Archiwa tagu: wulkan

Myvatn, jezioro i okolica: kratery, źródła geotermalne i skalne formacje

Mývatn e to nazwa jeziora na Islandii, słynącego z bogactwa ptasiego świata. Tą nazwą określa się także jego bliską okolicę, przede wszystkim różne formacje wulkaniczne, kratery, czy rzeki lawy oraz zjawiska geotermalne. Co prawda oficjalnie okolica ma islandzką nazwę – Mývatnssveit, ale jakoś nie używa się jej w turystyce, czy promocji tego regionu. A jest to wspaniałe miejsce, tym ciekawsze, że także filmowe, włączając w to kilka lokacji z „Gry o tron”.

Jezioro Mývatn
Jezioro Mývatn

Jezioro Mývatn

Oczywiście główna atrakcja to jezioro. Nazwa znaczy tyle co jezioro komarów / muszek ( – komar, muszka, vatn – jezioro). I faktycznie tutejszy krwiopijca potrafi być dokuczliwy latem. Jednak prawdziwe bogactwo to ptaki. Występuje ich tu 240 gatunków, z tego ponad 70 miejscu ma tutaj lęgowiska. Samych kaczek jest tu kilkanaście gatunków. Jezioro o powierzchni 37 km² i głębokości do 4,5 metra wraz z całym regionem Mývatn-Laxá zostało wpisane na listę Ramsar oraz jest uznaną ostoją ptaków IBA. Co ciekawe, nawet w miejscach przy drodze, gdzie można się zatrzymać i podejść do jeziora, to część jest ogrodzona, dzięki czemu ptaki nie są tu nękane. W okresie lęgowym pewne fragmenty jeziora są wręcz zamykane.

Łabędź krzykliwy (Cygnus cygnus)
Łabędź krzykliwy (Cygnus cygnus)

Jest to także teren geotermalny, co akurat nie jest niczym niezwykłym na Islandii. Jadąc drogą numer 1 można zatrzymać się przy elektrowni geotermalnej Bjarnarflag i podziwiać tamtejszą gorącą wodę. Błękitne Jezioro (Blue Lake) dość mocno wyróżnia się wizualnie na tle okolicy. Nie należy do niego wchodzić przede wszystkim przez wysoką temperaturę wody. Ostrzegają przed tym znaki.

Blue Lake
Blue Lake

Mývatn Nature Baths

Natomiast jeśli ktoś chciałby spróbować kąpieli w gorącym źródle, to warto zatrzymać się w Mývatn Nature Baths (isl. Jarðböðin við Mývatn). To ośrodek trochę w stylu słynnej Blue Lagoon. Ze względu na oddalenie od Rejkawiku jest mniej oblegany i tańszy, a przy tym bardzo przyjemny. Ma spory parking, zaś baseny z gorącą wodą znajdują się na zewnątrz. Wysoka temperatura jest zauważalna, ale pilnują by nie było za ciepło. Dodatkowo są tu prysznice i inne atrakcje. Niecka basenu jest wykonana z naturalnych materiałów i utrzymywana w stanie naturalnym, włączając w to miękkie i śliskie glony czy inne porosty. Na oficjalnej stronie (gdzie można też sprawdzić aktualne ceny i godziny otwarcia), można zarezerwować sobie wejście. My w lipcu (sezon) weszliśmy do środka bez wcześniejszej rezerwacji. Ale fakt, dla nas był to przerywnik i dodatek, a nie istotny cel. Bilety i ceny można sprawdzić / zamówić tutaj.

Mývatn Nature Baths
Mývatn Nature Baths

Mývatn Nature Baths to nowoczesny i dobrze zaprojektowany ośrodek. Gorące źródło zostało stworzone przez człowieka i wykorzystuje wody z Bjarnarflag. Warto dodać, że choć zwłaszcza w ciągu dnia jest tu wielu turystów, to z ośrodka chętnie korzystają także Islandczycy. Dla nich gorące źródła są elementem kultury, miejscem spotkań Acz zdecydowanie preferują oni godziny, w których przybywa tu mniej turystów.

Jezioro Mývatn
Jezioro Mývatn

Grjotagja

Trochę dalej znajduje się kolejne miejsce, przy którym warto zatrzymać się na chwilę. To Jaskinia Grjótagjá. Jest ona stosunkowo niewielka. Znajduje się tuż przy drodze, tu też parkujemy i wchodzimy do środka, raczej by tylko zajrzeć. Wewnątrz jest stojąca, gorąca woda. Całość ma ażurowe sklepienie i wraz z błękitem gorącej wody jest to dość widowiskowe miejsce. Nic dziwnego, że wykorzystano je w „Grze o tron”. To właśnie w tym miejscu kręcono miłosne uniesienia Jona Snowa i Ygritte. Oczywiście posiłkowano się także studiem, bowiem w środku miejsca jest dość niewiele. Podobno to gdzieś tutaj także zaiskrzyło między odtwórcami, Kitem Haringtonem i Rose Leslie.

Jaskinia Grjótagjá
Jaskinia Grjótagjá
Scenę miłosnych uniesień Ygritte i Jona Snowa w „Grze o tron” kręcono w jaskini Grjótagjá (okolice Myvatn)
Scenę miłosnych uniesień Ygritte i Jona Snowa w „Grze o tron” kręcono w jaskini Grjótagjá (okolice Myvatn)

Co ważniejsze, do jaskini można wejść, ale należy pamiętać, że jest to teren prywatny. Kąpiel jest surowo wzbroniona. Głównie ze względu na bezpieczeństwo, jeszcze w latach 50. XX wieku ludzie kąpali się w tym źródle. Potem zrobiło się za gorące, dziś problemem jest jego szybko zmieniająca się temperatura. Choć obecnie podobno utrzymuje się w miarę stała,  40 parę stopni. Nagle może się podgrzać, dlatego panuje zakaz kąpieli. W praktyce ludzie moczą tam czasem nogi, na co jest przyzwolenie. Można natomiast pochodzić po okolicy, w tym wejść na wzniesienie nad jaskiniami. Tam trzeba trochę uważać, bowiem są pęknięcia, przez które do środka grot dostaje się światło. Te pęknięcia to kolejny efekt rozstępujących się płyt tektonicznych na Islandii (jak przy moście Miðlína). I tu istotne jest to, że Grjótagjá to tylko jedna, udostępniona jaskinia. Do pozostałych nie można wejść.

Rozchodzące się skały nad Grjótagjá
Rozchodzące się skały nad Grjótagjá

Hverfell

W okolicy Myvatn znajdują się nie tylko zjawiska geotermalne, ale również wulkaniczne. Dość ciekawe są pseudokratery, które dość licznie występują właśnie w tej części Islandii. Od normalnych kraterów wulkanicznych różnią się  sposobem powstania. Psuedokratery tworzą się w spływającej lawie, wyglądają jak zwykłe kratery, ale nie mają komory magmowej. Czyli po zastygnięciu nie mają szansy na ponowną erupcję. Nad jeziorem Myvatn najbardziej znane pseudokratery to Skútustaðagígar.

Hverfell
Hverfell

Znajduje się tu też zwykły krater – Hverfell lub Hverfjall. Wznosi się na 420 m n.p.m. i jest to dobry punkt, by obserwować całą okolicę. Jest też popularny wśród turystów. U stóp Hverfell znajduje się duży parking, potem czeka nas wspinaczka pod górkę. Trasa nie jest długa, ani też specjalnie trudna, ale nie jest to też relaksacyjny spacerek. Zajmuje to około 15 minut, różnica poziomów to około 100 metrów. Wchodzi się na szczyt, gdzie widzimy krater. Możemy go sobie spokojnie obejść, ale do środka zejść nie można. Aktywność wulkaniczna tego miejsca jest zdecydowanie mniejsza niż w przypadku Wezuwiusza, więc nie ma tu barierek, widoczność jest doskonała. Wszystko jest jednak pokryte resztkami zaschniętej lawy. Obejście krateru wokoło nie zajmie więcej niż godzinę. Średnica krateru to kilometr, ale największy problem to otwartość terenu i ewentualny silny wiatr. Nie to, żeby okolice jeziora były jakoś osłonięte, ale na górze wiatr jest bardziej odczuwalny.

Krater Hverfell
Krater Hverfell

Hverjfall robi duże wrażenie zwłaszcza ze względu na niemal całkowity brak roślinności. To przyjemny spacer, szkoda tylko, że mało pouczający. Krater powstał jakieś 2500 lat temu. Przydałoby się tu więcej tabliczek informacyjnych, ale już na Etnie trochę się o wulkanach dowiedzieliśmy, więc dla nas to było wystarczające. Ta niesamowita, wręcz nieziemska atmosfera udawała planetę Hima w trzecim sezonie „Star Trek: Discovery”. To tu znajdujemy Michael Burham na początku sezonu.

Skalne pozostałości po wulkanach w okolicy Mývatn
Skalne pozostałości po wulkanach w okolicy Mývatn

Dimmuborgir

Na południe od Hverfjall znajduje się pole lawowe Dimmuborgir. Powstało jakieś 2300 lat temu. Przez pewien czas istniało tu także jezioro lawowe, dziś ten obszar słynie przede wszystkim z niesamowitych formacji skalnych. Lawa uwalniała się w jeziorze, woda częściowo odparowywała, częściowo rzeźbiła to miejsce.

Skalne formacje (lawowe) w Dimmuborgir
Skalne formacje (lawowe) w Dimmuborgir

To także miejsce, które przyciąga turystów. Parking jednak nie jest już tak duży jak przy kraterze, co powoduje, że w sezonie mieliśmy trochę problemów z zaparkowaniem tutaj. Ludzi było sporo. Wewnątrz Dimmuborgir wytyczone są szlaki. Chodząc po polu lawowym ogląda się tutejsze, bardzo nietypowe skalne miasto. Wiele z form ma opisy, nazwy i historię. No i jak w takich miejscach bywa, niektóre skały przyciągają ludzi bardziej, dzięki charakterystycznym, fotogenicznym otworom.

Skalne formacje (lawowe) w Dimmuborgir
Skalne formacje (lawowe) w Dimmuborgir

Zresztą całe to miejsce wiąże się z legendami. Po pierwsze nazwa znaczy tyle co „mroczne zamki”. Dawny folklor rozwijał się także z chrześcijaństwem, powstał mit, lub apokryf, który mówił, iż to właśnie w tym miejscu Szatan spadł na Ziemię, gdy wyrzucono go z Nieba. No i tu gdzieś znajduje się brama do Piekieł. Nic dziwnego, że zainspirowało to Norwegów. Jedna ich grupa metalowa nazywa się: Dimmu Borgir. Według jeszcze innych legend mieszkała tu olbrzymka Grýla, która zjadała niegrzeczne dzieci na Boże Narodzenie, zaś jej trzynastu synów przynosiło prezenty grzecznym dzieciom.

Skały lawowe
Skały lawowe porośnięte mchem

To także kolejna lokacja z „Gry o tron” w okolicy Myvatn. W tym miejscu kręcono obóz Dzikich, którym przewodził Mance Ryder. Zdjęcia kręcono w zimie. Jezioro Myvatn posłużyło także jako sceneria do finału „Szybkich i wściekłych 8”. Tam mamy fragment pościgu/bitwy na zamarzniętym jeziorze, podobnie jak sceny z rosyjską łodzią podwodną. Tu ta część gra Rosję.

Okolice jeziora Mývatn (Islandia)
Okolice jeziora Mývatn (Islandia)

Turystyka w okolicy Mývatn

Wokół jeziora znajduje się kilka małych miejscowości z hotelami i miejscem do spania. Jest tu także wiele szlaków, a do większości opisanych miejsc można nie tylko dojechać, ale również spokojnie dojść. Całe jezioro można objechać samochodem zatrzymując się przy wielu ciekawych miejscach. Dobrym punktem widokowym jest z pewnością szczyt Vindbelgjarfjall, który wznosi się na wysokość 529 m n.p.m. Góruje nad okolicą. Jest także muzeum ptaków Sigurgeir’s Bird Museum, gdzie wystawiono jaja i wypchane ptaki. To także miejsce, gdzie można trochę więcej się o tych zwierzętach dowiedzieć. Okolice jeziora Myvatn może nie należą do najczęściej odwiedzanych miejsc na Islandii, niemniej jednak oferują bardzo wiele, zwłaszcza jako przystanek podczas zwiedzania północy wyspy.

Okolice jeziora Mývatn
Okolice jeziora Mývatn

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak islandzki
Jezioro Myvatn
Szlak filmowy
Jezioro Mývatn

Wulkan Thrihnukagigur i komora magmowa

Jedną z najbardziej niecodziennych atrakcji Islandii jest zwiedzanie wulkanu Thrihnukagigur (Þríhnúkagígur). Wulkany są oczywiście atrakcyjne same w sobie, w niektórych miejscach na świecie można wspiąć się na krawędź i podziwiać krater z bezpiecznej odległości. W przypadku wygasłych, nawet można czasem wejść do krateru, a nawet dalej. Ten na Islandii jest uśpiony, a wchodzi się, a właściwie zjeżdża, do wnętrza komory magmowej, czyli do serca wulkanu.

Pole lawy wokół Thrihnukagigur
Pole lawy wokół Thrihnukagigur

Odkrycie Thrihnukagigur

Nazwa Thrihnukagigur znaczy mniej więcej tyle co krater trzech wierzchołków. To jeden z wulkanów znajdujących się niedaleko Rejkiawiku w parku Bláfjöll (Góry Błękitne). To wulkan drzemiący, który nie wybuchł od jakiś 4000 lat. Według jednej z teorii nie istnieją wulkany wygasłe, a wszystkie są drzemiące. Natomiast inny podział wymaga od drzemiących jakiejś minimalnej aktywności, choćby w postaci ekshalacji, czyli wyziewów. Różne tego typu aktywności można obserwować choćby w Tongariro, Yellowstone, Ijen, Solfatarze czy blisko Hverir. Thrihnukagigur jest częścią systemu wulkanów, tym samym nawet jeśli nie obserwuje się tam specjalnie widocznych wyziewów, to jednak wiadomo, że występują one w innych częściach tego systemu. Sprawia to, że wulkan może któregoś dnia wybuchnąć, acz na razie nie sprawia wrażania, jakby się do tego szykował.

Uskoki i szczeliny lawy
Uskoki i szczeliny lawy

Natomiast w tym wypadku mamy do czynienia z pewnym fenomenem. Normalnie w takich przypadkach komora magmowa jest zalana zastygłą lawą. Praktycznie bita skała lub coś podobnego, jak opisywaliśmy przy okazji Etny, bo tam mogą tworzyć się jaskinie magmowe. W tym wypadku jednak z powodu pęknięcia lawa wypłynęła i można oglądać komorę magmową od środka. W 1974 grotołaz Árni B. Stefánsson odkrył wejście komory i zaczęła się powolna eksploracja. Powolna to słowo klucz, bowiem Stefánsson zwiedzał jaskinie i pola lawowe amatorsko, czasem tylko opisując gdzieś swoje odkrycia. Na co dzień był okulistą. Gdy odkrył wejście, podobno wrzucał najpierw kamienie na dół i zdziwiło go, jak długo one spadają. Okazało się, że musiał mocno przygotować się, by wejść do środka. Jedną z trudności były liny. Takie, które mają 200 metrów długości musiał zdobyć od rybaków. Gdy już zjechał na dół, niewiele zobaczył. Miał słabą latarkę, więc uznał to miejsce za mało interesujące.

Wejście do wnętrza wulkanu
Wejście do wnętrza wulkanu

Thrihnukagigur obecnie

Ale po latach, szukając wyzwań, wraz z ze swoimi braćmi wrócił tu wiosną 1991 roku. Byli lepiej wyposażeni, więc dopiero wówczas zdali sobie sprawę ze swojego odkrycia. Opisali to w prasie dla islandzkich speleologów i zainspirowali tym islandzkich ratowników górskich. Tym samym zaczęła się historia tego miejsca. Nikt oczywiście nie myślał wtedy, żeby zmienić to w atrakcję turystyczną. Ale jest nią od 2012 roku. Po części dzięki działaniom Stefánssona, który chciał, by to miejsce chroniono, ale także udostępniono ludziom. I co tu dużo mówić, to jedna z najbardziej unikalnych atrakcji nie tylko w Islandii, ale i na całym świecie. Prawdę mówiąc, samo znalezienie komory wywołało pewną sensację wśród wulkanologów. Nikt wcześniej nie przypuszczał, że komora w takiej formie może w ogóle istnieć. Zwłaszcza, że nawet jeśli mamy do czynienia z opustoszałą komorą, to najczęściej cały wulkan ulega zawaleniu.

Zjeżdżanie w dół
Zjeżdżanie w dół

Obecny sposób zwiedzania i udostępniania komory Thrihnukagigur jest stosunkowo mało inwazyjny. Były pomysły, by zbudować tu tunel i platformę obserwacyjną w środku, ale kryzys ekonomiczny z 2008 sprawił, że zarzucono tamte plany. Jednocześnie przyśpieszył udostępnienie komory turystom, bo Islandia wówczas mocno postawiła na turystykę, więc szukano innych opcji. W 2010 dodatkowo doszło do erupcji Eyjafjallajökull, świat zaś zainteresował się wulkanami Islandii. Ekipa National Geographic przyjechała zbierać tu materiały i to właśnie oni przywieźli windę. Więc dalej już było dużo łatwiej zorganizować resztę.

Winda i komora wulkanu Thrihnukagigur z dołu
Winda i komora wulkanu Thrihnukagigur z dołu

Wewnątrz wulkanu

Dziś to jest jedyny wulkan, do którego się wjeżdża windą (otwartą, taka górniczą, pierwsza pochodzi z Nowego Jorku i używano jej do mycia okien w wieżowcach). Wpierw wchodzi się na szczyt, wsiada do windy, a następnie jest ona opuszczona. Oczywiście jesteśmy przypięci do barierki. Maksymalna głębokość komory to 213 metrów, ale winda aż tak głęboko nie zjeżdża. Tam też nie wpuszcza się turystów. Ci zjeżdżają tylko jakieś 120 m, co trwa około 6 minut. Następnie mają trochę czasu, by obejrzeć komorę od środka własnymi oczyma. Organizatorzy podkreślają wielkość, często pokazując ile razy zmieściłaby się tu nowojorska Statua Wolności, czy inne budynki.

Kolorowa komora magmowa wulkanu
Kolorowa komora magmowa wulkanu

Wielkość robi wrażenie, ale nawet i bez niej jest tu co oglądać. Kolory skał są niesamowite. Całość dodatkowo jest dobrze oświetlona. To też drugi powód, dla którego ludzie chcą tu przyjeżdżać. Dzięki żywym odcieniom czerwieni czy żółci z domieszkami innych barw to wyjątkowo piękne miejsce. Nie ma tu co prawda wiele do przejścia, robi się niewielkie kółeczko. Miejscami trzeba trochę poskakać po kamieniach, ścieżka jest wygładzona jedynie przy windzie. Uwaga, część tych skał porusza się pod nogami. Ale to co oglądamy, jest fenomenalne.

Komora magmowa jest podświetlona
Komora magmowa jest podświetlona

Na dole nie jest się zbyt długo, organizatorom zależy tak na bezpieczeństwie, ochronie tego miejsca, ale też na tym, by to było pamiętne przeżycie. Grupy są dzielone na mniejsze, tak by na dole jednocześnie nie przebywało za dużo osób. Teren do chodzenia jest ograniczony, więc ludzie by sobie za mocno przeszkadzali. Dodatkowo nie przeskoczy się ilości osób w windzie. Model biznesowy przyjęty przy eksploracji tej jaskini faktycznie wymaga, by prawie co chwilę ktoś zjeżdżał i wjeżdżał, inaczej tworzyłby się zator. Wszystko więc jest sprawnie zorganizowane. Na dole mamy jakieś 30 minut na samodzielne obejrzenie komory. Tu też należy pamiętać o odpowiednim przygotowaniu się. Przede wszystkim temperatura jest bardzo niska, tylko kilka stopni powyżej zera.

Komora magmowa Thrihnukagigur
Komora magmowa Thrihnukagigur

Organizacja i przebieg wycieczki

Do wulkanu nie wejdziemy samodzielnie, ciężko jest też w sezonie wejść tak z marszu. Wycieczki organizuje jedna firma, Inside the Volcano (InsideVolcano). Kontaktując się z nimi można ustalić termin i zapłacić. To dość droga atrakcja (dla nas była to najdroższa na Islandii). Po ustaleniu terminu można też dodać transfer z hotelu w Rejkiawiku. Jeśli mamy własny transport to należy się udać do schroniska Breiðabliksskáli w parku Bláfjöll. Dane adresowe organizatorzy dostarczą mailem, zresztą miejsce spotkania jest dość dobrze oznaczone na mapach Google’a.

Malownicze wnętrze Thrihnukagigur
Malownicze wnętrze Thrihnukagigur

Wycieczka zaczyna się od części informacyjnej w schronisku. Gdy już wszyscy się zbiorą, wypiją herbatkę i posłuchają wstępu, następuje przejście do budki w okolicy wulkanu. Po drodze, ta zajmuje trochę czasu, obserwujemy piękne pola wulkaniczne porośnięte mchami i innymi roślinami. Czasem znajdują się tu rozpadliny i inne pozostałości po lawie. Przewodnik trochę mówi na ten temat, ale to jest dodatek do głównej atrakcji. Przede wszystkim mamy tu piękne krajobrazy, pełne pustej, otwartej przestrzeni. To także robi wrażenie. Idąc przez pole lawowe należy trzymać się wyznaczonej ścieżki ze względu bezpieczeństwa. Nie ma tu co prawda gorącej lawy, ale ze względu na różne jamy dość łatwo tu o drobny wypadek.

Widoki wewnątrz komory magmowej
Widoki wewnątrz komory magmowej

Baza przed wulkanem

Budka jest całkiem spora, tam zostawiamy rzeczy, których nie potrzebujemy. Wejście do wulkanu jest blisko, więc organizatorzy namawiają do zostawienia tego, co się da. Tu też zostajemy wyposażeni w kaski i przeszkoleni z zasad bezpieczeństwa. Następnie przechodzi się do windy.

Thrihnukagigur, wewnątrz wulkanu
Thrihnukagigur, wewnątrz wulkanu

Po wyjściu z komory czeka nas jeszcze poczęstunek. U nas była to zupa islandzka w dwóch wersjach, mięsnej i wegetariańskiej do wyboru. Później zaś powrót do schroniska. Jeśli nie jesteśmy związani z transferem można wyruszyć w dalszą podróż własnym tempem. Jest to o tyle istotne, że przy rozłożeniu grupy na mniejsze ekipy, czas czekania na wszystkich mógłby się dłużyć. Na Islandii można zwiedzić kilka jaskiń, ale komora magmowa to jedyna taka atrakcja. Jak wspomnieliśmy droga, nawet bardzo (ograniczają popyt), ale bez wątpienia było warto. To przepiękne, ekscytujące i pouczające miejsce. Zaś pole lawowe dostajemy niejako w pakiecie.

Powrót na górę
Powrót na górę
Thrihnukagigur
Thrihnukagigur

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak islandzki
Wulkan Thrihnukagigur

Hakone i spojrzenie na górę Fudżi

Park Narodowy Fudżi-Hakone-Izu (jap. 富士箱根伊豆国立公園) ze względu na swoją niewielką odległość od Tokio i górę Fudżi, należy do najbardziej popularnych parków narodowych w Japonii. Wejść jest kilka, myśmy skorzystali z Hakone (jap. 箱根町 ). Sam park zajmuje powierzchnię ponad 12 tysięcy hektarów i nie sposób podczas krótkiego wyjazdu zwiedzić wszystkiego. Przyjeżdża się tu głównie ze względu na możliwość oglądania góry Fudżi (Fuji). Oprócz wulkanów park słynie także z gorących źródeł, czyli osenów (takich o jakich wspominaliśmy przy okazji Yunadaki). Świetnie skomunikowany, stanowi idealny cel na jednodniową wycieczkę ze stolicy Kraju Kwitnącej Wiśni.

Widok na górę Fudżi z Ōwakudani
Widok na górę Fudżi z Ōwakudani

Góra – wulkan Fudżi

Główna atrakcja to oczywiście góra – wulkan Fuji-san. Błędnie tłumaczone jako „szanowna Fudżi” przez analogię przyrostka „san” jako „pan, pani” (np. do agenta 007 zwracano się per Bond-san). W języku japońskim wiele znaków ma bardzo podobne brzmienie, ale znaczy co innego. W tym przypadku „san” oznacza „góra”. Co oznacza samo „Fuji”, do końca nie wiadomo: możliwe że nie oznacza nic specjalnego, ale fajnie brzmi – stąd taki, a nie inny dobór znaków, albo jest to zniekształcone imię któregoś z licznych zapomnianych bóstw japońskiej mitologii, może też oznaczać „nieskończony”, „nieśmiertelny” bądź „bez porównania”. W 2013 roku Góra Fudżi i 24 okoliczne lokacje, w tym świątynie, zostały wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako obiekt o szczególnym znaczeniu kulturowym.

Skansen w Hakone
Skansen w Hakone

Wciąż czynny stratowulkan Fudżi jest zarazem najwyższym szczytem Japonii – mierzy 3776 m. n.p.m. Przez większą część roku szczyt pokrywa lśniący w słońcu śnieg. Wyznawcy szinto utożsamiają go z żeńskim bóstwem, toteż jest to zarazem jedna z trzech świętych gór Japonii, na której do połowy XIX wieku obowiązywał zakaz wchodzenia dla kobiet. Fudżi natomiast uchodzi też za kanon piękna, mocno wpłynęło na poczucie estetyki Japończyków. W niektórych świątyniach czy skalnych ogrodach dość łatwo znaleźć kształt Fudżi.

Góra Fudżi
Góra Fudżi, charakterystyczny stożek stratowulkanu, który ma odbicie w japońskiej kulturze.

Obecnie szczyt Fudżi to miejsce nie tylko pielgrzymek, ale i turystyki górskiej. Ze względu na warunki pogodowe, góra otwarta jest do wspinana tylko w lipcu i sierpniu. I znów, nie są to samowolne wejścia. Tu wszystko jest zorganizowane i w dodatku w odpowiednim sezonie, o ile oczywiście warunki na to pozwalają.

Kopalnia siarki, Ōwakudani
Kopalnia siarki, Ōwakudani

Gdyby ktoś pytał: las samobójców Aokigahara jest daleko, po przeciwnej stronie góry.

Brama Tori na jeziorze Ashi w świątyni Hakone
Brama Tori na jeziorze Ashi w świątyni Hakone

Kawaguchiko czy Hakone?

Ale by podziwiać Fudżi z oddali, nie trzeba się na nią wspinać, w sumie to nawet lepiej tego nie robić. Jak wieść niesie przy dobrej widoczności widać ją z Jokohamy, ale to się raczej rzadko zdarza. Są dwa miejsca w Parku Narodowym, które ściągają turystów. Pierwsze to Pięć Jezior Fudżi. Tu najlepiej dojechać busem do Kawaguchiko i tam rozpocząć zwiedzanie. W wiosennym okresie może być to interesujące ze względu na festiwal floksów (z którym się czasowo rozminęliśmy). My zdecydowaliśmy się na drugie miejsce, czyli okręg Hakone. Znajduje się on trochę dalej niż Pięć Jezior, przez to jest mniejsza szansa na zobaczenie głównej atrakcji, jeśli widoczność będzie słaba. Fudżi znajduje się jakieś 30 km w linii prostej. Szczęście nam dopisało.

Park Narodowy Hakone
Park Narodowy Hakone

Zwiedzanie okręgu Hakone i bilet zbiorowy

Okręg Hakone obejmuje Owakudani, jezioro Ashinoko, fragment drogi Tōkaidō, Hakone i oczywiście punkty widokowe na najsłynniejszy wulkan Japonii, a poza widokami są też inne, wulkaniczne atrakcje. Wycieczka po Hakone jest bardzo dobrze zorganizowana. Przyjeżdża się pociągiem (lub ew. inaczej) do Odawary (jap. 小田原市 ). Tam kupuje się bilet Hakone Free Pass, który upoważnia nas do zrobienia trasy różnymi środkami transportu. Jak to zwykle w Japonii bywa w przypadku takich biletów, wychodzi znacznie taniej, niż gdyby kupować je z osobna. Wraz z passem dostaniemy mapkę, a w informacji dokładnie powiedzą, jak przebyć całą trasę. Odawara jest o tyle dobrym przystankiem, że stają tu shinkanseny, więc jak zwykle japońska organizacja nie zawodzi.

Ōwakudani słynie z jaj gotowanych w gorących, mineralnych wodach
Ōwakudani słynie z jaj gotowanych w gorących, mineralnych wodach

Hakone: Owakudani

Nasza trasa po okręgu Hakone przewidziana była na cały dzień. Podróżowaliśmy kolejno pociągiem, kolejką linową, statkiem, pieszo i autobusem. Pierwsza część właściwego zwiedzania parku to była wulkaniczna dolina Owakudani. Powstała ona w wyniku wybuchu wulkanicznej Góry Hakone jakieś 3 tysiące lat temu. Nadal jest to teren aktywny wulkanicznie: ze szczelin na zboczach góry wydobywają się gazy i para, gorące źródła wody stale bulgoczą, a co pewien czas wulkan staje się bardziej aktywny, zwiększając produkcję trujących wyziewów. Stacja Ōwakudani znajduje się na wysokości 1044 m n.p.m. i to dobre miejsce na podziwianie góry Fudżi.

Jajko na twardo z Owakudani
Jajko na twardo z Owakudani

Właśnie niebezpieczne stężenie trujących gazów jest powodem, dla którego ścieżki na zboczu wulkanu były zamknięte. Osoby zdrowe mogą bezpiecznie przebywać na terenie wokół stacji kolejki linowej, przede wszystkim na tarasach widokowych. Wielka szkoda, że nie mogliśmy pospacerować między gorącymi źródłami. Niestety aktywność wulkaniczna jest nie do przewidzenia. Mimo to było warto dla samych widoków. Za to jest to doskonałe miejsce do obserwowania z oddali wydobycia siarki.

Kopalnie siarki w  Ōwakudani (Hakone)
Kopalnie siarki w Ōwakudani (Hakone)

Specjalnością z Owakudani są jajka kura-tomago. Są to zwykłe jajka kurze gotowane na twardo w gorącym źródle. Skorupka staje się czarna od wysokiej zawartości minerałów. W smaku takie jajko nie różni się specjalnie od zwykłego. Gdy otwarta jest ścieżka między źródłami, turyści mogą kupić surowe jajka i ugotować je samodzielnie. Ponieważ ze względów bezpieczeństwa szlak jest zamknięty, jajka już ugotowane – a jeszcze gorące – można kupić w pobliskim sklepie. Podobno zjedzenie takiego przysmaku przedłuża życie o siedem latem. Drugą jajeczną ciekawostką było jajko na twardo bez skorupki, także czarne. Nie mamy pewności, czy obrane zostało wtórnie poddane działaniu tutejszych wód czy raczej uwędzone na dymie. Na to drugie wskazywałby smak, który bardzo przypomina wędzony ser.

Jezioro Ashinoko
Jezioro Ashinoko

Widok na stratowulkan Fudżi i jezioro Ashinoko

Jezioro Ashinoko (lub Ashi) powstało w kalderze wulkanu Hakone, który wybuchł około 3 tysiące lat temu. Hakone Pass, który mieliśmy, jest honorowany przez jedną z dwóch kompanii promowych, obsługujących przeprawę. Statki były wstrętnie stylizowane na europejskie żaglowce, a jeden z nich nazywał się „Victory”, jak okręt admirała Nelsona, który można zwiedzić w Portsmouth. Niestety to najbardziej tandetna i jarmarczna część wycieczki.
Za to dobra widoczność utrzymywała się nadal i już z drugiego brzegu jeziora mogliśmy podziwiać Fudżi.

Jeden z okrętów kursujących po jeziorze Ashi
Jeden z okrętów kursujących po jeziorze Ashi

Zwiedzanie właściwego Hakone

Na koniec wylądowaliśmy w Hakone. Można tutaj zobaczyć między innymi zachowane fragmenty drogi Tōkaidō. Trasa ta w okresie Edo prowadziła wzdłuż Pacyfiku od Kioto do Edo, czyli między pałacem cesarza a faktyczną stolicą kraju faktycznego jej władcy – szoguna Tokugawy (więcej o tym rodzie pisaliśmy przy Nikko). Była więc najważniejszą trasą kraju, uwiecznioną wielokrotnie w japońskiej sztuce.

Droga Tōkaidō w Hakone słynie z  wiekowych cyprysów
Droga Tōkaidō w Hakone słynie z wiekowych cyprysów

W Hakone znajduje się punkt kontrolny na trasie Tōkaidō, który wraz z historycznymi zabudowaniami został zrekonstruowany i udostępniony zwiedzającym. Można tu też odbyć przyjemny spacer wzdłuż alei starych cedrów.

Droga do świątyni Hakone
Droga do świątyni Hakone

Szintoistyczna świątynia w Hakone (choć znów to kompleks chramów – Hakone, Soga, Kuzyryu) jest położona w lesie nieopodal brzegu Jeziora Ashinoko. W wodzie stoi intensywnie czerwona tori, wyróżniająca się na tle wiecznozielonych lasów.
Świątynia w obecnym miejscu istnieje od połowy XVII wieku, była popularna wśród samurajów. Na koniec zostaje wsiąść już do autobusu i potem pociągu i ewentualnie zostaje do zwiedzenia Odawara ze swoim zamkiem, jeśli został na to jeszcze czas.

Wejście do świątyni Hakone
Wejście do świątyni Hakone

Trasa Hakone to faktycznie przyjemny spacer na cały dzień. Z pewnością byłoby ciekawiej, gdyby dało się podejść pod gorące źródła, ale tak jak warunków pogodowych, tak też wulkanicznych nie da się zaplanować.

Świątynia Hakone
Świątynia Hakone

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Hakone

Etna, największy czynny wulkan Europy

Na Sycylii znajduje się jeden z dwóch najbardziej znanych włoskich wulkanów. O Wezuwiuszu już pisaliśmy, więc dziś pora na kolejny. Etna z jednej strony budzi niepokój, gdyż wciąż jest czynna. Wspomniany Wezuwiusz „spektakularnie” zniszczył Pompeje czy Herkulanum. Katania (wł. Catania), która znajduje się podnóża Etny też nie raz ucierpiała, ale zniszczenia miały zupełnie inny charakter.

Zaschnięta lawa wokół Etny
Zaschnięta lawa wokół Etny

Etna i bezpieczeństwo

Erupcje są dość częste, z drugiej strony właśnie dlatego jest bezpieczniejsza. Przede wszystkim nie dochodzi tu do gwałtownych wybuchów, raczej przypomina to sączenie lawy. Etnie zdarzyło się w historii zatopić lawą choćby Katanię, ale lawa nie płynie szybko, więc właściwie obyło się bez większych ofiar, w przeciwieństwie do trzęsienia ziemi, które także dotknęło kiedyś to miasto. Nie oznacza to oczywiście, że jest to wulkan w pełni bezpieczny. W latach 70. poprzedniego wieku zdarzyło się, że turyści, którzy przebywali na stoku, zostali zabici podczas niewielkiej erupcji przez spadające odłamki materiału piroklastycznego. Pomijając zaś kwestię bezpieczeństwa, jest to bardzo niesamowite i intrygujące miejsce.

Okolice Etny widziane z góry
Okolice Etny widziane z góry

Przy wjeździe już na samą górę można zobaczyć resztki jednego z hoteli. Pewien Włoch postanowił wybudować sobie hotel tuż przy samej Etnie. Pomysł na biznes świetny, jednak gdy doszło do erupcji, zalała go lawa. Akurat przepłynęła wprost przez budynek. Nikt nie zginął, bo to nie jest proces szybki, ale jednocześnie nie da się tego zatrzymać.

Widok z góry
Widok z góry

Zdobywanie Etny

Etna jest zdecydowanie wyższa i trudniej dostępna od Wezuwiusza, także ze względów bezpieczeństwa. Tu nad wulkanem cały czas czuwają wulkanolodzy, kontrolujący jego aktywność (Wezuwiusz też jest pod stałą obserwacją, ale raczej nie trzeba śledzić komunikatów). To oni decydują, czy w danym dniu w ogóle można wejść na samą górę. Jeśli uznają, że to za duże ryzyko, nikt nie wejdzie na szczyt. Jadąc na górę można dostrzec ich stację.

Etna z samolotu
Etna z samolotu

Trzytysięcznik Etna

Etna jest dość wysoka, liczy sobie 3340 metrów (wysokość ze względu na aktywność wulkanu ulega zmianie). To powoduje, że nie jest to miejsce dla wszystkich. Wiele wycieczek dojeżdża np. do 2000 metrów i na tym poprzestaje. Szczęśliwie są też takie, które docierają na sam szczyt. Zazwyczaj odbywa się to tak, że trzeba wykupić bilet i wjechać specjalnym wozem wysokość około 3000 metrów. Tam już ostatnie 200 metrów prowadzi nas przewodnik. To bardzo istotne, gdyż władze nie są chętne, by ktokolwiek po szczycie szwendał się samemu. Przewodnik ten odpowiada za bezpieczeństwo grupy i właściwie za nic więcej (ma też tlen na wszelki wypadek). Wygląda to tak, że dojeżdża się do wejścia, kupuje bilet, wsiada do busa razem z grupą. Pilnują tu oczywiście obuwia, ludzie w klapkach są zawracani. Potem pod samym szczycie przewodnik prowadzi grupę i odprowadza ją do autobusu.

Jaskinie z zastygłej lawy
Jaskinie z zastygłej lawy

Warto pamiętać, że różnica wysokości robi swoje. Ciężej łapie się tu oddech, ciężej się wchodzi na górę, dodatkowo jest chłodno (i to nawet w lecie, gdy na dole w Katanii jest około 30 lub więcej stopni). Te 200 metrów bez aklimatyzacji bywa ciężkie, ale jest do przejścia. W końcu to jest największy i najwyższy czynny wulkan Europy.

Zastygnięta rzeka lawy
Zastygnięta rzeka lawy

Etna nie ma jednego krateru. Tak właściwie to jest ich kilka i co pewien czas tworzą się nowe po różnych stronach samego wzniesienia. Niektóre już są zarośnięte i nieczynne. Pozwala to na bardzo ciekawe zwiedzanie okolic, które są różnorodne.

Etna
Etna

Z przewodnikiem?

Zwiedzając Etnę warto zastanowić się chwilę nad wycieczką z lokalnego biura, bo te mają dodatkowe atuty. Ogólnie rzecz biorąc konkurencja jest dość spora, łatwo się natknąć na którąś z firm. Większość jednak działa bez jakichkolwiek umów czy uprawnień, czyli nielegalnie. Natomiast by wejść/wjechać na sam szczyt i tak należy zakupić bilet i wjechać wozem z przewodnikiem ogólnym. Zatem jeśli „firma” czy osoba nie oferuje nic więcej, tylko przejazd do wejścia, to równie dobrze można wybrać taksówkę czy inny środek transportu. Dlatego dość łatwo się naciąć finansowo, lepiej zweryfikować ofertę. Myśmy skorzystali z oferty EtnaFinder, z której byliśmy bardzo zadowoleni.

Wyprawa do krateru
Wyprawa do krateru

Dostaliśmy własnego przewodnika, który przede wszystkim tłumaczył nam wiele rzeczy z zakresu wulkanologii, jak również ciekawie opowiadał o miejscu Etny w kulturze Katanii. Choćby dlaczego Włosi tu mieszkający nazywają ją Matką i jak ją widzą (są wdzięczni, że wulkan pozwala im żyć u swoich stóp). Wjechał też z nami na górę i o ile ogólny przewodnik ma za zadanie przeprowadzić grupę, niewiele jest w stanie powiedzieć np. 20-50 osobom. Prywatny chodząc z nami tłumaczył nam bardzo wiele, dostosowywał się do naszego tempa i naszych pytań.

Stożek Etny
Stożek Etny

Następnie zaś przejechaliśmy się jeszcze po okolicy, oglądając miejsca, zmienione przez lawę, od jaskiń, po zaschnięte rzeki lawy. To dość mocno wzbogaca walory poznawcze. Sam wulkan jest bardzo ciekawym miejscem, ale w naszym przypadku było to także pouczające i całodniowe doświadczenie. No i ważniejsze, że do wielu miejsc w okolicy, czyli zaschniętych rzek lawy, czy jaskiń najczęściej się nie jeździ. Są bardziej oddalone od głównego traktu i mało kto o nich wie. Co ciekawe tereny powulkaniczne są bardzo często wykorzystywane zarówno przez rolników, jak i grzybiarzy. Mieliśmy okazję zobaczyć włoskie prawdziwki i sposób ich zbierania.

Same jaskinie lawowe (wulkaniczne) powstają w trakcie erupcji. Są to tunele, którymi przepływa lawa. Oczywiście jaskinia to pozostałość po tym procesie. Tunele te mogą być bardzo długie, najdłuższy znany znajduje się na Hawajach i ma 61 km. Szczególnie często występują na wyspach wulkanicznych – Azory, Kanary, Islandia, ale też wiemy, że istnieją na Marsie czy Księżycu.

Okolice krateru
Okolice krateru

Szlak na Etnę samodzielnie

My wybraliśmy sobie wyjazd z prywatnym przewodnikiem, przy okazji zahaczyliśmy o inne punkty wokół Etny, ale nie jest to jedyna możliwość. Wiele osób jedzie do schroniska Rifugio Sapienza, na wysokości około 1900 m n.p.m. Tam znajduje się dolna stacja kolejki Funivia dell’Etna. Można tu dotrzeć samochodem i zaparkować, można też znaleźć autobus z Katanii. Stąd można albo wjechać na górę kolejką, albo się przejść. Szlak od schroniska na szczyt i z powrotem to około 14 km, ale miejscami jest ostro pod górę.

Etna
Etna

Górna stacja kolejki znajduje się na Torre del filosofo, jakieś 2900 m n.p.m. Stąd można pójść do krateru centralnego (Cratere centrale) lub wjechać na niego specjalnymi samochodami, o których wyżej. Nawet jeśli jednak zdecydujemy się iść na piechotę, należy wynająć przewodnika , który wprowadzi nas na sam krater i dba o bezpieczeństwo. Najczęściej prowadzą oni dość spore grupy. Oficjalnie jest zakaz by wchodzić tam samodzielnie. Tyle, że to są południowe Włochy, więc już po południu najczęściej nikt na to nie zwraca uwagi. Taki jest tam stan faktyczny. My wybraliśmy się z przewodnikiem, natomiast na pewno odradzamy wszystkim samodzielną wędrówkę przy gorszej lub złej widoczności.

Zbocze krateru
Zbocze krateru

Etna na filmowo

Etna ma też swój epizod filmowy. Najbardziej znany to oczywiście „Zemsta Sithów” George’a Lucasa, czyli trzecia część „Gwiezdnych Wojen”. Gdy Lucas kręcił film, znów zaczęły się większe erupcje na Etnie. Lawa sobie płynęła, życie toczyło się dalej, ale można było wysłać drugą ekipę do nakręcenia kilku ujęć. Na ile wykorzystano je w filmie, trudno stwierdzić. Etnę bardziej starwarsowo opisaliśmy tutaj: tutaj.

Etna
Etna

Oczywiście „Gwiezdne Wojny” to nie jedyne dzieło, kręcone w tym miejscu. Acz warto pamiętać, że inne raczej wykorzystują obszar wokół wulkanu, a nie jego samą erupcję. Z racji kraju powstawało tu głównie kino włoskie. Nagrywał tu Pier Paolo Pasolini („Opowieści kanterberyjskie”, „Chlew”, „Ewangelia według świętego Matuesza”), Michaelangelo Antonioni („Przygoda”), „Luigi Cozzi („Starcrash”). Poza włoskimi twórcami kręcił tu także Richard Fleisher („Barabasz”).

Las zniszczony przez lawę
Las zniszczony przez lawę

Warto wspomnieć, że okolice Etny to dobre miejsce dla uprawy win. Turystyka winiarska ma się tu dobrze i jest sporo wycieczek wokół Etny śladami winnic.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak włoski
Etna

Savai’i, największa wyspa Samoa

Savai’i jest największą wyspą Samoa – liczy 1700 km2 (Upolu to 1250 km2), jest też piątą co do wielkości wyspą Polinezji. Zamieszkuje ją nieco ponad 43 tyś. osób (dane z 2006 roku), co stanowi jakieś 24% populacji kraju. Główne i jedyne miasto to portowe Salelologa, gdzie przybijają promy na Upolu. Reszta to małe, rozrzucone po wyspie wioski. To sprawia, że jest to miejsce jeszcze bardziej dzikie, nieskażone cywilizacją i naturalne, prawdziwa perła Polinezji. No i dopiero uczące się jak podchodzić do turystów, przez to wielce interesujące i autentyczne zarazem. Czasem nazwa bywa zapisywana jako Savaii.

Savai'i
Savai’i

Savai’i – wulkaniczna wyspa Samoa

Podobnie jak Upolu, także Savai’i jest wyspą wulkaniczną, więc trudno liczyć na dobre plaże. Jednak tutaj jest ich jakby więcej, i to mamy na myśli takie piaszczyste. Dodatkowo warto wspomnieć, że na wyspie tej rośnie największa ciągła połać lasu deszczowego na obszarze Polinezji, zajmująca 727 km2.

Droga przez Samoa
Droga przez Samoa

Wulkan tarczowy, który tworzy tę wyspę ze szczytem Mount Silisili mierzącym 1858 m n. p.m. jest najwyższym wzniesieniem Samoa, jest to także największy tarczowy wulkan Polinezji. Charakteryzuje się szerokim stożkiem i bardzo łagodnym nachyleniem. Wciąż pozostaje aktywny, ostatnia jego erupcja miała miejsce w 1900 roku. Oprócz tego, na Savai’i jest ponad setka innych kraterów, część z nich jest nadal aktywna.

Zatoczka
Zatoczka

Jeden z nich to Mount Matavanu (575 m n.p.m.), wciąż aktywny wulkan, a jego ostatnie erupcje miały miejsce w latach 1905 – 1911. Rzeka lawy pochłonęła obszar 100 km2 i dotarła do wybrzeża oceanu, grzebiąc pod lawą całe wioski. Jedną z nich jest Saleaula. Tutaj najczęściej zatrzymują się turyści zobaczyć zniszczenia poczynione przez lawę, przede wszystkim ruiny katolickiego kościoła. Te wyglądają trochę apokaliptycznie, ale bardzo intrygująco. Zaś najbardziej interesujące jest to, że lawa opłynęła kościół, do środka dostała się dopiero przez drewniane drzwi, które nie wytrzymały temperatury. Oczywiście dziś śladów po drzwiach nie ma, zaś ruina ta robi olbrzymie wrażenie.

Kościół zniszczony przez lawę
Kościół zniszczony przez lawę

Obecnie to niezwykły widok dżungli odradzającej się na polu lawy. Obszar zajęty przez człowieka, przez naturę brutalnie zniszczony, teraz przez naturę odzyskiwany.

Zaschnięta lawa (Savai'i)
Zaschnięta lawa

Jest tu jeszcze jedna atrakcja. Grób dziewicy – miejscowi uważają, że była tutaj pochowana albo dziewczynka albo jej opiekunka. W każdym razie osoba czysta i bez grzechu, więc lawa nie chciała pokryć jej grobu, ale opłynęła go wokół. Do dziś na grobie składane są kwiaty. Lokalne, ale wyglądają jak nasze doniczkowe, taki urok przyrody samoańskiej.

Grób dziewicy
Grób dziewicy

Oglądanie żółwi na wyspach Samoa

Niedaleko od zalanego lawą kościoła jest miejsce, gdzie można popływać z morskimi żółwiami. Jest to zamknięty kawałek laguny, gdzie trzyma się kilka żółwi morskich. Można tam za niewielką opłatą (Savai’i jest ogólnie dużo tańsza niż Upolu) popływać z tymi żółwiami i wziąć udział w ich karmieniu. Kiedy zaczęliśmy spacerować wzdłuż zbiornika, żółwie wiedziały, co to oznacza – zaczęły się zbierać w miejscu, gdzie są karmione.

Żółw zielony
Żółw zielony

Fajna atrakcja, ale najbardziej szczęśliwi to są tutaj ludzie, żółwie wyraźnie mniej. Po takich miejscach pozostaje kac moralny: bo kontakt ze zwierzętami jest lubiany, a zwierzęta są przecież zadbane i niegłodne, w dodatku trzymane w wodzie z zatoki. Jednak są w niewoli, a zmuszanie zwierząt do kontaktu z człowiekiem nie jest fair. Oprócz turystów są jeszcze właściciele tego przybytku: nie mają świadomości ekologicznej, nie mają też dużych źródeł zarobku. Kilku turystów na dzień (poza sezonem zdecydowanie mniej) może im znacznie podreperować budżet, zwłaszcza że taki biznes mogą doglądać dzieci. Jeśli turyści przestaną tutaj przyjeżdżać, pogorszy się byt mieszkańców. Dopiero po zaspokojeniu własnych potrzeb materialnych człowiek może zacząć myśleć o ekologii.

Inna sprawa, że to miejsce jest na oficjalnej mapce, czyli jakiś wydział ochrony przyrody, czy jego odpowiednik na Samoa, wie o tej działalności. W końcu turystycznie ktoś to promuje. Dodatkowo przy polu lawy także coś przebąkują, by zrobić podobną atrakcję. Nas to miejsce zainteresowało, ale zdajemy sobie sprawę, że budzi pewne kontrowersje i sami nie do końca wiemy, jak je ocenić.

Zatoczka z żółwiami
Zatoczka z żółwiami

Żółwie morskie

Żółw zielony (łac. Chelonia mydas) zawdzięcza swoją nazwę nie kolorowi skóry czy skorupy, ale tłuszczu okalającego narządy wewnętrzne. Czasem jest też nazywany żółwiem jadalnym. Z zewnątrz żółw ma odcienie oliwkowo-zielone, niekiedy czerwone, w zależności od osobnika. Dorosły żółw dorasta do 140 cm długości (mierząc po karapaksie) i osiągają masę nawet 500 kg, dożywa 80 lat. Dorosłe osobniki żywią się morską zieleniną: algami, glonami i stąd ich tłuszcz nabiera zielonej barwy. Żółw zielony jest gatunkiem migrującym i występuje we wszystkich ciepłych wodach oceanicznych. Gdy przychodzi czas na złożenie jaj, powraca na swoją macierzystą plażę (np. Ras Al Jinz w Omanie). W nawigacji pomaga im szereg systemów: magnetyczny, termiczny, solarny (ustawienie słońca na niebie), umiejętność rozpoznawania prądów morskich i kierunków fal.

Karmienie żółwi
Karmienie żółwi

Gatunek ten jest zagrożony wymarciem, a największe niebezpieczeństwo wiąże się oczywiście z człowiekiem: kłusownictwo (dla karapaksu, mięsa i jaj), rybołówstwo (zaplątanie w sieci), zanieczyszczenie środowiska, niszczenie siedlisk, zwłaszcza plaż lęgowych.

Żółwie zielone
Żółwie zielone

Inne atrakcje Savai’i (Wyspy Samoa)

Bezpieczniejszą i mniej kontrowersyjną atrakcją jest wodospad Afu Aau (znany też jako Olemoe). Można tutaj popływać w kotle wodospadu, wypełnionym słodką zimną wodą.
Warto zaznaczyć, że takie miejsca są nieźle utrzymane przez miejscowych: są znaki informacyjne, tablice z opisem miejsca po angielsku i toalety. Zaskakująco czyste. Natomiast wszystkie te atrakcje są bardzo słabo oznaczone. Właściwie bez wsparcia GPSu i wcześniejszego ustalenia, gdzie są,można ich nie zauważyć. Oznaczenia są bardzo blisko celu, nie zawsze dobrze widoczne.

Wodospad Afu Aau (Savai'i)
Wodospad Afu Aau

Są jeszcze dwie atrakcje, do których nie dotarliśmy. Pierwsza to most wiszący nad lasem. Znajduje się na zachodniej części wyspy. Zresztą nie byliśmy pewni, czy chcemy tam koniecznie jechać. Druga to Alofaaga Blowholes, czyli fale przebijające się przez rozpadliny skalne. Mieliśmy to w planach, ale nie udało się nam tam dotrzeć.

Plaża i zatoczka
Plaża i zatoczka. Plaże na Samoa są stosunkowa niewielkie. Najwięcej piasku jest przy hotelach.

Zaskakuje sama Savai’i z jej halami targowymi i klimatem, a przede wszystkim otwartymi ludźmi zajętymi swoimi sprawami. Przez cały dzień na tej wyspie nie spotkaliśmy praktycznie żadnych innych turystów, czy w ogóle białych ludzi. Tylko Polinezyjczycy. Zaintrygowani nami, niekoniecznie wiedzący, gdzie jest Polska i wyraźnie zadowoleni, że ktoś ruszył się poza Upolu.

Transport lokalny na Savai'i
Transport lokalny na Savai’i

Transport na Savai’i

Na Savai’i należy dopłynąć promem (lub jachtem, jeśli ktoś w ten sposób dotarł na Samoa). Promy wypływają z miejscowości Mulifanua (koło Faleolo) i płyną do Salelologa. Również kursują lokalne linie samolotowe, więc z okolic Apii można tu przylecieć. Najłatwiej mimo wszystko podróżuje się tu samochodem, inny transport owszem istnieje, ale bardziej teoretycznie, dlatego zostaje rozwiązanie samochód plus prom. Do miejsc interesujących turystów nie dotrzemy w ograniczonym czasie inaczej. Większość z nich jest czynnych, jak to na Samoa, gdy jest właściciel lub jego reprezentant. Bilety na prom (dla samochodu) najlepiej kupić przynajmniej dzień wcześniej, bo ich ilość jest ograniczona. Dla pasażerów kupuje się już przed zaokrętowaniem. Niestety poza sezonem jest też mniej kursów, co powoduje, iż jednodniowa wyprawa na Savai’i to może być trochę za mało.
Rozkład promów można znaleźć tutaj (acz na miejscu lepiej zweryfikować jego aktualność.

Prom między Upolu i Savai'i
Prom między Upolu i Savai’i

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak samoański
Savai’i