Zebry

Tanzania: Relacja i podsumowanie

Dzika Afryka, w szczególności sawanna od wielu lat była miejscem do którego chcieliśmy dotrzeć. Zwłaszcza Serengeti, ale nie tylko. Początkowo myśleliśmy nad różnymi rozwiązaniami, ale rozważaliśmy przede wszystkim wyjazd do Kenii. W grę wchodziło nawet nasze polskie biuro, ale bardziej preferowane jedno z mniejszych, które szyje raczej wycieczki na miarę. Trochę baliśmy sami się organizować wyjazdu do Afryki. Pojawiały się różne trudności po drodze, w tym także cena. Z roku na rok Kenia była przekładana na lepsze czasy. W dodatku sprawa z zamachami nie rokowała zbyt dobrze (choć powiedzmy sobie szczerze, dotyczy to północy kraju, nie południa, zresztą kto by dziś o tym w ogóle pamiętał). Nikt nie wiedział wówczas, w którym kierunku to pójdzie. W tym momencie pojawiła się pewna alternatywa, czyli Tanzania, i tak już zostało. Nie dość, że Serengeti właściwie w większości znajduje się właśnie tam, to jeszcze jest kilka innych wspaniałych miejsc, jak Ngorongoro, Zanzibar, a także jezioro Malawi (Niasa). Decyzja zapadła, a ponieważ od pomysłu do realizacji minęło kilka lat, bogatsi o doświadczenia zdecydowaliśmy się tylko na pomoc lokalnego biura przy realizacji samego safari. A tak właściwie to nawet dwóch biur.

Zachód słońca w Mikumi
Zachód słońca w Mikumi

Początek, dzień 1: Przylot

Do Dar Es Salaam polecieliśmy Turkishem z Pragi przez Istambuł. Wylądowaliśmy tam koło trzeciej w nocy i od razu mieliśmy do czynienia z przedziwnym, niesamowitym organizacyjnie lotniskiem. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że panuje tu bałagan i prowizorka, ale w gruncie rzeczy to się sprawdzało. Wiza, odebranie bagaży, a potem próba wypłacenia pieniędzy z bankomatu, by nie płacić dolarami zbytnio. Bankomatów było kilka, ale dział jeden. Na samym lotnisku chyba najbardziej w pamięć zapada pani rozdająca paszporty z pieczątkami. Wyglądało to bardzo szkolnie, ale polskich nazwisk nawet nie próbowała czytać. Dalej już łatwiej taksówką do hotelu. W budynku nawet na piątym piętrze były kraty w oknach, a przed wejściem stał ochroniarz z karabinem. Cóż Dar Es Salaam raczej wygląda niepokojąco.

Lobo w Serengeti
Lobo w Serengeti

Już rano po śniadaniu wróciliśmy na lotnisko by polecieć linią PrecisionAir do Arushy. Tam nas odebrali przedstawiciele organizatora safari. Lotnisko w Arushy wygląda przecudownie, jest jak z wyobrażeń o Afryce, włącznie z rozdawaniem bagaży jak na targu i wyciąganiem ich ręcznie (przez obsługę) z samolotu. Po załatwieniu formalności i krótkim spacerze odwieziono nas do hotelu, gdzie mogliśmy spokojnie odpocząć po podróży. Przydało się.

Słonie w Tarangire
Słonie w Tarangire

Tanzania relacja dzień 2: Tarangire

Po śniadaniu zaczęliśmy właściwą przygodę. Pierwsze safari. Zapoznaliśmy się z naszym przewodnikiem i kucharzem. Kucharza zostawiliśmy w ośrodku w którym mieliśmy nocować tej nocy. Tym razem czekała nas już noc pod namiotami, ale na to się pisaliśmy. Z przewodnikiem zaś pojechaliśmy zwiedzać nasz pierwszy afrykański park narodowy, czyli Tarangire. Park pełen słoni i innych zwierząt, niesamowite przeżycie na początek. Pod wieczór powrót do ośrodka, ochłonięcie z wrażeń i spanie. Ognisk nie ma, więc właściwie można kłaść się wcześniej, by rano wcześniej wstać.

Ngorongoro
Ngorongoro

Tanzania relacja dzień 3: Ngorongoro

Po śniadaniu spakowaliśmy wszystko. No dobra, większość zrobili przewodnik z kucharzem i pojechaliśmy do Ngorongoro. Już po wjeździe na teren obszaru chronionego przejeżdżaliśmy przez las mglisty. Zatrzymaliśmy się na polu namiotowym. Znów wyrzuciliśmy kucharza z rzeczami, sami zaś zjechaliśmy do krateru. Pierwsze z wielkich, ważnych miejsc w Afryce. Potem powrót na camping pod wieczór. Tu akurat nocowało bardzo wiele osób, było dość tłoczno. ze względu na wysokość także zimno, ale bardziej przewodnikowi i kucharzowi, niż nam. Do wielkiej piątki brakuje nam już tylko lamparta i nosorożca.

Tanzania relacja dzień 4: Serengeti

Z Ngorongoro pojechaliśmy do chyba najważniejszego miejsca na północy Tanzanii, czyli Serengeti. Po drodze zahaczyliśmy klasyczną wioskę Masajów. Ci za 50 USD oczywiście zatańczą i pokażą wszystko, w pewien sposób urocze, w pewien przerażające. W Parku już oczywiście standardowo odwieźliśmy kucharza do obozu, sami zaś zwiedzaliśmy w tym czasie ten zdecydowanie najbardziej znany park narodowy. Faktycznie jest tu zdecydowanie więcej ludzi niż w Tarangire, ale warto było to zobaczyć. No i bardzo ciekawa atrakcja, noc w pod namiotami w Serengeti. Zwłaszcza, gdy pod obóz podchodzą lwy. Dopiero rano to sobie uzmysłowiliśmy.

Brama do Serengeti
Brama do Serengeti

Tanzania relacja dzień 5: Serengeti-Lobo

Właściwie to nie wyjeżdżaliśmy z parku. Zwiedzanie było podzielone na dwie części. Do południa dalej jeździliśmy z przewodnikiem i szukaliśmy zwierząt, po lunchu zaś udaliśmy się na północ do Lobo. Tam też nocowaliśmy. To dalej Serengeti, ale już bardziej górzyste i inaczej porośnięte. Znów jednak mieliśmy tę samą atrakcję spania pod namiotami w Parku. Tym razem w obozie grasowały małpy, a przy ubikacjach w nocy hieny. Zaś z piątki zostało nam już tylko znalezienie nosorożca. Niestety dalej raczej szanse zerowe.

Tanzania relacja dzień 6: Serengeti – Natron

W Serengeti mieliśmy wykupione 48 godzin. To dużo, ale trzeba było wyjechać. Rano jeszcze trochę mogliśmy popatrzeć na park, potem ruszyliśmy w kierunku jeziora Natron. Po drodze zwiedziliśmy współczesną wioskę Masajów, zupełnie inne klimaty niż w tradycyjnej. Tym razem spaliśmy w kempingu prowadzonym przez Masajów, oni zaś zaprowadzili nas do kanionu. Na wyprawę nad jezioro było jednak za gorąco.

Flamingi nad jeziorem Natron
Flamingi nad jeziorem Natron

Tanzania relacja dzień 7: Natron

Wcześnie z rana wybraliśmy się nad jezioro Natron, zanim się powietrze nagrzało. Kolejne ciekawe przeżycie. O tym jeziorze narosło wiele mitów, dlatego chcieliśmy je zobaczyć. Przeżyliśmy. Tak zabójcze to ono nie jest. Potem musieliśmy wyjechać z terenów Masajów i nocowaliśmy niedaleko Arushy.

Małpy w PN Jezioro Manyara
Małpy w PN Jezioro Manyara

Dzień 8: Jezioro Manyara

Ostatni dzień naszego safari to jezioro Manyara. Mogliśmy jeszcze raz zobaczyć, trochę inny park narodowy, wciąż jednak to ta sama wspaniała Afryka. Potem odstawiono nas na lotnisko i PrecisionAir wróciliśmy do Dar Es Salaam. Nocowaliśmy w ośrodku, jak się okazało, prowadzonym przez Armię Zbawienia. W każdym razie wart polecenia, zwłaszcza gdy szuka się noclegu na ostatnią chwilę. Mają zapas i można przyjechać bez rezerwacji (Mgulani). Zaś my mogliśmy w końcu wyspać się w łóżku, nie w namiocie.

Słonie pijące wodę w Mikumi
Słonie pijące wodę w Mikumi

Dzień 9: Mikumi

Rankiem przyjechał po nas kolejny uzgodniony wcześniej przewodnik. Zabrał nas, już bez kucharza, do parku narodowego Mikumi. To było krótsze, bo tylko ograniczone do jednego parku, safari, droższe w przeliczeniu na dzień, ale też na innych warunkach. Znów spaliśmy w parku narodowym, ale tym razem już w domkach, z łóżkiem i normalną łazienką, zaś jedzenie przygotował nie nasz kucharz, a zwykła obsługa. Zarówno przewodnik jak i właściciel biura bardzo nam pomogli w organizacji dalszej części wojaży. Przede wszystkim dlatego, że firmy transportowe niekoniecznie muszą mieć strony internetowe. Natknęliśmy się na „martwe”. Pomogli nam sprawdzić rozkład i zaplanować przejazd. Wracając jednak do Mikumi, to niestety był nasz ostatni park narodowy. Też piękny, inny, a jeszcze jeździliśmy samochodem tak o zachodzie jak i wschodzie słońca. To niezapomniane przeżycia, zwłaszcza gdy widzimy jak zwierzęta się budzą, czy hipopotamy wracają do wody.

Dzień 10: Mikumi – Kyela

Rankiem kończyliśmy Mikumi, właśnie wtedy załapaliśmy się na poranek w parku, jeszcze przed śniadaniem. Potem zabraliśmy swoje rzeczy i jeszcze ostatni przejazd po parku, a następnie przewodnik odwiózł nas na autobus do Kyeli. Organizacyjnie zakupili nam wcześniej bilety i dogadali się z kierowcą, że złapią nas przy parku narodowym. Dalej już właściwie musieliśmy radzić sobie sami. Przejazd do Kyeli lokalnym autobusem to niesamowite przeżycie, które zajęło nam cały dzień (choć niekoniecznie chcemy je w przyszłości powtarzać). W Kyeli również mieliśmy już załatwiony nocleg, a co najważniejsze przewodnika, który nas dowiózł do hotelu. To był zdecydowanie najlepszy nocleg w całej naszej wojaży. Nowy ośrodek o wysokim standardzie, no i przystępnych cenach, bo to kurort dla Tanzańczyków, a nie białych. Zresztą jako biali byliśmy tam atrakcją. Przynajmniej na początku, włącznie ze zdjęciami.

Jezioro Malawi
Jezioro Malawi

Dzień 11: Jezioro Malawi

Kolejny dzień mieliśmy na cieszenie się jeziorem Niasa (Malawi). Trzeba było tylko dopiąć sprawy związane z powrotem do Dar Es Salaam. Nocleg dalej w tym samym miejscu.

Dzień 12: Kyela – Dar Es Salaam

Jeszcze przed świtem zaczęliśmy podróż powrotną do Dar Es Salaam, lokalnym transportem. Powtórka z rozrywki, tyle że tym razem dłużej, no i mogliśmy poznać lokalną muzykę popularną. Wróciliśmy do Mgulani, czyli hotelu prowadzonego przez Armię Zbawienia.

Tanzańskie bezdroża
Tanzańskie bezdroża

Dzień 13: Dar Es Salaam – Zanzibar

W kilku miejscach dowiadywaliśmy się jak wygląda sprawa transportu na Zanzibar. Miejsca VIPowskie podobno da się kupić bez problemu. Są droższe, ale wciąż cena jest znośna. A jak ich nie będzie to powinny być miejsca zwykłe dostępne. Nie zawsze. Akurat wyruszyliśmy w drogę w dniu święta narodowego połączonego z długim weekendem i jednocześnie w tym czasie pojawiło się tam wielu muzułmanów, którzy tu coś świętowali. Efekt był taki, że mieliśmy problem z promem. Ostatecznie popłynęliśmy trochę innym niż zamierzaliśmy, wcześniej zwiedzając sobie dzielnicę portową Dar Es Salaam. A już po południu Stone Town (Kamienne Miasto), gdzie też nocowaliśmy w hotelu.

Plaża na Zanzibarze
Plaża na Zanzibarze

Dzień 14: Zanzibar – Prison Island

Zaczęliśmy dzień od wyprawy na Prison Island, wyspę żółwi. Potem całą resztę dnia spędziliśmy zwiedzając dalej Kamienne Miasto, w tym kwatery niewolników, coś co naprawdę trzeba zobaczyć, bardzo pouczające. Po kolacji, gdy było ciemno wróciliśmy do hotelu, gdzie zostawiliśmy rzeczy i udaliśmy się na lotnisko. Wpierw PrecisionAir do Dar Es Salaam, tam zaś czekaliśmy na Turkisha i zaczęła się podróż do domu.

Changuu (Prison Island)
Changuu (Prison Island)

Podsumowując. Do Tanzanii pojechaliśmy głównie ze względu na przyrodę. Ta nas nie rozczarowała, wręcz przeciwnie. Wciąż jesteśmy zachwyceni jej pięknem. Każdy z tych parków, choć były inne, tak naprawdę był niesamowity. Reszta kraju, no może z wyjątkiem Dar Es Salaam, również robi niesamowite wrażenie. To kraj, do którego z pewnością chciałoby się wrócić, ale czy to będzie możliwe, zobaczymy.

No i jeszcze garść informacji praktycznych.

Jeśli zainteresował Cię ten wpis, przeczytaj inne o Tanzanii. Jeśli podobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak tanzański
Tanzania podsumowanie
Share Button

Komentarze