Archiwa tagu: Hobbit

Jezioro Tekapo i okolice, czyli Śródziemie

Dziś zamiast jednego miejsca będzie kilka, przy których warto zatrzymać się na chwilę podróżując po Nowej Zelandii, a dokładniej region Cantenbury i w szczególności okolice hrabstwa MacKenzie. Z jednej strony są to bardzo malownicze jeziora, z drugiej kilka miejsc, w których nagrywano sceny do „Władcy Pierścieni” czy „Hobbita” Petera Jacksona.

Jezioro Tekapo
Jezioro Tekapo

Jezioro Tekapo

Zaczynamy od jeziora Tekapo, które podobnie jak pobliskie Pukaki i Ohau, sięga Alp Południowych, skąd wszystkie trzy są zasilane wodą. Nad Tekapo wybudowana jest elektrownia wodna. Turkusowa tafla jeziora to efekt tak zwanej mączki lodowcowej, czyli niewielkim drobinkom skalnym. Byliśmy o tej porze roku, gdy kwitły łubiny. Kwiaty te należą do typowych, ikonicznych przedstawień okolic jeziora Tekapo, ale nie do końca są tu mile widziane. Łubin nie jest rośliną rdzenną, więc czasem bywa postrzegana jako zagrożenie dla naturalnego środowiska. Zaś same kwiaty przypominają trochę krajobraz Islandii.

Łubin nad jeziorem Tekapo
Łubin nad jeziorem Tekapo

Miasteczko malowniczo położone nad brzegiem Tekapo, noszące jego nazwę, w skąpo zaludnionym obszarze McKenzie Basin składa się głównie z hoteli i kilku knajpek wzdłuż głównej drogi. Jednak punktem centralnym miejscowości jest kościół Dobrego Pasterza, wybudowany w 1935 roku jako pierwszy kościół na całym tym obszarze. Kościółek ujmująco wpisuje się w krajobraz. Zbudowano go w stylu angielskim, dzięki czemu jest naprawdę uroczy. Niedaleko jest jeszcze brązowy pomnik pasterskiego psa rasy Collie. Odsłonięto go w 1966 roku dla uczczenia zasług tych poczciwych czworonogów i ich pomoc człowiekowi. Zaś cała okolica bardzo przypominała nam Gruzję: góry, woda, wspaniałe widoki i jeszcze kościół, czy jeszcze bardziej Armenię – Sewan. No i warto dodać, że to faktycznie rejon turystyczny, choć bardziej jako baza wypadowa.

Jezioro Tekapo
Jezioro Tekapo

Jezioro Pukaki, czyli Esgaroth

Bardziej na południe znajduje się inne jezioro – Pukaki. Dość podobny klimat do Tekapo, tylko świątyni brakuje, no i baza hotelowo-restauracyjna zdecydowanie mniejsza. Z jego południowego brzegu rozciąga się wspaniały widok na Alpy Południowe z najwyższym szczytem w Nowej Zelandii – Górą Cooka (3 724 m n.p.m). Warto zauważyć, że pierwszeństwo ma nazwa maoryska – Aoraki, a Mount Cook jest zwykle podawane w nawiasie. Już zresztą zdążyliśmy się przyzwyczaić do prymatu nazw maoryskich. Pukaki to także miejsce filmowe, wraz z górą Cooka. Zagrało w „Hobbicie: Pustkowiach Smauga”. To właśnie tu zbudowano miasto na jeziorze, czyli Esgaroth (z języka elfów znaczy to tyle co jezioro szuwarowe). Warto dodać, że jezioro to z powodu topnienia lodowców podnosi swój poziom co jakiś czas. Na przykład w 1952 roku o 9 metrów, zaś w 1976 aż o 37 metrów.

Jezioro Pukaki
Jezioro Pukaki
„Hobbit: Pustkowie Smauga” i jezioro Pukaki. Tutaj zbudowano scenografię miasta na wodzie – Esgaroth. Pukaki to Długie Jezioro w filmie. Natomiast bez scenografii dość ciężko znaleźć podobieństwo.
„Hobbit: Pustkowie Smauga” i jezioro Pukaki. Tutaj zbudowano scenografię miasta na wodzie – Esgaroth. Pukaki to Długie Jezioro w filmie. Natomiast bez scenografii dość ciężko znaleźć podobieństwo.

Twizel, czyli Pellenor

Jeszcze bardziej na południe znajduje się miejscowość Twizel. Niepozorna, gdy się przez nią przejeżdża, ale znów bardzo filmowa. To właśnie tu na okolicznych polach nagrywano bitwę na polach Pellenoru w „Powrocie króla”. Później wrócono tu kręcąc „Hobbita” i scenę walki krasnoludów z wargami. Czyli zupełnie inną część Śródziemia, ale filmowcom to nie przeszkadza. W przypadku pól w Twizel mamy podobną historię jak z Hobbitonem. Właściciel próbuje zarabiać  pieniądze na fanach, jednak w tym wypadku ceny zdecydowanie odstraszają. To tylko zwykła łąka, więc raczej oczekiwalibyśmy symbolicznej opłaty i dość krótkiego przystanku. Takiej oferty jednak dziś nie ma, raczej kilkugodzinna wycieczka z dodatkowymi wymyślnymi atrakcjami jak strzelanie z łuku. Jeśli ktoś lubi i ma czas, to pewnie warto. Ale prawdę mówiąc w tym wypadku cena i czas nas zniechęciły.

Twizel
Twizel
Wielką bitwę na polach Pellenoru nagrywano w nowozelandzkim Twizel. Miejsce ciężko rozpoznać w filmie, ale właściciel i tak stara się to wykorzystać turystycznie. Set jetting ratuje dodatkowymi atrakcjami jak strzelanie z łuku.
Wielką bitwę na polach Pellenoru nagrywano w nowozelandzkim Twizel. Miejsce ciężko rozpoznać w filmie, ale właściciel i tak stara się to wykorzystać turystycznie. Set jetting ratuje dodatkowymi atrakcjami jak strzelanie z łuku.

Hakatere Conservation Park, czyli Rohan

Jadąc bardziej na północ do Christchurch, po drodze mamy jeszcze jedną lokację z „Władcy Pierścieni”. Mieści się ona na terenie Hakatere Conservation Park. Ściślej jest to widok na Mt. Sunday. W filmach „Dwie wieże” i „Powrót króla” tutaj znajdował się Edoras – stolica Riddermarchi i Meduseld: złoty dwór króla Rohanu, Theodena. Dekoracje stworzone na potrzeby filmu wkrótce po zdjęciach zostały rozebrane, a otoczenie przywrócone do naturalnego stanu. I ten naturalny stan to jest coś wartego podziwiania: szerokie łąki, łagodne pagórki i ośnieżone szczyty w tle – wypisz, wymaluj Rohan.

Hakatere Conservation Park
Hakatere Conservation Park

Jadąc w kierunku Mount Sunday trochę za bardzo zawierzyliśmy lokalnym opisom i ograniczeniom. Droga w Hakatere dość szybko z asfaltowej zamienia się w szutrową, trochę krętą, ale raczej łagodną. Niestety przy naszym samochodzie przejechanie jej wymagało dużo więcej czasu niż pierwotnie założyliśmy. O dozwolonych 100 km na godzinę nie byliśmy w stanie nawet pomarzyć (a tyle tam można jechać i trzeba, jak się nie ma całego dnia). Pozostało nam pocieszyć się trochę widokami niczym z Rohanu, nie docierając do samego Mt Sunday.

Hakatere Conservation Park
Hakatere Conservation Park
Hakatere Conservation Park we „Władcy Pierścieni” zagrało Rohan. Na górze Sunday zbudowano Edoras.
Hakatere Conservation Park we „Władcy Pierścieni” zagrało Rohan. Na górze Sunday zbudowano Edoras.

Fairlie niedaleko Tekapo

Warto wspomnieć, że spory kawał drogi nr 8 – mniej więcej od Lake Tekapo do Fairlie to tak zwany rezerwat ciemnego nieba. Obszar położony na tyle daleko od siedzib ludzkich i przemysłu, że nocne niebo nie jest zanieczyszczone światłem sztucznym, a tym samym sprzyja obserwacjom astronomicznym.

McKenzie w Fairlie
McKenzie w Fairlie

Na nocleg dotarliśmy do miejscowości Fairlie. Zakwaterowanie nad Lake Tekapo było nastawione na bogatszych turystów, więc pojechaliśmy do miasteczka godzinę drogi dalej.

Hakatere Conservation Park
Hakatere Conservation Park

Ponieważ do snu zostało nam trochę czasu, pospacerowaliśmy po tym historycznym miejscu. Nie żartujemy – miasteczko szczyci się długą i bogatą historią sięgającą roku 1884, kiedy otworzono przebiegającą tędy linię kolejową. Potem tą właśnie koleją Zelandczycy wysyłali swoich chłopców na I wojnę światową, co do tej pory jest wydarzeniem. W centrum miasteczka stoi stary wagon kolejowy (przerobiony na mini-scenę). Jest też pomnik McKenziego – na wpół legendarnej postaci, od której nazwano ten region. Okazuje się, że był słynnym owcokradem i zbiegiem. Zapoznaliśmy się z historycznymi fotografiami pokazującymi główną ulicę – nasz hotel (Gladstone Grand Hotel – stęchły wiktoriański) już wtedy tutaj stał.

Jezioro Pukaki (i góra Cooka)
Jezioro Pukaki (i góra Cooka)

Ogólnie w całej Nowej Zelandii widać takie dorabianie wielkiej historii na siłę. Nas, Europejczyków, to może bawić, ale dla nich wynika to z potrzeby podkreślania swoich korzeni i swojego miejsca na świecie.

Jezioro Tekapo i kościół Dobrego Pasterza
Jezioro Tekapo i kościół Dobrego Pasterza

Natomiast pomijając Twizel, wszystkie te miejsca, w których kręcono filmy Jacksona w jakiś sposób wpisują się w nową historię kraju kiwi, budując posttolkienową historię i nieformalne nazewnictwo. Twizel, cóż, może gdy kiedyś wrócimy w tamte okolice, to właściciel tych ziem zmieni model biznesowy.

Hakatere Conservation Park
Hakatere Conservation Park

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Jezioro Tekapo
Szlak filmowy
Jezioro Tekapo

Wellington i Weta Cave, czyli studio efektów w Wellywood

Wellington, stolica Nowej Zelandii, to miasto trzecie pod względem wielkości, zamieszkane przez niecałe 200 tyś. osób. Pięknie położone, acz niezbyt urodziwe, miasto które dopiero musi napisać swoją historię. Filmowo jednak ma niesamowitą atrakcję. Znajduje się tu studio efektów specjalnych – Weta Workshop, a co jeszcze lepsze, można je zwiedzać.

Centrum Wellington
Centrum Wellington

Stolica Nowej Zelandii – Wellington

Ale zaczniemy od samego Wellington. Oprócz nizin, są i góry, niedaleko las deszczowy, cieśniny Porirua Basin, Hutt Valley i Cooka – dzieląca Wyspę Południową od Północnej – sprawiają że Wellington, jeśli chodzi o położenie, przypomina San Francisco. Faktycznie mamy tu zatoki, wzniesienia, brakuje tylko wielkiego, charakterystycznego mostu.

Budynek przy parlamencie
Budynek przy parlamencie

Nazwa Wellington pochodzi od zwycięscy bitwy pod WaterlooArthura Wellesley’a – który został obdarowany tytułem księcia Wellington. Maoryska nazwa miasta brzmi Te Whanga-nui-a-Tar i oznacza „Wielki port Tara”, odwołując się bezpośrednio do tutejszego portu.

Parlament czyli Beehive (Wellington)
Parlament czyli Beehive

Historia Wellington

Pierwsze polinezyjskie plemiona dotarły tu gdzieś w X. W XI wieku było ich tu cztery, w XIII zaś plemię Tara założyło tu swoją osadę. Ale nie był to teren jakoś specjalnie rozwijany. Prawdziwy rozwój zaczął się wraz z New Zealand Company, która zajmowała się kolonizacją Nowej Zelandii. Dwie pierwsze grupy osadników przybyły tu 20 września 1839 oraz 22 stycznia 1840. Przy rzece Hutt założyli osadę Petone (używano też nazwy Britannia). Oficjalną nazwę – Wellington – nadano w listopadzie 1840, wówczas nadano osadzie prawa miejskie (choć w tym drugim wypadku inne źródła sugerują rok 1886). Od 1862 zaczął tu zbierać się lokalny parlament, zaś w 1865 formalnie przeniesiono tu stolicę (z Auckland). Przeniesienie tu stolicy, do miasteczka zamieszkałego przez niecałe 5000 osób uratowało Nową Zelandię przed rozpadem. Po pierwsze nowa stolica znajdowała się w centrum kraju, po drugie szybko stała się ważnym portem handlowym.

Centrum Wellington
Centrum Wellington

Ścisłe centrum Wellington

Zabytków jest tu niewiele, podobnie jak i ładnych budynków. Acz znajdzie się kilka charakterystycznych, szukać ich należy w dwóch miejscach. Pierwsze to centrum z parlamentem. Budynek jest bardzo specyficzny. Nazywają go ulem – Beehive, zaiste wygląda trochę jak jakaś pasieka. Budowę zaczęto pod koniec lata60. XX wieku, oddano do użytku w 1981. Dziś jest uznany za dziedzictwo narodowe i można się zapisać na wycieczkę po nim.

Doki
Doki

Druga istotna historycznie część ciągnie się od dawnych doków, aż do monumentu upamiętniającego ofiary wojen światowych, jest też boisko do krykieta, na które można wejść. Sam monument to dobry przykład architektury dawnych kolonii, która nieudolnie próbuje udawać historyczną, europejską zabudowę. Właśnie takie budowle nas odrzucają. Za to z pewnością na uwagę zasługuje sam port.

Tablica upamiętniająca Polaków
Tablica upamiętniająca Polaków

Stoją tam okręty wojenne, a liczne tablice opowiadają o udziale Nowej Zelandii w wojnie. Zaskakuje, ale i cieszy wątek polski. Tym więcej cieszy, że ujęto w opisie dostanie się Polski pod okupację ZSRR. Jest to związane z historią polskich dzieci, które podczas II wojny światowej zostały ewakuowane na antypody. Gdy wojna się skończyła, a zaczął okres komunizmu, dzieci zostały w Nowej Zelandii, stając się wartościowymi obywatelami.

Doki i centrum biznesowe Wellington
Doki i centrum biznesowe Wellington

Punkty widokowe

Wellington ma też dwa punkty widokowe znajdujące się na wzniesieniach. Pierwszy, przyciągający turystów, to okolice ogrodu botanicznego. Dodatkową atrakcją jest winda, czy raczej coś jakby tramwaj miejski – wagonik szynowy wiodący na jedno ze wzgórz. Niestety stamtąd same widoki nie są zbyt ciekawe, choć darmowy ogród jest ciekawy do oglądania.

Widok z okolic ogrodu botanicznego
Widok z okolic ogrodu botanicznego

Drugi to góra Victoria (Mt Victoria). Jest o tyle interesujące miejsce, że znajduje się nie z boku Wellington, a w samym centrum. Na zachodzie widzimy tę, główną, najstarszą część z dokami, ale miasto rozciąga się jeszcze na wschodzie i na południu. Widać tam też więcej zatok, oceanu i gór, a także jest to dobry punkt widokowy do wypatrywania samolotów lądujących na lotnisku. W każdym razie jak tu byliśmy mocno wiało na samym szczycie, co akurat dziwne nie jest. Wellington ze względu na swoje położenie należy do najbardziej wietrznych miast na świecie. Silny wiatr występuje tam średni przez ok. 230 dni w roku.

Góra Wiktorii i gościniec z Władcy
Góra Wiktorii i gościniec z Władcy

„Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia” i okolice góry Victoria (Wellington)
„Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia” i okolice góry Victoria (Wellington)

Wellington, „Władca Pierścieni” i góra Victoria

Góra Victoria jest istotna także z filmowego punktu widzenia. To jedna z lokacji „Drużyny Pierścienia” Petera Jacksona. To tutaj kręcono sceny na gościńcu, gdzie hobbici ukrywają się przed nazgulem. Prawdę mówiąc w jednym miejscu nawet jest miejsce, gdzie się można schować za konarami, tak specjalnie dla turystów.

Róża wiatrów na Górze Victoria
Róża wiatrów na Górze Victoria

Wellywood: Weta Cave

To zaś prowadzi nas do głównej atrakcji, którą chcieliśmy zobaczyć w tym mieście, czyli Weta Cave. Jaskinia Wety, czyli część firmy, w której Weta Workshop oferuje wycieczki po studio z przewodnikiem. Z pewnością było warto. Po sukcesach filmów Petera Jacksona często tę okolicę zaczęto nazywać mianem Wellywood. Dziś jaskinia to swego rodzaju muzeum, w którym można też liznąć aktualne produkcje i zobaczyć warsztat zza kulis.

Rzeźba reklamująca Wetę
Rzeźba reklamująca Wetę

Weta Workshop to firma zajmująca się tworzeniem dekoracji, rekwizytów, strojów i efektów specjalnych do filmów, mieszcząca się w dzielnicy Miramar. Założona w 1987 roku ogromny sukces i światowy rozgłos zdobyła dzięki tytanicznej pracy poświęconej „Władcy Pierścieni” Petera Jacksona (wcześniej pracowali z nim przy „Martwicy mózgu”), a potem wrócili do „Hobbita”. O ile różnie można oceniać te filmy jako całość, o tyle wkład Wety jest naprawdę niesamowity, zaś możliwość  poznania bliżej sposobu ich pracy, czy w pewien sposób dotknięcia ich dzieł to naprawdę spora atrakcja.

Wejście do Weta Cave
Wejście do Weta Cave

Nazwę Weta przyjęła od grupy owadów endemicznych dla Nowej Zelandii, a przypominających świerszcze. Niektóre z nich są gigantyczne jak na robale – o wadze 40 g (więcej niż np. wróbel). Warto przypomnieć, że w kraju Kiwi nie było ssaków (poza fokami i nietoperzami), więc nie było szczurów. Wety wyewoluowały i zajęły ich miejsce w ekosystemie. Weta – to nazwa maoryska, która oznacza boga wszelkiej szkaradności. Gdy kręcono „Martwicę mózgu” nazwa ta wszystkim się spodobała i tak już dziś zostało.

Troll przy wejściu
Troll przy wejściu

W samej Wecie niestety nie można robić zdjęć, oprócz miejsc dla tego wydzielonych, a to ze względu na prawa majątkowe wytwórni, dla których rekwizyty są robione.
Weta oprócz rekwizytów filmowych robi także repliki dla fanów (bardzo drogie), figurki, gry. To właśnie tam można robić zdjęcia. Przed wejściem jest wystawionych też kilka trolli, tak by turyści mieli uciechę.

Bronie z Władcy
Bronie z Władcy

Zwiedzanie Weta Cave

Zabawę zaczynamy w Weta Cave. Wokół nie ma dedykowanego parkingu, ale w okolicznych uliczkach jest dość miejsca. Czasu jest dużo, więc na swoją wycieczkę czekamy w sklepie. Są tam też małe wystawy. Do wyboru jest kilka wycieczek, w tym nocna. Więcej na stronie Wety – WetaWorkshop.com. Myśmy wybrali dwie. Podstawową po studio oraz wejście na plan serialu „Thunderbirds Are Go!”.

Zbroje z Władcy
Zbroje z Władcy

Pani, która oprowadzała nas po dostępnych częściach studio, opowiadała krótko historię Wety i jej najważniejsze produkcje, jak wygląda praca przy przykładowych strojach, pokazywała miniatury i wspominała „megatury” (bigatures), czyli wielkich rozmiarów makiety. Ogromnie pouczająca i ciesząca wycieczka. Oprócz znanych nam produkcji, o których przyjemnie było dowiedzieć się nowych rzeczy, poznaliśmy także ich rodzimą (endemiczną, jak wszystko tutaj) produkcję-remake „Thunderbirds Are Go!”. I chociaż do tej pory zupełnie tego nie znaliśmy, fajnie było zobaczyć, nad czym studio pracuje aktualnie. Zwłaszcza, że miniatury i megatury wykonane na potrzeby produkcji robią wrażenie.

Swoją drogą, to „Thunderbirds” to niezła ciekawostka: serial powstały na zasadzie animacji poklatkowej modeli i miniatur, dziś wzbogacony o animowane komputerowo postaci. To nas zachwyciło, bo widzieliśmy makiety i elementy, które są obecnie używane w produkcji. No i jeszcze historie w stylu żartów w tle. W każdym odcinku znajduje się wyciskacz do cytrusów, gdzieś umieszczony. Tylko dlatego, że te wszystkie miniatury powstają z przedmiotów codziennego użytku, dopiero w złożeniu nadaje się im inne znaczenie. Gdy podczas oryginalnej projekcji wyciskacz nie spodobał się jednemu z widzów, napisał on list do telewizji z protestem. Skończyło się na tym, że wyciskacz stał się stałym elementem każdego odcinka, ta tradycja jest zachowana do dziś.

Broń z Avatara
Broń z Avatara

Rekwizyty z Władcy, Narnii i innych produkcji

Wycieczka po głównej części Wety to raczej przejście przez magazyn. Jest tu wiele przedmiotów, które pozostały po produkcji „Władcy Pierścieni” czy „Hobbita”, ale też filmów Neila Blomkampa („Dystrykt 9”, „Chappi”), „Avatara” Jamesa Camerona, „King Konga”, a nawet Narnii czy „Królestwa Niebieskiego” Ridleya Scotta. Dowiedzieliśmy się także, jaki wpływ na rekwizyty w „Hobbicie” miały zmiany producentów. Ponieważ firmy się nie dogadały, więc wszystko tworzono na nowo, w dodatku tak, by nie naruszyć praw. Stąd różnice w wyglądzie.

Uruk-hai
Uruk-hai

Wizyta w Weta Cave nas zachwyciła. To jedno z tych miejsc, gdzie powstaje magia kina, gdzie można zobaczyć pewne sztuczki, to bardzo interesująca i pouczająca wycieczka. Zaś Wellington? Cóż, spać gdzieś trzeba. Ale Weta mocno podnosi atuty tego miasta. Na koniec ta sama uwaga, co w przypadku Auckland. Transport lokalny jest, ale do poruszania się między bardziej oddalonymi częściami miasta wskazany jest samochód.

Droga na lotnisko
Droga na lotnisko

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Wellington
Szlak filmowy
Wellington (Weta)

Waitomo Glowworm Cave, jaskinia Ruakuri i świecące robaki

Jedną z najbardziej znanych nowozelandzkich atrakcji jest jaskinia Waitomo, słynąca ze świecących robaków, choć właściwie to bardziej larw. Owady te występują jedynie w jaskiniach, które są rozrzucone na obu wyspach Nowej Zelandii. Prawdę mówiąc łatwo się natknąć na nie w wielu miejscach (choćby w Fiordland), takie miejsca są raczej dobrze oznaczone i rozreklamowane. Jednak to właśnie Waitomo uchodzi za najsłynniejszą. Nie bez powodu, ale wpierw o samych insektach.

Wapień w Ruakuri
Wapień w Ruakuri

Świecące robaki

Mechanizm świecenia jest bardzo podobny do naszych świetlików (robaczków świętojańskich). Te jednak po pierwsze są chrząszczami, a po drugie świecą, by zwabić partnera. W Nowej Zelandii są to larwy muchówki z rodziny ziemiórkowatych, endemicznie tu występującej. Łacińska nazwa to Arachnocampa luminosa. Owad ten został opisany po raz pierwszy w drugiej połowie XIX wieku, gdy został zauważony przez pracowników kopalni złota. Cykl życia tych much nie różni się specjalnie od światowych krewnych: zaczyna jako jajko, większość życia spędza jako larwa czy inna poczwara, spędzając dnie (w tym przypadku 6 – 12 miesięcy) na jedzeniu lub szukaniu jedzenia. Gdy larwa przeobrazi się w dorosłą muchę, ostatnie kilka dni spędza na poszukiwaniu partnera i powiększeniu muszej rodziny.

Ruakuri
Ruakuri

Co więc w nich ciekawego, że przyciąga turystów? Ano to świecenie: larwa osiąga kilka centymetrów długości i na swoim jednym końcu mocą bioluminescencji wytwarza światełko. Światełkiem tym przyciąga latające owady, które zabłądziły w ciemnych jaskiniach i teraz szukają światełka w tunelu. Żeby złapać obiad, larwy wytwarzają liczne lepkie nitki, które zwisają na dobre kilka centymetrów i gdy tylko coś się do nich przyklei, zostaje zaciągane do góry i zjadane. Larwy zamieszkują obszary w pobliżu podziemnych rzek i strumieni – tam najłatwiej o pokarm – i gdy poczują w powietrzu wibracje, zaczynają świecić mocniej, by zwabić ofiarę. Jaskinie z tymi owadami często określa się mianem Glowworm Caves.

Świecące robaki, czyli jaskinia świetlików - NowA Zelandia (Waitomo lub jak w tym wypadku Ruakuri)
Świecące robaki, czyli jaskinia świetlików w Nowej Zelandii (Waitomo lub jak w tym wypadku Ruakuri)

Jaskinia Waitomo

W jaskiniach Waitomo (Waitomo Glowworm Caves) jest najwięcej „świetlików”. Gdy płynęliśmy łodzią przez podziemną rzekę, światełka na sklepieniu przypominały Mleczną Drogę. To właśnie ta rzeka, gdzie praktycznie tylko i wyłącznie owady rozświetlają ciemność, jest tym, co przyciąga tu turystów. To jeden z symboli Nowej Zelandii. Rejs łodzią i obserwowanie sklepienia robi fenomenalne wrażenie, tłumaczy popularność tego miejsca.

Podświetlone świecące robaki
Podświetlone świecące robaki

A ta jest zauważalna. Olbrzymi Visitor’s Center ze sklepem i restauracją. Wycieczka wchodzi za wycieczką. Jaskinia została też przerobiona tak, by była łatwo dostępna, a przewodnicy starają się nie tylko tłumaczyć z czym mamy do czynienia, ale przede wszystkim być zabawni. Potem wsiada się na łódkę i płynie aż do wyjścia oglądając to, co najpiękniejsze. Zaiste warto, choć rejs nie trwa nawet 10 minut. Reszta to około 20 minut, może więcej, gdy się zagada przewodnika.

Skamieniałości z czasów, gdy te tereny były pod wodą
Skamieniałości z czasów, gdy te tereny były pod wodą

„Wai” znaczy tyle co strumień, „tomo” jaskinia. Maoryskie tłumaczenie nazwy to mniej więcej strumień wpływający do jaskini. Te wapienne jaskinie odkryto około roku 1887. Dokonali tego maoryski wódz Tane Tinorau i angielski geodeta Fred Mace. Wpłynęli do jaskini, zobaczyli świecące owady i zachwycili się, więc coraz częściej tu wracali. Z czasem Maorysi wyczuli w tym interes i zaczęli na tym zarabiać oprowadzając turystów. Nie nacieszyli się długo tą atrakcją, gdyż na początku XX wieku zainteresował się nią rząd, a następnie przejął. Po prawie stu latach jaskinie wróciły pod opiekę lokalnej społeczności Maorysów.

Ruakuri
Ruakuri

W Waitomo nie można robić zdjęć. Wszystkie zrobiliśmy w pobliskiej jaskini Ruakuri. Ale oczywiście można sobie kupić zdjęcia. Jest specjalny greenscreen, na który się wchodzi, a resztę załatwiają spece od efektów. Tu nie tylko chodzi o biznes na zdjęciach, ale też zagwarantowanie przepływu ludzi i bezpieczeństwo na łodziach.

Ruakuri
Ruakuri

Jaskinia Ruakuri

Jaskinię Waitomo połączyliśmy jeszcze z drugą, wspomnianą już Ruakuri (Ruakuri Cave), zdecydowanie mniej popularną, mniej ludną, z mniejszą ilością świecących larw, ale przy tym ogólnie bardziej interesującą. Jest to najdłuższy kompleks jaskiń w obszarze Waitomo. Przez setki lat służył Maorysom jako miejsce pochówków, a nazwa pochodzi od maoryskiego określenia „psia nora” – Maorysi zauważyli, że u wejścia do jaskini zdziczałe psy mają swoje legowiska. Ze względu na świętość miejsca (od tych pochówków, nie od psów), zejście do jaskiń zaczyna się od imponującej spiralnej rampy. U jej podstawy znajduje się głaz piaskowca, obmywany przez wodę i światło, które dostają się ze świata zewnętrznego. Rytuał nakazuje obmyć w tej wodzie dłonie przed wejściem do jaskiń i przed powrotem na świat zewnętrzny.
Z ciekawostek warto wiedzieć, że Ruakuri jest jedyną jaskinią na południowej półkuli dostępną dla wózków inwalidzkich.

Ruakari w przeciwieństwie do Waitomo jest mniej tłoczne i można bardziej napawać się samą jaskinią
Ruakari w przeciwieństwie do Waitomo jest mniej tłoczne i można bardziej napawać się samą jaskinią

Jaskinie Ruakuri ozdobione są niezwykłymi formacjami stalaktytów, stalagmitów i innych dziwadeł utworzonych przez naturę. Podobnie jak w każdej innej jaskini, formacje te powstały przez kapanie i sączenie wody bardzo nasyconej minerałami, głównie wapniem. Tylko że tutaj mnogość i różnorodność tych narośli robi oszałamiające wrażenie. Ponadto wnętrza jaskini są efektownie oświetlone.

Ruakuri
Ruakuri

Ta wycieczka jest zdecydowanie dłuższa, także z przewodnikiem. Tym razem trzeba poświęcić na nią dwie godziny. Mniejsza ilość osób, a także to, że kolejne tury nie wychodzą co 20-30 minut, sprawia, że odkrywanie tego miejsca było w naszym odczuciu zdecydowanie ciekawsze. Przewodnika zaś spotyka się na parkingu, nie ma żadnego Vistor’s Center.

Ruakuri
Ruakuri

Dojazd i wejście do Waitomo i Ruakuri

Wejściówki do Waitomo lepiej zarezerwować wcześniej. Można też kupić pakiet combo na dwie jaskinie lub jeszcze inną kombinację. Są tu też organizowane spływy i wspinaczki jaskiniowe, oczywiście dla zdecydowanie bardziej doświadczonych grotołazów. Bilety najlepiej zamówić bezpośrednio na stronie: Waitomo.com. Nowa Zelandia ma wiele atrakcji, ale ta jest jedną z popularniejszych, więc warto zarezerwować sobie wejście wcześniej.

Zejście do Ruakuri jest bardziej intrygujące niż do Waitomo
Zejście do Ruakuri jest bardziej intrygujące niż do Waitomo

Należy go wydrukować, a potem zamienić na potwierdzony bilet w kasie. Tak to działa w Nowej Zelandii. Warto jednak wziąć poprawkę na stronę: jeśli działa wolno, lepiej spróbować za parę godzin, inaczej może nas czekać niespodzianka z przeskoczeniem dat. Da się to oczywiście odkręcić mailami, ale to trwa. Parkingi na miejscu oczywiście bezpłatne.

Wejście do jaskini Waitomo
Wejście do jaskini Waitomo

Fenomen świecących robaków to coś, na co w Nowej Zelandii zdecydowanie warto poświęcić trochę czasu. Jaskinie Waitomo są ikoniczne, większej ilości owadów nie znajdziemy nigdzie indziej. Stąd też popularność tego miejsca. Natomiast mniejszych jaskiń z muchówkami mijaliśmy na naszej trasie co najmniej kilka. Więc jeśli to miejsce jest za daleko od trasy, może warto skusić się na jakieś mniejsze? Zresztą Waitomo to tylko niecałe 3 godziny drogi z Auckland. Zaś na koniec filmowa ciekawostka. Otóż właśnie Waitomo nagrywano dźwięk jaskiń do „Hobbita” Petera Jacksona.

Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
Waitomo Glowworm Cave i jaskinia Ruakuri

Hobbiton, czyli jak zarabiać na planie filmowym

W żadnym innym kraju turystyka filmowa nie rozwija się tak dobrze jak w Nowej Zelandii. Jej filmowym sercem jest oczywiście Hobbiton Movie Set, czyli dom filmowego hobbita, a właściwie cała wioska. Od razu wiedzieliśmy, że musimy tu dotrzeć. To zdecydowanie jedna z najlepiej rozpoznawalnych i utrzymanych lokacji filmowych nie tylko na antypodach, ale na całym świecie. Nic dziwnego, że przyciąga olbrzymie rzesze turystów, nie tylko fanów Tolkiena czy adaptacji Petera Jacksona, ale także ciekawskich. Można tu znaleźć ludzi, którzy o żadnym Śródziemiu nie słyszeli. To miejsce nie bez powodu jest obecnie jedną z najpopularniejszych, jeśli nie najpopularniejszą atrakcją Nowej Zelandii.

Znak powitalny planu filmowego Hobbiton
Znak powitalny planu filmowego Hobbiton

Hobbiton – filmowa atrakcja Nowej Zelandii

Hobbiton jest interesujący z jeszcze jednego powodu. Nowozelandczycy (czy może Kiwi jak sami siebie określają skrótowo) mają olbrzymi problem z własną kulturą, której nie ma zbyt wiele. Po wielu latach udawania, że jest inaczej,  widać obecnie duży zwrot w kierunku promowania języka i tradycji maoryskich. Ale tego jest mało. „Władca Pierścieni” (i w mniejszym stopniu „Hobbit”) wypełnia tę lukę. Niektórym miejscom w Nowej Zelandii nadaje się nieoficjalnie tolkienowskie nazwy, bardzo mocno promuje się lokacje filmowe. Są wycieczki zorganizowane przez różne firmy, można też przelecieć się samolotem z pilotem, który kręcił film. Set jetting jak się patrzy.

Gandalf wjeżdża do Shire – „Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia”, plan filmy Hobbiton (Nowa Zelandia)
Gandalf wjeżdża do Shire – „Władca Pierścieni: Drużyna Pierścienia”, plan filmy Hobbiton (Nowa Zelandia)

Ta część przemysłu nie wymaga licencji, ale są też takie na których zarabiają producenci filmu. Jest też przewodnik po miejscach, który napisał Ian Brodie, a właściwie przewodniki, bo w niektórych sklepach widzieliśmy kilka różnych edycji (ponad dziesięć, od kieszonkowej po albumową). Dodatkowo wiele z tych miejsc jest przynajmniej, gdzieś oznaczona (mapy Google’a, informacja turystyczna). Hobbiton dziś funkcjonuje samodzielnie. Owszem wywodzi się z filmu, ale jest autonomiczną i popularną atrakcją. Warto tu też jeszcze zauważyć jedną rzecz. W Nowej Zelandii to nie J.R.R. Tolkien jest twórcą „Władcy Pierścieni”, a Peter Jackson. Tu naprawdę prym wiodą filmy, które niesamowicie rozsławiły Nową Zelandię. To się naprawdę tu czuje. Tu jest Śródziemie.

Domek hobbicki
Domek hobbicki

Na początku była farma

Ale nim je nakręcono, to nieopodal miejscowości Matamata była sobie farma rodziny Alexander (Family Alexander Farm). Liczyła ona 500 ha. Nie wyróżniała się niczym specjalnie, raczej jedna z wielu w okolicy. W 1998 Peter Jackson szukając plenerów filmowych przeleciał nad nią helikopterem. Spodobały mu się stawy i oczka wodne, świetnie umieszczone między pagórkami, w dodatku nie było tam żadnych linii energetycznych czy dróg. Przybył tu ze scenografami, a także słynnym ilustratorem dzieł J.R.R. Tolkiena Alanem Lee. Lee i Jackson uznali, że to miejsce jest takie bardzo swojskie, taki wykrojony fragment „merry England”, a gdzieś już pewnie Hobbici zaczęli kopać swoje norki.

Domek hobbicki, inaczej norka hobbita
Domek hobbicki, inaczej norka hobbita

Pozostało dogadać się z rodziną Alexander. Wpierw prośba ich zaskoczyła, nie do końca wiedzieli, czego się spodziewać. Z ich strony przedsięwzięciem pokierował Russell Alexander, który dość szybko zrozumiał, że życie jakie znali dobiegnie końca. On też prowadzi to miejsce do dziś, nadał mu też aktualny kształt. Podobno początkowo kazali filmowcom przyjść później i zabrać całą dekorację, ale z czasem doszli do ostatecznego porozumienia.

Pagórek ze sztucznym drzewem
Pagórek ze sztucznym drzewem

Przemiana w dom Hobbita (Hobbiton)

Prace nad lokacją zaczęły się w 1999. W kopaniu hobbickich norek pomagała nowozelandzka armia. I chociaż w zamyśle twórców Hobbiton nie miał przetrwać wiele dłużej niż czas potrzebny na zdjęcia, to jednak fronty norek powstały z dość trwałych materiałów.  Najwięcej roboty było z roślinami. O ile kwiaty czy warzywa trzeba tylko zasadzić wcześniej, o tyle z drzewami jest więcej problemów. Klimat nowozelandzki jest taki, że europejskie drzewa takie jak śliwy czy jabłonie, rosną bardzo szybko i dodatkowo pną się w górę. To nie jest do końca to, czego oczekiwali filmowcy. Zwłaszcza, że Hobbiton mieli wykorzystać więcej niż raz. Musieli zatem znaleźć odpowiedniki, które na filmie będą mogły udawać kształty znanych Europejczykom drzew. Owoce zawsze można powiesić sztuczne, w filmie tego nikt nie zauważy.

Norki i widok na Hobbiton
Norki i widok na Hobbiton

Okazuje się także, że część drzew była sztuczna. Przede wszystkim to, które znajduje się nad domem Bilba. Z różnych powodów nie dało się tam posadzić drzewa, zwłaszcza na szybko.

Norka Bilba i Froda
Norka Bilba i Froda

Gandalf rozmawiający z Bilbem na ganku.  „Hobbit: Niezwykła podróż” – plan filmowy Hobbiton w Nowej Zelandii.
Gandalf rozmawiający z Bilbem na ganku. „Hobbit: Niezwykła podróż” – plan filmowy Hobbiton w Nowej Zelandii.

Hobbiton po filmie

Po zakończeniu prac nad „Władcą Pierścieni” Russell Alexander po raz pierwszy otworzył to miejsce dla turystów w 2002. Wcześniej fani i tak zaczęli tu przyjeżdżać sami. Russell oczywiście miał podpisane odpowiednie umowy, do których jeszcze wrócimy. W każdym razie utrzymywał to miejsce, sprawił, że żyło, a co jeszcze bardziej istotne, zaczęło się popularyzować.

Słynny napis przy wejściu do domu Bilba
Słynny napis przy wejściu do domu Bilba

W 2010 roku na potrzeby serii „Hobbita”, plan musiał zostać zrekonstruowany, trochę też rozbudowany. Zastosowano bardziej trwałe materiały, także z myślą o turystach. Nie budowano jednak wszystkiego od nowa. Zaś ponieważ już wtedy o Hobbitonie można było coś czasem przeczytać, utrzymywanie tego miejsca zaczęło się zwracać z nawiązką.

Polana na której świętowano urodziny Bilba
Polana na której świętowano urodziny Bilba

Plan filmowy dziś

Dziś w Hobbiton Movie Set można podziwiać 44 hobbickie norki, przy czym tylko do kilku da się wejść (przewodnik wpuszcza swoją grupę tylko do jednej). I w sumie żadna strata, bo wnętrza i tak były kręcone w studio w Wellington. Zaś w norkach wiele miejsca nie ma. Właściwie tylko tyle, by móc schować tam aktora, który przechodzi przez drzwi. Nic więcej. Żadnej dekoracji, podłogi, nic. Zwykły plan filmowym, który nie zostaje uwieczniony w kadrze.

Drogowskaz (Hobbiton)
Drogowskaz (Hobbiton)

Urzeka widok na wzgórza usiane okrągłymi drzwiami i oknami, z zadbanymi obejściami. Hobbiton jest bardzo zadbanym miejscem, dopracowanym w najdrobniejszych szczegółach. Cieszą detale zapamiętane z filmów i takie detale, na które nie zwraca się świadomie uwagi, ale budują klimat miejsca. No i roślinność, w jej utrzymanie wkładane jest dużo pracy i to widać. Sprawia to, że jest to miejsce magiczne.

Dom Sama Gamgee
Dom Sama Gamgee

Można się natknąć też na zasłonięte norki. To efekt braku porozumień w sprawie praw autorskich. Przewodnicy starają się jednak tak prowadzić wycieczki, by te zamknięte norki nie wpadały zbytnio w oko.

Gospoda pod zielonym smokiem („Hobbit” i „Władca Pierścieni”)
Gospoda pod zielonym smokiem

Wnętrza gospody
Wnętrza gospody

Zwiedzanie Hobbitonu i gospoda pod Zielonym Smokiem

Oczywiście jest i gospoda i sklep. W Gospodzie pod Zielonym Smokiem (Green Dragon Inn) pierwsza kolejka jest na koszt firmy (piwo lub lemoniada). W sklepie przy wejściu na teren lokacji można się obłowić w pamiątki z „Władcy Pierścieni” i „Hobbita”.

Most i młyn
Most i młyn

Hobbiton przyciąga rzesze turystów, dlatego warto zarezerwować sobie wycieczkę wcześniej na stronie HobbitoTours. Samo zwiedzanie Hobbitonu trwa dwie godziny. Grupy zawsze prowadzi przewodnik. Na wspomnianej wyżej stronie można zamówić sobie wycieczkę wyruszającą z Matamaty bądź Rotoruy, można też kupić dojazdowe z innych miejsc. Jeśli dysponujemy samochodem to najlepszym (i najtańszym) rozwiązaniem jest Shire’s Rest. To już fragment farmy rodziny Alexander, tu znajduje się olbrzymi parking i sklep. Zresztą autobusy i tak tu dojeżdżają.

Ogródki w Hobbitonie
Ogródki w Hobbitonie

Istotne jest też to, że nawet jeśli zamówimy wejściówkę na jakąś godzinę, to trzeba mieć wydrukowane potwierdzenie, ale wcześniej i tak należy je zamienić na bilet w kasie. Mogą wymienić na wcześniejsza godzinę, jeśli są miejsca.

Staw i kolejne norki
Staw i kolejne norki

Sam Hobbiton zdecydowanie zasługuje na magiczną sławę, która wokół niego narosła. Niby to tylko plan filmowy, na którym widać dużo plastykowych rekwizytów. Ale oczarowuje i to bardzo. No i przede wszystkim dzięki zmysłowi biznesowemu i rzeszom turystów, prosperuje.

Rzeźba Golluma w Shire's Rest
Rzeźba Golluma w Shire’s Rest

Jeśli podobał Ci się wpis, zobacz inne na szlaku nowozelandzkim, lub filmowym.

Szlak nowozelandzki
Hobbiton
Szlak filmowy
Hobbiton