Sabine Land: wschodni Spitsbergen, wyprawa skuterami śnieżnymi

Wyprawa do Sabine Land

Na wschodnim wybrzeżu Spitsbergenu znajduje się Sabine Land. To miejsce, rozciągają się lodowce, ale też można zobaczyć skutą lodem zatokę, oczywiście w odpowiedniej porze roku. Tam właśnie udaliśmy się skuterami śnieżnymi w poszukiwaniu niedźwiedzi polarnych. Tych w teorii żyje na Svalbardzie więcej niż ludzi, ale statystyka to nie wszystko.

Czym jest Sabine Land?

Sabine Land to obszar, który liczy jakieś 250 kilometrów kwadratowych. Nazwa upamiętnia angielskiego odkrywcę, generała i naukowca Sir Edwarda Sabine’a. Urodzony w Dublinie podróżnik zasłynął między innymi badaniem wulkanów na Hawajach, ptaków na Grenlandii, ale także wykonywał sporo prac jako geodeta w różnych częściach świata. Przeprowadzane doświadczenia wzbogacały naszą wiedzę o ziemskim polu magnetycznym (i zależności od aktywności słonecznej, w tym plam), ale również kształtu Ziemi. Te ostatnie właśnie były prowadzone między innymi na Spitsbergenie, stąd ten obszar nazwana na jego cześć. Podobnie zresztą jak wyspę Sabine u wybrzeży Grenlandii.

Oczywiście krajobraz jest przepiękny, ale nas sprowadziła tutaj wyprawa na niedźwiedzia polarnego, którą odbyliśmy skuterami śnieżnymi (snowmobile) przez lodowiec. I wszystko to na wysokości 78° 54′ N w archipelag Svalbard. Mówiąc krótko to był sztos! W tym okresie, gdy odwiedzaliśmy Spitsbergen, ciężko liczy się dni. Każdy kolejny dzień liczony jako godziny czuwania, a nie okres przebywania słońca ponad widnokręgiem, tak właśnie wygląda dzień polarny. Sprawia to, że trochę można pogubić się godzinach spania i aktywności. Niemniej jednak musieliśmy wstać „rano”, bo naszym celem była prawie 9-cio godzinna wyprawa na skuterach śnieżnych w poszukiwaniu niedźwiedzi polarnych i innych lodowych zjawisk. Niedźwiedzi niestety nie zobaczyliśmy. I można by na tym skończyć relację, gdyby nie kawał frajdy, jaką dawało przemierzanie arktycznych pustkowi na skuterach śnieżnych.

W poszukiwaniu niedźwiedzi polarnych

Wyprawę zorganizowała firma specjalizująca się między innymi w takich aktywnych zabawach na śniegu – Better Moments, z której byliśmy bardzo zadowoleni. Z punktu zbiórki (hotelu lub biuro informacji turystycznej) zawieziono uczestników do bazy wypadowej znajdującej się przy prawie samym końcu Longyearbyen. Tam zostaliśmy poinformowani, jak będzie wyglądał nasz plan, jak daleko się wybieramy, co jest naszym celem, jakie są możliwości. Każdy z uczestników opowiedział króciutko o sobie, co miało „budować zespół”, a na pewno było miłe.

Przedstawiono nam zasady bezpieczeństwa, do których należało przede wszystkim krótkie przeszkolenie z użycia telefonu satelitarnego i nadajnika GPS do wezwania pomocy w sytuacji, gdyby nie mógł tego zrobić przewodnik, a także poinformowanie, że mamy wyposażenie pozwalające na przeżycie do momentu, gdy będzie mogła przybyć pomoc, na przykład śmigłowcem. Jak opowiadano, te środki bezpieczeństwa nie są na wyrost – zdarzało się, że musiano ewakuować turystów. Oczywiście nieodzowny był środek przymusu bezpośredniego – broń długa – i straszak, czyli flara – na wypadek zbyt bliskiego spotkania z niedźwiedziem polarnym. Nie ukrywamy, takie wdrożenie w wycieczkę tylko zaostrza apetyt, a nasza ekscytacja rosła.

Wyprawa skuterami śnieżnymi do Sabine Land

Następnie usłyszeliśmy wstęp dotyczący prowadzenia skutera śnieżnego. I tutaj uwaga – warto wykupić dodatkowe ubezpieczenie na wypadek jego uszkodzenia. Można to zrobić zarówno przy kupnie wycieczki przez Internet, jak i już na miejscu. Wyklucza to naszą odpowiedzialność finansową, która wprawdzie i tak jest „tylko” do pewnej kwoty, ale Norwegia to drogi kraj, a Spitsbergen to jeszcze droższa wyspa. Druga uwaga: można wykupić opcję jednej lub dwóch osób na skuter, w tym drugim przypadku jest oczywiście taniej. Podczas jednego z postojów można się zmienić, jeśli chodzi o kierowcę. Należy mieć ze sobą ważne prawo jazdy – my mieliśmy kategorii B, ale przypuszczalnie inne kategorie także by uznano.

Kolejny etap przygotowania to ubiór. Ze sobą warto mieć wełnianą bieliznę termiczną, wełniane grube skarpety, sweter, także wełniany i cienkie rękawiczki do obsługi aparatu fotograficznego lub smartfona. Bawełna i tworzywa sztuczne źle się sprawdzają na mrozie, gdyż podczas aktywności szybko nasiąkają potem i wówczas zamiast grzać, zaczynają dokuczliwie ziębić. Jeśli chodzi o buty, kurtkę, rękawiczki i czapkę – to wszystko zostawiamy w przebieralni w bazie i zakładamy na siebie specjalny strój do zimowej jazdy na skuterze (podobny mieliśmy na psim zaprzęgu), który zapewnia organizator. Można mieć ze sobą torbę lub plecak, które mocuje się do oparcia siedzenia skutera, ale trzeba mieć na uwadze, że to wszystko szybko będzie całe w śniegu. Dokumenty, klucze i tym podobne cenne rzeczy najlepiej zostawić w bazie, gdzie będą bezpieczne – my mieliśmy dwa plecaki i jeden pojechał z nami, drugi został ze schowanymi rzeczami.

Dobranie sobie odpowiednich strojów trochę trwa, ale pomagają przy tym. Podobnie jak z ubraniem się w nie. Ciężej się w nich porusza, ale dzięki temu można śmigać nawet przy -20 stopniach i nie marznąć. Mróz odczuwa dopiero, gdy na chwilę zdejmie się rękawiczki. Potem nastąpił rozdział na skutery i ustalenie kolejności kolumny, kilka najważniejszych informacji i w drogę! Pierwsze metry na skuterze są jeszcze niepewne, ale szybko się załapuje. Pojazd jest dość stabilny, ale czasem wymaga balansowania ciałem, zwłaszcza gdy czujemy, że tracimy kontakt z podłożem.

Białe

Gdy się obudziliśmy, poranek (z godzinowego punktu widzenia) wyglądał zniechęcająco: słaba widoczność, wiatr i śnieg. Mieliśmy obawy, że wycieczka będzie odwołana, zwłaszcza że rejsy były, podobnie loty do i z Longyearbyen. Na szczęście prognozy wskazywały, że później pogoda się poprawi, więc organizator zaryzykował wyjazd zaznaczając, że w razie dalszego pogorszenia warunków, trzeba będzie zawrócić. Szybko opuściliśmy obszar zabudowany i wjechaliśmy w śnieg.

Białe. Taka jest pierwsza myśl. Trzeba jechać szybko, by nie stracić z oczu świateł poprzedzającego skutera (jechaliśmy pierwsi za przewodniczką). W razie stracenia go z oczu procedura jest następująca – zatrzymać się. Jeszcze przed wyjazdem pouczono nas o tym: absolutnie nie kontynuować jazdy, nie próbować odnaleźć kierunku. Ryzyko zboczenia ze szlaku i trafienie na przykład na szczelinę w lodzie lub niedźwiedzia jest zbyt wielkie. Przewodnik widzi na ekranie pozycję każdego skutera, więc nas odnajdzie. Dopiero wyjeżdżając w białe można to w pełni zrozumieć. Jazda tylko za światłami, bez punktu odniesienia w przesuwającym się krajobrazie to niezwykłe doświadczenie. Równie warte doznania co jazda pod pięknym niebem, co pozwalało podziwiać otoczenie. Aura w której zaczynaliśmy wyprawę była niesamowita, klimatyczna, ale miała w sobie coś z grozy. Bo jedyne, co się czasem widzi i czuje to śnieg, który na nas ląduje. Horyzont zaś zlewa się z tłem. Potem się rozjaśniło, więc mogliśmy podziwiać krajobraz, ale dobrze było przeżyć jedno i drugie.

Z Longyearbyen do Sabine Land

Podczas drogi – która mierzyła aż 80 kilometrów w jedną stronę – mieliśmy liczne przystanki. W ich trakcie mogliśmy zrobić zdjęcia, dowiedzieć się trochę o danym obszarze, w tym formacjach geologicznych. Co jakiś czas przewodniczka wypatrywała niedźwiedzi, oddalała się też za czymś, co jej zdaniem mogło być dobrym tropem. Byliśmy też informowani na temat kolejnego odcinka drogi, jeśli był jakiś trudniejszy do pokonania. Było kilka takich fragmentów, które trzeba było przejeżdżać ostrożniej. Wszyscy dzielnie sobie poradzili. Zresztą tam dobrze widać jak różnorodny jest to klimat, inaczej jeździ się na lodowcu, inaczej na ziemi pokrytej śniegiem, a inaczej po krze lodowej. Zawsze trzeba uważać na coś innego.

Ciekawy był dłuższy przystanek przy morenie lodowcowej. Z bliska mogliśmy popatrzeć na lodowiec i naniesione przez niego okruchy skał. Gdybyśmy mieli więcej czasu, moglibyśmy pomyszkować w poszukiwaniu skamieniałości, których ponoć sporo tam się znajduje.

Arktyczna natura Spitsbergenu

Kolejny warty uwagi przystanek to lodowiec schodzący wprost do pokrytego krą morza. Tutaj zaparkowaliśmy skutery w pewnej odległości i tyłem do czoła lodowca. Jak wyjaśniła nam przewodniczka, było to podyktowane bezpieczeństwem – lodowiec się cieli (czyli odpadają od niego fragmenty) i taki większy spadający fragment mógłby wywołać falę, więc musieliśmy być w stanie szybko uciec. Skute lodem morze samo w sobie jest ciekawe: gdzieniegdzie znajdują się spiętrzone fragmenty kry tworzące góry. Można też odczuć delikatne kołysanie, podobne jak na statku, choć dużo słabsze. A gdy się wsłuchać, to kra wydaje najdziwniejsze dźwięki: ni to skrzypienie, ni to burczenie. Na pierwszy rzut oka wygląda to na nieruchomą, zamarzniętą płaszczyznę, ale to żyje! Porusza się, mruczy i syczy!

Tutaj mieliśmy też przerwę obiadową – dostaliśmy sycącą, gęstą zupę pomidorową w termosie. Było to bardzo pomysłowe, bo łatwo się to jadło (piło) na mrozie, bez ściągania naszych jednopalczastych rękawiczek. Dla większych głodomorów może to być jednak mało, warto mieć własne przekąski i termos z herbatą. Osobną przerwę na herbatę lub ciepły kompot też mieliśmy później.

Ruszyliśmy dalej penetrując krę. Czasem przewodniczka prosiła, by się zatrzymać i poczekać na nią, a ona jechała sprawdzić, czy przejazd jest bezpieczny. Wówczas już się zaczynały roztopy, a w tej części tak naprawdę przecież jeździliśmy po morzu. Tu warto dodać, że przewodnicy sprawdzają trasę też w miarę regularnie, bez turystów i wyznaczają sobie bezpieczne szlaki, głównie po lodowcu, by ominąć nowe szczeliny. W przypadku kry, to dbanie o bezpieczeństwo jest jeszcze bardziej istotne z powodu zdecydowanie większej zmienności.

Tu także mieliśmy kilka postojów, gdzie można było podziwiać okolice. Dodatkowym punktem wycieczki była wspinaczka na górę lodową o pięknej niebieskiej barwie, jaką może mieć tylko stary lód. Wejście na nią nie było zbyt łatwe ze względu na ocieplane, trochę niewygodne do chodzenia buty, i oczywiście śliską powierzchnię. No i jak wspominaliśmy, w naszych strojach nie byliśmy najzwinniejsi.

Niedźwiedzie polarne na Spitsbergenie

Niedźwiedzia nadal nie udało się wypatrzyć, choć według przewodniczki była to idealna sceneria – morze, kra, śnieg. Niestety, nie było nic. Ani fok, ani polujących na nie drapieżników. Tu warto dodać jedną rzecz, mianowicie cała wycieczka była częściowo reklamowana jako wyprawa w poszukiwaniu niedźwiedzi polarnych. Ich łacińska nazwa Ursus Maritimus była w nazwie, do tego mniejszymi literami dodane East Cost Extreme. Jednak już w samym opisie, gdzie wspominają, że w tej okolicy żyje jakieś 3000 niedźwiedzi, jest zaznaczone, że nie jest łatwo je spotkać. Wiadomo, przyroda rządzi się swoimi prawami, co doskonale wiemy choćby z safari w Serengeti, gdzie różne zwierzęta można spotkać, ale gwarancji nie ma.

Tutaj było w sumie jeszcze trudniej. Wynika to ze specyfiki pory roku: by jeździć na skuterach śnieżnych, potrzebny jest śnieg i zima, a to także znaczy sporo kry na oceanie. Głównym pożywieniem niedźwiedzi są foki, które przebywają przede wszystkim w wodzie i żywią się najczęściej rybami. Nie potrzebują zbytnio schodzić na ląd, wystarczają im kry. Za fokami podążają niedźwiedzie. Więc zobaczenie ich zimą na wyspie Spitsbergen aż tak łatwe nie jest. Prawdę mówiąc większe szanse są, gdyby się miało rejs między krami. Roztopy, które akurat się zaczynały (i tak naprawdę w naszym przypadku kończyły sezon na wycieczki na skuterach), sprawiają, że niedźwiedzie dopiero wracają na Spitsbergen, więc zobaczenie ich na lądzie latem jest zdecydowanie bardziej prawdopodobne. I choć Svalbard uchodzi za jedno z najlepszych miejsc do obserwowania niedźwiedzi, nie zawsze jest ku temu możliwość. Natura żyje własnym rytmem, a przewodnicy nie mają uprawnień, by śledzić niedźwiedzie. Choć przewodniczka się starała, nic z tego nie wyszło. Podobno najlepszym miejscem do oglądania niedźwiedzi polarnych jest kanadyjskie Churchill, oczywiście także w czasie, gdy migrują z lądu na krę (lub odwrotnie).

Lodowce Spistsbergenu

Powoli zbliżał się czas powrotu, porzuciliśmy Sabine Land, zrobiliśmy jeszcze postój na ciepłe napoje przy zamarzniętym wodospadzie w wąwozie Eskerdalen i potem szybka jazda w kierunku Longyearbyen. O ile wąwóz o tej porze roku wygląda po prostu zimowo, jak podobne wąwozy u nas, o tyle już całkowicie zamarznięty wodospad, który można oglądać ze wszystkich stron to dodatkowa atrakcja Arktyki. Wcześniej mieliśmy też przerwę w wąwozie Sassendalen, ale tam widoki były raczej zwyczajne.

Jak wspominaliśmy, sama trasa to ponad 80 kilometrów w jedną stronę. Dwukrotnie przejeżdżaliśmy przez lodowiec Rabotbreen, który jest przepiękny, gdy się patrzy na niego z góry, stojąc lub jadąc na nim. Widzieliśmy wcześniej kilka lodowców, głównie górskich (np. Chalaadi, Fox i Franz Josef), widzieliśmy lodowce w Finse, a nawet wchodziliśmy do tunelu lodowego na islandzkim lodowcu Langjökull. Jednak przemierzanie sporego lodowca w ten sposób to jest bardzo interesujące przeżycie. Zdecydowanie inne od tego, co widzieliśmy wcześniej. Także jazda po lodowcu jest inna, niż po krze czy śniegu na ziemi. Przede wszystkim tutaj widać olbrzymią otwartą przestrzeń, która praktycznie we wszystkie strony wygląda tak samo. Rabotbreen został tak nazwany na cześć francuskiego odkrywcy Arktyki i glacjologa Charlesa Rabota.

Drugim lodowcem, przez który przejeżdżaliśmy, był Königsbergbreen i to tam zjeżdżaliśmy aż do laguny, która wówczas w całości była skuta lodem. Tu jedna ciekawostka: lodowiec Königsbergbreen został nazwany tak na cześć miasta Królewiec (Kaliningrad). Obecnie ciągnie się na długość 7 kilometrów.

Podsumowanie wyprawy do Sabine Land

Mimo braku białych niedźwiedzi, na które się bardzo nastawialiśmy, wycieczka jest zdecydowanie godna polecenia, wyprawa pełna wrażeń. Gdy wróciliśmy do bazy, zostaliśmy poczęstowani akvavitą (norweski akvevitt lub aquavit) dla uczczenia dnia. Nad mapą powtórzyliśmy przebieg trasy z zaznaczeniem punktów. To był zdecydowanie udany wyjazd! Jechał z nami jeden przewodnik, który normalnie pracuje w fińskiej Laponii i tam prowadzi wyprawy na skuterach śnieżnych. Jednak przyznał, że to co można doświadczyć w Finlandii (np. Rovaniemi), nie jest się w stanie równać z Spitsbergenem i lodowcami na Sabine Land. Ta przestrzeń sprawia, że można się rozpędzić, ale też zagubić w białym.

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak norweski
Sabine LandOslo
Share Button

Komentarze

Rekomendowane artykuły