Barentsburg: rosyjska osada górnicza na Svalbardzie

Barentsburg, Svalbard

Drugim największym miastem archipelagu Svalbard jest Barentsburg (ros. Баренцбург). Znajduje się na Spitsbergenie, na wysokości 78° 4′ N. To wciąż działająca, rosyjska osada górnicza, ale także miejsce, które coraz bardziej otwiera się na turystykę, więc bywa celem jednodniowych wycieczek z Longyearbyen. Zarówno lądowych (zimą skuterami śnieżnymi), jak i rejsów morskich. To nie jest miejsce, gdzie znajdziemy jakieś istotne atrakcje, Barentsburg jest nią samą w sobie, ludzką kolonią w dość ekstremalnym środowisku (przynajmniej przez cześć roku), a przy tym będącą pewnym politycznym kuriozum, nawet w miejscu takim jak Spitsbergen.

Historia Barentsburga

Historia Spitsbergenu nierozerwalnie związana jest z górnictwem. Nawet Longyearbyen powstał właśnie jako osada górnicza. Nie inaczej było z Barentsburgiem, do którego popłynęliśmy przedostatniego dnia naszej wyprawy. Nazwa Barentsburg pochodzi od nazwiska holenderskiego odkrywcy Svalbardu, Willema Barentsza. Holendrzy założyli tę kolonię w 1920 roku, aby tutaj wydobywać węgiel i nazwali ją na cześć swojego rodaka. Jednakże już w 1932 roku odsprzedali kopalnię i miasteczko radzieckiej kampanii Arktikugol („arktyczny węgiel”). Zaledwie trzy lata wcześniej Arktikugol odkupił od Norwegów osadę i kopalnię w Pyramiden. Warto jednak dodać, że o ile to Holendrzy założyli tu osadę, to działalność górnicza zaczęła się wcześniej, bo już w 1912 roku. Firma Kullkompaniet Isefjord Spitsbergen próbowała zabezpieczyć te tereny, pilnowali tego Fin Knut Glad i jego żona Anna. W 1913 roku urodził się tutaj ich syn Charles Emil Polar Glad, który jest prawdopodobnie pierwszą osobą urodzoną na Spitsbergenie. Dopiero około roku 1920 tereny odkupiła holenderska firma NeSpiCo (Nederlandsche Spitsbergen Compagnie).

W przeciwieństwie do Pyramiden, które od 1998 roku jest porzucone (od 2012 roku, a na poważnie od 2019, próbuje się rozruszać turystykę), w Barentsburgu wciąż się naprawdę wydobywa węgiel. Od upadku Związku Radzieckiego gospodarka osady jest jednak raczej kulejąca, a wydobycie surowca spada. Stąd też zwrot w kierunku turystyki, choć nie jest to jeszcze tak ważna część dochodów jak w Longyearbyen. Tu warto jeszcze jedną rzecz dodać: traktaty svalbardzkie dość rygorystycznie ograniczają możliwości tworzenia nowych kopalń. Jeśli właściciele zamkną kopalnie, to nie mogą jej na nowo otworzyć. Stąd Rosjanie utrzymują zarówno Barentsburg, jak i Pyramiden. W tym drugim przypadku kopalnia działa tak naprawdę teoretycznie, jest zawieszona, a nie zamknięta, by w razie czego móc ją na nowo otworzyć. W przypadku Barentsburga kopalnia traci na znaczeniu, ale wciąż jednak działa. Obie rosyjskie osady zaś szukają drugiego życia dzięki turystom.

Barentsburg a Pyramiden

Kiedy rezerwowaliśmy wycieczki na Spitsbergenie, Pyramiden nie było dostępne. Wyjaśniono nam, że to z powodu wątpliwości, czy można wspierać turystycznie (czyli finansowo) stronę rosyjską (z powodu toczącej się wówczas wojny z Ukrainą). Do Barentsburga wycieczki były. Tu można zadać sobie pytanie, czemu do opuszczonej kopalni, gdzie prawie nikogo nie ma, nie można podróżować, a do de facto rosyjskiego miasta już tak. Otóż Pyramiden jest kojarzone mocno z Rosjanami, zaś w przypadku Barentsburga prawie połowę jego ludności stanowią Ukraińcy (drugą Rosjanie), więc panuje tu dość dziwna atmosfera, acz bez widocznej wrogości, czy rywalizacji. Tu wszyscy muszą współpracować, zwłaszcza w ciężkich zimowych warunkach. Jednakże biorąc pod uwagę, gdzie działa konsulat, to rozgraniczenie było szyte dość grubymi nićmi. Zwłaszcza, że jeśli kupuje się tu cokolwiek, to i tak zyski idą do rosyjskiej firmy Arktikugol.

Jednak gdy już byliśmy na wyspie, można było znów wybierać się do tej opuszczonej osady, czyli Pyramiden, choć nie bez problemów. Mniej firm to oferowało, zaś główny problem to potencjalne zejście na ląd, które mogło być niemożliwe ze względu na lód blokujący możliwość zadokowania (to są zmienne warunki). Pierwotnie chcieliśmy pojechać właśnie tam, a nie do Barentsburga, gdyż znaleźliśmy informacje, że Pyramiden jest taką radziecką kapsułą czasu, podczas gdy Barentsburg to względnie nowoczesne miasto. Wydawało nam się, że będzie przez to mniej ciekawe.

Barentsburg dziś

Jednak określenie „nowoczesne” jest mocno na wyrost i widać bardzo dużą różnicę względem Longyearbyen nawet w kwestii architektury. O ile w stolicy archipelagu panuje norweskie schludne wzornictwo, o tyle w Barenstburgu wyróżniają się niskie bloki z prefabrykatów. Wyglądają brzydko i zupełnie nie pasują do otoczenia. Zwłaszcza, że w miasteczku są także starsze budynki z okresu założenia osady. Należą do nich na przykład nieczynne już kasyno lub (czynna) cerkiew. Wiele z nich to po prostu czysty socrealizm, którego równie dobrze można szukać w Prypeciu.

Rosyjskie wpływy w Barentsburgu

Wróćmy jednak do kuriozalnej polityki. Barentsburg to druga największa osada na Svalbardzie; jak wspominaliśmy jest zamieszkana przez Rosjan i Ukraińców. Do inwazji Rosji na Ukrainę liczyła niecałe 500 osób, jednak z powodu wojny wielu ukraińskich pracowników wyjechało. Znajduje się tutaj najdalej wysunięta na północ placówka konsularna – jako że Svalbard formalnie należy do Norwegii, Federacja Rosyjska ma tutaj swój konsulat. Nie trzeba wysilać wyobraźni, by mieć świadomość, że Barentsburg, podobnie jak wcześniej Pyramiden, to także przedłużenie rosyjskiej polityki międzynarodowej. W czasach współczesnych zaliczyć do nich można organizację parady na Dzień Zwycięstwa w 2023 roku, na którą był zaproszony także gubernator Svalbardu, jednak odmówił. Jest to swoistą ciekawostką w kontekście próby embarga na wycieczki do Pyramiden, gdy do bardziej rosyjskiego Barentsburgu o wprowadzeniu ograniczeń nie było zbytnio mowy.

Trzeba jednak pamiętać, że problemem nie jest tylko najnowsza historia. Zarzewiem konfliktu jest również utworzone w 1963 roku małe Muzeum Pomorców w Barentsburgu. Poświęcone jest ono rosyjskim osadnikom znad Morza Białego, którzy od XII wieku eksplorowali obszary arktyczne. Według radzieckich naukowców, odkryli Wyspę Niedźwiedzią (część archipelagu Svalbard) w XVI wieku, zanim dotarł tu Willem Barentsz w 1596 roku. Istnieją obawy, że na podstawie wątpliwych dowodów Rosjanie mogą chcieć podważać traktat spitsbergeński i norweskie zwierzchnictwo. To także ma spory wpływ na to, że władze Spitsbergenu nie są chętne „blokowaniu” Barentsburga i wpychaniu go dalej w ręce rosyjskie.

Mieszkanie w Barentsburgu

Niemniej jednak to jest żywa osada, gdzie mieszkają górnicy, ale także ich rodziny, wliczając w to dzieci. Zazwyczaj mieszkają oni tu przez okres kontraktu, czyli najczęściej parę lat. W latach 80. gdy Barentsburg osiągnął rozwój szczyt swojego rozwoju, istniało tu jakieś 1000 mieszkań, dziś wiele z nich stoi puste. Co ciekawe, mają tu także własne lotnisko. Dodatkowo warto pamiętać, że mieszkanie i praca tutaj należą do ciężkich, nie tylko z powodów warunków surowego klimatu Arktyki. Barentsburg to niestety kwintesencja radzieckiej myśli technicznej i bezpieczeństwa. Warunki w kopalni są dość ciężkie, częściej zdarzały się tu wypadki niż w norweskich. Dodatkowo w samym mieście infrastruktura także dawała o sobie znać. W 1996 miasto trawił pożar, zaś wcześniej na tutejszym lotnisku doszło do katastrofy.

Wyprawa do Barentsburga

Barentsburg znajduje się ponad 50 kilometrów od Longyearbyen. Warto dodać, że tych dwóch największych osad nie łączy żadna droga lądowa. Można się tu dostać na skuterze śnieżnym, śmigłowcem lub statkiem – i to ten ostatni sposób jest najbardziej popularny wśród turystów. W większości przypadków odwiedzający korzystają tu z wykupionych wycieczek z przewodnikiem. Te na Svalbardzie są bardzo dobrze zorganizowane i nadzorowane przez lokalne struktury turystyczne. Wyjazd do Barentsburga oferuje kilka firm. My skorzystaliśmy z oferty z Henningsen Transport & Guiding, głównie dlatego, że najlepiej nam pasowała  do naszego planu. Różne firmy oferują wycieczki w inne dni. Jednakże nie różnią się one specjalnie programem.

Lodowiec Esmark

Nasza wycieczka odbywała się na pokładzie sporego statku MS Billefjord (rok wodowania 1986), który miał kilka pokładów widokowych oraz dwa poziomy dostępne dla pasażerów, gdzie można było schować się przed zimnem. Firma oferowała transport z centrum Longyearbyen do portu, gdzie weszliśmy na pokład. Na statku czekała na nas już przewodniczka biegle mówiąca po angielsku. Większa część załogi pochodziła z Filipin. Rejs składał się z trzech części. Najpierw popłynęliśmy do lodowca Esmark (Esmarkbreen), znajdującego się naprzeciwko Barentsburga. Przy lodowcu mieliśmy krótki odpoczynek i gorący lunch. Stamtąd popłynęliśmy do Barentsburga, gdzie zeszliśmy na ląd. Na koniec czekał nas powrót do Longyearbyen.

Płynąc mieliśmy szansę podziwiać zarówno zwierzęta (głównie ptaki, ale czasem jest szansa zobaczyć pojedyncze delfiny), jak i krajobrazy na Spitsbergenie. Z wody widać doskonale, skąd nazwa archipelagu. Spitsbergen oznacza „ostre góry” i została nadana w 1596 roku przez odkrywcę wysp, Willema Barentsa. Charakterystyczne szpice są doskonale widoczne z pokładu statku.

Przewodniczka bardzo dużo opowiadała, o sytuacji na Svarbaldzie, o przyrodzie, zwierzętach. Sporo czasu spędzała też na dziobie, skąd można było obserwować okolicę, ona zaś dużo tłumaczyła. Było to zwłaszcza istotne, gdy dopływaliśmy do lodowca Esmark. Mając szczęście można tam czasem spotkać niedźwiedzie polarne, ale byliśmy w okresie, w którym one jeszcze nie wróciły gromadnie na Spitsbergen, raczej wciąż przebywały na pokrywie lodowej, czyli wciąż poza wyspą. Sam lodowiec podziwia się z wody.

Miasto – kopalnia Barentsburg

Zwiedzanie Barentsburga zaczęło się od krótkiego wprowadzenia jeszcze podczas rejsu z Longyearbyen, dotyczyło to także kwestii politycznych po inwazji Rosji na Ukrainę. Trudno o tym nie wspominać. Gdy zacumowaliśmy do niewielkiego portu, odebrała nas lokalna przewodniczka pochodzenia ukraińskiego, która oprowadziła nas po miasteczku i opowiedziała jego historię (po angielsku). Szczególnie ciekawe jest to, czego nie znajdzie się łatwo w Internecie, a więc informacje o tym, jak się Barentsburg zmieniał w ostatnich latach, jakie inwestycje planowano (wybudować Hiltona), a następnie porzucano.

Tu warto przypomnieć, że Barentsburg to nie jest jakaś przepiękna osada. To dość techniczna zabudowa, w której mieszkali górnicy. Więc są budynki mieszkalne (bloki), port, oczywiście kopalnia, poczta, pojedyncze sklepy, centrum sportowo-kulturalne (z basenem i salą, gdzie można organizować różne imprezy). Wiszą flagi rosyjskie, jest pomnik Lenina. Wyróżnia się niewielka, drewniana cerkiew i kilka starszych budynków, także drewnianych. Główna ulica nosi nazwę Iwana Starostina. To rosyjski przedsiębiorca, który zasłynął z zimowania na Svalbardzie w XVIII i XIX wieku. Spędził tu 32 zimy i do dziś jest bardzo poważany tak przez Rosjan, jak i Norwegów. Przy niej znajdują się nieliczne hotele, restauracje, a nawet browar.

Barentsburg: Kultura i zwyczaje

Zwiedzanie kończyło się w tutejszej restauracji mieszczącej się w hotelu Barentsburg (sporo tańszej niż te w Longyearbyen). Przy okazji opowiedziano nam o ciekawym, na wskroś rosyjskim zwyczaju: otóż przyjęto, że zdobywając kolejny równoleżnik, należy wypić drinka o takiej mocy, jaka jest szerokość geograficzna. A ponieważ byliśmy na 78 stopniu szerokości północnej, to nie było innej rady, jak zamówić napitek o odpowiedniej mocy. Mieliśmy jeszcze trochę czasu wolnego na spacer po Barentsburgu. Swoją drogą po mieście spacerowały też renifery.

W Barentsburgu można zobaczyć jedyne drzewa na Spitsbergenie: są namalowane na jednym z budynków. Obok jest drugi rysunek, na którym we fragmencie poematu Robierta Rożdiestwienskiego wspomniana jest choroba polarna (lub arktyczna), czyli „gdziekolwiek byś teraz nie był, na progu umiłowanej wiosny, będziesz wędrował polarnymi ścieżkami, będziesz śnił śnieżne sny (…) zachorowałem na Arktykę!”. Arktyka coś w sobie ma, ludzie, którzy tu byli mówią czasem o snach i marzeniach, które sprawiają, iż chcą tu wrócić. To właśnie choroba arktyczna.

Dawne miasto Gumrat

Podczas rejsu powrotnego do Longyerbyen z Barentsburga można zobaczyć opuszczoną górniczą osadę Grumant (Grumantbyen – miasto Grumant). Z morza da się zobaczyć ruiny kilku budynków. Osadę założono w 1912 roku, należała do rosyjskiej i później radzieckiej kompanii węglowej Arktikugol, została opuszczona w 1965 roku. W szczycie świetności liczyła około 1100 mieszkańców. Jej nazwa pochodzi od pomorcowego (Pomorców) określenia Svalbardu – Grumant, które być może jest zniekształconą i omyłkową nazwą Grenlandii (Grunland). Tu też można znaleźć wycieczkę, ale miejsce to jest zdecydowanie mniej popularne.

Zwiedzanie Barentsburga

To, co chcieliśmy zobaczyć i doświadczyć w Barentsbrugu, to przede wszystkim surowy klimat arktycznej osady górniczej. Wśród majowych śniegów miejsce to spełniło nasze oczekiwania, a można było jeszcze zobaczyć ,jak żyje. Warto też dodać, że gdy płynęliśmy na lodowiec, pogodę mieliśmy bardzo dobrą, słoneczną. W Barentsburgu się rozpadało. Intensywne opady śniegu w tym miejscu są bardzo klimatyczne. Natomiast wybierając się na tę wycieczkę, koniecznie trzeba pamiętać o ciepłym ubraniu. Mimo że sporo czasu można spędzić pod pokładem, to jednak dużo da się zobaczyć z pokładu widokowego, a i warto przejść się po Barentsburgu.

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak norweski
Barentsburg
Share Button

Komentarze

Rekomendowane artykuły