O tym, że Kanada zachwyca i zachęca swoją przyrodą, chyba nie trzeba nikogo przekonywać. Wystarczy popatrzeć na zdjęcia z parków narodowych Banff, czy Jasper. U nas zawsze było to gdzieś z tyłu głowy, ale bez konkretnych planów, raczej jako interesująca opcja na nieokreślone kiedyś. I na razie tak pozostanie, bowiem przełom października i listopada to nie jest najlepszy okres do odwiedzania Kanady. Z jednym małym wyjątkiem, który ostatecznie nas tu przyciągnął, ale to nie są te główne parki.

Spis treści
Dlaczego Kanada?
Cofnijmy się jednak o rok. W 2023 roku dotarliśmy na Spitsbergen, którym byliśmy zachwyceni. Arktyka naprawdę jest niesamowita, acz do pełni szczęścia zabrakło nam jednej małej rzeczy (no dobra, nie aż tak małej). Zobaczyć niedźwiedzia polarnego w naturze. Mieliśmy wycieczkę na Sabine Land, w okresie kiedy da się tam zobaczyć niedźwiedzie wracające z morza na ląd. Ale ze zwierzakami zawsze tak jest, że nikt nie daje żadnych gwarancji. Będą albo nie będą. To nie zoo w Szanghaju, gdzie chowające się zwierzaki trzyma się w małych klatkach, by każdy mógł je zobaczyć. Natura rządzi się własnymi prawami, a olbrzymie połacie terenu nie pomagają, mamy tak świadomość, jak i doświadczenie. Nie wyszło, trudno, wyprawa i tak była udana. Ale podczas niej po raz pierwszy usłyszeliśmy o kanadyjskiej miejscowości Churchill, która nie bez przyczyny jest nazywana Światową Stolicą Niedźwiedzi Polarnych.
Wróciliśmy do domu, poszperaliśmy w sieci, dowiedzieliśmy się gdzie to jest, jak tam dotrzeć i co najważniejsze, kiedy. Więc ogólny plan już był, ale jak się doda koszty i czas, to odkładamy go na półkę. Może kiedyś…
Na rok 2024 planowaliśmy parę rzeczy, wśród nich był Liban, a potem miesiąc później powrót do Izraela. Powoli zaczynaliśmy to ogarniać, przechodzić z etapu planowania do realizacji. Zaczynaliśmy dopinać szczegóły przed ostatecznym kupnem biletów do Libanu. W piątek nie dostaliśmy odpowiedzi, ale spoko. W sobotę wyglądało, że to ostatnie rzeczy już są wiadome i można kupować bilety. Ale zamiast zrobić to od razu, zajęliśmy się innymi rzeczami, by parę godzin później przeczytać newsy o ataku Hamasu… Dobra, to może jednak poczekajmy, jak to się rozwinie. Bo albo za dwa tygodnie nikt nie będzie o tym pamiętał, albo… trzeba przenieść wyjazd na inny termin. Niestety sytuacja wymknęła się tam spod kontroli. Więc te plany musieliśmy odłożyć na inny czas.
Lecimy do Churchill
Przejście na plan B i tak zaoszczędziło nam trochę dni, ale nie na tyle dużo, by zrealizować jakiś dłuższy wyjazd, stąd okazało się, że ten głód niedźwiedzi będzie można zaspokoić. Wszystko się złożyło w kupę. Plan był prawie pod ręką, czas idealnie wstrzelony również. Tylko trzeba było to opłacić, ale to też dało się przekładając inne rzeczy.
Dalej było raz łatwiej, raz trudniej. Przede wszystkim dotarcie do Churchill takie łatwe nie jest, bo najpierw musimy dotrzeć do Kanady (tu Toronto się kłania), potem do Winnipeg, a dopiero następnie do Churchill. Nie da się tego zrobić na jednym bilecie, więc potrzeba więcej czasu. Jednocześnie wiemy, że nie jest to okres, gdzie poza Zatoką Hudsona ogląda się naturę, więc nie ma wiele do roboty poza miastami. Poza już wymienionymi dołożyliśmy sobie jeszcze miasto Quebec i Montreal. Plan ułożyliśmy tak, by mieć możliwość reagowania na opóźnienia (skoro nie lecimy na jednym bilecie). Niestety to już kwestia doświadczeń z liniami lotniczymi.

Blame Canada! jak śpiewał Robin Williams
Najwięcej czasu oczywiście zajęło dopięcie samego Churchill, głównie z powodu tego, że Kanada jest zacofana technologicznie. Pierwsza firma, z którą rozmawialiśmy w sprawie wycieczki do Churchill, pisała na stronie, że obsługuje płatności kartami, ale jak doszliśmy do szczegółów to chcieli, by im podać w mejlu wszystkie dane, a oni sobie wprowadzą do systemu. Nie ma szans, ryzyko wycieku jest za duże. To nie jest nawet kwestia zaufania do nich, a raczej tego, że ktoś kiedyś wykradnie im dane. Więc wspomnieli o przelewach międzynarodowych albo czekach… Z przelewami jest ten problem, że Kanada nie ma systemu IBAN, więc z aplikacji bankowej nie ma kontroli nad numerem konta i sugerowane w naszym przypadku było pójście do banku… Czeki zaś… do tego wrócimy. Byli mili, ale żadnego Paypala i innych nowinek nawet nie zamierzali rozważać. Ewentualnie, żeby przez telefon zadzwonić (telefon, bo Whatsapp też nie, a o Signalu to już w ogóle nikt nie słyszał) i podać wszystko. Tyle że mając świadomość cyberzagrożeń, to ciężko się z nimi dyskutuje, bo ludzie w krajach dużo biedniejszych są pod tym względem lepiej wyedukowani, więcej rozumieją i są bardziej wrażliwi. W końcu sami mi podziękowali, bo o czeki jako alternatywy traktować poważnie…
Trafiliśmy do innej firmy, już jej szukaliśmy pod kątem płatności online i się udało. Acz brakowało tam 3D Secure. I dziwnym trafem po zrobieniu kilku transakcji online z kanadyjskimi firmami, bardzo szybko musieliśmy zastrzec kartę ze względu na próbę fraudu. W sumie to tylko potwierdza, że nie jesteśmy przewrażliwieni. Wszystkie transakcje tego typu robimy kartą Curve, także po to, żeby w razie wycieku danych ją zablokować, a nie właściwą kartę, która jest za nią. Największa trudność z tym Churchill polega na tym, by spiąć ze sobą wycieczkę, przeloty i hotel (ten akurat jest najłatwiejszy). Wycieczki już nie były dostępne na każdy dzień, a samoloty też nie latają codziennie. Ale udało się, wszystko było dopięte.
Reszta była dużo łatwiejsza. Wiedzieliśmy, ile mamy czasu do wykorzystania, rozważaliśmy przez pewien czas Ottawę jako dodatkowy punkt, ale trochę robiło się zbyt ciasno. Nie to, że na miasta w Kanadzie przeznaczyliśmy sporo czasu, raczej mając doświadczenia ze Stanów (Los Angeles, Las Vegas, Orlando, czy San Francisco) wiedzieliśmy bardziej, że chcemy je liznąć, nic więcej.
Kolejne komplikacje, czyli Later Or Tomorrow
Do Kanady z Polski najwygodniej dotrzeć LOTem, który oferuje bezpośrednie połączenie na linii Warszawa – Toronto. W naszym przypadku był to lot łączony z Wrocławia. Na planie wszystko wyglądało doskonale, ale… w 2024 roku robiono remont lotniska Chopina… Oficjalnie nie miał wpływu na działalność linii, ale malowanie trawy na zielono sytuacji nie zmienia. Więc na wstępie załapaliśmy jednodniowe opóźnienie. Dolecieliśmy do Warszawy mocno spóźnionym lotem, a tam chaos na lotnisku uniemożliwił nam dotarcie do bramki na czas. Byliśmy przy niej, gdy pan właśnie ją zamykał. Swoją drogą samolot nie wystartował jeszcze przez 50 minut.
Oczywiście udokumentowaliśmy to, bo RE 261/2004 nie napisze się potem samo. Spędziliśmy noc w Warszawie, na koszt LOTu (podobnie jak kilka innych osób, którym zamknięto bramkę przed nosem). Odszkodowanie też dostaliśmy, właściwie bez gadania (w sumie wydali na nas więcej niż my na te bilety do Toronto), ale dnia w Toronto nam to nie zwróci. Ostatecznie lecieliśmy następnego dnia KLMem na trasie Warszawa – Amsterdam – Toronto. Wbrew obawom, proces paszportowy w Toronto przebiegał naprawdę sprawnie. Ale cóż, może za bardzo patrzyliśmy na nich przez pryzmat Stanów.
Główne miasta Kanady
Do Toronto dotarliśmy pod wieczór, więc niewiele zobaczyliśmy. Formalnie na ten pierwszy dzień w Toronto planowaliśmy wycieczkę na Niagarę (bilety już były zamówione). Mieliśmy właściwie dwa okna czasowe na Niagarę: początkowo planowaliśmy ją zobaczyć w ostatni dzień (ostatecznie tak się stało), ale gdy patrzyliśmy na bilety na atrakcje wokół wodospadu, była tam informacja, że statek pływa jedynie do końca października. Nasz ostatni dzień wypadał już w listopadzie. Efekt był taki, że przez opóźnienie byliśmy przekonani, że Niagara w pełnej odsłonie przepadła, ale plany się potem ciut zmieniły.
Drugi dzień w Toronto miał być poświęcony na muzea i pewne bardziej oddalone miejsca, głównie filmowe (set jetting). Natomiast zmiana planów sprawiła, że właściwie zrobiliśmy sobie jeden wielki spacer po mieście. Również między drapaczami chmur. Pogoda dopisała. Późnym popołudniem wróciliśmy na lotnisko (dlatego nie chcieliśmy Niagary w ten dzień oglądać) i polecieliśmy do Montrealu, oglądając go wieczorem. Początkowo to miał być jedyny lot z Air Canada (bo nam wcześniej robili problemy z kasowaniem biletów do Meksyku i na Kubę, domagając się dopłaty z powodu zmian w rozkładzie, więc ich unikamy: są na naszej prywatnej czarnej liście).
Trzeci dzień to w większości Montreal i tu zobaczyliśmy praktycznie wszystko, co chcieliśmy. Stary Montreal jest ciekawy, ale trochę dziwny. Oratorium robi wrażenie, a bazylika jest naprawdę przepiękna wewnątrz. Reszta miasta, cóż – cudów się nie spodziewaliśmy, więc się nie rozczarowaliśmy. Wieczorem mieliśmy samolot do Winnipeg z przesiadką w Calgary, liniami WestJet. Do hotelu w Winnipeg trafiliśmy już w nocy.

Prowincja Manitoba
Czwarty dzień to głównie czekanie na wieczorny samolot do Churchill. Pozwiedzaliśmy Winnipeg. Było lepiej niż się spodziewaliśmy, głównie ze względu na zwierzęta w Forks, bo miasto nie robi wrażenia. Trochę większe Modesto, niczego innego nie oczekiwaliśmy, więc nie wyszło źle. Za to mieliśmy tu najważniejszy samolot w całej wyprawie, czyli do Churchill. One latają tam dość rzadko, są to ATRy. Lecieliśmy linią CalmAir i już na lotnisku powiedziano nam, że z powodów atmosferycznych może nie dolecimy i może będzie trzeba zawrócić… Było trochę nerwów, trochę opóźnienia, acz udało się. Wylądowaliśmy w Churchill. Czekał na nas pan z hotelu, bo w tym okresie, z powodu niedźwiedzi, oferowali transfer za darmo. Alternatywą jest pokonanie trasy Winnipeg – Churchill koleją, co zajmuje jakieś 2 doby w jedną stronę. Aż tyle dni urlopu nie mamy. Drogi samochodowej nie ma.

Piąty dzień to właściwy punkt wycieczki. Wstaliśmy rano, zapakowali nas do busa i ruszyliśmy w tundrę. Przesiedliśmy się do tundrabusa i do zachodu szukaliśmy niedźwiedzi polarnych. Z sukcesem! Swoją drogą, nasza przewodniczka była jednocześnie właścicielką hotelu, z którą wcześniej przez bloking.com korespondowaliśmy. Byli naprawdę bardzo pomocni. Natomiast to taki „Przystanek Alaska” trochę, mała mieścina, w której wszyscy się znają i wszystko wiedzą, tyle że główna działalność to turystyka.

Szósty dzień to czekanie na samolot powrotny do Winnipeg, ale on miał być pod wieczór, więc mieliśmy cały dzień na zwiedzenie Churchill. Możemy powiedzieć wprost, obejrzeliśmy każdy sklep, kościół i wszystkie trzy muzea w mieście. Rzadko to się udaje, ale to naprawdę mała miejscowość. Poza miasto nie wychodziliśmy z powodu niedźwiedzi. Samolot do Winnipeg tym razem nie miał opóźnień. Tam też właściwie tylko nocowaliśmy.
Pozostałe atrakcje
Siódmy dzień był bardziej przejazdowy. Wróciliśmy najpierw do Montrealu, gdzie mieliśmy trochę czasu czekając na pociąg do Quebec. Głównie mogliśmy tunele oglądać. Pociąg był opóźniony, a co… ale wieczorem jeszcze mieliśmy spacer po starym mieście Quebec. Gdyby nie padało, byłoby super. Niestety aura nie dopisała. Ale dobra, polecieliśmy tam w listopadzie, liczyliśmy się z tym.
Ósmy dzień przeznaczyliśmy na Quebec i to miasto bardzo nam bardzo przypadło do gustu. Jest zdecydowanie najbardziej europejskie i najładniejsze w całej Kanadzie. Zobaczylibyśmy więcej, bo mieliśmy czas, gdyby nie deszcz i wiatr. Z wycieczki po Rzece Świętego Wawrzyńca po prostu zrezygnowaliśmy (nie była opłacona). Może kiedyś w lepszej aurze. Już po zmroku mieliśmy samolot do Toronto. Mieliśmy początkowo lecieć Air Laison, która operowała samolotami Beechcraft, co mogło być ciekawe. Ale jeszcze przed wylotem z Polski zawiesili te loty, więc znów lecieliśmy Air Canada.

Dziewiąty dzień był naszym ostatnim w Kanadzie. Zamiast jednak zwiedzać Toronto, wróciliśmy do planu z Niagarą i zrobiliśmy sobie całodniową wycieczkę nad wodospad. Pogoda dopisała. Co więcej, ponieważ to był weekend, to statki nadal działały (zdążyli to zaktualizować w czasie naszego pobytu w Kanadzie). Tak więc udało się zobaczyć tak jak planowaliśmy od początku. Kosztem Toronto, niestety. Więc może kiedyś. Zwłaszcza, że z tymi nowoczesnymi drapaczami chmur i przede wszystkim ich liczbą, ma ono swój urok. Wróciliśmy do Toronto, pospacerowaliśmy jeszcze po nim trochę po zmroku, a potem pojechaliśmy na lotnisko. Wylot był już po północy, tym razem wróciliśmy bez opóźnień. Cel główny został osiągnięty, niedźwiedzie zobaczone.

A Kanada? Cóż, chyba utwierdziło nas to w tym, czego spodziewaliśmy się wcześniej. Dla nas to kraj, który oferuje głównie wspaniałą naturę, reszta to ciekawostki, mniej lub bardziej do nas przemawiające. Tak więc tydzień później polecieliśmy do Tunisu i Kairuanu zobaczyć ciekawe, egzotyczne miasta z historią i tam klimatem bardziej nam to odpowiadało niż wiele miejsc w Kanadzie. Ale to już kwestia gustu. Natomiast jeśli chodzi o przyrodę w Kanadzie, wciąż nie powiedzieliśmy ostatniego słowa, nadal jest gdzieś w planach na nieokreślone kiedyś.
- W przypadku opóźnień lotniczych można skorzystać z usług AirHelp.
- Możliwe wycieczki po okolicy można sprawdzić na GetYourGuide.
- W przypadku wyjazdu poza miasto samochód można wynająć tutaj.
- Jeśli spodobał Ci się wpis śledź nas na Facebooku (i innych mediach), podziel się nim lub zapisz się na newsletter.
| Kanada | ||
| Relacja | – |





