Archiwa tagu: skansen

Tromso (Tromsø): atrakcje, zorza polarna, kultura Saami i wrota do Arktyki

Turystyczną stolicą północy Norwegii jest Tromso (nor. Tromsø). Znajduje się już za kołem podbiegunowym (aż 350 km), ale wciąż na stałym kontynencie. Znane jako „Wrota Arktyki”, to idealne miejsce dla różnego typu sportów i atrakcji zimowych, wliczając w to oglądanie zorzy polarnej.

Centrum Tromso to przede wszystkim drewniane budynki, wiele z nich obecnie służy turystyce np. jako kawiarnie czy puby
Centrum Tromso to przede wszystkim drewniane budynki, wiele z nich obecnie służy turystyce np. jako kawiarnie czy puby

Historia Tromso

Choć najstarsze ślady osadnictwa wskazują na obecność ludzi od schyłku epoki lodowcowej (9 – 10 tys. lat temu), to jednak bardziej stała osada na tych terenach powstała w ostatniej dekadzie IX wieku. Przebiegała tu granica między Norwegami i terenami ludu Sami. To był najbardziej wysunięty na północ fragment Norwegii. Od XIII wieku zamieszkany był już obszar dzisiejszego Tromsø, wówczas wzniesiono pierwszy kościół, wtedy najbardziej wysunięty na północ kościół na świecie. Do dziś miasto wciąż ma kilka rekordów tego typu. Prawa miejskie Tromsø uzyskało pod koniec XVIII wieku, mimo że mieszkało tu zaledwie 80 osób. Król zezwolił nowemu miastu na handlowanie dorszem, wcześniej ten przywilej miało na wyłączność Bergen. W XIX wieku miasto się rozwijało, zaczęto szkolić też ludy Sami oraz nazywać miasto Paryżem północy. Nie są do końca jasne przyczyny tego określenia, które jest zdecydowanie na wyrost, ale prawdopodobnie chodziło o to, że ludzie spodziewali się tu bardziej „dzikich” ludzi. Natomiast tutejsza ludność ubierała się zgodnie z najnowszym szykiem i modami, uwzględniając arktyczny klimat.

Port w Tromso wykorzystywany jest do morsowania
Port w Tromso wykorzystywany jest do morsowania

Przełom XIX i XX wieku wiąże się z rozwojem wypraw polarnych. Tromsø to „Wrota Arktyki”, stąd wyruszało wiele ekspedycji, którym przewodzili choćby Roald Amundsen, Umberto Nobile czy Fridtjof Nansen. Wielu uczestników tych wypraw pochodziło właśnie z tej okolicy.

W czasie II wojny światowej Tromsø było siedzibą norweskiego rządu. Miasto nie ucierpiało, za to w pobliżu zatopiono niemiecki pancernik Tirpitz. Po wojnie rozwijało się bardzo szybko: powstało lotnisko, uniwersytet. Dziś to największe miasto północnej Norwegii. Mocno rozwinęło się też turystycznie, przyciąga pasjonatów sportów zimowych i arktycznych przygód. Uchodzi za jeden z najlepszych punktów w całej Norwegii, jeśli chodzi o zorzę polarną. Pomogło mu otworzenie lotniska (1964), ale też złożenie uniwersytetu (1972), czy przeniesienie Norweskiego Instytutu Polarnego (1998) z Oslo.

Okolice portu w Tromso
Okolice portu w Tromso

Centrum Tromso

Tromso nie jest dużym miastem. Pomijając zorzę, większość osób traktuje je jako bazę dla aktywności. Są psie zaprzęgi, farmy reniferów, miejsca do trekkingów, fiordy, paralotnie i wiele innych. Sporo atrakcji dostępnych jest też latem, choć często mają inne oblicze. Natomiast miasteczko ma klimat, choć samo nie oferuje wielu atrakcji. Jednak to co jest, potrafią dość dobrze „sprzedać”. W centrum stoi sporo drewnianych domów, w większości z XIX wieku. Od 1904 ze względu na zagrożenie pożarowe zabroniono wznoszenia nowych domów z drewna.

Centrum Tromso
Centrum Tromso

Kościoły Tromso

W 1252 roku zbudowano w Tromso pierwszy kościół (ten najbardziej wysunięty na północ). Od tamtego czasu w centrum miasta znajdowała się świątynia. Niewiele wiadomo na temat wcześniejszych, ale obecnie wznosi się tu katedra (Tromsø domkyrkje). Ukończono ją w 1861 roku. To budowla w stylu neogotyckim, w całości wykonana z drewna (obecnie to rzadkość w przypadku norweskich katedr). Zwiedzanie jest płatne, natomiast godziny otwarcia są stosunkowo krótkie, ciężko jest się wpasować. Nie jest to jednak nietypowe dla Skandynawii.

Katedra w Tromso
Katedra w Tromso

O ile katedra jest historyczna, to najbardziej wyróżniająca się świątynia w Tromso to Kościół Tromsdalen (Tromsdalen kirke), znany jest także jako Katedra Arktyczna czy Katedra Morza Arktycznego. To stosunkowo nowa budowla, powstała 1965 roku, a jej autorem jest Jan Inge Hovig. Przypomina kształtem lapoński namiot, ma szklaną fasadę i witraże. Ze względu na monumentalną konstrukcję powszechnie nazywa się go katedrą. Wejście znów jest płatne, pod warunkiem, że załapiemy się na godziny otwarcia. Znajduje się on we wschodniej części miasta – Tromsdalen. Wieczorem też ładnie wygląda ze względu na oświetlenie.

Arktyczna Katedra w Tromso
Arktyczna Katedra w Tromso

Wzgórze Storsteinen

Jeszcze jedną atrakcją Tromsdalen jest Fjellheisen czyli kolejka na wzgórze Storsteinen (420 m n.p.m.). U góry znajduje się kawiarnia, ale przede wszystkim to jedno z najlepszych miejsc widokowych. Widać tu panoramę Tromso. Ze względów pogodowych jednak nie udało się nam ani wejść, ani wjechać (wyciąg nie działał) na górę, a nie chcieliśmy ryzykować idąc po ciemku oblodzonym szlakiem przy silnym wietrze.

Wzgórze Storsteinen widziane z portu w Tromso
Wzgórze Storsteinen widziane z portu w Tromso

Most w Tromso

Główna część Tromso znajduje się na wyspie Tromsøya (Romssasuolu w języku Sami). Jest ona połączona mostem – Tromsøbrua. To kolejna charakterystyczna konstrukcja w mieście. Most jest wysoki, by pod nim mogły przepływać statki. Ma długość 1036 m, stoi na 58 kolumnach, z których najwyższe mierzą 80 metrów wysokości. Ukończono go w 1960 roku. Był to wówczas najdłuższy most w północnej Europie, a jednocześnie pierwszy most wspornikowy wzniesiony w Norwegii. Dziś jest tam więcej podobnych konstrukcji.

Storgata, główny deptak Tromso
Storgata, główny deptak Tromso

Storgata, główny deptak Tromso

Jedną z kulinarnych atrakcji Tromso jest budka z hotdogami – Raketten Bar & Pølse. W ofercie mają parówki z renifera, ale również wegetariańskie. Przy budce często rozpalony jest ogień, przy którym można się ogrzać jedząc. Znajduje się ona przy ulica Storgata, to właściwie główny deptak miasteczka. Ulica jest zamknięta w pewnej części dla ruchu kołowego. Zlokalizowano przy niej sporo sklepików, ale też knajp, biur turystycznych, czy muzeów. Jest nawet dawne kino. Jak wiele rzeczy w Tromso, liczy się tu dobry marketing, inaczej pewnie przeszłaby niezauważona. Choć akurat hot-dogi mają swoją tradycję w krajach skandynawskich, w Reykjavíku jest podobne miejsce.

Raketten Bar & Pølse - słynna budka z hot-dogami w Tromso
Raketten Bar & Pølse – słynna budka z hot-dogami w Tromso

Nieopodal zlokalizowany jest Burger King, póki co najbardziej wysunięty na północ. W południowej części natomiast znajduje się najbardziej wysunięty na północ browar (nie licząc mikrobrowarów) – Macks. Przy nim działa knajpa – Ølhall. Tromso ma dość rozwinięte życie nocne. Są nawet knajpy z muzyką na żywo jak Rorbua Pub tuż obok hotelu Raddison Blu.

Rorbua Pub to przykład klasycznej architektury w Tromsø
Rorbua Pub to przykład klasycznej architektury w Tromsø

Hotele i port w Tromso

Raddison Blu jest ważnym punktem orientacyjnym w Tromso. Obok niego znajduje się hotel Scandic, ale to przede wszystkim Raddison jest miejscem spotkań wielu wycieczek zorganizowanych. Tu także ma przystanek autobus lotniskowy. Oba hotele leżą tuż przy samym porcie, po którym warto sobie pospacerować. Poza jachtami, jest tu także kąpielisko do morsowania. Port to także miejsce, gdzie można kupić wycieczki statkami i wybrać się na rejs wśród fiordów czy wypatrywanie wielorybów (są też knajpy oferujące mięso wielorybów). Jest to też dobry punkt, by obserwować drugą stronę brzeg, z arktyczną katedrą na czele.

Port to dobry punkt widokowy, choćby na Katedrę Arktyczną (Tromso)
Port to dobry punkt widokowy, choćby na Katedrę Arktyczną (Tromso)

Muzeum Polarnictwa w Tromso

Warto zwrócić uwagę na kilka muzeów w Tromso, od takich bardziej nastawionych na zabawę jak Muzeum Trolli, po zdecydowanie bardziej interesujące pozycje. Ciekawym mogłoby być Muzeum Polarnictwa (Polarmuseet i Tromsø), niestety spora część nie ma angielskich podpisów. Niby dostaje się kartkę na wejściu, która ogólnie opisuje, co znajduje się w danej sali, ale jednak nie sprawdza się to najlepiej. Zwłaszcza na dole jest sporo eksponatów, a kartka jednak jest niewielka.

Na górnym piętrze jest trochę lepiej, angielskie napisy się pojawiają, zwłaszcza w sekcji, która z dzisiejszej perspektywy ukazuje problemy z równością płci, bez oddania kontekstu historycznego, co zwłaszcza w przypadku kobiet, którym się wówczas udało byłoby ciekawsze i pouczające. Z podobnym podejściem spotkaliśmy się w Sztokholmie. Raczej promują postępowość pewnych jednostek, niż ukazują cały proces zachodzących zmian. Muzeum jest zlokalizowane w magazynie z 1830 roku. Otwarto je w 50 rocznicę wyprawy ratunkowej, podczas której zginął Amundsen. W kolekcji muzeum znajduje się spora dokumentacja wypraw polarnych na przestrzeni ponad 100 lat.

Muzeum Polarnictwa w Tromso
Muzeum Polarnictwa w Tromso

Skansen w Tromso

Inną powtarzalną atrakcją w Skandynawii jest skansen. Ten w Tromso jest naprawdę niewielki, kilka domów na krzyż. W momencie, gdy mieliśmy okazję zobaczyć całkiem spory w Oslo, to ten obejrzeliśmy jedynie z zewnątrz. Budynki w skansenie powinny oddawać te z XIII i XIV wieku.

Skansen w Tromso
Skansen w Tromso

Polaria

Kolejną przereklamowana atrakcja to Polaria. Łączy ona w sobie funkcje zoo i muzeum czy instytutu przyrodniczego, ale znów jest stosunkowo niewielka. Na plus jest z pewnością fokarium, ale poza nim to mamy kilka akwariów, wypchane zwierzęta i kino. Będąc z dziećmi można właśnie przyjść ze względu na foki. Trzymane są tutaj fokowąsy brodate (Erignathus barbatus), zwane inaczej fokami brodatymi. Oczywiście odbywa się tu ich karmienie, które stanowi najważniejszą atrakcję. Natomiast z perspektywy ogrodu zoologicznego, raczej jest to obiekt starszego typu. Choć trzeba przyznać, że zewnętrzna bryła budynku jest ciekawa. Dla nas jednak takim dobrym przykładem lokalnego akwarium wciąż pozostaje to, co widzieliśmy w Heraklionie. Natomiast jedno pozostaje niezmienne: to najbardziej wysunięte na północ akwarium na świecie.

Polaria, czyli fokarium w Tromso
Polaria, czyli fokarium w Tromso

Obok znajduje się statek MS Polstjerna, który był wykorzystywany w polowaniach na foki. Pochodzi z 1949, dziś to obiekt muzealny. Jednak w czasie naszej wizyty był w remoncie. Z obiektów muzealnych jest też Muzeum sztuki północnej i miejskie miejskie, a także Muzeum Obrony poświęcone w dużej mierze zatopionemu pancernikowi Tirpitz.

Nowoczesne budynki w Tromso

Chodząc po Tromso warto zwrócić uwagę na kilka obiektów, jak choćby mocno wyróżniający się budynek Miejskiej Biblioteki i Archiwum. Obok znajduje się Ratusz, także raczej nowoczesny. Kościół katolicki Naszej Pani, podobnie jak inne świątynie, mogliśmy oglądać jedynie z zewnątrz. Latem warto zobaczyć Ogród Arktyczny, znów jeden z najbardziej wysuniętych na północ ogrodów. Znajduje się on w kompleksie uniwersytetu. Z pomników w pamięć najlepiej zapada pomnik Amuldsena.

Ratusz w Tromso
Ratusz w Tromso

Zorza polarna w Tromso

Do Tromso przyjechaliśmy w bardzo konkretnym celu. Noce stają się coraz krótsze i chociaż zazwyczaj cieszymy się, że można dłużej zwiedzać za dnia, jedna nasza eskapada musiała odbyć się nocą. Mowa o polowaniu na zorzę polarną. Właśnie dlatego w weekend równonocy byliśmy w Norwegii. Tu po raz pierwszy stanęliśmy za kołem podbiegunowym. Tromso jest norweskim centrum zorzy i turystyki arktycznej, ale to nie znaczy, że w innych miastach tych atrakcji nie ma. Jakoś się tak przyjęło, że w Norwegii szukając zorzy przyjeżdża się tutaj (choć można ją znaleźć i w innych miejscach, na Svalbardzie także są takie wycieczki). Podobnie jest w Szwecji, gdzie do rangi takiego ośrodka aspiruje Kiruna, czy Finlandii gdzie turystów przyciąga przede wszystkim Rovaniemi. Na Islandii raczej króluje Reykjavík, choć Husavik bardzo by chciało przyciągać ludzi ze względu na zorzę.

Wycieczka na zorzę polarną (Tromso, Norwegia)
Wycieczka na zorzę polarną (Tromso, Norwegia)

Zorza polarna, czyli aurora borealis na północy i aurora australis na południu, to zjawisko świetle wywołane przez strumień wiatru słonecznego. Ziemskie pole magnetyczne chroni planetę przed przenikaniem protonów i elektronów wyrzuconych przez Słońce. Jednak pewna ich część jest w stanie przeniknąć (zależy to od polaryzacji) przez magnetosferę do górnej warstwy ziemskiej atmosfery. Cząsteczki wiatru poruszają się wzdłuż linii pola magnetycznego jonizując przy tym cząsteczki gazu, co obserwujemy jako świecące wstęgi, fale, kurtyny, pasma i inne formy, jaki przybiera zorza.

Wczesna zorza polarna
Wczesna zorza polarna

Wycieczka na zorzę polarną

Naszą wycieczkę na zorzę polarną kupiliśmy przez internet od jednej z agencji z Tromso w Norwegii. Można też kupić taki wyjazd już na miejscu, ale nie ma gwarancji, że będą miejsca – cieszą się one popularnością. Organizacja wycieczki nie jest prawdę mówiąc zbyt wyszukana, przynajmniej tam, gdzie my trafiliśmy: bus z przewodnikiem, który nawet wiele o tej zorzy nie opowiadał, raczej zajmował się po prostu jej wypatrywaniem. Mają oni pewne doświadczenie, więc jadą od jednego punktu do drugiego, aż dotrą do miejsca, gdzie widać zorzę. Alternatywą jest wynajęcie samochodu i samodzielne jej szukanie (z dala od miejskich świateł i często w prześwitach między chmurami). Dodatkowo ludzie szukający jej sami często wspomagają się aplikacjami, które pokazują prognozy zorzy i aktualny wskaźnik KP (on odpowiada za zasięg zorzy, nie jej jasność, jak czasami podają).

Zorza polarna w Norwegii
Zorza polarna w Norwegii

Po godzinie 20. wyjechaliśmy spod punktu zbiórki (tradycyjnie spod Radissona) poza miasto, w miarę daleko od świateł. Nam próbował przeszkodzić wschodzący niedługo księżyc w pełni – jego łuna przyćmiewała zorzę. Zimą te wycieczki zaczynają się wcześniej. Niemniej jednak w przypadku złych warunków atmosferycznych mogą zostać odwołane / przesunięte, więc warto mieć jakiś dzień w zapasie (my przesunęliśmy ją o jeden dzień ze względu na pogodę).

Zorza polarna, Koło Podbiegunowe
Zorza polarna, Koło Podbiegunowe

Zorza widziana z parkingu

Przewodnik przygotował ognisko, nad którym piekły się hot-dogi, były też gorące napoje. Robił też wszystkim uczestnikom pamiątkowe zdjęcia na tle zorzy i pomagał w ustawieniach aparatu, jeśli ktoś o to poprosił. Przede wszystkim jednak wskazał na zorzę polarną, gdy zaczęła się pojawiać na niebie. Trzeba przyznać, że taka słaba zorza dla niewprawnego oka jest nie do odróżnienia od chmury lub łuny odległych świateł.

Zorza polarna na początku była słaba, przypominała raczej bladą, lekko zielonkawą chmurę. Musieliśmy uzbroić się w cierpliwość (i ciepłe ubrania!), by zobaczyć naprawdę piękny spektakl. W pewnym momencie pojawiła się mocna, jasna zorza, która wyraźnie się poruszała. Widok zapierał dech! Z tym że nie należy wierzyć zdjęciom, nawet tym publikowanym tutaj. Nie oddają one natury zorzy. Są naświetlane trochę dłużej, stąd uwieczniona na nich zorza jest bardzo wyraźna i kolorowa. W praktyce jest o wiele bledsza. Cała wyprawa skończyła się godzinę po północy, gdy odwieziono nas do hoteli. Firmy zazwyczaj rezerwują czas nawet do 6-8 godzin, wszystko zależy od tego, jak daleko od Tromso uda się im znaleźć zorzę.

Zorza polarna
Zorza polarna

Kilka ciekawostek o zorzy polarnej

  • zorza szczególnie chętnie pojawia się w okolicy równonocy wiosennej i jesiennej. Sezon na zorzę trwa mniej więcej od końca września do końca marca.
  • największe szanse na zobaczenie zorzy są przed północą czasu lokalnego
  • różne kolory zorzy to wynik jonizacji różnych gazów. Za zielony i czerwony kolor odpowiada tlen, purpura i bordo to azot, wodór i hel świecą na niebiesko i fioletowo
  • kolor zależy też od wysokości danego gazu w atmosferze. Na przykład czerwona powstaje wyżej niż zielona, dlatego z Polski częściej jest widoczna zorza czerwona, a rzadziej można ją zaobserwować z koła podbiegunowego
  • na nasilenie i zakres występowania zorzy ma wpływ pogoda kosmiczna, a konkretnie aktywność słoneczna. Gdy do Ziemi dociera gęsty strumień wyrzuconych ze Słońca naładowanych cząstek, zorza może być widoczna nawet z krajów śródziemnomorskich. Obecnie aktywność Słońca wzrasta
  • zorza w Polsce nie jest wbrew pozorom bardzo rzadkim zjawiskiem, występuje nawet kilkanaście razy w ciągu roku. Najlepiej obserwować ją z nadbałtyckich plaż. Trzeba jednak pamiętać o tym, że wypada blado w porównaniu z zorzami z wysokich szerokości geograficznych, a i te zwykle nie są tak spektakularne jak wyglądają na zdjęciach – czuła matryca i trzy sekundy naświetlania robią swoje.
Wycieczka na zorzę polarną (aurora borealis)
Wycieczka na zorzę polarną (aurora borealis)

Renifery i wizyta u ludu Sami

Będąc w Tromso, poza zorzą wykupiliśmy sobie także wycieczkę do obozu Samów, w którym trzymane są renifery. Na początek warto dodać, że ludy Sámi lub Saami to po naszemu Lapończycy lub właśnie Samowie. Choć wiele Lapończyków łączy, to jednak nawet językowo są podzieleni na mniejsze grupy. Języki, choć należą do grupy ugrofińskich, są na tyle różne, że czasem trudno im się wzajemnie porozumieć. Natomiast kwestia nazwy „Lapończycy” w Norwegii jest trochę bardziej skomplikowana, gdyż czasami uchodzi za obraźliwą. Przedstawiciele tych ludów wolą nazywać się Sami.

Karmienie reniferów
Karmienie reniferów

Lapończycy zamieszkują północną Norwegię, Finlandię, Szwecję oraz półwysep Kolski w Rosji. W okolicy Tromso przeważa język północnosaamski, który jest najczęściej używany spośród języków lapońskich. Dziś kultura Sami w Norwegii się odradza. Są finansowane nauki języków, robi się z tego atrakcję. Ale warto pamiętać, że wcześniej kulturowo byli oni przymusowo asymilowani. Obecnie, w dniu 6 lutego mają oni swoje święto, Dzień Sami. Wówczas w centrum Tromso organizowane są wyścigi reniferów i inne atrakcje.

Karmienie reniferów
Karmienie reniferów

Na rynku działa kilka firm, które mają w ofercie podobne wycieczki. My skorzystaliśmy z Tromso Arctic Reindeer. Wszystko załatwione przez internet, spotkaliśmy się przed wyjazdem z przedstawicielami firmy przy hotelu Radison. Tam po potwierdzeniu nas na liście przeszliśmy do autokaru. To jest masowa wycieczka i popularna, więc autokar był pełny.

Wnętrze budynku Sami
Wnętrze budynku Sami

Przebieg wycieczki na renifery

Po przewiezieniu nas na miejsce docelowe, zaproszono nas do namiotu, w którym przekazano trochę informacji o kulturze Sami. Później wyszliśmy na zewnątrz, by karmić renifery. Każdy kto chce, dostaje wiaderko z paszą i chodzi się między zwierzętami i podstawia wiaderko, one już wiedzą, co chcą zrobić. Jedne szukają jedzenia bardziej aktywnie, trzeba pilnować by nie wywaliły wiaderka. Są tu różne osobniki, młodsze i starsze. Jedne już pogubiły swoje poroże, inne dopiero gubią, jeszcze innym widać było, że rośnie. O tej porze roku zwykle w programie jest jeszcze przejazd saniami, które ciągną renifery. Pogoda jednak nam nie dopisała, z powodu roztopów i oblodzenia trzeba było z tej części zrezygnować (organizatorzy zwrócili różnicę ceny na kartę płatniczą). Warto pamiętać, że na pogodę w Tromso i okolicy ma wpływ Golfsztrom (ciepły prąd zatokowy), co skutkuje stosunkowo łagodnym klimatem, można więc się zdziwić. Gdy tu lecieliśmy, to więcej śniegu było na południu Norwegii.

Sami starają się pielęgnować swoją kulturę, język i stroje ludowe
Sami starają się pielęgnować swoją kulturę, język i stroje ludowe

Po karmieniu przychodzi dość kontrowersyjny moment, czyli poczęstunek. Można było wybrać albo lokalny specjał: bidos, czyli gulasz z renifera (zaraz po tym, jak się je głaskało i karmiło) albo pomidorową zupę wegetariańską. Po wszystkim wróciliśmy do namiotu, gdzie dalej opowiadano o kulturze Sami. Omówiono znaczenie tradycyjnego stroju, jego rodzaje, kolory, ale też mieliśmy okazję usłyszeć joik, czyli tradycyjny śpiew (bez  akompaniamentu instrumentalnego). Całość z dojazdami zamknęła się w czterech godzinach.

Ølhall, knajpa przy najbardziej wysuniętym na północ browarze
Ølhall, knajpa przy najbardziej wysuniętym na północ browarze

Zwiedzanie i dojazd do Tromso

Do Tromso najczęściej przybywa się samolotem, są tanie loty nawet z Polski, ale sporo też łączonych przez Oslo. Lotnisko jest niewielkie, ale obłożone. Do centrum kursują zarówno busy lotniskowe – Airport Express (nie należy przejmować się rozkładem, który jest w sieci. Jeżdżą one częściej). Bilety kupuje się u kierowcy, płatność kartą. Trochę dalej można też łapać autobusy miejskie, tańsze, ale trzeba wziąć pod uwagę, że te nie zawsze jadą do turystycznego centrum. Zaś jeśli chodzi o klimat, warto jednak dodać, że dzięki ciepłym prądom morskim, nawet w zimie bywa tu cieplej niż np. na południu Norwegii.

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak norweski
Tromso

Spreewald, Lübbenau kraina kanałów i ogórków

Jakieś 60 km od naszej zachodniej granicy, w niemieckim landzie Branderburgia znajduje się przepiękna kraina Spreewald (czasem zapisywana u nas jako Szprewald lub Sprewald.). Region ten ma powierzchnię 3 127 km², jest tu kilka miasteczek, w których można zacząć zwiedzanie okolicy. Są to choćby Lübben, Burg czy Lübbenau/Spreewald, do którego pojechaliśmy. Spreewald słynie z dwóch rzeczy: kanałów oraz ogórków. To idealne połączenie terenów rolniczych z rezerwatem biosfery (z listy UNESCO od 1991) i wspaniałej atrakcji turystycznej.

Lübbenau/Spreewald
Lübbenau/Spreewald

Historia Spreewaldu

Spreewald bywa też czasem nazywany niemiecką, branderburską lub zieloną Wenecją. Podobnie jak w tym włoskim mieście, tak i tutaj kanały stanowiły podstawowy szlak komunikacyjny między wioskami. Ludzie poruszali się na łodziach, te dziś nadal są istotnym elementem transportu, ale zdecydowanie częściej stanowią atrakcję turystyczną. Obecnie to prawdziwy wodny labirynt.

Wycieczki na łodziach kahn są nieodzownym sposobem zwiedzania Spreewaldu
Wycieczki na łodziach kahn są nieodzownym sposobem zwiedzania Spreewaldu

Jadąc do Spreewaldu wybraliśmy się do miasta Lübbenau, a właściwie Lübbenau/Spreewald, co w języku dolnołużyckim brzmi Lubnjow/Błota, polski wariant to Lubniów. Tu warto dodać, że miasto w 1997 roku dostało przywilej, by używać też nazwy gminy, stąd taka konstrukcja. Tereny łużyckie aż do roku 1635 znajdowały się w królestwie Czech, wcześniej na krótko także i Polski. Dopiero potem stały się częścią Niemiec. Lokalna ludność słowiańska zachowała swoje korzenie i języki. Serbołużyczanie posługują się dwoma: górnołużyckim i dolnołużyckim. Serbów łużyckich dzieli się na Górnołużyczan (zwanych po niemiecku Sorben) i Dolnołużyczan (Wenden). Na ile są blisko spokrewnieni z bałkańskimi Serbami, tego właściwie nie wiadomo. Są dwie hipotezy: jedna mówi, że to zbieżność nazw, druga, że ludy te przybyły z prasłowiańskiem Białej Serbii, a podczas wędrówki rozdzielili się. Osiedlili się na tym terenie jeszcze w VI wieku, zanim powstało państwo niemieckie. Sam Spreewald jest nierozerwalnie połączony z ich historią.

Alternatywą dla kahn są kajaki
Alternatywą dla kahn są kajaki

Spreewald: Zamek w Lübbenau

Lübbenau, podobnie jak i cały obszar Spreewaldu, znajduje się nad rzeką Sprewą w Zagłębiu Łużyckim w Branderburgii. Jest to miasteczko z urokliwym historycznym centrum, obejmujące jeszcze dwie dawne, dolnołużyckie wioski: Lehde i Leipe. Pierwsza wzmianka o Lübbenau pochodzi z 1301 roku i dotyczy zamku Lubenowe, w jego miejscu znajdowały się pochodzące z X wieku wały słowiańskie. Gród przy zamku można znaleźć w zapisach historycznych z 1315 roku pod nazwą Lubenaw. Natomiast archeologiczne ślady osadnictwa pochodzą z VIII lub IX wieku.

Zamek w Lübbenau, obecnie hotel
Zamek w Lübbenau, obecnie hotel

Dziś zamek pełni funkcję hotelu i oczywiście sama budowla przechodziła mnóstwo zmian, by przyjąć obecną formę. Ta powstała po wojnach napoleońskich, wzniósł ją duński graf Rochus zu Lynar. Wykorzystał on pewne resztki wcześniejszej zabudowy, ale kompleks stał się bardziej pałacykiem z oranżerią i innymi budynkami gospodarczymi oraz parkiem. Obok przebiega też Szlak Ogórkowy, czyli liczący sobie 260 km szlak rowerowy, który przecina Spreewald.

Malownicze kanały Spreewaldu
Malownicze kanały Spreewaldu

Ogórki spreewaldzkie

I tu dochodzimy właśnie do jednego ze znaków rozpoznawczych tej okolicy. Ze Spreewaldu pochodzą słynne ogórki spreewaldzkie. Słynne od czasów NRD, trzeba nadmienić. Tutejsze ziemie sprzyjały szczególnie uprawom ogórków. O istnieniu tradycji przetwarzania tych zielonych warzyw wspomina już XIX-wieczny niemiecki pisarz i poeta Theodor Fontane. W NRD były szczególnie popularna: oprócz ogórków i octu niewiele więcej było potrzebne. Po upadku komunizmu trochę o przetworach z ogórków zapomniano, ale nie na długo. Od marca 1999 roku ogórki spreewaldzkie posiadają oznaczenie PGI, czyli o chronionego pochodzenia geograficznego. Zresztą fenomen tych ogórków został choćby wspomniany w filmie „Good Bye Lenin!”, ukazującym trochę nostalgicznie klimat NRD. Tam główny bohater próbuje przekonywać swoją matkę, która zbudziła się z wieloletniej śpiączki, że komunizm wciąż istnieje. Dla dawnej aktywistki partyjnej ogórki są jednym z dowodów trwałości poprzedniego systemu.

Słynny produkt regionalny - ogórki spreewladzkie
Słynny produkt regionalny – ogórki spreewladzkie

Ogórek spreewaldzki to nic innego jak dobry zielony (lub żółty) ogórek kiszony albo konserwowy. Albo coś pośredniego. Sprzedawane tutaj w słoikach, na wagę lub pojedyncze w puszkach „Gurke to go”, występują w mnóstwie wariantów smakowych uzależnionych od przypraw i dodatków używanych do kiszenia czy konserwowania. Z ogórków można zrobić też więcej: Gurken likor, Gurkenbrot, czy Gurkensalat (okazało się, że to mizeria). I mnóstwo gadżetów: magnesy na lodówkę, pluszaki, figurki… Sklepy są wręcz zawalone tak przetworami z ogórków jak i okolicznościowymi pamiątkami. Zaś Lübbenau na folderach reklamowych jest przedstawiane jako Stadt der Gurken, czyli miasto ogórków.

Spreewald, wycieczki po kanałach
Spreewald, wycieczki po kanałach

Szczęśliwie spróbowanie tych ogórków nie stanowi dużego problemu. Jest kilka miejsc, gdzie można je kupić. Nawet płynąć po kanałach można zatrzymać się przy przystaniach, które oferują tackę ogórków do spróbowania. W Lehde jest nawet muzeum ogórków (Gurkenmuseum). Nie było czynne, ale przez furtkę zobaczyliśmy większość ekspozycji (z daleka), niewiele straciliśmy. Normalnie, gdy jest czynne, to także możliwość spróbowania ogórków przygotowywanych (kiszonych lub konserwowanych) z różnymi dodatkami.

Pomijając skansen jest tu sporo tradycyjnych domostw (Spreewald)
Pomijając skansen jest tu sporo tradycyjnych domostw (Spreewald)

Kościół św. Mikołaja

Charakterystycznym punktem miasta Lübbenau jest 60-cio metrowa wieża kościoła św. Mikołaja. Kościół zbudowano w latach 1738 – 1741 i dziś należy do jednej z najznakomitszych świątyń Brandenburgii, przedstawicieli baroku drezdeńskiego. Kameralne wnętrze wykonano w stylu rokoko. W miejscu obecnego protestanckiego kościoła, od XV wieku stała wcześniejsza, gotycka świątynia.

Kościół św. Macieja
Kościół św. Macieja

Fontanna Legend w Lübbenau/Spreewald

Przed kościołem znajduje się Legendarna Fontanna lub Fontanna Legend (Sagenhafter Brunnen). Dość charakterystyczne miejsce, które próbuje tworzyć nową tożsamość miasta. Powstała w latach 2007 – 2008, zaś podobne rzeźby znajdziemy jeszcze w kilku innych miejscach. Samo centrum jest naprawdę niewielkie, ale trzeba przyznać, że urocze i dobrze zachowane.

Fontanna Legend w Lübbenau
Fontanna Legend w Lübbenau

Spreewald: Kanały i biosfera

Jednak to nie ogórki, czy małe, kameralne miasteczko przyciągnęły nas w te okolice. Spreewald od dawna nas kusił ze względu na interesujący rezerwat. Obejmuje on obszar ponad 3 tysięcy kilometrów kwadratowych, zamieszkany głównie przez Serbów Łużyckich (ok. 50 tysięcy osób). Unikatowy krajobraz Spreewaldu ukształtowała ostatnia epoka lodowcowa. Jest to obszar nizinny, rzeczno-dolinowy z gęsto usianymi kanałami i odnogami rzeki Szprewy. Tą naturalną sieć kanałów połączono w jeden wielki system nawadniający i komunikacyjny. Łączna długość tych dróg wodnych wynosi ponad 1600 kilometrów.

Spreewald to także ścieżki leśne, oczywiście przecinane kanałami
Spreewald to także ścieżki leśne, oczywiście przecinane kanałami

Biosfera Spreewaldu to ponad 18 tysięcy gatunków flory i fauny. Z takich ciekawszych, natknęliśmy się na… nutrię amerykańską. Ten gatunek inwazyjny występował pierwotnie w Ameryce Południowej, ale w Europie znalazł równie sprzyjające gatunki do życia i rozmnażania. Na nasz kontynent nutrie, podobnie jak i szopy, zostały sprowadzone jako zwierzęta hodowane dla przemysłu futrzarskiego.

Nutria amerykańska (Myocastor coypus) zadomowiła się w Spreewaldzie i się tu rozmnaża
Nutria amerykańska (Myocastor coypus) zadomowiła się w Spreewaldzie i się tu rozmnaża

Na obszarze Spreewaldu najlepiej poruszać się wodnymi kanałami. Łużyczanie polegali na swoich płaskodennych szkutach i pracy flisaków: drogą wodną prowadzono handel, na sprzedaży produktów leśnych i ryb opierała się gospodarka regionu. Dziś mieszkańcy Spreewaldu nadal są powiązani z wodą i nadal szkuty służą im do zarobku… na turystach. Tutaj także praktykuje się ekologiczne rolnictwo. Od 1991 roku Spreewald stawał się coraz bardziej popularnym miejscem do aktywności i odpoczynku wśród turystów.

Spreewald z drona
Spreewald z drona

Spreewald: Szlaki turystyczne

Poza wspomnianą już trasą rowerową i pieszymy szlakami turystycznymi Spreewald zwiedza się z perspektywy wody. Są na to dwa sposoby: albo kajak i wówczas jesteśmy zdani tylko na siebie, albo bardziej klasyczny, czyli wycieczka na łodziach płaskodennych z flisakiem. Łodzie te nazywają się tutaj kahn (to słowo brzmi trochę podobnie jak kanoe i faktycznie oryginalne również były wydłubywane).

Poza turystyką, w Spreewaldzie toczy się normalne życie, a większość ludzi pracuje tu w rolnictwie
Poza turystyką, w Spreewaldzie toczy się normalne życie, a większość ludzi pracuje tu w rolnictwie

W samym porcie jest wiele różnych firm, które oferują przejażdżki w różnym standardzie. Jedne są bardziej kameralne, tym samym droższe, inne zbierają grupę turystów i przewożą ich wspólnie. Myśmy właśnie na taką się wybrali. Wycieczka łodzią z flisakiem bardzo przypadła do gustu. Był to trwający 3 godziny rejs + 1-godzinna przerwa. Nasz przewodnik oczywiście mówił coś po niemiecku, więc niewiele zrozumieliśmy. Po drodze była jeszcze jedna mała przerwa bez wychodzenia z łodzi, tam przy przystani można było kupić zestaw ogórków do skosztowania, chleb ze smalcem i niemieckie piwo.

Łodzie są wykorzystywane jako transport także przez mieszkańców
Łodzie są wykorzystywane jako transport także przez mieszkańców

Takie zwiedzanie kanałów spreewaldzkich jest dobre, gdy chcemy poświęcić na nie mniejszą ilość czasu. Kajaki by sprawiły frajdę, wymagają zdecydowanie większej ilości godzin. Tu kanałów jest bardzo wiele, więc aż chce się je eksplorować, bez patrzenia na zegarek i bez obawy, że się odpłynie za daleko. Szlaki wodne są dość dobrze oznaczone i warto pamiętać, że nie wszędzie możemy wpływać. Cześć kanałów to teren ścisłego rezerwatu. Oczywiście przed wypożyczeniem kajaku zostaniemy dokładnie przeszkoleni jak odróżniać zamknięte szlaki.

Most nad kanałem
Most nad kanałem

Niezależnie jaki transport wodny wybierzemy, możemy liczyć na to, że miniemy tereny leśne, wpłyniemy między pola oraz będziemy przepływać wśród malowniczych domków. Stąd właśnie to weneckie nawiązanie. W Lübbenau przepływa się też obok skansenu, ale prawda jest taka, że wiele domów w nim niespecjalnie różni się od reszty mijanych w innych częściach. Tradycja jest tu dobrze zachowana. Poza wodą warto też się przejść jednym z wielu szlaków pieszych. Te czasem wymagają przejścia przez mostki (ze schodami), gdy pokonuje się kanały.

Kanał w Spreewaldzie
Kanał w Spreewaldzie

Skansen w Lehde

Ciekawym miejscem do zobaczenia w Spreewaldzie jest skansen (Freilandmuseum). Zlokalizowany jest w Lehde, zresztą blisko niego mieliśmy tę godzinną przerwę. Jego spokojne zwiedzanie zajmuje trochę ponad godzinę, my jednak uznaliśmy, że sobie tu przyjdziemy później. Tutaj możemy zobaczyć, jak wyglądały dawne tradycyjne domostwa Łużyczan, jak żyli, czym się zajmowali. Wystawione są także artykuły potrzebne do przetwórstwa ogórkowego oraz dawny zakład szkutniczy. W części domków możemy natknąć się na pracowników ubranych w stroje ludowe, którzy opowiadają, a czasem prezentują pewne tradycje bądź rzemiosła. Można też się zdrzemnąć na sianie.

Skansen w Lehde
Skansen w Lehde

Dojazd do Lübbenau/Spreewald

Przyjeżdżając samochodem można zaparkować na płatnym parkingu blisko centrum. Jednodniowy bilet parkingowy kosztuje 5 Euro. Należy mieć przy sobie bilon, gdyż automat przyjmuje tylko monety. Witamy w Niemczech. Lübbenau/Spreewald znajduje się jakieś 60  km od polskiej granicy w Olszynie, więc z Wrocławia to doskonałe miejsce na jedno lub dwudniowy wypad weekendowy. Choć same kanały i ogórki są już wystarczającą atrakcją, to jednak można się tu natknąć na aquapark z pingwinami, zaś jakieś 30 km dalej znajduje się słynny Tropical Island. Kiedy odwiedzić Spreewald? Zdecydowanie jest najpiękniejszy na wiosnę, gdy wszystko kwitnie i jest zielono.

Rezerwat biosfery Spreewald
Rezerwat biosfery Spreewald

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak niemiecki
SpreewaldBerlin

Masai Mara, rezerwat, safari i Wielka Migracja

Masai Mara (Maasai Mara) lub czasem Mara (The Mara) to jeden z najbardziej znanych kenijskich rezerwatów. Właściwie to kenijskie Serengeti. Park zyskał własną sławę przede wszystkim dzięki Wielkiej Migracji, nazywanej czasem Największym Spektaklem Naturalnym na Ziemi. Jest jednym z najpopularniejszych kierunków safari w Kenii, ma też swą filmową historię.

Stado gnu i zebr zbierające się przed rzeką Mara (Wielka Migracja, Masai Mara, Kenia)
Stado gnu i zebr zbierające się przed rzeką Mara (Wielka Migracja, Masai Mara, Kenia)

Obszar chroniony Masai Mara

Nazwa pochodzi od Masajów, którzy zamieszkują tę ziemię, oraz rzeki Mara. Jest ona jedną z nielicznych nieokresowych rzek w tym rejonie. Mara jest obszarem chronionym od 1948, zaś rezerwatem od 1961 roku. Początkowo zajmowała mniejszą powierzchnię niż obecnie, później została rozszerzona, a następnie ponownie pomniejszona do aktualnej wielkości. Pozostałe tereny zostały oddane głównie plemionom masajskim, które żyją w tej okolicy.

Żyrafa masajska (Giraffa tippelskirchi)
Żyrafa masajska (Giraffa tippelskirchi)
Mała hiena (Masai Mara, Kenia)
Mała hiena (Masai Mara, Kenia)

Wielka Migracja

Masai Mara jest przedłużeniem Serengeti na północy, po stronie kenijskiej. Jak pamiętamy, w Serengeti było dużo zwierząt, ale to także olbrzymi park. Masai Mara jest dziesięciokrotnie mniejsze (ma powierzchnię 1510 km2), co więcej duże stada występują tu tylko okresowo, co jest związane z Wielką Migracją. Najlepszy czas na oglądanie zwierząt w tym miejscu to lipiec, sierpień. Wówczas duże stada już są obecne w Masai Mara i szykują się do wędrówki na południe. Można tu obserwować spore ilości gnu i zebr, które często przemierzają sawannę razem. Oczywiście wisienką na torcie nie jest samo oglądanie stad, a przekraczanie rzeki Mara.

Wielka Migracja w Masai Mara, stado przekracza rzekę Mara
Wielka Migracja w Masai Mara, stado przekracza rzekę Mara

To właśnie coś, na co polują turyści. Skoro do zobaczenia różnych gatunków zwierząt potrzeba szczęścia, podobnie jest z przejściem przez wodę. Przekroczenie rzeki jest kwintesencją obserwowanej Wielkiej Migracji, ale to też proces niebezpieczny dla zwierząt. Szacuje się, że rocznie ginie jakieś 3 tysiące osobników. Jedne się topią, inne są stratowane, a jeszcze inne pożarte przez krokodyle (to też próbują wypatrzeć niektórzy). Gnu i zebry zabierają się na południe najczęściej w drugiej połowie lipca i w sierpniu. Ale to nie oznacza, że mamy gwarancję zobaczyć ten fragment Migracji. Stada nie przekraczają rzeki codziennie, nawet w szczycie sezonu. Zbierają się przy jej brzegu i czasem potrzeba kilku dni, aż któreś ze zwierząt zdecyduje się jako pierwsze przejść przez Marę, wówczas inne idą jego śladem. Co więcej, zdarzają się też nawrotki, gdy zwierzęta zmierzają ku wodzie, ale przy samym brzegu zmieniają kierunek i wracają na wcześniejszą pozycję.

Wielka Migracja w Masai Mara, stado wychodzi na brzeg po drugiej stronie rzeki
Wielka Migracja w Masai Mara, stado wychodzi na brzeg po drugiej stronie rzeki

Nie pomagają też kierowcy i samochody, które ustawiają się przy czekających stadach. Każdy chce, by jego podopieczni mieli jak najlepszy widok, więc czasem muszą interweniować strażnicy, by zrobić miejsce dla zwierząt. Czasem bywa tak gęsto, że auta blokują ruch i straszą zwierzęta. Natomiast nawet czekanie nie gwarantuje, że tego dnia stado zdecyduje się przekroczyć rzekę. Jednak większość chętnie czeka, licząc na łut szczęścia.

Zebra w Masai Mara
Zebra w Masai Mara

Wioski Masajów w Masai Mara

Na obszarze Mara znajdują się też wioski Masajów. Wielu z nich pracuje w turystyce, ale także polują, czy hodują bydło. Przy wioskach czasem znajdują się kempingi. Podobnie jak to miało miejsce w przypadku Ngorongoro, wioski można zwiedzić za opłatą. Budowane są one tradycyjnymi metodami i zazwyczaj po kilku latach Masajowie przeprowadzają się. Zwiedzanie takiej wioski zaczyna się od pokazu tradycyjnych tańców, później wchodzi się do środka. W Masai Mara przede wszystkim oglądało się zagrodę dla bydła, dom masajski od środka oraz pokaz krzesania ognia. Czasem można zobaczyć też szkołę. Oczywiście, pomijając opłatę wejściową, Masajowie próbują sprzedać różne pamiątki. W tym kły lwów, bowiem Masajowie mają pozwolenie na rytualne polowanie na lwy. Związane jest to ze stawaniem się mężczyzną, obecnie jednak to polowanie odbywa się raz na jakiś czas i zbiorowo.

Masajowie w tradycyjnych strojach
Masajowie w tradycyjnych strojach
Wioska Masajów
Wioska Masajów

Przebieg safari w Masai Mara

Sam przebieg safari opisywaliśmy już przy okazji Tanzanii i właściwie w Kenii niewiele się on różni. Choć można dostrzec kilka unikalnych cech. Jedną z nich są vany, które wożą turystów. Przede wszystkim tych, którzy wykupili dzielone safari (shared safari), te oczywiście są tańsze niż prywatne safari. Wówczas jeden kierowca jest w stanie obwieść nawet do siedmiu osób. Ponieważ po parku i tak poruszamy się po wytyczonych ścieżkach, to vany sprawdzają się nad wyraz dobrze, mimo iż na pierwszy rzut oka raczej nie sprostają jeepom.

Impala zwyczajna (Aepyceros melampus)
Impala zwyczajna (Aepyceros melampus)

Dzielone safari, przynajmniej w okresie naszej wizyty, zdawało się dominować nad prywatnymi, a co za tym idzie inaczej wygląda infrastruktura w Kenii. Wiele kempingów znajduje się na obrzeżach Masai Mara. Namioty są tu postawione na stałe, wzmocnione i rozbudowane; mają własny prąd oraz łazienkę. Kolacje i śniadania zaś są serwowane w stołówce. Dzięki temu nie potrzeba rozkładać namiotów czy wożenia kucharza (jak to było w budżetowym safari w Tanzanii). Minusem jest to, że kempingi są większe, bardziej ogrodzone i przez to nie spotkamy tu zbytnio zwierząt. W Masai Mara jest też mniej miejsc, w których można jeść lunch, ale w innych parkach jak – Amboseli już takie miejsca były.

Stado Gnu pasie się na sawannie w Masai Mara
Stado Gnu pasie się na sawannie w Masai Mara

Sama organizacja safari, czyli jeżdżenie za zwierzętami, kierowca słuchający komunikatów na CB radiu i „brawurowe” wyścigi do upatrzonych lokacji wyglądają tak samo jak to miało miejsce w Tanzanii. Z samochodu też się nie wychodzi, spędza się w nim większość dnia. Można co najwyżej wstać, bo dach jest podnoszony. W większości parków w Kenii (i Tanzanii) można też wjechać zwykłym samochodem, samemu bez przewodnika. Ale właśnie te CB radia i znajomość dróg oraz zwyczajów zwierząt robią swoje. Doświadczony przewodnik jest wart swojej ceny.

Gepard
Gepard

Safari balonem

Pewną alternatywą jest safari balonem, czyli dodatkowa (i droga) atrakcja. Pozwala ona oglądać zwierzęta z góry, przelatywać nad nimi. Przelot balonem zaczyna się bardzo wcześnie rano, wówczas jesteśmy dowożeni do miejsca, skąd będziemy startować. W tym wypadku jest to już wewnątrz parku (choć w Amboseli start był na obrzeżach, ale tamten park jest zdecydowanie mniejszy), także z powodu wiatru i trasy, którą trzeba pokonać. Balon jest duży i jest w stanie unieść w powietrze nawet 16 osób plus pilota. Startuje się z pozycji poziomej, kosz jest postawiony bokiem i trzeba się do niego wczołgać (w tej samej pozycji też ląduje). Potem już o świcie leci się i widzi jak czasem spłoszone zwierzęta uciekają.

Gnu i zebry na sawannie (safari balonem w Masai Mara)
Gnu i zebry na sawannie (safari balonem w Masai Mara)
Hipopotam w rzece Mara (safari balonem nad Masai Mara)
Hipopotam w rzece Mara (safari balonem nad Masai Mara)

W przypadku balonu ważne jest to, by nie przekroczyć rzeki Mara. Na niej jest stosunkowo mało mostów, by nie zaburzyć migracji. Więc wylądowanie po drugiej stronie wiąże się z długim oczekiwaniem na samochód, który nas zabierze. Natomiast przy dobrym wietrze i dobrym pilocie, można przekroczyć meandry rzeki i wylądować po właściwej stronie. Później jesteśmy zawożeni do miejsca, gdzie zorganizowano śniadanie (z szampanem). Lokalizacja jest w szczerym polu, co czyni ją bardzo klimatyczną. Oczywiście stoliki i wszystko jest tu przygotowane, wygląda lepiej niż na kempingach. Piloci balonów są bardzo dobrze doświadczeni i często latają w różnych miejscach świata sezonowo. Pomagają im lokalni pracownicy, który w razie potrzeby stanowią także dodatkowy balast w trakcie lotu (gdy jest za mało chętnych). Lot jest bardzo przyjemny i bezpieczny, acz trzeba trzymać się pewnych reguł, jak choćby spiąć długie włosy.

Gnu ucieka przed balonem
Gnu ucieka przed balonem
Eland zwyczajny (Taurotragus oryx)
Eland zwyczajny (Taurotragus oryx)

Masai Mara w filmie

Obszar chroniony Masai Mara pojawia się także w filmie „Pożegnanie z Afryką” (1985) Sidneya Pollacka. Przede wszystkim w kilku scenach przelotu, ale też tu, nad rzeką Mara nagrywano scenę z myciem włosów.

Sabesi właściwy (Damaliscus lunatus), albo inaczej antylopa topi
Sabesi właściwy (Damaliscus lunatus), albo inaczej antylopa topi
Słonie w Masai Mara
Słonie w Masai Mara

Jeśli chodzi o zwierzęta, to przynajmniej w okresie Wielkiej Migracji było ich tu naprawdę sporo. Głównie olbrzymie ilości zebr i gnu. Zdarzały się też pojedyncze słonie, lwy, gepardy, hieny, szakale, bawoły, żyrafy czy lamparty, przy rzece zaś hipopotamy i krokodyle, a także w większej ilości gazele, impale, czy antylopy. No i oczywiście ptaki. W teorii na obszarze Serengeti-Mary występują też nosorożce, ale jest ich stosunkowo niewiele, więc spotyka się je bardzo rzadko. W sierpniu panowała tu bardzo przyjemna pogoda, nie było za gorąco. Park znajduje się stosunkowo wysoko, średnio na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i blisko równika. Ta mieszanka sprawia, że panuje tu umiarkowany klimat, idealny na safari. Z niewielką (ze względu na nosorożce) szansą zobaczenia Wielkiej Piątki, jest to prawie obowiązkowa pozycja do odwiedzenia w Kenii. Wycieczki tutaj są oferowane przez większość agencji turystycznych działających w Nairobi.

Hipopotamy w rzece Mara
Hipopotamy w rzece Mara

Jeśli podobał Ci się ten wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak kenijski
Masai Mara

Churaumi Aquarium, oceanarium na Okinawie

Naszym najważniejszym celem na Okinawie była miejscowość Motubu, w której znajduje się oceanarium – Churaumi Aquarium i teren powystawowy z EXPO z 1975 roku. Oceanarium to jeden z największych obiektów tego typu na świecie. Jego główną atrakcją są rekiny wielorybie (Rhincodon typus), największe żyjące ryby na świecie.

Ogrody w Churaumi
Ogrody w Churaumi

Atrakcje Motubu

Samo Motubu to przede wszystkim miejscowość turystyczna. Są hotele, oceanarium i niewiele więcej. Rozminęliśmy się o kilka dni z sezonem na oglądanie wielorybów przepływających w okolicy. Z Motubu są organizowane takie wycieczki, warto to zweryfikować wcześniej. My się rozminęliśmy lekko z sezonem. W teorii zbliżał się ku końcowi, w praktyce były zerowe szanse na zobaczenie wielorybów, bo już zakończyły wędrówkę przez tę okolicę. Udało się je dopiero zobaczyć w Husavik. Trochę dalej od oceanarium znajdują się ruiny zamku plus jeszcze plaże przy niektórych hotelach i na tym lista miejsc do zobaczenia się kończy. Można jeszcze dodać groby, ale to okinawski standard.

Klasyczna zabudowa, skansen w Churuami
Klasyczna zabudowa, skansen w Churuami

W hotelu zwróciliśmy uwagę na wielostronicową broszurę, w której są wymienione zagrożenia czyhające na wyspie: udar słoneczny, tsunami, tajfun, komary, parzące dotkliwie meduzy oraz śmiercionośne żmije habu. Mianem habu określa się kilka gatunków, ale istotny jest jeden, endemiczny: trwożnica habu (łac. Protobothrops flavoviridis, dawniej Trimeresurus flavoviridis), to żmije z podrodziny węży grzechotnikowatych. Niebezpieczne, ale przy tym na Okinawie ich jad wykorzystuje się do produkcji lokalnego trunku alkoholowego nazwanego awamori. W broszurze są wymienione telefony i co trzeba robić w przypadku ukąszenia przez habu, jak również mocno ostrzegali przed dotykaniem nieznanych zwierząt morskich. Wygląda na idealne miejsce na odpoczynek.

Ogrody i skansen
Ogrody i skansen

Akwarium Churaumi na Okinawie

Okinawa Churaumi Aquarium to najsłynniejsze japońskie oceanarium, przez długi czas szczycące się największym zbiornikiem słonowodnym (do 2005 roku, kiedy otwarto oceanarium w Atlancie, USA): zbiornik Kurioshio, bo tak został nazwany, liczy 35 metrów długości, 10 metrów głębokości i ma pojemność 7 i pół miliona litrów wody! Powstało w 1975 roku jako część wystawy EXPO. Zostało przebudowane w 2002 roku. Nazwa „Churaumi” oznacza piękny/dostojny ocean. Oprócz głównej atrakcji są też dodatkowe, to wspaniały ogród, wewnątrz którego znajduje się skansen z charakterystycznymi zabudowaniami dla Riukiu.

Żółw morski w Churaumi
Żółw morski w Churaumi

Oceanarium Churaumi zostało gruntownie przebudowane w 2002 roku. Niestety ewidentnie zapomniano o przebudowie zewnętrznych akwariów. Na terenie powystawowym wolne od opłat są dostępne zbiorniki z żółwiami morskimi, w tym żółwiami skórzastymi, oraz z manatami. Zbiorniki te są małe, mają kształt cylindra, co jest niekorzystne dla zwierząt, przeważnie są zupełnie pozbawione naturalnych „ozdób”: odpowiedniego dna, dekoracji kamiennych lub roślinnych, nic co urozmaiciłoby pusty, brzydki basen. Jednocześnie brak informacji, by taki stan zbiorników i trzymanie w nich zwierząt było uzasadnione, na przykład kwarantanną (ruchliwe i hałaśliwe miejsce, pełne ciekawskich ludzi temu zresztą nie sprzyja). Trzeba pamiętać przy tym, że żółwie i manaty to inteligentne i ciekawskie stworzenia, które w pustych, małych basenach po prostu cierpią.

Plaża w pobliżu akwarium
Plaża w pobliżu akwarium

Tym bardziej szokuje fakt, iż obiekt szczyci się tym, że chroni żółwie i wspomaga proces ich rozmnażania (w sztucznych warunkach). Żółwie mają „plażę”, na którą mogą wyjść i złożyć jajka. Niestety ta część obiektów wygląda jak sprzed kilku epok. Widok tych basenów budzi niesmak i po prostu złość. Tym większy jest żal, że gdy Japonia tak traktuje zwierzęta w oceanarium, jest cisza, podczas gdy w wielu innych miejscach ekolodzy podnoszą larum. Choć czasem uda się też przeprowadzić pewne akcje w bogatszych krajach, jak choćby uwolnieniu orek z Sea World w amerykańskim Orlando.

Główny budynek Churaumi Aquarium
Główny budynek Churaumi Aquarium

Churaumi: Rekin wielorybi

Dumą i radością Churaumi Aquarium i całej Okinawy są dwa osobniki rekina wielorybiego. Rekin wielorybi to największa znana obecnie żyjąca ryba: największy zanotowany osobnik mierzył niemal 19 metrów długości. Dla porównania największy zbiornik wodny w Churami ma 35 metrów długości. Najczęściej jednak jego długość nie przekracza 10 – 12 metrów. Żywi się planktonem i jest zupełnie niegroźny dla człowieka. Zamieszkuje właściwie wszystkie wody regionu tropikalnego i subtropikalnego. Rekin wielorybi jest poławiany dla jego drogiego mięsa, a ponieważ dodatkowo jego cykl rozrodczy jest bardzo długi, to jest to obecnie gatunek narażony na wyginięcie.

Rekin wielorybi
Rekin wielorybi

Zanim wejdziemy do oceanarium Churaumi, warto przejść się przez dawne tereny EXPO. Szczególnie interesująca jest część poświęcona tradycji Okinawy. Warto bowiem wiedzieć, że Okinawa od głównej części Archipelagu Japońskiego bardzo się różni. W rekonstrukcji tradycyjnego domu można wziąć udział w warsztatach, na przykład kaligrafii, można zwiedzić kolejne pomieszczenia. Przyjemny jest także tropikalny ogród prezentujący florę wyspy. Jest egzotycznie, takie trochę Samoa w wersji light.

Naturalne plaże
Naturalne plaże

Churaumi: Delfiny

Dodatkową „atrakcją” przez Churaumi Aquarium są bezpłatne pokazy delfinów i orki karłowatej (szablogrzbiet waleniożerny). Zrozumiały jest dla nas trening medyczny i przy okazji opowiadanie o zwierzętach, a nawet pływanie z delfinami w małej, kilkuosobowej grupie i bardziej naturalna zabawa, dająca zwierzęciu możliwość interakcji lub wycofania się. Ale synchroniczne skoki w akompaniamencie głośniej muzyki i rozwrzeszczanej (jak na Japończyków) tłuszczy, szablogrzbiet wypluwający ryby z pyska z powrotem do wiaderka, chóralne piski delfinów w rytm muzyki… Nie, to nie ta epoka, zwłaszcza w kontekście ochrony gatunkowej. Wygląda to niestety dużo gorzej niż choćby pokazy delfinów we wspomnianym Orlando, czy nawet na Malcie. Bardziej jest to nastawione na przedstawienie – cyrk, niż interakcję z oswojonym zwierzęciem.

Pokazy delfinów
Pokazy delfinów
Morskie akwaria
Morskie akwaria

Wielorybnictwo w Japonii

Tu warto podkreślić jedną rzecz. Japończycy nie przykładają się do ochrony przyrody. Sympatią darzą tylko miłe, puchate zwierzątka z dużymi oczami i uszami. Jak na przykład lisy. Albo pandy, które uwielbiają (choć nie występują w Japonii). Te naprawdę inteligentne zwierzęta, jak wieloryby czy delfiny są wciąż traktowane jako źródło luksusowego produktu spożywczego. Znane są działania japońskich wielorybników, które pod pretekstem badań naukowych polują za pomocą harpunów na wieloryby w okolicach Antarktydy. Zwierzęta są zabijane i owszem, dokonuje się jakiś bezwartościowych badań (na przykład analiza treści żołądka, rozwój płodu – ciężarne wieloryby też są zabijane), ale mięso, tłuszcz i inne produkty są przeznaczane na cele komercyjne.

Meduzy
Meduzy

Popularne (i raczej ekskluzywne) w całej Azji Południowo-Wschodniej i Japonii dania z płetw rekina są przyczyną cierpień tych drapieżników, które poławia się, obcina płetwy i żywego rekina wyrzuca z powrotem do oceanu na pewną śmierć. Hiszpania ma korridę (o tym pisaliśmy przy okazji Kordoby), Japonia ma swoją okrutną tradycję (podobną do tej z Wysp Owczych). Co roku w małej zatoce Taiji u wybrzeży Honsiu dochodzi do krwawej rzezi delfinów. Ssaki są naganiane do wód zatoki, gdzie następnie się je zabija i wyławia, a mięso delfinów ląduje na talerzach. Liczba mordowanych delfinów jest tak wielka, że wody zatoki przybierają kolor krwi. Władze Japonii pozostają niewzruszone na naciski organizacji ochrony przyrody, argumentując, że to ich 400-letnia tradycja.

Manta lub Diabeł morski (Manta birostris)
Manta lub Diabeł morski (Manta birostris)

Churaumi: Dojazd i zwiedzanie

Okinawa to, jak się okazało, doskonały przykład tego, jak mylne mogą być wyobrażenia o Japonii. Najkrócej mówiąc: liczyliśmy na sprawną komunikację zbiorową, zwłaszcza na trasie lotnisko międzynarodowe – najpopularniejsze atrakcje. W chwili kiedy się dowiedzieliśmy, że musimy godzinę czekać na autobus z lotniska, powinniśmy byli się udać do wypożyczalni samochodów. Popełniliśmy błąd. Nauczka na przyszłość – na Okinawie poruszamy się tylko wynajętym samochodem! (Zresztą samochodem jeździliśmy czy to po Malcie, Cyprze, czy Samoa, tym razem liczyliśmy na świetny japoński transport). No i w takim Motubu nie ma co liczyć na wieczorne rozrywki czy knajpy z kolacją. Wszystko jest w hotelach, poza nimi jest naprawdę niewielki wybór. Jeśli te uwagi weźmie się do serca, można bardzo dobrze przygotować się na Okinawę. Alternatywą jest też siedzenie w Naha i stamtąd organizowanie sobie całodniowych wycieczek, czy to autobusami czy taksówkami. Wtedy też taki sposób zwiedzania się sprawdzi.

Basen z rekinami wielorybimi, Churaumi Aquarium, Okinawa
Basen z rekinami wielorybimi, Churaumi Aquarium, Okinawa

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak japoński
Churaumi

Seul, nowoczesna i zabytkowa stolica Korei, pałace, świątynie, atrakcje

Stolica Korei Południowej, czyli Seul (kor. 서울, Seoul) to największe i najbogatsze miasto tegoż kraju, istny azjatycki tygrys, który trochę kojarzy nam się z Szanghajem. Głośny, sprawiający wrażenie chaotycznego, a przy tym nowoczesny, piękny i miejscami brudny, stąd drugie skojarzenie to „Łowca androidów” (zresztą taka myśl była i w Szanghaju). Seul to nie tylko wieżowce i ulice handlowe. To także zabytki, a do najważniejszych z nich należą pałace królewskie, znane jako „pięć wielkich pałaców”, które położone są w historycznym centrum. W każdym razie miasto intrygujące i ciekawe.

Pałac Gyeongbokgung, w tle góra  Bugaksan (Seul)
Pałac Gyeongbokgung, w tle góra Bugaksan

Historia Seulu

Początki miasta Seul sięgają drugiej dekady przed naszą ery, kiedy nad rzeką Han odnotowano założenie kompleksu murów pod nazwą Wiryeseong. Znajdowały się one w Seulu, stolicy królestwa Baekje, jednego z Trzech Królestw Korei, poza nim istniały także Silla i Goguryeo. To ostatnie zajmowało jakieś 2/3 powierzchni Półwyspu Koreańskiego i od jego nazwy pochodzi współczesna nazwa Korei w językach zachodniego świata. Wróćmy jednak do stolicy Baekje: miasto kilkukrotnie zmieniało nazwę, do miana Seul wróciło w 1945 roku. Nazwa ta pochodzi od archaicznego koreańskiego słowa oznaczającego po prostu stolicę, zaś ten sposób określania stolicy jest jednym z widocznych chińskich wpływów kulturowych (Pekin, Nankin). W czasie wojny koreańskiej 1950 – 1953 Seul został mocno zniszczony, a stolicę tymczasowo przeniesiono do Busan. W odbudowie miasta bardzo pomogły przede wszystkim Stany Zjednoczone.

Pałac Gyeongbokgung
Pałac Gyeongbokgung

Seul (Sŏul) należy dziś do najgęściej zaludnionych miast świata, o zagęszczeniu 15 tysięcy osób na kilometr kwadratowy (dla porównania dwukrotnie więcej niż Nowy Jork), a całe megalopolis zamieszkuje 25 milionów osób – połowa obywateli Korei Południowej. To także jedno z największych skupisk wieżowców na świecie: 15 budynków przekracza wysokość 200 metrów, a 24 kolejne mają minimum 150 metrów wysokości. Większość z nich jednak znajduje się poza ścisłym, historycznym centrum.

Pałac Gyeongbokgung
Pałac Gyeongbokgung

Seul: Mury i bramy

Z dawnych murów w Seulu pozostała tylko pewna część, obecnie to muzeum, a także kilka osamotnionych bram. Historycznie było ich osiem. Jedna z nich to Heunginjimun zwana też bramą Dongdaemun, bramą wschodnią. Niestety dziś nie da się jej zwiedzać. Za to blisko centrum jest Sungnyemun (zwana też Namdaemun). Choć jest ogrodzona, można pod nią przejść i zrobić sobie zdjęcie z wartownikami w tradycyjnych strojach.

Brama Heunginjimun (Seul)
Brama Heunginjimun

Innym z takich starszych zabytków jest dzwon w pawilonie Bosingak. Tu widać chiński wpływ, gdzie budowano wieże dzwonu i bębna (np. w Xi’anie). Kiedyś pawilon ten znajdował się w centrum wewnętrznego miasta zamkowego. Więc nie trzeba było budować specjalnie wieży. Obecnie dzwonu używa się raz w roku, w Sylwestra.

Mury miejskie w Dongdaemun
Mury miejskie w Dongdaemun

Pałac Gyeongbokgung

Najbardziej okazałym pałacem jest Gyeongbokgung, główna siedziba dynastii Joseon, która rządziła Koreą od 1392 do 1897 roku, kiedy to proklamowano krótko istniejące Cesarstwo Koreańskie. Został zbudowany w 1395 roku przez założyciela dynastii Joeson, Yi Seong-gye w Hanseong (czyli obecnie Seulu), umacniając status miasta jako stolicy kraju. Podczas japońskiej inwazji w końcu XVI wieku, pałac został doszczętnie zniszczony i zapomniany. Dopiero w XIX wieku zdecydowano się na rekonstrukcję zabudowań. Niestety, japońska okupacja z lat 1910 – 1945 znów doprowadziła pałac do całkowitej ruiny, gdyż pałac świadczył o dawnej potędze Korei. W jego miejsce wybudowano japoński budynek rządowy. Wielka odbudowa zniszczeń Gyeongbokgung, zaplanowana na 40 lat, ma miejsce od lat 90. XX wieku.

Pałac Gyeongbokgung, Seul
Pałac Gyeongbokgung, Seul

Rozplanowanie i architektura pałacu Gyeongbokgung przywodzą na myśl chińskie pałace, jak choćby Zakazane Miasto w Pekinie. I jest to celne skojarzenie, gdyż Cesarstwo Chin miało w XIV wieku przemożny wpływ na Koreę, zaś dynastia Joseon jeszcze zacieśniła stosunki z Cesarstwem. Obszar pałacu Gyeongbokgung dzieli się na zewnętrzny dziedziniec (oejeon) i wewnętrzny dziedziniec (naejeon). Obszar pałacu okalają mury z bramami, z których największa to Gwanghwamun, zrekonstruowana zaledwie w 2010 roku. Na zewnętrznym dziedzińcu mieściły się budynki administracji i reprezentatywne, w tym sala tronowa. Do wewnętrznego dziedzińca prowadziła kolejna brama. Za nią mieściły się prywatne budynki króla, jego rodziny i dworu.

Pałac Gyeongbokgung
Pałac Gyeongbokgung

Ludzie w strojach historycznych

Zwiedzając pałace można natknąć się na mnóstwo osób w kolorowych dziwacznych strojach. Wielu zwiedzających w seulskich pałacach, zwłaszcza w Gyeongbokgung, ma stroje z epoki. W mieście działają liczne wypożyczalnie takich strojów, a cosplayowcy czasem mają darmowy lub zniżkowy wstęp do pałaców i świątyń. Dodatkowo oprócz zwiedzających przebierają się także ochotnicy, którzy oprowadzają turystów i opowiadają im historię Korei szkoląc tym samym swój język oraz nawiązując nowe znajomości. Ich pomoc jest darmowa. Jak ktoś ma czas, to ich pomoc może być bardzo ciekawym sposobem na zwiedzanie zabytkowej części miasta.

Pałac Gyeongbokgung
Pałac Gyeongbokgung, cosplayer robiący sobie selfie

W pobliżu pałacu znajduje się rekonstrukcja zabudowań historycznego Seulu. Ciekawe do zwiedzenia i niezbyt tłoczne miejsce. Można zobaczyć jak wyglądał tradycyjny dom, młyn i niewielka świątynia. A to wszystko z pańską pagodą w tle. Jest to część ekspozycji Narodowego Muzeum Ludowego, którą można oglądać za darmo. Swoją drogą historycznych wiosek w Seulu jest więcej.

Pałac Gyeongbokgung, Seul
Pałac Gyeongbokgung

Seul, Sejong Wielki, czyli pomnik i historia

Wspomnieliśmy dynastię Joseaon. Jeden z jej władców jest szczególnie zasłużony w koreańskiej historii i dzięki temu doczekał się specjalnego pomnika na głównej alei wiodącej do najważniejszego z pałaców – Gyeongbokgung. Sejong Wielki, bo o nim mowa, był czwartym z królów dynastii Joseaon, panującym w latach 1418 – 1450. I choć wielu władców miało przydomek „wielki”, to Sejong szczególnie pozytywnie wpłynął na rozwój koreańskiego państwa. Przyjmuje się, że złoty wiek rozwoju Korei przypadał właśnie na czas jego rządów.

Sejong Wielki. Jego pomnik to punkt spotkań w Seulu.
Sejong Wielki. Jego pomnik to punkt spotkań w Seulu.

Z największych i najbardziej trwałych osiągnięć należy wymienić wprowadzenie pisma hangul (hangŭl). Jest to koreański alfabet fonetyczny, jeden z nielicznych stworzonych sztucznie, a nie poprzedzonych ewolucją z bardziej złożonych znaków. Sylaby w tym alfabecie zapisywane są jako blok w polu kwadratu, stąd charakterystyczny „kwadratowy” wygląd pisma koreańskiego. Wcześniej Koreańczycy używali chińskich znaków dla swojego alfabetu, nazywając go hancha lub sino koreańskim. Co ciekawe, aż do początku XX wieku wykształcone elity wolały używać hancha niż hangul, uważając ten drugi za pismo dobre dla prostych ludzi.

Pałac Gyeongbokgung, Seul
Pałac Gyeongbokgung

Król wspierał rozwój rolnictwa i edukację rolników w zakresie nowoczesnych technik agrokultury. Żywo interesował się także nauką i wynalazczością. Zaprosił na dwór wynalazcę Jang Yeong-sil, który pochodził z niskich sfer, ale dzięki swojej pomysłowości i otwartości króla (który do administracji i na urzędy przyjmował ludzi z różnych warstw społecznych) miał szansę zabłysnąć. Wynalazł on między innymi astrolabium, zegar wodny oraz zaawansowany zegar słoneczny, udoskonalił prasę drukarską. Warte zauważenia jest to, że wynalazki te mają swoje odpowiedniki znane w zachodnim świecie i to na tyle podobne, że ich rekonstrukcje pokazane przy pomniku rozpoznaliśmy bezbłędnie.

Pałac Gyeongbokgung
Pałac Gyeongbokgung

Rozwój religijny i inspiracje Chinami

Sejong był niechętny buddyzmowi, za to wspierał rozwój konfucjanizmu. Nakazał przepędzić wszystkich mnichów buddyjskich ze stolicy. Zakazał także działalności mniejszości muzułmańskiej w Korei – Huihui. Król Sejong Wielki prowadził także aktywną politykę zagraniczną, czyli przede wszystkim wojny. Za jego rządów rozwinęła się sieć koreańskich fortec, ulepszono fortyfikacje i broń ofensywną, w tym okręty wojenne. Przede wszystkim zależało mu na ukróceniu piractwa na Morzu Wschodniochińskim, więc okupował należącą do Japonii (także dziś) wyspę Tshushima, dawną wylęgarnię piractwa. Jednocześnie otworzył trzy porty służące do handlu z Japonią, więc ogólny bilans stosunków z tym sąsiadem był dobry.

Admirał Yi Sun-sin, Seul
Admirał Yi Sun-sin

Obok znajduje się drugi pomnik, na którym został uwieczniony admirał Yi Sun-sin, bohater narodowy Korei. Głównodowodzący floty podczas wojny koreańsko-japońskiej z lat 1592 – 1598. W tej wojnie Korea wykorzystała Geobukseony, czyli tak zwane „żółwie okręty”. Ich projekt i wdrożenie przypisuje się właśnie admirałowi Yi.

Pałac Gyeongbokgung
Pałac Gyeongbokgung

Pałac Gyeonghuigung

Do piątki wielkich pałaców należy Gyeonghuigung, którego budowa rozpoczęła się na początku XVII wieku. Służył jako dodatkowy pałac królewski. Niegdyś połączony był łukowym mostem z pobliskim pałacem Deoksugung. Niestety, większą część założenia pochłonęły dwa pożary z XIX wieku. Pozostałości pałacu systematycznie rozbierali Japończycy podczas okupacji Półwyspu Koreańskiego, powstała tu między innymi szkoła dla japońskich obywateli.

Pałac Gyeonghuigung, Seul
Pałac Gyeonghuigung

Pomimo programu rekonstrukcji pięciu wielkich pałaców, udało się odbudować tylko około 1/3 kompleksu. Spowodowane to jest rozrostem miasta i takim układem ulic, który uniemożliwia przywrócenie Gyeonghuigung dawnej wielkości. Obecnie ten pałac wygląda najgorzej ze wszystkich, ale równocześnie można go oglądać za darmo. Obok zaś znajduje się muzeum miejskie.

Pałac Deoksugung
Pałac Deoksugung

Pałac Deoksugung

Kolejny z wielkich pałaców w Seulu to Deoksugung , wybudowanych za panowania dynastii Joseon (1392 – 1897). Powstał w XVI wieku pierwotnie dla brata króla, by kilka dekad później stać się królewską siedzibą. Nie nacieszył się nim długo: pałac mocno ucierpiał podczas japońskiej inwazji z końca XVI wieku, a został niemal doszczętnie zniszczony podczas japońskiej okupacji z lat 1910 – 1945, dzieląc los innych pałaców. Dziś możemy oglądać mniej więcej 1/3 pierwotnego założenia.

Pałac Deoksugung, Seul
Pałac Deoksugung, Seul, budynek inspirowany architekturą europejską.

Trzeba przyznać, że pałac Deoksugung wyróżnia się połączeniem koreańskiej i zachodniej architektury i ogrodnictwa. Przechodząc przez bramę, zewnętrzny dziedziniec, znów bramę i wreszcie wewnętrzny dziedziniec, nieoczekiwanie natrafiamy na ogród angielski z fontanną i brytyjski klasycystyczny gmach (nieładny) zaprojektowany przez brytyjskiego architekta. Zresztą w typowo koreańskim pawilonie znajdują się często europejskie meble. Dziwne połączenie.

Pałac Deoksugung, zmiana warty. (Seul)
Pałac Deoksugung, zmiana warty.

Najciekawsza jednak i stanowczo warta zobaczenia jest południowa zmiana warty. Jest to jedna z najdłuższych tego rodzaju ceremonii. Towarzyszy jej długi korowód kolorowo ubranych wartowników niosących chorągwie i intrygująca muzyka. Raczej jazgotliwa. Ceremonia jest długa, trwająca niemal godzinę, przerywana informacjami od konferansjera i czasem na pamiątkowe zdjęcia. Całość ze względu na sesję zdjęciową w środku trwa dość długo, muzyka zaś przypomina Bartown z trzeciego „Mad Maxa”.

Pałac Deoksugung
Seul, Pałac Deoksugung

Pałac Changdeokgung

Kolejny z pałaców Seulu to Changdeokgung. Preferowany przez wielu książąt z dynastii Joseon. Jego architektura jest bardziej tradycyjna niż nowocześniejszy (jak na XIV wiek, oczywiście) główny pałac królewski Gyeongbokgung. Podobnie jak reszta pałaców, ucierpiał znacznie podczas japońskiej okupacji z pierwszej połowy XX wieku. W tym pałacu swoich dni dożył drugi i ostatni cesarz Korei – Sunjong – który zmarł w 1926 roku. Członkowie rodziny cesarskiej z łaski japońskiego okupanta mogli żyć w pozostałościach kompleksu Changdeokgung. Do pałacu Changdeokgung przylega duży, 32-hektarowy ogród przeznaczony dla relaksu rodziny królewskiej. Wraz z pałacem został wpisany na listę UNESCO jako przykład wschodniego ogrodu, dziś zaniedbanego, przynajmniej jak się porówna z japońskimi.

Pałac Changdeokgung, Seul
Seul, Pałac Changdeokgung

Warto dodać, że pałac Changdeokgung jest filmową lokacją bardzo popularnego w Korei Południowej serialu historycznego Dae Jang Geum (albo „Jewel in the Palace”), emitowanego po raz pierwszy w latach 2003-04. Swoją drogą ten popularny serial ma też nieopodal Seulu swój park tematyczny.

Pałac Changdeokgung
Pałac Changdeokgung
Pałac Changdeokgung
Sala tronowa w Pałacu Changdeokgung

Pałac Changgyeonggung

Historia pałacu Changgyeonggung jest podobna do pozostałych z „wielkiej piątki”. Zbudowany za panowania króla Sejonga Wielkiego, rozbudowany przez kolejnego monarchę z dynastii Joseon pod koniec XV wieku. Pałac ten ucierpiał mocno podczas japońskiej inwazji z XVI wieku, a został zupełnie zniszczony w czasie japońskiej okupacji Półwyspu w latach 1910 – 1945. Zabudowania pałacu zostały zrównane z ziemią, gdyż okupant chciał zrobić w tym miejscu nowoczesny park na wzór tokijskiego Parku Ueno. Znalazł się tutaj i ogród botaniczny i nawet ZOO. Całe założenie zostało zniszczone podczas wojny koreańskiej z lat 1950-1953 i tylko dzięki staraniom zamożnych Koreańczyków i hojności zagranicznych ogrodów zoologicznych udało się odbudować menażerię. Ze względu na wielki plan odbudowy królewskich pałaców, ogród zoologiczny został przeniesiony w 1983 roku do Wielkiego Parku Seulu.

Pałac Changgyeonggung, Seul
Pałac Changgyeonggung, Seul

Warto wspomnieć o tragicznej historii, która rozegrała się wewnątrz murów Changgyeonggung w 1762 roku. Otóż doniesiono królowi Yeongjo, że jego młodszy syn, książę Jangheon, zapadł na chorobę umysłową i zaczął się irracjonalnie zachowywać. Król wpadł w furię. Nakazał żywcem zapieczętować syna w skrzyni na ryż. Książę umarł osiem dni później w wieku 28 lat. Króla Yeongjo ruszyło sumienie i poczuł skruchę. Nadał synowi pośmiertne imię Sado, co oznacza „myśląc o nim z wielkim żalem” i pod takim imieniem pozostał w historii.

Pałac Changgyeonggung
Pałac Changgyeonggung

Kanał i bulwar Seulu

Nieopodal jest inne interesujące miejsce. Bulwary nad kanałem wzdłuż Cheonggyecheon-road, jedno z ulubionych miejsc spotkań młodych seulczyków. Wyglądają dość niepozornie, ale wieczorem jest tu bardzo klimatycznie.

Bulwary wzdłuż kanału i drogi Cheonggyecheon
Bulwary wzdłuż kanału i drogi Cheonggyecheon

Seul: Świątynia Jongmyo

Z królewskimi pałacami Joseonów bezpośrednio powiązana jest konfucjańska świątynia Jongmyo. Została założona w 1394 przez króla Taejo, pierwszego z dynastii Joseonów. Jej funkcją było zapewnienie miejsca kultu duchów zmarłych królów i ich królowych. Świątynia została znacznie rozbudowana za panowania króla Sejonga Wielkiego. Niestety mocno ucierpiała podczas japońskiej inwazji z końca XVI wieku. Wkrótce po odparciu Japończyków, została odbudowana i obecnie możemy oglądać ją w kształcie z początku XVI wieku. Jest to najdłuższy w Korei budynek w klasycznym stylu. Wybrukowana ścieżka, po której nie wolno chodzić, służy przemieszczaniu się duchów.

Świątynia Jongmyo
Świątynia Jongmyo

Pawilon świątynny ma wyodrębnione nisze (lub pokoje) dla specjalnych tablic, które są zajmowane przez ducha monarchy. Ceremonia przeniesienia tablicy do przygotowanego „pokoju” ma miejsce po trzyletniej żałobie. W świątyni Jongmyo jest 13 tablic królów i 30 królowych. Tylko dwóch monarchów z dynastii Joseonów nie jest tutaj wyświęcona (nie znaleźliśmy odpowiedzi, dlaczego).

Świątynia Jongmyo
Świątynia Jongmyo

Oprócz oczywistego znaczenia dla historii kraju, świątynia Jongmyo ma także szczególne znaczenie dla kultury Korei. Jest to najstarsza królewska świątynia konfucjańska, która przetrwała do naszych czasów, w dodatku zachowując ustanowione w końcu XIV wieku ceremonie ku czci zmarłych monarchów. Rytuał Jongmyo Daeje, bo o nim mowa, to połączenie dworskiej muzyki i tańca, wywodzące się z Chin i mające na celu uczczenie duchów zmarłych królów i ich żon. Odbywa się w pierwszą niedzielę maja każdego roku w formie, w jakiej został ustanowiony pod koniec XIV wieku. W 2001 roku został wpisany na listę UNESCO jako arcydzieło ustnego i niematerialnego dziedzictwa ludzkości.

Pałac Changgyeonggung
Pałac Changgyeonggung

Pomijając jeden darmowy pałac, wstęp do wszystkich innych można kupić w ramach zbiorczego biletu razem ze świątynią Jongmyo. W przypadku świątyni, pomijając soboty, zwiedza się ją tylko i wyłącznie z przewodnikiem. Jeszcze jedna uwaga: warto nie przerabiać wszystkich pięciu wielkich pałaców jednego dnia. Za bardzo się zlewają.

Świątynia Jogyesa
Świątynia Jogyesa

Religijność w Korei i świątynia Jogysea

Buddyzm w Korei deklaruje niecałe 23% obywateli. Oficjalnie buddyzm został wprowadzony na Półwysep w drugiej dekadzie IV wieku, a dwa wieki później stał się religią państwową. Powstały liczne szkoły i klasztory buddyjskie, z których ja bardziej żywotny okazał się medytacyjny odłam sŏn, który ewoluował z chan (odłam z Szaolin). Wpływy buddyzmu rosły, co oczywiście niekoniecznie podobało się władcom Korei. Rządzący z dynasto Joeson na ogół byli niechętnie lub nawet otwarcie wrogo nastawieni do buddyzmu, wspierając neokonfucjanizm. Z kolei japońscy okupanci z wojny z XVI wieku niszczą buddyjskie klasztory, a w latach lat 1910 – 1945 zamykają je i poddają represjom jako ośrodki koreańskiego nacjonalizmu.

Świątynia Jogyesa
Świątynia Jogyesa

Ważną koreańską świątynią buddyjską jest Jogyesa, która w obecnej formie powstała w 1935 roku jako wyraz sprzeciwu japońskiej okupacji. Dwie doktrynalne szkoły połączyły się tworząc nową jedną z siedzibą w tym klasztorze-świątyni. Wkrótce po wojnie odrzucono praktyki i wpływy buddyzmu japońskiego. Dla nas ta świątynia wyróżnia się przede wszystkim setkami kolorowych lampionów, pięknie oświetlonych po zachodzie słońca.

Świątynia Jogyesa
Świątynia Jogyesa. Pagoda wygląda na dużą, ale to złudzenie.

Seul: Katedra chrześcijańska

W Japonii niełatwo było natknąć się na kościół chrześcijański, a już zwłaszcza na katolicki (zaledwie 0,4% Japończyków deklaruje wyznanie chrześcijańskie). Zupełnie inaczej jest w Seulu: tutaj kościoły są naprawdę zauważalne i powszechne. Wyznanie chrześcijańskie w Korei Południowej deklaruje 29% obywateli (dominuje brak przynależności religijnej: 46%), protestanci stanowią prawie 18% obywateli, zaś katolicy prawie 11%.
Chrześcijanie byli w Korei prześladowani w czasach rządów pro-konfucjańskiej dynastii Joseon (1392 – 1897). Prześladowania czasem były bardziej, czasem mniej nasilone, z pewnością mniej brutalne niż w Japonii.

Katedra katolicka w Seulu
Katedra katolicka w Seulu

Katolicyzm w Korei zaszczepili francuscy misjonarze, którym pozwolono w 1887 roku założyć seminarium i kościół w miejscu, w którym niegdyś miała stanąć konfucjańska świątynia. Zezwolenie na założenie misji było częścią francusko-koreańskiego traktatu handlowego i dyplomatycznego. Mimo to, cesarz Gojong był przeciwny budowie kościoła i groził nawet konfiskatą ziemi, bo wieża kościelna miała być wyższa niż jego pałac.

Pałac Changgyeonggung
Pałac Changgyeonggung

Ostatecznie cesarz przystał na budowę katedry, gdy przedstawiono mu zalety posiadania chrześcijańskiej katedry w stolicy. Nawet za pomocą dyplomatów miał nakłaniać rządy USA, Włoch i Rosji do współfinansowania francuskiej budowy. Kościół został konsekrowany w 1898 roku i poświęcony Niepokalanemu Poczęciu Błogosławionej Dziewicy. Wówczas była to najwyższa budowla w Seulu. W kryptach kościoła złożone zostały szczątki męczenników z 1866 roku.

Cheonggyecheon, Seul
Cheonggyecheon

W latach 70 i 80 XX wieku, katolicki kler należał do przywódców krytyki wojskowej władzy w Korei Południowej. Katedra Niepokalanego Poczęcia stała się centrum minjung, czyli ruchu obywatelskiego domagającego się przemian demokratycznych w Korei Południowej (przypomina to trochę historię kościoła św. Mikołaja w Lipsku). W kolejnych latach plac przed katedrą pozostał popularnym miejscem wszelakich protestów. Ponieważ doszło do aktów wandalizmu skierowanych przeciwko kościołowi, znacznie ograniczono możliwość publicznych zgromadzeń przed kościołem.

Seul
Seul

Seul: Historyczne wioski

Kolejna warta do zobaczenia rzecz to historyczne wioski. Na zdjęciach promujących Seul często widnieje jego historyczna zabudowa, znana jako Buckhon Hanok Village.
Hanok to tradycyjny typ domostwa, którego historia sięga XV wieku. Buckhon – co oznacza „północna wioska” – była pierwotnie zamieszkana przez wyższe sfery i zamożnych mieszczan.

Historyczne wioski w Seulu
Historyczne wioski w Seulu


Obecnie przemierzanie wąskich uliczek i przesiadywanie w licznych tradycyjnych restauracjach należy do jednej z ulubionych aktywności turystów w Seulu. Nas to miejsce trochę zawiodło: tłoczne, bez klimatu, nawrzucane sklepy, knajpy, reklamy, spod których ledwo można zobaczyć historyczną zabudowę. Szybko stamtąd uciekliśmy. Prawdę mówiąc, resztki historycznej zabudowy można spotkać poutykane w wielu miejscach Seulu. Nie tak wyeksponowane i wymuskane, ale dużo bardziej oddają klimat miasta Dalekiego Wschodu.

Historyczna wioska, Seul
Historyczna wioska

Seul: Muzea

Na koniec kilka słów nowoczesnych budynkach. Te są porozrzucane po Seulu. Na nas duże wrażenie zrobiło muzeum designu na Dongdaemun, zwłaszcza nocą. Dużo więcej drapaczy chmur znajdziemy bliżej koryta rzeki Han-gang, przy której także koncentruje się życie turystyczne i nie tylko. Charakterystycznym punktem jest też wieża telewizyjna Seoul Tower znajdująca się na wzgórzu w parku Namsam.

Muzeum Designu w Seulu
Muzeum Designu w Seulu

Zwiedzanie i poruszanie się po Seulu

Jeszcze w nawiązaniu do naszej wizyty w Koreańskiej Strefie Zdemilitaryzowanej: na stacjach metra w Seulu znajdują się dobrze widoczne schowki na maski przeciwgazowe. Nad wejściem do metra i wielu przejść podziemnych widnieje oznaczenie „shelter” oznaczające możliwość schronienia się na wypadek ataku rakietowego ze strony KRLD. Przypomina to boleśnie o tym, że wojna koreańska nie jest zakończona, panuje jedynie kruche porozumienie o wstrzymaniu się obu stron od wrogich działań, wielokrotnie naginane. Miejmy nadzieję, że obecne rozmowy – pierwsze rozmowy pokojowe na Półwyspie – coś wreszcie zmienią i to zmienią naprawdę. Na razie są raczej ogólnikowe, wyświechtane deklaracje, ale tutaj to i tak postęp.

Ratusz w Seulu
Ratusz w Seulu

Czas w kilku słowach podsumować nasz pobyt w Seulu. Spędziliśmy w nim tak naprawdę tylko 3 dni, w tym jeden poświęcając na wyjazd do strefy zdemilitaryzowanej. Ten czas na Seul to i mało, i dużo. Skoncentrowaliśmy się na samym centrum i historycznej zabudowie, ale tu do oglądania jest dużo więcej, choćby takie dzielnice jak Gangnam. Więc pewnie jeszcze kiedyś tu wrócimy, także by lepiej poznać Koreę, zwłaszcza, że wieżowce seulskie zostały wykorzystane w filmie „Star Trek: W nieznane” (Yorktown to miraż grafiki komputerowej, stolicy Korei i Dubaju). W Seulu znaleźliśmy wszystko czego oczekujemy po nowoczesnej, azjatyckiej metropolii, pełnej rozświetlonych drapaczy chmur, ulic pełnych neonów, zgiełku, straganów i trochę chaosu oraz ciekawej historii.

Seul
Seul

Jeśli spodobał Ci się wpis, polub nas na Facebooku.

Szlak koreański
Seul