Archiwa tagu: safari

Hurulu Eco Park, czyli safari po lankijsku

Jedną z atrakcji planowanych podczas naszego pobytu na Sri Lance było safari, choć nawet nie braliśmy pod uwagę wówczas Hurulu. Początkowo myśleliśmy o Parku Narodowym Yala, ale nasz przewodnik zapytał, co chcemy zobaczyć w parku: słonie czy inne zwierzęta (jelenie i tak dalej). Najfajniej byłoby wszystkie, ale słonie indyjskie w naturze to coś, na czym nam zdecydowanie bardziej zależało. Zasugerował Park Minneriya, lub któryś z okolicznych. Miał sprawdzić, gdzie akurat są słonie i możliwy wjazd. Tak więc, ze względu na warunki terenowe, pogodowe i meldowaną liczbę zwierząt, wybór padł na Hurulu Eco Park, który jest dostępną dla turystów częścią rezerwatu leśnego Hurulu.

Safari w Hurulu
Safari w Hurulu

Hurulu, Minneria i Kaudulla

Tu jeszcze warto dodać jedno: Minneriya National Park, Kaudulla National Park czy właśnie Hurulu Eco Park są położone bardzo blisko siebie, dokładnie w tej samej okolicy. Hurulu  jest zlokalizowane w miejscowości Habarana. Dotarcie tu z Sigiriyi nie stanowi problemu. Można spokojnie wybierać jeden z trzech parków. Natomiast nie tylko ludzie sobie je wybierają, podobnie robią zwierzęta.Zatem z naszego punktu widzenia, wybór jednego z tych trzech parków zależał głównie od ilości zwierząt. A że akurat w Minneriyi wylały wody, słonie przeniosły się do Hurulu. Tu, podobnie jak w Tanzanii, organizatorzy safari doskonale wiedzą, gdzie akuratnie przebywają słonie. Co nie znaczy, że nie jeżdżą w tym czasie do pozostałych. W takich wypadkach warto podkreślać, że zależy nam na zwierzętach, nie na konkretnym miejscu.

Hurulu Eco Park
Hurulu Eco Park

Gdzie zobaczyć słonie na Sri Lance?

Owszem, w planie mieliśmy też inne lankijskie rezerwaty biosfery (np. Sinharaja), ale tylko jedno safari. Yala jest jednym z największych i najbardziej popularnych parków, ale nie ma w nim dużo słoni. Choć z drugiej strony podobno nie ma tam takich chaszczy, więc łatwiej wypatrzyć inne zwierzęta. Poza Minneriyą można też rozważyć Udawalawe, albo Wilpattu (ten odpadł, bo był zupełnie nie po drodze). Nam Hurulu doskonale wpasowało się w plan. Okolica zaś wygląda imponująco. Wielkie połacie cejlońskiego lasu widzieliśmy chociażby ze szczytu Sigiriyi i w otoczeniu zabytków Anuradhapury, czy zwłaszcza Polonnaruwy.

Samochód uwięziony w błocie
Samochód uwięziony w błocie

Krajobraz i zwierzęta w Hurulu

Dla nas wygląda to jak tropikalna dżungla z widocznymi chmurami parującej wilgoci unoszącymi się ponad wiecznie zielonymi liśćmi. Tak naprawdę to jest złudzenie. Większość lasów porastających wyspę Cejlon to wiecznie zielone lasy strefy suchej, czyli lasy kserofityczne. Występują one w klimacie tropikalnym i subtropikalnym, gdzie temperatura jest raczej wysoka przez cały rok, ale za to opady są stosunkowo niskie, a pora deszczowa i sucha występuje nieregularnie. Takie lasy występują między innymi w Indiach, Azji południowo-wschodniej i w Brazylii.

Paw w Hurulu
Paw w Hurulu

Najciekawsze – i niestety najbardziej zagrożone – z występujących w Hurulu zwierząt to lampart lankijski, kot rdzawy (najmniejszy dziki kot w Azji), indyjski żółw gwiaździsty i oczywiście słoń. Powiedzmy sobie wprost, najważniejsze dla nas było zobaczyć słonia. Także dlatego, że ich obecność i możliwość zobaczenia da się wcześniej zweryfikować. Cóż, od tego zależy biznes przewoźników, więc dbają o wiarygodność informacji. Niestety nie da się tego powiedzieć o innych zwierzętach, je ogląda się niejako przypadkiem. Zobaczenie lamparta wymaga wiele szczęścia. Zresztą nawet słonie w Hurulu mają gdzie się schować. Jeśli nie będą akurat blisko drogi, to może być problem, by móc im się przyjrzeć.

Słonie indyjskie w Hurulu
Słonie indyjskie w Hurulu

Słonie w Hurulu

Występujący na Sri Lance gatunek to oczywiście słoń indyjski, podgatunek – słoń cejloński (Elephas maximus maximus). Udało nam się zobaczyć kilka sztuk, ale daleko to do liczebności, którą obserwowaliśmy w Tanzanii. Jak zresztą niestety jakichkolwiek innych zwierząt, wliczając w to ptaki. Spowodowane jest to niekorzystnym ułożeniem szlaku: nie tylko na samej krawędzi parku, ale i z jedną trasą, na którą pakują na raz wiele samochodów (wjazdy są o konkretnych godzinach). Nic dziwnego, że zwierzęta unikają tych okolic.

Słonica ze słoniątkiem
Słonica ze słoniątkiem

Słonie na Sri Lance

Słoń na Sri Lance to temat równie obszerny, co kontrowersyjny. Zacznijmy od faktów: zwierzęta te występują jedynie na terenach suchych, omijają lasy deszczowe i mgliste. Populacje żyją na wysokościach aż do 2000 metrów nad poziomem morza. Ich liczebność na wyspie w 2011 roku szacowano na około 5800 osobników, co jest znacznym wzrostem od roku 2007, kiedy naliczono do 3000 słoni. W pierwszych dekadach XIX wieku żyło ich natomiast 12 – 14 tysięcy. Skąd taki spadek liczebności? Oczywiście przez kłusownictwo, karczowanie lasów pod pola uprawne oraz zabijanie w obronie własnej i dobytku. Skąd mamy wzrost liczebności populacji w ostatnich latach? Zabijanie dla ciosów jest mało opłacalne, gdyż obecnie zaledwie 2% samców może poszczycić się imponującymi (a dla człowieka: wartościowymi) kłami. To także skutek przetrzebienia populacji. Gen kłów zanika  przez działania człowieka.

Słoń indyjski (Hurulu, Sri Lanka)
Słoń indyjski (Hurulu, Sri Lanka)

Drugi powód wzrostu populacji to fakt, że słonie objęte są znaczną ochroną gatunkową, ich krzywdzenie jest srogim przestępstwem. Niekiedy słonie są przesiedlane w inne rejony wyspy, by zrównoważyć ich liczbę na różnych obszarach i aby słoń w poszukiwaniu siedlisk nie wchodził rolnikom w szkodę. Co do przesiedleń, to warto pamiętać o tym, że słonie są zwierzętami silnie związanymi z miejscem. Zdarzało się, że przeniesione, powracały do swoich pierwotnych siedlisk. Jeden z takich przesiedleńców przewędrował przez miesiąc ponad 200 kilometrów, by powrócić do domu. Więcej w temacie słoni będzie też przy wpisie o Sierocińcu Pinnawala.

Słoń indyjski
Słoń indyjski

Safari w Hurulu Eco Park

W porównaniu z tanzańskim, safari w Hurulu Eco Park nie rzuca na kolana. Ryk kolumny samochodów skutecznie przepłoszył zwierzęta (choć słonie ostatecznie widzieliśmy w załóżmy satysfakcjonującej ilości). Dodatkowo podczas naszej wizyty, deszcze zamieniły część trasy w grząskie bagnisko i sporo czasu straciliśmy na wygrzebywanie się z pułapki. Ale co tu dużo mówić – atrakcja sama w sobie. Natomiast doskonale zdajemy sobie sprawę z unikalności afrykańskich safari, zwłaszcza tam, gdzie naprawdę jest dużo zwierząt do obserwowania (np. Tarangire).

Słonie w trawie
Słonie w trawie

Tak jak wspominaliśmy wcześniej, trasa po Hurulu jest dość ograniczona. Do tego parku wjeżdża się dwa razy dziennie, rano i po południu, zaledwie na kilka godzin. Kierowcy nie szukają zwierząt starając się wybierać mniej uczęszczane drogi, raczej jadą wprost po wyznaczonym szlaku. Przy słoniach, rzadziej przy  innych zwierzętach, robią się korki. Dodatkową atrakcją jest skała, na której znajduje się punkt obserwacyjny. Można wejść na nią i pooglądać okolicę. Za to w porównaniu z innymi parkami (jak Yala) Hurulu jest tańszy.

Skała z której spogląda się na Hurulu
Skała z której spogląda się na Hurulu

Jak zorganizować safari na Sri Lance?

Do Hurulu (czy Minneriyi lub innych okolicznych parków) nie da się wjechać samochodem innym niż 4×4. Zresztą utkwiwszy w błocie zdołaliśmy się przekonać dlaczego. Najczęściej bez problemu można – z pomocą hotelu czy przewodnika – umówić sobie kierowcę praktycznie dzień wcześniej, no i wybrać park, jeśli jest taka możliwość (warunki pogodowe). Natomiast trzeba się liczyć z tym, że będzie tu dużo samochodów i ludzi, a stosunkowo mało zwierząt. To nie Serengeti. Dotyczy to raczej większości parków na Sri Lance. Nie zmienia to jednak faktu, że byliśmy bardzo zadowoleni z tego safari. Słonie były (około 30 w sumie), no a same widoki są powalające. Jasne, zawsze chce się więcej, ale tu podstawowy cel, zobaczyć słonie w naturze, został osiągnięty.

Na safari w Hurulu
Na safari w Hurulu

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak lankijski
Hurulu Eco Park

Tanzania: Relacja i podsumowanie

Dzika Afryka, w szczególności sawanna od wielu lat była miejscem do którego chcieliśmy dotrzeć. Zwłaszcza Serengeti, ale nie tylko. Początkowo myśleliśmy nad różnymi rozwiązaniami, ale rozważaliśmy przede wszystkim wyjazd do Kenii. W grę wchodziło nawet nasze polskie biuro, ale bardziej preferowane jedno z mniejszych, które szyje raczej wycieczki na miarę. Trochę baliśmy sami się organizować wyjazdu do Afryki. Pojawiały się różne trudności po drodze, w tym także cena. Z roku na rok Kenia była przekładana na lepsze czasy. W dodatku sprawa z zamachami nie rokowała zbyt dobrze (choć powiedzmy sobie szczerze, dotyczy to północy kraju, nie południa, zresztą kto by dziś o tym w ogóle pamiętał). Nikt nie wiedział wówczas, w którym kierunku to pójdzie. W tym momencie pojawiła się pewna alternatywa, czyli Tanzania, i tak już zostało. Nie dość, że Serengeti właściwie w większości znajduje się właśnie tam, to jeszcze jest kilka innych wspaniałych miejsc, jak Ngorongoro, Zanzibar, a także jezioro Malawi (Niasa). Decyzja zapadła, a ponieważ od pomysłu do realizacji minęło kilka lat, bogatsi o doświadczenia zdecydowaliśmy się tylko na pomoc lokalnego biura przy realizacji samego safari. A tak właściwie to nawet dwóch biur.

Zachód słońca w Mikumi
Zachód słońca w Mikumi

Początek, dzień 1: Przylot

Do Dar Es Salaam polecieliśmy Turkishem z Pragi przez Istambuł. Wylądowaliśmy tam koło trzeciej w nocy i od razu mieliśmy do czynienia z przedziwnym, niesamowitym organizacyjnie lotniskiem. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że panuje tu bałagan i prowizorka, ale w gruncie rzeczy to się sprawdzało. Wiza, odebranie bagaży, a potem próba wypłacenia pieniędzy z bankomatu, by nie płacić dolarami zbytnio. Bankomatów było kilka, ale dział jeden. Na samym lotnisku chyba najbardziej w pamięć zapada pani rozdająca paszporty z pieczątkami. Wyglądało to bardzo szkolnie, ale polskich nazwisk nawet nie próbowała czytać. Dalej już łatwiej taksówką do hotelu. W budynku nawet na piątym piętrze były kraty w oknach, a przed wejściem stał ochroniarz z karabinem. Cóż Dar Es Salaam raczej wygląda niepokojąco.

Lobo w Serengeti
Lobo w Serengeti

Już rano po śniadaniu wróciliśmy na lotnisko by polecieć linią PrecisionAir do Arushy. Tam nas odebrali przedstawiciele organizatora safari. Lotnisko w Arushy wygląda przecudownie, jest jak z wyobrażeń o Afryce, włącznie z rozdawaniem bagaży jak na targu i wyciąganiem ich ręcznie (przez obsługę) z samolotu. Po załatwieniu formalności i krótkim spacerze odwieziono nas do hotelu, gdzie mogliśmy spokojnie odpocząć po podróży. Przydało się.

Słonie w Tarangire
Słonie w Tarangire

Tanzania relacja dzień 2: Tarangire

Po śniadaniu zaczęliśmy właściwą przygodę. Pierwsze safari. Zapoznaliśmy się z naszym przewodnikiem i kucharzem. Kucharza zostawiliśmy w ośrodku w którym mieliśmy nocować tej nocy. Tym razem czekała nas już noc pod namiotami, ale na to się pisaliśmy. Z przewodnikiem zaś pojechaliśmy zwiedzać nasz pierwszy afrykański park narodowy, czyli Tarangire. Park pełen słoni i innych zwierząt, niesamowite przeżycie na początek. Pod wieczór powrót do ośrodka, ochłonięcie z wrażeń i spanie. Ognisk nie ma, więc właściwie można kłaść się wcześniej, by rano wcześniej wstać.

Ngorongoro
Ngorongoro

Tanzania relacja dzień 3: Ngorongoro

Po śniadaniu spakowaliśmy wszystko. No dobra, większość zrobili przewodnik z kucharzem i pojechaliśmy do Ngorongoro. Już po wjeździe na teren obszaru chronionego przejeżdżaliśmy przez las mglisty. Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym. Znów wyrzuciliśmy kucharza z rzeczami, sami zaś zjechaliśmy do krateru. Pierwsze z wielkich, ważnych miejsc w Afryce. Potem powrót na camping pod wieczór. Tu akurat nocowało bardzo wiele osób, było dość tłoczno. ze względu na wysokość także zimno, ale bardziej przewodnikowi i kucharzowi, niż nam. Do wielkiej piątki brakuje nam już tylko lamparta i nosorożca.

Tanzania relacja dzień 4: Serengeti

Z Ngorongoro pojechaliśmy do chyba najważniejszego miejsca na północy Tanzanii, czyli Serengeti. Po drodze zahaczyliśmy klasyczną wioskę Masajów. Ci za 50 USD oczywiście zatańczą i pokażą wszystko, w pewien sposób urocze, w pewien przerażające. W Parku już oczywiście standardowo odwieźliśmy kucharza do obozu, sami zaś zwiedzaliśmy w tym czasie ten zdecydowanie najbardziej znany park narodowy. Faktycznie jest tu zdecydowanie więcej ludzi niż w Tarangire, ale warto było to zobaczyć. No i bardzo ciekawa atrakcja, noc w pod namiotami w Serengeti. Zwłaszcza, gdy pod obóz podchodzą lwy. Dopiero rano to sobie uzmysłowiliśmy.

Brama do Serengeti
Brama do Serengeti

Tanzania relacja dzień 5: Serengeti-Lobo

Właściwie to nie wyjeżdżaliśmy z parku. Zwiedzanie było podzielone na dwie części. Do południa dalej jeździliśmy z przewodnikiem i szukaliśmy zwierząt, po lunchu zaś udaliśmy się na północ do Lobo. Tam też nocowaliśmy. To dalej Serengeti, ale już bardziej górzyste i inaczej porośnięte. Znów jednak mieliśmy tę samą atrakcję spania pod namiotami w Parku. Tym razem w obozie grasowały małpy, a przy ubikacjach w nocy hieny. Zaś z piątki zostało nam już tylko znalezienie nosorożca. Niestety dalej raczej szanse zerowe.

Tanzania relacja dzień 6: Serengeti – Natron

W Serengeti mieliśmy wykupione 48 godzin. To dużo, ale trzeba było wyjechać. Rano jeszcze trochę mogliśmy popatrzeć na park, potem ruszyliśmy w kierunku jeziora Natron. Po drodze zwiedziliśmy współczesną wioskę Masajów, zupełnie inne klimaty niż w tradycyjnej. Tym razem spaliśmy w kempingu prowadzonym przez Masajów, oni zaś zaprowadzili nas do kanionu. Na wyprawę nad jezioro było jednak za gorąco.

Flamingi nad jeziorem Natron
Flamingi nad jeziorem Natron

Tanzania relacja dzień 7: Natron

Wcześnie z rana wybraliśmy się nad jezioro Natron, zanim się powietrze nagrzało. Kolejne ciekawe przeżycie. O tym jeziorze narosło wiele mitów, dlatego chcieliśmy je zobaczyć. Przeżyliśmy. Tak zabójcze to ono nie jest. Potem musieliśmy wyjechać z terenów Masajów i nocowaliśmy niedaleko Arushy.

Małpy w PN Jezioro Manyara
Małpy w PN Jezioro Manyara

Dzień 8: Jezioro Manyara

Ostatni dzień naszego safari to jezioro Manyara. Mogliśmy jeszcze raz zobaczyć, trochę inny park narodowy, wciąż jednak to ta sama wspaniała Afryka. Potem odstawiono nas na lotnisko i PrecisionAir wróciliśmy do Dar Es Salaam. Nocowaliśmy w ośrodku, jak się okazało, prowadzonym przez Armię Zbawienia. W każdym razie wart polecenia, zwłaszcza gdy szuka się noclegu na ostatnią chwilę. Mają zapas i można przyjechać bez rezerwacji (Mgulani). Zaś my mogliśmy w końcu wyspać się w łóżku, nie w namiocie.

Słonie pijące wodę w Mikumi
Słonie pijące wodę w Mikumi

Dzień 9: Mikumi

Rankiem przyjechał po nas kolejny uzgodniony wcześniej przewodnik. Zabrał nas, już bez kucharza, do parku narodowego Mikumi. To było krótsze, bo tylko ograniczone do jednego parku, safari, droższe w przeliczeniu na dzień, ale też na innych warunkach. Znów spaliśmy w parku narodowym, ale tym razem już w domkach, z łóżkiem i normalną łazienką, zaś jedzenie przygotował nie nasz kucharz, a zwykła obsługa. Zarówno przewodnik jak i właściciel biura bardzo nam pomogli w organizacji dalszej części wojaży. Przede wszystkim dlatego, że firmy transportowe niekoniecznie muszą mieć strony internetowe. Natknęliśmy się na „martwe”. Pomogli nam sprawdzić rozkład i zaplanować przejazd. Wracając jednak do Mikumi, to niestety był nasz ostatni park narodowy. Też piękny, inny, a jeszcze jeździliśmy samochodem tak o zachodzie jak i wschodzie słońca. To niezapomniane przeżycia, zwłaszcza gdy widzimy jak zwierzęta się budzą, czy hipopotamy wracają do wody.

Dzień 10: Mikumi – Kyela

Rankiem kończyliśmy Mikumi, właśnie wtedy załapaliśmy się na poranek w parku, jeszcze przed śniadaniem. Potem zabraliśmy swoje rzeczy i jeszcze ostatni przejazd po parku, a następnie przewodnik odwiózł nas na autobus do Kyeli. Organizacyjnie zakupili nam wcześniej bilety i dogadali się z kierowcą, że złapią nas przy parku narodowym. Dalej już właściwie musieliśmy radzić sobie sami. Przejazd do Kyeli lokalnym autobusem to niesamowite przeżycie, które zajęło nam cały dzień (choć niekoniecznie chcemy je w przyszłości powtarzać). W Kyeli również mieliśmy już załatwiony nocleg, a co najważniejsze przewodnika, który nas dowiózł do hotelu. To był zdecydowanie najlepszy nocleg w całej naszej wojaży. Nowy ośrodek o wysokim standardzie, no i przystępnych cenach, bo to kurort dla Tanzańczyków, a nie białych. Zresztą jako biali byliśmy tam atrakcją. Przynajmniej na początku, włącznie ze zdjęciami.

Jezioro Malawi
Jezioro Malawi

Dzień 11: Jezioro Malawi

Kolejny dzień mieliśmy na cieszenie się jeziorem Niasa (Malawi). Trzeba było tylko dopiąć sprawy związane z powrotem do Dar Es Salaam. Nocleg dalej w tym samym miejscu.

Dzień 12: Kyela – Dar Es Salaam

Jeszcze przed świtem zaczęliśmy podróż powrotną do Dar Es Salaam, lokalnym transportem. Powtórka z rozrywki, tyle że tym razem dłużej, no i mogliśmy poznać lokalną muzykę popularną. Wróciliśmy do Mgulani, czyli hotelu prowadzonego przez Armię Zbawienia.

Tanzańskie bezdroża
Tanzańskie bezdroża

Dzień 13: Dar Es Salaam – Zanzibar

W kilku miejscach dowiadywaliśmy się jak wygląda sprawa transportu na Zanzibar. Miejsca VIPowskie podobno da się kupić bez problemu. Są droższe, ale wciąż cena jest znośna. A jak ich nie będzie to powinny być miejsca zwykłe dostępne. Nie zawsze. Akurat wyruszyliśmy w drogę w dniu święta narodowego połączonego z długim weekendem i jednocześnie w tym czasie pojawiło się tam wielu muzułmanów, którzy tu coś świętowali. Efekt był taki, że mieliśmy problem z promem. Ostatecznie popłynęliśmy trochę innym niż zamierzaliśmy, wcześniej zwiedzając sobie dzielnicę portową Dar Es Salaam. A już po południu Stone Town (Kamienne Miasto), gdzie też nocowaliśmy w hotelu.

Plaża na Zanzibarze
Plaża na Zanzibarze

Dzień 14: Zanzibar – Prison Island

Zaczęliśmy dzień od wyprawy na Prison Island, wyspę żółwi. Potem całą resztę dnia spędziliśmy zwiedzając dalej Kamienne Miasto, w tym kwatery niewolników, coś co naprawdę trzeba zobaczyć, bardzo pouczające. Po kolacji, gdy było ciemno wróciliśmy do hotelu, gdzie zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się na lotnisko. Wpierw PrecisionAir do Dar Es Salaam, tam zaś czekaliśmy na Turkisha i zaczęła się podróż do domu.

Changuu (Prison Island)
Changuu (Prison Island)

Podsumowując. Do Tanzanii pojechaliśmy głównie ze względu na przyrodę. Ta nas nie rozczarowała, wręcz przeciwnie. Wciąż jesteśmy zachwyceni jej pięknem. Każdy z tych parków, choć były inne, tak naprawdę był niesamowity. Reszta kraju, no może z wyjątkiem Dar Es Salaam, również robi niesamowite wrażenie. To kraj, do którego z pewnością chciałoby się wrócić, ale czy to będzie możliwe, zobaczymy.

No i jeszcze garść informacji praktycznych.

Jeśli zainteresował Cię ten wpis, przeczytaj inne o Tanzanii. Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tanzański
Tanzania podsumowanie

Jak wygląda tanzańskie safari? Arusha i nie tylko

Zanim zajmiemy się przeglądem parków narodowych w Tanzanii (przynajmniej tych, które odwiedziliśmy), warto przyjrzeć się samemu safari. Co to jest, to chyba mniej więcej każdy wie, ale z czym to się już dokładnie je, niekoniecznie.

Lotnisko w Arushy
Lotnisko w Arushy

Safari w Tanzanii

Samo słowo safari to w języku suahili znaczy tyle co podróż. Nam kojarzy się przede wszystkim ze zwiedzaniem sawanny i lasów równikowych i szukaniem tam zwierząt.

Lotnisko w Arushy
Lotnisko w Arushy

Sposobów podróżowania jest kilka, choć nie we wszystkich parkach dozwolony jest każdy. Najpopularniejszy to tak zwany game drive, czyli oglądanie przyrody z samochodu. Najczęściej są to pojazdy 4×4 z przewodnikiem-kierowcą, który jest wyposażony w CB Radio i który dość dobrze zna teren. O ile znalezienie jakiś zwierząt najczęściej nie stanowi problemu, o tyle te rzadsze stanowią większą atrakcję, więc przewodnicy starają się na bieżąco wymieniać informacjami jak coś zobaczą. Standardowo też mijające samochody zatrzymują się, a kierowcy wymieniają między sobą kilka zdań, informując gdzie co wypatrzyli.

Turyści zaś siedzą sobie w samochodzie (lub stoją, bo dach najczęściej się podnosi) i mogą oglądać czy robić zdjęcia. Większość samochodów przewozi zaledwie kilka osób, najczęściej dwie, większe do sześciu. Takie zwiedzanie jest zorganizowane dla małej grupy, wtedy każdy ma czas by zobaczyć to co chciał. Oczywiście na ile pozwoli szczęście w znajdywaniu zwierząt. Czasem zdarzają się większe busiki czy ciężarówki z dużą grupą turystów. Tam niestety safari nie jest już tak spersonalizowane.

Okolice Arushy
Okolice Arushy

Zwiedzanie parków narodowych

Samochody nie powinny wyjeżdżać poza ustalone drogi, choć oczywiście istnieje możliwość zakupienia pakietu off-road, ale nie jest to ani tanie, ani takie proste. Wyjeżdżanie poza drogę jest karalne, więc przewodnicy najczęściej boją się tego robić. Oczywiście z wyjątkami takimi jak omijanie innych samochodów czy jakiegoś błota, ale wtedy i tak trzymają się blisko drogi. W bardzo rzadkich przypadkach przewodnicy potrafią się dogadać i zjechać z drogi, oczywiście pod warunkiem, że robią to wszyscy solidarnie z okolicy.

Nocleg pod namiotami w budżetowym safari
Nocleg pod namiotami w budżetowym safari

Inny sposób zwiedzania to tak zwane walking safari, czyli chodzące. Nie jest możliwe we wszystkich parkach, w dodatku również nie pójdziemy gdzie chcemy. Ścieżki może nie są wydeptane, ale są ustalone. Najczęściej turystom towarzyszą wtedy rangerzy z bronią tak na wszelki wypadek, choć w większości przypadków są to tereny, gdzie zazwyczaj nie ma niebezpiecznych zwierząt. Pewną formą tego safari jest też podglądanie ptaków.

Nocleg w lodge (Mikumi)
Nocleg w lodge (Mikumi)

W Seolus Game Reserve jest możliwość płynięcia łodzią i oglądania przyrody z wody.

Serengeti i samochody na safari
Serengeti i samochody na safari

Dodatkowe atrakcje na safari

Najdroższą formą zwiedzania sawanny jest samolot lub balon. Na Serengeti trzygodzinny lot balonem to minimum 500 USD od osoby. Można też przelecieć się awionetką, te jednak najczęściej są wykorzystywane nie tylko do oglądania przyrody, ale też jako środek transportu, np. z Zanzibaru. Małe lotniska znajdują się w kilku parkach.

Płachta na muchy tse-tse w Tarangire (jak jest tam dużo much to są one wywożone daleko)
Płachta na muchy tse-tse w Tarangire (jak jest tam dużo much to są one wywożone daleko)

Najczęstsza forma to jednak game drive, w końcu do parku trzeba dojechać. Tu są dwa podstawowe rodzaje usług, co jest związane z kosztami i sposobem spania. W niektórych przypadkach, np. na Serengeti, śpi się w rezerwacie. Albo są to lodge’e, czyli najczęściej małe domki z łóżkiem, prysznicem, czasem nawet telewizorem. Oczywiście tu też jest zróżnicowany standard i koszty. Przy takim wyborze zazwyczaj podróżuje się tylko z kierowcą-przewodnikiem, no i jest możliwość wyboru obiadu z menu.

Alternatywą są tak zwane budget safari. Wtedy organizator poza samochodem dostarcza też namioty, śpiwory, zapasy jedzenia oraz kucharza. Kucharz najczęściej zostaje w obozie i przygotowuje wszystko, zaś w tym czasie w dzień jeździ się z przewodnikiem. Ubikacje i toalety są publiczne. W Tanzanii najczęściej jest tam czysto, starają się to sprzątać, ale przy większych campingach może być brudno ze względu na dużą liczbę osób używających.

Słonie w Tarangire (safari w Tanzanii)
Słonie w Tarangire

Arusha

Większość północnych safari, czyli przede wszystkim Serengeti, Ngorongoro, Tarangire, jezioro Manyara i tak dalej rozpoczyna się w okolicach Arushy. Do Arushy można dotrzeć albo za pomocą autobusu z Dar Es Salaam (jeżdżą z dworca Ubungo). Podróżowanie autobusami może być ciężkie, zwłaszcza ze względu na znikome oznaczenia na dworcu Ubungo w Dar Es Salaam. Przejazd trwa prawie cały dzień. Alternatywą są tanie linie samolotowe jak Precision Air czy Fast Jet. Z odpowiednim wyprzedzeniem bez problemu można znaleźć bilet za mniej niż 40 USD. Przelot trwa około 1,5 godziny.

Lwy na drodze w Ngorongoro (Tanzańskie safari)
Lwy na drodze w Ngorongoro

Lotnisko w Arushy wygląda jak takie modelowe, filmowe afrykańskie lotnisko. Jest płyta, są samoloty, budynki zaś są minimalne, do tego stopnia, że czeka się na samoloty siedząc na świeżym powietrzu pod daszkiem. Proces pakowania i rozdawania bagaży jest ręczny. Po wylądowaniu ktoś przyciąga wózek z bagażami, a następnie są one wyjmowane i rozdawane. Podobnie wygląda podróż autobusem i obsługa na dworcach, ale lotnisko jest zdecydowanie bardziej ułożone.

Gnu w Ngorongoro (Safari, Tanzania)
Gnu w Ngorongoro

Gdzie szukać safari?

Szukanie safari w Arushy jak najbardziej jest możliwe, ale niekoniecznie wychodzi to taniej. Bez problemu znajdziemy naganiaczy, którzy zaprowadzą nas do znajomych, podobnie jest w hotelach. Natomiast ciężko znaleźć miejsce, gdzie można by spokojnie przejść od organizatora do organizatora i porównać oferty cenowo. To już można spokojnie załatwić przed wyjazdem używając strony SafariBookings. Ceny tam podawane są raczej orientacyjne i mogą się zmienić. Można je także przez Internet negocjować. Zaleta ustawienia sobie wcześniej safari jest też taka, że przedstawiciele organizatora odbiorą nas na lotnisku/dworcu, a także są nas w stanie tam odstawić, a przede wszystkim czasowo dograć się do naszych możliwości. To pozwala także na samodzielne ułożenie programu.

Podmokłe Serengeti
Podmokłe Serengeti

Nie tylko Arusha jest dobrą bazą wypadową na północy. Drugie lotnisko turystyczne znajduje się w Moshi. Stamtąd bliżej jest na Kilimanjaro, ale dalej do zachodnich parków narodowych. Z Dar Es Salaam zaś najpopularniejsze kierunku to Mikumi i Selous.

Safari w Serengeti
Safari w Serengeti

Koszty safari

Niestety należy pamiętać o tym, że safari w Tanzanii to raczej droga impreza. W wersji budżetowej i tak trzeba się liczyć z kwotą rzędu 150-200 USD za dzień od osoby. Lepszy standard to często 300 USD i więcej. Przyczyny tego stanu rzeczy są dwie. Pierwsza to chęć ograniczenia wstępu do parków narodowych. Rząd ustawił ceny trochę zaporowe. Druga sprawa to popyt. Przyjeżdża dużo turystów amerykańskich, którzy mają znacznie lepsze zaplecze finansowe i to często pod nich ustawiony jest rynek. Choćby sklepy z pamiątkami i rękodziełami Masajów mają ceny astronomiczne w porównaniu z oczekiwaniami finansowymi samych  Masajów. Trzeba też pamiętać, że ceny można negocjować. Im dłuższa wyprawa i im więcej osób jedzie, tym łatwiej wywalczyć zniżkę.

Obóz w Serengeti z termitierą, góralką (w tle) i mangustką.
Obóz w Serengeti z termitierą, góralką (w tle) i mangustką.

Kwoty orientacyjne podane przez nas zawierają wliczone inne koszty, jak choćby napiwek. Ten może być sprawą sporną, także ze względu na Amerykanów. Organizator naszego safari powiedział, że kucharzowi należy dać 7-10 USD za dzień od samochodu, a przewodnikowi 10-15 USD. Sam przewodnik zaś sugerował, że kucharzowi należy się 15 USD, a jemu 25 USD. Tu znów trudno się dziwić takim oczekiwaniom, skoro na Serengeti Amerykanie potrafią dać 10 USD napiwku osobie sprzątającej toalety (widzieliśmy coś takiego). Z drugiej strony takie 40 USD za dzień dość mocno podwyższa koszt wyjazdu, więc trzeba to samemu wypośrodkować.

Małpy w parku jeziora Manyara
Małpy w parku jeziora Manyara

Wielka piątka Afryki

Kolejna rzecz to fakt, że na safari bardzo często obiecują możliwość zobaczenia wielkiej piątki. Wielka piątka Afryki (Big Five of Africa) to pięć dużych zwierząt afrykańskich uchodzących za symbol. Czasem określane są mianem najrzadszych, a czasem mianem najgroźniejszych. Nazwa jednak pochodzi od polowań. Te zwierzęta uchodzą za najtrudniejsze do upolowania, gdy się poluje chodząc. Owszem również mogą być niebezpieczne, niejednokrotnie są, ale warto pamiętać, że najniebezpieczniejsze istoty w Afryce to komary i muchy tze-tze. Do wielkiej piątki zalicza się słonia afrykańskiego, bawoła afrykańskiego, lamparta, lwa i nosorożca czarnego.

Bawoły i lwy występują w miarę często w większości parków. Populacja słoni jest ograniczona do kilku miejsc. Lamparta udało się nam zobaczyć tylko na Serengeti. Nosorożce są dość mocno przetrzebione. Występują na Ngorongoro i w Serengeti, ale nie widziano ich podczas naszego pobytu. Gwarancje zobaczenia wielkiej piątki, w szczególności lamparta i nosorożca zazwyczaj są składane trochę na wyrost. Organizatorzy się zarzekają, że to się uda, przewodnicy już pierwszego dnia potrafią popatrzeć na nas z politowaniem i powiedzieć, że gwarancji nie ma.

Słonie w parku jeziora Manyara
Słonie w parku jeziora Manyara

Istnieje jeszcze coś takiego jak small five lub little five. Tę jeszcze trudniej znaleźć. To mniejsze zwierzęta, które w jakiś sposób nawiązują do wielkiej piątki. Jest to mrówkolew, żółw lamparci, sorkonos (angielska nazwa to elephant shrew; jest to mały ssak ryjkonosy trochę przypominający mysz), bawolik czerwonodzioby (ptak z rodziny wikłaczowatych) oraz jeden z rohatyńców (zwany po angielsku rhino beetle, czyli rodzaj chrząszcza). Znalezienie jej w całości jest prawdopodobnie jeszcze trudniejsze, więc jest to traktowane bardziej jako ciekawostka.

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tanzański
Tanzańskie safari