Archiwa tagu: plaża

Półwysep Dingle, klify i „Gwiezdne Wojny”

Gdzie na zachodzie kończy się Europa? Jest oczywiście kilka teorii. Portugalczycy twierdzą, że na przylądku Roca, poniekąd najbardziej wysuniętym na zachód fragmencie kontynentu europejskiego. Islandczycy mają nawet most Miðlína znajdujący się na styku płyt tektonicznych – europejskiej i amerykańskiej. Swój zachodni kraniec Europy mają także Irlandczycy. To półwysep Dingle, dokładniej Dunmore Head. Znajduje się dalej na zachód niż Cape Roca, ale nie na stałym lądzie.

Półwysep Dingle
Półwysep Dingle

Irlandzki półwysep Dingle

Półwysep Corkaguiney (irl. Corca Dhuibhne) bywa nazywany również Dingle, od miasta An Daingean lub Daingean Uí Chúis, które z angielska właśnie określa się Dingle. Jest to miasteczko rybackie, ale też otwierające się na turystykę (podobnie jak cały półwysep). W porcie możemy zobaczyć zarówno kutry, jak i jachty. Organizowane są stąd także wycieczki na oglądanie delfinów. Jest też oceanarium, kilka restauracji i pubów z muzyką na żywo. W sam raz, by tu zostać w razie niepogody. Zaś przy sprzyjającej aurze raczej zwiedza się okolicę (pieszo, rowerem czy samochodem).

Miasteczko Dingle
Miasteczko Dingle

Oglądanie delfinów w Dingle zostało rozsławione dzięki butlonosowi imieniem Fungie. Zadomowił się w tych wodach i dziś stanowi żywą atrakcję turystyczną. O ile by zobaczyć inne delfiny trzeba mieć trochę szczęścia, ten chętnie pokazuje się turystom. W porcie nawet znajduje się pomnik tego delfina.

Plaża Inch (półwysep Dingle) w filmie „Córka Ryana”
Plaża Inch (półwysep Dingle) w filmie „Córka Ryana”

Plaża Inch

Gdy jest sprzyjająca pogoda (choć Irlandczycy są w tej materii dużo mniej wybredni) można wybrać się na plażę. Inch Beach to jedna z najlepszych plaży w całym hrabstwie Kerry. Większość z nich jest kamienista lub stosunkowo niewielka. Piaszczysta plaża Inch jest dość malownicza i rozciąga się na pięć kilometrów. Woda i wiatr sprzyjają przede wszystkim uprawianiu sportów wodnych, różnych odmian surfingu (kite surfing, windsurfing) oraz kajakarstwa Popularnością cieszy się także wędkowanie.

Plaża Inch
Plaża Inch

To także pierwsza nasza lokacja filmowa, choć niestety już trochę zapomniana. Tutaj David Lean kręcił swój romans – „Córka Ryana” osadzony w czasach powstania (które czasem uznaje się za początek istnienia IRA). Dziś plaża Inch przyciąga turystów, czasem dość ciężko tu zaparkować. Bardzo wyróżnia się na tle reszty Dingle. Mało kto jednak kojarzy to miejsce z filmów.

Plaża Inch
Plaża Inch

Gallarus Oratory

Bardzo charakterystyczne i często występujący w tej części Irlandii są liczne kamienne chatki nazywane clochán, zwane też ulami (beehive hut). Przypominają one cele mnichów ze Skellig Michael. Ich datowanie jest niepewne, być może pochodzą z około VII wieku naszej ery, przynajmniej nie ma dowodów na istnienie ich przed tą datą. Większość zachowanych clochán datuje się na wieki XII i późniejsze.

Gallarus Oratory
Gallarus Oratory

Ich konstrukcja jest ciekawa: na planie koła – wtedy przypominają ule – lub kwadratu – wtedy ich kolebkowy dach nasuwa skojarzenia z wywróconą łodzią. Kamienie są ułożone w ten sposób, że deszcz spływa po chatce nie dostając się do środka. Nam właśnie ten ulewny deszcze przeszkodził w zwiedzaniu większości clochán, które licznie mijaliśmy po drodze.
Udało nam się  wejść tylko do Gallarus Oratory, czyli takim clochán o funkcji sakralnej. To także zdecydowanie najbardziej znany z tych uli.

Gallarus Oratory
Gallarus Oratory

Funkcja Gallarus Oratory nie jest znana oprócz tego tylko, że w jakiś sposób wiązała się z tradycją celtycko-chrześcijańską. Nie wiadomo, czy był to wczesnochrześcijański kościół, XII-wieczna świątynia, prywatna kaplica pogrzebowa czy schronienie dla pielgrzymów (jedna z etymologii słowa „gallarus”, uważana zresztą za błędną). Nie jest nawet znana data powstania tego budynku – nie zachowały się żadne przedmioty, które mogłyby naświetlić sprawę. Swoją drogą, wodoodporne ułożenie kamienia sprawdza się doskonale – w środku jest suchusieńko, mimo intensywnych opadów. Pod Gallarus znajduje się całkiem spory parking i faktycznie przybywa tu dużo turystów.

Drogi na półwyspie Dingle
Drogi na półwyspie Dingle

Klify Dingle

Poza tego typu zabytkami (jest ich kilka po drodze), malowniczymi polami uprawnym, oraz polami golfowymi, na półwyspie Dingle odwiedzających przyciągają także malownicze klify. Te nawet przy niepogodzie wyglądają olśniewająco. Jest tu naprawdę wiele punktów widokowych, więc można się przemieszczać od jednego do drugiego i robić krótkie przerwy. Trzeba jednak wziąć pod uwagę zwężenia dróg i mijanki. Klify i wybrzeże uwieczniono w filmie „Za horyzontem” (1992) Rona Howarda. Ten znów opowiada ważny fragment historii Irlandii, czyli emigrację. W rolę młodych Irlandczyków wcielili się Tom Cruise i Nicole Kidman, wówczas gorąca para Hollywood.

Klif Dingle
Klif Dingle

Gwiezdne Wojny i Dingle (Ceann Sibeal)

Najnowsze filmowe dzieło, które kręcono w Dingle to „Gwiezdne Wojny: Ostatni Jedi” Riana Johnsona. Z powodu trudności, na Skellig Michael nakręcono raptem kilka scen i to pomimo że Ahch-To w Epizodzie VIII miał całkiem dużo czasu ekranowego. Na półwyspie Dingle zbudowano kopię kamiennych domków ze Skellig, jednocześnie wprowadzając modyfikacje, by dać filmowcom większą swobodę.

„Gwiezdne Wojny: Część VIII: Ostatni Jedi”, półwysep Dingle dubluje Skellig Michael czyli planetę Ahch-to.
„Gwiezdne Wojny: Część VIII: Ostatni Jedi”, półwysep Dingle dubluje Skellig Michael czyli planetę Ahch-to.

Jednak najważniejszym powodem zmiany miejsca było docieranie na Skellig i trudne (zmienne) warunki pogodowe. W przypadku „Przebudzenia Mocy”, gdzie kręcono kilka ujęć nie miało to dużego znaczenia, ale w „Ostatnim Jedi”, gdzie Ahch-To odgrywa większą rolę, kręcenie wszystkiego na Skellig stanowiłoby spore utrudnienie, stąd potrzebny był „dubler”. Zresztą nie jedyny. Samo Ahch-To (acz już nie świątynię Jedi) kręcono w północnej części Irlandii – choćby w hrabstwie Donegal. No i oczywiście w studiu Pinewood pod Londynem.

Pole golfowe nieopodal Ceann Sibeal
Pole golfowe nieopodal Ceann Sibeal

Plan „Ostatniego Jedi” zlokalizowano w Ceann Sibeal, nieopodal pola golfowego. Niestety dotarcie tam w deszczowy dzień jest bardzo trudne. Kończy się droga asfaltowa i dalej najlepiej jest dotrzeć na piechotę, pamiętając, że wchodzi się na prywatną własność. Zresztą dziś pozostałości po filmie już tam nie ma. Wykorzystano to miejsce, by jak najlepiej odtworzyć Skellig Micheal, dekoracje później usunięto. Natomiast nie jest to jedyne pole golfowe będące lokacją gwiezdno-wojenną. Inne to Livermore.

Ceann Sibeal
Ceann Sibeal

Ale jest jedna pamiątka. W Ceann Sraithe znajduje się punkt widokowy z tablicą informacyjną, wskazującą, gdzie było zlokalizowane Ahch-To. Jest tu także luneta, dzięki której można obejrzeć zdecydowanie mniej dostępny klif. Niestety do tego także potrzebna jest pogoda.

Punkt widokowy Ceann Sraithe
Punkt widokowy Ceann Sraithe

Zwiedzanie półwyspu Dingle

Swoją drogą nie jest to jedyne miejsce, w którym wspomina się „Gwiezdne Wojny”. Po drodze czasem można znaleźć jakieś dekoracje i reklamy o tym przypominające. No i podobnie jak w Portmagee, gdzieniegdzie można kupić porgi.

Krajobraz półwyspu Dingle
Krajobraz półwyspu Dingle

Na półwyspie Dingle, przy lepszej pogodzie warto też pojechać na przełęcz Conor Pass. Malownicza, a jednocześnie najwyżej położona w Irlandii – 456 metrów nad poziomem morza. Znajduje się niedaleko od miasta Dingle. Inne atrakcje poza „ulami” to także kamienne chaty z okresu Wielkiego Głodu, skanseny, no i przede wszystkim klify. Nawet mimo niepogody robiły wrażenie.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak irlandzki
Dingle
Szlak filmowy
DingleSzatt al-Dżarid

Larnaka, okno na Cypr i św. Łazarz

Największe lotnisko na Cyprze ulokowane jest w miejscowości Larnaka (grec. Λάρνακα). Dzięki temu Larnaka jest miastem nastawionym na turystów, z mnóstwem hoteli. To idealne miejsce na początek przygody z tym krajem (lub krajami), a także dobra baza wypadowa. Do większości miejsc na wyspie jesteśmy w stanie dojechać samochodem w góra trzy godziny (do wielu zdecydowanie krócej). Natomiast sama Larnaka, choć jest niewielkim miastem, także ma kilka atrakcji, którym warto poświęcić czas.

Kościół św. Łazarza (Larnaka, Cypr)
Kościół św. Łazarza (Larnaka, Cypr)

Historia Larnaki

Pierwotnie było to miasto fenickie, nosiło nazwę Kition, założono je w XII wieku przed naszą erą. To jedna z najstarszych kolonii Fenicjan (obok Kartaginy i Kadyksu). Potem wyspa została zajęta przez Greków, którzy na Cyprze pojawili się w podobnym czasie co Fenicjanie. Początkowo ich kolonialne zapędy nie wchodziły sobie w paradę. Dopiero z czasem Grecy zaczęli przeważać, acz mniejszość Fenicka potrafiła się tu dobrze odnaleźć. Ba nawet prawdopodobnie od nich wywodzi się Zenon z Kition, czyli grecki filozof uznawany za twórcę doktryny stoickiej. Oczywiście jak wiele miast z tego regionu, Kition przechodziło z rąk do rąk, było egipskie, perskie, a także rzymskie. Wówczas nazywało się Citium, którego niewielkie pozostałości można oglądać w mieście do dziś (jest tu niewielkie stanowisko archeologiczne). Niestety miasto nawiedziło kilka silnych trzęsień ziemi (w latach 76, 322 i 342). Po tym ostatnim zostało opuszczone, ale ludzie nie przenieśli się daleko.

Ikonostas w kościele św. Łazarza
Ikonostas w kościele św. Łazarza

Tradycja religijna

Nowe miasto, zwane Skala, stało się istotnym portem Cypru. Dziś Skala to dzielnica turecka Larnaki. Sama nazwa Larnaka pochodzi z greckiego i nawiązuje do naczynia, w którym przechowywane są szczątki zmarłego. Z tym wiąże się legenda z początków chrześcijaństwa. Jak wiemy z Ewangelii, w Betanii żył sobie Łazarz wraz z jego siostrami, Marią i Martą. Cała trójka była dobrymi przyjaciółmi Jezusa. Chrystus zmierzając do Betanii dowiedział się o śmierci Łazarza, zaś gdy już tam dotarł, wskrzesił go. Był to jeden z najważniejszych cudów.

Lew Wenecki na promenadzie
Lew Wenecki na promenadzie

I tu zaczyna się część legendarna. Po śmierci, zmartwychwstaniu i wniebowstąpieniu Jezusa, Łazarz dołączył do chrześcijan i udał się na Cypr (wg jednej z wersji). Założył gminę chrześcijańską w Kition i był jej biskupem przez 40 lat. Zaś po jego śmierci, w miejscu jego grobu wzniesiono cerkiew św. Łazarza. Alternatywna legenda jest dość podobna, ale mówi, iż Łazarz udał się do Marsylii i tam był biskupem. W każdym razie na Cyprze twierdzą, że ich wersja jest prawdziwa, zaś w czasach Franków szczątki Łazarza wywieziono do Francji, wcześniej zaś przeniesiono je do Konstantynopola.

Cerkiew św. Łazarza (Larnaka)
Cerkiew św. Łazarza

Droga do współczesności

Dalsze losy są mocno związane z historią wyspy. Po Bizancjum wyspą zarządzali krzyżowcy, tworząc swoje małe królestwa. Następnie Larnakę odkupiła Wenecja, która rządziła tu przez ponad sto lat. W 1571 miasto zajęli Turcy, zaś w 1878 przekazali je Brytyjczykom. To właśnie na przełomie XIX i XX wieku nastąpił duży rozwój miasta. O ile niepodległość Cypru niewiele tu zmieniła, to już turecka inwazja owszem. Choć wojska nie dotarły do Larnaki, to doprowadziło to do wysiedleń tureckiej mniejszości. Dziś Larnaka jest zdecydowanie bardziej grecka (jeśli chodzi o ludność).

Fontanna na promenadzie
Fontanna na promenadzie

Larnaka: Cerkiew Łazarza

Największym i najważniejszym zabytkiem Larnaki jest Cerkiew Świętego Łazarza. Świątynię tą wzniesiono w IX wieku, ufundował go cesarz bizantyjski Leon VI. Jak wiele kościołów był modyfikowany i przebudowywany. Zresztą podobno na pewien czas przejęli go także duchowni katoliccy (stąd gotyckie modyfikacje). W XV wieku jednak popadł w ruinę, a w 1570 został przemieniony na meczet. Prawosławni wierni zorganizowali zrzutkę i wykupili świątynię. Od 1589 ponownie stała się prawosławna. Co ciekawe, przez prawie dwieście lat udostępniali oni dwa razy w roku boczny ołtarz katolikom. To też okres, w którym na nowo zaczęto restaurować tę świątynię. Dzwonnica powstała jednak dopiero po 1857, kiedy to Turcy pozwolili na ich przywrócenie w świątyniach chrześcijańskich.

Przepiękne wnętrza kościoła św. Łazarza (Larnaka)
Przepiękne wnętrza kościoła św. Łazarza

Wnętrze zostało dobrze odrestaurowane i odtworzone w latach 70. XX wieku. Wówczas też znaleziono w podziemiach fragment relikwii, która do dziś jest wystawiona w tej świątyni. Poza przepięknym zdobieniami można tu też zejść do znajdujących się pod prezbiterium katakumb. Nie są one wielkie. Sama cerkiew jest zdecydowanie najładniejszym i najbardziej wyróżniającym się zabytkiem Larnaki. Zwiedzanie jest darmowe, dopuszczalne poza czasem nabożeństw.

Relikwie św. Łazarza
Relikwie św. Łazarza

Meczet Djami Kebir (kościół św. Katarzyny) w Larnace

Idąc w kierunku promenady, przez dawną turecką dzielnicę (Skala), natkniemy się na meczet Djami Kebir. To dawna katolicka świątynia pod wezwaniem św. Katarzyny, zbudowana w stylu romańskim. Powstała gdzieś między XIII a XVI wiekiem (dokładna historia nie jest znana). Obecny wygląd pochodzi z XIX wieku, choć w meczet została zamieniona dużo wcześniej. Dziś to najważniejszy meczet w centrum Larnaki i jest powszechnie używany. Można wejść do środka poza godzinami modłów. Kobiety wchodząc do środka muszą być odpowiednio ubrane.

Meczet Djami Kebir
Meczet Djami Kebir

Larnaka: Promenada i okolice

Obok znajduje się zamek w Larnace. Wzniesiono go w XII wieku, potem oczywiście był przebudowywany, stąd też czasem jest znany jako turecki fort. Średniowieczna twierdza stała się osmańskim więzieniem, które działało aż do 1948. Obecnie jest to muzeum. Sam zamek jest niewielki, ale bardzo ładnie położony nad brzegiem morza. Ekspozycja wewnątrz jest raczej dość umowna, tu zwiedza się mury. Jest to pełnopłatne muzeum.

Promenada Finikoudes (Larnaka)
Promenada Finikoudes

Przy zamku też rozpoczyna się promenada Finikoudes (lub Foinikoudes) w Larnace. Przy niej jest plaża miejska, dalej znajduje się marina z mnóstwem jachtów, za nią zaś ulokowano port. To jest serce turystyczne miasta. Przy promenadzie zlokalizowane są restauracje i bary, kwitnie też życie nocne, znajduje się tu także galeria sztuki. Plaża zaopatrzona jest w toalety i prysznice. Jest też letni amfiteatr, a także pomnik upamiętniający ludobójstwo Ormian przez Turków. Warto pamiętać, że Cypr był jednym z tych miejsc, do których przybywali uciekinierzy z Armenii. W centrum znajduje się też kościół ormiański.

Zamek w Larnace
Zamek w Larnace

Pomijając promenadę, samo centrum Larnaki raczej nie zachwyca. Owszem jest tu kilka interesujących, starszych budynków, ale też wiele nowych. Im bardziej odchodzi się od kościoła świętego Łazarza, tym bardziej ma się wrażenie, że weszliśmy w część turystyczną. Uporządkowaną i spokojną. Jeśli porównamy Larnakę z Chanią, to centrum greckiego miasta jest zdecydowanie bardziej klimatyczne, mimo że jeszcze bardziej turystyczne. Tam zachowało się dużo więcej starszych budynków.

Akwedukt Kamares (Larnaka)
Akwedukt Kamares

Larnaka: Akwedukt

Dalej od centrum znajduje się XVII wieczny akwedukt Kamares, więc wbrew pozorom nie jest to rzymska budowla. A to, że został zachowany w dość dobrym stanie wynika także z faktu, iż był używany jeszcze na początku XX wieku, więc konserwacja była konieczna. Dziś jest atrakcją turystyczną i terenem rekreacyjnym, który łączy się z kolejnym bardzo istotnym punktem Larnaki, czyli słonym jeziorem.

Wejście do meczetu Hala Sultan Tekke
Wejście do meczetu Hala Sultan Tekke

Meczet Hala Sultan Tekke i solne jezioro

Jezioro Solne to przede wszystkim teren spacerowy, wokół ciągną się szlaki turystyczne. Jest to też miejsce, w którym można czasem dostrzec flamingi. My je widzieliśmy z dość daleka. Warto pamiętać, że czasem odlatują z tego miejsca i co ważniejsze, nie są one tu utrzymywane, jak to ma miejsce w Dubaju, gdzie się je dokarmia. Przy jeziorze znajduje się też lotnisko.

Meczet Hala Sultan Tekke (Larnaka)
Meczet Hala Sultan Tekke

Nieopodal jest także inny bardzo charakterystycznych punkt Larnaki, meczet Hala Sultan Tekke. Położony nad brzegiem jeziora, z pięknymi ogrodami, to obok cerkwi św. Łazarza jedno z najbardziej pocztówkowych miejsc w Larnace. Sam meczet nie jest duży i raczej jest  atrakcją turystyczną: jest tu zdecydowanie mniej modlących się muzułmanów niż w tym meczecie w centrum. Można go zwiedzać za darmo, a meczet zdecydowanie warty uwagi.

Jezioro solne
Jezioro solne

Klasztor Stawrowouni niedaleko Larnaki

W dalszej okolicy, jakieś czterdzieści kilometrów od miasta, znajduje się klasztor Stawrowouni. Do monastyru mogą wejść jedynie mężczyźni. Według legendy założyła go jeszcze św. Helena, matka cesarza rzymskiego Konstantyna Wielkiego. Klasztor działa od 327 lub 329 roku naszej ery, tym samym jest jednym z najstarszych na świecie. Jest to też dobry punkt widokowy, gdyż sam monastyr wzniesiono na górze Stawrowouni (Stavrovouni), mierzącej 689 metrów wysokości. Kiedyś góra ta była nazywana Olimpem, acz obecnie cypryjski Olimp to Troodos lub Olimbos. Dotarcie na niego może nie jest trudne, acz warto wziąć pod uwagę fakt, iż droga jest dość kręta.

Klasztor Stawrowouni
Klasztor Stawrowouni

Zwiedzanie Larnaki

Larnaka oferuje zdecydowanie więcej atrakcji dla turystów, którzy chcą tu wypocząć. Jest jeszcze kilka innych plaż, zaś nurkujący mogą spróbować swoich sił przy wraku MS „Zenobia”. Dla nas to miasto było przede wszystkim bazą wypadową w dalszym zwiedzaniu Cypru.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak cypryjski
LarnakaKurion

Salvador, kościoły, forty, karnawał, capoeira i Pelourinho

Jednym z bardzo specyficznych i zachwycających miejsc na mapie Brazylii jest stolica stanu Bahia, czyli Salvador (por. Salvador da Bahia). To miasto pełne sprzeczności. Pierwsza historycznie stolica Brazylii, miasto z kolonialną architekturą i przepięknymi barokowymi świątyniami, a jednocześnie najbardziej afrykańskie miasto w kraju. To tu narodziła się capoeira oraz karnawał. A dziś to także miejsce, które słynie z wysokiej nawet jak na Brazylię przestępczości i sporej ilości morderstw. Fascynująca mieszanka.

Palácio Rio Branco, siedziba Gubernatora stanu Bahia (Salvador)
Palácio Rio Branco, siedziba Gubernatora stanu Bahia (Salvador)

Historia Salvadoru

Historyczna nazwa miasta Salvador to São Salvador da Bahia de Todos os Santos, czyli Święty Zbawiciel nad Zatoką Wszystkich Świętych. W dniu 1. listopada 1501 roku Amerigo Vespucci, podczas rejsu wzdłuż wybrzeży Ameryki Południowej, stanął tutaj na lądzie. Zatokę, w której zacumował nazwał od aktualnego dnia Zatoką Wszystkich Świętych. Niecałe 10 lat później osiedliła się tutaj załoga francuskiego statku, jeszcze zanim można było myśleć o jakimkolwiek mieście.

Salvador: widok na port, targowisko i fort São Marcelo
Salvador: widok na port, targowisko i fort São Marcelo

Brutalna kolonizacja zaczęła się jakieś ćwierć wieku później. W 1536 roku nad Zatokę Wszystkich Świętych dotarł okrutny Francisco Pereira Coutinho. Król Portugalii obiecał nadać mu te ziemie na własność, więc najpierw musiał uporać się z Indianami. Był wobec nich na tyle brutalny, że co rusz wybuchały rewolty przeciwko Pereirze. Gdy wreszcie Indianie byli górą, zabili Portugalczyka i zjedli go podczas wielkiego festynu. Tubylcy jednak nie mogli się cieszyć trwałym zwycięstwem. Już w 1549 roku osadę kolonizatorów przekształcono w portugalskie miasto Salvador, a pierwszym gubernatorem kolonii Brazylii został Tomé de Sousa. Wkrótce powstała twierdza São Salvador, pierwsza z wielu, która miała na celu podkreślać dominację Portugalczyków w tym rejonie. Indianie musieli się wycofać.

Dachy Salvadoru
Dachy Salvadoru

Salvador: Handel, cukier i rozwój kolonialny

Salvador stał się miejscem rozwoju bogactwa kolonialnego dla Portugalii. Plantacje trzciny cukrowej rozrastały się w wielkim tempie i cukier był najważniejszym z dóbr przywożonym z Brazylii. Później cukier stracił na znaczeniu na rzecz między innymi drogich kamieni, których kopalnie powstały w tym regionie (handel nimi nadal jest tu dość istotny). Ktoś musiał pracować w polu oraz pod ziemią. Taką ciężką pracą brzydził się biały człowiek. Potrzeba było niewolników, najlepiej z Afryki, gdyż łatwo było ich złamać, w przeciwieństwie do miejscowych. Wkrótce więc Salvador stał się głównym portem niewolniczym w kolonii. Masowo zwożono czarnoskórych ludzi z Afryki Zachodniej.

Fort São Marcelo (Salvador)
Fort São Marcelo

Salvador i niewolnicze dziedzictwo

Przez cały okres istnienia w Brazylii niewolnictwa, a więc aż do 1888 roku, przetransportowano ich około 5-ciu milionów. Taki napływ ludności afrykańskiej miał znaczny wpływ na kształt Salvadoru i regionu Bahia w każdym dosłownie aspekcie. Do dziś w Salvadorze żyje najwięcej czarnoskórych obywateli kraju. Wiele słów od plemion afrykańskich znalazło się w regionalnym dialekcie portugalskiego. Co więcej, dziś wielu z nich stara się pielęgnować swoje afrykańskie tradycje, które oczywiście przez lata zdążyły trochę ewoluować. Murzyni w Brazylii są mniejszością, tutaj jednak widać ich całkiem sporo. Tradycję utrzymują nawet w lokalnych restauracjach, gdzie czasem kelnerki noszą charakterystyczne, wielkie suknie (co oczywiście ma zaintrygować turystów).

Katedra w Salvadorze i kobiety w tradycyjnych strojach
Katedra w Salvadorze i kobiety w tradycyjnych strojach

Zauważalni są wyznawcy candomblé. Jest to religia afroamerykańska praktykowana w Brazylii, wywodząca się z afrykańskich wierzeń animistycznych. Z biegiem czasu forma wierzeń i praktyk religijnych znacznie się zmieniła, włączając w to częściowy synkretyzm z religią katolicką, na przykład poprzez przyjęcie świętych katolickich do grona bóstw. Kościół oczywiście zwalczał te pierwotne wierzenia jako okultyzm i pogaństwo, ale nieskutecznie. Brazylijczycy są bardzo religijni, przynajmniej jeśli chodzi o uczestnictwo w praktykach.

Natomiast nie ograniczają się tylko do katolicyzmu, potrafią wyznawać różne religie jednocześnie, nawet jeśli jest to wzajemnie sprzeczne. W Salvadorze widać to bardzo wyraźnie. Mamy bardzo wiele kościołów (i te są odwiedzane przez ludzi), a przy tym kilkaset metrów od katedry można natknąć się na szamana. Co więcej nawet osoby będące kapłanami w candomblé, potrafią nie tylko uczęszczać do kościoła, ale brać czynny udział w życiu parafii. Jakby tego było mało, to niektóre katolickie obrządki bywają wzbogacone o elementy praktyk animistycznych.

Mniej zadbane uliczki w centrum
Mniej zadbane uliczki w centrum

Kuchnia Salvadoru

W kuchni stanu Bahia również widać duży wpływ afrykańskich przyzwyczajeń. Uważa się, że jest to najbardziej różnorodna, oryginalna i po prostu najlepsza kuchnia w Brazylii. Przy tym jeszcze mniej wegetariańska niż w reszcie kraju, bo oparta na owocach morza, ale także na oleju palmowym, nerkowcach, mleku kokosowym. Do tego małe krewetki, małże, lokalna zupa rybna – mocqueca. Warto poszukać lokalnych dań w restauracjach.

Salvador i śliczne, kolonialne centrum
Salvador i śliczne, kolonialne centrum

Centrum Salvadoru

Dziś centrum Salvadoru bardzo się wyróżnia na tle innych miast w Brazylii. Zachwyciły nas kolorowe fasady kamienic w górnym mieście. Warto jednak wiedzieć, że aż do lat 90. XX wieku były tutaj fawele, czyli dzielnice biedy. Dopiero od 1991 roku zabrano się za przywrócenie choć części blasku dawnej stolicy Brazylii. Odnowiono dawne budynki rządowe kolonii i znajdującą się obok miejską windę Lacerda, która łączy miasto górne i miasto dolne. Faktycznie są to dwa różne światy, nie tylko ze względu na ukształtowanie geograficzne. Górne miasto (cidade alta) to piękne, stare centrum, dolne (cidade baixa) zaś to okolice portu. Winda jest płatna, ale cena z symboliczna. W teorii można sobie ją odpuścić i zejść uliczkami, acz nie jest to zalecane ze względu na bezpieczeństwo (do tego wątku jeszcze wrócimy).

Winda miejska (Elevador Lacerda)
Winda miejska (Elevador Lacerda)

Pelourinho, kolonialne centrum

Salvador da Bahia to pierwsze miasto w Brazylii, w którym Portugalczycy ustawili pręgierz jako miejsce kar dla niewolników i pospolitych bandytów. Pierwotnie znajdował się on na obecnym placu, potem wielokrotnie go przenoszono, by w 1807 roku znaleźć się na Pelourinho. Nazwa tej dzielnicy pochodzi od portugalskiego słowa oznaczającego pręgierz. Ten rodzaj kary – chłosta na pręgierzu – została zabroniona w 1837 roku i już nie było gdzie lać krnąbrnych niewolników. Na wolność musieli bowiem czekać jeszcze aż 51 lat.

Niebieska fasada kościoła Matki Boskiej Różańcowej dla Czarnych (Salvador)
Niebieska fasada kościoła Matki Boskiej Różańcowej dla Czarnych

Pelourinho, nazywana bywa także Pelô, to pierwsza dzielnica Salvadoru. Została usytuowana na wzgórzu, z którego widać port. Część dzielnicy zajmował targ niewolników, tutaj także jest Ingreja (da Ordem Terceira) de Nossa Senhora do Rosário dos Pretos, czyli kościół Matki Boskiej Różańcowej dla Czarnych. Tylko w tym jednym kościele czarnoskórzy katolicy mogli się modlić. Wyróżnia się ze względu na niebiesko-białą fasadę. Powstał na początku XVII wieku, wcześniej czarnoskórzy modlili się w bocznej kaplicy katedry. Szczególnie upodobali sobie jedną figurkę Matki Bożej. By rozdzielić niewolników od białych Panów postanowiono wznieść im kościół, a tę figurkę przetransportować. Tak też uczyniono. Co ciekawe, do dziś tutaj część liturgii ma afrykańskie elementy. Dodatkowo warto pamiętać, że sama fasada kościoła uchodzi za jedno z najbardziej ikonicznych miejsc Salvadoru i nierozerwalną część Pelourinho.

Pelourinho
Pelourinho

Pelourinho historycznie

Od początku założenia Salvadoru, Pelourinho było przede wszystkim dzielnicą mieszkalną, bogacącą się od XVII wieku. Wyrażały to okazałe posiadłości Portugalczyków i nowopowstające kościoły. W XIX wieku rozwinął się tutaj handel i Pelourinho stało się niejako centrum miasta. Sytuacja Salwadoru zmieniła się, gdy w 1763 roku stolica Brazylii została przeniesiona do Rio de Janeiro. Nadal jednak istniał tutaj targ niewolników, który działał do 1888 roku, gdy niewolnictwo zostało oficjalnie zakazane. Stopniowo miejsce kupców, łańcuchów i łez zajęli artyści: muzycy, malarze, pisarze. Pelô stało się modne wśród XX-wiecznej bohemy.

Fasada kościoła karmelickiego
Fasada kościoła karmelickiego

Niestety, Salvador pozostawał miastem dość zaniedbanym, a z czasem Pelourinho zmieniło się w dzielnicę biedy – fawelę – gdzie w skrajnych warunkach zamieszkiwali najubożsi. Wskaźnik przemocy znacząco narastał. Historycznie ważna, pozostawała zaniedbana; w latach 80. XX wieku tę dzielnicę wpisano na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dekadę później rozpoczęto jej rewitalizację, co wiązało się z likwidacją faweli i przesiedleniem jej mieszkańców do osiedli na obrzeżu miasta. Chociaż nie wszystkie zabytkowe budynki ocalały, a z niektórych pozostały zaledwie fasady, to dziś to miejsce znów tętni życiem: pojawiły się restauracje, kawiarnie, ośrodki kultury, hoteliki i wiele sklepów z pamiątkami. Pelourinho z pewnością pomógł też Michael Jackson, który nakręcił tu część sceny tanecznej w teledysku do utworu „They Don’t Care About Us”, co także zainteresowało turystów. Stąd też wśród pamiątek czasem można znaleźć tutaj jakieś obrazki Michaela Jacksona.

Zabytkowe uliczki Salvadoru
Zabytkowe uliczki Salvadoru

Pelourinho obecnie

Dzisiaj Pelô to kolorowa wizytówka Salvadoru. Podobno przestępczość też jest dużo mniejsza. Widząc na ulicach pojazdy wojskowe i żołnierzy pilnujących porządku, trudno sobie wyobrazić, co musiało się dziać wcześniej. Oczywiście wojsko stoi przy uliczkach prowadzących do centrum, starając się chronić turystów. Tak to wygląda w dzień. Wydaje się, że jest bezpiecznie.

Kolonialne stare miasto Salvador zachwyca żywymi kolorami
Kolonialne stare miasto Salvador zachwyca żywymi kolorami

Ale jest też druga strona medalu, którą dość dobrze widać w handlu kamieniami szlachetnymi. Przez witrynę nie można zajrzeć do środka i nie wpuszcza się byle kogo. Takie sklepy są w centrum, ale niekoniecznie rzucają się w oczy. Pomijając oczywiście kraty w oknach. Nas skierowano do jednego z nich podczas zwiedzania kościoła. Obsługa zasugerowała, gdzie czegoś takiego szukać i jak to znaleźć. Polecają turystom, potem się podchodzi i wpuszczają nas do środka szczelnie zamykając drzwi. Byle tylko nie rzucać się w oczy i nie prowokować drobnych przestępców.

I straszy zaniedbanymi budynkami
I straszy zaniedbanymi budynkami

Salvador, Bahia i szmaragdy

Klejnoty Ameryki Południowej to nie tylko wymysł scenarzystów filmu „Miłość, szmaragd i krokodyl” (Romancing the Stone) z 1984, którego akcja działa się w Kolumbii (a kręcono go w Meksyku), zaś McGuffinem był wielki szmaragd. Rzeczywiście na kontynencie południowoamerykańskim można znaleźć choćby cenny beryl. Szczególnie urodzajne i jakościowo dobre złoża znajdują się w Brazylii, w stanach Bahia i Minas Gerais. Znalezienie sklepu z kamieniami szlachetnymi – nie tylko szmaragdami, choć o nie tutaj chodziło – było punktem programu w zwiedzaniu Salwadoru. Od sprzedawcy mogliśmy się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy szmaragdach, bo o nie pytaliśmy, porozmawiać od czego zależy cena kamienia, jak wyglądają te najdroższe i wreszcie wybrać swój szmaragd.

Salvador: tańce i sztuki walki

Bardzo ważnym elementem wyprawy do Salvadoru był też pokaz tańców. Być może dzięki takiej, a nie innej mieszance kultur, Salvador jest pełny żywiołowej muzyki i tańca. Tutaj odbywa się jeden z największych na świecie karnawałów, trwający przez 6 dni i nocy do Środy Popielcowej. To właśnie tu narodziła się tradycja brazylijskiego karnawału, która została zaszczepiona także w Rio. Dziś karnawał właśnie kojarzy się z drugą stolicą Brazylii, ale to w Salvadorze szczycą się tym, że tu jest bardziej oryginalny. Zresztą to właśnie tu powstało wiele tańców, w tym samba. Ale jeszcze ważniejsza jest capoeira, będąca zarówno sztuką walki jak i tańcem. Pokaz, na którym byliśmy, łączył jedno i drugie.

Pokaz tradycyjnych tańców
Pokaz tradycyjnych tańców

Capoeira to wywodząca się z Salvadoru i ogólnie rejonu Bahia afro-brazylijska sztuka walki. Powstała w XVI wieku, ale szczególny rozwój nastąpił w XX wieku. Łączy się w niej taniec, akrobatyka i muzyka. Genezą capoeiry są tradycyjne afrykańskie tańce, które były kultywowane przez pracujących na plantacjach niewolników. Dla nadzorców był to tylko pierwotny taniec, zaś niewolnicy traktowali go jako coś więcej: przygotowanie do walki. Akrobacje, wysoki, wypady i podcięcia wykonywane w parach lub grupach były ćwiczeniami na czas buntu, konieczności walki i w razie ucieczki. Zresztą samo słowo capoeira wywodzi się z języka Tupi: ka’a i paũ, które oznaczały słabo porośnięte obszary interioru Brazylii, dokąd uciekali zbiegli niewolnicy. Jednocześnie sztuka ta miała podłoże religijne: wierzono, że podczas ekstatycznego tańca, capoeiristę opętuje duch zmarłego przodka. Taniec zapewniał więc kontakt z zaświatami.

Tańce na ulicach (i wojsko w tle)
Tańce na ulicach (i wojsko w tle)

Capoeira i Samba

Pokaz capoeiry odbywa się wieczorem, w jednej z restauracji zaraz obok kościoła franciszkanów. Przy lokalach była muzyka na żywo, goście spontanicznie tańczyli. Dla zapewnienia bezpieczeństwa, między bawiącymi się spacerowali wojskowi. Tu znów warto wspomnieć o bezpieczeństwie. Wejściówkę na pokaz można kupić w jednej z wielu agencji turystycznych, czy nawet w hotelu. O wyznaczonym czasie (jeszcze przed zmierzchem) mamy się stawić w odpowiednim miejscu, skąd zostaniemy zaprowadzeni do lokalu. Jest jeszcze jasno, więc jest w miarę bezpiecznie. Po zakończeniu show osoba, która nas zaprowadziła, odprowadza nas do hotelu, tak by mieć pewność, że dotarliśmy bez problemów. W samym lokalu kolacja jest wliczona w cenę, musimy tylko zapłacić za napoje.

Kościół św. Antoniego
Kościół św. Antoniego

Spektakl, na którym byliśmy, zaczynał się od wyrażenia w tańcu historii niewolników Salvadoru wraz z ich wierzeniami i kulturą. Pokazane były także walki z Portugalczykami, przede wszystkim bunty niewolników. Następnie odbyły się pokazy walk: najpierw akrobacje w pojedynkę, potem parami, a wreszcie w grupie. Wszystko z rytmicznie wybijaną muzyką. Skończyło się na wspólnej sambie. Musimy przyznać, że pokaz był dopracowany, o ciekawym scenariuszu i choreografii. Miło i pouczająco spędzony czas. Warto dodać, że w Salvadorze można też na ulicach spotkać młodzieńców, ćwiczących tę walkę / taniec. Capoeira jest mocno wpisana w Salvador, zwłaszcza, że to jest coś, czego nie przejęło Rio w takim stopniu jak choćby karnawału. Od 2016 roku capoeira znajduje się na liście UNESCO jako niematerialne dziedzictwo ludzkości.

Fort da Capoeira
Fort da Capoeira

Forty Salvadoru

Forte de Santo Antônio Além do Carmo, znany obecnie raczej jako Fort da Capoeira powstał w XVII wieku na północnej granicy Salwadoru, by bronić miasta w czasie holenderskiej inwazji. Uszkodzony podczas walk, obecny kształt zawdzięcza przede wszystkim pracom dokonanym w XVIII wieku. W roku 1830 fort został przekształcony w więzienie, do którego na początku trafili przede wszystkim czarnoskórzy schwytani podczas buntu niewolników z 1835 roku. Trochę ponad sto lat później, w latach 60. XX wieku umieszczano tutaj więźniów politycznych dyktatorskiego państwa, a w roku 1974 roku więzienie zostało zamknięte na wniosek junty wojskowej, zaś więźniowie zostali przetransportowani do stolicy kraju. Od 1981 roku w forcie mieszczą się dwie szkoły capoeiry. Gdy miasto przechodziło renowację w latach 90., także dawny fort został odnowiony i przemianowany na Fort da Capoeira. Remont został ukończony w 2006 roku.

Salvador i plaża (Praia do Farol da Barra) wzdłuż Avenida Oceanica,
Salvador i plaża (Praia do Farol da Barra) wzdłuż Avenida Oceanica,

Salvador: Muzeum morskie

Fortów w Salvadorze jest kilka, my zobaczyliśmy jeszcze jeden. Forte de Santo Antônio da Barra, którego częścią jest stara latarnia morska i obecnie mieści się muzeum morskie. Sam fort wzniesiono w 1501 w czasach portugalskich i strzegł wejścia do zatoki Wszystkich Świętych. Czyli kilkadziesiąt lat wcześniej zanim powstało miasto Salvador. Muzeum morskie ukazuje trochę historii Salvadoru, trochę kolonizacji, niewolnictwa oraz można zobaczyć wiele eksponatów związanych z nawigacją. Plus modele okrętów, czy naczynia z zatopionych jednostek. Na latarnię można wejść i zobaczyć okolicę ze szczytu.

Muzeum morskie
Muzeum morskie

Tuż przy forcie i muzeum znajduje się jedna z turystycznych plaż – Farol da Barra. Jest ich kilka w Salvadorze. Natomiast okolica wyróżnia się tym, że faktycznie jest turystyczna. Spokojniejsza i bezpieczniejsza. Nawet jest tu figura Jezusa, ale mówiąc wprost ta część nie jest w stanie konkurować z Rio. Sama dzielnica Barra to część miasta obfitująca w plaże. Tu też znajdują się hotele dla turystów zainteresowanych wypoczywaniem, a nie zwiedzaniem (dla nich dogodniejsze noclegi znajdują w centrum).

Fortów w Salvadorze jest ponad 20. Turystycznie warto warto jeszcze wspomnieć o Forte de Santa Maria, który jest również malowniczo położony.

Złote zdobienia w katedrze
Złote zdobienia w katedrze

Katedra Przemienienia Pańskiego w Salwadorze w Brazylii.

Ze względu na eksponaty forty często lepiej wyglądają na zewnątrz, z kościołami bywa odwrotnie. Bogate wnętrza kościołów, nie tylko tych w Salwadorze, stoją w dużym kontraście do widocznej na ulicach biedy. W centrum starego miasta znajduje się bazylika katedralna Przemienienia Pańskiego, siedziba arcybiskupa Salvadoru i jednocześnie prymasa Brazylii. Początki świątyni datuje się na 1551. Rozwijali ją jezuici, jednak obecna forma to właściwie czwarty kościół w tym miejscu, który ukończono dopiero w 1694. W drugiej połowie XVIII wieku jezuitów wypędzono z Brazylii, wówczas kościół stał się siedzibą arcybiskupa. Fasada powstała pod wpływem manieryzmu. Wnętrze zaś jest po części inspirowane kościołem św. Rocha w Lizbonie. No i trzeba przyznać, że jest bogato zdobione, wręcz ozłocone. Dodatkowo można też zwiedzać zakrystię. Świątynia ta była inspiracją dla wielu innych w mieście.

Convento e Igreja de São Francisco
Convento e Igreja de São Francisco

Klasztor św. Franciszka

Convento e Igreja de São Francisco, czyli zakon i kościół pw. św. Franciszka to kolejna okazała budowla w centrum Salvadoru. Pierwsi franciszkanie przybyli tutaj w 1578 roku i zbudowali tu swój zakon i kościół. Budowle te przetrwały około stu lat, aż do najazdu holenderskiego, podczas którego zostały zniszczone. Wkrótce po odparciu Holendrów z Brazylii, w 1686 roku rozpoczęto odbudowę budynków zakonnych, które z późniejszymi poprawkami możemy oglądać do dziś. Natomiast odbudowy kościoła podjęto się w 1708 roku. Główne prace ukończono w 1723 roku, zaś pełne wyposażenie wnętrza trwały do połowy XVIII wieku. We wnętrzach jak widać: pełny barok!

Kościół św. Franciszka
Kościół św. Franciszka

W budynkach franciszkanów ściany chętnie dekorowano azulejos. Są to mozaiki wykonane z malowanych płytek ceramicznych, zwykle kwadratowych, najczęściej biało-niebieskich, choć stosowano także inne kolory. Charakterystyczne są one przede wszystkim dla sztuki portugalskiej. Liczba pojedynczych płytek azulejos w kościele zakonnym św. Franciszka w Salwadorze jest największa w całej Ameryce Łacińskiej i wynosi aż 55 tysięcy sztuk! Zwiedzanie tego kościoła to jednak nie tylko część świątynna, a cały kompleks. Są tu pokoje w stylu kolonialnym, czy katakumby. Klasztor uchodzi nie tylko za jeden z najważniejszych zabytków Salvadoru, ale również znajduje się na liście siedmiu cudów świata portugalskiego pochodzenia. Wcześniej byliśmy w innym takim cudzie – w forcie w Al-Dżadida.

Azulejo, czyli typowe portugalskie kafle ozdobne w Brazylii
Azulejo, czyli typowe portugalskie kafle ozdobne w Brazylii

Bogate zbiory klasztoru

Kościół Trzeciej Reguły św. Franciszka powstał jako dodatek do zakonnego kościoła św. Franciszka. Obecny wygląd głównie pochodzi z 1705 roku, gdy odbudowano kościół po zburzeniu go przez Holendrów, natomiast wiadomo, że fasada przechodziła pewne zmiany w ciągu całego XVIII wieku. Właśnie o fasadę wejściową się tutaj rozchodzi. Została ona udekorowana w stylu znanym jako złotniczym, czyli plateresco (włoskie słowo określające sztukę złotniczą).

Kościół św. Franciszka
Kościół św. Franciszka

Styl ten powstał w XV wieku w Hiszpanii jako wczesna odmiana renesansu w tym kraju. Inspiracją dla plateresco były budowle mauretańskie z ich drobiazgowymi rzeźbieniami i zawiłą ornamentyką. W epoce baroku plateresco przyjęło formę charakterystycznej odmiany hiszpańskiego baroku: przerost zdobień nad architekturą budynku, wielkie ilości drobnych detali, wykonywanych zarówno w kamieniu, drewnie, gipsie sztukatorskim i potem pokrywanych pozłotą.

Kościół Karmelicki
Kościół Karmelicki

Kościół karmelicki

Obecny kościół karmelicki w Salvadorze (Igreja da Ordem Terceira do Carmo) został w latach 1803 – 1855 odbudowany po pożarze z roku 1788, który zniszczył pierwotny budynek. Na szczęście z pożaru ocalała część wyposażenia i pewna liczba dzieł sztuki. Do najważniejszych dzieł sztuki kościoła karmelitów w Salvadorze należy wykonana w cedrze figura umęczonego Chrystusa z 1730 roku. Figura została przyozdobiona dwoma tysiącami rubinów różnej wielkości, wyobrażającymi krople krwi Jezusa. Na pierwszy rzut oka może wyglądać niepozornie, ale bliższe przyjrzenie się jej robi duże wrażenie.

Drogocenna figura Jezusa (Salvador)
Drogocenna figura Jezusa

Kościół Nosso Senhor do Bonfim

W dolnym mieście (Baixa) Salvadoru mamy jeden szczególnie ciekawy obiekt: kościół Nosso Senhor do Bonfim. Patronem tego kościoła jest Nasz Pan Dobrej Śmierci, którym jest Chrystus Ukrzyżowany. Jest to dawny kult pochodzący jeszcze z Portugalii, a przeszczepiony do Brazylii w czasach portugalskich. Obecny kościół Naszego Pana Dobrej Śmierci w Salvadorze mieści się na Świętym Wzgórzu w dolnym mieście. W XVII wieku na miejscu kaplicy powstał kościół, w 1927 roku podniesiony do rangi bazyliki. Z tym kościołem wiążą się ciekawe rzeczy: najbardziej zauważalną są kolorowe wstążeczki – fitas.

Kościół Naszego Pana Dobrej Śmierci
Kościół Naszego Pana Dobrej Śmierci

Są one pamiątką nawiedzenia kościoła. Ich długość wynosi 47 centymetrów, czyli tyle co prawe ramię figury ukrzyżowanego Chrystusa z tegoż to kościoła. Na wstążeczkach obecnie znajduje się napis Lembrança do Senhor do Bonfim da Bahia, czyli Pamiątka z kościoła Pana Dobrej Śmierci w Bahia. Dziś noszone są na nadgarstkach lub wiesza się na nich podobizny uleczonych części ciała. Gdy zaczęto produkcję wstążeczek, w 1809 roku, używało ich się przede wszystkim jako sznureczka do medalików lub amuletów, wieszano na szyi, bądź nosiło się je przytroczone do ubrania. Idea fitas wywodzi się podobno z fragmentów ubrań świętych, które noszono jako relikwie. Obecnie poza religią uznawane są także jako typowa pamiątka z Salvadoru.

Kolorowe Fitas (Salvador)
Kolorowe Fitas

Fitas są w różnych kolorach. Nie jest to efekt tylko estetyczny, ale poszczególny kolor symbolizuje konkretne… bóstwo afrobrazylijskiej religii candomblé. Uczczenie politeistycznych bóstw na „kościelnych” wstążeczkach może dziwić, ale kiedy spojrzymy na całość działalności kościoła Senhor do Bonfim, fitas będą naszym najmniejszym „zmartwieniem”. Otóż raz w roku od XIX wieku w tym kościele odbywa się święto Lavagem do Bonfim, czyli dosłownie mycie schodów kościoła. Jest to święto synkretyczne lub ekumeniczne, zależy jak spojrzeć. Biorą w nim udział zarówno katolicy, jak i wyznawcy candomblé, w tym kapłani tej religii. Święto odbywa się w drugi czwartek po święcie Trzech Króli i trwa 10 dni.

Pamiątki uzdrowień
Pamiątki uzdrowień

Historia kościoła

Tu też warto cofnąć się jeszcze wcześniej. Sam kościół jest dziełem wotywnym. Ocalały w czasie sztormu kapitan Theodozio Rodrigues de Faria obiecał wznieść świątynię. Sprowadził nawet z Portugalii figurę Pana Dobrej Śmierci i w drugiej połowie XVIII wieku świątynia została ukończona. Niewolnicy wyznający candomblé z jakiegoś powodu utożsamili patrona kościoła ze swoim bóstwem – Oxalá. I się zaczęło. Tłumnie nawiedzali świątynie, i nawet jak nie brali udziału w ceremoniach katolickich, to się szwendali niby przypadkiem. Potem kościół zakazał im wstępu, więc przychodzili myć schody. Obecnie ich potomkowie żyją w zgodzie.

Igreja de São Domingos Gusmão (Salvador)
Igreja de São Domingos Gusmão

Warto dodać, że jest to jedno z najważniejszych świąt w Salvadorze i łączy się z wielkimi procesjami i mnóstwem wiernych w kościele. Wtedy także wieszane są wota, najczęściej podobizny tej części ciała, o której uzdrowienie się prosi, a także jako symbol spełnionej prośby. Jakby tego było mało, to w kościele ludzie zostawili wiele dowodów, że zostali uzdrowieni. Są zdjęcia, relacje, a nawet kule ortopedyczne, które przestały być już potrzebne.

Salvador: Disque do Tororo

Wspomnieliśmy religię candomblé, niestety trochę trudno zobaczyć jej domy modlitewne. Oczywiście nie licząc kościołów, które także do tego służą. Ale można zobaczyć bóstwa candomblé, czyli wyobrażenie sił przyrody. Przedstawienie Orisza znajduje się na jeziorze Dique do Tororó. Samo jezioro jest to jeden z nielicznych, w miarę naturalnych pozostałości oryginalnego środowiska Salvadoru, choć oczywiście okolica została zmieniona na park. Znajduje się tu też stadion i fawele w okolicy. Figury bóstw łączą przedstawienia afrykańskie z tradycją Indian Tupi. Malowniczo ustawione na wodzie sprawiają niecodzienne wrażenie. Dość blisko znajduje się stadion – Arena Fonte Nova.

Dique do Tororó (Salvador de Bahia)
Dique do Tororó

Targowisko Mercado Modolo

Na koniec jeszcze kilka słów o dolnym mieście. Centrum Salvadoru znajduje się na górze, na dole zaś mamy przede wszystkim port, choć dalej na północ jest tu więcej ciekawych i bardziej różnorodnych miejsc. Wspomnianą już wcześniej windą miejską można się szybko przemieścić z górnego do dolnego miasta. Winda miejska to rozwiązanie, które można choćby zobaczyć w Lizbonie. To co najbardziej przyciąga turystów w dolnym mieście to Mercado Modelo. Ładny budynek, w którym niegdyś mieściły się stoiska kupców. Zaraz przy porcie dla wygody.

Turystyczne targowisko Modelo
Turystyczne targowisko Modelo

Spodziewaliśmy się, że tutaj kupimy może jakieś ciekawe produkty: tutejsze kakao, kawę, jakieś przyprawy. Niestety. Wszystko zawalone jakąś tanią chińszczyzną: pamiątki, tekstylia, dewocjonalia. Choć słowo chińszczyzna może być tu nie na miejscu. Powszechnie uznaje się, że właśnie to jest targ, w którym sprzedaje się oryginalne lokalne produkty i z tego słynie Salvador. Tego nie byliśmy w stanie zweryfikować. Za to sklepów z pamiątkami w samym centrum też jest sporo, asortyment podobny. Warto jednak dodać, że na dole kokos do picia jest tańszy.

Salvador: Dolne miasto

Dolne miasto w tej części ma dwa oblicza: zabytkowych budynków portowych i admiralicji oraz zniszczonej zabudowy, zamieszkanej przez uboższych. Byliśmy tam bardzo krótko. Dolne miasto wraz z okolicą portu nie są polecane do zwiedzania. Właściwie to są odradzane ze względu na bezpieczeństwo (w wielu miejscach to powtarzają), więc odpuściliśmy sobie. Powtarzają to w przewodnikach, jak również przestrzegano nas przed tym w naszym hotelu. Właściwie poza Salvadorem w innych miastach Brazylii obsługa hotelowa nie instruowała nas, gdzie nie chodzić.

Przy tym wszystkim Salvador to miasto prześliczne, najładniejsze z tych, które widzieliśmy w Brazylii. Posiada mnóstwo kościołów, każdy z nich jest bogato zdobiony. Do tego muzea, w tym muzeum afrykańskie. Nam nie udało się dotrzeć do domu kolonialnego – Solar do Unhano, może będzie możliwość by to kiedyś nadrobić.

Port o zachodzie (Salvador de Bahia)
Port o zachodzie

Zwiedzanie Salvadoru

Dlatego warto wspomnieć jeszcze o bezpieczeństwie w Salvadorze. Jak w przypadku całej Brazylii, nie jest tak źle jak to malują, ale nie należy tego lekceważyć. Z centrum miasta udało się wyrzucić fawele, to fakt. Ale jednocześnie Salvador to miasto, w którym policja oficjalnie się poddała. Porządku pilnuje wojsko. Poruszanie się głównymi uliczkami centrum w dzień jest raczej bezpieczne (acz warto zachować ostrożność), widać spacerujących żołnierzy oraz ich wozy przy bocznych uliczkach. Problemem jednak jest to, gdy chcemy wyjść poza turystyczną enklawę. To nie jest miasto, w którym jest to dobrze widziane. Podobnie jest po zmroku, wówczas nawet wojsko nie daje rady.

Stąd będąc w hotelu czy pousadzie, warto zapytać, którędy chodzić, gdzie można się zapuszczać, a gdzie nie. Prawdopodobnie podkoloryzują trochę sytuację, by upewnić się, że będziemy trzymać się bezpiecznych miejsc. Z pewnością trzeba unikać skrótów i tak w przypadku wspomnianej windy, lepiej z niej skorzystać niż iść samemu, bo choć z centrum fawele wyniesiono, to jednak tuż obok nie jest tak dobrze. My tym razem trzymaliśmy się utartych szlaków, zaś chcąc zobaczyć bardziej oddalone miejsca, korzystaliśmy z Ubera. Alternatywą są autobusy, acz zajmuje to zdecydowanie więcej czasu. Wróciliśmy z Salvadoru cali i jeśli chodzi o miasta brazylijskie, ten jako całość zdecydowanie zrobił na nas największe wrażenie.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak brazylijski
Salvador

Atol Laamu, rajski resort na Scarif (Malediwy i „Łotr 1”)

Na Malediwach spędziliśmy dwa dni na wyspie Gan w atolu Laamu (ang. Laamu Atoll), którego oficjalna nazwa brzmi Haddhunmath. Lotnisko znajduje się na niezamieszkanej wyspie Kadhdhoo, gdzie lądują lokalne malediwskie linie. Atol Laamu przyciągnął nas ze względu na dwie rzeczy. Po pierwsze nie są to do końca resortowe Malediwy (przynajmniej na razie), czyli bardziej lokalne (niestety z dobrodziejstwem inwentarza). Po drugie to właśnie tu kręcono film „Gwiezdne Wojny. Historie. Łotr 1” i planetę Scarif, a przynajmniej jej część.

Baresdhoo, Atol Laamu, Malediwy
Baresdhoo, Atol Laamu, Malediwy

Atol Laamu i Malediwy

Republika Malediwów to państwo wyspiarskie, położone na archipelagu wysp Malediwy na Oceanie Indyjskim, jakieś 500 kilometrów na południowy zachód od Indii. Kraj ten składa się z około 1300 wysp koralowych, które tworzą 26 naturalnych atoli. Są one pochodzenia wulkanicznego – tutaj znajduje się grzbiet podmorskiego pasma wulkanicznego Chagos-Laccadive, od dawna nieaktywnego

„Łotr 1” bitwa o Scarif (lokacja: Malediwy, atol Laamu)
„Łotr 1” bitwa o Scarif (lokacja: Malediwy, atol Laamu)

Słowo „atol” to określenie wyspy utworzonej przez warstwy koralowców wokół centralnej depresji, czyli laguny, która jest zamknięta lub połączona z morzem. Aby powstał atol, najpierw na wodach oceanicznych powstaje wyspa wulkaniczna. Przy sprzyjających warunkach płytkie, ciepłe wody przybrzeżne zaczynają zasiedlać koralowce. Jednocześnie na skutek ruchów tektonicznych, stożek wulkanu stopniowo się zapada. Dzieje się to powoli, a działalność wulkaniczna ustaje, więc koralowce nie niepokojone narastają kolejnymi warstwami – ich grubość może sięgać nawet kilku kilometrów ponad skałę wulkaniczną.

Stożek zapada się całkowicie pod wodę, a dzięki erozji tworzy się piasek, który osadzany na wewnętrznej stronie laguny tworzy szerokie plaże i osadza się na zwapnionych koralowcach. Powstałe wyspy z czasem porastają rośliny. Te z kolei obumierając, budują warstwy gleby zdatne do zasiedlenia przed kolejne gatunki flory. Wody wewnętrzne atolu, czyli laguna, są płytkie i przez to cieplejsze od głębokich wód zewnętrznych.

Plaże na Malediwach (Atol Laamu)
Plaże na Malediwach (Atol Laamu)

Plaże i rafa koralowa na Laamu

Atole występują prawie wyłącznie na wodach Oceanu Indyjskiego i Pacyfiku, niewiele jest ich na Atlantyku. Największe atole tworzą archipelag Malediwów. Słowo „atol” pochodzi z języka divehi, który jest używany na Malediwach. Upowszechnił je Karol Darwin przy okazji opisywania sposobu powstawania tych formacji geologicznych.

Plaża na wyspie Baresdhoo
Plaża na wyspie Baresdhoo

Jak wspomnieliśmy, atole powstają dzięki kolejnym warstwom koralowców, które tworzą same wyspy. Nie powinno więc dziwić, że rafa koralowa jest jedną z atrakcji dla nurków. Niestety w miejscu, w którym byliśmy, ta rafa była w dużej mierze martwa i zniszczona. Nie wiemy, jak jest w reszcie wyspiarskiego kraju. Choć ogólnie nurkowie porównujący te rafy z Morzem Czerwonym (Hurgada czy Ejlat) raczej są nimi rozczarowani.

Malediwska rafa, atol Laamu
Malediwska rafa, atol Laamu

Atol Laamu (Malediwy) śladem „Łotra 1”

Nasz hotel (Nazaki Residences) nie był typowy dla katalogu wczasów all inclusive na Malediwach, ale oferował jedną rzecz, która zdecydowała o takim, a nie innym wyborze – wycieczka śladami filmu „Rogue One – A Star Wars Story”. Wystarczyło. Sceny do filmu „Łotr 1” na Malediwach kręcono w 2015 roku na przełomie pory suchej i deszczowej. Nagrywano tutaj sceny finałowej bitwy na imperialnej planecie Scarif. Ujęcia do filmu kręcono na kilku wyspach w atolu Laamu (Gan i Baresdhoo). Ta pierwsza była bazą, tu też kręcono wiele scen z powietrza. Druga – która jest częścią naszej wycieczki – była dobrym miejscem do kręcenia scen bitewnych.

„Łotr 1”, sceny w dżungli kręcono na wyspie Baresdhoo na Malediwach
„Łotr 1”, sceny w dżungli kręcono na wyspie Baresdhoo na Malediwach

Warto jednak pamiętać, że więcej z nich, bardziej wymagających, kręcono w Wielkiej Brytanii w bazie RAF Bovingdon. Zabawne, że to samo miejsce „zagrały” kraje o tak skrajnie odmiennym klimacie. Tu jedna uwaga, gdy tam lecieliśmy tylko Nazaki się reklamowało taką wycieczką, stąd wybór padł na nich. Niestety mówiąc delikatnie zrobili to na odwal się.

Dżungla na wyspie Baresdhoo
Dżungla na wyspie Baresdhoo

Kręcenie „Łotra 1”

Zdjęcia na Malediwach zaczęto w grudniu 2015 roku, a więc dopiero na początku sezonu turystycznego. W bazie lotniczej Bovingdon kręcono już od sierpnia, więc Malediwy w „Łotrze 1” to tak naprawdę tylko dodatki. Chcąc nie chcąc, z kalendarza wynika wprost, że większość ujęć powstało w Wielkiej Brytanii.

Atol Laamu, Malediwy
Atol Laamu, Malediwy

Z głównej obsady na Malediwach byli obecni Felicity Jones (Jyn Erso), Alan Tudyk (K-3S0) i Diego Luna (Cassian Andor). Statystami byli żołnierze malediwskiej armii, nie bardzo mający pojęcie, w czym biorą udział (no oprócz tego, że w jakimś filmie). To mniej więcej oddaje wiedzę tutejszej ludności o „Gwiezdnych Wojnach”. Warto dodać, że Tudyk pływał sobie po oceanie i próbował dotknąć rekina wielorybiego. My próbowaliśmy dotknąć płaszczki.

Miejsce budowy przyszłego hotelu
Miejsce budowy przyszłego hotelu

Główne zdjęcia na Baresdhoo powstały na południowym krańcu wyspy. Ze Scarif tak naprawdę niewiele zostało. Niedawny plan filmowy został zaorany pod budowę nowego hotelu. Takie zmiany tutaj zachodzą niestety szybko. Udało się za to złapać klimat imperialnej planety i trochę widoków. Zdjęcia kręcono też na innych wysepkach atolu, acz w większości nie znalazły się one w finalnym filmie. Pierwsza z nich to Holhurahaa (zwana czasem Huraa, choć to może być mylące, bo właściwa Huraa znajduje się blisko Male) i towarzysząca jej Kudarah. Tu między innymi powstało słynne zdjęcie promocyjne ze szturmowcami brodzącymi po wodzie. Druga to Kudafushi, gdzie nagrywano końcówkę filmu, zainspirowała też plakaty filmowe.

Płaszczka
Płaszczka

Atol Laamu: Wycieczka na lokacje

Nasz przewodnik z hotelu (i przyuczający się do tej roli Lankijczyk) wskazał nam miejsca, gdzie mniej więcej byli filmowcy, ale nie potrafił powiedzieć nic więcej. Właściwie to miejsce, gdzie był rozbity obóz, zresztą trudno na tej małej wysepce znaleźć inny, bardziej dogodny punkt. Przewodnik nie miał także przygotowanych kadrów z filmu do porównania, wiedział tylko, że tu kręcono gdzieś jakiś film. „Wycieczka na Scarif” okazała się raczej chwytem marketingowym – skutecznym w naszym przypadku – niż przemyślaną wycieczką. I tak lepsze to niż nic.

Plaża na Malediwach
Plaża na Malediwach

Wiąże się to wprost z tym, że na jednej z wysp w atolu, czyli na Baresdhoo, kręcono „Gwiezdne Wojny”. Ten hotel to podchwycił. Okazało się, że można w ten sposób się rozreklamować, więc lądujemy na tej wyspie. I tu uwaga praktyczna: jeśli ktoś będzie wybierał się na Laamu, nie musi wybierać resortu, który oferuję wycieczkę śladami „Gwiezdnych Wojen”, wystarczy dopytać, czy wylądują na Baresdhoo. Praktycznie każdy oferuje pływanie z lądowaniem na jednej z wysp atolu, więc można spokojnie wskazać tą konkretną. Obecnie wiemy, że inne hotele, w tym Six Senses Laamu nie tylko mogą taki wyjazd zorganizować, ale jednocześnie poważniej do niego podchodzą. Jeśli nawet nie mają takiej wycieczki w ramach oferty, przed rezerwacją warto dopytać. Dla porównania wycieczka w Dubrowniku to coś co można polecić fanom, w tym wypadku sugerujemy spróbować szczęścia u konkurencji lub wynająć łódź z przewodnikiem i uzgodnić listę wysp zamiast dodatkowych aktywności.

Scarif w „Łotrze 1”
Scarif w „Łotrze 1”

Wycieczka śladami „Gwiezdnych Wojen” na Malediwach to tylko część większego planu zwiedzania, albo raczej na odwrót, dodatek do standardowego pakietu – island hopping. Podobne wycieczki (bez lądowania na wyspie z „Łotra 1”) występują także na innych atolach. To standardowa wyprawa, a podczas trwającego kilka godzin wypadu mamy możliwość zanurkować na rafie koralowej (snoorkling) i eksplorować niewielką wysepkę atolu Laamu, gdzie czeka nas lunch. Można też łowić ryby, z których dostaniemy posiłek. Nasi organizatorzy robili mnóstwo tego typu wycieczek, różnica polegała więc na doborze wysp, niczym innym.

Oryginalna roślinność
Oryginalna roślinność

Nasi przewodnicy nałowili ryby na żyłkę – samo łowienie też miało być atrakcją, ale podziękowaliśmy. Potem ryba wylądowała na ognisku i póki myszkowaliśmy po wysepce, został przygotowany dla nas obiad (no, dla mięsożernej części nas). Do popicia woda ze świeżo zerwanego kokosa.

Lokalna roślinność
Lokalna roślinność

Malediwy, czy to ekologiczny raj?

Przyjechaliśmy na rajskie wyspy z wiedzą o proekologicznym nastawieniu rządu. I jak to wyglądało w praktyce? Poza Baresdhoo wylądowaliśmy też na wyspie Gasfinolhu, gdzie mieliśmy lunch oraz nieprzyjemność pochodzenia po plaży niczyjej. Czyli niesprzątanej. O ile jeszcze jedna wyspa, cóż smuci, ale to trochę za mało, by ocenić całość, po wycieczce postanowiliśmy się przejść przez wyspę Gan.

Dżungla na bezludnej wyspie (Malediwy, Atol Laamu)
Dżungla na bezludnej wyspie (Malediwy, Atol Laamu)

Widzieliśmy całe sterty śmieci na plażach, na poboczu drogi, dzikie wysypisko na wolnej działce, no i śmieci walające się za każdym płotem. Posprzątane jedynie tereny należące do hoteli. Turysta, który przyjedzie do hotelu resortowego nic z tego nie zobaczy, ale poza hotelami jest dramat. Ogranicza się użycia foliowych torebek, wprowadza opłaty recyklingowe, zakazuje używania plastikowych sztućców i patyczków do uszu w krajach Unii Europejskiej. Działanie z pewnością i słuszne, ale to nie plastikowe butelki i piankowe japonki z krajów Unii lądują w Oceanie Indyjskim. Większość ze śmieci, które trafiają do oceanów, spływa rzekami Azji i Afryki, a tam nie ma limitów na tworzywa sztuczne. Lokalni mieszkańcy niestety dokładają tu swoje.

Krab na Malediwach
Krab na Malediwach

Plaże wysp w atolu Laamu są zawalone śmieciami, głównie tworzywami sztucznymi. Jesteś na wczasach na Malediwach, rajskie wyspy i te sprawy. Pływasz łódką po atolu, grillujesz świeżo złowioną rybę. I nawet nie masz ochoty spacerować po plaży, bo pełno na niej śmieci! Zdecydowana większość tego to produkcja własna, bo atole są dość zamknięte. Zrobiło to na nas bardzo, ale to naprawdę bardzo złe wrażenie. Odczucie estetyki to jedno, ale strach pomyśleć o biednych morskich stworzeniach, które to zjadają, zaplątują się w foliowe siatki i linki.

Plaża i wyrzucone śmieci
Plaża i wyrzucone śmieci

Wyspa Gan na atolu Laamu

Sama wyspa Gan także nie robi pozytywnego wrażenia. Dróg jest stosunkowo niewiele (w sumie na całym Malediwach jest ich 88 km). Na Gan mamy auta, skutery i motocykle z konwencjonalnymi silnikami spalinowymi i pustkę. Tak naprawdę poza hotelem nie ma tutaj zupełnie nic, tyko prywatne domki pracowników hoteli. O ile hotele dają radę, o tyle domy to często zaniedbane rudery i wszędzie walają się śmieci. Gan jest największą wyspą na całych Malediwach. Miasteczko tutaj jednak wygląda jak jedna wielka wieś, niestety brudna i zaniedbana. O ile stan budynków można tłumaczyć przez słabą sytuację materialną, to robienie wokół siebie wysypiska wytłumaczyć się już nie da.

Plaża przy naszym hotelu, wyspa Gan, Atol Laamu
Plaża przy naszym hotelu, wyspa Gan, Atol Laamu

Fauna Malediwów nie jest zbyt różnorodna, ale można wypatrzyć to i owo. Podobnie jak na Sri Lance, tak i na Malediwach jest dużo owocożernych nietoperzy – rudawek wielkich. Szkoda, że owocożerne, bo komary latają tutaj chmarami i jak na Cejlonie nie ma ich praktycznie wcale, tak tutaj pożerają nas żywcem

Okolica za hotelem, wyspa Gan
Okolica za hotelem, wyspa Gan

Swoją drogą najwyższy „szczyt” Malediwów wznosi się na nieco ponad 2 metrów ponad poziom morza. Wobec tego jest to jeden z trzech krajów najbardziej zagrożonych podnoszeniem poziomu wód. W 2007 Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimaty przy ONZ przewidywał, że jeśli tak dalej pójdzie jak idzie, to do 2100 roku poziom oceanów wzrośnie o 53 centymetry. Będzie to oznaczało konieczność opuszczenia większości z około 200 zamieszkanych wysp Malediwów. Wobec tego rząd Malediwów szczególnie głośno mówi o konieczności ograniczenia emisji CO2 i zawrócenia zmian klimatu. Do 2020 roku Malediwy mają być krajem o zerowej emisji CO2. Jakoś tego nie widzimy…

Widok na atol Laamu z hotelowej plaży
Widok na atol Laamu z hotelowej plaży

Na koniec jeszcze jedna rzecz. Na atolu Laamu można obejrzeć (o ile się tam dotrze), także starożytne ruiny buddyjskie – Gamu Haiytheli i Munbaru. Niestety nie były one dostatecznie strzeżone i zostały dość mocno zdewastowane przez lokalnych wandali. Zresztą w hotelu też raczej do nich nas zniechęcali. Nie było tego w standardowej ofercie, a reszta raczej nie nadaje się do oglądania.

Zarośnięta plaża na Gasfinolhu
Zarośnięta plaża na Gasfinolhu

Jak dotrzeć na atol Laamu

Trochę problemowe jest dotarcie na atol Laamu. Nie ma tu międzynarodowego lotniska, Kadhdhoo obsługuje tylko ruch lokalny na przykład z Male. Przeloty z Male są dość drogie, zaś alternatywą są albo tanie promy, albo drogie szybkie łodzie. Tanie promy mają ten problem, że czeka nas podróż z wieloma przesiadkami, więc zajmuje to dużo czasu i może nie wyjść finansowo wcale tak dobrze. Ostatnią alternatywą jest transfer organizowany przez hotel, to nic innego jak przelot i to w naszym przypadku Maledivian. Cały myk polega na tym, że ceny dla turystów są dużo wyższe niż dla obywateli. Więc jeśli załatwiamy przelot przez hotel, oni dostają dużo lepszą cenę i jeszcze na niej zarabiają, a turysta leci za cenę normalnie dla niego niedostępną.

Więcej zdjęć z atolu Laamu znajdziecie tutaj.

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak malediwski
Atol LaamuPodsumowanie
Szlak filmowy
Atol Laamu

Między Yiti a Sur, czyli omańskie wybrzeże

Ponieważ plaże najczęściej oglądamy, a nie wylegujemy się na nich, to całą część omańskiego wybrzeża od Maskatu do Sur mogliśmy spokojnie przejechać w jeden dzień, co najwyżej zatrzymując się tam na drobne postoje. O części z nich warto wspomnieć.

Zatoka Omańska, Yiti
Zatoka Omańska, Yiti

Yiti

Choćby plaża Yiti w pobliżu Maskatu. To wyjątkowo urokliwe miejsce. Wjeżdża się z gór, przez wąwóz do wioski Yiti, tam zaś rozciągają się plaże nad oceanem. Można zaparkować i zrobić sobie krótki spacer lub posiedzieć trochę. To co wyróżnia to miejsce, to rozległe rozlewiska i skały. W wodzie można obserwować ptaki, choćby ibisy czy czaple, całość zaś jest wyjątkowo urokliwa.

Plaża Yiti
Plaża Yiti

Wracając z Yiti mieliśmy problem z GPSem. Ponieważ ten Google’owy nie działa w Omanie, posiłkowaliśmy się innym (Sygnic), on zaś sugerował nam, by wrócić do Maskatu, co oczywiście dość mocno wydłużyło czas. Wcześniej jeszcze w domu Google Maps sugerował zupełnie inną drogę, więc pojechaliśmy wg Google’a (mapy działały, GPS nie). Trzeba przyznać, że to była bardzo ciekawa droga. Ładna, bez asfaltu, utwardzona, między górami, wolniejsza do przejechania, ale jednocześnie krótsza. Dobrze było mieć samochód o podwyższonym podwoziu, dzięki czemu tak oszczędziliśmy czas, jak również mieliśmy niesamowite przeżycie.

Bimmah Sinkhole
Bimmah Sinkhole

Bimmah Sinkhole

Kolejnym punktem, przy którym się zatrzymaliśmy, był Bimmah Sinkhole, czyli zapadlisko w miękkim wapieniu, powstałe przez podmywanie wodami gruntowymi. Podobny mechanizm działa w studiach krasowych na Półwyspie Jukatan w Meksyku. Miejscowi (w Omanie, nie w Meksyku) wierzą jednak, że ta wypełniona wodą dziura powstała w wyniku uderzenia meteorytu. Nie ma oczywiście żadnych dowodów naukowych potwierdzających tę teorię, ale co tam.

Bimmah Sinkhole
Bimmah Sinkhole

Aby chronić to miejsce i ściągać turystów (turystyka zaczyna się coraz śmielej rozwijać w Omanie), wytyczono tutaj mały park Hawyat Naijm Park. Nazwa parku to właśnie nazwa tego wymyślonego meteorytu, a jego nazwa znaczy „spadająca gwiazda”. Dobre miejsce na krótki postój w drodze, lub jak ktoś chce do popływania sobie. Zwłaszcza przy lepszej pogodzie. Uwaga na małe rybki, które mogą się przyczepić i wyjadać obumarły naskórek (ale przecież niektórzy sporo płacą za rybie SPA).

Bimmah Sinkhole
Bimmah Sinkhole

By tu dojechać, należy kierować się na miejscowość Dibab. Podczas naszej wizyty atrakcja była całkowicie darmowa. Parking niewielki, ale dawał radę, w środku poza lejem krasowym całkiem spory ogród, z placem zabaw dla dzieci oraz sanitariatami. No i oczywiście główna atrakcja, którą czasem nazywają Zielonym Okiem Omanu.

Wadi Shab
Wadi Shab

Wadi Shab

Niedaleko znajduje się Wadi Shab, czyli kanion, po którym można sobie pochodzić. Podjeżdża się do miejsca parkingowego, ale jest mały problem. By wejść do kanionu, trzeba przedostać się na drugą stronę rzeki. Głęboka nie jest, można spróbować ją przejść, ale można też wynająć łódkę, która przewiezie nas na drugą stronę. Kilku młodych mężczyzn czeka na turystów, ale nie są  natarczywi.

Wadi Shab
Wadi Shab

Wadi Shab to też kolejne miejsce, gdzie można obserwować ptaki. Ale to tylko dodatek do eksplorowania kanionu. Ten nie zaczyna się zbyt ładnie, także ze względu na betonowy most. Dalej już jest lepiej.

Okolice Wadi Shab
Okolice Wadi Shab

Sur, dawny port i miasto przemysłowe

Miasta na wybrzeżu Omanu mają ciekawszą i zdecydowanie dłuższą historię niż metropolie ZEA. Jednym z nich jest Sur (arab. صور). Jego historia sięga VI wieku n.e., kiedy to stało się jednym z ważniejszych miast w Zatoce Omańskiej, centrum handlu ze Wschodnią Afryką, a potem z Indiami. Status ten Sur utrzymywał zarówno podczas rządów portugalskich, jak i w czasie niepodległości. Dopiero w XIX wieku miasto mocno podupadło, gdy Brytyjczycy zakazali niewolnictwa i ostro ścigali statki niewolnicze – tak naprawdę wraz ze zniesieniem niewolnictwa runęła może i najważniejsza gałąź omańskiej gospodarki (do czasu wydobycia ropy). Drugim ciosem było otwarcie Kanału Sueskiego w 1869 roku, który znacznie skrócił drogę do Indii z pominięciem Zatoki Omańskiej, ta wcześniej była dobrym portem przeładunkowym i przystankowym.

Rafineria w przemysłowym mieście Sur
Rafineria w przemysłowym mieście Sur

 Za to ostała się inna ważna gałąź przemysłu w Sur – stoczniowego. Miasto to w całej Zatoce Perskiej słynie ze znakomitych drewnianych statków. W Omanie nadal są chętnie wykorzystywane, nie tylko turystycznie. Sambuki i ganjah z Sur pływały (i czasem nadal pływają) nie tylko po wodach Omanu, ale także Iraku, Zanzibaru, Indii, a nawet Chin. Dla nas miasto było tylko przerwą w podróży. Oczywiście widzieliśmy kilka ich drewnianych statków i słynny most, trochę jakby nie pasujący.

Zamek Al Aygah w Sur
Zamek Al Aygah w Sur

Atrakcje Sur

W Sur chyba najładniejszy jest widok na port, właśnie z tymi statkami, fragmentami fortu na skałach. Samo miasteczko już jest dość niepozorne. Forty, które są, często są zamknięte dla turystów, lub w ogóle nie wiadomo, czy są czynne (próbowaliśmy dwa – fort Sunaysilah i zamek Al Ayagah). Zresztą nie robią też dużego wrażenia, przynajmniej z zewnątrz. Są niewielkie, do środka nie udało się wejść. Nie ma co także szukać jakiegoś meczetu, który można zwiedzać. W oczy mocno rzuca się też przemysłowa część miasta. Czyli Sur to tak jak założyliśmy dobre miejsce na to, by rozprostować nogi podczas jazdy, ale niespecjalnie się nim przejmować. Trzy wymienione wyżej punkty na tej trasie są dużo ciekawsze.

Zamek Al Aygah w Sur
Zamek Al Aygah w Sur
Port w Sur i tradycyjna łódź typu dhow
Port w Sur i tradycyjna łódź typu dhow

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Sur, Yiti i wybrzeże