATRy. Ilość miejsc jest ograniczona, ale też pogoda może mieć wpływ na opóźnienia lotów, więc planując jakieś przesiadki na inne linie, trzeba o tym pamiętać. W Bogocie Satena lata z drugiego terminala (z pierwszego jeździ tu darmowy shuttle bus). Co ważniejsze, połączenie nie jest wykonywane codziennie, co wpływa na rytm pobytu.

Ropa, czyli zagrożenie dla Caño Cristales
Ropa, czyli zagrożenie dla Caño Cristales

W teorii na tym terenie jest wymagana szczepionka przeciw żółtej febrze. Żółte książeczki miały być sprawdzane, zarówno przed odlotem jak i po przylocie, ale u nas nikt tego nie weryfikował.

Niebo, zieleń, skały, woda i czerwone rośliny - Caño Cristales, Kolumbia
Niebo, zieleń, skały, woda i czerwone rośliny – Caño Cristales, Kolumbia

Organizacja wycieczki

Natomiast kolejnym problem jest już dotarcie do samego parku i zwiedzanie Caño Cristales. Ono jest ograniczone z powodu ochrony środowiska. Po pierwsze zwiedza się go z przewodnikiem, trasy są słabo oznaczone. Druga sprawa to limity, starają się kierować ludzi w różne części parku. Dziennie do parku może wejść 350 osób. To akurat ma sens. Zwiedzanie parku jest możliwe w godzinach 8:00 – 16:00. Tych ograniczeń jest więcej, wrócimy do nich niżej.

Nie całe Caño Cristales jest porośnięte czerwoną rośliną
Nie całe Caño Cristales jest porośnięte czerwoną rośliną

Niemniej jednak właściwie jesteśmy zdani na jakąś agencję, z którą trzeba zorganizować taką wycieczkę, przede wszystkim, by dostać przewodnika na miejscu. Kilka z nich znajduje się w samej La Macarenie. My skorzystaliśmy z oferty Cristales Aventura Tours (WhatsApp: +57 300 693 99 88), właścicielka jest Polką mieszkającą w Kolumbii, więc kontakt był bezproblemowy. Kolejną rzeczą, o której warto pamiętać planując przyjazd, to mieć trochę czasu w zapasie. To jest już strefa bliska równikowi i pogoda bywa tu trochę zmienna. Caño Cristales przepięknie wygląda przy słonecznej pogodzie. Przy deszczu, zwłaszcza obfitym, możemy przeoczyć wiele rzeczy. Przy wysokim poziomie wody nie widać kolorów. Razem z ograniczeniami na dolot, na Caño Cristales potrzeba poświęcić kilka dni. My zarezerwowaliśmy trzy. Pierwszego przylecieliśmy dość rano, czwartego wylatywaliśmy.

Ale są fragmenty, gdzie jest jej bardzo dużo
Ale są fragmenty, gdzie jest jej bardzo dużo

Tu też warto dodać, że Cristales Adventura Tours, dość dobrze poinformowało nas o tym, że nie podadzą nam szczegółowego programu. Całość była ustalana na miejscu, w miarę aktualnych możliwości (pogodowych i logistycznych – są wytyczne od dyrekcji parku, co można, a czego nie można robić danego dnia), ale głównym priorytetem było zobaczenie w tym czasie Caño Cristales. I to udało się załatwić znakomicie. Zresztą pomimo braku znajomości szczegółów, byliśmy bardzo zadowoleni tak z obsługi, jak i całej oferty, więc ją polecamy. Najbardziej przypominało to nasz wyjazd do Pantanalu, tam jednak obiecano nam sporo (dużo zwierząt), a gdy przyszło co do czego, to nie udało się spełnić oczekiwań. W tym wypadku zarządzanie oczekiwaniami było bardzo dobre. Obiecano nam tylko tyle: zrobimy wszystko, byście mogli zobaczyć Caño Cristales w najlepszym możliwym momencie i zagospodarujemy pozostały czas. Jednocześnie zapewnili nocleg, przewodnika, transport i wyżywienie.

Tukan białogardły (Ramphastos vitellinus culminatus , ang. Yellow-ridged toucan). Jest to podgatunek gatunku tukan żółtogardły (Ramphastos vitellinus, ang. Channel-billed toucan)
Tukan białogardły (Ramphastos vitellinus culminatus , ang. Yellow-ridged toucan). Jest to podgatunek gatunku tukan żółtogardły (Ramphastos vitellinus, ang. Channel-billed toucan)

Caño Cristales – przebieg wycieczki

Tak więc dalsza część opisu, aż do uwag ogólnych, dotyczy przebiegu naszej wycieczki, który może być trochę inny nawet z tym samym biurem. Zajmowano się nami od momentu wylądowania w La Macarenie, aż do momentu pakowania nas na samolot. Czy taka szeroka opieka była konieczna? Nie zawsze, sama La Macarena jest niewielką i bezpieczną miejscowością, ale też niewiele oferującą.

Sam środek Caño Cristales to przepiękne wodospady
Sam środek Caño Cristales to przepiękne wodospady

Nasz przewodnik, mówiący po angielsku i hiszpańsku, odebrał nas na lotnisku. Potem przeszliśmy do rejestracji, dostaliśmy opaskę na rękę, a następnie zaprowadził nas do biura parku, gdzie puszczono film informujący o zasadach zwiedzania. Filmik jest po hiszpańsku z angielskimi podpisami. Po jego obejrzeniu dostaliśmy drugą opaskę. Obie w teorii powinniśmy nosić do końca pobytu w Caño. Z czasem pospadały i o ile nie śmieciły, nikt nie zwracał na to uwagi. Następnie wróciliśmy na lotnisko po nasze bagaże. Lotnisko w La Macarenie jest dość proste i niezautomatyzowane, więc bagaże były wydawane ręcznie (trzeba pokazać dowód nadania).

Rzeka Guayabero
Rzeka Guayabero

Z lotniska udaliśmy się do naszego hotelu, gdzie zostawiliśmy bagaże, a potem nad rzekę Guayabero. La Macarena jest niewielka, więc ten spacer trwa tu tylko kilka minut. Natomiast o ile po miejscowości można się poruszać swobodnie, dotarcie do parku czy innych atrakcji wiąże się z koniecznością użycia transportu wodnego. Wsiedliśmy na łódź i popłynęliśmy na naszą pierwszą wyprawę. Jest to o tyle fajne, że choć łódź ma silnik, to jednak nie straszy mocno zwierząt, które są przy brzegu. Zatrzymywaliśmy się, by oglądać żółwie, kajmany, legwana czy ptaki. Na terenie samego parku poza ptakami udało nam się zobaczyć jeszcze małpy. W teorii zwierząt żyje tu więcej, jak na przykład: pekari, jaguary czy mrówkojady, ale raczej trzymają się z dala od ludzi.

Ryby w Caño Cristales
Ryby w Caño Cristales

Caño Cristalitos

W pierwszy, a więc niepełny dzień, podziwialiśmy Caño Cristalitos. To mniejsza rzeczka, ale porośnięta przez dokładnie tę samą roślinę. Widoki były więc podobne do tego, co nas dopiero czekało. Doskonałe wprowadzenie. Nacieszyliśmy się kolorem w strumieniu, by kolejnego dnia oglądać to samo w większej skali. Po drodze mieliśmy lunch, w miejscu gdzie hodowane były żółwie zwane u nas czasem terekaj (Podocnemis unifilis). To żółwie bokoszyjne, które występują w wielu państwach Ameryki Południowej na obszarze Amazonii i nie tylko. Ta hodowla ma je przywrócić naturze. Niestety część z nich jest wyłapywana i zjadana przez okolicznych mieszkańców.

Hodowla żółwi terekaj (Podocnemis unifilis, ang. Yellow-spotted river turtle)
Hodowla żółwi terekaj (Podocnemis unifilis, ang. Yellow-spotted river turtle)

Dojście do Caño Cristalitos to trekking na raczej otwartym terenie. Pamiętajmy, że to wciąż część andyjska. Jest więc trochę podejść, ale nie jakiś wymagających. Natomiast buty i ubranie należy dostosować do wędrówki. Całość jest porośnięta i tu mamy do czynienia z drugim gatunkiem endemicznym, tym razem lądowym. To roślina Vellozia tubiflora, która jest odporna na ogień, więc mogliśmy zobaczyć ślady pożarów z poprzednich sezonów. Samo Caño Cristalitos to także miejsce, gdzie można było odpocząć nad rzeką i się wykąpać. Kąpiele są dozwolone w tych źródłach. Następnie czekał nas trekking do rzeki i powrót do La Macareny.

Vellozia tubiflora, czyli roślina odporna na ogień
Vellozia tubiflora, czyli roślina odporna na ogień

Szlaki w Caño Cristales

Drugiego, czyli pierwszego pełnego dnia, mieliśmy właściwą wycieczkę do Caño Cristales. Całodniową. Zaczynając od przepłynięcia rzeką, następnie po wyjściu wsiedliśmy do aut terenowych i dojechaliśmy do właściwego wejścia do parku. Dalej czekał nas trekking z kilkoma przystankami. Pogoda dopisała wyśmienicie. Caño Cristales ma cztery odnogi, które się łączą. Zaczynaliśmy od tych mniejszych, by skończyć na głównym kanale. Widoki są naprawdę niesamowite. Zwłaszcza jak do tego jeszcze doda się piękną przyrodę i wodospady. Główna część to tak zwane „ósemki” wyrzeźbione kształty w skałach, które przypominają cyfrę 8.

Caño Cristales
Caño Cristales

Oczywiście było sporo chodzenia, był lunch, a także trzy miejsca, w których można się kąpać. Zazwyczaj są one dość płytkie i niewielkie, natomiast w głównym kanale Caño Cristales było sporo miejsca do pływania. I to jedyne miejsce na całym szlaku, gdzie widzieliśmy strażników, pełniących rolę ratowników.

Droga do Laguny Ciszy
Droga do Laguny Ciszy

Laguna Ciszy

Trzeciego dnia, po konsultacjach z nami, zaproponowano nam inną wyprawę. Mogliśmy wrócić do Caño Cristales, przejść je innym szlakiem i wylądować z powrotem przy głównym kanale. Zamiast tego wybraliśmy się do Laguny Ciszy (Laguna del Silencio). Wpierw była przeprawa przez rzekę, potem wsiedliśmy na konie i jechaliśmy ponad godzinę. Dalej był trekking przez dżunglę, krótki odpoczynek w miejscu, gdzie można było się wykąpać. Przepływała tam także Caño Cristales, ale już blisko ujścia. Jednak w tym miejscu rzeka nie była już tak kolorowa, brakowało wodorostów.

Lagunę Ciszy także pokonuje się łodzią
Lagunę Ciszy także pokonuje się łodzią

Dalej mieliśmy kolejny trekking przez dżunglę, bardzo przyjemny, z możliwością oglądania lokalnej fauny (głównie ptaki i małpy) i flory. To już jest typowa część amazońska, z bardzo charakterystyczną roślinnością. A potem doszliśmy do Laguny Ciszy, porośniętej drzewami przypominającymi namorzyny. Tam też był lunch, po nim płynięcie dalej, trekking, powrót na koniach i na łodziach do La Macareny.

Część trasy pokonaliśmy konno
Część trasy pokonaliśmy konno

Dodatkowe atrakcje

Wieczorem czekała nas kolejna niespodzianka, pokaz lokalnych tańców w La Macarenie. Nazywa się to Parranda Llanera i pod tą nazwą może występować także w innych miejscach Kolumbii. Choć ważna lokalnie, nie ma takiej tradycji jak tańce w Salvadorze. Bardziej przypominało wiejską potańcówkę, z którą impreza ma wiele wspólnego. Niemniej jednak warto zobaczyć lokalną kulturę.

Parranda Llanera, czyli pokaz lokalnych tańców i śpiewów w La Macarena
Parranda Llanera, czyli pokaz lokalnych tańców i śpiewów w La Macarena

Czwartego dnia samolot mieliśmy dość wcześnie rano, ale jeszcze dostaliśmy jedną, krótką wyprawę. Tym razem samochodem do części z roślinnością sawanny. Tu znajdował się dość wysoki budynek, weszliśmy którego szczytu mieliśmy obserwować wschód słońca. Na miejscu było śniadanie, potem powrót i zebranie się na samolot.

Ryby blisko ujścia Caño Cristales
Ryby blisko ujścia Caño Cristales

Warto dodać, że wszystkie aktywności zajmowały nam sporą część dnia, zaś przerwy były dość naturalne. Mieliśmy tak mniej więcej może 1,5 godziny do kolacji. Potem oczywiście było wolne, ale w tej części świata robi się ciemno blisko 18:00, więc i tak nie ma co robić. Pozostaje tylko wstać wcześnie. Zwiedzanie Caño Cristales nie jest wymagające kondycyjnie, ale trzeba wziąć pod uwagę, że może być trwający kilka godzin marsz.

Sajmiri
Sajmiri

La Macarena

Miasto La Macarena znajduje się w departamencie Meta. Jest to niewielka miejscowość, założona dopiero w listopadzie 1954. Choć oczywiście dziś jest bramą do Caño Cristales, zaplecze turystyczne jest stosunkowo niewielkie. Lotnisko, kilka hoteli, obsługa parku narodowego i jeszcze parę restauracji, najczęściej przyhotelowych. Są tu kościoły, główny park i właściwie nic szczególnego uwagi. To zdecydowanie nie jest kolorowe Guatape, raczej miejscowość, która jest bazą wypadową. Nic więcej, nie ma co szukać tu specjalnych atrakcji. Wspominaliśmy, że te tereny były okupowane przez partyzantów. W 2010 miasteczko „zasłynęło” z powodu znalezienia masowego grobu. Wojsko kolumbijskie twierdziło, że to ciała partyzantów, ale sprawa nigdy nie została wyjaśniona. Warto pamiętać, że wojna domowa to wciąż żywa i świeża historia.

Kościół w La Macarena
Kościół w La Macarena

Ważne informacje praktyczne

Natomiast warto wspomnieć jeszcze o pewnych rygorach i trudnościach. Na terenie Parku Narodowego obowiązuje całkowity zakaz używania środków chemicznych, jak wszelkich repelentów, kremów przeciwsłonecznych i kosmetyków kolorowych (makijaż). O ile w przypadku owadów nie było tu ich dużo, więc nie stanowiło to jakiejś sporej niedogodności, o tyle słońce praży tu dość mocno, a im lepsza pogoda do oglądania, tym jest gorzej. A kąpiele także nie pomagają. Rady są tu dwie. Po pierwsze uważać z wodą, nie przebywać w niej za długo. Po drugie korzystać z długich spodni, ale też koszuli z długim rękawem. To może uratować ręce. Można też kąpać się w ubraniu. Warto mieć nakrycie głowy zacieniające twarz, a nie tylko chustę.

Roślinność w części amazońskiej
Roślinność w części amazońskiej

Drugą istotną kwestią jest zakaz używania plastikowych butelek jednorazowych na wodę. Dozwolone są bidony, termosy, butelki wielorazowego użytku i butelki filtrujące, które zresztą sprzedają zarówno w hotelach, jak i lokalnych sklepów. My mogliśmy ją spokojnie napełnić w hotelu (za darmo, było poidełko, nie należy używać do tego wody z kranu). Ponieważ jednak upał i marsz wzmagają pragnienie, dużo lepszym rozwiązaniem jest posiadanie filtru turystycznego lub tabletek uzdatniających wodę i używanie wody z rzeki. My używaliśmy filtru Sawyer, za pomocą którego uzupełnialiśmy na postojach butelkę filtrującą. O ile przewodnicy nie zalecają jej pić niefiltrowanej, o tyle w tym przypadku nie mieli zastrzeżeń, a my nie odnotowaliśmy kłopotów. Inna sprawa, że ten przepis nie był tak surowo przestrzegany jak na przykład. miało to miejsce w Płaskowyżu Hortona. Ludzie wnosili butelki, co więcej w miejscach, gdzie był lunch też można było kupić napoje gazowane w plastykowych butelkach. Istotne jest, by po prostu nie śmiecić.

Wygrzewający się żółw
Wygrzewający się żółw

W przypadku samodzielnego organizowania wyjazdu warto pamiętać, o opłacie turystycznej. U nas była ona wliczona w cenę całej usługi. Ale jednocześnie przy wylocie lotnisko poprosiło o prowizję za wystawienie biletu.

Laguna Ciszy
Laguna Ciszy

Trzeba też pamiętać o butach do trekkingu, jest tu trochę do przejścia. Stroje kąpielowe zazwyczaj mieliśmy na sobie, nie ma tu miejsc do przebrania się. Można wziąć ręcznik nie tylko do wytarcia się, ale i do przebrania.

Wschód słońca w części sawannowej (Orinoko)
Wschód słońca w części sawannowej (Orinoko)

Caño Cristales w kulturze

Caño Cristales w pewien sposób pojawia się w filmie „Nasze magiczne Encanto”. Ta animacja Disneya jest popularna w różnych miejscach turystycznych w Kolumbii, gdyż stara się ją ukazać (w końcu tam dzieje się akcja). Caño widać właściwie w dwóch scenach. Pierwsza jest na początku filmu, gdy babcia Alma (wówczas młoda mama) ucieka z trójką dzieci, przechodzi przez wodę i to właśnie jest Caño, widać czerwone wodorosty. Tu dostaje swoją magiczną moc. Scena jest w nocy. Potem bliżej końca, tutaj babcia rozmawia ze swoją wnuczką, wówczas kolor wody widać dość dobrze. Natomiast roślinność okoliczna pochodzi z innych miejsc Kolumbii, wliczając w to palmy z doliny Cocora. Fakt, że palmy te rosną w górach, sprawia, iż geografia filmu jest mocno wymyślona. Niemniej jednak, jak pamiętamy, „glony” z Caño są na tyle endemiczne, a widoki unikalne, że to jest dokładnie to.

Sęp o wschodzie słońca
Sęp o wschodzie słońca

Dla nas Caño Cristales miało być najważniejszą częścią wyjazdu do Kolumbii. I było. Jest urokliwe, spokojne, przepiękne, takich widoków próżno szukać w innych miejscach. Przewyższyło nasze oczekiwania. To miejsce, które warto polecić każdemu, kto podróżuje by poznawać niesamowitą przyrodę.

Jeśli podobał Ci się wpis, śledź nas na Facebooku.

Szlak kolumbijski
Cano CristalesSalento

Kitulgala, ekscytujący rafting na rzece Kwai (Kelani)

Kitulgala to niewielkie miasteczko (raczej wioska) na zachodzie Sri Lanki, położone w jednym z najbardziej wilgotnych obszarów kraju, dwukrotnie w ciągu roku nawiedzanym przez monsuny. Z jednej strony las deszczowy, z drugiej rzeka Kelani. To także miejsce, w którym David Lean kręcił swoje arcydzieło – „Most na rzece Kwai” (premiera 1957), w dodatku najważniejsze sceny. Dziś można tu przepłynąć pod mostem na rzece „Kwai”. To też najpiękniejsze miejsce na całym Cejlonie na rafting.

Rafting na filmowej rzece Kwai (faktycznie Kelani na Sri Lance)
Rafting na filmowej rzece Kwai (faktycznie Kelani na Sri Lance)

Rzeka Kelani

Kelani (czy Kelani Ganga) to czwarta co do wielkości rzeka na Cejlonie, wpływa do Kolombo dostarczając stolicy 80% pitnej wody. A tutaj, w Kitulgali, rzeka dostarcza przede wszystkim wrażeń turystom. Kitulgala bowiem jest ośrodkiem dla aktywnej turystyki: wędrówki i obozowiska w lesie, canyoning i rafting, czy inne aktywności sportowe. Nie ma zatrzęsienia turystów, ale są oni zauważalni, a przede wszystkim zaangażowani.

Kitulgala przyciąga wielbicieli raftingu
Kitulgala przyciąga wielbicieli raftingu

Ze względu na naglący nas czas, wybraliśmy sobie spływ pontonem, choć kanioning też był kuszący. Rafting miał być nie tylko dla przyjemności kąpieli w ubraniu, ale przede wszystkim dla tego, że to właśnie w okolicy Kitulgali kręcono najważniejszą część filmu Davida Leana „Most na rzece Kwai” (premiera 1957 r.), czyli właśnie budowę i zniszczenie mostu.

Kelani to centrum raftingu na Sri Lance
Kelani to centrum raftingu na Sri Lance

Kitulgala i „Most na rzece Kwai”

Sam film powstał na podstawie powieści „Le Pont de la Rivière Kwaï” (wyd. w 1952 r.) napisanej przez Pierre Boulle’a, (drugie jego najbardziej znane dzieło to „Planeta małp”). I chociaż fabuła jest fikcyjna, opiera się na faktach z czasów II wojny światowej i budowy birmańskiej kolei śmierci przez alianckich jeńców wojennych. Boulle pisał beletrystykę, nie zawsze trzymał się wszystkich faktów, ale ta historia broniła się sama. Prawdziwy, oczywiście odbudowany most, znajduje się dziś w Tajlandii w Kanchanaburi. Technicznie rzecz biorąc nie była to rzeka Kwai, choć jej obecna nazwa to Khwae Yai (zmieniono ją po popularności filmu). Most znajdował się na rzece Maeklong powyżej ujścia rzeki Khwae Noi. Pierre trochę namieszał z lokacją, ale Tajowie u siebie już tę rozbieżność naprawili.

Pływanie w wodzie pod koniec ratfingu
Pływanie w wodzie pod koniec ratfingu

Co nas trochę zaskoczyło, film „Most na rzece Kwai” jest znany wśród Lankijczyków, nawet się orientują, że to u nich powstawało. Most na rzece Kelani wybudowała na potrzeby „Mostu na rzece Kwai” brytyjska firma budowlana, co zajęło jej osiem miesięcy. Został postawiony zanim rozpoczęto kręcenie filmu. Przy jego budowie oprócz ludzi pracowało 35 słoni, które co cztery godziny miały przerwę na taplanie się w wodzie. Całkowity koszt mostu wyniósł, na dzisiejszy przelicznik, ponad milion funtów, zaś jego wysadzenie to ¼ tej sumy.

Wiszący most w Kitulgali
Wiszący most w Kitulgali

Jak to zwykle bywa, łatwiej i szybciej burzyć niż budować. Na kręcenie finalnej sceny, czyli eksplozji mostu, zaproszono nawet premiera Cejlonu. Pierwsza próba wysadzenia mostu się nie powiodła i pociąg przejechał bezpiecznie na drugą stronę. Dopiero za drugim razie udało się zdetonować ładunek i wszystko runęło do wody. Wówczas łowcy pamiątek zaczęli wyławiać szczątki mostu i lokomotywy.

„Most na rzece Kwai”, faktycznie rzeka Kelani okolice miejscowości Kitulgala (Sri Lanka)
„Most na rzece Kwai”, faktycznie rzeka Kelani okolice miejscowości Kitulgala (Sri Lanka)

Dotarcie do resztek filmowego mostu

Obecnie miejsce, w którym był osadzony filmowy most, jest łatwiej dostępne z wody niż z wysokiego brzegu, który mocno zarósł. Sprawę komplikuje pobliska budowa nowego mostu obok starego (acz nie filmowego). Swego czasu był nawet pomysł, by ten nowy most nawiązywał do Leana, ale nic z tego nie wyszło. Na brzegu można za to znaleźć betonowe resztki konstrukcji. Jeszcze parę lat temu do pozostałości filmowych dało się dojść. Dziś to raczej karkołomne zadanie, za mostem bowiem powstaje osiedle domów. Więc wpierw trzeba przedzierać się przez budowę, potem przez chaszcze. Dlatego właśnie te filmowe lokacje najlepiej jest oglądać z wody. Są one oznaczone na Google Maps, można obejrzeć zdjęcia i wiedzieć, czego się szuka. Można też zapytać szypra, powinien wiedzieć. Jeśli zapytamy się go wcześniej, to będzie miał czas, by ewentualnie nadrobić swoje braki wiedzy.

Pozostałości po filmowym moście
Pozostałości po filmowym moście

Kitulgala i rafting na rzece Kelani

I tu dochodzimy do turystycznej części Kitulgali. Już wjeżdżając do miejscowości natykamy się na wiele małych budek, które oferują spływ pontonowy i inne atrakcje za przystępną dla Europejczyka cenę. To miejsce, gdzie śmiało można się targować, bo konkurencja jest spora, a turystów nie ma aż tak wielu.

Przepływanie pod nowym mostem (Kitulgala)
Przepływanie pod nowym mostem (Kitulgala)

Rafting na rzece Kelani gwarantuje emocje. Oczywiście dostajemy kask i kamizelkę ratunkową. Większość swoich rzeczy zostawiamy w samochodzie z naszym przewodnikiem (bez niego byłoby ciężko, zwłaszcza, że spływ zaczyna się i kończy w różnych miejscach). Drobne rzeczy, można schować do wodoodpornego worka, który miał ze sobą nasz szyper. Potem krótkie przeszkolenie, upewnienie się, czy rozumiemy komendy i płyniemy.

Ta sama okolica widziana z perspektywy lądu
Ta sama okolica widziana z perspektywy lądu

Spływ pontonowy jest bardzo przyjemnym przeżyciem. Kelani to rzeka raczej spokojna, nie ma tu wielkich spadów, więc dla to idealne miejsce na pierwszy rafting. Dla nas był to także chrzest bojowy naszej kamery GoPro i chociaż dopiero łapaliśmy niuanse jej działania, jesteśmy więcej niż zadowoleni z efektu. Jedyne niebezpieczeństwo to woda, której można się nałykać. Na wszelki wypadek warto potem wziąć jakiś Nifuroksazyd lub coś takiego. Zwłaszcza, że w tej wodzie jest okazja popływać, jak się chce. W naszym przypadku w ubraniu oczywiście (niektórzy przebierają się w stroje kąpielowe, my nie mieliśmy), ale po Wadi Mujib już nas to nie zaskakuje. Po skończonym raftingu wylądowaliśmy w restauracji, gdzie można zarówno zamówić sobie coś do jedzenia, jak i przede wszystkim się przebrać.

Obecny most na rzece Kelani (Kitulgala)
Obecny most na rzece Kelani

Odpoczynek w Kitulgali nad rzeką Kelani

Kelani uchodzi za bardzo dobre miejsce do raftingu, właściwie nawet najlepsze w tej części świata. No i podczas spływu przepływa się pod mostami. Poza dwoma, o których wspominaliśmy, jest też jeden most wiszący, niemal jak w Indianie Jonesie (przypominamy, ten kręcono koło Kandy). Oczywiście po naszym małym rejsie podeszliśmy do tego mostu, jak również przeszliśmy przez stary most stojący niedaleko tego filmowego. Zaś wyprawa do Kitulgali, choć w zamyśle filmowa, tak naprawdę dostarczyła nam atrakcji zupełnie innego typu, ładnie wpisując się w różnorodność przeżyć na Cejlonie.

Rafting na rzece Kelani bywa ekscytujący i mokry
Rafting na rzece Kelani bywa ekscytujący i mokry

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Kitulgala
Szlak filmowy
Kitulgala

Pantanal, największe bagno świata

Jeśli chodzi o przyrodę, to Brazylia słynie najbardziej z dżungli amazońskiej, ale za równie ważną atrakcję uchodzi też wielki obszar bagienny, czyli Pantanal. Powszechnie mówi się nawet, że do Amazonii jedzie się oglądać drzewa, ale by wypatrywać zwierząt właśnie trzeba udać się na Pantanal. Jadać tam spodziewaliśmy drugiego Serengeti. Niestety, przy tak dużym obszarze można trafić różnie, zwłaszcza gdy duża jego część została zajęta przez rolnictwo.

Pantanal z lotu ptaka
Pantanal z lotu ptaka

Bagno Pantanal

Pantanal rozciąga się na przestrzeni trzech państwa: Brazylii, Paragwaju i Boliwii, gdzie tworzy słonawe laguny. W Brazylii zajmuje dwa stany: Mato Grosso i Mato Grosso do Sul (w tym drugim znajduje się największa część Pantanalu). Łącznie to obszar o powierzchni około 200 tysięcy kilometrów kwadratowych. Dla porównania powierzchnia Polski wynosi trochę ponad 313 tysięcy kilometrów kwadratowych! Nazwa Pantanal pochodzi od portugalskiego słowa pântano, które oznacza bagno. Bo tym w istocie Pantanal jest: rozległą równiną aluwialną, czyli ukształtowaną przez rzekę, okresowo zalewaną przez rzekę Paragwaj wraz z dopływami. Jest to największy na świecie tropikalny obszar podmokły. Gdy po raz pierwszy przybyli tutaj Portugalczycy, to ze względu na rozległość tego obszaru i poziom wody wzięli to miejsce za morze śródlądowe. W grze „Civiliation VI” ten obszar ukazano jako cud natury, co podkreśla przyrodniczą unikalność tego miejsca.

Sępnik czarny lub urubu czarny (Coragyps atratus) w Pantanalu
Sępnik czarny lub urubu czarny (Coragyps atratus) w Pantanalu

Biosfera Pantanalu jest bardzo zróżnicowana i doskonale zharmonizowana z warunkami i zjawiskami, jakie tutaj okresowo zachodzą. Znajdziemy tu lasy deszczowe, mokradła, tropikalne sawanny i obszary trawiaste oraz wiele obszarów rolniczych przeznaczonych pod uprawy, jak i hodowlę zwierząt. Jak się szacuje, nawet 2 tysiące z występujących tutaj gatunków roślin może zwierać substancje o znaczeniu farmaceutycznym. Życie tutaj regulują dwie pory: deszczowa i sucha. Roczna suma opadów wynosi pomiędzy 1000 a 1500 milimetrów, z czego w styczniu średnio spada 340 mm, zaś w lipcu zaledwie 3 mm deszczu. Pora mokra wiąże się z zalewaniem dużej części Pantanalu, z wyjątkiem położonych nieco wyżej obszarów (różnice wysokości mają do 70 metrów). Opady deszczu i wylewy rzek podnoszą ogólny poziom wody raczej powoli z powodu gęstej roślinności i ukształtowania terenu. Dzięki temu zwierzęta mogą bezpiecznie migrować. Natomiast w porze suchej Pantanal zamienia się w sawannę.

Jeden z kilku gatunków czapli na tym obszarze
Jeden z kilku gatunków czapli na tym obszarze

Zwiedzanie Pantanalu

Ogrom tego miejsca zdecydowanie utrudnia jego zwiedzanie. Najczęściej w Brazylii jedzie się albo do Campo Grande albo do Corumbá, względnie Cuiaba i tam albo szuka wycieczki w agencjach, albo zostaje się odebranym przez przedstawiciela, jeśli zamówiliśmy wyjazd wcześniej. Do obu miejscowości można zarówno dolecieć, jak i dojechać lokalnymi autobusami. Inne popularne miejsce to Bonito na południu. Dalej wszystko zależy od tego, czego się oczekiwało. My przyjechaliśmy z Foz do Igucu nocnym autobusem do Campo Grande, gdzie rozpoczęliśmy naszą wycieczkę. Stamtąd czekało nas kilka dobrych godzin jazdy vanem (niewygodny, ale to nie jest był problem), by potem przesiąść się na ciężarówkę i dojechać do hotelu. Znaki drogowe po drodze wyglądały naprawdę obiecująco, ukazywały różne dzikie zwierzęta, które występują na tym obszarze.

Suszące się kormorany
Suszące się kormorany

Z wycieczkami bywa różnie. W naszym przypadku hotel stanowił bazę wypadową, gdzie mieliśmy nocleg i posiłki, a stamtąd mieliśmy kilka wycieczek-aktywności dziennie, w tym wypady na mokradła czy do lasów w małych grupkach. Sam hotel był dość klimatyczny. Domki na palach. Już w czasie podróży widzieliśmy, że będzie tutaj dużo ptaków. I faktycznie: przy hotelu były karmniki, do których zlatywało ciekawe okazy. Aktywności – wycieczki na większości tego typu wyjazdów są podobne. Natomiast tu warto zaznaczyć, że w dalszej części opis będzie trochę wymieszany z oceną naszego wypadu (ta w głównej części znajduje się na końcu tego wpisu). Ich odbiór zatem jest subiektywny, wynikający tak z oczekiwań jak i doświadczeń. Patrząc na mapie to nasz hotel znajdował się kilkadziesiąt kilometrów od parku stanowego, więc założyliśmy, że to będzie nasz główny teren eksploracji, przynajmniej jeśli chodzi o te najbardziej interesujące nas atrakcje. To coś, co warto zweryfikować szukając wycieczkę do Pantanalu.

Kapibara wielka (Hydrochoerus hydrochaeris), czyli największy żyjący na świecie gryzoń
Kapibara wielka (Hydrochoerus hydrochaeris), czyli największy żyjący na świecie gryzoń

Pantanal: Nocne poszukiwanie jaguara

Szczególnie rajcowała nas możliwość zobaczenia jaguara! Występują one w tych okolicach, a w ramach pobytu mieliśmy zapewnioną nocną wyprawę na jaguara. Czekaliśmy sobie, w końcu to pierwsza nasza atrakcja w tym miejscu. Zanim się doczekamy, możemy na miejscu zapoznać się z atlasem ptaków i ryb. W przypadku jaguara oczywiście nikt nie obiecywał, że go zobaczymy, ale jest to dla nas jasne. O szansach na zobaczenie zwierząt pisaliśmy przy okazji opisów safari w Tanzanii, jak również jak działało to w parku Hurulu na Sri Lance, gdzie wybór parku był podyktowany weryfikacją aktualnego występowania zwierząt w danym rejonie.

Zimorodek upierścieniony (Megaceryle torquata)
Zimorodek upierścieniony (Megaceryle torquata)

Gdy już się ściemniło, zebraliśmy się na nocną wyprawę na jaguara. Czekał na nas samochód terenowy z przedłużoną przyczepką, znaną nam z safari w innych krajach. Przewodnik miał latarkę i bardzo silną lampę, szperacza. Wyjechaliśmy na nieutwardzoną drogą, podobną do tej, którą dojeżdżaliśmy z przystanku do naszego hotelu. Jak się okazało, to są po prostu tutejsze wiejskie drogi. Rozglądaliśmy się po okolicznych zaroślach, w których podobno czają się jaguary. Wypatrzyliśmy kilka kajmanów, w tym malutkie, a także ocelota. Mówiono nam, że są duże szanse na jaguara, wskazywały na to także tropy. Wyprawa na jaguara nie trwała zbyt długo i poruszaliśmy się tylko po tej nieutwardzonej drodze. Żadnego off-roadu, co trochę może dziwić. Jednak wtedy jeszcze nie byliśmy zrażeni.

Tukan wielki / olbrzymi / toko (Ramphastos toco)
Tukan wielki / olbrzymi / toko (Ramphastos toco)

Pantanal: Jazda konna

Drugiego dnia naszego pobytu w Pantanalu zaplanowana była przejażdżka konna. Mieliśmy się przedzierać przez mokradła i z siodła wypatrywać zwierząt. Zanim przygotowano konie, mogliśmy się rozejrzeć po okolicy rancza. Stadnie przylatywały tutaj ary błękitne albo może hiacyntowe. Oba gatunki są bardzo podobne, bez zestawienia dwóch ich nie rozpoznamy. Ten gatunek jest narażony na wyginięcie i znajduje się na liście CITES, a więc podlega międzynarodowej ochronie. Natomiast papuga Blue znana z filmu animowanego „Rio” to ara modra, endemit, który żył w Brazylii. Od ary błękitnej i hiacyntowej różni się tym, że jest całkowicie niebieska, bez żółtych miejsc. W 2019 roku organizacja BirdLife International zaraportowała, że gatunek ten prawdopodobnie nie występuje już w naturze. Obecnie w niewoli szacunkowo żyje tylko 160 osobników. W 2020 roku 50 ar modrych ma zostać przewiezione do Brazylii, by zaadaptować je do natury. Miejmy nadzieję, że introdukcja gatunku zakończy się powodzeniem.

Na koniu przez Pantanal
Na koniu przez Pantanal

Wycieczka konna po mokradłach Pantanalu to przyjemne doświadczenie. Ale ze zwierząt, to udało nam się tylko z dużej odległości wypatrzyć kilka kapibar. To jest największy na świecie gryzoń. Jednak spodziewaliśmy się, że będą one naprawdę powszechne. Coś jak góralki na safari w Tanzanii. Więc mieszane uczucia, zwłaszcza jak się szukało zwierząt. Przejażdżka to raczej atrakcja rekreacyjna i jako taka sprawdza się znakomicie. Nie trzeba umieć jeździć na koniu, właściwie poruszamy się tylko stępem, wszyscy mają kaski na głowie. No i poza typową jazdą czeka nas dodatkowa rzecz, przekraczanie wody, której było tu sporo. Czasem trzeba było nawet podnosić nogi, by się nie zamoczyć.

Karakara czarnobrzucha (Caracara plancus)
Karakara czarnobrzucha (Caracara plancus)

Pantanal: Rejsy łodzią

W planie pobytu miał się znaleźć wieczorny rejs łodzią, by szukać żyjących przy samej rzece zwierząt. Nie wyszło to dobrze z powodu pogody. Było zimno (ale tu rozumiemy, że są to sytuacje, na które nikt nie ma wpływu). Rankiem w dniu naszego wyjazdu, zorganizowano nam jeszcze jedną wyprawę łodzią na rozlewisko, by przeżyć wschód słońca. Wśród odgłosów przedświtu wyróżniały się głośne ryki kajmanów. Początkowo sądziliśmy, że to jaguary, ale przewodnik nas naprostował. Piękna była chwila, gdy przewodnik zatrzymał silnik łodzi i w pełnej ciszy czekaliśmy na wschód słońca.

Pantanal widziany z łodzi
Pantanal widziany z łodzi
Konura czarnogłowa (Aratinga nenday)
Konura czarnogłowa (Aratinga nenday)

Głosy ptaków stopniowo narastały, by wreszcie wraz z pojawieniem się życiodajnej gwiazdy, wybuchł prawdziwy zgiełk. Tym przyjemnym akcentem zakończyliśmy nasz pobyt w Pantanalu. Jeśli chodzi o pływanie na silniku, nie wyszło to tak źle, zwłaszcza jak się wspomni rzeczne safari w Madu Ganga. Natomiast znów jest to atrakcja bardziej nastawiona na rekreację. Co więcej, pływając po rzece Miranda trzymaliśmy się jedynie bardziej przepustowej części akwenu i nie odpłynęliśmy daleko od ludzkich siedlisk. Żadnego pływania między szuwarami.

Palma porośnięta przez pasożyty
Palma porośnięta przez pasożyty

Pantanal: Safari i wyjście do dżungli

Następny dzień to wiele obiecujące całodniowe safari. Liczyliśmy, że trafić wreszcie trafi się jakiś konkretny zwierzak oraz że udamy się do tego pobliskiego parku zostawiając tereny rolnicze. Park był w odległości kilkudziesięciu kilometrów, w Tanzanii pokonywaliśmy większe odległości zanim zaczęliśmy właściwe oglądanie zwierząt, to uśpiło naszą czujność. Safari na Pantanalu okazało się być niewypałem. Tak po prostu. Obiecywaliśmy sobie wiele po zdjęciach, jakimi reklamował się hotel i opisami planowanych atrakcji. Także sama świadomość tego, czym jest Pantanal narobiła nam nadziei. Jeździliśmy po wiejskich nieutwardzonych drogach pomiędzy licznymi fazendas, czyli coś w rodzaju rancz i właściwie tyle. Trudno tutaj było się spodziewać dzikich zwierząt. Jedynie ptaki dopisywały.

Spacerem przez Pantanal
Spacerem przez Pantanal

W ramach tego całodniowego wypadu mieliśmy trzy przerwy. Pierwsza był to może godzinny spacer po dżungli. Do najciekawszych obserwacji tamtego dnia był fragment lasu nieco wzniesiony ponad otaczający poziom. Dzięki temu w porze deszczowej zwierzęta znajdują tutaj schronienie. Z tego względu lokalni mieszkańcy postanowili nie niszczyć tego lasku pod pola uprawne. Przewodnik pokazywał nam różne rodzaje egzotycznych dla nas roślin i opowiadał o nich. Widzieliśmy między innymi pasożyta w rodzaju liany, który oplata drzewo-ofiarę i żywi się jego sokami. Wygląda to trochę jak obcy. Ciekawe, ale też straszne, było drzewo żyjące w symbiozie z mrówkami. I to ścisłej symbiozie. Mianowicie mrówki żyją wewnątrz gałązek drzewa, w takiej „rurce-korytarzu”. Gdy ktoś uszkodzi to drzewo, wysypują się na niego mrówki, które kąsają bardzo dotkliwie. Mrówki też spacerują nieustannie po powierzchni, w tym po liściach, gotowe napaść na każdego, kto ośmieli się choćby dotknąć drzewa! Obchodzić trzeba wielkim łukiem.

Kajman żakare (Caiman yacare)
Kajman żakare (Caiman yacare)

Druga przerwa to była przerwa obiadowa. Dłuższa, trwająca ponad dwie godziny. Owszem obiad wymagał przygotowania, czym zajął się przewodnik. Zjechaliśmy z wiejskiej drogi pod płot jakiegoś rancza, bo tam był stolik. Mieliśmy też dużo czasu, by się przejść i zobaczyć choćby tutejsze krowy. Pomijając przerwy jeździliśmy po wiejskich drogach, licząc, że może przy okazji wypatrzy się jakieś zwierze. W przypadku ptaków szanse spore.

Pirania (Pantanal)
Pirania (Pantanal)

Pantanal i Piranie

Trzecia przerwa w planie „safari” to łowienie piranii. Od samego łowienia jesteśmy daleko, ale reszcie naszej grupy sprawiło to dużo frajdy. My tylko czekaliśmy, aż ktoś (przewodnik) złowi dużą piranię, byśmy mogli się jej przyjrzeć. To trzeba oddać piranii: zęby robią wrażenie! Także siłą, z jaką ta ryba zaciska szczęki i determinacja, z jaką kłapie paszczą. Dość to straszne. Z pewnością nie chcielibyśmy się kąpać w takiej wodzie! Po zakończonym pokazie przewodnik zapytał, czy bierzemy ją na kolację. Nikt nie chciał podjąć takiej decyzji, więc pomogliśmy: pirania wróciła do wody.

Świeże owoce (Pantanal, Brazylia)
Świeże owoce (Pantanal, Brazylia)

Gdy reszta grupy łowiła piranie, my zajęliśmy się zwiedzaniem okolicy i ruszyliśmy pieszo drogą. Oprócz lasku i drzewa-mrówki to było bodaj najbardziej przyjemne w tym dniu. Aha i jeszcze kajmak z wiórkami kokosowymi na deser. Najgorsze w tym safari było to, że właściwie nie odjechaliśmy zbyt daleko od hotelu. Żadnego parku, nic. Fragment dżungli został, bo nie wszystko tu wykarczowano. Warto dodać, że takich fragmentów dżungli na tym terenie pozostało trochę. Nie są one duże, przypominają raczej nasze zagajniki, które utrzymuje się na polach.

Bydło domowe (Pantanal)
Bydło domowe (Pantanal)

Z przyczyn pogodowo-organizacyjnych wypadła nam jeszcze jedna atrakcja, pływanie z piraniami i kajmanami. Trudno nam stwierdzić jakby to wyglądało. Tu warto zauważyć, że te wszystkie atrakcje łączy jedno, mają charakter rekreacyjny, a w niewielkim tylko stopniu poznawczy.

Krajobraz Pantanalu
Krajobraz Pantanalu

Zwierzęta Pantanalu

Warto wspomnieć o zwierzętach. Pomijając ptaki najłatwiej było dostrzec kajmany. Kajman żakare (Caiman yacare) występuje tu dość powszechnie, najczęściej w wolnostojących wodach. Tych jest sporo w Pantanalu. W części, w której byliśmy, poza polami przy drogach wiejskich jest też sporo mokradeł. Tym samym gady te były dość często spotykane i faktycznie można się było nimi nacieszyć.

Ara zielonoskrzydła (Ara chloropterus)
Ara zielonoskrzydła (Ara chloropterus)

Pojedyncze zwierzęta, które widzieliśmy bardzo daleko to legwan zielony (Iguana iguana) czy tapir anta (Tapirus terrestris). Dwa razy widzieliśmy wydry olbrzymie (Pteronura brasiliensis) – inna nazwa to arirania amazońska. Wszystkie bardzo daleko, bez zooma ciężko byłoby dostrzec zwierzę, a i on niewiele pomógł. Trochę więcej kapibar, ale też niewiele. Pancerniki, mrówkojady, jaguary w ilości zero. Za to trzeba przyznać, że różnorodność i liczba ptaków w tej części Pantanalu jest zachwycająca. Są zimorodki, ary zielonoskrzydłe i ary modre/hiacyntowe. Tutaj ary są nazywana arara. Wyjaśnienie jest proste: ptaki te głośno krzyczą, zwłaszcza w trakcie lotu, wyraźne ARARA! ARARA! ARARA! Są one tutaj najbardziej hałaśliwymi ptakami, nawet jak na papugi. Do tego dochodzą też ptaki drapieżne, jak sokoły, czy karakara czarnobrzucha. Rozpiętość jej skrzydeł dochodzi o 130 cm, a waga do 1,5 kilograma. Pazury i dziób też ma niezłe.

Żabiru amerykański (Jabiru mycteria), czyli brazylijski bocian
Żabiru amerykański (Jabiru mycteria), czyli brazylijski bocian

Podsumowanie wycieczki

Co z naszym pobytem w Pantanalu było nie tak? Zdjęcia są przecież ekstra. Duża różnorodność ptaków, zieleń. Różne aktywności: rejs łodzią motorową, nocne eskapada na jaguara, przejażdżka konna, safari. Rzecz w tym, że mocno nastawiliśmy się na dziką przyrodę. Jak mogliście zauważyć nie raz, przyroda, zwierzęta to jest to, co nas bardzo pociąga w naszych wyjazdach. Mnogość dzikich zwierząt akurat tutaj nie była naszym wymysłem, ale zasugerował to opis naszego hotelu Pantanal Jungle Lodge oraz pośrednika – Pantanal Discovery. Pośrednik który nas odebrał, był bardzo przyjazny i jeszcze nas nakręcał na zwierzęta. Zresztą galerie zdjęć na stronach hotelu i agencji były pełne zwierzaków.

Modroara hiacyntowa lub ara hiacyntowa (Anodorhynchus hyacinthinus)
Modroara hiacyntowa lub ara hiacyntowa (Anodorhynchus hyacinthinus)

Na miejscu wyglądało to mega klimatycznie: hotel zbudowany na palach, zacumowane łodzie, wokół mokradła… Tylko że to taka dekoracja, bowiem za parkingiem są zwykłe domy i tam nie trzeba budować nic na palach. To teren rolniczy, gdzie pozostało niewiele ostoi dzikich zwierząt. Niestety Pantanal jest bardzo zagrożony i tego właśnie doświadczyliśmy. Nam zamiast dodatkowych atrakcji wystarczyłoby oglądanie dzikich zwierząt, nie jako dodatek jak się przypadkiem trafi, tylko właśnie jako główny cel wyprawy. Przy konieczności zaliczenia kolejnych „atrakcji” tego celu nie da się zrealizować, bo szukanie fauny wymaga czasu.

Pantanal i typowy krajobraz
Pantanal i typowy krajobraz

Do tego doszła fatalna organizacja, jeśli chodzi o dojazdy i czas. Z czterech dni, które mieliśmy tam spędzić, prawie dwa straciliśmy na dojazdach. Gdybyśmy na własną rękę je zrobili, wypadłoby to lepiej (wystarczyło wynająć samochód i dojechać z lotniska do hotelu bez przesiadek). Dodatkowo czekanie na kolejne, krótkie atrakcje, zajmowało większość dnia. Przed wyjazdem oczywiście zapoznaliśmy się z komentarzami dotyczącymi miejsca. Były dobre i bardzo dobre, wręcz pochwalne. Jednak gdy się popatrzy na gości, to większość z nich chce wypocząć, miło spędzić czas w ciekawej scenerii, a zdjęcia zwierząt to przy okazji, smartfonem, zaś przerwy spędzać w barze popijając alkohol i buszując po Internecie.

Jaszczurka
Jaszczurka

Natomiast osoby, które miały poważniejszy sprzęt fotograficzny i ewidentnie nastawiały się na safari, nie były zadowolone. Wyglądało to tak, że większość osób w ośrodku stanowili Brazylijczycy, którzy byli zadowoleni. Oni przyjechali tu na agroturystykę, by wypocząć. Natomiast poza nami była jeszcze para Francuzów i Amerykanów. Podobnie jak my, przyjechali tu oglądać zwierzęta i odbiór niestety był podobny. Pantanal miał być ważną częścią tego wyjazdu i niestety to rozczarowanie mocno rzutowało na całość. Zwłaszcza, że musieliśmy wybierać między Pantanalem a Manaus i Amazonią. Prawie wszyscy mówią, że jeśli jedzie się oglądać zwierzęta należy wybrać Pantanal. Patrząc na ogrom całości, ewidentnie źle wybraliśmy.

Rozlewiska Pantanalu o świcie
Rozlewiska Pantanalu o świcie

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak brazylijski
Pantanal

Pinnawala Elephant Orphange, sierociniec dla słoni i „Indiana Jones”

Sierociniec dla słoni Pinnawala na Sri Lance jest miejscem znanym i budzącym spore kontrowersje. Nas przyciągnął tu Jet setting, czyli szukanie miejsc związanych z filmem „Indiana Jones i Świątynia Zagłady”. Pinnawala Elephant Orphange jest jedną z lokacji. Dodatkowo skądś te słonie do filmu musieli brać, prawda? Właśnie z tego zakładu dla osieroconych, porzuconych, chorych i rannych słoni. Nie udało nam się jednak dowiedzieć, czy chociaż któryś ze słoni, które brały udział w filmie, jeszcze żyje: nie jest to nierealne, gdyż dożywają one 75-ciu lat, a w filmie wystąpił młody osobnik.

Słoń jest prowadzony do kąpieli w Maha Oya
Słoń jest prowadzony do kąpieli w Maha Oya

Pinnawala, ochrona słoni i kontrowersje

Ośrodek został założony w 1975 roku przez lankijskie Ministerstwo ds. Ochrony dzikiej przyrody. Po kilkukrotnej zmianie lokalizacji, sierociniec osiadł wreszcie około 40 kilometrów od Kandy, nieopodal rzeki Maha Oya. Obecnie sierociniec (w skrócie czasem określany jako PEO) szczyci się największym na świecie stadem słoni w niewoli, liczącym w 2012 roku prawie 80 osobników (nie mamy nowszych danych).

Pinnawala i kąpiel słoni w rzece
Pinnawala i kąpiel słoni w rzece

Oprócz słoni osieroconych, które zagubione odnajdywano wędrujące po lasach i polach, w ośrodku przebywają także zwierzęta chore i kalekie, ale także prowadzi się hodowlę słoni na potrzeby prywatnych kupców. Część z tych słoni „pracuje” w branży turystycznej do przejażdżek i prywatnych mini-zoo, kilka trafiło do Kandy, gdzie biorą udział w Festiwalu Zęba Buddy.

Słoń zadowolony z kąpieli
Słoń zadowolony z kąpieli

Zwalczanie słoni na Cejlonie

Z powodu komercyjnej działalności PEO bywa niejednokrotnie krytykowane przez organizacje obrońców praw zwierząt. Inne lankijskie instytucje badały działalność sierocińca, mimo to nie stwierdzały uchybień. W sieci można znaleźć wiele wpisów nawołujących do bojkotu tego miejsca. Natomiast należy pamiętać, że taki ośrodek nigdy nie będzie naturą, słonie chodzą tu z łańcuchami (jak praktycznie wszędzie, gdzie trzyma się słonie poza wybiegami), a ludzi nie da się upilnować. Z drugiej strony cały czas mamy na uwadze to, że informacje, iż słoń zranił lub zabił człowieka w mediach na Cejlonie pojawia się często.

Zaś słoń chory lub ranny (i nie tylko) będzie szukał pożywienia tam gdzie o nie najłatwiej – wśród ludzi – powodując straty materialne i często ludzkie. Takie zwierzęta zagrażają ludziom i sobie samym, wszak nierzadko mieszkańcy biorą odwet na innych słoniach, mimo kar jakie im za to grożą. Również te skrzywdzone przez ludzi słonie trafiają do sierocińców. Dlatego część z tych zwierząt czasem naprawdę wygląda źle, na pokaleczone.

Słonie prowadzone do kąpieli
Słonie prowadzone do kąpieli

Niestety, ale ośrodki które wychwytują porzucone i osłabione słonie są tutaj zwyczajnie potrzebne. Ponadto lankijska kultura i turystyka wymagają udziału tych majestatycznych stworzeń w pewnych wydarzeniach, więc lepiej, by pochodziły one z legalnych i nadzorowanych hodowli, do których zalicza się ośrodek w Pinnawala. Zresztą rząd Sri Lanki mocno kontroluje wszelkie zarabianie na słoniach.

Mycie słoni w Pnnawala (zbiorowo)
Mycie słoni w Pnnawala (zbiorowo)

Słonie na Sri Lance

Na Cejlonie koegzystencja ludzi i słoni to prawdziwy problem. W miejscach takich jak płaskowyż Hortona słonie zostały doszczętnie wytępione jeszcze przez Brytyjczyków. Dodatkowo mocno przetrzebiono ich naturalne żerowiska, zwierzęta jednak nie dały się zamknąć w rezerwatach. Dziko żyjące słonie są na Sri Lance utrapieniem. Ludzie grodzą pola za pomocą drutów pod napięciem, a w szczególnie zagrożonych miejscach nocują w domkach na drzewach. Dla nas, Europejczyków, zobaczyć słonia jest wielką atrakcją, ale miejscowi widzą to zupełnie inaczej. Było dla nas szokiem, jak bardzo uciążliwe może być współdzielenie środowiska z zagrożonym gatunkiem i chociaż chcielibyśmy pełnej ochrony słoni, musimy też wczuć się w sytuację ludzi. Ale pamiętajmy, że w Tanzanii było dość podobnie. Słoń był uznawany za trzecie najbardziej niebezpieczne dla człowieka zwierzę, po musze tse-tse i komarze. To wszystko sprawia, że docenia się wkład rządu w ochronę słoni. Nawet jeśli takie miejsca jak ten sierociniec nie spełniają najwyższych standardów zachodnich.

Pinnawala i mycie słoni indywidualne (dodatkowo płatna atrakcja)
Pinnawala i mycie słoni indywidualne (dodatkowo płatna atrakcja)

Zabijanie słoni na Sri Lance

Mimo surowego prawa, rocznie zabija się około stu słoni (czyli więcej niż jest w tym sierocińcu). Spójrzmy na to z perspektywy Lankijczyków: rolnik posiada stosunkowo niewielkie pole ryżu, często jest to uprawa przejściowa w dogodnym akurat miejscu w lesie. Zabudowa mieszkalna jest licha, powstała z dostępnego na miejscu surowca; dotyczy to zwłaszcza tymczasowych pól uprawnych. Sadzi ten rolnik ryż, dba o sadzonki, oczekuje na czas żniw. I wpada słoń, zwabiony polem pełnym zboża. Niszczy uprawy wyrywając kłosy, tratuje chatę znęcony zapachem jedzenia i nierzadko przypadkowo zabija ludzi.

To sytuacje ekstremalne, ale zdarzają się niestety często. Podczas naszego pobytu na Sri Lance, nasz przewodnik słuchając radia, aż czterokrotnie przetłumaczył nam informacje o tym, że słoń kogoś zabił lub poważnie zranił. Byliśmy tam niecałe dwa tygodnie. To niestety nastawia ludzi dość wrogo do słoni. Boją się ich i nie lubią, a potem bywa, że biorą sprawy w swoje ręce. Dziś to nie kłusownictwo jest problemem (dlaczego – pisaliśmy o tym przy okazji Hurulu), a zwykłe tępienie słoni.

Słoń zarzywający kąpieli
Słoń zarzywający kąpieli

Słonie a turystyka

Do tej całej, skomplikowanej układanki dochodzą jeszcze przejażdżki na słoniach, które są na Sri Lance bardzo drogie – nawet około 40 USD za osobę. Ta atrakcja jest jednocześnie ściśle kontrolowana przez rząd, co oznacza ograniczony podaż i jednocześnie konieczność trzymania zwierząt w odpowiednich warunkach. To widać: najczęściej słonie nie chodzą po asfalcie, ale po leśnej ścieżce, wchodzą do wody, korzystają z cienia. W porównaniu z Tajlandią podobno jest zauważalnie lepiej. Ale powiedzmy sobie wprost, u nas też w tej kwestii mamy do nadgonienia trochę, patrząc jak traktujemy konie.

Rzeka Maha Oya (Pinnawala)
Rzeka Maha Oya (Pinnawala)

Czy jest to nieetyczna rozrywka? Słonie indyjskie łatwo dają się oswoić i od czasów starożytnych służą człowiekowi w różnych pracach, także na wojnie (aż do XVIII wieku), o czym pisaliśmy przy okazji Kartaginy. W sierocińcu używa się samców do lekkich prac takich jak przenoszenie pożywienia. Nie różnią się tym samym od koni w innych cywilizacjach. Oswajanie i tresura słoni to proces dla nich bolesny? Niestety najczęściej tak, ale nie zapominajmy, że przyzwyczajanie źrebiąt do siodła i wędziła też nie przychodzi im naturalnie. Zwłaszcza, że z oswajaniem zwierząt bywa tak, że ludzie często wybierają szybszą i łatwiejszą drogę, niestety boleśniejszą dla zwierząt.

Tradycja jazdy na słoniu

Tu jeszcze dochodzi element tradycji, czli Mahout i jego słoń. Słowo „mahout” pochodzi z hinduskiego mahawat. Znane w Europie „kornak” pochodzi z sanskryckiego karināyaka i na Stary Kontynent określenie przywieźli Portugalczycy. Na Sri Lance opiekun/trener słoni nazywa się pahan (tamilski) lub kurawanayaka (syngaleski). Oczywiście trzeba wpierw nawiązać wieź ze zwierzęciem, oswoić je do siebie. Czy dziś taka tradycja powinna być kultywowana? Ostatecznie każdy musi sam sobie wyrobić opinię na ten temat. Natomiast w Pinnawali turyści nie jeżdżą na słoniach. Nie ma takiej atrakcji.

Słonie na wybiegu w sierocińcu Pinnawala
Słonie na wybiegu w sierocińcu Pinnawala

Pinnawala: atrakcja turystyczna czy centrum edukacyjne?

Na koniec jeszcze jedna kwestia, czyli komercyjny charakter Pinnawali. Tego nie da się nie zauważyć. To dziś przede wszystkim atrakcja turystyczna, dopiero później faktycznie sierociniec, a na samym końcu centrum edukacyjne. Chyba najlepiej widać to było podczas kąpieli, gdzie opiekujący się słoniami Lankijczycy za małą łapówkę pozwalają dotknąć słonia. Inni sprzedają jakieś jedzenie. Jeszcze inni pozwalają słonie karmić byle czym. Dzieje się tak do momentu, gdy nie pojawi się ktoś z kierownictwa. Wówczas nieprawidłowości znikają. Ciekawy jest też stosunek ludzi chroniących te zwierzęta do nich samych, zwłaszcza w kontekście nie lubienia ich na Sri Lance. Czynnik ludzki jest dość zawodny.

Niemniej jednak nie można udawać, że Pinnawala nie istnieje. Mało tego, w jakimś stopniu pełni nawet istotną rolę w ochronie słoni, acz jest to forma kompromisu różnych interesów, a nie idealny świat. Czasem współistnienie na małej powierzchni ze zwierzętami to problem, a ludzkie tradycje i zwyczaje dodatkowo go komplikują. Zaś mnóstwo sklepów, także sprzedających papier z odchodów słonia, powoduje ten komercyjny odbiór. Jest duża szansa, że każdy zobaczy tu to, czego szukał. Zatem każdy powinien wziąć pod rozwagę, czy chce tu przyjeżdżać i dlaczego.

Karmienie słoni to dodatkowa atrakcja
Karmienie słoni to dodatkowa atrakcja

Co można zobaczyć w Pinnawala Elephant Orphange?

Czego jednodniowy turysta może się spodziewać w Pinnawala Elephant Orphange? Przede wszystkim, może je podejrzeć naprawdę z bliska, zwłaszcza podczas rutynowej kąpieli. Dwa razy dziennie w określonych godzinach słonie są przeprowadzane z ośrodka nad brzeg rzeki Maha Oya, to jest jakieś 500 metrów. Następnie słonie wchodzą do wody, w której część ochoczo się tapla, a część trzeba polewać wodą. Można także wykupić kąpiel ze słoniem: jeden ze zwierzaków jest na tyle spokojny, że leżąc w wodzie daje się polewać i drapać szczotką. Można patrzeć na te słonie i patrzeć, nie znudzi się. Nam najbardziej podobało się spostrzeżenie, że każde ze zwierząt ma swoją własną, bardzo wyraźną osobowość i preferencje co do spędzania czasu nad wodą. Przynajmniej kilka z tych słoni naprawdę się tą kąpielą cieszyło i było to po nich widać. Były też inne, które najchętniej zostały by w ośrodku i czekały, kiedy ta wątpliwa przyjemność się skończy.

Pinnawala i wybieg dla słoni
Pinnawala i wybieg dla słoni

Samice chadzają swobodnie jako stado, ale są zabezpieczane łańcuchem na noc. Samce natomiast prowadzą indywidualnie mahauci, czyli inaczej kornakowie – opiekuni i trenerzy słoni wyposażeni w kij z hakiem. Nogi samców są skrępowane łańcuchem, także podczas kąpieli.

Po powrocie do ośrodka, słonie obsypują się na nowo piaskiem – na nic całe mycie, zdawałoby się. Dla nich jednak jest to ochrona przed słońcem i insektami. Na liczącym 10 hektarów terenie słonie chodzą na swoich wybiegach. Znajdziemy tutaj tablice edukacyjne, z których możemy dowiedzieć się wiele o życiu słoni i działaniu sierocińca, także o takich drażliwych kwestiach jak trzymanie ich w niewoli i w łańcuchach. Choć tablice ustawione są raczej tak, że jest to działalność pro forma, wręcz trzeba się za nimi rozglądać. Bilety są sprawdzane przy wejściu do właściwego ośrodka i przy rzece. W obu miejscach mamy swobodę w chodzeniu, choć przy rzece istotne są godziny kąpieli. W miejscu, gdzie pluskają się słonie można albo stać w słońcu, albo w barze z dobrym widokiem (dodatkowo płatne, trzeba coś zamówić).

Słonie w rzece
Słonie w rzece

Karmienie słoni

W określonych godzinach można wykupić karmienie słonia owocami albo młodego mlekiem. To drugie akurat było odwołane podczas naszego pobytu. Ośrodek nie oferuje przejażdżek na grzbiecie zwierząt. My skorzystaliśmy z możliwości nakarmienia słonia (i tym samym pogłaskania go). W naturze dorosły słoń indyjski je dziennie jakieś 150 kilogramów trawy i innych roślin. Trudno je więc tu przekarmić. Kupując możliwość karmienia słonia dostajemy koszyk z pokrojonymi owocami, które wsadza się słoniowi do pyska. Te są nauczone i czekają. Nasz był na tyle rozleniwiony, że nawet nie chciało mu się trąbą łapać pokarmu. Kupienie jedzenia w Pinnawali jest tańsze niż to, co oferowali ludzie przy kąpieli, a dodatkowo jest tu więcej różnych rzeczy, które faktycznie jedzą te ssaki. Zaś przy całej ceremonii dużo więcej jest gapiów niż osób karmiących.

Słonie i okolice Pinawalli wykorzystano w filmie „Indiana Jones i świątynia zagłady”
Słonie i okolice Pinawalli wykorzystano w filmie „Indiana Jones i świątynia zagłady”

Pinnawala i Indiana Jones

Przypominamy, że nas przyciągnął tu Indiana Jones. Jak pamiętamy Harrison Ford jeździł w „Świątyni Zagłady” na słoniu. Część scen ze słoniami nagrywano koło Kandy przy muzeum herbaty cejlońskiej, natomiast pozostałe ujęcia kręcono właśnie w tym sierocińcu. Przede wszystkim przejście przez rzekę Maha Oya, tę samą, w której dziś codziennie kąpią się słonie. Niestety nie udało nam się dotrzeć do informacji, w którym dokładnie miejscu były kamery. Być może wykorzystano też zdjęcia z wybiegu, ale nie udało się nam tego potwierdzić.

Z dostępnych informacji wynika, że zdjęcia kręcono w rzece Maha Oya oraz tuż przy jej brzegu, gdzie nagrywano sceny w dżungli. Niestety „Świątynia zagłady” Stevena Spielberga była raczej epizodem w sierocińcu, o którym dziś mało kto pamięta. Dla nas zaś poza filmowym miejscem, była to wspaniała okazja, by móc nakarmić słonia i przy okazji go pogłaskać. Swoją drogą oprócz Pinnawali w okolicy działa nierządowy – Millenium Elephant Foundation. Wielu przewodników i kierowców przywozi tam turystów, także dlatego, że ten ośrodek właśnie pozwala na jazdy na słoniach. Dla nas jednak ważniejsza była filmowa historia i ochrona słoni.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Pinnawala
Szlak filmowy
Pinnawala

Park Narodowy Krka, przepiękne rozlewisko

Niedaleko Szybeniku jest położony Park Narodowy rzeki Krka (chor. Nacionalni Park Krka). Został założony w 1985 roku na obszarze 109 km2 w środkowym i dolnym biegu rzeki Krka oraz fragment rzeki Čikola, obejmującym rozlewiska, bystrzyny czy skalne progi z trawertynu, na których tworzą się malownicze wodospady.

Park Narodowy Krka (Chorwacja)
Park Narodowy Krka (Chorwacja)

Rozlewisko rzeki Krka

Rzeka Krka rozciąga się po wapiennych osadach tworząc liczne wodospady. To teren pełny wspaniałej fauny i flory. Występują tu choćby endemiczne gatunki ryb, płazy, czasem gady i mnóstwo ptactwa. Jednocześnie to obszar istotny kulturowo. Pewne zabytki pochodzą nawet z czasów rzymskich.

Piękne szlaki przyrodnicze w Krka
Piękne szlaki przyrodnicze w Krka

Trasa dla turystów przebiega drewnianymi kładkami i krętymi pomostami posadowionymi na bystrzynach rzeki i przy samych wodospadach. Przy wysokim stanie wód jest to naprawdę ciekawe doświadczenie, zwłaszcza że chodzimy między lub nad terenami wodnymi,  miejscami porośniętymi bujną zielenią. Krka jest pięknym i przyjemnym miejscem na spacer, zwłaszcza gdy jest mniej ludzi.

Las i rozlewisko (Chorwacja)
Las i rozlewisko (Chorwacja)

Park Narodowy Krka i wodospad

Park Narodowy Krka jest bardzo chętnie odwiedzany przez turystów. W jednym z „jeziorek” pod wodospadem Skradinski Buk można się było kąpać do niedawna. Od czerwca 2018 władze parku wprowadziły zakaz ze względu na konieczność ochrony przyrody parku. Podczas naszej wizyty obowiązywał jeszcze tymczasowy zakaz związany z wysokim stanem wód i tym samym silnym nurtem. Ale nie był egzekwowany jakoś szczególnie i parę osób się tu kąpało. Stały zakaz już wprowadzono, więc należy liczyć się z tym, że z czasem będzie bardziej egzekwowany. Już wcześniej władze parku ograniczały możliwość kąpieli, a także liczbę turystów przebywających wokół najpopularniejszego wodospadu ustalono na maksymalnie 10000.

Żyją tu endemiczne ryby z rodzaju Leuciscus, spokrewnione z jelcami i boleniami
Żyją tu endemiczne ryby z rodzaju Leuciscus, spokrewnione z jelcami i boleniami

Nie mniej istotny jest XV-wieczny klasztor franciszkański Matki Boskiej Łaskawej na wyspie na Jeziorze Visovac. Blisko wodospadu Skradinski Buk znajdują się też pozostałości XIII-wiecznego młyna oraz XIX-wieczne zabudowania i elementy infrastruktury wodnej z tamtego okresu. Zbudowano tu pierwszą w Europie elektrownię wodną (pierwsza na świecie przy wodospadzie Niagara została uruchomiona zaledwie dwa dni wcześniej). Okazjonalnie odbywają się tutaj pokazy dawnego rzemiosła. XIX-wieczne budynki znajdują się przy głównej części parku.

Jeden z wodospadów
Jeden z wodospadów

Park rzeki Krka jest dość rozległy. Trasy spacerowe wiodą przede wszystkim w okolicach wodospadu Skradinski Buk (tam też było kąpielisko). To najdłuższy i najczęściej odwiedzany fragment tego parku, a tym samym także najbardziej rozpoznawalny.

Wodospad Krka
Wodospad Krka

Dojazd do parku

Do parku można dostać się na kilka sposobów. Najpopularniejszy to przyjechanie samochodem na parking w miejscowości Lozovac. Formalnie parking jest płatny, ale w maju jakoś nikt nie palił się do pobierania opłat. Z parkingu jeździ już bus, który podwozi nas do trasy. Można też iść tam na piechotę, ale zajmuje to trochę czasu, zaś trasa nie jest tak widowiskowa jak właściwy park. Druga opcja to statki. Te kursują po rzece Krka z miejscowości Skradin. Nimi też można dotrzeć do wspomnianego już klasztoru. Park czynny jest przez cały rok.

Las i wodospad
Las i wodospad

Bardzo wiele atrakcji znajduje się w górnej części rzeki, ale na to trzeba już poświęcić zdecydowanie więcej czasu. Są tam choćby wodospad Miljacka, czy Manojlovački, albo intrygujące jaskinie czy stanowisko archeologiczne Burnum. Jest to wspomniana wcześniej rzymska osada wojskowa. Ale jak pisaliśmy, te najbardziej charakterystyczne i najczęściej fotografowane, a jednocześnie najbardziej turystyczne to okolice Skradinskiego Buku. To spokojnie da się zobaczyć w jeden dzień i to ze sporym zapasem. Na resztę parku trzeba poświęcić kilka dni.

Widok na tarasy rzeczne
Widok na tarasy rzeczne

Zwiedzanie Krka

Park Narodowy Krka to cudowne miejsce, jedno z obowiązkowych do zobaczenia w Chorwacji. Tylko warto w miarę możliwości zaplanować wizytę tu przed Plitvicami. Tamte są dość podobne, większe i jeśli zobaczy się je jako pierwsze, to Krka może nie zrobić na nas właściwego wrażenia. Zaś przy umiejętnym dozowaniu oba miejsca dostarczą wspaniałych doznań. Ceny biletów i godziny otwarcia można sprawdzić na oficjalnej stronie parku.

Pozostałości wioski w Parku Narodowym Krka
Pozostałości wioski w Parku Narodowym Krka

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak chorwacki
Park Narodowy Krka