Kutaisi i monastyr Gelati

Drugie pod względem wielkości miasto w Gruzji to Kutaisi (gruz. ქუთაისი). Obecnie znajduje się tu między innymi siedziba parlamentu. Zlokalizowane prawie w samym centrum Gruzji, stąd łatwo pojechać zarówno w góry (w okolice Mestii), nad Morze Czarne, bardziej na południe czy wschód do Tbilisi. A jeśli dodamy, że z Polski latają tam tanie linie (Wizzair), to jest to naprawdę dobra baza wypadowa. Zwłaszcza, że nawet bliskie okolice mają wiele do zaoferowania. Swoją drogą miasto obecnie jest siedzibą parlamentu gruzińskiego i tym samym drugą stolicą.

Okolice centrum - Kutaisi
Okolice centrum – Kutaisi

Kutaisi – historia miasta

Centrum Kutaisi nie jest tak interesujące jak choćby Tbilisi. Szczęśliwie znajdzie się tu kilka punktów wartych zobaczenia, ale nie ma co na to wszystko poświęcać wiele czasu. Jak wspominaliśmy, bliższe i dalsze okolice miasta są zdecydowanie ciekawsze.

Teatr Lado-Alex Meschiszwili
Teatr im. Lado-Alex Meschiszwili (zaczął działać w 1859, ten budynek pochodzi z 1955).

Miasto znajduje się nad rzeką Rioni, nadbrzeże i koryto są dość interesujące, ze względu na zabudowania, jak i oświetlone mosty. Na północnym brzegu wznosi się górująca nad miastem katedra Bagrati. Stamtąd mamy bardzo dobry widok na starą część Kutaisi. Niestety jak w wielu miejscach w Gruzji, tak i tu widać wieloletnie braki i niedofinansowanie.

Czerwony most nad rzeką Roni
Czerwony most nad rzeką Roni

Mitologicznie – w poszukiwaniu złotego runa

To miejsce ma też mitologiczne znaczenie (mity greckie się kłaniają). Jazon i Argonauci przyjechali do mitycznego Ai w Kolchidzie w poszukiwaniu złotego runa. To właśnie dzisiejsze Kutaisi w Gruzji, a zamiast złotego barana (lub stosu monet) raczej znajdziemy tutaj poradziecki przemysł.

Chleb wypiekany w tradycyjnym gruzińskim piecu
Chleb wypiekany w tradycyjnym gruzińskim piecu. Przyczepia się go do ściany, a potem, gdy upiecze odrywa. W Kutaisi (jak i w wielu miejscach w Gruzji) jest wiele tradycyjnych piekarni. Czasem można zobaczyć jak wypiekany jest ten chleb.

Nowsza historia i związki z Polską

Jest jeszcze jeden radziecki aspekt o którym warto wspomnieć. W 1945 roku w obozach pracy w Kutaisi sowieci zamknęli aresztowanych w Wilnie Polaków (przeważnie żołnierzy AK). Zostali oni zmuszeni do pracy w fabrykach, kamieniołomach i przy budowie dróg.

Katedra Bagrati
Katedra Bagrati lub Bagrata (w zależności od transkrypcji)

Katedra Bagrata

Sama katedra Bagrata (Zaśnięcia Bogurodzicy) historycznie była trochę większa, niż to co przetrwało do dziś. Można wokół niej zobaczyć pozostałości po nawach, ale też dawnego zamku. Świątynia zaś ma znów mocno zauważalny gruziński styl. Katedra została wpisana na listę UNESCO, ale nie samodzielnie, raczej jako część większego kompleksu z monastyrem Gelati. Jednak z powodu prac rekonstrukcyjnych wykreślono ją z tej listy, uznając, że zmiany były zbyt znaczące. Zbudowana na przełomie X i XI wieku uchodzi za reprezentatywny przykład gruzińskiej kultury i architektury z jej złotego okresu. Obecny wygląd to efekt rekonstrukcji z 2012, której sprzeciwiało się UNESCO.

Wnętrza katedry
Wnętrza katedry

Plac centralny i zwiedzanie Kutaisi

Istotnym punktem miasta jest plac centralny (plac Agmaszenebeli). Znajduje się tam bardzo charakterystyczna fontanna Colchis, stanowiąca jeden z najbardziej rozpoznawalnych symboli Kutaisi. Są na niej fantazyjne zwierzęta, konie, barany, tygrysy. Może nawet baran Chrysomallosa o złotym runie. Wygląda dziś trochę przaśnie, ale warto wrócić do niej w nocy, gdy jest interesująco oświetlona. Na placu znajdziemy także kilka mocno wyróżniających się budynków z Państwowym Teatrem Dramatycznym im. Lado-Alex Meschiszwilego na czele. Obok zaś mamy park miejski.

Fontanna Colchis nocą
Fontanna Colchis nocą

Monastyr Gelati

Największa atrakcja miasta znajduje się poza nim. To monastyr Gelati (gruz. გელათის მონასტერი) zlokalizowany w miejscowości Imeretia. Jest on bardzo ważny dla Gruzinów, znajduje się na liście UNESCO, także z powodów historycznych. Został ufundowany przez króla Dawida Budowniczego w 1106 roku. Według legendy monarcha sam brał udział w pracach, a potem został tu pochowany. Zresztą nie tylko on, słynna i wciąż bardzo dobrze wspominana królowa Tamara także ma gdzieś tu swój grób. Przynajmniej tak się przyjęło uważać, dowodów nie ma, ale według zapisków historycznych pochowano ją w sekretnym miejscu. Pochowano ją w 1213.

Brama do monastyru Gelati
Brama do monastyru Gelati

Monastyr składa się z trzech kościołów – głównego Maryi Dziewicy oraz dwóch mniejszych – św. Mikołaja i św. Jerzego. Jest tu także dawny budynek akademii i dzwonnica. Całość otoczono murem. Wciąż trwają tu prace remontowe, które mają przywrócić miejscu dawny blask. We wnętrzu monastyru Gelati zachowały się freski, datowane na wieki od XII do XVII, z tego samego przedziału czasowego pochodzą też manuskrypty sporządzone przez uczonych, filozofów, teologów i pisarzy.

Monastyr Gelati
Monastyr Gelati

Monastyr Gelati przez wieki stanowił serce gruzińskiej kultury i oświaty: nazywano go nawet drugim Konstantynopolem czy nowymi Athos (klasztor w Grecji).

Wnętrza klasztoru
Wnętrza klasztoru

Dojazd do monastyru

Do Gelati z Kutaisi najłatwiej dojechać marszrutką, ewentualnie taksówką, jeśli nie dysponuje się własnym samochodem. Od katedry Bagrati jest mniej więcej 10 kilometrów, więc jak ktoś ma czas może się spokojnie przejść. Samo Kutaisi jest obecnie dość dobrze połączone tanimi liniami z Polską, więc to idealne miejsce na początek (i koniec) przygody z Gruzją.

Ciekawy budynek w centrum Kutaisi
Ciekawy budynek w centrum Kutaisi

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak gruziński
Kutaisi

Ras Al Jinz, plaża i rezerwat żółwi morskich

Rezerwat gniazdujących żółwi morskich Ras Al Jinz (arab. محمية راس الجنز) to jeden z kilku podobnych ośrodków chroniących żółwie morskie u wybrzeży Omanu. Trzeba przyznać, że w tej kwestii Oman robi dużo, bo populacja żółwi morskich w wodach i na plażach Omanu wzrasta (choć warto przypomnieć, że jednocześnie rezerwat oryksów został wykreślony z listy UNESCO z powodu niedostatecznej ochrony). W każdym razie Ras Al Jinz to fascynujące miejsce, w którym można (przy odrobinie szczęścia) zobaczyć żółwice składające jaja na plaży, a czasem także i młode żółwiki. To niesamowite przeżycie, przygoda droga, ale bez wątpienia warta swej ceny.

Hotel - Muzeum Ras Al Jinz
Hotel – Muzeum Ras Al Jinz. Poza zwykłymi pokojami znajduje się tu też camping z namiotami. Inne campingi i inne noclegi są także w okolicy, poza głównym ośrodkiem.

Żółwie morskie i rezerwat Ras Al Jinz w Omanie

W Omanie żyją cztery gatunki żółwi morskich: zielony (Chelonia mydas), oliwkowy (Lepidochelys olivacea), karetta (Caretta caretta) i szylkretowy (Eretmochelys imbricata) . W Ras Al Jinz spotyka się te pierwsze i uważa się, że jest to najważniejsza plaża dla populacji tych żółwi żyjących w Oceanie Indyjskim. Co prawda według informacji w muzeum, można tu dostrzec wszystkie siedem gatunków żółwi morskich, acz sami twierdzą, że to rzadkość. Być może pojedyncze osobniki się przewijają i tak to należy rozumieć. Zwłaszcza, że żółw skórzasty (Dermochelys coriacea) występuje też w tych wodach (czyli to w sumie piąty gatunek, zależy jak liczyć).

Żółwica zasypująca gniazdo
Żółwica zasypująca gniazdo. Na Ras Al Jinz można je obserwować jedynie od tyłu, tak by nie niepokoić samicy.

Rezerwat został założony w 1996 roku, zaś centrum turystyczne powstało niedawno, bo w 2008 roku. Jego celem jest przybliżenie turystom ochrony żółwi morskich poprzez umożliwienie obserwacji procesu składania jaj i wykluwania się tych stworzeń bez przeszkadzania i szkodzenia im. Rezerwat obejmuje obszar 120 kilometrów kwadratowych, 45 kilometrów linii brzegowej i obszaru wód do czterech kilometrów od brzegu. Powstał z połączenia dwóch rezerwatów krajobrazowych, obejmujących zarówno żółwie plaże, jak i stanowiska archeologiczne świadczące o ludzkim osadnictwie sprzed sześciu tysięcy lat.

Młody żółwik (kapsel) na plaży
Młody żółwik (tak zwany kapsel) na plaży, w drodze do oceanu.

Ras Al Jinz – rezerwat i muzeum oraz hotel

Do rezerwatu żółwi Ras Al Jinz dotarliśmy późnym wieczorem, wcześniej właściwie nie miało to zbytniego sensu. Tutaj znajduje się hotel, z którego są wycieczki na plażę, gdzie żółwie morskie składają jaja. W przypadku rezerwacji noclegu, gościom przysługuje wieczorne i poranne wyjście na plażę z całą grupą i oczywiście z przewodnikiem. To jest dobra opcja, zawsze dwie szanse trafić na żółwia. Oczywiście można nocować poza samym ośrodkiem, jest tu wiele alternatywnych miejsc i tylko przyjechać na wieczorne wyjście. Na poranne prawdopodobnie też, ale najczęściej idą na nie goście hotelowi. Ci goście niekoniecznie muszą spać w budynku hotelu do wyboru mają też ekskluzywne namioty (droższa opcja). Ale goście są traktowani lepiej niż inni turyści, przede wszystkim to oni idą pierwsi na oglądanie żółwi.

Wieczorne zwiedzanie zaczyna się między 20 a 22, poranne gdzieś około 3-4 w nocy. Patrząc na różne opisy w sieci godziny trochę się zmieniają, zresztą w naszym przypadku także nie były sztywne. W hotelu czekaliśmy dobre 45 minut, zanim zaczęło się umówione wyjście.

Młody żółwik w muzeum
Młody żółwik w muzeum. Nie trafił do wody, został znaleziony przez opiekunów. Będzie wypuszczony do oceanu następnego wieczoru.

Muzeum żółwi morskich

W budynku hotelu znajduje się także muzeum, czy raczej salki edukacyjne opowiadające o żółwiach morskich, które gniazdują w Omanie. Znajdzie się też parę informacji o żółwiach w mitologiach świata, na przykład napakowany japoński żółw-gamerra. Pod sam koniec przejścia przez muzeum znajduje się akwarium z maleńkimi żółwiami. Świeżo wyklute żółwie nie zawsze trafiają do wody. Zdarza się, że zawędrują w stronę hotelu lub zawieruszą gdzieś po drodze. Opiekunowie zwierząt zabierają je ze sobą, by następnej nocy je wypuścić na wolność. Dzień zaś spędzają w hotelu, ku uciesze turystów. Uprzedzamy komentarze: nie, nie wzięliśmy małego żółwia ze sobą. Sala jest bardzo dobrze monitorowana.

Ślady żółwicy
Ślady żółwicy

Żółwie zwyczaje

Od hotelu do plaży jest jakieś 15 minut spacerem. Wcześniej na plażę idą przewodnicy, by przekonać się o sytuacji: czy i gdzie są żółwie oraz na jakim są etapie składania jaj. Jak nas pouczono, żółwic nie można obserwować przed i w trakcie składania jaj: mogłyby się one spłoszyć i wrócić do morza nie składając jaj, co odbija się na ich zdrowiu.
Najpierw żółw wykopuje jamkę o głębokości 20 – 40 cm i w niej składa jaja. Następnie zasypuje je piachem. Jajka są na tyle głęboko, że po takim zakopanym gnieździe można chodzić. Dla żółwia jest to wysiłek, więc przed powrotem do wody odpoczywa, niektóre niestety umierają z wyczerpania.

Żółw wykopuje jeszcze jedno, fałszywe gniazdo dla zmylenia drapieżników. Często jednak robi to zaraz obok gniazda prawdziwego, ot żółwia logika. Trochę obawialiśmy się, że żółwie będzie można zobaczyć po ciemku, ale zdjęcia bez fleszy nie wyjdą. Przewodnicy świecą z tyłu żółwia, więc zdjęcia wychodzą dość dobrze. Przestrzega się turystów, by nie otaczali żółwicy kołem, gdyż to powoduje u gadów poczucie zagrożenia. Podczas takiego wyjścia przewodnik prowadzi grupę mniej więcej 25 osobową i należy go bezwzględnie słuchać.

Ślady w dzień
Ślady w dzień i plaża żółwi w Ras Al Jinz.

Gniazda żółwi morskich na plaży Ras Al Jinz

W jednym gnieździe samica składa od około 80 do nawet 200 jaj. Odległość gniazda od wody, a więc temperatura piasku, determinuje płeć żółwików. Po około 50 – 70 dniach, nocą z jajek zaczynają się wykluwać maleństwa. Czasem wszystkie na raz, czasem pojedynczo. Świeżo wyklute żółwiki mierzą jakieś 5 centymetrów długości. Po wykluciu szukają drogi do wody, niestety zdarza im się zbłądzić. Podążają za światłem, stąd sztuczne światła: miasta, ulice, zakłady przemysłowe, ale także światło księżyca mogą spowodować, że nie trafią do morza. Po drodze czyhają na nie drapieżniki: ptaki, kraby, lisy (te chętnie dobierają się także do gniazd). Niewiele żółwi dotrze do morza, około 1% żółwi dożyje dojrzałości płciowej.
Choćby się bardzo chciało, w rezerwatach nie chronią żółwi przed naturalnymi zagrożeniami, tylko przed działalnością człowieka. Jedyne co, to przewodnik świecił żółwikowi drogę do wody (żółwik podążał za światełkiem) i nieco wygładzał piasek. Bardzo emocjonujące doświadczenie!

Plaża w świetle dziennym
Żółwia plaża w świetle dziennym

Kiedy jechać? Sezon na żółwie

Szczyt sezonu lęgowego przypada na lato, między majem a wrześniem. Niestety temperatury i wilgotność na wybrzeżu Omanu są wtedy naprawdę uciążliwe. W szczycie na plaży może być jednocześnie nawet jakieś 60 żółwic! My odwiedziliśmy Ras Al Jinz w styczniu. To dość ryzykowne, jeśli chodzi o żółwie. W poprzednich dniach było z nimi ciężko. Nam jednak się poszczęściło. Wieczorem zobaczyliśmy cztery żółwie na plaży, w tym jednego małego, świeżo wyklutego. Trzy inne samice zajęte były składaniem jaj, więc nie można było do nich podchodzić. Rano, przy drugim podejściu, niestety nie było żadnego, więc na plażę poszli tylko ci, co bardzo chcieli obserwować wschód słońca. My oczywiście chcieliśmy. Gdy już zaczęło się rozjaśniać, zaczęło być widać, ile na plaży jest dołków po gniazdach, resztek jajek, śladów żółwic wracających do wody i niestety – resztek zabitych żółwiątek, którym nie udało się dotrzeć do morza.

Żółwica w Ras Al Jinz
Żółwica w Ras Al Jinz

Szanse na spotkanie żółwi morskich

Spotkanie żółwia na plaży zależy nie tylko od kalendarza czy szczęścia, ale i od faz księżyca: żółwie nie lubią pełni. W świetle księżyca są lepiej widoczne dla drapieżników. To również warto mieć na uwadze wybierając się tam. Zwłaszcza, że wyprawa do Ras Al Jinz jest dość droga, choć z pewnością jest jedną z najbardziej zapadających w naszej pamięci atrakcji Omanu. To było coś niesamowitego, cieszymy się, że widzieliśmy te żółwie. Trzeba tylko pamiętać, że rezerwat nie gwarantuje, że zobaczymy żółwie. Jak się nie uda, nie zwracają pieniędzy.

Widok na plażę o świcie
Widok na plażę o świcie

Strona ośrodka, na której można rezerwować zarówno noclegi, jak i oglądanie żółwi. Można oczywiście też skorzystać z innych ośrodków, bo żółwia plaża nie ogranicza się tylko do tego jednego miejsca.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak omański
Ras Al-Jinz

Savai’i, największa wyspa Samoa

Savai’i jest największą wyspą Samoa – liczy 1700 km2 (Upolu to 1250 km2), jest też piątą co do wielkości wyspą Polinezji. Zamieszkuje ją nieco ponad 43 tyś. osób (dane z 2006 roku), co stanowi jakieś 24% populacji kraju. Główne i jedyne miasto to portowe Salelologa, gdzie przybijają promy na Upolu. Reszta to małe, rozrzucone po wyspie wioski. To sprawia, że jest to miejsce jeszcze bardziej dzikie, nieskażone cywilizacją i naturalne, prawdziwa perła Polinezji. No i dopiero uczące się jak podchodzić do turystów, przez to wielce interesujące i autentyczne zarazem.

Savai'i
Savai’i

Savai’i – wulkaniczna wyspa

Podobnie jak Upolu, także Savai’i jest wyspą wulkaniczną, więc trudno liczyć na dobre plaże. Jednak tutaj jest ich jakby więcej, i to mamy na myśli takie piaszczyste. Dodatkowo warto wspomnieć, że na wyspie tej rośnie największa ciągła połać lasu deszczowego na obszarze Polinezji, zajmująca 727 km2.

Droga przez Samoa
Droga przez Samoa

Wulkan tarczowy, który tworzy tę wyspę ze szczytem Mount Silisili mierzącym 1858 m n. p.m. jest najwyższym wzniesieniem Samoa, jest to także największy tarczowy wulkan Polinezji. Charakteryzuje się szerokim stożkiem i bardzo łagodnym nachyleniem. Wciąż pozostaje aktywny, ostatnia jego erupcja miała miejsce w 1900 roku. Oprócz tego, na Savai’i jest ponad setka innych kraterów, część z nich jest nadal aktywna.

Zatoczka
Zatoczka

Jeden z nich to Mount Matavanu (575 m n.p.m.), wciąż aktywny wulkan, a jego ostatnie erupcje miały miejsce w latach 1905 – 1911. Rzeka lawy pochłonęła obszar 100 km2 i dotarła do wybrzeża oceanu, grzebiąc pod lawą całe wioski. Jedną z nich jest Saleaula. Tutaj najczęściej zatrzymują się turyści zobaczyć zniszczenia poczynione przez lawę, przede wszystkim ruiny katolickiego kościoła. Te wyglądają trochę apokaliptycznie, ale bardzo intrygująco. Zaś najbardziej interesujące jest to, że lawa opłynęła kościół, do środka dostała się dopiero przez drewniane drzwi, które nie wytrzymały temperatury. Oczywiście dziś śladów po drzwiach nie ma, zaś ruina ta robi olbrzymie wrażenie.

Kościół zniszczony przez lawę
Kościół zniszczony przez lawę

Obecnie to niezwykły widok dżungli odradzającej się na polu lawy. Obszar zajęty przez człowieka, przez naturę brutalnie zniszczony, teraz przez naturę odzyskiwany.

Zaschnięta lawa
Zaschnięta lawa

Jest tu jeszcze jedna atrakcja. Grób dziewicy – miejscowi uważają, że była tutaj pochowana albo dziewczynka albo jej opiekunka. W każdym razie osoba czysta i bez grzechu, więc lawa nie chciała pokryć jej grobu, ale opłynęła go wokół. Do dziś na grobie składane są kwiaty. Lokalne, ale wyglądają jak nasze doniczkowe, taki urok przyrody samoańskiej.

Grób dziewicy
Grób dziewicy

Oglądanie żółwi

Niedaleko od zalanego lawą kościoła jest miejsce, gdzie można popływać z morskimi żółwiami. Jest to zamknięty kawałek laguny, gdzie trzyma się kilka żółwi morskich. Można tam za niewielką opłatą (Savai’i jest ogólnie dużo tańsza niż Upolu) popływać z tymi żółwiami i wziąć udział w ich karmieniu. Kiedy zaczęliśmy spacerować wzdłuż zbiornika, żółwie wiedziały, co to oznacza – zaczęły się zbierać w miejscu, gdzie są karmione.

Żółw zielony
Żółw zielony

Fajna atrakcja, ale najbardziej szczęśliwi to są tutaj ludzie, żółwie wyraźnie mniej. Po takich miejscach pozostaje kac moralny: bo kontakt ze zwierzętami jest lubiany, a zwierzęta są przecież zadbane i niegłodne, w dodatku trzymane w wodzie z zatoki. Jednak są w niewoli, a zmuszanie zwierząt do kontaktu z człowiekiem nie jest fair. Oprócz turystów są jeszcze właściciele tego przybytku: nie mają świadomości ekologicznej, nie mają też dużych źródeł zarobku. Kilku turystów na dzień (poza sezonem zdecydowanie mniej) może im znacznie podreperować budżet, zwłaszcza że taki biznes mogą doglądać dzieci. Jeśli turyści przestaną tutaj przyjeżdżać, pogorszy się byt mieszkańców. Dopiero po zaspokojeniu własnych potrzeb materialnych człowiek może zacząć myśleć o ekologii.

Inna sprawa, że to miejsce jest na oficjalnej mapce, czyli jakiś wydział ochrony przyrody, czy jego odpowiednik na Samoa, wie o tej działalności. W końcu turystycznie ktoś to promuje. Dodatkowo przy polu lawy także coś przebąkują, by zrobić podobną atrakcję. Nas to miejsce zainteresowało, ale zdajemy sobie sprawę, że budzi pewne kontrowersje i sami nie do końca wiemy, jak je ocenić.

Zatoczka z żółwiami
Zatoczka z żółwiami

Żółwie morskie

Żółw zielony (łac. Chelonia mydas) zawdzięcza swoją nazwę nie kolorowi skóry czy skorupy, ale tłuszczu okalającego narządy wewnętrzne. Czasem jest też nazywany żółwiem jadalnym. Z zewnątrz żółw ma odcienie oliwkowo-zielone, niekiedy czerwone, w zależności od osobnika. Dorosły żółw dorasta do 140 cm długości (mierząc po karapaksie) i osiągają masę nawet 500 kg, dożywa 80 lat. Dorosłe osobniki żywią się morską zieleniną: algami, glonami i stąd ich tłuszcz nabiera zielonej barwy. Żółw zielony jest gatunkiem migrującym i występuje we wszystkich ciepłych wodach oceanicznych. Gdy przychodzi czas na złożenie jaj, powraca na swoją macierzystą plażę (np. Ras Al Jinz w Omanie). W nawigacji pomaga im szereg systemów: magnetyczny, termiczny, solarny (ustawienie słońca na niebie), umiejętność rozpoznawania prądów morskich i kierunków fal.

Karmienie żółwi
Karmienie żółwi

Gatunek ten jest zagrożony wymarciem, a największe niebezpieczeństwo wiąże się oczywiście z człowiekiem: kłusownictwo (dla karapaksu, mięsa i jaj), rybołówstwo (zaplątanie w sieci), zanieczyszczenie środowiska, niszczenie siedlisk, zwłaszcza plaż lęgowych.

Żółwie zielone
Żółwie zielone

Inne atrakcje Savai’i

Bezpieczniejszą i mniej kontrowersyjną atrakcją jest wodospad Afu Aau (znany też jako Olemoe). Można tutaj popływać w kotle wodospadu, wypełnionym słodką zimną wodą.
Warto zaznaczyć, że takie miejsca są nieźle utrzymane przez miejscowych: są znaki informacyjne, tablice z opisem miejsca po angielsku i toalety. Zaskakująco czyste. Natomiast wszystkie te atrakcje są bardzo słabo oznaczone. Właściwie bez wsparcia GPSu i wcześniejszego ustalenia, gdzie są,można ich nie zauważyć. Oznaczenia są bardzo blisko celu, nie zawsze dobrze widoczne.

Wodospad Afu Aau
Wodospad Afu Aau

Są jeszcze dwie atrakcje, do których nie dotarliśmy. Pierwsza to most wiszący nad lasem. Znajduje się na zachodniej części wyspy. Zresztą nie byliśmy pewni, czy chcemy tam koniecznie jechać. Druga to Alofaaga Blowholes, czyli fale przebijające się przez rozpadliny skalne. Mieliśmy to w planach, ale nie udało się nam tam dotrzeć.

Plaża i zatoczka
Plaża i zatoczka. Plaże na Samoa są stosunkowa niewielkie. Najwięcej piasku jest przy hotelach.

Zaskakuje sama Savai’i z jej halami targowymi i klimatem, a przede wszystkim otwartymi ludźmi zajętymi swoimi sprawami. Przez cały dzień na tej wyspie nie spotkaliśmy praktycznie żadnych innych turystów, czy w ogóle białych ludzi. Tylko Polinezyjczycy. Zaintrygowani nami, niekoniecznie wiedzący, gdzie jest Polska i wyraźnie zadowoleni, że ktoś ruszył się poza Upolu.

Transport lokalny na Savai'i
Transport lokalny na Savai’i

Transport na Savai’i

Na Savai’i należy dopłynąć promem (lub jachtem, jeśli ktoś w ten sposób dotarł na Samoa). Promy wypływają z miejscowości Mulifanua (koło Faleolo) i płyną do Salelologa. Również kursują lokalne linie samolotowe, więc z okolic Apii można tu przylecieć. Najłatwiej mimo wszystko podróżuje się tu samochodem, inny transport owszem istnieje, ale bardziej teoretycznie, dlatego zostaje rozwiązanie samochód plus prom. Do miejsc interesujących turystów nie dotrzemy w ograniczonym czasie inaczej. Większość z nich jest czynnych, jak to na Samoa, gdy jest właściciel lub jego reprezentant. Bilety na prom (dla samochodu) najlepiej kupić przynajmniej dzień wcześniej, bo ich ilość jest ograniczona. Dla pasażerów kupuje się już przed zaokrętowaniem. Niestety poza sezonem jest też mniej kursów, co powoduje, iż jednodniowa wyprawa na Savai’i to może być trochę za mało.
Rozkład promów można znaleźć tutaj (acz na miejscu lepiej zweryfikować jego aktualność.

Prom między Upolu i Savai'i
Prom między Upolu i Savai’i

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak samoański
Savai’i

Park Narodowy Abel Tasman w Nowej Zelandii

Nowa Zelandia ma dwóch europejskich odkrywców. Pierwszy dotarł tu Holender Abel Tasman, który opłynął ten kraj, napotkał Maorysów. Wdał się z nimi w konflikt, w efekcie którego zginęło czterech członków jego załogi, a potem zostawił to miejsce. Drugi był Brytyjczyk, kapitan James Cook. Dziś w nazwach wielu miejsc upamiętnia się obu. Na cześć Tasmana nazwano nawet Park Narodowy, znajdujący się w północnej części Południowej Wyspy. Uchodzi on za jedno z bardziej urokliwych miejsc w całym kraju. Z pewnością zaś to wspaniałe miejsce na piesze wycieczki.

Czapla białolica (Egretta novaehollandiae)
Czapla białolica (Egretta novaehollandiae)

Abel Tasman i odkrycie Nowej Zelandii

Uczczenie Tasmana w tym miejscu nie jest przypadkowe. Park znajduje się na wschód od Zatoki Złotej, to jej obecna nazwa. Abel Janszoon Tasman nazwał ją zatoką Morderców (hol. Moordenaers). Gdy tu dopłynął, Moarysi wysłali na zwiad dwie łodzie waka, by zobaczyć, czym jest ten dziwny okręt. Tubylcy zaczęli hałasować i trąbić oraz odprawiać rytuał, który miał odgonić złe duchy. Holendrzy w odpowiedzi trąbili, krzyczeli, w końcu strzelali. Ostatecznie następnego ranka Maorysi przypłynęli większą siłą i zaatakowali. Tasman widząc, co się dzieje, kazał podnieść kotwicę i odpłynął. Mówi się o czterech poległych ze strony holenderskiej, niektóre źródła sugerują nawet, że zostali oni zjedzeni, jednocześnie pomija się straty maoryskie. Dziś ten fakt potencjalnego ludożerstwa często jest pomijany, można raczej uznać go za legendę.

Nie taką odosobnioną w tym rejonie świata, w końcu podobno Jamesa Cooka także zjedzono, tyle że na Hawajach. Coś było na rzeczy u ludów polinezyjskich lub w ich odbiorze przez Europejczyków.

Wybrzeże Abel Tasman
Wybrzeże Abel Tasman

Park Narodowy Abel Tasman

Park Narodowy Abel Tasman (ang. Abel Tasman National Park) został utworzony w 1942 roku głównie staraniem pewnego ornitologa (nazywał się Pérrine Moncrieff), który zachwycony tutejszą różnorodnością ptactwa, chciał chronić ten obszar. Datę otwarcia Parku także wybrano nieprzypadkowo – zbiegła się ona z 300-leciem wizyty Tasmana w tej okolicy.

Park Narodowy Abel Tasman
Park Narodowy Abel Tasman

Park Narodowy Abel Tasman. To także najmniejszy z parków narodowych Nowej Zelandii. Zajmuje obszar 225 km2, podczas gdy największy – Fiordland – liczy sobie aż 12 500 km2. Najmniejszy w żadnych wypadku nie znaczy najgorszy. Malowniczo położony nad zatokami Tasmana i Złotą, wzgórza pokrywają lasy deszczowe, które schodzą aż do samej plaży. W ciągu doby można wyraźnie zauważyć różnicę poziomu wód wynikającą z przypływów i odpływów. Zresztą nie tylko w ciągu doby, wystarczy parę godzin. Już przy wejściu przy parkingu widać jak ludzie ułożyli napisy z kamieni. O jednej porze dnia znajdują się one na plaży, o innej pod wodą.

Ciekawe plaże
Ciekawe plaże

Odpływy i przypływy to także dość istotna uwaga praktyczna. Niektóre części szlaków przy plaży są dostępne „suchą” nogą do przejścia jedynie w czasie odpływów. Ta cykliczność wpływa także na lokalną faunę i florę.

Widok na zatokę
Widok na zatokę

Zwierzęta w Parku Narodowym

Nadmorskie rośliny są do tego doskonale przystosowane – mogą zarówno rosnąć w podmokłym gruncie zasilane przez słodką wodę z rzek, a dobrze znoszą też podtopienia morską słoną wodą.

Wodospad pośród lasu
Wodospad pośród lasu

Odpływy i przypływy wpływają także na obecność zwierząt morskich, w tym delfinów. Ciekawie jest też obserwować kraby, które zakopują się w norkach na brzegu, a potem wychodzą już bezpośrednio do wody. No i oczywiście ptaki.

Młoda weka (Gallirallus australis). Waka inaczej jest też zwana kurą maoryską lub kurą leśną.
Młoda weka (Gallirallus australis). Waka inaczej jest też zwana kurą maoryską lub kurą leśną.

Faktycznie jest to rezerwat ptactwa, wiele z nich udało się nam dostrzec i czasem sfotografować. Nie wszystkie ptaki są nam znane, niektóre dopiero poznaliśmy na miejscu, jak choćby ten czarny z czerwonym dzióbkiem – ostrygojad (oyster catcher) lub mała zabawna wachlarzówka (fantail), której nie sposób sfotografować. Na drodze spotkaliśmy też wekę (maoryska nazwa) – takie jakby połączenie kury i kiwi. Bardzo ciekawy jest kędziornik (tui). Są też tutejsze zimorodki, coś co przypomina przepiórki i wiele innych ptaków.

Ptaki w Abel Tasman to nie zawsze rdzenne gatunki. Przepiór kalifornijski (Callipepla californica) to dobry przykład nowych ptaków.
Ptaki w Abel Tasman to nie zawsze rdzenne gatunki. Przepiór kalifornijski (Callipepla californica) to dobry przykład nowych ptaków.

Zwalczanie zwierząt w Abel Tasman

O ile mieszkańcy kraju z ptaków są dumni, z ssaków niekoniecznie. Dość częstym widokiem w parkach narodowych Nowej Zelandii są pułapki na szczury i oposy. To dość niecodzienny dla nas widok. Co prawda w Tanzanii widzieliśmy płachty na muchy tse-tse, ale tam chodziło o bezpieczeństwo turystów. Tu ważne jest coś innego. Zresztą na szosach w całym kraju można też zauważyć mnóstwo rozjechanych introdukowanych gatunków: oposów, szczurów, królików, czasem jeży. Ma się wrażenie, że ludzie rozjeżdżają je specjalnie. I nie ma w tym przesady – można zauważyć wręcz instytucjonalną niechęć wpajaną od maleńkości do przyjezdnych zwierząt. A to na książeczkach dla dzieci, a to większa i mniejsza galanteria futerkowa z oposów, a to cukierki w kształcie rozjechanego oposa.

Pułapka na gryzonie
Pułapka na gryzonie

Ma to oczywiście swoją podstawę w usilnym dążeniu do ochrony własnego biotopu, dla którego przyjezdne zwierzęta są prawdziwym zagrożeniem. Należy tu przypomnieć coś, o czym wiele razy już pisaliśmy:  w Nowej Zelandii nie licząc nietoperzy i fok, rdzennie nie było żadnych ssaków. Dziś jest ich całe mnóstwo i wypierają lokalną faunę. Dlatego są tak nielubiane. Niemniej jednak taka forma ochrony lokalnego ekosystemu w parku narodowym trochę zaskakuje.

Ostrygojad zmienny (Haematopus unicolor)
Ostrygojad zmienny (Haematopus unicolor)

Opos a kitanka

Warto dodać jeszcze jedną uwagę odnośnie oposów. Najczęściej występujący gatunek, który przybył tu z Australii, to kitanka. Należy ona do rzędu dwuprzodozębowców, podobnie jak oposy karłowate (zwane też drzewnicami). Właściwe oposy zamieszkują Amerykę (Środkową i Południową) i są obecnie zaliczane do rzędu dydelfokształtnych. Jedne i drugie są torbaczami. Nazwy polskie jak i angielskie mogą sugerować, że to różne gatunki dość blisko ze sobą spokrewnione. Historycznie systematyka powstawała na podstawie cech zewnętrznych, w ostatnich kilkunastu latach została napisana na nowo na podstawie badań genetycznych, jednak część starych nazw pozostała. Stąd warto zauważyć, że oposy w Nowej Zelandii nie do końca są właściwymi oposami takimi jak amerykańskie, mimo że tak się je czasem nazywa.

Krajobraz PN Abel Tasman
Krajobraz PN Abel Tasman

Zwiedzanie parku Abel Tasman i noclegi

Już przy wejściu do parku mamy możliwość albo przejścia się ścieżką w lesie nad brzegiem, albo bardziej plażą. Bardzo interesująca, także ze względu na wspaniałe drzewa i cudowne widoki. Czasem schodzi się do morza, czasem widzi je z góry, po drodze jest wiele zakamarków ze strumieniami czy wodospadami. Alternatywą jest eksploracja plaży z szuwarami. Tu jest mnóstwo ptaków, które brodzą po płytkiej wodzie szukając pożywienia.

Park Narodowy Abel Tasman
Park Narodowy Abel Tasman

Choć park należy do tych mniejszych, to jednak przemierzenie go wymaga trochę czasu. Jeśli się go ma w zapasie, to można Abel Tasman zwiedzać w dwojaki sposób. Pierwszy to rozbijając sobie namioty wewnątrz parku w miejscach wyznaczonych, ale uwaga: taki nocleg, podobnie jak w schronisku czy gdzieś indziej, należy zarezerwować wcześniej. Są surowe kary za „samowolne” rozbijanie się, zwłaszcza poza miejscami wyznaczonymi. Jednak decydując się na takie rozwiązanie  w kilka dni można zobaczyć całkiem sporo. Samochód zostawia się przed parkiem. Tak wygląda właśnie trasa, która nazywa się Abel Tasman Great Walk. Podobne trasy wspominaliśmy przy innych parkach narodowych Nowej Zelandii. Warto na pewno wziąć coś na meszki i komary.

Druga opcja jest dla osób, które chcą liznąć ten park. W okolicznych miejscowościach nad zatoką można złapać wodną taksówkę. Ta przewozi nas do jednego punktu i odbiera w kolejnym, parę godzin później. Pozwala to na przejście się nadmorskim szlakiem, bez konieczności wracania się.

Zimorodek, a dokładniej łowczyk czczony (Todiramphus sanctus) lub po maorysku kōtare.
Zimorodek, a dokładniej łowczyk czczony (Todiramphus sanctus) lub po maorysku kōtare.

Zresztą trochę dalsze okolice mają też tańsze noclegi. Myśmy wybrali sobie apartament w Kaiteriteri za całkiem rozsądną cenę, w dodatku to co dostaliśmy, było nieźle wyposażone. Minusem jest to, że nie śpi się w parku narodowym. Ale to pomijając Fiordland i Tongariro, bez namiotów jest dość trudne.

PN Abel Tasman
PN Abel Tasman

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak nowozelandzki
PN Abel Tasman

Chorwacja: Praktycznie

Informacje praktyczne nt. Chorwacji. Zweryfikowane ostatnio w maju 2018.

Uwagi ogólne: Chorwacja to bardzo popularny w Polsce (i nie tylko) kierunek turystyczny. Łączy w sobie wiele resortów nad Adriatykiem, ciekawą historyczną zabudowę, piękną przyrodę, nową i miejscami bolesną historię i słowiańskiego ducha. W porównaniu z innymi krajami bloku wschodniego, jest dość droga dla turystów (np. Dubrownik), ale przyciąga tłumy.

Dojazd: Wiele osób próbuje dojechać tam na własną rękę samochodem. Można też  dolecieć samolotem z najważniejszych polskich lotnisk. LOT lata regularnie do Zagrzebia i kilku innych miejsc. Można też szukać tanich lotów (również do państw ościennych, np. Bośnia i Hercegowina, Słowenia, czy Czarnogóra) i czarterów. Warto jednak pamiętać, że Chorwacja obecnie nie jest jeszcze w Schengen, więc należy liczyć się  czasem ze wzmożonymi kolejkami i kontrolami na granicach ze strefą. Przejścia chociażby z Bośnią są zdecydowanie mniej kontrolowane.

Wiza: Chorwacja jest w Unii, ale formalnie znajduje się poza Schengen. Wjechać  można na podstawie paszportu, wiza nie jest wymagana. Jednak zwłaszcza przejścia samochodowe na granicy z Schengen okresowo są dość mocno kontrolowane, o czym należy pamiętać, ze względu na kolejki. W przypadku ruchu lotniczego jednak nie dostrzega się często jakichkolwiek trudności czy formalizmów (jak np. w przypadku Irlandii czy Wielkiej Brytanii).

Przepisy celne: Nic szczególnego.

Baza noclegowa: Turystyka jest bardzo istotną częścią gospodarki Chorwacji, więc nie ma tu większych problemów z noclegami. Hoteli, hosteli, boteli (łodzi), czy pensjonatów albo apartamentów jest mnóstwo. Gorzej z cenami. W miastach jak Dubrownik czy Split ceny są wysokie, nawet jak na standardy zachodniej Europy. Dobrym rozwiązaniem jest nocowanie na obrzeżach lub poza miastami. Niejednokrotnie tam da się znaleźć nocleg w lepszej cenie, często z dostępem do morza. Warto jednak wziąć poprawkę na specyfikę plaż w Chorwacji: te często są kamieniste lub brukowane z drabinką schodzącą do wody. Hotele bez problemu można znaleźć przez Internet, np portale takie jak Booking.com czy Hotels.com.

Szczepienia wymagane: Brak. Warto standardowo być zaszczepionym na WZW A i B.

Choroby: W teorii nic istotnego, ale warto pamiętać, że występują tam komary tygrysie, roznoszące choćby dengę. Prawdopodobieństwo zarażenia się jest niezwykle małe.

Kuna chorwacka
Kuna chorwacka

Waluta: Kuna (CHK). Nazwa kojarzy się ze zwierzęciem – kuną i to właściwe skojarzenie, wizerunek zwierząt jest wybijany na monetach. W wielu miejscach akceptowane jest też Euro.

Płatności kartą i bankomaty: Bankomaty w większych miastach bez problemu dostępne. Płatność kartą raczej powszechna, choć nie zawsze istnieje taka możliwość. W centrach miast, gdzie jest duży ruch turystyczny, część knajp nie obsługuje płatności bezgotówkowych. Również wejścia do zabytków czasem można opłacić jedynie gotówką. W przypadku wycieczek na miejscu, gotówka także jest preferowana. Czasem istnieje możliwość opłaty kartą, o ile wcześniej się tak umówi z organizatorem.

Napiwki: Nie są wliczane w cenę, acz są mile widziane (ok. 10%).

Internet: Raczej dość dobrze rozwinięty.

Telefony: Roaming dostępny, a ponieważ Chorwacja jest w Unii Europejskiej, powinna działać zasada „roam like Home”. Należy to sprawdzić u swojego operatora. Zasięg telefonów dobry.

Język: Chorwacki. Powszechna jest znajomość angielskiego, nawet w zwykłych sklepach. W Istrii dodatkowo popularny jest język włoski. Raz z powodów historycznych, dwa bliskości Włoch.

Gniazdka elektryczne: Jak w Polsce.

Samochody i transport: Część autostrad jest płatna. Płaci się na bramkach. Większość z nich obsługuje płatności kartą.

Oznaczenia i drogowskazy: Są nastawieni na turystykę, więc raczej jest to aktualne, choć czasami w mniej uczęszczanych miejscach nie do końca przemyślane. Na przykład znaki pojawiają się dość późno, ale na ogół są.

Jedzenie wegetariańskie: Kuchnia bałkańska, w szczególności w Chorwacji oparta jest na mięsie, rybach i owocach morza. W teorii niby nie jest to przyjazne dla wegetarian, ale jednocześnie (zwłaszcza np. w Istrii), wpływy włoskie są bardzo dobrze widoczne, także w kuchni, czyli dostępne są pasty, pizze itp. Z lokalnych rzeczy, podobnie jak w Serbii tak i tu można kupić burki, czyli tutejsze bułki z serem. Idealny na szybki, ale sycący lunch w drodze.

Ludzie: Do turystów nastawieni bardzo pozytywnie, raczej otwarci. Natomiast ci nie pracujący w turystyce, raczej trzymają się na uboczu.

Prawo i obyczaje: Chorwaci bardzo lubią dzieci, stąd rozrabiające i hałasujące pociechy są tu  mile widziane. Niemile widziane jest wielbienie Serbii, czy rewizjonistyczne podejście do wojny w Jugosławii, inne niż chorwackie. Tego typu tematów lepiej unikać. W wielu miejscach, w których znajdują się zapisy zarówno w alfabecie łacińskim (chorwacki), jak i cyrylicy (serbski), widać, że te drugie są zamazywane. Choć wojna się skończyła, to jednak niechęć do Serbów jest tu nadal dostrzegalna.

Bezpieczeństwo: Jest to raczej spokojny kraj, ale warto mieć na uwadze drobną przestępczość.

Klimat i sezon: Śródziemnomorski na wybrzeżu i umiarkowany w głębi kraju. Szczyt sezonu przypada na lipiec i sierpień. Jest wówczas gorąco, a jednocześnie jest bardzo dużo turystów.

Informacja turystyczna i mapy: Informacje turystyczne są dostępne w większości dużych miast. Bardzo często są tam lokalne darmowe mapy (choć nie wszędzie, w Dubrowniku jest z tym problem). Jest też dużo folderów reklamujących lokalne atrakcje. Nam przydał się też blog CroLove.

Jeśli spodobał Ci się wpis polub nas na Facebooku.

Szlak chorwacki
Informacje praktyczne