Podróżowanie po Emiratach i Omanie

Jak w wielu miejscach na świecie, tak i tym razem po Omanie i Emiratach podróżowaliśmy samodzielnie samochodem. Owszem da się inaczej, ale to zdecydowanie największa wygoda. Zanim jednak przejdziemy do samochodów, to jeszcze kilka słów o innych sposobach podróżowania.

ZEA i ciężarówka na drodze (klimat jak z Mad Maxa)
ZEA i ciężarówka na drodze (klimat jak z Mad Maxa)

Taksówki i autobusy

Taksówki. W obu krajach są stosunkowo tanie. Można nawet się zastanowić nad wynajęciem taksówki, która zawiezie nas do innego miasta lub jakiegoś odleglejszego miejsca. To bardzo dobre rozwiązanie na takie pojedyncze wycieczki, nie na cała drogę. Z Dubaju ludzie jeżdżą do Abu Zabi taksówkami.

Zadbane drogi w ZEA
Zadbane drogi w ZEA

Istnieją też autobusowe połączenia między większymi miastami. Znów transport Dubaj – Abu Zabi dość łatwo ogarnąć, bo jest tego wiele. Gorzej sprawa wygląda w Omanie, tam niektóre miasta, nawet większe mają jedno czy dwa dziennie połączenia z Maksatem (przynajmniej bezpośrednie). Problem polega na tym, że jeśli chcemy dojechać do konkretnego miejsca, poza utartym szlakiem, znów ten sposób podróży odpada, przynajmniej czasowo.

Bardziej dzikie pustynne drogi w ZEA
Bardziej dzikie pustynne drogi w ZEA

W Omanie bardzo popularną opcją jest wynajmowanie samochodu wraz z kierowcą/przewodnikiem. Nie ma takich wymogów, ani prawnych, ani związanych z bezpieczeństwem, czy też z problemami z językiem lub odnalezieniem się. Natomiast bez wątpienia taka opcja daje duże możliwości. Przewodnicy najczęściej znają dość dobrze miejsca, bo mapy (np. te Google’a) nie zawsze są w stu procentach adekwatne (tu króluje Dubaj). Po drugie mają też wiedzę i doświadczenie w organizacji. Tego typu wyjazdy pozwalają na swobodę poruszania się własnym samochodem i tempem, jednocześnie nie wymagają od nas zbyt dużo, jeśli chodzi o samoorganizację. Wszystko robi przewodnik. Myśmy w ten sposób podróżowali w Tunezji, ale tam jeszcze dochodziła kwestia sytuacji politycznej po arabskiej wiośnie. W Omanie tego typu samochodów jest bardzo dużo, co czasem nam pomagało. Bo zamiast szukać drogi, wystarczyło za kimś pojechać. Najczęściej się to sprawdzało.

Krótki postój w ZEA
Krótki postój w ZEA

GPS i potencjalne problemy

Warto też pamiętać, że w Omanie nie działa GPS z GoogleMaps. Formalnie w Omanie powinien działać tylko oficjalny lokalny GPS, ale blokowane są tylko te najbardziej znane. My mieliśmy na wszelki wypadek dwa – Google’a (tu mapy działały, tylko nawigacja nie) oraz Sygica (ten nie był blokowany).

Uwaga wielbłąd w Emiratach
Uwaga wielbłąd w Emiratach. Polecamy grupę na FB o znakach drogowych.

W Emiratach nie ma problemu z GPSem. Nie występuje też powszechnie opcja wynajęcia kierowcy/przewodnika, z prostej przyczyny: do Emiratów głównie jedzie się oglądać miasta lub pewne ośrodki. Raczej nie podróżuje się samemu, bo zwyczajnie niewiele ten kraj oferuje poza pustynią. O pustyni będzie osobny wpis.

Skrót by GPS w Omanie
Skrót by GPS w Omanie

Więc jeśli chcemy zobaczyć w ZEA coś więcej niż Dubaj czy Abu Zabi, a jeszcze lepiej samodzielnie pojechać do Omanu, samochód może okazać się koniecznością.

Poruszanie się po Emiratach (bez Dubaju) samochodem trudne nie jest. Drogi są dobre. Nawet na pustyni starają się, by były odpiaszczone. Robi się to przez utrzymywanie nasadzenia roślin na poboczu, które są automatycznie podlewane.

Zwierzęta przy drodze w Omanie
Zwierzęta przy drodze w Omanie

Zwierzęta i ograniczenia w ZEA

Emiraty są dość uporządkowane, raczej nie należy spodziewać się tam zbyt dużej ilości zwierząt na drogach. Czasem mogą pojawić się wielbłądy, jednak raczej pilnują, by tego nie było. Tu sytuacja wygląda bardzo podobnie jak w Maroko. Nikt nie gwarantuje, że przypadkiem coś nie wejdzie, ale najczęściej nic takiego się nie wydarzy.

Wielbłąd jednogarbny (dromader) przechodzący przez jezdnię (Oman)
Wielbłąd jednogarbny (dromader) przechodzący przez jezdnię (Oman)

To na co należy uważać to znaki drogowe, a przede wszystkim ograniczenia prędkości. Radarów w Emiratach jest bardzo wiele, a kary są wyjątkowo surowe. Każdy samochód w ZEA jest czipowany, więc bardzo łatwo jest zidentyfikować, kto i gdzie przekroczył prędkość. Dodatkowo czipy wykorzystuje się też do pobierania opłat za drogi płatne. Jest ich bardzo niewiele, ale jednak są. Cała procedura wygląda tak, że się jedzie i tyle. Ruch nie jest zatrzymywany. Dopiero przy oddawaniu samochodu do wypożyczalni, sprawdzają w systemie, czy były mandaty (jeśli zostały naliczone przez radary, nie policjantów) i jakieś inne płatności. Jeśli powiedzą, że nie, to można odetchnąć z ulgą. Kary za przekroczenie prędkości zaczynają się od 600 AED, czyli ok. 600 PLN. Co gorsza, ponieważ robią to automaty można się załapać na kary z kilku radarów.

Mężczyzna przy drodze (Oman)
Mężczyzna przy drodze (Oman)

Inne wykroczenia drogowe, jak rozjechanie kogoś, czy wjechanie w metro (zastanawiamy się jak, skoro w Dubaju znajduje się ono nad ziemią) czy tramwaj oczywiście kosztują bardzo dużo. Dodatkowo za przestępstwa drogowe można trafić w pewnych przypadkach do aresztu (na przykład za recydywę w przejeżdżaniu na czerwonym świetle).

Ale nie ma się co bać. Jeśli jedzie się zgodnie z przepisami, to nic tu nam nie grozi. Ludzie tu jeżdżą trochę po arabsku, ale nikomu nie zależy na stłuczce.

Oman - trasa z Wadi Bani Khalid
Oman – trasa z Wadi Bani Khalid

Drogi w Omanie

Oman w gruncie rzeczy wygląda trochę bardziej jak mniej uporządkowany kraj arabski. Tam zwierzęta na drodze to norma. Nie tak bardzo jak w Gruzji czy Jordanii, ale jednak ciągle coś się widziało. Zwłaszcza kozy, rzadziej owce, wielbłądy czy osły, pasą się samopas, więc zdarza się, że przechodzą przez jezdnię lub blokują ulice w mniejszych miasteczkach.

Radarów w Omanie też jest całkiem sporo, podobnie jak drogich mandatów, ale w porównaniu z Emiratami trochę sobie odpuścili, zwłaszcza poza głównymi trasami.

To co jest bardzo fajne przy podróżowaniu w obu tych krajach to fakt, że poza miastami właściwie można zatrzymać się wszędzie tam, gdzie jest wystarczające pobocze, by nie blokować ruchu. To bardzo pomaga przy podziwianiu pewnych krajobrazów, można wyjść i nikomu to nie przeszkadza.

Pustynny "offroad" w Wahiba Sands
Pustynny „offroad” w Wahiba Sands

Przekraczanie granicy

Jeszcze kilka słów o samej procedurze przekraczania granicy. Jechaliśmy z ZEA, gdzie wynajęliśmy samochód. Przy wypożyczeniu jeszcze przez Internet należy poinformować firmę, że chcemy jechać do Omanu. Najczęściej od razu pytają o trasę. Z prostej przyczyny głównie chodzi o Salalah. W ZEA nie są chętni wypożyczać samochód na taką trasę ze względu na bliskość Jemenu, gdzie trwa wojna (auto jest bez limitu kilometrów i jedzie się szosa, więc te argumenty nie mają znaczenia).

Droga na Dżabal Szams (Oman)
Droga na Dżabal Szams (Oman)

Jeśli wszystko jest ok. to przy odbiorze dostaniemy wszystkie dokumenty potrzebne do przejechania przez granicę. W tym ubezpieczenie i oryginalny dowód. W ZEA nie jest wymagany oryginał, ale w Omanie już owszem. Wyjechanie z Emiratów problemowe nie jest (choć pobierają opłatę wyjazdową, wymagają przy tym podania PINu do karty dyktując go), następnie jedzie się przez strefę neutralną, w niektórych miejscach jest ona całkiem spora, i lądujemy w Omanie. Tu odprawa przy wjeździe trwała dość długo, w dodatku dostaliśmy jakieś kartki z pieczątkami, które trzeba było pokazywać (no i opłata plus wypełnienie). Początkowo nie wiedzieliśmy, co to za kartki. Trzeba je trzymać i oddawać przy kolejnym etapie kontroli. To trwa.

Powrót, czyli wyjazd z Omanu jest już zdecydowanie mniej problemowy i nie tak uciążliwy. Wjechanie do ZEA jest jeszcze szybsze.

Owca na drodze (Oman)
Owca na drodze (Oman)

Offroady

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Wypożyczalnie nie akceptują offroadu. Przy oddawaniu samochodu sprawdzają wnętrza błotników i podwozie, czy nie ma w nim piasku, mogą także zweryfikować położenie pojazdu dzięki czipowi. Do rozjeżdżania wydm są inne samochody do wypożyczenia na pustynnych kampingach (z tego co sprawdziliśmy, żadna wypożyczalnia nie akceptuje jeżdżenia po wydmach).

Uwaga na diuny - Oman
Uwaga na diuny – Oman

Jeszcze jedna uwaga, jeśli ktoś chciałby przejechać do Omanu z Dubaju w inny sposób niż samochodem, czy samolotem, to jeszcze pozostają autokary. Np. omański Mwasalat jeździ trzy razy dziennie z Dubaju (stacja Deira) do Maskatu (stacja Athaiba).

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Podróżowanie po Omanie Wahiba Sands
Szlak emiracki
Podróżowanie po ZEA
Share Button

Irlandia: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Irlandia. Zweryfikowane ostatnio w lipcu 2018.

Uwagi ogólne: W skrócie kraj pełen traw, góry, kamieni i owiec, słynący z deszczowej pogody, przez lata biedniejszy krewny Wielkiej Brytanii, nie raz przez nią podbijany. Dziś Irlandczycy wykorzystali swoją szansę, rozwinęli gospodarczo, acz w swój własny sposób. To Zachód miejscami bliższy Wschodowi, przez pewne nieszablonowe podejście, czyli kombinowanie. To nie jest kraj ścisłych reguł i uporządkowania, choć jednocześnie w miarę czysty i zadbany.

Dojazd: Najłatwiej samolotem. Z naszych lotnisk są tanie loty do Dublina, Cork, Shannon itp.

Wiza: Nie jest potrzebna. Podobnie jak Wielka Brytania, Irlandia jest stowarzyszona z Schengen (nie jest pełnoprawnym członkiem). Są kontrole przy wjeździe, ale to raczej tylko i wyłącznie formalność (przynajmniej dla obywateli EU).

Przepisy celne: Nic szczególnego.

Baza noclegowa: Zależy od części, acz Irlandia rozwija się turystycznie, więc nie powinno być problemów. Warto szukać na Booking.com.

Szczepienia wymagane: Brak. Warto standardowo być zaszczepionym na WZW A i B.

Choroby: Nic istotnego, (ale przy ich pogodzie, łatwo o przeziębienie)

Waluta: Euro (EUR).

Płatności kartą i bankomaty: Zazwyczaj nie ma problemów z płatnościami kartą, ale lepiej mieć ze sobą zapas gotówki, zwłaszcza w miejscach turystycznych. Za niektóre atrakcje płaci się do ręki (bez paragonów).

Napiwki: Nie ma przymusu, ani wyczekiwania. Można je zostawiać, gdy jest się zadowolonym z usługi.

Internet: Raczej dość dobrze rozwinięty.

Telefony: Roaming dostępny. Zasięg telefonów zadawalający, choć w niektórych miejscach na wybrzeżu zanika.

Język: Angielski, z irlandzkimi naleciałościami. Irlandzki na zachodzie kraju, zwłaszcza w hrabstwie Kerry, ale tylko jako drugi język. Obecnie jest tam też bardzo dużo Polaków, więc w niektórych miejscach (np. restauracjach czy sklepach) można dogadać się po polsku.

Gniazdka elektryczne: Brytyjskie.

Wtyczka typu brytyjskiego
Wtyczka brytyjska

Samochody i transport: Część autostrad jest płatna. Często brak możliwości płatności kartą. Główne drogi hrabstw i krajowe są bardzo dobre, ale już drogi lokalne mają różny standard: często są wąskie, wymagające ostrożnego wymijania, pozbawione oświetlenia i pobocza.

Oznaczenia i drogowskazy: Na drogach jeszcze jest przyzwoicie, podobnie z oznaczeniami zabytków w miastach. Jednak jeśli chodzi o szlaki górskie i ich oznakowanie to pozostawiają one wiele do życzenia. Czasem  tylko na początku drogi  jest mapka jak przebiega szlak i tyle.

Jedzenie wegetariańskie: Problem dość analogiczny, jak z kuchnią angielską. Nawet jeszcze bardziej, bo jedzą tu dużo więcej ryb. Ale z drugiej strony burgery wegetariańskie nie stanowią jakiejś niespotykanej rzeczy.

Pub irlandzki i muzyka na żywo
Pub irlandzki i muzyka na żywo

Ludzie: Raczej otwarci, ale podobnie jak Brytyjczycy wycofani. Bardzo ważnym elementem kultury są puby i z tego warto skorzystać. Tu Irlandczycy często bawią się przy muzyce na żywo. Razem tańczą i śpiewają, a wyjście na piwo też jest tu w dobrym tonie. Puby irlandzkie to praktycznie obowiązkowe miejsce do odwiedzenia, zwłaszcza w Dublinie czy innych dużych miastach.

Prawo i obyczaje: Nic szczególnego.

Bezpieczeństwo: Jest to raczej spokojny kraj, ale warto mieć na uwadze  drobną przestępczość.

Klimat: Wyspiarski, dość chłodny, nawet w lecie. Przy wybrzeżu też bardzo często pada.

Informacja turystyczna i mapy: Tu jeszcze mają wiele do zrobienia. Dziś bardziej można liczyć na pomoc lub małe biura turystyczne, niż jakieś typowe centra informacji.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak irlandzki
Praktycznie
Share Button

Portmagee, Pierścień Kerry i południowo-zachodnia część hrabstwa Kerry

Choć najczęściej odwiedzanym przez turystów miejscem w Irlandii jest Dublin, to na drugiej pozycji często plasuje się hrabstwo Kerry, znajdujące się w południowo-zachodniej części wyspy. Na pierwszy rzut oka może być to ciut zaskakujące, ale warto dodać, że jedną z atrakcji tego rejonu jest słynna wyspa Skellig Michael. By się na nią dostać, najlepiej udać się do Portmagee. Zaś ze względu na kapryśną pogodę warto znaleźć sobie w bliskiej i bardziej odległej okolicy inne atrakcje.

Portmagee i reklama Skellig
Portmagee i reklama Skellig

Pierścień Kerry

Hrabstwo Kerry jest jednym z najbardziej turystycznych regionów Irlandii, głównie  za sprawą typowego wschodnioatlantyckiego wybrzeża, rozrzeźbionego licznymi półwyspami i szerokimi fiordami (czyli z angielska „sound”, zetknęliśmy się z nimi w Nowej Zelandii w Parku Narodowym Fiordland), upstrzonymi mniejszymi i większymi wyspami. Ponadto jest to jeden z bardziej górzystych regionów kraju, znajduje się tutaj pasmo Macguillycaddy’s Reek Ir. Na Cruacha Dubha) z najwyższym szczytem Irlandii – Carrauntoohil (Ir. Corrán Tuathail) liczącym 1038 m. n.p.m.

Widok na wyspy Skellig
Widok na wyspy Skellig

Pierścień Kerry (Kerry Ring) to nazwa popularnego szlaku rowerowego (jak również samochodowego) otaczającego półwysep, którego kulminacyjnym punktem jest Park Narodowy Killarney. Zresztą to właśnie Killarney przyciąga do Kerry najwięcej turystów (ale o tym już innym razem). W całym hrabstwie jest mnóstwo większych i mniejszych atrakcji, jak choćby małe zameczki, muzeum torfu, czy gospodarstwa agroturystyczne. Trochę dalej znajduje się Półwysep Dingle. Kerry ma własne lotnisko, ale by się tu dostać można się posiłkować tymi w Shannon i Cork.

Port w Portmagee
Port w Portmagee

Hrabstwo Kerry – historia

Kerry to obszar rdzennie irlandzki, w którym można zaznać najwięcej oryginalnego irlandzkiego języka w mowie i nazwach, posłuchać irlandzkiej muzyki i spróbować lokalnej kuchni. Irlandzka nazwa hrabstwa – Ciarraí albo Ciarraighe – pochodzi od określenia „lud Ciar”, który był pre-celtyckim plemieniem zamieszkującym część obszaru Kerry. W pierwszej połowie XIV wieku kraina ta została ostatecznie wcielona do Królestwa Anglii jako palatynat należący do earla Desmond. Obszar hrabstwa i jego zamki (w tym Ross nieopodal Killarney) były świadkami licznych rebelii i wojen o niezależność Królestwa Irlandii od Królestwa Anglii.

„Gwiezdne Wojny”, porgi i Skellig w sklepie
„Gwiezdne Wojny”, porgi i Skellig w sklepie

Nie tylko w odległej historii. W XX wieku hrabstwo Kerry, jako bardzo irlandzka część Irlandii, znajdowała się pod wpływami Irlandzkiej Armii Republikańskiej (IRA) i w latach 20. XX wieku raz po raz wybuchały większe i mniejsze rozruchy, szumnie nazywane Wojną o Niepodległość (lata 1919 – 21) i Irlandzką Wojną Domową (lata 1922 – 23). Dziś pod tym względem jest spokojniej.

Fontanna z delfinem w Portmagee
Fontanna z delfinem w Portmagee

Znacie ten motyw wędrowny biednego irlandzkiego katolika, żywiącego się resztkami kartofli na przednówku? Albo irlandzkiego biedaka, który w poszukiwaniu lepszego życia wsiada na „Titanica”, bo myślał, że wraz z biletem wygrał lepsze życie? To jest właśnie główny „towar eksportowy” hrabstwa Kerry. W XVII i XVIII wieku wielu ubogich farmerów osiedlało się w tym odległym zakątku Irlandii o dobrym klimacie, by zawierzyć swój los uprawom ziemniaków. Uprawy załamały się w 1845 roku, powodując trwający cztery lata Wielki Głód, który dotknął zachodnią i środkową część kraju. Z głodu – bezpośrednio lub w wyniku infekcji – zmarło około milion ludzi, drugie tyle wyemigrowało. Szczyt Trudnego Czasu – An Drochshaol – przypadł na Czarny ’47 – Bliain an Drochshaoil.

Pamiątkowe zdjęcia z Markiem Hamillem w „The Moorings”
Pamiątkowe zdjęcia z Markiem Hamillem w „The Moorings”

Hrabstwo Kerry – współcześnie

Wszystko to sprawia, że historia tego miejsca jest wyjątkowo ciekawa, ale jednocześnie aż tak jej nie widać. Pozostała bardziej w opowieściach, nazwach, niekoniecznie w zabytkach. Wioski w Kerry dziś wyglądają o wiele bardziej naturalnie i  bardziej pierwotnie, niż niektóre tereny wiejskie w Polsce. Więcej tu małych poletek, małych stad i czasem jakiegoś sprzętu jak traktor, najczęściej mający już swoje lata.

Warto też zwrócić uwagę na pogodę: w Kerry notuje się najwyższe opady w Irlandii, głównie dzięki masywowi górskiemu, który zatrzymuje wilgotne powietrzne znad Atlantyku. Jednocześnie może zaskoczyć widok tropikalnych roślin takich jak spotykana w Europie tylko tutaj paproć drzewiasta lub drzewko truskawkowe (chruścina jagodna) – jest to zasługa ciepłego Prądu Zatokowego (Golfsztrom).

Portmagee z łodzi
Portmagee z łodzi

Portmagee dziś

Jedna z niewielkich osad rybackich na Półwyspie Iveragh (irl. Uíbh Ráthach) (największym półwyspie południowo-zachodniej Irlandii) to Portmagee. Do Portmagee przybywa się tak naprawdę w jednym tylko celu: złapania okienka pogodowego i rejsu na Skellig Michael. Nie jest to łatwa sztuka, gdy w grę wchodzi prawie 2-godzinna podróż lotnicza z Polski. Przede wszystkim, najpierw należy zarezerwować rejs u jednego z przewoźników i wpłacić zaliczkę. Sezon na zwiedzanie trwa od maja do września. Najmniejsze opady w tym najbardziej mokrym hrabstwie i najsłabsze wiatry notuje się w lipcu, ale mimo to trzeba mieć szczęście, bo pogoda jest kapryśna. Dobrze jest mieć w zapasie przynajmniej jeden dzień, gdyż może się zdarzyć, że nasz rejs przesuną na kolejne najbliższe dni. Nie ma co liczyć, że w dniu przyjazdu znajdzie się miejsce na łodzi od ręki. Dziennie na wyspę może dostać się tylko 180 turystów, nie więcej – są to odgórne regulacje. My mieliśmy ogromne szczęście – sobota była pochmurna, ale rejs był możliwy. Za to już w niedzielę widoczność słaba, silny wiatr i opady, więc gdybyśmy mieli rezerwację na dzień później, przepadłoby.

Irlandzkie piwo w „The Moorings” (Portmagee)
Irlandzkie piwo w „The Moorings” (Portmagee)

Historia Portmagee

Irlandzka nazwa Portmagee brzmi An Caladh i oznacza „Port”. Osada posiada dwóch bohaterów: Maurice’a O’Neilla, po którym nazwano most na wyspę Valentia. Był on członkiem IRA, który został poddany karze śmierci w 1942 roku po tym, gdy w Dublinie zabił policjanta. Drugi bohater jest ważniejszy, bo od niego pochodzi nowożytna nazwa miasteczka: dawniej Magee’s Port, obecnie Portmagee. Kapitan Theobald Magee był żyjącym w XVIII wieku piratem i przemytnikiem. Karierę zaczynał jako oficer w marynarce JKM, zaś po przejściu w stan spoczynku zajął się tak zwaną wymianą handlową (tak na szmuglerkę Magee mówią miejscowi) między portami Portugalii, Francji i Irlandii. Liczne półwyspy zachodniego wybrzeża Irlandii dawały świetne możliwości ukrywania się, a rybacka osada na Półwyspie Iveragh świetnie się nadawała na główną bazę przemytniczą. Kapitan Theobald ożenił się zyskownie z wdową po bogatym kupcu z sąsiedniego Dingle. Po śmierci Theobalda, jego żona i syn przejęli rodzinny interes szmuglerki.

Wyspy Skellig, Puffin Island widziane z Bray Head na wyspie Valentia
Wyspy Skellig, Puffin Island widziane z Bray Head na wyspie Valentia

Kliffy Kerry i „Gwiezdne Wojny”

Historia ta doskonale wpisuje się w obraz hrabstwa Kerry. Jest o czym poczytać, ale śladów zostało dość niewiele. Potrmagee to tak naprawdę jedna główna ulica przy porcie. Tu znajdziemy trzy-cztery knajpy, sklep i właściwie tyle. Trochę dalej jest kościół, mała fontanna z delfinem, no i domy, w tym  hostele. Nie jest tego wiele, ale jakaś baza noclegowa o zróżnicowanym standardzie jest. Sklep pełni rolę zarówno warzywnika, jak i sklepu z pamiątkami (teraz głównie związanymi z „Gwiezdnymi Wojnami” i porgami). Zaś w knajpach można zjeść świeże fish&chips. Na Wyspach jest nawet powiedzenie „nie zamawiaj ryby, jeśli nie widzisz morza”. W jednej z knajp – „The Moorings” nawet są zdjęcia Marka Hamilla, który tam przesiadywał w przerwie między zdjęciami i uczył się, jak nalać idealną pintę Guinnessa.

Kliffy Kerry
Kliffy Kerry

Niedaleko Portmagee znajdują się klify Kerry (Kerry Cliffs). Bardzo ciekawe miejsce, z którego można (jeśli jest pogoda i widoczność) oglądać wyspy Skellig, a także położoną bliżej Puffin Island. Wejście na klify jest płatne,  a  ogrodzony teren spacerowy spokojnie można obejść w jakieś pół godziny. Przy klifach są też tabliczki z informacjami o tutejszym ptactwie, replika clochán (kamiennych domków) oraz parking. Ale tu przybywa się dla widoków.

Kliffy Kerry
Kliffy Kerry

Na północ od Porgmagee znajduje się most Maurice’a O’Neilla (wspomniany już bojownik IRA), który prowadzi nas na wyspę Valentia. Tu także znajdziemy dobre punkty widokowe, jak chociażby Bray Head, skąd również można podziwiać Skellig. Oczywiście jak dopisze pogoda.

Ślady tetrapodów na Valentii
Ślady tetrapodów na Valentii

Wyspa Valentia

Sama wyspa oferuje historyczne ciekawostki: stąd zaczęto kłaść pierwszy transatlantycki kabel telegraficzny (połączenie uruchomiono w 1866 roku i było czynne okrągłe sto lat). W tutejszych kamieniołomach natomiast odkryto jedne z najstarszych skamieniałych tropów wczesnych tetrapodów. Relikt liczy około 385 milionów lat. Ślady tych prymitywnych płazów są wystawione do oglądania, tu opłat nie ma. Nam nie udało się dopatrzyć, co na tym kamieniu jest śladem zwierzęcia i to mimo wspomagania się tablicą z opisem.
Łupek z tutejszych kamieniołomów posłużył jako surowiec między innymi do budynku Brytyjskiego Parlamentu w Londynie i Opery w Paryżu. Natomiast tabliczka z zaznaczoną Valentią w czasach, gdy płazy wychodziły na ląd powoduje rozbawienie.

Ślady tetrapodów
Ślady tetrapodów

Największa osada Valentii to Knight’s Town. W porównaniu z Portmagee faktycznie robi wrażenie. Ma nawet własną wieżę zegarową i dużo większy port z mnóstwem jachtów. Można tu (zresztą w Portmagee i innych miejscach Irlandii także) zobaczyć bardzo ciekawą różnicę kulturową między nami a Irlandczykami. Temperatura 15 stopni, mały deszcz i do tego jeszcze wiatr w lipcu to tutaj bardzo dobra pogoda, by schłodzić się w morzu.

Wybrzeże na Valentii
Wybrzeże na Valentii

Jak wspominaliśmy, do Portmagee przybywa się, by wyruszyć na Skellig. Okolica zaś oferuje wiele drobnych atrakcji. Jeśli się trochę poszuka i wie czego się można spodziewać, może to być bardzo ciekawe uzupełnienie wyprawy na wyspy Skellig. Natomiast jakby komuś pogoda nie pozwoliła na rejs na Skellig, to w Portmage jest jeszcze Skellig Experience, gdzie można zapoznać się z historią wyspy, jak i zdjęciami.

Wieża zegarowa w Knight's Town
Wieża zegarowa w Knight’s Town

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak irlandzki
Portmagee

 

Share Button

Wai-O-Tapu i Waimangu Volcanic Rift Valley

Jedną z największych atrakcji Nowej Zelandii jest strefa wulkaniczna Taupo (Taupo Volcanic Zone), czyli obszar czynny geotermalnie, z bajecznie kolorowymi wodami oraz mniej przyjemnymi zapachami. Najbardziej znanym miejscem w tej strefie jest Park Wai-o-tapu Thermal Wonderland. Zdecydowanie zasłużenie.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Park cudów termalnych Wai-o-Tapu

Waiotapu to w języku Maori „święte wody”. Ten park geotermalny leży na skraju kaldery Reporoa, powstałej w wyniku erupcji wulkanicznej 230 tysięcy lat temu. Gorące źródła wskazują, że obszar ten jest aktywny: ostatnia hydrotermalna podziemna eksplozja miała miejsce w 2005 roku, w jej wyniku powstał 50-metrowy krater.

Krajobraz Wai-o-Tapu
Krajobraz Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Park Wai-o-tapu Thermal Wonderland jest prywatnym przedsięwzięciem działającym od 2012 roku, choć turystycznie to miejsce jest znane od lat 30 XX wieku. Zresztą wiele podobnych parków jest zarządzanych prywatnie, z dobrymi efektami dla środowiska, turystyki i oczywiście dla gospodarki.

Dym i ślady siarki (nosem też się ją czuje)
Dym i ślady siarki (nosem też się ją czuje)
Szczudłak zwyczajny (Himantopus himantopus)
Szczudłak zwyczajny (Himantopus himantopus)

Dojazd, bilety i ciekawostki

Baseny, źródła, rozlewiska, gejzery mają tutaj swoje malownicze nazwy, by wspomnieć choćby Paletę artysty, Basen z szampanem (słomkowożółty kolor wody i mnóstwo maleńkich bąbelków), Dom diabła. Wszystko robi niesamowite wrażenie. To bardzo piękne miejsce, zresztą występujące na pocztówkach i w albumach z Nowej Zelandii. Widoki rzeczywiście zachwycają. Między różnymi rozlewiskami czasem przechodzi się po drewnianych kładkach, czasem zaś po kamieniach. Wszystko jednak jest przygotowane pod turystów, tak by było bezpieczne i stosunkowo łatwo dostępne.

Gorące błota
Gorące błota
Jezioro za którym zbudowano elektrownię geotermalną
Jezioro za którym zbudowano elektrownię geotermalną

Jak do wielu innych miejsc, także i tu można zarezerwować bilety przez internet, co w sezonie może być dobrą opcją. Ale jeszcze lepszą jest wybranie się tu z samego rana, póki nie ma wielu innych turystów. Przybywa ich tu multum, także będących na wycieczkach objazdowych. Z myślą o wielu turystach o różnych możliwościach czasowych i różnej kondycji, w parku wyznaczono trzy trasy. Pierwszą, najkrótszą trzeba przejść. Jak się ma więcej czasu można przejść drugą, która jest rozwinięciem pierwszej. A jak mamy jeszcze więcej czasu to jest też trzecia, zawierająca także dwie poprzednie. Łatwo się domyślić, że zorganizowane grupy najczęściej nie mają tyle czasu, by spokojnie zobaczyć wszystkie trzy. Więc tłoczno jest na pierwszej. Przypominamy, że nawet mając wydrukowaną rezerwację i tak trzeba w kasie odebrać bilet, co jest dość typowe dla wielu atrakcji w kraju Kiwi.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu
Wai-O-Tapu - basen szampański
Wai-O-Tapu – basen szampański

Gejzer Lady Knox

Bilet do Wai-o-tapu upoważnia także do obejrzenia jeszcze jednej atrakcji, gejzeru Lady Knox. Znajduje się on bardzo blisko Parku, ale ma swój osobny parking. W teorii powinni sprawdzać tam bilety, w praktyce przy tej ilości ludzi (a byliśmy jeszcze przed szczytem sezonu), wpuszczali tam za darmo, bez szczegółowej kontroli, co najwyżej z wyrywkową. Z daleka pokazaliśmy świstek, nikt nawet nie patrzył, co to jest.

Gejzer Lady Knox
Gejzer Lady Knox

Lady Knox wybucha codziennie około 10:15 (przynajmniej jak byliśmy taki był rozkład). Gejzer pluje wodą na 10 do 20 metrów. Wokół jest zbudowany mały amfiteatr, z którego można go obserwować. Dlaczego gejzer ma rozkład? Czy to znaczy, że jest sztuczny? Cóż, jeśli ma być atrakcją turystyczną, to turyści muszą wiedzieć. kiedy przyjechać. Gejzery w tym miejscu w większości zanikły. Lady Knox też już nie jest tak aktywna, jak kiedyś. Jest w stanie wybuchać raz na dobę, więc stosując pewne sztuczki da się to usystematyzować. Gejzer przez większość czasu zbiera pod powierzchnią ziemi wodę, ale sama erupcja jest wywoływana przez człowieka. Prowadzący pokaz wrzuca do środka pewne substancje chemiczne, które przyśpieszają zachodzące w gejzerze procesy, w efekcie po paru minutach następuje wybicie wody, a po kolejnych paru minutach gejzer się uspokaja i zaczyna zbierać siły na następny dzień.

Wulkaniczna dolina Waimangu
Wulkaniczna dolina Waimangu

Dolina wulkaniczna Waimangu

Pewnym uzupełnieniem Wai-o-tapu jest kolejna znajdująca się blisko atrakcja, ale wymagająca już osobnych biletów. Waimangu Volcanic Rift Valley to rezerwat nieopodal Rotoruy pełen geotermalnych cudów i dziwów. Nie jest już tak ikoniczny jak Wai-o-tapu, ale również wart uwagi.

Parujące jezioro w Waimangu Volcanic Valley
Parujące jezioro w Waimangu Volcanic Valley

Miejsce to powstało po erupcji wulkanu Tarawera w 1886 roku, który zniszczył Białe i Różowe Tarasy, mineralną formację skalną uznawaną za światowej klasy cud przyrodniczy, a podobny do tureckich Pamukkale. Na skutek erupcji Tarawery zmieniła się nieco linia Jeziora Rotomahana i Tarasy znalazły się częściowo pod wodą, częściowo pod warstwą skał wyrzuconych przez wulkan. Co więcej, po erupcji powstał gejzer Waimangu, aktywny w latach 1901 – 1904, a który zupełnie zanikł w 1908 roku. Waimangu był wówczas największym gejzerem świata, tryskającym wodą na wysokość nawet 460 metrów!

Parująca jezioro w Waimangu
Parująca jezioro w Waimangu

Wybuchał co 5-6 godzin i wyrzucał z siebie czarną wodą pomieszaną ze skałami i błotem. Waimangu w języku Maori znaczy właśnie „czarna woda” i gejzer dał nazwę całej okolicy, od tamtej pory chętnie odwiedzanej przez turystów.

Waimangu Volcanic Valley
Waimangu Volcanic Valley

Nawet brak wielkiego gejzeru nie umniejsza niezwykłości tego miejsca. O ile Wai-o-tapu zachwyca niesamowitymi zbiornikami wodnymi, o tyle w Waimangu Volcanic Valley mamy okazję obserwować geotermalne cuda w bardziej zielonym otoczeniu, czyli głównie wśród drzew. Te gorące wody nie są może tak okazałe, ale wciąż są to przepiękne widoki i w dodatku tak różne od tego, co widzieliśmy wcześniej.

Gorące źródła - Waimangu Volcanic Valley
Gorące źródła – Waimangu Volcanic Valley

Dojazd i bilety

Do Waimangu nie rezerwowaliśmy wcześniej biletów. Przyjechaliśmy i kupiliśmy. Warto zwrócić uwagę na dwie rzeczy. Parking tutaj jest dużo mniejszy niż przy Wai-o-tapu. Druga rzecz, to spacer po wulkanicznej dolinie można sobie przyśpieszyć jadąc w jedną (lub w dwie) strony autobusem. Można też przepłynąć się statkiem, ale już za dodatkową opłatą. Bilet można kupić też przez internet.

Kolorowe jeziorka w Wai-o-Tapu
Kolorowe jeziorka w Wai-o-Tapu

Cuda geotermalne to z pewnością jedna z najważniejszych i najbardziej charakterystycznych atrakcji Nowej Zelandii, taki tutejszy crème de la crème. To pozycja obowiązkowa do zobaczenia i z pewnością warta poświęconego czasu i pieniędzy. Interesująca, piękna i nietypowa. Nic dziwnego, że tak popularna.

Wai-o-Tapu
Wai-o-Tapu

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Wai-O-Tapu
Share Button

Japan Rail Pass i podróżowanie po Japonii

O podróżowaniu po Japonii napisano dość sporo, ale dołożymy do tego kolejną cegiełkę. Z prostej przyczyny: przemieszczanie się po Kraju Kwitnącej Wiśni nie jest wcale tak trudne, jak się wydaje w pierwszym momencie, ale też nie tak łatwe jak wydaje się w drugim. Niemniej jednak jest to do ogarnięcia.

Shinkansen
Shinkansen

Problemy z komunikacją?

Na początek małe dementi. Japonia nie ma świetnej komunikacji zbiorowej. Zwłaszcza, gdy patrzymy na nią kompleksowo. Pomiędzy dużymi miastami kursują szybkie i bardzo szybkie pociągi, a w obrębie aglomeracji są rozbudowane sieci metra. Jednak już poza dużymi ośrodkami miejskimi komunikacja publiczna działa słabo. Na przykład do wioski lisków autobus jeździ dwa razy w tygodniu. Jedyną alternatywą jest własny samochód lub dość droga taksówka. Jak się przekonaliśmy, autobusy w innych rejonach nie są zbyt punktualne (wyobrażaliście to sobie o Japonii?), a czasem trudno odnaleźć odpowiedni przystanek i wyczytać z niego trasę i rozkład.

Perfekcyjna organizacja i podporządkowanie na dworcu
Perfekcyjna organizacja i podporządkowanie na dworcu w Tokio

Wolny rynek w praktyce

W przeciwieństwie do europejskiego modelu komunikacji zbiorowej, ta w Japonii nie jest regulowana na przykład przez samorządy miejskie, jest całkowicie prywatna i działa na zasadach czysto kapitalistycznych. Fajnie? Z punktu widzenia okazjonalnego użytkownika (na przykład turysty) niekoniecznie: trasy i zejścia do metra należą do różnych firm, często nie są ze sobą bezpośrednio połączone, a jeśli tak, to trzeba uważać, do pociągu której firmy się wsiada (dobra, akurat to raczej jest bardzo dobrze oznaczone). Podobnie jest z pociągami, autobusami i promami. Oczywiście każde przedsiębiorstwo ma własne taryfy opłat i własne bilety.

Dopiero kilka lat temu wprowadzono kartę pre-paid, która działa na większości obszaru Japonii na większości środków komunikacji, oprócz pociągów, które mają Rail Pass. Większości nie znaczy wszystkich i zawsze trzeba się pilnować. Właśnie wolny rynek może powodować pewne zagubienie, zwłaszcza gdy ma się dwa przystanki obok siebie, tyle że różnych linii. Z tego właśnie powodu metro w Tokio jest też tak rozbudowane.

Ale na szczęście nie jest tak źle. Pomijając miejsca rzadziej uczęszczane, jak choćby wspomniana Zao Fox Village oraz Okinawę, transport po Japonii jest raczej prosty do ogarnięcia, trzymając się kilku reguł. Zaś przy takich przypadkach jak te dwa wymienione (czyli każde mniej uczęszczane miejsce dalej od głównych aglomeracji), to zdecydowanie najlepszym wyborem jest samochód. Uwaga: tu obowiązuje ruch lewostronny, ale jednocześnie na ulicach panuje duży spokój. Zupełnie inaczej niż w wielu innych państwach azjatyckich.

Shinkansen
Shinkansen

Reguła nr 1: Internet

Do poruszania się po Japonii bardzo przydaje się Internet. Można kupić sobie kartę SIM z dostępem do sieci i korzystać z niej z telefonu lub tabletu. W każdym razie bardzo przydadzą się nam dwie strony:

Hyperdia (dostępna także wersji jako mobilna aplikacja)

Japan-Guide.com

Pierwsza to nic innego jak wyszukiwarka połączeń. Pociągi jeżdżą bardzo punktualnie, choć zdarzają się tam pewne problemy, ale to jest normalne. Hyperdia potrafi wskazać najbliższe połączenia, a także miejsca, gdzie należy się przesiąść. Często nawet ze wskazaniem peronu. To bardzo pomocne.

Japan-Guide.com natomiast to serwis informacyjny, który ma świetnie opisane atrakcje Japonii razem z danymi o otwarciach, czy wskazówkami dojazdu. Te dwie strony rozwiązują większość problemów transportowych. Zwłaszcza, że Hyperdia umożliwia na przykład ograniczenie wyszukiwania do Japan Rail, na którą obowiązuje Japan Rail Pass.

W sieci można korzystać jeszcze z jednej przydatnej rzeczy, czyli map Google’a. Jak się już kupi kartę SIM i ma własny internet, to GPS bywa tam bardzo przydatny, ale co ważniejsze działa bardzo dobrze.

Typowy japoński krajobraz zza okna pociągu
Typowy japoński krajobraz zza okna pociągu

Shinkanseny

Po japońskiej wyspie Honsiu podróżowaliśmy głównie koleją. Japan Rail Pass ważny przez okres jednego tygodnia (ciągiem) sprawił, że podróż była tańsza, zwłaszcza szybkimi pociągami Shinkansen. Japonia jest pierwszym krajem, który zaczął pracować nad koleją wielkich prędkości. Już w latach 40. XX wieku zaczęto planować budowę Nowej Głównej Linii (bo to oznacza słowo „shinkansen”), która miała połączyć Tokio z Shimonoseki. Wojna jednak udaremniła te plany.

W Japonii jest bardzo dużo zieleni
W Japonii jest bardzo dużo zieleni


Pierwszą linię kolei dużych prędkości uruchomiono dopiero w 1959 roku (u nas wtedy kursowały jeszcze parowozy, francuskie TGV ruszyło w 1981 roku), choć oficjalne otwarcie nastąpiło dopiero 5 lat później z okazji Igrzysk Olimpijskich w Tokio. Pierwsze pociągi osiągały zawrotną prędkość 200 km/h (średnia prędkość Pendolino na trasie Wrocław-Warszawa to 160 km/h w 2018 roku, maksymalna 200 km/h na odcinku 80 km), zaś obecnie najszybsze z nich osiągają prędkość 300 km/h!

Angielska nazwa pociąg-pocisk (bullet train) nawiązuje do aerodynamicznej stylistyki lat 30. pierwszych pociągów serii 0, które kursowały aż do 2008 roku. My najczęściej jechaliśmy pociągami serii E6 z charakterystycznymi, dość zabawnymi nosami. Podróż Shinkansenami to klasa sama w sobie! Pociąg wygodny, miejsca dużo, płatny serwis urozmaicony, prędkość zawrotna. Choć najwięcej emocji dostarczało stanie na stacji, przez którą pocisk tylko „przelatywał” bez zatrzymywania!

Shinkansen
Shinkansen

Japan Rail Pass

I tu dochodzimy do najciekawszego. Turyści mogą kupić słynną Japan Rail Pass (działa trochę podobnie jak karta Interrail). Dzięki temu można poruszać się praktycznie dowolnie Shinkansenami i innymi pociągami (a także autobusami i promami) należącymi do Japan Rail, nie licząc małych ograniczeń.

Mamy trzy rodzaje Japan Rail – 7 dniowy, 14 dniowy i 21 dniowy (zarówno w wersji podstawowej jak i na Green Class czyli Premium, są też zniżki dla dzieci). Oba można kupić na JRPass.com lub Japan-Rail-Pass.com – działają podobnie, mają inne ceny, ale przy porównaniu z wysyłką to pierwsze wyszło nam taniej. Uwaga: Przez Internet kupujemy voucher, który jest przysyłany nam kurierem. Nie kupimy w ten sposób Japan Raila Passa. Vouchera nie wysyłają do Japonii i tam nie można go kupić.

Tramwaj w Osace
Tramwaj w Osace

Voucher ma ważność 90 dni. Realizują po okazaniu wizy (trzeba mieć wizę turystyczną) na lotnisku. Zatem trzeba pamiętać, by voucher zamówić w odpowiednim czasie. Kosztuje on ponad 200 Euro (wersji tygodniowej), ale dość szybko się zwrócił (o ile korzysta się z Shinkansenów, inaczej może nie mieć sensu).

Na lotnisku podczas wymiany vouchera na Japan Rail Pass ustalamy pierwszy dzień obowiązywania karty. I tu znów ważna uwaga – JR Pass działa 7 lub 14 lub 21 dni pod rząd. Nie ma przerwy w środku. Odbiór jest formalnością, osoby z obsługi są bardzo pomocne, jeśli ktoś miałby problem z wypełnieniem wniosku o JR Pass.

Monorail w Naha
Monorail w Naha

JR Pass w praktyce

JR Pass daje nam możliwość korzystania z Shinkansenów i innych kolei Japan Rail. Nie działa na linie konkurencji (np. gdy z Nagano jechaliśmy do Yunadaki, trzeba było kupić bilety osobne). Jeśli jedziemy zwykłym pociągiem, to przy wejściu na peron, przy bramkach zawsze znajduje się budka z człowiekiem w środku. Wystarczy mu pokazać JR Pass i nas przepuszcza. Analogicznie jest przy wyjściu. Tam nie ma miejscówek.

Shinkanseny to tutejsze ekspresy. Tu mamy wagony typu Green Car (pierwsza klasa, można sobie dodatkowo dopłacić) oraz wagony z miejscówkami. Najlepiej jest podejść do kasy, pokazać Japan Rail Pass i dostaje się bilet z miejscówką. Nic nie trzeba płacić. Minus jest taki, że za każdym razem trzeba iść do okienka po bilet, ale to zazwyczaj idzie szybko. Część Shinkansenów ma też wagony bez miejscówek i są one „awaryjne” gdyby wszystkie miejscówki się wyprzedały. Tam obowiązuje zasada kto pierwszy, ten lepszy.

Lotnisko na wyspie obok Osaki
Lotnisko na wyspie obok Osaki

Na peronach mamy namalowane miejsca, w których są wejścia do poszczególnych wagonów. Pociągi są świetnie zsynchronizowane, więc stają tam gdzie powinny. Cenowo JR Pass opłaca się, gdy podróżujemy Shinkansenami. Jeśli korzystamy głównie z pociągów lokalnych, najczęściej taniej jest kupić zwykłe bilety.

Samolot linii ANA malowany w R2-D2
Samolot linii ANA malowany w R2-D2

Samoloty

Alternatywą wobec JR Pass może być samolot. Zwłaszcza, jeśli planujemy zrobić trasę Tokio – Kioto / Osaka i z obu miejsc robić co najwyżej małe wycieczki. Oprócz dwóch konkurujących ze sobą linii ANA i Nippon, w Japonii działają low-costy. Przede wszystkim Peach Airlines i JetStar Japan. Ten drugi ma lepszy standard. Kupując z odpowiednim wyprzedzeniem bilety, mogą się one okazać korzystniejsze cenowo niż JR Pass. Oczywiście w przypadku Okinawy samolot zdaje się koniecznością.

Lotnisko lowcostowe w Naha (terminal w dawnym magazynie)
Lotnisko lowcostowe w Naha (terminal w dawnym magazynie)

Karty prepaidowe i bilety okresowe

Tu dochodzimy do kolejnego istotnego elementu, czyli kart prepaidowych. W przypadku, gdy mamy kilka różnych linii operujących na tym samym obszarze, niezależnie czy mówimy o kolei, metrze czy autobusach, można użyć kart typu Pasmo Card lub Suica. Typu, bo w Japonii jest pełna konkurencja, więc standard niby jest jeden, ale wydawców tych kart już zdecydowanie więcej. To nastręcza jeden problem. Karty można zwrócić, ale tylko tam, gdzie działa firma, która je wydała. Efekt jest taki, że kupując Pasmo Card w Tokio, możemy jej bez problemu używać w kilku innych częściach Japonii, ale w Osace już nie możemy jej oddać, by dostać z powrotem kaucję i niewykorzystane środki. Więcej o podziałach kart można przeczytać na Japan-Guide.

Jak działają te karty? Jak sama nazwa wskazuje. W automacie należy ją doładować (niestety tylko gotówką), a potem płaci się za każdy przejazd. Nie działa to w sposób inteligentny jak Oyster w Londynie, więc karty te sprawdzają się jak przemieszczamy się tylko trochę środkami komunikacji różnych firm.

Magazyny obok terminala lowcostwoego w Naha
Magazyny obok terminala lowcostwoego w Naha

Jeśli jednak mamy możliwość, by kupić lokalny bilet – nawet na jedną firmę, najczęściej będzie to bardziej ekonomiczny wybór. Przykładowo, w Kioto kupując bilet autobusowy jednej z linii, zwrócił się nam w ciągu pół dnia. Gdybyśmy korzystali tam z Pasmo, zapłacilibyśmy o wiele więcej. Jeśli możemy bazować na lokalnych biletach okresowych, najczęściej jest to najbardziej zyskowna opcja. Zwłaszcza, że czasem upoważniają do zniżek na niektóre atrakcje (np. na Okinawie).

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Osoby pracujące w transporcie, np. na dworcach, zawsze bardzo dobrze mówią po angielsku. O ile zwykli Japończycy mają z tym problem, o tyle tam zawsze można liczyć na pomoc.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
JR Pass i podróżowanie
Share Button

Tunezja: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Tunezji. Tunezja została przez nas odwiedzona i zweryfikowane ostatnio w 2011.

Tunezja: Podstawowe informacje

Uwagi ogólne: Tunezja to kraj składający się z dwóch odrębnych części. Pierwsza jest północ, gdzie znajdziemy choćby ślady rzymskich zabytków. Północ obecnie jest centrum biznesowym i turystycznym Tunezji, na wybrzeżu Morza Śródziemnego jest też dużo kurortów. Jeśli ktoś chce zobaczyć pustynie, musi udać się na południe. Ta część kraju  jest dużo bardziej dzika i naturalna.

Klimat: Zróżnicowany. Na wybrzeżu śródziemnomorski, w północnej części kraju podzwrotnikowy przejściowy między morskim i kontynentalnym, zaś na południu skrajnie suchy zwrotnikowy o charakterze kontynentalnym. Najlepszy okres na podróżowanie to wiosna – marzec-maj lub jesień (wrzesień-październik). W lecie robi się gorąco. Jeśli komuś zależy bardziej na wypoczynku nad morzem to lato też jest dobre.

Język: Formalnie arabski, przechodzący  w berberyjski. Z zachodnich języków przede wszystkim francuski. Angielski głównie na północy, gdzie jest dużo turystów.

Baza noclegowa: Turystycznie rozbudowane jest przede wszystkim wybrzeże Morza Śródziemnego. Tam nie ma problemów z hotelami i noclegami. Gorzej jest w głębi lądu, gdzie wielu turystów nie dociera, a jeśli już jadą, to korzystają z wycieczek zorganizowanych. W takich wypadkach większe hotele mogą znajdować się na peryferiach. Uwaga: w Tunezji jest obowiązek meldunkowy, ale hotele wypełniają go za nas. Szukać można bez problemu na Booking.com.

Tunezja: Transport

Dojazd: Najlepszy sposób to samolot. Na północy jest kilka lotnisk, gdzie latają czartery z Polski.

Samochody i transport wewnętrzny: Samochód lub samochód z kierowcą to chyba najlepsza opcja poruszania się po kraju. Wycieczki jeżdżą autobusami.

Uber: W Tunezji Uber nie działa.

Tunezja: Prawo

Wiza: Formalności wcześniejsze nie są potrzebne, można ją dostać na lotnisku od ręki, 90-dniową. Paszport konieczny. Obowiązuje opłata wyjazdowa.

Przepisy celne: Do kraju można wwieźć 2 butelki literowe alkoholu do 25%, oraz 1 litrową powyżej 25%. Formalnie jest restrykcja, by nie wwozić więcej niż 2 aparatów fotograficznych i jednej kamery. Wywóz dinarów jest zabroniony.

Prawo i obyczaje: Tunezja to kraj islamski, gdzie religia odgrywa dość istotną rolę. Jednak ośrodki turystyczne nad Morzem Śródziemnym rządzą się swoimi prawami, nawet podczas ramadanu. W głębi kraju należy zwracać szczególną uwagę na kwestie mogące gorszyć muzułmanów (np. nieodpowiedni strój kobiet itp.).

Drony: Używanie dronów w Tunezji wymaga zdobycia wcześniejszej licencji. Jest to dość trudne, ale możliwe.

Bezpieczeństwo w Tunezji

Szczepienia wymagane: Brak. Zaleca się szczepienia na WZW A i B.

Choroby: Nic szczególnego. Ze względu na niski poziom higieniczno-sanitarny, należy mieć na uwadze możliwość zatrucia pokarmowego.

Bezpieczeństwo: To temat rzeka, który dość trudno zmieścić w krótkim akapicie. Ostatnie lata w Tunezji nie należały do najłatwiejszych, dodatkowo wojna domowa w Libii powoduje napływ uchodźców, a co z tym idzie także różnych problemów, w tym natury kryminalnej. Niestety wśród ludzi szukających schronienia często pojawiają się inni, którzy próbują żerować na ludzkiej krzywdzie (niekoniecznie muszą to być uchodźcy). Dlatego lepiej unikać na wszelki wypadek bliskich okolic granicy libijskiej.

Drugi problem to oczywiście zamachy terrorystyczne. Jest on najbardziej głośny, zwłaszcza, że niektóre z nich mają miejsca w kurortach. Są widowiskowe, zapadają w pamięć, ale jednocześnie są rzadkie. Władze starają się im zapobiegać, jest to w ich interesie. Nie ma obecnie wzmożonego poziomu takich zamachów, ale istnieje pewne ryzyko.

Największe ryzyko to jednak sytuacja polityczna. Po 2011 niby doszło do zmiany władzy, ale jak to bywa w takich przypadkach, nie wszyscy na tym skorzystali. Stąd niestety w Tunezji (ale nie tylko tam) istnieje ryzyko ponownych zamieszek. W takich przypadkach najlepiej jest unikać dużych miast jak Tunis i trzymać się raczej kurortów.

My z powodów bezpieczeństwa wynajęliśmy samochód z lokalnym kierowcą z firmy Sahel Voyages. Byli w kontakcie z kierowcą i pozwoliło to nam uniknąć niespokojnych terenów (blokad, czy podpalenia fabryki). Natomiast  program ustalaliśmy sami. Jeśli ktoś chce podróżować po Tunezji, to wynajęcie takich biur to obecnie chyba najlepsza opcja.

Susa (Sousse) - plaża
Susa (Sousse) – plaża

Tunezja: Płacenie

Waluta: Dinar Tunezyjski (TND). Uwaga, formalnie nie powinno się wywozić tej waluty z Tunezji, choć „przeszmuglowanie” drobnych to nie jest jakiś wyczyn. Dodatkowy problem to utrudnienia z wymianą pieniędzy przy wylocie. Czasem domagali domagali się udokumentowania wymiany i pozwalali na odsprzedaż 1/3 pierwotnie kupionej kwoty. Tym samym lepiej czasem pieniądze wymienić przed powrotem na lotnisko, lub wydać.

Płatności kartą i bankomaty: W dużych miastach, w szczególności na północy, jest całkiem sporo bankomatów. Większe sklepy i restauracje, czy hotele akceptują karty płatnicze. Na południu zaś liczy się głównie gotówka.

Napiwki: Są oczekiwane, praktycznie za każdą usługę. Zwykle niewielkie, około 1-2 TND za wniesienie bagażu czy sprzątnięcie pokoju w hotelu. Zdarza się, że wymuszają, choć nie jest to aż tak dokuczliwe jak bywa czasem w Egipcie czy Maroko.

Prąd i komunikacja w Tunezj

Internet: Jeśli nie trafimy do hotelu czy restauracji, która udostępnia wifi, zostają kawiarenki lub zakup lokalnej karty SIM z pakietem internetowym.

Telefony: Roaming dostępny. Zasięg telefonów w różnych częściach kraju ograniczony.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Kultura Tunezji

Kuchnia i jedzenie wegetariańskie: Jeśli chodzi o jedzenie wegetariańskie, to jest podobnie jak w Maroko. Bardzo popularnym daniem tutaj jest bagietka z harissą. Harissa to ostra pasta z czosnku i papryki, bardzo popularna w Tunezji (a także Libii czy Armenii).

Kwestia alkoholu jest dość ciekawa. Formalnie jest to kraj islamski, więc dostęp do niego jest utrudniony. O ile na północy, w części gdzie są kurorty, tego utrudnienia się specjalnie nie odczuwa, o tyle na południu bywa już trudniej, ale tam też jest bogata infrastruktura turystyczna. Warto wspomnieć, że w Tunezji wytwarza się lokalne wina.

Ludzie: Gdy my byliśmy w Tunezji, bardzo mocno było widać podział na pracującą północ (głównie w turystyce) i biedne, ale też trochę leniwe południe. Na północy na turystach się zarabia, zatem można spotkać się zarówno z dobrą obsługą, jak i domaganiem się pieniędzy. Na południu zaś albo odbierają turystów jako ciekawostkę, albo neutralnie, albo zło konieczne. Choć też jak nadarzy się okazja, to czasem chcą coś opchnąć.

Pustynia na południu Tunezji
Pustynia na południu Tunezji. Przy okazji polecamy grupę o znakach drogowych.

Tunezyjski niezbędnik turystyczny

Oznaczenia i drogowskazy: Średnio lub słabo.

Informacja turystyczna i mapy: Lokalnie nie ma co liczyć na rozbudowaną informację turystyczną (o ile w ogóle znajdziemy). W sieci jest kilka stron, jak np. DiscoverTunisia.com.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tunezyjski
Praktycznie
Share Button

Kartagina, ślad jednak pozostał

Starożytnych miast, wokół których powstały nowe, istniejące do dziś ośrodki, odwiedziliśmy już wiele. Dobrze zachowanych, mniej. Jedne jak Akropol w Atenach są częścią miasta. Inne jak Volubilis znajdują się poza obrzeżami (w tym wypadku Maulaj Idris). Jeszcze inne stanowią ciekawą atrakcję znajdującą się w granicach metropolii. Tak było ze Splitem i Salone. Dokładnie tak samo jest z Kartaginą i Tunisem. Kartagina (łac. Karthago, Carthago, fen. Qrt-ḥdšt, arab.قرطاج czasem też Kartadż lub Kartago) jest znana nam z historii i fascynującej mitologii. I wbrew obiegowej opinii przetrwała do dziś, choć niekoniecznie tamta Kartagina.

Stanowisko archeologiczne
Stanowisko archeologiczne

Kartagina historycznie i legendarnie

Kartagina została założona przez Fenicjan z Tyru jako kolonia w Afryce w IX wieku przed naszą erą. Według jednej z legend założyła ją Dydona, zwana początkowo Elisszą lub Elissą, kapłanka bóstwa El. Po tym jak Pigmalion zabił jej męża, Acherbasa, uciekła wraz z bogatymi Fenicjanami z Tyru. Wpierw wylądowała na Cyprze, gdzie do jej grupy dołączyły młode dziewczyny, a następnie trafiła do Afryki. Tam spotkała Numidyjczyków, do których należała ta ziemia. Elissa zaczęła negocjacje. Uzgodniła, że dadzą jej tyle ziemi, ile obejmie skóra wołu. Wywołało to wśród tubylców rozbawienie, więc się zgodzili. Ona zaś pocięła skórę na bardzo wąskie kawałki (inne źródła sugerują, że na rzemienie) i w ten sposób mogła otoczyć dość spory obszar. To właśnie tam wzniesiono Byrsę, czyli akropol Kartaginy. Byrsa to po fenicku zamek, a po łacinie skóra. Dziś Byrsa to nie tylko nazwa dawnej cytadeli, ale również wzgórza.

Kartagina
Kartagina

Tubylcy nadali Elissie imię Dydona, co znaczy „wędrowniczka”. Była pierwszą królową Kartaginy, od 814 roku przed naszą erą. Jej legenda została uwieczniona choćby w „Eneidzie” Wergiliusza. W każdym razie nie jest to jedyna legenda o założeniu Kartaginy. Grecy twierdzą, że miasto to założyli Zorus i Karchedon. Zorus to Tyr po starogrecku, a Karchedon – Kartagina.

Widok na Kartaginę
Widok na Kartaginę

Kartagina, co znaczy tyle, co Nowe Miasto, początkowo była niezależnym państwem-miastem. Po czasu upadku Fenicji  jej znaczenie wzrosło, bo przejęła nadzór nad innymi koloniami fenickimi. W VII wieku przed naszą erą Kartagina stała się już imperium ścierającym się z Grekami, a potem Etruskami i Rzymem. Warto dodać, że Kartagina początkowo była monarchią, ale przerodziła się później w republikę, czyli podobnie jak początkowo Rzym.

Kartagina
Kartagina

Wojny punickie

Oczywiście my dziś najbardziej znamy historię Kartaginy z okresu wojen punickich. Mianem Punijczyków Rzymianie określali Fenicjan (Poeni). Zdecydowanie najbardziej znany epizod pochodzi z okresu II wojny punickiej, kiedy to Hannibal, dowódca wojsk kartagińskich, realnie zagroził Rzymowi. Uzbrojony między innymi w słonie bojowe rozpoczął marsz z Nowej Kartaginy (zbudowanej na terenie obecnej Hiszpanii) i zmierzał do Italii. Droga Hannibala wiodła przez Pireneje, po drodze zginęło mu większość słoni. Tym samym, nim dotarł do Rzymu nie stanowił już takiego zagrożenia.

Ruiny Kartaginy
Ruiny Kartaginy

Upadek Kartaginy

Jeśli chodzi o słonie, to w Kartaginie próbowano oswajać słonie afrykańskie. To dość trudna sztuka, ale czasem się udawała. Częściej korzystano albo ze słoni indyjskich, albo ze słoni leśnych (bliskich krewnych słoni afrykańskich). Słonie zginęły z powodu zimy, ale zagrożenie z jego strony było tak duże, że Rzymianie mieli nawet powiedzenie „Hannibal u bram” (Hannibal arte portas), oznaczające niebezpieczeństwo. III wojna punicka była inwazją Rzymian na Kartaginę. Miasto zdobyto, zniszczono, ziemię przeorano, a według legend wszystko posypano solą, by nic tu nie wyrosło. 90% mieszkańców wymordowano, resztę wzięto do niewoli.

Ślady bizantyjskie
Ślady bizantyjskie

Odrodzenie Kartaginy

Kartagina odrodziła się kilkadziesiąt lat później już jako kolonia rzymska. Początkowo pod nazwą Colonia Iunonia, ale Cezar przywrócił jej pierwotną nazwę. Miasto kwitło w prowincji Africa Proconsularis, jednocześnie konkurując z Utyką. Wraz z upadkiem Rzymu Kartagina została zajęta wpierw przez Wandali, później Bizancjum. Stała się ważnym ośrodkiem chrześcijańskim, aż do podboju w 697 przez Hasana Ibn Numana. W czasach arabskich miasto opustoszało i popadło w zapomnienie.

Kartagina
Kartagina

Od XIX wieku trwały tu pracę archeologiczne. Dziś Kartagina jest udostępniona do zwiedzania, choć wciąż znajduje się tu czynne stanowisko archeologiczne. Najstarsze znalezione fragmenty zabudowań pochodzą z VIII wieku przed naszą erą, ale większość zabytków pochodzi z czasów rzymskich i bizantyńskich. Resztki murów sugerują, że liczyły one 32 kilometry długości. Do zwiedzania jest Byrsa, resztka akropolu, łaźnie Antoniusza Piusa, pozostałości po teatrze rzymskim oraz muzeum. Obok znajduje się Katedra św. Ludwika, czyli tak zwane Acropolium, obecnie dekonsekrowana i pełniąca rolę muzeum.

Trochę dalej znajduje się jeszcze jedna interesująca pozostałość po Kartaginie fenickiej, stary port punicki. Niestety także z niego wiele nie zostało. Ostały się jeszcze pozostałości po dzielnicy portowej.

Dawny port fenicki
Dawny port fenicki

Tunis, okolice i Kartagina w filmie

Kartagina pojawia się także w kinie. W tutejszym amfiteatrze kręcono kilka ujęć do „Żywotu Briana” Monty Pythona. Stanowisko archeologiczne znajduje się na liście UNESCO od 1979 (wpisano ją razem z Al-Dżem i medyną Tunisu, były to pierwsze tunezyjskie wpisy na tej liście). Przed zwiedzaniem warto sprawdzić szczegóły na stronach: www.patrimoinedetunisie.com.tn lub www.acropoliumcarthage.com.

Gorący okres w Tunisie
Gorący okres w Tunisie

Sidi Bou Said

Będąc w Kartaginie warto jeszcze odwiedzić pobliską Sidi Bou Said. Błękitne miasto Tunezji, które trochę przypomina marokański Rabat. Sidi Bou Said to dziś miejsce z kawiarniami i drobnym, lokalnym przemysłem. Tu wytwarzane są klatki dla ptaków (klimat trochę jak w Safi). Kartagina to dziś przedmieścia stolicy Tunezji. W teorii powinno się to także ładnie połączyć z Tunisem. Jednak od stycznia 2011 i arabskiej wiosny, nie zawsze może być to możliwe. My trafiliśmy na bardziej gorący sezon, więc z samej stolicy dość szybko się wycofaliśmy.

Sidi Bou Said
Sidi Bou Said

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tunezyjski
Kartagina ?
Share Button

Split, pałac Dioklecjana, twierdza Klis i Meereen

Split, czyli po włosku Spalato to drugie największe miasto Chorwacji, a także ważny ośrodek przemysłowy i komunikacyjny. Zaś dzięki „Grze o tron” istotny również z powodu turystyki filmowej. To właśnie tu kręcono Meereen, największe miasto Zatoki Niewolniczej (późniejsza Zatoka Smoków). Sam Split może też poszczycić się bardzo ciekawą historią i wspaniałymi zabytkami. Są tu ciekawe, historyczne miejsce, eleganckie deptaki czy intrygujące zaułki. Warto też wyjechać poza centrum i zwiedzić najbliższą okolicę.

Rzymski amfiteatr w Solin
Rzymski amfiteatr w Solin

Split w czasach antycznych

Historia Splitu sięga czasów greckich: II lub III wieku przed naszą erą. Początkowo była to osada o nazwie Aspalathos. Rzymianie zmienili jej nazwę na Spalatum, oznaczającą pałac, bowiem na przełomie III i IV wieku cesarz Dioklecjan zbudował tutaj swój pałac na wzór warownego rzymskiego obozu. Warto jednak pamiętać, że Spalatum właściwie było tylko i wyłącznie cesarską rezydencją, małą osadą poza właściwym miastem.

Solin
Solin

Najstarsza dziś część miasta znajduje się poza Splitem, a dokładniej na jego przedmieściach. To niewielkie miasteczko Solin (łac. Salona) liczące około 19 tysięcy mieszkańców. Tam znajduje się kilka bardzo interesujących ruin z czasów rzymskich. Największą i najważniejszym zabytkiem Soliny są ruiny amfiteatru. Kupa kamieni ułożonych w półkręgu i parę zachowanych łuków. Jeśli chodzi o to, co dziś przetrwało, to bardziej przypomina Aquincum w Budapeszcie czy Kartaginę, niż choćby Pompeje, czyli raczej niewielkie stanowisko archeologiczne. Według niektórych informacji zwiedzanie jest płatne, ale ciężko nam było znaleźć miejsce, gdzie kupuje się bilety. Za to bez problemu dało się podejść do rzymskich zabytków.

W czasach rzymskich Solin nosił nazwę Salonae, która pochodzi (podobnie jak i nazwa współczesna) od wydobywanej w tym regionie soli. W I wieku było to najludniejsze i najbogatsze miasto Dalmacji, miejsce urodzenia cesarza Dioklecjana (urodzony ok. 240 r.). Dioklecjan prawdopodobnie w latach 295-305 wybudował rezydencję na brzegu Adriatyku w osadzie Spalatum (dziś obecny właściwy Split), jakieś 8 kilometrów od miasta. Zamierzał spędzić w niej emeryturę. To właśnie dzisiejszy Pałac Dioklecjana, jedna z najlepiej zachowanych rzymskich budowli w Chorwacji.

Katedra w Pałacu Dioklecjana
Katedra w Pałacu Dioklecjana

Split słowiański

W 614 roku przyszła na Salonae katastrofa. Miasto zostało złupione i zniszczone przez najazdy plemion słowiańskich i awarskich. Ocalała ludność zbiegła do Spalatum i schroniła się w obrębie murów przepastnej rezydencji cesarza Dioklecjana, wówczas od kilku wieków opuszczonej. Zdobyte przez najeźdźców miasto Salonae stało się ważnym ośrodkiem w średniowiecznej Chorwacji. Dzisiejszy Split stworzyli uchodźcy z pobliskiej Salony. Uciekinierzy znaleźli schronienie w murach porzuconego już wówczas pałacu Dioklecjana,  którego nie potrafili zdobyć najeźdźcy. Uchodźcy na osiedlenie tutaj musieli dostać specjalne pozwolenie od cesarza bizantyńskiego Konstantyna II.

Mury pałacu Dioklecjana
Mury pałacu Dioklecjana

Pałac był duży, zajmował prostokątny obszar o wymiarach 214×175 metrów. Zbudowano go z białego kamienia z Trogiru i wyspy Brač. Solidne mury zewnętrzne, wytyczone ulice i liczne zabudowania o różnej funkcji były nie tylko znakomitym tymczasowym schronieniem, ale i świetnym zalążkiem nowego miasta. Będący pod wpływami bizantyńskimi rzymscy chrześcijanie przemianowali świątynię Jowisza na kościół Maryi Dziewicy, sprowadzili szczątki biskupa z Salony, a jakiś czas później ustanowili katedrę św. Dominika jako nową siedzibę biskupa Salony. W tych warunkach wyewoluował z łaciny język dalmatyński, zwłaszcza, że dawna ludność rzymska mieszała się ze słowiańską.

Pałac Dioklecjana
Pałac Dioklecjana

Pałac Dioklecjana dziś

Pałac był właściwe małym, samowystarczalnym miastem. Oprócz rezydencji Dioklecjana znajdowały się tu magazyny, mury i wiele innych zabudowań, a w środku przecinały się dwie arterie. Warto pamiętać, że brama południowa (zwana też Brązową) wychodziła wprost do morza. Dziś linia brzegowa się cofnęła (podobne zjawisko miało miejsce w Efezie czy w Baku, acz z różnych przyczyn). Dziś jest to miejsce piękne, historyczne, ale miejscami zaniedbane i zniszczone przez mieszkańców (czy to jakimiś plastikowymi oknami, czy innymi niepasującymi elementami). W każdym razie trwają prace, by przywrócić pałacowi w miarę możliwości dawny wygląd. W roku 1979 Pałac Dioklecjana, rozumiany jako zabytek rzymski i stare miasto narosłe w obrębie murów pałacu zostało wpisane na listę UNESCO.

Perystyl
Perystyl

Trzeba też pamiętać, że pałac zmieniał się w czasie. Oryginalną Srebrną Bramę zamurowano w VI wieku, obecna pochodzi z lat 50. XX wieku i jest częścią odbudowy miasta w wyniku zniszczeń z czasów II wojny światowej. Podobne zmiany dotknęły Perystyl, kiedyś centralną część pałacu, w której cesarz przyjmował poddanych. Dziś pełni ona rolę kulturalnego centrum Splitu. Teren pałacu to dziś ponad 200 różnych budynków.

Podziemia Pałacu Dioklecjana
Podziemia Pałacu Dioklecjana

„Gra o tron” i Split

Warto wybrać się na zwiedzanie podziemi Pałacu Dioklecjana. Zawitała tutaj ekipa „Gry o tron”. To właśnie tutaj królowa Daenerys Targaryen zamknęła dwa swoje smoki, by nie wyrządzały szkód. Zresztą podziemia są wykorzystywane  kilkukrotnie w serialu jako lochy Meereen. Fragment podziemi Pałacu Dioklecjana w Splicie możemy zobaczyć bez płacenia za bilet wstępu. Można za to wydać pieniądze na pamiątki, bo to jeden wielki stragan. Cześć w której kręcono zdjęcia znajduje się w strefie muzealnej, wejście wymaga zakupu biletu. Plus jest jednak taki, że dzięki temu da się ominąć tłumy. Wycieczki przejdą i będzie spokojnie. W tej darmowej części takiego komfortu nie ma.

Podziemia Pałacu Dioklecjana
Podziemia Pałacu Dioklecjana

Dawny obszar pałacu to dziś przede wszystkim całe stare miasto. Szukając śladów „Gry o tron” warto też się przejść ulicą Papalićeva. Tu także kręcono kilka scen wewnątrz murów Meereen, choćby te z napisami na murach (grafitti) przeciw panom. Tu też warto dodać, że Split nie wykorzystuje swojej filmowej historii turystycznie. Owszem, znajdziemy sklep z pamiątkami z „Gry o tron” i innymi gadżetami filmowymi, ale raczej zwiedza się to na własną rękę. Nie ma lokalnych przewodników wskazujących, gdzie kręcono serial. Czasem tylko pojawiają się niewielkie grupy, które zakupiły wycieczkę objazdową po różnych lokacjach z serialu HBO. Dla nich Split jest tylko jednym z przystanków.

Wąskie uliczki Splitu (i Meereen)
Wąskie uliczki Splitu (i Meereen)

Stare miasto Splitu

Bardzo istotnym elementem dzisiejszego pałacu, choć już nie filmowym, jest katedra św. Dajuma. Wzniesiono ją w miejscu dawnego mauzoleum Dioklecjana. Jest to o tyle ciekawe, że cesarz ten słynął z prześladowania chrześcijan. Św. Dajuma, czyli biskup Salony był jedną z ofiar Dioklecjana. Do dziś raz w roku, 7 maja, jego szczątki są niesione w procesji po mieście. Sama katedra z powodu licznych przebudów jest dziś wypadkową różnych styli z dominacją stylu romańskiego, gotyckiego i neoromańskiego. Zaś zdobią tę katolicką świątynię medaliony pochodzą z okresu Dioklecjana . Katedrę można zwiedzać na bilecie łączonym z wejściem na wieżę i kryptami.

Stare Miasto w Splicie
Stare Miasto w Splicie

Pozostała historia Spalatum-Splitu była podobna do reszty Dalmacji: w X wieku miasto włączono w obręb Chorwacji, potem zostało podbite przez Węgrów. Jeszcze w średniowieczu w Splicie obowiązywało prawo przypominające rzymskie, a cudzoziemcy nie mogli osiedlać się w obrębie murów miejskich bez zgody większości obywateli. Następnym władcą Dalmacji i Splitu była Wenecja. W późnym średniowieczu większość obywateli miasta była już Chorwatami, a do używanych języków należał włoski. Split był ważnym miastem portowym w Dalmacji, rozwijającym się już poza obrębem murów pałacu Dioklecjana. Dalsza historia to Cesarstwo Austro-Węgier, wojny napoleońskie, Królestwo SHS (Serbów, Chorwatów i Słoweńców), Jugosławia i wreszcie od 1991 roku – wolnej Chorwacji. Rozpad Jugosławii wiąże się z pewnymi ofiarami i zniszczeniami, ale miasto nie ucierpiało znacznie w sposób bezpośredni.

Plac narodowy w Splicie
Plac narodowy w Splicie

Poza murami pałacu

Choć główne centrum zabytkowe Splitu to pałac Dioklecjana, to życie toczy się także za pałacem. Dość blisko znajduje się plac narodowy (Narodni trg) zwany także Pjacą. Pjaca to nic innego jak rynek, główny plac miejski, od początku istnienia pełnił rolę przestrzeni publicznej. Tu też znajduje się późnogotycki ratusz.

Pomnik biskupa Grzegorza z Ninu (Split)
Pomnik biskupa Grzegorza z Ninu (Split)

Tu także rozwijał się dawny Split, oczywiście ten poza murami pałacu. Dziś warto zwrócić uwagę przede wszystkim na targ rybny (w godzinach porannych), czy bardzo charakterystyczny budynek prokuratury na Placu Republikańskim. Życie turystyczne i nie tylko koncentruje się blisko promenady Riva. Tam jest wiele knajp, tereny spacerowe, no a wieczorami różne imprezy. Promenada to także dobre miejsce, by podziwiać porty i mariny z mnóstwem jachtów. Trochę dalej od centrum znajduje się plaża miejska – Bačvice.

Widok ze wzgórza Marjan
Widok ze wzgórza Marjan

Mając trochę czasu warto też wspiąć się na wzgórze Marjan. Nawet tylko kawałek. To dobry punkt widokowy, z którego można podziwiać Split. Inne charakterystyczne miejsca to choćby pomnik biskupa Grzegorza z Ninu, który w X wieku bronił języka starosłowiańskiego w liturgii. Ciekawe mogą być też muzea – w tym morskie i archeologiczne, o ile oczywiście ma się odpowiedni zapas czasu.

Widok na twierdzę Klis
Widok na twierdzę Klis

Twierdza Klis

Z „Grą o tron” wiąże się jeszcze jedno miejsce, które nie znajduje się w samym Splicie, ale tuż pod nim. To twierdza Klis, która także gra Meereen, czyli największe miasto Zatoki Niewolniczej Essos. To tu nagrywano przede wszystkim ujęcia ukazujące ogrom miasta, jego zdobycie, przemowy Daenerys, czy scenę, gdy khaleesi skazuje na śmierć jednego z mieszkańców miasta (byłych niewolników), oskarżonego o popełnienie morderstwa. W sumie do tej części zamku filmowcy wracali wielokrotnie. Pełni ona rolę zarówno „rynku” Meereen jak i miejsca na piramidzie, skąd obserwuje się miasto i ocean. Piramida, jak i cała okolica, oczywiście zostały wygenerowane komputerowo. Od szóstego sezonu Meereen nagrywano w Hiszpanii.

Twierdza Klis
Twierdza Klis

Wizyta Matki Smoków to w historii twierdzy Klis zaledwie epizod o niewielkim znaczeniu. Historia tej fortecy sięga czasów rzymskich, gdy nosiła ona nazwę Kleisa – „klucz”. Dziś również określa się ją mianem „kluczem Dalmacji”, podkreślając jej znaczenie militarne i historyczne. Przechodziła ona kolejno w ręce potęg władających tą krainą: Chorwatów, Węgrów, Wenecjan, Turków, Francuzów i Austriaków. Obecnie twierdza znów jest chorwacka.

Twierdza Klis
Twierdza Klis

Historia twierdzy Klis

Najważniejsze walki o twierdzę toczyły się w XVI wieku, podczas walk Turków osmańskich z Węgrami o panowanie na tym obszarze Adriatyku. Twierdza Klis była granicznym posterunkiem między należącą do Wenecji Dalmacji z miastem Split (odkupione od Węgrów) a tureckim miastem Klis. W 1648 roku wojska weneckie odbiły twierdzę z rąk tureckich. Budowla przeszła wówczas gruntowną renowację, przebudowę (dawny meczet zastąpiono kościołem św. Wita) i umocnienie. Twierdza, którą dziś możemy swobodnie zwiedzać, pochodzi głównie z tych weneckich i późniejszych austriackich przebudów. Ostatni raz militarnie twierdza Klis była wykorzystana podczas II wojny światowej, gdy stacjonowały tutaj włoskie i niemieckie oddziały wojskowe.

Twierdza Klis - Meereen
Twierdza Klis – Meereen

Twierdza należy do najważniejszych zabytków Chorwacji, choć może tego nie widać: nie ma wielkiego muzeum, rozbudowanej informacji turystycznej i tym podobnych udogodnień, jak zresztą w wielu chorwackich zabytkach. Jest tu za to salka poświęcona udziałowi twierdzy w serialu „Gra o tron”. Nieopodal znajdziemy płatny parking, a ciut dalej nieliczne miejsca, gdzie da się zatrzymać za darmo.

Twierdza Klis - miejsce z którego przemawiała Daenerys
Twierdza Klis – miejsce z którego przemawiała Daenerys

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak chorwacki
Split Trogir
Szlak filmowy
Split
Share Button