Wąwóz Samaria, najdłuższy wąwóz Europy (Kreta)

O wąwozie Samaria (grec. Σαμαριά) krążą dwie opinie. Warto, bo piękny, albo nie warto, bo są piękniejsze, a ten jest zbyt turystyczny. My przychylamy się do tej pierwszej, zdecydowanie warto, ale najlepiej wtedy, gdy nie ma tu zbyt wielu ludzi. Czyli nie w szczycie sezonu i tak rano jak się tylko da, wtedy naprawdę można napawać się tym cudownym, a przy tym bardzo różnorodnym miejscem. Jest to jedna z najciekawszych całodniowych wycieczek na Krecie.

Wejście do wąwozu
Wejście do wąwozu

Geneza nazwy Samaria

Nazwa wioski jak i wąwozu Samaria brzmi dość znajomo. Oczywiście kojarzy się to z Samarią w Izraelu i Samarytanami, ale tym razem nie o to chodziło. Brakuje bezpośrednich biblijnych konotacji, ale są pośrednie. Nazwy pochodzą od stojącej tu cerkwi Osia Maria (Błogosławionej Marii) z XIV-wiecznymi freskami.

Początek trasy
Początek trasy

Najdłuższy wąwóz Europy (i dojazd)

Wąwóz Samaria to najdłuższy suchy wąwóz w Europie, jednocześnie nie będący rzecznym. Dla turystów udostępniono ścieżkę o długości 16 km (+ 2,5 km do promu, ale można wziąć bus). Szlak zaczyna się na równinie Omalos na wysokości 1227 m. n.p.m. – tutaj należy się kierować, gdy jedzie się samochodem. Następnie schodzi się schodami w dół, początkowo aż na głębokość 600 m. n.p.m., a potem już łagodnie i stopniowo 16 kilometrów do morza. Po drodze mija się opuszczoną wioskę Samarię.

Zabezpieczenia przed kamieniami
Zabezpieczenia przed kamieniami

Szlak w wąwozie Samaria

Mniej więcej co 20 do 90 minut zorganizowane są miejsca postojowe. Wszystkie mają źródełka pitnej wody, większość także bezpłatne toalety. Niektóre z tych przystanków są niewielkie, inne dość duże, zaś pojedyncze mają nawet dodatkową infrastrukturę.

Szlak przez wąwóz Samaria
Szlak przez wąwóz Samaria

Zwłaszcza w górnej części szlaku – podczas schodzenia w dół – częste są znaki ponaglające do szybkiego przejścia z uwagi na możliwość spadania kamieni. Często mija się także budynki używane przez strażaków. Faktycznie istnieje tu pewne zagrożenie pożarowe. Samaria przyciąga wielu turystów, więc Grecy dobrze dbają o to miejsce.

Kamienie i zwalone drzewo
Kamienie i zwalone drzewo

Szlak w wąwozie Samaria przebiega wzdłuż to jednego to drugiego brzegu górskiego strumienia, który w związku z tym niejednokrotnie się przecina. Gdy tutaj byliśmy, stan wody był niski, więc przejście było bezpieczne, w dodatku dało się to zrobić najczęściej suchą stopą. Jednak zdarza się, że strumień zamienia się w rwący potok i przekraczanie go jest zdecydowanie bardziej problematyczne. Gdzieniegdzie można zauważyć liny dla przytrzymywania się. Trzeba jednak się liczyć z tym, że w czasie bardzo złych warunków wąwóz jest zamykany.

Jeden ze starych kościołów
Jeden ze starych kościołów

Strumień jest źródłem pitnej wody – stąd zwłaszcza bardziej w dole wąwozu pojawiają się znaki zabraniające moczenia stóp w wodzie. Tam mamy wiele mostków, a także kładek, byle tylko nie dotykać wody. Jeśli faktycznie butelkowana woda Samaria pochodzi stąd, to może warto respektować ten przepis.

Koza kri-kri
Koza kri-kri

Samaria – Park Narodowy

Jednym z powodów utworzenia Parku Narodowego Wąwozu Samaria w 1962 roku była potrzeba ochrony siedliska endemicznej kozy agrimi, zwanej też kri-kri. Tylko na tym obszarze ten podgatunek kozy bezoarowej występuje w stanie dzikim. Ta dzika koza pojawiła się tutaj w okresie kultury minojskiej, a więc ok. 7 tysięcy lat temu, nie jest więc taki do końca endemiczny. Podczas okupacji niemieckiej w czasie II wojny światowej była jedynym solidnym źródłem pożywienia dla kryjących się w wąwozie partyzantów, stąd jej liczebność drastycznie spadła – do około 200 osobników.

Szlak przez wąwóz
Szlak przez wąwóz

Dziś żyje jakieś 2000 kóz w stanie dzikim. Są płochliwe, ale nam trzykrotnie udało się je wypatrzyć. Na jednym z postojów była trochę bardziej oswojona z turystami koza, która liczyła na jakieś smakołyki. Oczywiście dokarmianie kóz jest zabronione. Niemniej jednak zwierzęta te czyhają i nie raz porywają to co spadnie lub zwyczajnie wyjadają ze śmietników. Wypatrywanie ich jest dodatkową atrakcją tej przeprawy. Co ważniejsze, dość często się udaje.

Strumień do pokonania
Strumień do pokonania

Spacerując mamy okazję zobaczyć bardzo różnorodny krajobraz. Najpierw mamy ostre zejście w dół, potem spokojniejszą trasę lasem, na koniec zaś wąwóz faktycznie zwęża się i przechodzi się między skałami. Nawet w suchszym okresie, takim jak ten nasz, miejscami trzeba przejść przez wodę. Ale na szczęście są drewniane pomosty, o których już wspominaliśmy, więc trudno się zamoczyć.

Widok na góry
Widok na góry

Góry i Żelazne Wrota w wąwozie Samaria

Mamy okazję zobaczyć choćby Góry Białe – Lefka Ori – nazwa i kolor białe pochodzą od wapiennych skał, z których zbudowane jest to pasmo górskie. Najwyższy szczyt Gór Białych i drugi co do wysokości szczyt na Krecie to Pachnes, wznoszący się 2453 m n.p.m. Trasa przez wąwóz niestety go omija. Za to otaczają ją dwa inne szczyty, na północ – Melintaou (2134 m n.p.m) i na zachód – Volakias (2117 m n.p.m.).

Krajobraz wąwozu
Krajobraz wąwozu

Ale im głębiej schodzimy, im bliżej morza jesteśmy, tym bardziej chodzimy pośród skał, nie zalesionych gór. Najwęższe miejsce wąwozu Samaria: Żelazne Wrota. Skały tutaj oddalone są od siebie zaledwie o 3,5 metra. No i są przeciągi od morza. To też jedna z najbardziej charakterystycznych części wąwozu.

Most
Most

Powrót

Wąwóz Samaria kończy się na samym morzu przy miejscowości Ajia Rumeli (gr. Αγία Ρουμέλη). Tutaj można zażyć zasłużonego odpoczynku przy obiedzie w jednej z licznych restauracji, kupić koszulkę „Przetrwałem Samarię” (nie taki znowu wyczyn… we wrześniu nawet gorąco nie było). I tutaj przede wszystkim można złapać prom np. do Chora Sfakion, a tam autobus (skorelowany z promem, czekają na turystów), który zawiezie nas z powrotem do wejścia w Omalos, gdzie zostawiliśmy samochód. Tu jeszcze mała uwaga praktyczna.

Wąwóz Samaria
Wąwóz Samaria

Myśmy przyjechali samochodem do Omalosi zatrzymaliśmy się na jednym z przyhotelowych parkingów, a potem przeszliśmy do wejścia do wąwozu. Tam jest co prawda parking, ale nie wiedzieliśmy, czy powrotny KTEL się przy nim zatrzyma. Okazało się, że owszem, autobus staje zarówno w Omalos, jak i pod wejściem do wąwozu. Warto tam jechać od razu, bo z Omalos jest kawałek do przejścia. Promy w Ajia Rumeli chodzą w dwóch kierunkach, zaś Chora Sfakion to tylko jeden z przystanków. Autobusami KTEL można stamtąd dojechać np. do Chanii, więc da się tę wycieczkę zorganizować samodzielnie bez wypożyczenia samochodu. Grecy jeśli chodzi o dowożenie turystów są dość dobrze zorganizowani, ale mimo wszystko trzeba przewidzieć wystarczającą dużo czasu.

Samaria
Samaria

Do wąwozu przyjechaliśmy praktycznie na samo otwarcie (we wrześniu około 10:00), a zdążyliśmy z pewną rezerwą czasu na obiad i następnie na prom, a potem autobus do Omalos. Przejście z niewielkimi odpoczynkami i postojami na zdjęcia zabrało nam około 6 godzin. Warto mieć to na uwadze, bo późniejsze dotarcie do tego miejsca – np. koło 12:00 może uniemożliwić przejście całości. Natomiast po godzinie 15:00 można już zwiedzać jedynie 2 pierwsze kilometry, ciekawe ale zupełnie nie reprezentatywne. Wersję 2 km można zrobić od strony Ajia Rumeli i dojść do Żelaznych Wrót, co może być alternatywą dla osób o gorszej kondycji.

Jeszce jedno ujęcie wąwozu
Jeszce jedno ujęcie wąwozu

Dodatkowe uwagi

Tu jeszcze jedna uwaga. Bilet składa się z dwóch części: na wejście i na wyjście. Dzięki temu wiedzą, ile osób zostało na trasie. Nie można tu nocować, ale to także ważne, gdyby ktoś się zgubił lub został na trasie.

Żelazne Wrota
Żelazne Wrota
Żelazne Wrota
Żelazne Wrota

Decydując się na pełną trasę, trzeba być pewnym swoich sił. Trudno jest zawrócić, nie ma „wyjść ewakuacyjnych”, zwłaszcza gdzieś w środku. Ale wygodne obuwie i trochę prowiantu oraz buteleczka na wodę (mała, bo na trasie jest naprawdę wiele źródełek wybornej zimnej wody) to wszystko, co trzeba zabrać ze sobą. Dostaniemy radosną wyprawę wśród brzęczenia pszczół, pokrakiwań kruków, zapachu ziół i cyprysów, zapierających dech widoków, czasem zaś napotkamy kozy. Zdecydowanie warto!

Widok na Ajia Rumeli
Widok na Ajia Rumeli

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak grecki
Wąwóz Samaria

Hajfa, bahaizm i Góra Karmel

Hajfa (hebr. חֵיפָה) a w szczególności, znajdująca się tuż przy tym mieście góra Karmel (hebr. הַר הַכַּרְמֶל) jest dość szczególnym miejscem w Izraelu, zwłaszcza wśród pątników. Tu krzyżują się drogi wyznawców judaizmu, katolicyzmu oraz bahaizmu (choć ten ostatni to już zdecydowanie bardziej Hajfa). Tereny te kiedyś zaś słynęły z wyznawców Baala.

Wejście do kościoła Stella Maris na górze Karmel
Wejście do kościoła Stella Maris na górze Karmel

Góra Karmel

Karmel po hebrajsku znaczy tyle co Boży Ogród, przynajmniej tak się powszechnie uważa. Tłumaczenie to rozpowszechnili także Karmelitanie. Inne źródła upatrują znaczenia nazwy w starohebrajskim określeniu roślinności porastającej tę okolicę, która oddziela morze od stepu, czy dalej pustyni. To właśnie to położenie i las stały się symbolem życia i płodności, a góra  uchodziła za świętą na długo przed Eliaszem, także wśród wyznawców innych religii (głównie wyznawców Baala).

Widok na Hajfę z góry Karmel
Widok na Hajfę z góry Karmel

Miejsce to uchodzi za jedno z najpiękniejszych w Ziemi Świętej, zwłaszcza gdy mówi się o lokacjach biblijnych. Masyw wznosi się na 546 metrów, znajduje się nad Morzem Śródziemnym, stąd jest przepiękny widok tak na wybrzeże jak i Hajfę. Niedaleko klasztoru znajduje się dobry punkt widokowy na miasto i Morze Śródziemne. Dziś Hajfa to największy port w Izraelu, miasto przemysłowe, ale z góry wygląda bardzo malowniczo.

Hajfa
Hajfa

Wyznawcy Baala i Eliasz

W Piśmie Świętym góra Karmel pojawia się parę razy (zwłaszcza jako wspomnienie),  ogromną rolę odgrywa w historii Eliasza. W Pierwszej Księdze Królewskiej mamy opis jak Eliasz zwalczał kult Baala, wprowadzony przez króla Achaba, za namową jego żony Jezabel. Eliasz zorganizował próbę bóstw. Na górze Karmel złożył ofiarę całopalną Jahwe, zaś kapłani Baala swojemu bogu. Zgromadzeni Izraelici obserwowali te zmagania, które miały doprowadzić do poznania prawdziwego Boga. Ponieważ to Jahwe dokonał cudu, kapłanów Baala stracono. Wtedy też skończył się głód i susza w Izraelu. Warto zauważyć, że zupełnie jest pominięta w Ewangeliach, brakuje tam nawet nawiązań do tej góry.

Ogrody przy świątyniach Bahá’i
Ogrody przy świątyniach Bahá’i

Tu też, według katolickiej interpretacji, prorok Eliasz zapowiedział Maryję, która wyda na świat Zbawiciela. Odwoływał się przy tym do suszy. Efektem tego był silny kult maryjny w tym miejscu jeszcze w pierwszych wiekach chrześcijaństwa. I jak przed chrześcijaństwem miejsce to uchodziło za święte i osadnictwa prawie nie było, tak później zaczęło tu mieszkać wielu pustelników.

Hajfa
Hajfa

Klasztor Stella Maris

W XIII wieku założony został Zakon Matki Bożej z Góry Karmel, czyli Karmelitanów. Dziś znajduje się tu klasztor Karmelitanów bosych Stella Maris (czyli Gwieździe Morza). To właśnie tu przybywają pielgrzymki katolickie. Obecny klasztor pochodzi z XIX wieku, kościół zaś wzniesiono w latach 20. XX wieku.

Kościół Stella Maris na górze Karmel
Kościół Stella Maris na górze Karmel

W kościele Stella Maris znajduje się jeszcze jeden bardzo istotny punkt dla pielgrzymów, mianowicie tak zwana grota Eliasza. Ulokowana jest ona pod właściwym ołtarzem kościoła. Wewnątrz jest kolejny ołtarz oraz figura proroka Eliasza. Grota ta, podobnie jak inne w okolicy, były używane przez pustelników.

Grota Eliasza
Grota Eliasza

Z Hajfy do Stella Maris najłatwiej (nie licząc oczywiście samochodu) dotrzeć wykorzystując kolejkę liniową, którą można wjechać praktycznie na samą górę. Okolice góry Karmel są dziś rezerwatem biosfery, a obecnie także jest to Park Narodowy. Dodatkowo jest to obiekt z listy UNESCO, nie tylko z powodu walorów przyrodniczych, ale też śladów wczesnego osadnictwa.

Mauzoleum Baba
Mauzoleum Baba

Hajfa i bahaizm

Tereny te są bardzo ważne dla jeszcze jednej religii, bahaizmu. Założone w XIX wieku wyznanie czerpie z innych monoteistycznych religii, traktując zarówno Jezusa Chrystusa jak i Mohameta, a także Krisznę czy Abrahama jako swoich proroków. Ostatnim jest Bahá’u’lláh, założyciel tej religii. To on wskazał miejsce na zboczach góry Karmel, gdzie wybudowano mauzoleum Baba. Budowla (której niestety niewierni nie mogą zobaczyć w środku), jak i ogrody robią fenomenalne wrażenie. Warto jednak zatrzymać się w pobliżu, by choć na nią spojrzeć, oraz zobaczyć przepiękne ogrody.

Mauzoleum Baba w Hajfie
Mauzoleum Baba w Hajfie

Swoją drogą także w tym miejscu, w latach 30. XX wieku odkryto ślady kultury natufijskiej, która rozwijała się gdzieś między XV a IX tysiącleciem przed naszą erą i wynalazła między innymi rolnictwo. Wykopaliska prowadziła Dorothy Garrod, później ślady Natufijczyków znaleziono także w innych miejscach bliskiego wschodu.

Hajfa
Hajfa

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlaku religijny
Góra Karmel i Hajfa
Szlak izraelski
Góra Karmel i Hajfa

Sprintem przez Kaukaz, czyli podsumowanie Gruzji i Azerbejdżanu

Właściwie to chcieliśmy nazwać tę relację Wyprawą Lodu i Ognia, ale choć udało się oba zjawiska zobaczyć, to jednak „sprint” przez Kaukaz oddaje dużo lepiej charakter tego wyjazdu. Pomysł na Gruzję chodził nam po głowach od kilku lat, ale jakoś zawsze była tym planem awaryjnym, a nie głównym. Jakby coś nie wyszło, to lecimy do Gruzji, świetnie, i tak odkładaliśmy to z roku na rok. Z różnych względów w końcu na nią padło, co wymagało przyśpieszenia planowania, zwłaszcza, że mieliśmy wyznaczone z góry ramy czasowe. Gdy jednak przechodzi się od szczegółów do ogółów, okazuje się, że ilość dni jest ledwo wystarczająca, zwłaszcza, że poza Gruzją chcieliśmy jeszcze zobaczyć coś więcej. Przez pewien czas myśleliśmy o Armenii i Azerbejdżanie, ale tę pierwszą skreśliliśmy bardzo szybko, głównie z powodu ograniczeń czasowych. Ten drugi kraj wygrał, ze względu na ciekawsze zjawiska do zobaczenia. Armenia kiedyś dostanie swoją szansę.

Krowy na drodze (Gruzja)
Krowy na drodze (Gruzja)

Planowanie i pierwsze kłopoty

No nic, plan się ułożył, 7 dni na Gruzję, 2 na Azerbejdżan i powinno być ok. W Azerbejdżanie najbardziej zależało nam na Baku i okolicach, czyli błotnych wulkanach, płonących skałach i petroglifach oraz zaratrusztiańskiej Świątyni Ognia. Jakoś wszystko udało się zgrać, oczywiście obopólnie uzgadniając, że miejscami będziemy musieli gnać. Upewniliśmy się z razem ze znajomymi, że wiemy na co się porywamy, zaś w piątek wieczorem byliśmy gotowi do odlotu i przygody, gdy zaczęły się pierwsze problemy… LOT z Warszawy do Tbilisi został odwołany, więc trzeba było go przebookować na kolejny dzień, czyli już na wstępie plan zaczyna się sypać.

Klasztor Cminda Sameba
Klasztor Cminda Sameba

Jednak i tak mamy więcej przysłowiowego szczęścia, niż rozumu, bo gdy pani z LOTu proponuje nam prawie całodzienny odpoczynek na Okęciu (bo ponoć pewny, że dolecimy), trochę kręcimy głowami. Lepiej już ten czas przesiedzieć w domu. Trzy późniejsze loty z Wrocławia do Warszawy w sobotę zostały potem odwołane lub opóźnione, co właściwie skutkowałoby wycięciem kolejnego dnia, jednak marudząc przy okienku lotu, udało się w piątek załatwić lot na sobotę przez Monachium. Tym razem żadnych dodatkowych opóźnień nie było. Musieliśmy tylko zrewidować plany i pędzić jeszcze bardziej, pomijając kilka rzeczy po drodze (niestety).

Po przylocie ogarnęliśmy samochód i szybko spać, bo czasu mało, zaległości już są, a wszystkiego i tak nadrobić się nie da.

Mccheta, Sobór katedralny Sweti Cchoweli
Mccheta, Sobór katedralny Sweti Cchoweli

Z Gruzją za pan brat

Zaczęliśmy od Mcchety z samego rana. Niestety nie całej. Pominęliśmy świadomie cerkiew Dżawari, licząc, że do niej jeszcze wrócimy w drodze powrotnej. Mccheta zrobiła na nas bardzo przyjemne wrażenie, taki niezobowiązujący początek. Dalej było już mocniej, kierunek na Kazbegi Gruzińską Drogą Wojenną. To jest dokładnie to, co chcieliśmy oglądać. Przepiękne widoki, z trzema głównymi przystankami (Ananuri, wapienne wodospady i jeszcze punkt widokowy), kilkoma mniejszymi, oczywiście podzielonymi tak, by nie za późno dotrzeć do Kazbegi. Tam zaś już mieliśmy pierwsze podejście pod górę, czyli wdrapanie się do klasztoru Cminda Sameba.

I tu faktycznie brakowało nam jednego dnia na porządny odpoczynek i aklimatyzację. Droga niezbyt długa, ale dała się nam we znaki, acz jak najbardziej satysfakcjonująca. Przepiękne widoki, szkoda, że sam Kazbeg był raczej za chmurami, ale nawet to nie odbiera nam radości jaką czerpiemy z oglądania tych cudownych miejsc własnymi oczami. Po drodze zaś pewni Gruzini proponowali nam nawet czaczę na spróbowanie (czyli tutejszą wódkę/bimber). Odmówiliśmy, biorąc pod uwagę zmęczenie, to ciężko byłoby nam dalej kontynuować potem podróż. Z klasztoru zaś wróciliśmy do wioski i tam w końcu spróbowaliśmy prawdziwego gruzińskiego jedzenia. Już wiemy, że to będzie wspaniały wyjazd.

Gruzińska droga wojenna
Gruzińska droga wojenna

Oryginalny plan był taki, by dotrzeć do Gori przed zachodem słońca, z powodu opóźnień dotarliśmy tam późno w nocy, zwłaszcza, że musieliśmy jeszcze przejechać przez lotnisko, by odebrać opóźnione bagaże (tak, przeloty tym razem nam wybitnie nie służyły). Niektórych rzeczy nie da się już nadrobić, niestety. Wśród wykreślonych w Gori znalazło się muzeum Stalina, choć prawdę mówiąc w tym wypadku nie do końca wiedzieliśmy, czy chcemy tam wchodzić. Dla nas to przede wszystkim zbrodniarz, dla Gruzinów wielki bohater. Te dwa oblicza są prawdziwe z pewnych punktów widzenia, więc obejrzeliśmy z zewnątrz jego dom i wagon, którym jechał do Jałty.

Muzeum i dom Stalina w Gori
Muzeum i dom Stalina w Gori

Weszliśmy też do cytadeli i zrobiliśmy krótką rundkę po mieście, a potem dwa skalne miasta. Uplisciche i Wardzia. Do pierwszego trafiliśmy jeszcze wcześnie, zanim pojawiło się tam dużo turystów. Było dość upalnie, ale to nic, na to liczymy. Drugie miasto oglądaliśmy po południu, gdy było już chłodniej, zresztą pogoda tam też się zmieniła. Pierwsze jest bardziej zbudowane wśród skał, drugie bardziej wydrążone, oba dość ciekawe i przypominające nam to, co widzieliśmy kilka lat temu w Kapadocji. Lubimy takie miejsca, więc jesteśmy bardzo zadowoleni.

Wardzia
Uplistsikhe
Uplistsikhe

Rzut oka na Morze Czarne i w góry

Do Batumi docieramy znów późno w nocy. Bez szans na wieczorną kąpiel w Morzu Czarnym. Samo Batumi jednak do nas nie trafia. Zresztą, co tu dużo mówić, wiedzieliśmy o tym od początku. Chcieliśmy trochę tu pochodzić i przede wszystkim dotknąć morza. Kończy się na zamoczeniu rąk i nóg oraz kilku fajnych lokacjach. No i oczywiście ulicy Lecha i Marii Kaczyńskich, zwłaszcza, że praktycznie obok mieliśmy nocleg. Okazuje się, że Kaczyński jest tu dość lubiany, i obok Jaruzelskiego to zdecydowanie najbardziej rozpoznawalny Polak. Nie wiemy, który bardziej nas „cieszy”, ale jednak przynajmniej nas w pewien sposób kojarzą. Ślady Kaczyńskiego (z ulicą i popiersiem) są też w Tbilisi, ale nam już wystarczyło to w Batumi.

Swoją drogą faktycznie do Polaków są tu dość dobrze nastawieni. Rosjan niezbyt lubią, co podkreślają raz na jakiś czas (no i odradzają nam podróż do Armenii, bo tam „Putin rządzi, więc bieda straszna”). Czasem nawet w sklepach da się znaleźć polskie produkty, a ludzie dość często znają kilka polskich słówek. Ogólnie Gruzini są bardzo mili, otwarci i przyjacielscy, no i gościnni.

Batumi - Plac Europejski
Batumi – Plac Europejski

Z Batumi jedziemy do Mestii. Właściwie to przez te opóźnienia zastanawialiśmy się, czy nie wyrzucić tej części, ale szczęśliwie tego nie zrobiliśmy. Znów po drodze robimy wiele przystanków, bo widoki są przecudowne. Do Mestii docieramy wieczorem, ale tym razem faktycznie wieczorem, a nie w nocy. Kładziemy się szybko spać, bo rano chcemy jeszcze zrobić mały trekking. Po śniadaniu zaczynam od wyprawy na lodowiec. Turystów jeszcze prawie nie ma, ale widoki są niesamowite. Bardzo cieszymy się, że nie odpuściliśmy sobie tego. Potem droga do Kutaisi przez kanion Okatse. Co do niego mamy trochę mieszane odczucia. Z jednej strony fajnie się chodzi tak wśród drzew, ale samego kanionu jest dość niewiele. No i dojście do niego zajmuje więcej niż sama właściwa trasa, ale i tak jest to dość intrygujące.

Lodowiec Chalaadi koło Mestii
Lodowiec Chalaadi koło Mestii

Przed zachodem słońca docieramy do Kutaisi. Tu rundka po centrum, które ma swoje momenty, ale to nie jest to, co chcemy oglądać. Nie narzekamy na brak czasu. Następnego dnia zahaczamy o Gelati i ponownie Mcchetę, gdzie nadrabiamy zaległości. Dalej lotnisko za Tbilisi, gdzie oddajemy naszą Toyotę Land Cruiser Prado (był upgrade, z czego bardzo się cieszyliśmy) i na dworzec kolejowy. Pierwotnie mieliśmy zobaczyć sobie część stolicy, ale przez opóźnienia nie udało się tego zrobić. Chcieliśmy też wcześniej kupić bilety do Baku, lecz mieliśmy problemy ze stroną internetową, a potem nie było możliwości dotrzeć wcześniej na dworzec.

Kutaisi - fontanna Colchis
Kutaisi – fontanna Colchis

Na miejscu zaś dowiadujemy się, że wszystkie są wyprzedane. Nie tylko na ten dzień, ale też na kolejne i co ciekawe, szybciej rozchodzą się bilety na pierwszą niż na drugą, a nawet trzecią klasę. Zbierają się czarne chmury nad dalszą częścią, jednak lądujemy na dworcu autobusowym, skąd odjeżdżają autokary do Baku (około godziny 17:40). Phileas Fogg byłby z nas dumny, zdążyliśmy mając bardzo niewiele czasu w zapasie. Pociąg odjeżdżał po 19:00, więc oglądanie Tbilisi zostało na powrót. Jednak jesteśmy zadowoleni, że udało się połączenie znaleźć. Potem przejście graniczne i noc w autobusie. No i najważniejsze, od tego momentu wychodzimy z czasem na zero, nie musimy nic nadrabiać, czy pędzić ponad to, co sami zaplanowaliśmy.

Kanion Okatse
Kanion Okatse

Azerbejdżan

Lądujemy w Baku przed godziną piątą rano. Tyle, że dworzec autobusowy jest jakieś 7 km od centrum (gdzie odbieramy nasz nowy samochód). Od szóstej działa metro, więc sobie poczekamy. Według map Google’a, w metrze jest bankomat, niestety w praktyce go nie ma. Lari nie chcą, cinkciarzy czy banków w okolicy nie ma, ale Azerka pracująca na stacji metra stwierdziła, że jesteśmy gośćmi w ich kraju, więc do centrum możemy jechać za darmo. Wielu Azerów również okazuje się być bardzo pomocnych (czasem aż nadto!) i przyjacielskich, ale też zdecydowanie bardziej ciekawych, dlaczego przyjechaliśmy do ich kraju. Gruzini raczej traktują to już jako oczywistość, ich ojczyzna ma swoją reputację. Azerowie zaś są bardzo dumni ze swojego kraju, zaś Baku taki opisują jako drugi lub mały Dubaj (no na mikro Dubaj możemy się zgodzić).

Bulwar w Baku
Bulwar w Baku

Gdy już odebraliśmy samochód i kupiliśmy bilet na pociąg powrotny (udało się!), jedziemy w kierunku Gobustanu i Alat. Zaczynamy od wulkanów błotnych. Nie znając dokładnie drogi musieliśmy do nich trochę przejść, ale było warto. Bardzo ciekawa osobliwość geologiczna.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Następnie Gobustan i petroglify. To także robi wrażenie, choć chyba nie takie jak te wulkany. Dalej zaliczamy Morze, a właściwie Jezioro Kaspijskie, krótkim pobytem na plaży. Robimy zdjęcia szybom naftowym (te z Bonda), oglądamy meczet (acz ze względu na nabożeństwo nie wchodzimy do środka). Potem odnajdujemy nasz pensjonat, zrzucamy bagaże i dalej w drogę.

Park Narodowy Qobustan
Park Narodowy Qobustan

Plan był taki, by dotrzeć do Yanar Dag, czyli płonących skał tuż przed wieczorem. Tam czekamy, aż słońce zajdzie. Kolejna osobliwość, znów wielce intrygująca. Później zaś tylko wieczorny spacer po starym mieście Baku i widok z promenady.

Janar Dah
Janar Dah

Następny dzień w większości poświęcamy na stare miasto, z pałacem Szachów. Trochę włóczymy się po promenadzie, wjeżdżamy pod Płonące Wieże, jedziemy pod drugi najwyższy maszt z flagą na świecie (którego akuratnie nie było, bo poszedł do remontu). No i jeszcze zaratrusztiańska świątynia ognia. Azerbejdżan bardzo się nam podobał, jest różnorodny, ale w tej Petrorepublice widać ogromne różnice społeczne między biednym i bogatymi. Centrum jest bardzo odstawione, zaś na przedmieściach jeżdżą rozklekotane autobusy. No i okazuje się, że mając tyle czasu ile planowaliśmy, nie musimy nic nadrabiać, więc samo zwiedzanie jest dużo spokojniejsze. Dalej szybko, ale to już tempo, z którym się liczyliśmy i które nam odpowiada.

Most Metechi w Tbilisi nocą
Most Metechi w Tbilisi nocą

Wracając do Gruzji

Kolejną noc spędzamy w pociągu. Trzecia klasa, czyli taki „Azja Express”, albo raczej „Azja Kuszetka”. Dość intrygujące doświadczenie. Zostaje nam już ostatni dzień na Tbilisi. W większości czasu wystarcza. Też już bez spiny i pędzenia. Niektórych rzeczy, jak ogrodu botanicznego się nie uda zobaczyć (bo zabrakło kilku godzin na centrum wcześniej), ale poziom zadowolenia i tak jest wysoki. Stolica Gruzji jest ciekawa, choć po przepychu Baku trochę ciężko to docenić. Potrzebujemy na to kilku godzin.

Mccheta (Gruzja)
Mccheta (Gruzja)

Zaś z samego rana powrót do domu i kolejne przeboje z opóźnionym LOTem. Do Warszawy przybył lekko spóźniony (jakieś 30 minut), ale tam wszystko trwa, więc nie załapaliśmy się na lot do Wrocławia. I nagle powrót przesunął się o ponad 3 godziny.  Więc jeśli chodzi o LOT to przetestowaliśmy jak wygląda sprawa rozporządzenia Unijnego nr 261/2004, z sukcesem. Pismo przesłaliśmy przez stronę LOTu, zaznaczając okoliczności obu opóźnień, wyliczając czas i podkreślając brak pouczenia o wspomnianym rozporządzeniu.

Gruzja się nam bardzo podobała, zwłaszcza ta poza miastami. Ma wspaniałe i zróżnicowane oblicza. Azerbejdżan zaś na długo pozostanie u nas w pamięci, bo jest bardzo wyjątkowy. Jak zwykle w takich przypadkach trochę szkoda, że nie było więcej dni, ale bez wątpienia była to bardzo satysfakcjonująca podróż. Może o Gruzję jeszcze da się zahaczyć, gdy kiedyś zdecydujemy się na Armenię? Zwłaszcza, że kilka rzeczy nam niestety wypadło. Na Kaukaz na pewno wrócimy.

Flaga Azerbejdżanu
Flaga Azerbejdżanu

Kilka uwag na temat podróżowania po tych krajach samochodem znajdziecie tutaj.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Podsumowanie
Szlak azerski
Podsumowanie

Tbilisi, serce współczesnej Gruzji

Stolica Gruzji, Tbilisi (gruz. თბილისი, przez pewien czas używano nazwy Tyflis) jest położona nad rzeką Kurą, która jak już pamiętamy przepływa przez wiele istotnych dla historii tego kraju miejsc. Tbilisi jest stolicą od ponad 1500 lat, choć z przerwami; to także ponad milionowa metropolia, w której zamieszkuje prawie 1/3 wszystkich mieszkańców kraju. Spośród wszystkich miast w całej Gruzji jest także najbardziej zróżnicowana, a co za tym idzie najciekawsza. Nowoczesność łączy się tu z dawną przeszłością, jak również z okresem sowieckim, tworząc niesamowitą mieszankę.

Widok na pałac prezydencki i okolice
Widok na pałac prezydencki i okolice

Historia Tbilisi

Osadnictwo na tych ziemiach datuje się na IV i III tysiąclecie p.n.e. Według legendy miasto założył dopiero król Wachtang I Gorgasali w V wieku. Polował on tu na bażanta, jednak tego schwycił sokół, znikając gdzieś ze zdobyczą. Oba ptaki znaleziono w gorącym źródle, już sparzone. To właśnie spowodowało, iż w okolicy tych źródeł król postanowił założyć miasto. Tbili po gruzińsku znaczy tyle co ciepły. Warto jednak wspomnieć, iż naukowcy datują powstanie miasta na IV wiek, czyli jakieś 100 lat przed Wachtangiem. Prawdą natomiast jest to, że Wachtang planował przenieść tu swoją stolicę, faktycznie uczynił to dopiero jego syn.

Balkony w Tbilisi
Balkony w Tbilisi

Jedno jest pewne, gorące źródła wciąż są obecnie w Tbilisi. W dzielnicy Abanotubani można wciąż skorzystać z tak zwanych bani, czyli tutejszych łaźni, także siarkowych. Zbudowane są pod ziemią, ale nawet z daleka widać ich charakterystyczne kopuły. Obecnie działa ich zaledwie kilka, kiedyś było kilkadziesiąt.

Kolejka linowa między twierdzą Twierdza Narikala a placem Europejskim
Kolejka linowa między twierdzą Twierdza Narikala a placem Europejskim

Twierdza Narikala

Są to zdecydowanie najstarsze fragmenty miasta. Ponad nimi wznoszą się ruiny twierdzy Narikala (gruz. ნარიყალა). Jej obecna nazwa pochodzi z czasów mongolskich, wywodzi się od słów Narin Qala, tłumaczonych jako „Mała Twierdza”.  Pierwsze mury pochodzą jeszcze z IV wieku, acz wielokrotnie były przebudowywane, niszczone i odbudowywane. W 1827 z powodu trzęsienia ziemi, część zabudowań runęła, więc je rozebrano. Oczywiście wkład w konstrukcję tego zamku miał też jeden z najsłynniejszych królów, czyli Dawid Budowniczy.

Twierdza Narikala
Twierdza Narikala

Dziś twierdza jest bardzo charakterystycznym miejscem górującym nad całą stolicą, dodatkowo ładnie oświetlonym. Można tam wejść drogą spod łaźni. Alternatywą jest też kolejka linowa z Placu Europejskiego. Wewnątrz twierdzy znajduje się kościół św. Mikołaja, odrestaurowany parę lat temu (jeszcze przed 2010). Przy odrobinie szczęścia przy cerkwi można zobaczyć ul. To norma, że do świątyni przylega małe poletko uprawne lub coś w tym stylu, dające utrzymanie popowi i jego rodzinie. Z murów zaś można podziwiać centrum miasta, jak również ogród botaniczny.

Matka Gruzja
Matka Gruzja

Matka Gruzja

W okolicach twierdzy, na górze znajduje się jeszcze jedna rzecz. Rzeźba Kartwis Deda (gruz. ქართვლის დედა), czyli Matka Gruzja lub Matka Gruzinów. Zbudowano go za czasów radzieckich (w 1958) z okazji 1500-lecia miasta. Przedstawia 20-metrową kobietę witającą winem przyjaciół i straszącą mieczem wrogów. Posąg zbudowano z aluminium i dziś bardziej już chyba bardziej straszy i szpeci, ale jest to jeden z widocznych pomników poprzedniej epoki. Widać go z różnych części miasta.

Plac Wolności, z tyłu jest urząd miasta
Plac Wolności, z tyłu jest urząd miasta

Aleja Rustawelego i okolice

Plac Wolności, czyli Tawisuplebis Moedani (gruz. თავისუფლების მოედანი), a wcześniej plac Lenina. To dość istotne miejsce dla miasta, tu odbywają się zarówno uroczystości, jak i manifestacje. Do 1991 znajdował się tu pomnik Lenina, obecnie kolumna pozostała, a na niej umieszczono św. Jerzego. Stąd rozpoczyna się (bądź kończy, zależy jak patrzeć) Aleja Rustawelego, najdłuższa ulica w stolicy i jednocześnie najbardziej reprezentacyjna. To też główna arteria miasta, pełna neoklasycznych budynków z końca XIX i początku XX wieku.

Stary budynek parlamentu
Stary budynek parlamentu

Na Rustawelego znajdziemy Muzeum Narodowe, Operę, Teatr im. Szoty Rustawelego, Galerię. Mieści się tu też dawny budynek parlamentu, obecnie nie używany. Parlament zbiera się w Kutaisi. Jest to efekt ostatnich wojen.

Opera i balet
Opera i balet

Aleja kończy się na placu Rewolucji Róż, tam zaś widzimy już zdecydowanie bardziej nowe Tbilisi, wraz z drapaczami chmur.

W tym wysokim budynku znajduje się kasyno Jewel
W tym wysokim budynku znajduje się kasyno Jewel
Aleja Rustawelego
Aleja Rustawelego

Stare miasto

Między częścią alei Rustawelego a rzeką Kurą znajduje się urokliwe stare miasto. To doskonałe miejsce na spacer, ale też zdecydowanie bardziej turystyczne. Pełne restauracji, barów i sklepów z pamiątkami. Warto zwrócić uwagę na wieżę zegarową. Zapada w pamięć.

Stare Miasto Tbilisi
Stare Miasto Tbilisi

Stare miasto kończy się na placu króla Wachtanga Gorgasaliego. Znajduje się tam też zejście do bazaru. Kiedyś było ich sporo w Tbilisi, dziś właściwie pozostała nazwa, która ma przyciągać turystów. Centrum handlowe oczywiście jest.

Most Pokoju
Most Pokoju

Rzeka Kura i most Pokoju

Przez rzekę Kurę przechodzi kilka mostów, ale chyba najbardziej rzuca się w oczy nowoczesny i fantazyjny most Pokoju. Doskonale oświetlony w nocy.

Rzeźba na Placu Europejskim
Rzeźba na Placu Europejskim

Plac Europejski

Po drugiej stronie znajdziemy już bardziej nowoczesne centrum z parkiem Rike i Placem Europejskim na czele. Jest tu choćby bardzo charakterystyczne centrum kultury, zaś na wzgórzu widać pałac prezydencki. Ta część jest zdecydowanie bardziej nowoczesna.

Sobór Trójcy Świętej
Sobór Trójcy Świętej

Sobór Trójcy Świętej

Tblisi to także wspaniałe cerkwie. Najbardziej w oczy rzuca się wielki i nowy Sobór Trójcy Świętej (Cmida Samaba). To jedna z największych prawosławnych świątyń na świecie (trzecia, gdy piszemy te słowa). Jeszcze trwają tam pewne prace wykończeniowe, ale już działa. Choć oczywiście religijnym centrum państwa pozostaje Mccheta, to jednak tu mamy sytuację bardzo podobną jak w Belgradzie z Soborem Sawy. Uzyskawszy niepodległość Gruzini zwrócili się ponownie ku religii, tu zaś odbudowują swoją tradycję. Zaczęli w 1995 wykorzystując do tego rocznicę 2 tysięcy lat chrześcijaństwa. Wkrótce zaczęły się jednak problemy z finansowaniem, więc prace przerwano, ruszyły dopiero w 2000. To nowy kościół, jednak bardzo tradycyjny, jeśli chodzi o architekturę, wierny gruzińskim zwyczajom. Tyle, że większy. Robi faktycznie wrażenie.

Sobór Trójcy Świętej
Sobór Trójcy Świętej

Świątynia Metechi

Nad rzeką Kurą wznosi się inna cerkiew – trzynastowieczna świątynia Metechi. Na tarasie znajduje się pomnik konny króla Wachtanga I Gorgasa postawiony w 1967, jest to bardzo charakterystyczne miejsce. Pierwotnie cerkiew ta była otoczona budynkami pałacowymi. Kompleks zbudowano w XIII wieku przetrwał spustoszenie dokonane przez Mongołów, mające miejsce wkrótce po ukończeniu prac. W XVII i XVIII wieku uzupełniono ubytki w ceglanych murach i dobudowano emporę, reszta jest w stanie z grubsza oryginalnym. W Gruzji to cieszy niezmiennie. Sam kościół został dość mocno zdewastowany przez lata komunizmu, pełnił między innymi rolę teatru młodzieżowego, ale też prochowni i więzienia. W 1937 rozebrano też budynki otaczające cerkiew. Obecnie jest restaurowany.

Świątynia Metechi
Świątynia Metechi
Świątynia Metechi nocą
Świątynia Metechi nocą

Katedra Sioni

W starym mieście zaś można zobaczyć jeszcze dwie interesujące świątynie. Pierwsza to katedrę Sioni. Znajduje się tam między innym replika krzyża świętej Niny. Obiekt jest dość duży, choć oczywiście nie tak jak nowy Sobór, a przy tym zadbany.

Katedra Sioni
Katedra Sioni

Bazylika Anczischati

Kolejną wartą zajrzenia świątynią jest bazylika Anczischati. Prawdopodobnie najstarsza świątynia w mieście, pochodząca jeszcze z VI wieku. Warto przypomnieć, że Gruzja jest drugim krajem, który przyjął chrześcijaństwo jako religię państwową (pierwszym była Armenia), stało się to w 337. Kościół ten jest świadectwem wczesnego chrześcijaństwa. Jej nazwa pochodzi od ikony acheiropietos, czyli wizerunku Nie-Ludzką-Ręką-Czynionego (jak choćby chusta św. Weroniki z Montepelo, całun turyński czy Matka Boska z Guadelupe). Cerkiew ta to trójnawowa bazylika – typowy układ dla wczesnochrześcijańskich kościołów. Jej wystrój zmieniał się przez wieku dość znacząco, niektóre ze zmian – dodatek kopuły i podniesienie posadzki – usunięto podczas dużej renowacji w latach 1958 – 1960. W czasach komunizmu zmieniona na muzeum rzemiosła, ale teraz znów zwrócona Gruzińskiemu Kościołowi Prawosławnemu. Nie jest tak okazała jak pozostałe, ale bez wątpienia z powodów historycznych warto tu zajrzeć. Warto przypomnieć, że do 1989 odprawianie nabożeństw było tam zakazane.

Bazylika Anczischati
Bazylika Anczischati

Polskie akcenty

W stolicy Gruzji jest też kilka polskich akcentów. Oczywiście ulica i skwer Lecha Kaczyńskiego, ale znaleźliśmy także polską kuchnię w restauracji o nazwie Warszawa. Nie skosztowaliśmy, woleliśmy smakować gruzińskie dania.

Wieża telewizyjna, kolejny punkt widokowy
Wieża telewizyjna, kolejny punkt widokowy

W Tbilisi dość łatwo jest też zauważyć rozwarstwienie. Pewne budynki są odnowione, inne bogate i nowoczesne, ale tuż obok nich stoją niedofinansowane rudery. Piękne historycznie, ale jednocześnie zaniedbane. Tego jest całkiem sporo. Druga rzecz, na którą warto zwrócić uwagę, to balkony. Zwłaszcza w starszej części miasta jest wiele różnych. To także dość charakterystyczne dla miasta.

Kościół św. Mikołaja
Kościół św. Mikołaja

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Tblisi

Rotorua, czyli turystyczne centrum Nowej Zelandii

Choć w Nowej Zelandii jest wiele fascynujących miejsc, turystyczne serce tego kraju bije w miejscowości Rotorua. Tu przybywa najwięcej odwiedzających, zarówno tych, którzy chcą poznać tutejszą fascynującą naturę (stąd blisko choćby do  źródeł geotermalnych), jak i takich, którzy szukają zabawy. Już dojeżdżając do Rotoruy rozbawił nas Zombieland. Tak, tego typu atrakcji jest w okolicy kilka, może to nie Disneyworldy (Orlando się kłania), ale zawsze. Zresztą Kiwi też potrzebują mniej wyszukanych rozrywek. Oprócz tego, Rotorua to także ważny ośrodek kultury maoryskiej. To wszystko sprawia, iż miasto to jest dużym i istotnym ośrodkiem turystycznym antypodów, który trudno pominąć.

Geotermalne zjawiska w Parku Kuirau
Geotermalne zjawiska w Parku Kuirau

Maoryska Rotorua

Nazwa maoryska to Te Rotorua-nui-a-Kahumatamomoe. Samo „Rotorua” znaczy tyle, co drugie jezioro. Wiąże się z tym historia wodza Maorysów imieniem Ihenga. Był on odkrywcą i odkrył to wielkie jezioro jako drugie. Zadedykował je na cześć swojego wuja Kahumatamome, a że nazwa ta jest dość trudna do zapamiętania przez turystów, została Rotorua.

Wejście do Eat Streat (czyli Food Court)
Wejście do Eat Streat (czyli Food Court)

Samo miasto, położone w kalderze wulkanicznej, nad jeziorem Rotoura i nieopodal wulkanu Tarawera, jest także pełne zjawisk geotermalnych. Nie trzeba się stąd ruszać. Do najbardziej odczuwalnych, i to dosłownie, należą gorące źródła siarkowe. Do 1886 roku działało tutaj sanatorium z gorącymi źródłami, jednak po pamiętnej erupcji wulkanu Tarawera temperatura wód wzrosła tak, że najczęściej jest zbyt wysoka, by móc się w nich kąpać.

Kuirau Park
Kuirau Park

Źródeł nie trzeba szukać daleko. W samym centrum znajduje się Park Kuirau, tam za darmo można sobie obejrzeć gorące źródła, bulgoczące błota, a nawet parujące rozlewisko. Trudno je nazwać stawem, czy jeziorem, niemniej jednak robi  wrażenie. Zwłaszcza dzięki parze wodnej, przez którą przebijają  promienie słońca. Wszystko jest ogrodzone, by nikt sobie nie zrobił krzywdy, ale po pomostach można przejść także przez sam środek parujących wód. Przy dobrej pogodzie, słonecznej i wietrznej robi to fenomenalne wrażenie.

Jezioro Rotorua jest pełne ptactwa i czasem samolotów
Jezioro Rotorua jest pełne ptactwa i czasem samolotów

Haka i wioska Maorysów

Do Rotoruy przybyliśmy z dwóch powodów. Pierwszy to baza wypadowa do jednej z największych atrakcji kraju, parku Wai-o-tapu, który znajduje się około 30 km stąd. Drugi to właśnie kultura maoryska. W Rotorzue mamy kilka maoryskich wiosek, a w nich pokazy kulturowe. Niestety miejscowość jest na tyle popularna, że warto sobie zarezerwować taki pokaz wcześniej. Liczyliśmy na to, że zobaczymy coś wieczorem (skoro byliśmy jeszcze przed sezonem), niestety wszystkie miejsca były już wyprzedane. Szczęśliwie udało się załatwić wejście do Te Puia, które łączy wioskę maoryską z innymi atrakcjami. Przyjechaliśmy tam z samego rana, by na kupić bilet. O ile do samego Te Puia można wejść i siedzieć ile się chce, na pokaz tańca i śpiewu są wejściówki godzinowe. Więc uwaga praktyczna: na pokaz lepiej sobie załatwić bilety wcześniej, w sezonie nawet na tydzień czy dwa. Bez problemu nabędziemy je przez internet. Te Puia też ma swoją stronę.

Maorysi tańczący hakę
Maorysi tańczący hakę

Maoryska wioska znajduje się w parku Whakarewarewa, w skrócie Whaka. Właściwie jest to dawna maoryska forteca – Te Puia, istniejąca od 1325 roku. Nigdy  jej nie zdobyto podczas bitwy. Jej mieszkańcy od wieków wykorzystywali obecność źródeł geotermalnych do ogrzewania, leczenia i nawet gotowania potraw. Dziś gości turystów na rozmaitych pokazach, w tym także jest okazja, by zobaczyć słynną maoryską hakę. Haka to tradycyjny taniec, wykonywany niegdyś przez wojowników przed bitwą, dziś bardziej się kojarzy z wydarzeniami sportowymi. Warto też zauważyć, że akurat Te Puia jest dość mocno turystyczna. Pokaz kulturowy nie trwa zbyt długo, a w dodatku turyści są wciągani do zabawy. Takie są reguły gry.

Skansen maoryski
Skansen maoryski
Uwspółcześniony marae
Uwspółcześniony marae

Pokaz odbywa się w tradycyjnym maoryskim domu spotkań zwanym marae. Oczywiście został on dostosowany do przyjmowania turystów, jest tu wiele miejsc do siedzenia, zaś całe przedstawienie odbywa się na scenie. Niemniej jednak właśnie okolice marae z zewnątrz to takie najbardziej tradycyjnie, charakterystyczne zabudowania maoryskie, jakie mogliśmy zobaczyć. Da się tu zobaczyć także, jak wygląda tradycyjne rzemiosło maoryskie.

Gejzer Pōhutu
Gejzer Pōhutu

Gejzery i wulkany błotne

W centrum terenu parku Whaka i twierdzy Te Puia znajduje się kompleks gejzerów – Geyser Flat. Jest to wzniesienie powstałe przez osadzanie substancji mineralnych wyrzucanych z gejzerów. A tych jest kilka, połączone są one w skomplikowany system, gdzie gejzery mają wpływ jeden na drugi, a ich erupcje są powiązane. Aktywność ich zmieniała się na przestrzeni lat w zależności od aktywności wulkanicznej i poziomu wód. Jeden z tych gejzerów jest obecnie największym w Nowej Zelandii (). Faktycznie robi bardzo dobre wrażenie.

Wulkan błotny
Wulkan błotny

Znajdziemy tu też baseny z błotem i inne podobne atrakcje, w tym wulkany błotne, acz nie tak okazałe jak te w Alat. Czyli taki geotermalny park w mniejszej skali. Jeszcze jedną atrakcją tego centrum jest możliwość obejrzenia ptaków kiwi. Niestety jak to wszędzie bywa, tylko w nocnym środowisku. W każdym razie dla samego gejzeru Pohutu warto się tu wybrać.

Te Puia (Rotorua)
Te Puia (Rotorua)

Las sekwojowy

Jest jeszcze mała dodatkowa atrakcja niedaleko Rotoruy – las sekwojowy z zawieszonymi ścieżkami. Sekwoje kalifornijskie zostały sprowadzone na początku XX wieku i miały zaspokoić rosnące zapotrzebowanie na surowiec drzewny. Dziś Nowa Zelandia jest jednym z największych producentów surowca drewnianego. Metodą prób i błędów zaszczepiano obce gatunki i okazało się, że właśnie sekwoja kalifornijska dobrze znosi tutejszy klimat i glebę. Przy tym rośnie szybciej i na mniejszą wysokość niż „u siebie”, przez co drewno ma mniejszą gęstość i twardość. Sposób zarządzania lasami pod cele gospodarcze wygląda inaczej niż u nas: na potrzeby człowieka wycina się całe nasadzone lasy i na ich miejsce dokonuje nowych nasadzeń całego lasu.

Treewalk między sekwojami
Treewalk między sekwojami

W obrębie Rotoruy znajduje się też maoryska dzielnica Ohinemutu. Na pierwszy rzut oka wygląda dość normalnie, bardzo nowodzelandzko. Właściwie gdybyśmy nie wiedzieli, to nie zwrócilibyśmy uwagi, nie licząc kilku wyróżniających się budynków i ozdób. Dopiero dokładniejsza eksploracja zdradza sekrety tego miejsca. Jednak to nie jest muzeum. Samo miasteczko jest dość typowe, nie wyróżniające się. Owszem mamy tu nawet ulicę z knajpami, czy prężnie działające biuro informacji turystycznej, ale to miejsce ratują dodatkowe atrakcje. No może z wyjątkiem spaceru nad brzegiem jeziora, ten potrafi obronić się sam.

Ścieżka między sekwojami od dołu
Ścieżka między sekwojami od dołu

Jeśli szukamy noclegu, to mamy w czym wybierać. Cześć hoteli oferuje możliwość kąpania się w gorących źródłach. Inne zaś oferują kuchnię hangi (maor. hāngī). To tradycja przywieziona z Polinezji. Tam jedzenie zawijano w liście, gotowano/pieczono na gorących kamieniach zakopanych w jakiś dołach. Obecnie hangi trochę się zmieniło, więcej tu choćby folii aluminiowych czy normalnych przyrządów kuchennych, zaś do gotowania wykorzystuje się gorące źródła.

Ohinemutu
Ohinemutu

Zagłębie turystyczne Nowej Zelandii

Warto zauważyć, że z Rotoruy wyruszają wycieczki do innych ciekawych miejsc, w tym Hobbitonu czy Tongariro. Prawie wszystko da się stąd zorganizować, na tym polega magia turystycznego ośrodka.

Rotorua: Te Puia
Rotorua: Te Puia

Przez Rotoruę wiedzie wiele wycieczek przez Nową Zelandię, tak tych zorganizowanych, jak i na własną rękę. Trudno się dziwić. To miejsce żyje z turystyki, a jednocześnie ma bardzo wiele atrakcji skierowanych do różnych odbiorców. Łączy w sobie cechy kurortu, muzeum, skupiska atrakcji wymyślnych przygotowanych przez człowieka, jak i przyrodniczych. Więc każdy pewnie znajdzie tu coś dla siebie.

Gejzer w Te Puia
Gejzer w Te Puia

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Rotorua