Tak naprawdę dla nas zawsze Ekwador wiązał się z wyprawą na wyspy Galapagos. To miejsce, do którego dążyliśmy bardzo długo, przez sporą część życia wydawało się być nieosiągalne. A jednak w końcu, udało się. I mówimy tu o marzeniach kołaczących się w głowie nie przez kilka, a przez kilkadziesiąt lat (bliżej 30).
Spis treści
No to Galapagos (i Ekwador)
Z marzeniami jest jednak tak, że czasem oczekuje się zbyt wiele. Wyobrażenie rozmija się z rzeczywistością. Tak trochę jest z Galapagos. Widzieliśmy wcześniej wspaniałe miejsca przyrodnicze, z Seregneti, czy Svalbardem na czele. To w pewien sposób zdefiniowała nasze oczekiwania, ale nie tylko wobec miejsca, a ludzi, którzy tam przebywają. Ludzie są różni, najlepiej widać to właśnie tam, gdzie mamy szansę podróżować z kimś przypadkowym, choćby na dzielonych safari i poznać ich cele oraz perspektywę. Dobrze to było widać w Afryce, gdzie w Mikumi podróżowaliśmy z Ukrainkami, które chciały się wyrwać z plaż Zanzibaru, ale nie interesowała ich zbytnio przyroda. Zwłaszcza, gdy porówna się to z ludźmi z różnych zakątków świata zauroczonych wielką migracją w Masai Mara, którzy przybyli tam właśnie głównie w tym celu.
Dla nas Galapagos to był święty Graal przyrodników, miejsce do którego przybywa się, by podziwiać wielkie żółwie, morskie legwany, czy nawet zięby Darwina będące żywym dowodem ewolucji. Nie jesteśmy naiwni, wiemy, że przyjeżdża tu wiele osób, by „zaliczyć” to miejsce. Ale nie spodziewaliśmy się tego, że Galapagos staje się nowymi Karaibami i że to jest obecnie główna gałąź turystyki. Przez to wszystko, co było tam najcenniejsze, przegrywa. Taki trochę raj utracony. To jest zdecydowanie najważniejszy brak, którego nie wzięliśmy pod uwagę przed wylotem, stąd zaczynamy od tego. Bo to pozwoli się przygotować mentalnie, na to, co można tam zobaczyć.

Zanim w ogóle wyjazd na Galapagos zaczął wydawać się realny, minęło bardzo dużo czasu. Z jednego podstawowego powodu – koszty. To raczej droższa wyprawa. Natomiast gdy już byliśmy sobie w stanie na to pozwolić, mieliśmy już sporo doświadczeń podróżniczych. Początkowo z powodu kosztów planowaliśmy zrobić „wyprawę życia”, w której zobaczymy Galapagos i najważniejsze atrakcje Peru, pomijając gdzieś resztę Ekwadoru. Za pierwszym razem plan nie wypalił, bo pojawiły się komplikacje życiowe. Natomiast im bardziej nad nim siedzieliśmy, tym bardziej wiedzieliśmy, że oba te kierunki nam się rozjadą, nawet przy trzytygodniowej wyprawie. Dostać cztery i więcej na etacie to niestety robi się trochę problem, nie wspominając o kosztach. Ostatecznie więc podzieliliśmy to na dwa wyjazdy, z tym że Ekwador miał być drugim.
Pierwsza nieudana wyprawa
Bilety do Peru mieliśmy kupione na 2020 rok. Jednakże COVID się wydarzył i wszystko się sypnęło. Próbowaliśmy potem jeszcze raz, ale znów pojawił się problem. Obserwowaliśmy sytuację i okazało się, że Ekwador ma bardziej łagodną politykę covidową, więc tak naprawdę wyszedł na prowadzenie. Ostatecznie więc do Peru i Boliwii pojechaliśmy rok później. To też sprawiło, że oprócz Galapagos chcieliśmy więcej zobaczyć w Ekwadorze, koncentrując się na Andach. Zawsze są jakieś punkty, o których się wie, do tego dochodzą miejsca, które się odkrywa szykując wyprawę. Tu było łatwiej.
Właściwy lot do Ekwadoru
Do Ekwadoru polecieliśmy Lufthansą na trasie Wrocław – Frankfurt – Bogota. Do Quito lecieliśmy LATAM (w ramach codeshare). Choć co ciekawe, nie mogliśmy się odprawić do końca, musieliśmy dostać bilet do stolicy Ekwadoru dopiero pod bramką w Bogocie. Pomijając to, spokojnie dojechaliśmy do Quito.
Nie mamy zbytniego zaufania do Lufthansy (doświadczenie). Owszem są gorsze linie, ta ma tę zaletę, że nawet jak nawali, to przynajmniej próbują to jakoś naprawić. Więc plan był prosty: nie ruszać na Galapagos od razu. Mieć dwa dni przed następnym wylotem na wypadek opóźnień. Na szczęście tym razem nic się nie wydarzyło. Dotarliśmy do stolicy Ekwadoru na czas i bardzo sprawnie.
Quito i okolice po raz pierwszy
Pierwszy pełny dzień w Ekwadorze spędziliśmy na zwiedzaniu stolicy. Quito na tle innych stolic regionu prezentuje się bardzo dobrze. Pewnie dlatego, że ścisłe, historyczne centrum i miejsca turystyczne są tożsame. To także miejsce, by zobaczyć ciekawą, kolonialną architekturę. Dla nas był to również pierwszy kontakt z wysokimi Andami. Wjechaliśmy kolejką na trasę na wulkan Pichincha, ale nie próbowaliśmy tam iść, to wszystko było za dużo na początek. Musieliśmy się zaaklimatyzować, więc poprzestaliśmy na widokach z góry.

Drugi dzień tak naprawdę poświęciliśmy na Andy, w tym jedną z najważniejszych gór w Ekwadorze, czyli Cotopaxi. Wiedzieliśmy, że chcemy zobaczyć park i popatrzeć na tę majestatyczną górę. Początkowo (i prawdę mówiąc bardzo długo tak było), zakładaliśmy, że dotrzemy do schroniska. Przez pewien czas rozważaliśmy nawet wzięcie samochodu i dojechanie tam, ale trochę bojąc się o to jak zareagujemy na wysokości ponad 4000 metrów, uznaliśmy, że bezpieczniej będzie znaleźć wycieczkę z przewodnikiem. Ważne, by mieć kogoś doświadczonego, w razie problemów z wysokością, kto potrafi zareagować. Mieliśmy nawet na oku całodniową wycieczkę pod schronisko, ale układając ostateczny plan wprowadziliśmy korektę z dwóch powodów.

Pierwszy: chcieliśmy zobaczyć lagunę Quilotoa. Wiedzieliśmy, że weźmiemy samochód po Ekwadorze (ale po powrocie z Galapagos). Laguna jednak jest trochę dalej i ten dojazd mocno się nam by wydłużył, więc laguna by pewnie wypadła. Drugi powód, który przeważył, to Chimborazo. Początkowo nie zamierzaliśmy go oglądać, ale szukając informacji natrafiliśmy na opisy i namiary na firmę, która pomagała dotrzeć do laguny Condor Cocha na wysokości 5100 metrów. No i Chimborazo z powodu bliskości od równika, jest bardziej odległe od środka Ziemi niż Mount Everest… Więc ostatecznie okazało się, że idealnym rozwiązaniem jest wziąć z Quito jednodniową wycieczkę, gdzie zobaczymy Cotopaxi, potem pojedziemy do laguny Quilotoa i wrócimy do stolicy Ekwadoru. A dopiero później zaatakujemy Chimborazo.

Tak też zrobiliśmy. Okazało się, że wycieczek pozwalających liznąć Cotopaxi i Quilotoę w jeden dzień jest sporo. Nawet w naszym hotelu oferowali jakąś, więc wybór agencji i cen to żaden problem. Cotopaxi faktycznie jest ikoniczne. Tu teren był płaski, nie wchodziliśmy na górę, więc problemów nie było. Natomiast trudniejsza okazała się Quilotoa. Właśnie z powodu wysokości. Widoki piękne, zejście na dół było w miarę łatwe, ale powrót zajął sporo czasu i był wymagający. Może trzeba było mieć lepszą aklimatyzację, ale pewnie też doświadczenie. Dało się tę trasę pokonać na osłach, ale ostatecznie zrobiliśmy to o własnych siłach. Po drodze też przewodnik zawiózł nas do jakiegoś małego domku, gdzie ludzie hodowali świnki morskie, oczywiście na jedzenie. Na noc wróciliśmy do Quito.
Lecimy na Galapagos
Następnego dnia wstaliśmy wcześnie rano i ruszyliśmy na lotnisko. Zaczęliśmy główną część podróży, czyli Galapagos. Wylądowaliśmy na wyspie Santa Cruz (techniczne rzecz biorąc na Batrze i stamtąd przepłynęliśmy na Santa Cruz). Wcześniej w Quito wypełniliśmy wszystkie formalności i witamy na Galapagos. O formalnościach w odpowiednich wpisach napisaliśmy sporo i pokrótce powtórzymy to jeszcze raz.

Aviancą polecieliśmy na nasze wymarzone wyspy. Jak wspominaliśmy, w odbiorze dla nas to trochę raj utracony. Jechaliśmy tam dla przyrody, przede wszystkim dla niesamowitej fauny. Nie byliśmy przygotowani na to, jak bardzo są to obecnie turystyczne miejsca, gdzie oryginalna magia gdzieś znika. No i pół roku wcześniej polecieliśmy na Spitsbergen. Longyearbyen i okolica wraz z podejściem do zrównoważonej turystyki i odkrywaniem natury mocno ukształtowały nasze oczekiwania. Tu mieliśmy zderzenie z rzeczywistością. Swoją drogą, na szczęście zrównoważona turystyka istnieje i są miejsca, które potrafią pozytywnie zaskoczyć w tej materii, jak chociażby Bhutan.
Zwiedzanie Galapagos
Wróćmy jednak do Santa Cruz. Zwiedzanie tej wyspy mieliśmy trochę porozbijane, bo ona była po części naszą bazą wypadowa. Tu też zaczynaliśmy naszą przygodę z Galapagos i kończyliśmy ją. Więc już pierwszego dnia pojechaliśmy oglądać żółwie (w odpowiednim centrum, ciężko je na wolności zobaczyć, trochę podobnie jak na Seszelach, w Victorii najłatwiej je zobaczyć w ogrodzie botanicznym). Ogólnie centrum wyspy to naprawdę turystyczne miejsce. Wszystkie wycieczki mieliśmy wcześniej dogadane. Pierwszy pełny dzień spędziliśmy na wyspie San Cristobal, na prywatnej wycieczce, ze snorkelingiem i obserwacją lwów morskich. Bardzo przyjemne.

Dwa następne dni, to dłuższa wycieczka na wyspę Isabela. Niestety zbiorowa i tu organizacyjnie nas to nie zachwyciło. Ponownie mieliśmy okazję snorkelingować, zobaczyć żółwie oraz wulkany. Ostatnia wycieczka, jednodniowa, była na wyspę Bartolome. Tym razem bardzo zależało nam, by dotrzeć w to miejsce, więc musieliśmy zapłacić więcej, ale była też inna jakość (bardziej luksusowy wyjazd). Znów byliśmy bardzo zadowoleni, a do tego ponownie mieliśmy snorkeling, zaś widoki naprawdę były ikoniczne.

Ostatni dzień na Galapagos (mieliśmy w połowie dnia wylot), spędziliśmy ponownie na Santa Cruz. Na koniec zostawiliśmy sobie Centrum Darwina. Rejsy ogarnęliśmy wcześniej z pomocą Galapagos Natural Life operującego także jako Galapagos Last Minute, głównie z tego powodu, że tam dało się zrobić część płatności online i rozbić to na transze, na czym nam zależało. Na Galapagos miała być gala zwierząt, żółwie wszędzie, niestety z powodu działalności człowieka, w tym także kłusownictwa, to bardziej zoo. Lepiej jest z legwanami morskimi i lwami morskimi, które dobrze sobie radzą, także w miastach. Ale prawdziwe odkrywanie natury znajduje się dziś pod wodą. Do nurkowania i snorkelingu to naprawdę świetnie miejsce, a jak się wybierze dobrą wycieczkę, czy lagunę (bo można do wielu dotrzeć samodzielnie), to będzie się zadowolonym.

Kontynentalny Ekwador
Powrót na kontynent mieliśmy zaplanowany liniami Latam do Guayaquil. Tak prawdę mówiąc, ani nas to miasto szczególnie nie zachwyciło, ani nawet nie interesowało. Nie dalibyśmy mu w ogóle szansy, gdyby nie legwany zielone w centrum miasta. To była dla nas główna atrakcja największego miasta w kraju. Na lotnisku wzięliśmy samochód, który mieliśmy oddać w Quito. Wynajem bardzo standardowy, a drogi są na tyle dobre, że przemieszcza się w ten sposób bardzo sprawnie.

Rankiem kolejnego dnia pojechaliśmy w kierunku miasta Cuenca, robiąc postój w parku narodowym Cajas. Tu pogoda nam trochę nie dopisała, ale mimo wszystko udało się przejść jeden ze szlaków (wokół jeziora). W schronisku zaś udało się zjeść chyba jeden z najlepszych posiłków, jakie dotychczas mieliśmy okazję spróbować w całej Ameryce Południowej. Proste, andyjskie danie z ziarnami i serem.

Cuenca z kolei, w przeciwieństwie do Guayaquil, bardzo nam się spodobała. Przyjemne, spokojne miasto. Do tego jeszcze ruiny miasta Inków – czyli Pumpapungo. Super. Trochę podobne do Quito, ale przy tym bardziej uporządkowane.

Andy w Ekwadorze
Po niej ruszyliśmy w kierunku Riobamby i Chimborazo. Po drodze mieliśmy zobaczyć stanowisko archeologiczne Ingapirca, ale wprowadzono tam nowe zasady i zamknięto ja na dwa dni w tygodniu. Tam ogólnie wcześniej były problemy, promowano by korzystać z przewodników, więc dogadaliśmy się z jednym wcześniej. Cena była dobra, więc nie chcieliśmy się wychylać. Natomiast właśnie już w trakcie naszej podróży po Ekwadorze napisał do nas ów przewodnik, czy możemy przenieść to o jeden dzień. Nie możemy, bo mamy plan… no i zatrzymujemy się w Ingapirce na parę godzin, nie na dzień. Po krótkiej dyskusji, wylał nam żale na rząd, bo go ograniczają. Szkoda, bo Ingapirca to najważniejsze stanowisko archeologiczne w całym kraju. Cóż, Machu Picchu to nigdy nie było, ale fajnie byłoby zobaczyć je i móc porównać z innymi miejscami z okolic Cuzco (choćby Pisac). Niestety często coś wypada w trakcie podróży z przyczyn niezależnych.
Więcej czasu więc spędziliśmy w Cuence, a następnie wieczór w Riobambie. Na nią nie planowaliśmy dużo czasu, ogólnie bardziej chcieliśmy się skoncentrować na naturze. Miasteczko zrobiło dobre wrażenie, jest mniej turystyczne, ale przy tym klimatyczne. Natomiast z Riobamby mieliśmy wyruszyć na Chimborazo. I tu mówiąc wprost, wysokość, czyli 5100 metrów (tam doszliśmy, to nie jest szczyt Chimborazo), była tym wyzwaniem, które chcieliśmy pokonać. Przed Ekwadorem najwyższym szczytem, który zdobyliśmy, to była Etna. Przed Chimborazo mieliśmy już niewielkie doświadczenia z czteroma tysiącami, ale teraz miało być jeszcze więcej. Byliśmy przygotowani, był przewodnik, oczywiście cukierki i herbatka z koki. I zaskoczyło nas to, że on dbał o tempo, by nie było zbyt szybkie. Doskonale wiedział, na czym to polega, więc przeżycie super, widoki piękne. Dodajmy, że kilka miesięcy później, w Peru (lodowiec Pastoruri) byliśmy jeszcze wyżej, acz już niewiele. Ogólnie daliśmy radę i byliśmy bardzo zadowoleni z tego wyboru.

Następnie zostały nam już atrakcje blisko Quito, które mocno chcieliśmy zobaczyć. Na pierwszy ogień pojechaliśmy do Baños de Agua Santa i jeszcze pod wieczór, tego samego dnia, gdy chodziliśmy po Chimborazo, udało nam się wykąpać w basenie z gorącą wodą. Samo miasteczko jednak szału nie robi, ale celem była okolica. Przede wszystkim wodospad Pailon del Diablo. Jeszcze wiele lat temu, gdy kontynentalny Ekwador wydawał się być nieosiągalny (a na własną rękę to już w ogóle), to miejsce zwróciło naszą uwagę. Rozczarowania nie było, faktycznie wspaniały wodospad. Natomiast Baños to także ekwadorska brama do Amazonii i to nas mocno kusiło, chodziło od dawna, ale z powodów ograniczeń czasowych i finansowych, nie mogło być zrealizowane tym razem. Wcześnie to odrzuciliśmy, acz podobnie było z brazylijskim Manaus czy kolumbijską Leticią. Nie dało się. Tym razem jednak plan już był, by w kolejnym roku dotrzeć do peruwiańskiej Pacaya-Samiria i to dopięliśmy.

Okolice Quito po raz drugi
Po pobycie w Baños pojechaliśmy do Quito, ale tym razem nocowaliśmy na obrzeżach. I tu właśnie plus jest taki, że gdybyśmy zdecydowali się wejść do schroniska w Cotopaxi, to pewnie musielibyśmy wybierać między Chimborazo a Quilotoą, a tak wyszło to optymalnie. Natomiast w ostatni planowany dzień w Ekwadorze mieliśmy zobaczyć jeszcze dwa miejsca. Pierwsze z nich to równik (Mitad del Mundo). Bardziej na zasadzie „być w Ekwadorze i nie zobaczyć równika…”, ale fajnie, nie żałujemy. W Londynie staliśmy na południku 0, tu mieliśmy szansę stać na równiku (a dlaczego tak naprawdę nie staliśmy – o tym we wpisie o Mitad del Mundo).

Drugie miejsce to Mindo i tu pojechaliśmy na krótko właściwie w dwóch celach. Kolibry i motyle. Mówiąc wprost, Mindo konkuruje z Baños i zazwyczaj trzeba wybierać, my wybraliśmy wisienki z obu tortów. Najbardziej zależało nam na kolibrach, wcześniej odpuściliśmy je w kolumbijskiej Vale de Cocora, ale tu już się udało. Tym uroczym, przyrodniczym aspektem wydawało się, że skończymy naszą podróż do Ekwadoru. Wróciliśmy do Quito, oddaliśmy samochód, dotarliśmy do hotelu, a rano pojechaliśmy na lotnisko.

Powrót do domu z problemami
To moment, w którym zaczynają się komplikacje. Plan był taki, że linią LATAM polecimy do Bogoty, gdzie mieliśmy się przesiąść na samolot Lufthansy. Jednocześnie były one tak ułożone, że mieliśmy prawie cały dzień na Bogotę. Zorganizowaliśmy więc kierowcę, który miał nas odebrać z lotniska i zawieźć nad jezioro Guatavita, czyli do legendarnego El Dorado, ale nie wyszło. Rano coś było nie tak na lotnisku z lotami i pojawił się problem. Jednym z minusów Ameryki Łacińskiej w takiej sytuacji jest totalny brak informacji i spokój wszystkich. Czekamy, aż się rozwiąże jakoś, bo ktoś nad tym pracuje (mieliśmy tak parę lat wcześniej przy przelocie z Salvador de Bahia do Rio de Janeiro, gdzie lokalna Avianca zbankrutowała). O ile udało się skontaktować z kierowcą z Kolumbii i odwołać bezkosztowo tamten wyjazd, problemem było to, że utkwiliśmy na lotnisku.
Ostatecznie, ktoś to ogarnął. Mieliśmy wieczorny lot do Bogoty (LATAM), a następnie Aviancą do Frankfurtu i Lufthansą do domu. Na ten czas dostaliśmy hotel z wyżywieniem. Tyle że już pół dnia spędziliśmy na lotnisku, czekając aż ktoś to ogarnie i będziemy wiedzieć, co dalej. Mówiąc wprost, gdyby zorganizowali to szybko, to poszukalibyśmy transportu do Otavalao, które słynie z targowiska oraz lagun. To popularna atrakcja w Ekwadorze, ale jakoś lokalne wyroby niespecjalnie nas interesowały wcześniej, szybko trafiły na listę atrakcji rezerwowych. To byłaby idealna sytuacja, by właśnie to wykorzystać lub pomyśleć nad górami. Tyle że w hotelu byliśmy już po połowie dnia i kolejne eskapady nie miały zwyczajnie sensu. Szkoda. Owszem, lepiej siedzieć w hotelu (i to mówiąc wprost wyższej klasy, niż sami braliśmy), niż na lotnisku, niemniej jednak dzień był stracony, bo w Ekwadorze działają jak działają. Potem mieliśmy tylko przeboje z bagażem, bo okazuje się, że LATAM do Avianci nie przekłada (mimo kodu nadania do Polski) i trzeba to było zrobić samemu, więc utknął w Bogocie. Po interwencji z opóźnieniem wrócił do domu do Wrocławia. Zresztą, gdybyśmy sami próbowali go odebrać i ponownie nadać, nie zdążylibyśmy na przesiadkę.
Podsumowując. Ekwador bardzo nam się podobał. Samo podróżowanie po nim, zwłaszcza po części kontynentalnej, jest naprawdę przyjemne. Dzięki dobrym drogom, mocno odróżnia się od pokonywania tras w Kolumbii, Boliwii, czy nawet Peru. Ze znajomością podstaw hiszpańskiego jest absolutnie do ogarnięcia, a nawet więcej, jest dużo bardziej przyjazny niż wspomniane kraje. Do tego przyroda, fascynująca i wspaniała, góry, żółwie, czy legwany. Jak zwykle nie wszystko się udało, ale tak jest praktycznie zawsze. No i może nie wszystko wyglądało tak jak się spodziewaliśmy, ale koniec końców bardzo udana wyprawa.
I jeszcze na koniec, zebrane informacje praktyczne o Ekwadorze.
- W przypadku opóźnień lotniczych można skorzystać z usług AirHelp.
- W przypadku wyjazdu poza miasto samochód można wynająć tutaj.
- Możliwe wycieczki po okolicy można sprawdzić na GetYourGuide.
- Jeśli spodobał Ci się wpis śledź nas na Facebooku (i innych mediach), podziel się nim lub zapisz się na newsletter.
| Ekwador | ||
| Relacja | – |





